wtorek, 18 marca 2025



Grzegorz Sroczyński: Co robi Trump?

Krzysztof Wojczal: Próbuje przetestować Władimira Putina, czy jest gotowy do zawarcia jakiegokolwiek pokoju i do współpracy ze Stanami, żeby Ameryka mogła skupić się na Chinach. Taki jest jego pomysł, w każdym razie tak to odczytuję i uważam, że odpowiedź na pytanie Trumpa brzmi "nie". Putin nie jest gotowy na rozmowy pokojowe uczciwe i trwałe, ale prezydent USA ma prawo tę opcję eksplorować. Żeby przetestować intencje Putina, trzeba otworzyć z nim kanały komunikacyjne, wyjść z sercem na dłoni, bo jak zacznie się od kija i nazywania go zbrodniarzem wojennym, to do żadnych negocjacji nie dojdzie. Stąd te wszystkie umizgi, które w Polsce i Europie budzą zgrozę.

A po co Trumpowi było to wygrażanie Ukrainie? Gnębienie Zełenskiego? Musiał?

Zełenski pojawił się w Gabinecie Owalnym i całkowicie podważył sensowność tego planu. Powiedział przy kamerach: wasze rozmowy skończą się fiaskiem, Putin was oszuka, tak jak oszukiwał was po 2014 roku, czy za Obamy, czy za pierwszego Trumpa, czy za Bidena. Zełenski stąpał po cienkim lodzie, bo mówił w zasadzie Trumpowi wprost: jesteś frajerem, że jeszcze raz próbujesz, Putin wszelkie ustalenia już 50 razy złamał.

No ale to jest prawda.

Tak. Tylko można to mówić w zamkniętym gabinecie, a nie przy dziennikarzach. I jeszcze Zełenski zaznaczył: nie oddamy żadnego terytorium, nie będziemy tego negocjować, a w ogóle Putin ma zapłacić za całą tę wojnę. Z takim stanowiskiem Zełenskiego Trump nie mógł otwierać kanałów komunikacyjnych z Putinem, bo zostałby wyśmiany. Usłyszałby od niego: "Zełenski powiedział ci publicznie przy kamerach, że na nic się nie zgadza, więc po co ja mam siadać do stołu?". Jest moralna racja, ale jest też dyplomacja. Zełenski miał przyjechać, podpisać umowę o surowcach, czyli zakotwiczyć interesy amerykańskie w Ukrainie. Ta umowa jest kluczem, żeby sprawy mogły ruszyć dalej.

Dlaczego? Chodzi o ropę, gaz, tytan, beryl i lit?

Chodzi o to, żeby mieć tę umowę w ręku. Trump jej bardzo potrzebuje, żeby mieć pole manewru. W Europie słychać moralizatorskie okrzyki: kolonializm, skandal, Trump wyciska pieniądze z ofiary rosyjskiej agresji! A on to musi mieć i tyle.

Po co?

Po pierwsze na użytek wewnętrzny, bo umowa surowcowa ma pokazać elektoratowi, że Trump znowu jest wielkim "dealmakerem". Flagowy jego postulat brzmiał: doprowadzę do tego, że Amerykanom pomaganie Ukrainie będzie się opłacać, a was - szanowni podatnicy amerykańscy - nie będzie już Zełenski doił. Cały świat nas tylko doi, a tymczasem nasze miasta się sypią itd. Przecież znamy narrację Trumpa. Lud MAGA - wyborcy Trumpa - chcą, żeby politycy zajęli się Ameryką, tymi sypiącymi się miastami, a nie Ukrainą i naprawianiem świata. Trump musi więc mieć podkładkę: "Zobaczcie, Zełenski wyciągał za każdą wizytą po 60 mld dolarów od Bidena z waszych podatków, a jak do mnie przyjeżdża, to robię z nim piękne deale i Ukraina wszystko zwróci, możemy nadal ją wspierać, nadal jej wysyłać broń, bo na tym zarobimy!".

Aha. Czyli Zełenski ma dać Trumpowi dokument, którym ten będzie machał elektoratowi?

No tak. Demokracja. Wyborcy w USA są niezadowoleni z tego, jak wygląda ich kraj, nastroje izolacjonistyczne są tam powszechne, Trump tego nie wymyślił, tylko te nastroje najlepiej wyczuł i wykorzystał. Jeśli wojna dalej będzie trwała, ten kwit pozwoli wytłumaczyć elektoratowi, dlaczego dalej wydajemy pieniądze na wspieranie Ukrainy.

Umowa surowcowa jest też potrzeba Trumpowi do rozmów z Putinem. Bo Trump mu zakomunikuje mniej więcej to, co zapowiadał: "Albo się, Putinie, zgodzisz na jakiś pokój i kompromis, albo ja zaleję Ukrainę taką ilością sprzętu, że nie udźwigną". To są słowa Trumpa. Putin na to może powiedzieć: "Ty chcesz finansować Ukraińców do końca, na przykład przez 10 lat? Opłaca ci się? Będziesz tam topił pieniądze?". Wtedy Trump ma umowę jako podkładkę: "Oto super kontrakt na surowce, więc ja na tym zarabiam. Im dłużej będziesz z Ukrainą walczył, tym więcej zarobię". Trump musi udowodnić Putinowi, że mu się opłaca wspieranie Ukrainy. Że to czysty biznes. I to jest język, który Putin rozumie, bo też ma podejście biznesowe i czysto cyniczne. Innymi słowy, ta umowa to lewar w negocjacjach pokojowych, bo inaczej Putin wszystko podważy: "No to ile ty wydasz? Sto miliardów włożysz znów w Ukrainę? I twoi wyborcy z MAGA to kupią?".

Czyli nie szaleństwo, tylko strategia negocjacyjna, i to niegłupia?

Strategia może niegłupia, ale cel nierealny. Zawarcie pokoju, i to jeszcze takiego, żeby Putin pomógł Ameryce w sporach z Chinami, to mrzonka. Ale - powtórzę - jeśli Trump chce to przetestować, jego prawo.

A te europejskie i polskie lęki, że Trump w trakcie negocjacji nas sprzeda, podzieli z Putinem na nowo strefy wpływów, cofnie NATO do granic z czasów ZSRR, jak chciałby Putin - zasadne?

Zastanówmy się, jaki jest cel tej wojny dla nas, dla Zachodu. Bo Ukraińcy mogą oczywiście mówić, że "pełne zwycięstwo", "odbicie terytoriów sprzed 2014 roku", ale wiemy, że to się nie wydarzy. Trzeba by odbić te terytoria fizycznie, wieś po wsi, miasto po mieście, a Ukraińcy nie są do tego zdolni. Więc jaki jest nasz cel maksymalny, ale jednak realny? Moim zdaniem taki: okrojona Ukraina, ale niepodległa, niezależna i najlepiej, żeby weszła do NATO. Bo wtedy ma realne gwarancje. Z kolei cel strategiczny Putina to zajęcie całej Ukrainy, bo kawałek w ogóle go nie urządza, nic mu to nie daje z perspektywy geopolitycznej. Więc jeśli zawrzemy pokój, w którym Ukraina pozostaje niepodległa, to osiągniemy cel? Osiągniemy. W zasadzie jakikolwiek podpiszesz dzisiaj pokój z Putinem, to będzie jego klęska, a twoje zwycięstwo.

Trump i tak nie odda mu całej Ukrainy, przecież to nielogiczne, abstrakcyjne, o tym nikt nie mówi, to byłaby klęska Trumpa, ruchu MAGA i całego jego pomysłu na spuściznę. W dodatku jakby Ukraińcy usłyszeli, że ktoś w ich imieniu kapituluje, to powiedzą: nic z tego, walczymy do końca. Tak samo Unia Europejska może powiedzieć: "Słuchaj, Trumpie, ten twój deal z Putinem jest w ogóle nieakceptowalny, my będziemy dalej wspierać Ukrainę i trzymać sankcje na Rosję". Przecież Europa trzyma jedne z cięższych sankcji, bez ich zdjęcia Rosjanie nie będą zadowoleni, oni takiego pokoju też nie zaakceptują, więc jeśli Unia i Ukraina mogą wetować złe rozwiązania dla Ukrainy, to pole manewru Trumpa jest tak naprawdę zawężone.

Czyli nie bać się, że w trakcie rozmów Trump-Putin będzie jakaś "druga Jałta"?

Trump może dać Putinowi tylko tyle, ile już Putin sam sobie wziął. Nie może dać wiele więcej. Co Trump może negocjować? Tylko to, co i tak nas urządza: niepodległa Ukraina okrojona o część terytorium. Podejmowanie rozmów z Putinem nie jest dziś obarczone wielkim ryzykiem, w najgorszym wypadku podpisany pokój byłby nietrwały. Ale wtedy zyskalibyśmy na czasie. Europa nie jest gotowa w tej chwili do samodzielnego odstraszania Rosji, potrzebuje czasu na zbrojenia, od nas będzie też zależało, czy przygotujemy Ukrainę na trzecie uderzenie Rosji, więc zyskanie czasu może być nawet korzystne. Pokój - choćby udawany i nietrwały - to nie byłaby wcale jakaś straszna sytuacja. Zresztą odwróćmy na chwilę to pytanie: jaka jest alternatywa, co się stanie, jeśli sytuacja się nie zmieni, wojna będzie trwać na takich samych zasadach, jak trwa teraz?

I?

Wtedy idziemy tylko w jedną stronę: Rosjanie będą walczyć do końca i rozwiązaniem tej sytuacji będzie klęska Ukrainy, bo Ukraina nie jest silniejszym państwem niż Federacja Rosyjska. Po prostu. No wiec jeśli mamy taką alternatywę, to może warto przetestować rozwiązania pokojowe, zobaczyć, czy się uda, czy się nie uda, na ile Putin da się oszukać, a na ile będzie chciał nas oszukać. Oczywiście trzeba to robić przy jednoczesnym wspieraniu Ukrainy, to bardzo istotne. I zresztą Trump pełną pomoc już odblokował, broń i sprzęt płyną do Ukrainy jak wcześniej.

Tak naprawdę nie ma alternatywy dla prób pokojowych Trumpa. Jest taka, że pomagamy Ukrainie, dopóki ona nie przegra, wysyłamy sprzęt, opóźniamy Rosjan, i liczymy, że może stanie się coś w rodzaju cudu nad Wisłą, albo może Putin umrze. Nie ma planu. Nikt nie rozpisał: robimy to, to i to, potem Rosja przegrywa i osiągnęliśmy to, co chcieliśmy osiągnąć. Jest tylko myślenie życzeniowe: może sobie Ukraińcy poradzą, może wytrwają, a jak nie, to się zobaczy.

Trump jako jedyny ma plan. Mówi, że wojna się musi skończyć i trzeba doprowadzić do rozmów. Nieustanne wieszanie psów na Trumpie przez jednych i wychwalanie Trumpa pod niebiosa przez drugich należy traktować jako grę polityczną, gdzie osoby mocno zaangażowane, zwolennicy demokratów i republikanów, a u nas zwolennicy Platformy i PiS-u - wszędzie te same podziały - wykorzystują skomplikowaną sytuację międzynarodową do załatwiania wewnętrznych porachunków. U nas prorządowa część komentariatu wyłapuje i rozdmuchuje prorosyjskie wypowiedzi Trumpa, robiąc z niego wprost agenta Kremla, a strona pisowska z kolei tych wypowiedzi w ogóle nie widzi, jakby ich nie było.

"Trump gra w orkiestrze Putina i sprzedaje mu Ukrainę" kontra "Trump to geniusz, gra z Putinem w szachy 5D".

Tak. Mam informacje z okolic polskiego wywiadu, że rosyjskie wojska propagandowe uruchomiły się teraz w pełnej skali. Ciągną wszystkie sroki za ogon. Podbijają skrajnie antytrumpowe i skrajnie protrumpowe narracje, żeby tych swoich ludzi, swoje silniczki, uwiarygadniać i napędzać. Podobno zaangażowali wszystkie możliwe siły, żeby rozdmuchiwać wojnę polityczną.

(...)

Mówiłeś o rosyjskiej wzmożonej działalności dezinformacyjnej.

U nas polega ona na rozgrzewaniu skrajnych opinii po obu stronach.

Niech się żrą?

Tak.

"Trump to agent, maski opadły". "PiS to agenci, skoro Trumpa popierają, musimy przestać liczyć na Amerykę, NATO przez Trumpa nie działa".

Jak najbardziej.

"Musimy iść tylko z Trumpem, bo Europa nic nie ogarnia, potrafi zajmować się tylko transami i prawami gejów".

Też. Rosja mocno gra na rozdźwięk między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Bo jeśli w trakcie negocjacji Trump nie będzie mógł reprezentować całego Zachodu, tylko będzie skłócony z Europą, to zostaną mu słabsze karty. Inna sprawa, że Trump dostarcza dużo paliwa do tych wszystkich europejskich okrzyków i wzmożeń.

Właściwie dlaczego? Po co on wygraża Europie, traktuje ją z buta? Po co on i jego ludzie różnymi głupimi uwagami wywołują ten antyamerykański amok?

To jest bardzo proste. Jeżeli chcesz wynegocjować dobry deal ze swoimi sojusznikami i partnerami, to musisz ich przekonać, że jeśli dealu nie zawrą, to dużo stracą. Do tej pory Amerykanie mówili, że pokrywają wszystko, że gwarancje bezpieczeństwa są nienaruszalne, że jesteś, Europo, naszym najlepszym sojusznikiem. I jak bardzo to mobilizowało Europejczyków do zwiększania wydatków na zbrojenia? W ogóle nie mobilizowało, szliśmy spać spokojnie, bo wiedzieliśmy, że jak w nocy Putin wyciągnie nóż, to przyjdzie Captain America i nas uratuje.

Donald Trump robi to, co robił w czasie swojej poprzedniej prezydentury, wprowadza dużo stanu niepewności. Wysyła sprzeczne komunikaty albo wręcz obraża tych sojuszników Ameryki, z którymi zamierza na nowo negocjować warunki sojuszu. Dlaczego? Bo Trump chce renegocjować warunki amerykańskiej hegemonii. Dotychczas układ był taki, że amerykańscy sojusznicy - dawni wrogowie wojenni - rośli w siłę, Niemcy stali się głównodowodzącym w UE, Japonia w latach 80. prawie rzuciła Ameryce wyzwanie w hegemonii gospodarczej, Chiny stały się potężne, i to wszystko w ramach amerykańskiego układu, który był utrzymywany za amerykańskie pieniądze, przecież to okręty USA dbają o bezpieczeństwo całego światowego handlu. "Myśmy za to płacili, a inni zarabiali" - tak myśli Trump i jego wyborcy. No więc renegocjują te zasady. Teraz sojusznicy będą płacić więcej, a USA ograniczają koszty i maksymalizują zyski.

Tyle że trudno powiedzieć komuś, kto miał wygodne życie i nie musiał płacić za własne bezpieczeństwo, że stare warunki się zmieniają. I słychać duży kwik. "Jak tak można? Przecież są wartości! Jesteśmy sojusznikami!". A Trump uważa, że ten układ musi się zmienić bardziej na korzyść USA. Ameryka chce renegocjować umowy, a sojusznicy nie chcą, bo im wygodnie tak, jak jest, więc trzeba im pokazać, jak bardzo nie dadzą sobie bez Ameryki rady. Jeśli w ten sposób oceniasz Trumpa, to wszystkie szokujące rzeczy, które powiedział, nawet te ocierające się o powtarzanie rosyjskich narracji, możesz traktować jako realizację pewnej strategii. I wydaje mi się, że to realnie tak wygląda.

Czy cokolwiek z działań Trumpa i jego wypowiedzi postawiło ci włosy na głowie?

Nie. Bo ja się tego wszystkiego plus minus spodziewałem. Może raz mi opadły ręce, ale to dotyczyło Muska. Napisał, że Ameryka musi wyjść z NATO i ONZ. Strzał bardzo niebezpieczny. W talii Trumpa są różne karty, ma ludzi uważanych za rozsądnych, jak Rubio, Waltz, Kellogg, i ma takich, którzy uchodzą za nieobliczalnych, jak Vance i Musk. Trump może sięgać po tych ostatnich, gdy chce podpalić debatę i wprawić Europę w stan strachu. Kiedy chce uspokoić, to na pierwsza linię idą "rozsądni". Wydaje mi się, że to celowy zabieg. "Wychodzimy z NATO" - jak to powie Musk, to nikt tego nie weźmie poważnie, a z drugiej strony nie można też tego zupełnie zignorować, więc dochodzi element niepewności. Wszystkie media to cytują i zaczynamy się bać, bo mamy się bać.

Musk to duży kaliber, jeśli chodzi o wprowadzanie narracji, ale mały kaliber, jeśli chodzi o realny wpływ na decyzje. Jak Musk zażądał od urzędników państwowych jakiegoś durnego raportu produktywności - "Opisz, szanowny urzędniku, co robiłeś w ciągu ostatnich pięciu dni pracy punkt po punkcie" - to Hegseth wysłał maila do służb specjalnych, żeby Muska zignorowały i nic mu nie odpisywały. Musk nie ma wysokich notowań wewnątrz administracji Trumpa, ale jest użyteczny.

Okej. Czyli Trump chce przetestować Putina, strategia ma ręce i nogi, tylko testowanie się skończy klapą?

Tak uważam. Z tego względu, że Putin - wbrew pozorom - nie ma dziś żadnych argumentów w negocjacjach z Trumpem. Czym on może straszyć Zachód? Po kolei: do Stanów nie ma podjazdu, co on Stanom zrobi? Nic nie zrobi. Przeciwnie, to Trump może powiedzieć: łaskawie zdejmę z ciebie sankcje, ale coś chcę w zamian. Wobec Europy Putin też nie ma mocnych argumentów, kiedyś to były surowce energetyczne, mógł tym straszyć, ale już tego nie ma. Argumentem mogłaby być wojskowa siła konwencjonalna, ale całe to jego wojsko siedzi na Ukrainie i walczy, więc nie może tym grozić Europie.

Pozycja negocjacyjna Putina jest fatalna, jeśli chodzi o duży stolik z Zachodem, a jeśli chodzi o stolik z Ukrainą, to Rosjanie - owszem - posuwają się do przodu i byliby w stanie coś wymóc na Ukrainie, ale co dokładnie? "Zabierzemy wam terytorium, które już mamy". Czy coś więcej? Nie bardzo. Nie mogą zażądać całego państwa, bo przecież nie zdobyli go przez trzy lata. Nie będzie kapitulacji Ukrainy. Moim zdaniem Rosjanie mają tragicznie słabe karty i nie mogą wynegocjować dobrych dla siebie warunków, a to oznacza, że pokój dla Putina jest obecnie nieakceptowalny.

A kiedy by był akceptowalny?

Żeby Rosja w trakcie rozmów pokojowych coś dla siebie ugrała od Zachodu, musiałaby podbić całą Ukrainę. Bo tylko wtedy zyskuje argument. Uwalniają armię i mogą mówić: będziecie mieli drugą zimną wojnę, będziecie musieli trzymać 500 tysięcy albo i więcej wojska na granicy z Rosją, a to jest kosztowne, to nie będzie dobre dla waszej gospodarki, więc zgódźcie się na nasze warunki. Dlatego dla Putina Ukraina to jest wszystko, tam nie ma kompromisu. Rosjanie muszą zdobyć całe państwo. Póki nie zdobędą, nie może być trwałego pokoju z perspektywy Putina.

Z kolei żeby Zachód uzyskał trwały pokój na swoich zasadach - czyli z niepodległą Ukrainą, której nie grozi trzecia inwazja - musielibyśmy im pokazać, że nie są w stanie zająć Kijowa. Nigdy. Ani zająć, ani podporządkować go sobie politycznie. Co w tym celu trzeba zrobić? Wprowadzić tam wojska zachodnie i powiedzieć: "Nie pójdziesz, Putinie, dalej, bo będziesz się musiał z nami strzelać, a jak będziesz się musiał z nami strzelać, to wybuchnie III wojna światowa, więc chyba tego nie chcesz". Musimy zagrać naprawdę ostro, żeby cokolwiek z Putinem ugrać.

Europa próbuje grać ostro, pomysł Macrona jest właśnie taki, żeby wojska wysłać.

Dlatego ja się cieszę. Jak trzy lata temu mówiłem, że trzeba wprowadzić do Ukrainy zachodnie wojska, żeby odstraszyć Putina, wszyscy się pukali w głowy, że to niemożliwe. A dzisiaj Macron i Starmer budują w tym celu koalicję. Jest duża nadzieja, że Europa zbroi się i w końcu się uzbroi. Skoro politycy zachodni ryzykują swoją karierę polityczną i władzę, bo mówią elektoratowi rzeczy niezbyt popularne - "Wyślemy tam nasze wojsko!" - to znaczy, że jesteśmy w przededniu mocnych decyzji. Oni już rozumieją, że Putina nie da się obłaskawić, dogadać z nim, i są gotowi używać mocnych środków, które są niezbędne do pokoju. Być może niechcący przysłużyli się temu Trump i Zełenski tymi publicznymi kłótniami. Prawie jestem pewny, że za chwilę - kiedy okaże się, że Putin nie jest zainteresowany żadnym pokojem i żadnymi ustępstwami - będziemy dyskutować, że może trzeba te wojska wysłać już teraz. Nie na linię frontu, nie po to, żeby walczyły z Rosją, ale żeby Putin wiedział, że pójście dalej oznacza poważne konsekwencje.

(...)

To skąd się bierze to całe gadanie, że Trump chce zrobić "odwróconego Nixona"? W Stanach w republikańskich kręgach są nieustannie takie głosy.

Bo tam jest taki romantyczny myśliciel, Mearsheimer, który paradoksalnie uważa się za realistę. I z jego szkoły wyszli tacy ludzie jak na przykład Colby. Oni rysują teoretyczne schematy, że można "odwrócić Rosję". Próbowałem ich zrozumieć, ale nie widzę tam poważnych argumentów.

Wokół Trumpa część ludzi magicznie wierzy w tego "odwróconego Nixona", ale wcale nie jestem przekonany, że Trump w to wierzy. Moim zdaniem wierzy w jeden cel: chce renegocjować warunki amerykańskiej hegemonii. I żeby to zrobić, musi przestraszyć świat, a do takiego straszenia świata świetnie się nadaje ogłoszenie negocjacji z Putinem. Zaraz się wszyscy boją: "A nuż nas sprzeda". Dopóki te negocjacje będą trwały, dopóty Trump będzie miał super lewar na rozmowy z Europejczykami, Ukraińcami, ba, nawet Chińczycy będą się bali, czy przypadkiem Rosja jednak nie zmieni frontu. Więc póki Trump rozmawia z Putinem, może rozgrywać innych, i to jest moim zdaniem istota całego tego pomysłu. Ten "odwrócony Nixon" to jest strategia, żeby wynegocjować lepsze warunki z Unią, lepsze warunki z Kijowem, a może nawet uda się coś wynegocjować z Chinami. Putin robi zresztą to samo, pokazuje Chińczykom, że póki rozmawia z Trumpem, to rosyjskie sojusze nie są tak oczywiste, więc może niech Chińczycy coś więcej Rosji dadzą, bo na razie wykorzystują wojnę w Ukrainie, żeby zwiększać swoją potęgę wobec Rosjan. Dla obu stron - USA i Rosji - negocjacje to sytuacja korzystna, bo w im większej niepewności żyją partnerzy tych państw, tym lepiej można się z nimi na nowo ułożyć.

Czyli to trochę taka ustawka, a trwały pokój się nie rysuje?

Może będzie zawieszenie broni. Ale przede wszystkim Ameryka chce wykorzystać ten czas do - powtórzę - renegocjacji warunków hegemonii, chce obniżyć swoje koszty, podwyższyć koszty sojuszników i stworzyć taki obóz amerykański, gdzie obowiązuje "America First", czyli gdzie to oni wydają rozkazy. /nie NATO bis - red./ (...)

W jakiej sytuacji jest teraz Polska?

W dobrej. Mamy prezydenta - co prawda już niedługo - który wyrobił sobie dobre relacje z Trumpem. I mamy proeuropejskiego premiera, który może załatwiać sprawy z Europą. Niezły układ. Wiadomo, że nasze bezpieczeństwo gwarantują Amerykanie, nikt inny nam tego nie da. Musimy iść z Amerykanami, ktokolwiek tam rządzi. Ale z drugiej strony w naszym interesie jest, żeby Europa się wzmocniła.

Uważam, że efekt Trumpa działa na naszą korzyść. Polska wręcz mogłaby powiedzieć: "Słuchaj, Trumpie, my ci jeszcze pomożemy, będziemy straszyć Europę, że jesteś szalony, tak ich nastraszymy, że będą się zbroili po zęby. Jesteśmy z tobą w tej strategii. Ale pokaż, bo wciąż nie pokazałeś światu, co dostają ci, którzy wydają swoją dolę na zbrojenia. Pokaż, jaka jest marchewka, a nie tylko kij. I zrób to na przykładzie Polski. Daj nam technologię na montowanie czołgów w Polsce, produkcję chipów albo kolejną stałą bazę". Ta lista może być różna. A potem możemy pojechać do Europy: "Słuchajcie, chcemy być liderem bezpieczeństwa, mamy największą armię, Trump jest wariatem, musimy się zbroić jeszcze szybciej". Działajmy na dwa fronty.

gazeta.pl


Nie mówi się wiele o warunkach Rosji, ale agencje informacyjne twierdzą, że Putin żąda zaprzestania dostaw broni i wsparcia wywiadowczego podczas 30 dni ewentualnego zawieszenia broni. Ma to dotyczyć USA i Europy, co dla Europy będzie bardzo trudne. Jeśli się Unia nie zgodzi, to Donald Trump zawsze może powiedzieć: "jak nie chcecie pokoju, to sami sobie radźcie" i nałożyć potężne cła na produkty z Unii Europejskiej albo nawet zagrozić wyjściem USA z NATO.

Tym jednak będziemy się martwili później. Teraz te skromne, aczkolwiek oczekiwane wyniki rozmów, mogą doprowadzić do jakiejś korekty na Giełdzie Papierów Wartościowych. W końcu potrzeba było tylko pretekstu, żeby gracze mogli zrealizować część zysków po potężnych zwyżkach indeksów. Byłoby to nawet zdrowe. Rynek walutowy sygnalizuje jednak, że rynki po rozmowie Trump-Putin są bardzo spokojne. Kurs EUR/USD lekko rośnie, co umacnia złotego do dolara i nieznacznie do euro.

Wniosek jest prosty - część rozczarowanych inwestorów może sprzedawać, szczególnie że rynek szykuje się już do wygaszania marcowej linii kontraktów na WIG20, a słońce giełd, czyli Wall Street, wraca do spadków. Jednak nadzieja na zawieszenie broni nie zniknęła. Nawet jeśli ktoś nie bardzo w to wierzy, to jest miejsce na grę pod kolejne rozmowy, ustępstwa itp. A nastroje na rynkach są ważniejsze niż realia.

Poza tym pamiętać trzeba, że na rynkach zapanowała TIARA (There Is A Real Alternative - ang. rzeczywista alternatywa). Wystarczy spojrzeć na indeksy chińskie, tureckie, niemieckie i oczywiście polskie. Wiele wskaźników pokazuje, że pieniądze uciekają z giełd amerykańskich i szukają sobie miejsca w innych, niedocenianych dotychczas miejscach. Trudno o niemieckim indeksie XETRA DAX mówić, że był niedoceniany, ale GPW z pewnością była przez połowę ubiegłego roku w niełasce inwestorów. Ta gra będzie jeszcze trwała, o ile nie dojdzie do potężnej zwady na linii USA-Unia Europejska.

money.pl

poniedziałek, 17 marca 2025



W związku z pogarszającą się sytuacją gospodarczą Chin spodziewano się, że właśnie jej ożywienie będzie w centrum uwagi podczas zjazdu. Było jednak inaczej. Choć chiński premier zapowiedział utrzymanie wzrostu gospodarczego na poziomie ok. 5 proc. PKB i "szybsze działania" w zakresie ożywiania gospodarki, nie ogłoszono żadnych większych programów zwiększenia popytu wewnętrznego, czego przedsiębiorcy najbardziej oczekiwali. Zamiast tego najwięcej uwagi wydaje się, że poświęcono innemu zagadnieniu - bezpieczeństwu.

Tym samym Chiny wydają się całkiem otwarcie kończyć ze stawianiem wzrostu swojej gospodarki na pierwszym miejscu, a zamiast rozwiązywania problemów gospodarczych wytyczyły całkiem nowy priorytet: bezpieczeństwo państwa. Skąd taka zmiana? - Bo ile można mówić, że pobudzamy popyt, i go nie pobudzać? - odpowiada ekspert ds. Chin Ośrodka Studiów Wschodnich, dr Michał Bogusz. - Chińskie władze od lat zapowiadały pobudzanie popytu wewnętrznego i to się już znudziło ludziom, bo nic się nie zmieniało - dodaje.

Jak zauważa, mimo wielokrotnych deklaracji Pekinu, w rzeczywistości "nigdy nawet nie próbowano pobudzać popytu wewnętrznego w Chinach". - A teraz, pod rządami Xi Jinpinga, partia już całkiem otwarcie stawia jedynie na podaż, czyli zwiększanie produkcji, zaplecza przemysłowego. Bo partia wierzy, że wojny wygrywają mocarstwa przemysłowe, a nie gospodarki usługowe - wyjaśnia. 

Rządząca Chinami partia komunistyczna postanowiła więc po wielu latach zmienić retorykę i całkiem otwarcie wytyczyć nowe priorytety. Zapowiedziano "modernizację chińskiego systemu bezpieczeństwa narodowego", które oprzeć ma się na dwóch filarach: inwestowaniu w nowoczesne technologie oraz zbrojeniach. Na pierwszy z nich przeznaczona ma zostać dodatkowo kwota 172 miliardów dolarów. Wzrost wydatków na zbrojenia ma natomiast zostać utrzymany na poziomie 7,2 proc. chińskiego PKB, czyli pochłonąć dodatkowe 245 mld dolarów.

(...)

- Podkreślanie znaczenia nowych technologii w Chinach wynika z faktu, że od lat partia wlewa w nie ogromne pieniądze i w Chinach jest też wielka duma z wszelkich nowych osiągnięć na tym polu, takich jak DeepSeek. Nawet przy ogromnym marnotrawstwie tak wielkie środki muszą przynieść efekty, więc pojawiają się osiągnięcia i coś "rusza", ale czy to mogłoby dać rzeczywiście Chinom samodzielność technologiczną? Tego nie wiem i nikt tego dziś nie wie. Póki co, mówienie o tym ma głównie podnosić nastroje społeczne i rynkowe - wskazuje. 

- Jeśli chodzi o zbrojenia, partia przez lata tłumaczyła, że wydatki na zbrojenia rosną proporcjonalnie do wzrostu PKB Chin. Od kilku lat wydatki na armię rosną już jednak szybciej, więc tłumaczenie to przestało być prawdziwe - zauważa ekspert. - Za wzrost wydatków na zbrojenia w Chinach w rosnącym stopniu odpowiadają jednak rosnące koszty operacyjne armii, ponieważ rośnie ilość sprzętu, zwłaszcza we flocie. Im bardziej chińska marynarka się rozwija, tym więcej "przepala" pieniędzy na własne utrzymanie. Przykładowo, wyprodukowanie okrętu to jakaś 1/3 kosztów, jakie okręt ten pochłonie w ciągu 20 lat służby. Reszta to paliwo, amunicja, konserwacja, naprawy. Marynarka jest niezwykle kosztowna - wyjaśnia dr Bogusz. 

Krótko mówiąc, w gospodarce Chiny zamiast zmierzyć się z realnymi reformami, postanowiły pójść na "łatwiznę" i maskować problemy, skupiając na generowaniu zysków z masowego eksportu, którym zaleją zagraniczne rynki. Jednocześnie rzeczywisty priorytet zmienił się i gospodarkę zastępuje właśnie bezpieczeństwo, rozumiane jako stabilność wewnętrzna, silna armia oraz samowystarczalność technologiczna.

Co to oznacza dla świata? - Na razie Pekin uznał, że będzie czekał i obserwował, co robi Donald Trump. Chiny mają czas, w ostatnich latach stworzyły też sobie nowe narzędzia do ewentualnej konfrontacji handlowej z USA, ale czekają by zdecydować, czy będą musiały ich używać - mówi dr Michał Bogusz. - Na razie więc z Chin nie płynie żaden nowy sygnał dla świata. Także Donald Trump póki co wydaje się, że pozostawił relacje z Chinami na później i skupił na innych obszarach - ocenia.

tvn24.pl

niedziela, 16 marca 2025



Powiemy Państwu tak — nawet w PiS mało jest wiary w to, że Nawrocki wygra wybory. Czołowe postaci w partii dystansują się od jego kampanii — nie pomagają mu m.in. Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, Zbigniew Ziobry, czy Daniel Obajtek. Konkurenci do prezydenckiego startu — tacy jak europoseł PiS Tobiasz Bocheński — piszą do prezesa donosy na kampanię Nawrockiego. Szeregowi posłowie nie palą się do organizowania Nawrockiemu spotkań. Jest też coraz więcej zgrzytów między sztabem kierowanym przez Pawła Szefernakera — człowieka Joachima "Jojo" Brudzińskiego — a ścisłym, kilkuosobowym otoczeniem Nawrockiego. Chodzi o ekipę, która jeździ z nim na spotkania — to w większości jego zaufani współpracownicy z Muzeum II Wojny Światowej oraz Instytutu Pamięci Narodowej. Byli sportowcy i nacjonaliści — specyficzny dwór pana Karola.

Te napięcia — jak słyszymy — są dla wielu ludzi w partii ostrzeżeniem, że w razie wygranej Nawrockiego nie wszystko pójdzie tak, jak sobie to wymyślił Kaczyński. Wedle światłej myśli prezesa Nawrocki pozbawiony zaplecza, bez silnych korzeni w PiS stanie się drugim Andrzejem Dudą z początków prezydentury — pokornym wykonawcą woli Kaczyńskiego. Wedle planów Kaczyńskiego Nawrocki jako prezydent będzie podpisywał to, co prezes nakaże mu podpisywać, a zacznie od wetowania wszystkiego, co prezes każe mu wetować — żeby obalić rząd Tuska jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r.

Ale jeden ze sztabowców mówi nam tak: "Moim zdaniem tak nie będzie. Nawrocki jest oczywiście prawicowcem i taka byłaby jego prezydentura. Ale po pierwsze, to bliżej mu do Konfederacji, niż do PiS i ewidentnie będzie prowadził własną politykę budowania relacji z konfederatami. A po drugie, to jest nieobliczalny gość. Jeśli tylko dostanie stanowisko prezydenta, chronione kadencją i ze sporym zakresem władzy, to kompletnie oleje prezesa. To nie będzie gość, którego Kaczyński będzie miał na telefon".

onet.pl


Potem było jeszcze gorzej. Donald Trump jak zwykle używał retoryki godnej 10-latka i mówił o rzeczach, o których nie ma zielonego pojęcia. Przekazał gawiedzi, że za Teslę, którą "kupuje", chce zapłacić czekiem, bo nie szanuje elektronicznych metod płatności. Zapomniał, że w tym samym czasie promuje i wspiera swoim nazwiskiem bitcoina oraz różne krypto- i memewaluty. Poza tym najbogatszy człowiek świata, który stał obok niego, zarobił pierwsze duże pieniądze właśnie na firmie, która zrewolucjonizowała rynek elektronicznych płatności. Chodzi o PayPala, którego Musk wraz ze wspólnikami sprzedał eBayowi za 1,5 miliarda dolarów w 2002 roku. Elon udawał, że nie słyszy tego fragmentu przemowy i zamiast się obrazić na towarzysza, dalej uśmiechał się i podpowiadał Trumpowi, co powinien mówić o jego samochodach. 

moto.pl


REPORTER: Panie Prezydencie, powiedział Pan, że ceny jaj spadły o 35% w ciągu ostatniego półtora tygodnia, ale najnowsze raporty pokazują, że ceny faktycznie wzrosły. Czy może Pan to wyjaśnić?

TRUMP: Słuchaj, mam najlepsze liczby, okej? Lepsze liczby niż ktokolwiek. Byłem właśnie w niesamowitym sklepie spożywczym — ludzie płakali, byli tak szczęśliwi z powodu cen. Jeden facet, duży facet, silny facet — może 6'5”, 300 funtów — podchodzi do mnie ze łzami w oczach i mówi: „Panie, właśnie kupiłem jajka za pół pensa”. Niesamowite.

REPORTER: Panie, Biuro Statystyki Pracy faktycznie podaje, że ceny jaj...

TRUMP: Ach, Biuro Statystyki Pracy? Pozwól, że opowiem ci coś o tych gościach, okej? Byli wobec mnie bardzo niesprawiedliwi. Bardzo niesprawiedliwi. Nie chcą, żebym odniósł sukces! Chcą jajek Bidena — okropnych jajek, nawiasem mówiąc — drogich jajek. Ty to wiesz, ja to wiem, wszyscy to wiedzą.

REPORTER: Czyli twierdzi pan, że ich oficjalne dane dotyczące inflacji są błędne?

TRUMP: Mówię, że ludzie — piękni, niesamowici prawdziwi ludzie tego kraju — znają prawdę. Czy kiedykolwiek wchodziłeś do sklepu spożywczego, rozglądałeś się i po prostu czułeś ceny? Ja tak. Mam najlepsze wyczucie cen. Lepsze niż ktokolwiek inny. Lepsze niż ekonomiści. Nazywają mnie ekspertem od jajek, okej?

REPORTER: Kto cię tak nazywa?

TRUMP: Wiele osób!

REPORTER: Ale czy nie jest mylące stwierdzenie, że ceny spadły, gdy...

TRUMP: Słuchajcie, fake newsy! Pozwólcie, że zapytam was o coś — kiedy byłem prezydentem po raz pierwszy, czy kiedykolwiek zabrakło nam jajek? Nie. Nigdy. Teraz, za Bidena, był cały kryzys jajeczny. Ptasia grypa, mówili! Jaki żart. To głębokie państwo bawi się kurami.

REPORTER: Zabawa z kurami?

TRUMP: Myślisz, że to przypadek? Wiedzieli, że wrócę! Wiedzieli. Więc sprawili, że jajka były drogie, żebym źle wypadł. Ale wiesz co? Naprawiliśmy to. Naprawiłem to w tydzień.

REPORTER: Panie, ale…

TRUMP: I powiem ci coś jeszcze — kury mnie kochają. Rolnicy mówią mi: „Panie, kury znoszą lepsze jajka, gdy jest pan prezydentem”. To prawda. Nie dostaje się takich jajek pod rządami Sleepy Joe. Słabe jajka. Smutne jajka. Moje jajka? Ogromne jajka.

REPORTER: Panie Prezydencie, ja…

TRUMP: A tak przy okazji, skoro mowa o jajkach — Chiny. Zabierają nam jajka. Kradną je. Dlatego mamy cła. Lubisz cła? Powinieneś. Są piękne.

REPORTER: Ja—

TRUMP: Świetny wywiad. Świetna rozmowa. Powinniśmy to robić częściej. Ale tylko jeśli zaczniesz być milszy

x.com/MrCactus369

sobota, 15 marca 2025



13 lipca 2024 r. zamachowiec próbował zabić Trumpa podczas wiecu. Zaraz potem Elon Musk po raz pierwszy poparł republikańskiego kandydata, a dwa dni później Trump wybrał J.D. Vance'a, również popieranego przez Muska, na swojego kandydata na wiceprezydenta.

W ten sposób wyścig po fotel wiceprezydenta wygrała nowa republikańska technoelita, z prawicowcami z Doliny Krzemowej na czele: Peter Thiel i Elon Musk, ich przyjaciel i partner biznesowy David Sacks, który obecnie pełni funkcję doradcy Białego Domu ds. sztucznej inteligencji i kryptowalut, oraz syn prezydenta Trumpa, Donald Jr. Ich kandydatem był J.D. Vance.

Przedstawiciele starego kapitału medialnego, kierowanego przez republikańskiego potentata medialnego Ruperta Murdocha, który jest właścicielem Fox News Channel i WSJ, przegrali. Byli oni zdecydowanie przeciwni Vance'owi i nalegali, by wiceprezydentem został Marco Rubio (który później został sekretarzem stanu USA) lub Doug Burgum (obecnie sekretarz spraw wewnętrznych).

Podczas kampanii prezydenckiej Vance odegrał kluczową rolę w przyciągnięciu Doliny Krzemowej na stronę Trumpa, w tym elit, które wcześniej głosowały wyłącznie na kandydatów Demokratów i uważały pierwsze wybory Trumpa za katastrofę. W szczególności Vance pomógł Davidowi Sacksowi, którego do tego czasu nazywał "jednym ze swoich najbardziej zaufanych ludzi w polityce", zorganizować protrumpowską kolację dla technoelit i zebrać 15 mln dol. (58 mln zł) na kampanię.

Przez prawie cały wyścig, odkąd Vance został ogłoszony kandydatem na wiceprezydenta, jego wskaźnik poparcia był ujemny. Na początku wyścigu wynosił -3 proc. (co oznacza, że 26 proc wyborców lubiło Vance'a, a 29 proc. go nie lubiło), a miesiąc przed wyborami spadł jeszcze bardziej do -12 proc. Polityk został nazwany najgorszym kandydatem na wiceprezydenta od dziesięcioleci i nawet zwolennicy Trumpa rozważali zastąpienie Vance'a kimś innym w ostatniej chwili.

(...)

Debata kandydatów na wiceprezydenta pomogła podnieść jego notowania — Vance'owi przeciwstawił się Demokrata i gubernator Minnesoty Tim Walz. Podczas debaty Vance dał się poznać jako spokojny i elokwentny mówca, któremu udało się uwypuklić słabości retoryki rywala. Vance wykonał również kilka zabawnych grymasów, które stały się podstawą popularnych memów na jego temat. Ocena polityka po raz pierwszy była pozytywna, ale wkrótce spadła.

Chociaż Vance był przekonującym mówcą i dobrym debatantem, wystarczyło kilka filmów (w jednym z nich, na przykład, rozmawia z personelem w kawiarni), na których był nieporadny w życiu codziennym, aby ugruntować jego status "dziwnej" osoby. Ta "dziwność" została również skutecznie wypromowana przez Demokratów.

Po zwycięstwie Trumpa w wyborach w listopadzie i do jego inauguracji 20 stycznia 2025 r. Vance zniknął z pola widzenia opinii publicznej. Technooligarcha Elon Musk zajął całą przestrzeń obok Trumpa: zamieszkał obok prezydenta-elekta i uczestniczył w wyborze kandydatów na kluczowe stanowiska w nowej administracji.

Pojawiły się plotki, że Vance był postacią czysto dekoracyjną, która nie odegra znaczącej roli w przyszłej administracji, a prawdziwym numerem dwa (a może nawet numerem jeden) był Musk. Miliarder szybko zajął jednak miejsce w Departamencie Wydajności Rządu, a wiceprezydent Vance z każdym tygodniem zyskuje coraz większe znaczenie w nowej administracji.

Vance jest odpowiedzialny za kontakty prezydenta z Senatem, gdzie Republikanie mają obecnie większość. W szczególności odegrał wiodącą rolę w procesie potwierdzania przez Senat nominacji Trumpa na najwyższe stanowiska w nowej administracji: sekretarza obrony Pete'a Hegsetha i sekretarza zdrowia Roberta Kennedy'ego Jr.

"Jest zawsze dostępny", mówi senator Thom Tillis, którego Vance przekonał do głosowania na sekretarza obrony Hegsetha. — Jeśli do niego napiszę, odpowiada szybko, jeśli nie natychmiast". Inny senator, Markwayne Mullin, mówi, że kiedy Vance przychodzi do Senatu, "nie zachowuje się jak wiceprezydent. Zachowuje się, jakby był wśród przyjaciół — i to nam się bardzo podoba".

Vance odgrywa również kluczową rolę w relacjach między rządem a amerykańskim sektorem technologicznym i jest odpowiedzialny za sprzedaż chińskiej sieci społecznościowej TikTok amerykańskim właścicielom. To on musi znaleźć nabywców, w przeciwnym razie TikTok zostanie zakazany w USA.

Ale najważniejszą rzeczą, za którą Vance został zapamiętany w ciągu półtora miesiąca, są jego wypowiedzi na temat polityki zagranicznej USA. Pierwsze europejskie przemówienie Vance'a miało miejsce na szczycie AI Action Summit w Paryżu. Przemówienie amerykańskiego wiceprezydenta rozpoczęło się od krytyki europejskiego podejścia do technologii. Vance powiedział, że Europejczycy muszą podążać za Ameryką Trumpa, patrząc na zaawansowane technologie, takie jak sztuczna inteligencja, "z optymizmem, a nie niepokojem".

Powiedział również, że Europa powinna przestać "dokręcać śrubę" amerykańskim korporacjom technologicznym i ostrzegł Europejczyków przed używaniem sztucznej inteligencji "do cenzurowania i kontrolowania myśli użytkowników". Zwracając się do sali, w której znajdowali się prezydent Francji Emmanuel Macron, kanclerz Niemiec Olaf Scholz i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, polityk zażądał, aby europejscy prawodawcy przestali "blokować dorosłym mężczyznom i kobietom dostęp do opinii, które rząd uważa za dezinformację".

Trzy dni później Vance wygłosił jeszcze bardziej agresywne przemówienie na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Oświadczył, że Europa jest w niebezpieczeństwie, ponieważ zbyt daleko odeszła od wspólnych wartości z Ameryką. Oskarżył europejskie władze o tłumienie wolności słowa i sprzeciwu politycznego, prześladowanie wierzących i narzucanie siłą wartości obywatelom.

Europejscy urzędnicy, którzy spotkali się z Vancem , powiedzieli, że osobiście był on mniej polityczny, a bardziej profesjonalny. Ale ze sceny na konferencji w Monachium wyraził ostrą krytykę, na którą Europejczycy nie byli przygotowani. 40-letni wiceprezydent, zaledwie miesiąc po objęciu urzędu, w ciągu godziny stał się zwiastunem zmian w porządku międzynarodowym po II wojnie światowej.

Dwa tygodnie po przemówieniu w Monachium Vance ponownie znalazł się w epicentrum polityki międzynarodowej, angażując się w publiczny spór między prezydentem Trumpem a ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Odchodząc od standardów neutralnego zachowania wiceprezydentów, Vance upomniał i skrytykował prezydenta innego kraju przed kamerami.

Później Vance kontynuował głośne oświadczenia, mówiąc, że gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy nie mają żadnej wagi, jeśli są udzielane przez "jakiś przypadkowy kraj, który nie był w stanie wojny od 30 lub 40 lat", czyli Wielką Brytanię i Francję. Później zaprzeczył, że odnosił się do tych krajów, ale w czasie, gdy to mówił, nikt nie sugerował niczego podobnego.

W następstwie tych ataków dziennikarze zaczęli nazywać Vance'a "psem bojowym Trumpa". Sam wiceprezydent wydaje się cieszyć falą memów na temat swojego wyglądu, które pojawiły się w sieci społecznościowej X po jego medialnych wybuchach. Sam nawet publikuje memy na swój temat.

onet.pl


ISW nie zaobserwowało żadnych dowodów geolokalizacyjnych wskazujących na to, że siły rosyjskie otoczyły znaczną liczbę sił ukraińskich w obwodzie kurskim lub gdzie indziej wzdłuż linii frontu na Ukrainie. Prezydent Rosji Władimir Putin stwierdził podczas konferencji prasowej 13 marca, że ​​siły rosyjskie „odizolowały” siły ukraińskie w obwodzie kurskim i że „niemożliwe” jest wycofanie się małych grup sił ukraińskich z pozycji w obwodzie kurskim. Putin stwierdził, że siły ukraińskie w ogóle nie będą mogły opuścić Kurska, „jeśli” siły rosyjskie będą w stanie przeprowadzić „fizyczną blokadę” w nadchodzących dniach. Putin oświadczył podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Rosji 14 marca, że ​​siły rosyjskie „zablokowały” nieokreślone siły ukraińskie w obwodzie kurskim. Ukraiński Sztab Generalny poinformował 14 marca, że ​​władze rosyjskie fabrykują twierdzenia o rzekomym „okrążeniu” sił ukraińskich w obwodzie kurskim, aby wpłynąć na scenę polityczną i informacyjną. Ukraiński Sztab Generalny poinformował, że siły ukraińskie przegrupowały się i wycofały na korzystniejsze pozycje obronne w obwodzie kurskim i że siły ukraińskie nie są zagrożone okrążeniem.

Rosyjscy milblogerzy również nie zjednoczyli się wokół twierdzeń, że siły rosyjskie okrążyły lub „zablokowały” znaczną liczbę sił ukraińskich w obwodzie kurskim w ostatnich dniach, ale milblogerzy mogą zmienić swoje doniesienia, aby odzwierciedlały twierdzenia Putina w nadchodzących dniach. Niektórzy rosyjscy milblogerzy twierdzili 12 i 13 marca, że ​​siły rosyjskie okrążyły nieokreśloną liczbę sił ukraińskich w nieokreślonym obszarze obwodu kurskiego, ale wielu rosyjskich milblogerów opublikowało mapy 13 i 14 marca, potwierdzając, że siły ukraińskie mają wykonalne drogi wyjścia do obwodu sumskiego ze swoich pozostałych pozycji w obwodzie kurskim. Przynajmniej jeden rosyjski milbloger wyraźnie zakwestionował twierdzenia, że ​​siły rosyjskie okrążyły siły ukraińskie w obwodzie kurskim 12 marca, a inny skarżył się 12 marca, że ​​siły rosyjskie nie są w stanie okrążyć sił ukraińskich w obwodzie kurskim, ponieważ siły rosyjskie nie mogą przeprowadzić szybkich, zmechanizowanych przełomów na tylne obszary ukraińskie.

(...)

Putin wykorzystał oświadczenie prezydenta USA Donalda Trumpa o rzekomym okrążeniu sił ukraińskich w obwodzie kurskim, aby odwrócić uwagę od niedawnego odrzucenia przez niego propozycji zawieszenia broni między USA a Ukrainą. Prezydent Trump oświadczył w poście na Truth Social 14 marca, że ​​siły rosyjskie „całkowicie otoczyły” „tysiące” sił ukraińskich, prawdopodobnie w obwodzie kurskim, i wezwał Putina do „oszczędzenia” ich życia. Putin odpowiedział bezpośrednio na prośbę Trumpa podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa 14 marca i stwierdził, że siły rosyjskie zagwarantują „życie i godne traktowanie” sił ukraińskich w obwodzie kurskim, jeśli siły ukraińskie się poddają. Putin powtórzył bezpodstawne twierdzenia, że ​​siły ukraińskie w obwodzie kurskim popełniły zbrodnie przeciwko rosyjskim cywilom na tym obszarze i powiedział, że Rosja uważa ukraińską inwazję za akt „terroryzmu”. Putin stwierdził, że władze ukraińskie muszą nakazać siłom ukraińskim poddanie się, aby Rosja mogła zrealizować prośbę Trumpa. Putin próbuje przedstawić się jako rozsądny i miłosierny przywódca, z którym prezydent Trump może nawiązać kontakt, a także stworzyć nową narrację, która miałaby odwrócić uwagę od decyzji Putina o odrzuceniu 13 marca amerykańsko-ukraińskiej propozycji zawieszenia broni.

Oświadczenia Kremla po spotkaniu Putina ze specjalnym wysłannikiem USA na Bliski Wschód Stevem Witkoffem 13 marca podkreślają odrzucenie przez Putina propozycji zawieszenia broni między USA a Ukrainą i ciągłą niechęć do angażowania się w negocjacje w dobrej wierze w celu zakończenia wojny na Ukrainie. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że Putin przyjął Witkoffa w Moskwie wieczorem 13 marca i powtórzył, że Putin „popiera stanowisko Trumpa w sprawie rozwiązania konfliktu na Ukrainie”, ale że są „pytania, na które należy wspólnie odpowiedzieć”. Pieskow powiedział, że Putin przekazał Witkoffowi informacje do przekazania Trumpowi i że Rosja i Stany Zjednoczone rozumieją, że Putin i Trump muszą odbyć rozmowę i ustalą szczegóły rozmowy telefonicznej Putin-Trump w przyszłości. Ani Kreml, ani rząd USA nie podały dalszych szczegółów na temat tego spotkania do czasu opublikowania tego raportu.

understandingwar.org


Dziennikarka Tara Palmeri w artykule na stronie The Red Letter wychodzi od wywiadu z Elonem Muskiem, który przeprowadził kilka dni temu Larry Kudlow z Fox News. Szef nieformalnego departamentu DOGE krytykował w rozmowie wydatki na programy społeczne. Sugerował, że środki są w dużej mierze marnotrawione lub sprzeniewierzane. "Choć współpracownicy Trumpa są przerażeni Muskiem, wiedzą, że jeśli spróbujesz obciąć Social Secuirty, Medicare i Medicaid, umrzesz w sensie politycznym" - relacjonuje Palmeri. - To już nie jest utrzymujący się opór, ludzie są k******o wściekli - mówi jeden z informatorów dziennikarki. 

W dalszej części artykułu Palmeri opisuje, jak Musk jest postrzegany w Białym Domu i agencjach rządowych. W jednym z akapitów dziennikarka odwołuje się do niedawnej utarczki słownej z Radosławem Sikorskim. "Jeśli mówi polskiemu ministrowi Radosławowi Sikorskiemu 'bądź cicho, mały człowieku' i przypomina gabinetowi Trumpa, że to on jest miliarderem w pokoju, to możecie sobie wyobrazić, jak traktuje urzędników Białego Domu [...]" - opisuje. Jeden z informatorów dziennikarki relacjonuje, że Musk "demonstracyjnie lekceważy ludzi na wysokich stanowiskach, ponieważ nie rozumie rządu". 

Musk ma źle traktować m.in. Susie Wiles, szefową personelu Białego Domu. Jedna z osób relacjonuje, że pracownicy administracji "nienawidzą" szefa DOGE. - Częściowo wynika to z polityki, a częściowo z tego, jakim jest człowiekiem. Traktuje Susie jak sekretarkę. Ale oni się go boją - twierdzi informator dziennikarki. Rozmówcy Palmeri podkreślają też, że Musk nie komunikuje, gdzie planuje przeprowadzić cięcia, tylko to robi. Dziennikarka przywołuje opinie pracowników, którzy "nienawidzą Muska, boją się go lub uważają, że zachowuje się dziwnie". Jako przykład dziwnego zachowania zostaje przywołany fakt, że Musk sypia w swoim biurze w Eisenhower Executive Office Building (tam mieści się DOGE), które jest pilnowane przez pięciu ochroniarzy. 

gazeta.pl


"Ambasador RPA w Stanach Zjednoczonych nie jest już mile widziany w naszym wspaniałym kraju. Emrahim Rasool to polityk podżegający do rasizmu, który nienawidzi Ameryki i nienawidzi prezydenta Donalda J. Trumpa. Nie mamy z nim tematów do dyskusji, więc jest uważany za PERSONA NON GRATA" - przekazał w piątek na portalu X szef amerykańskiej dyplomacji Marco Rubio.

 Rubio dołączył do swojego wpisu link do portalu Breitbart. W artykule zacytowano piątkową wypowiedź Emrahima Rasoola. Ambasador RPA zarzucił Donaldowi Trumpowi, że promuje wręcz globalną supremację ludzi białych. Zwrócił też uwagę na to, że współpracownik Trumpa, Elon Musk, udzielił poparcia brytyjskiemu prawicowemu politykowi Nigelowi Farage'owi, a wiceprezydent J. D. Vance  spotkał się w Monachium z liderką niemieckiej partii AfD Alice Weidel. 

gazeta.pl

piątek, 14 marca 2025



W 2024 r. gospodarka Chin nadal nie przezwyciężyła trapiących ją od kilku lat problemów, m.in. niższego wzrostu, słabości konsumpcji i presji deflacyjnej. Dla władz w Pekinie obecne trudności stanowią jednak akceptowalny, przejściowy koszt transformacji ekonomicznej. Jej celem jest wzmocnienie bezpieczeństwa ChRL i znalezienie nowych źródeł rozwoju dzięki modernizacji gospodarki.

Kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) toleruje funkcjonowanie gospodarki „dwóch prędkości”: spowolnienie w skali makro w zamian za postęp w uznawanych za kluczowe, zaawansowanych technologicznie sektorach przemysłu. Rozumie przy tym, że stabilizacja gospodarcza i społeczna jest konieczna, aby długofalowa strategia odniosła sukces. KPCh wciąż nie uznała za konieczne wprowadzenia szerokiego pakietu stymulacyjnego i ograniczyła się do wdrożenia mniej kosztownych rozwiązań stabilizujących gospodarkę.

Pekin zdołał przekierować strumień środków przez lata płynący do sektora nieruchomości do branż realizujących główne priorytety partii: rozwoju konkurencyjnej i samowystarczalnej bazy przemysłowej, a także elektryfikacji gospodarki w oparciu o krajowe źródła energii. Skutkiem jest intensyfikacja rywalizacji rynkowej, która z jednej strony stymuluje postęp technologiczny oraz ogranicza zależność Chin od importu, a z drugiej – pogłębia przerost mocy wytwórczych i podsyca wyniszczające wojny cenowe.

Od co najmniej kilkunastu lat nadwyżka handlowa nie miała tak dużego wpływu na wzrost gospodarczy jak w ubiegłym roku. W przededniu potencjalnej wojny handlowej Chiny pozostają silnie uzależnione od popytu z zagranicy, a reszta świata w bezprecedensowym stopniu polega na dostawach z tego kraju.

Pekin nadal może nadać priorytet uruchomieniu alternatywnego, mniej korzystnego z perspektywy władz silnika wzrostu – konsumpcji. Rządzący od dwóch dekad deklarują wolę wzmocnienia roli wydatków gospodarstw domowych jako motoru gospodarczego, jednak wciąż nie rezygnują z modelu rozwojowego opartego głównie na inwestycjach i eksporcie. W ostatnich miesiącach władze ChRL zintensyfikowały przygotowania gruntu pod prokonsumpcyjny zwrot, m.in. wprost wskazując, że słabość popytu krajowego to zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Zwrot ten może w końcu zostać wykonany w celu ograniczenia zależności chińskiej gospodarki od sprzedaży za granicę na wypadek drastycznej eskalacji wojny handlowej.

Chiński urząd statystyczny zaraportował, że tempo wzrostu PKB osiągnęło w minionym roku poziom wyznaczony przez władze, niemniej niezależni ekonomiści podają te wyliczenia w wątpliwość. Zdaniem analityków Rhodium Group w 2024 r. chińska gospodarka urosła realnie o niecałe 3%, a nie o 5%, jak twierdzi Pekin. Model badaczy z Banku Finlandii, podważający jedynie oficjalne szacunki dotyczące inflacji, wskazuje na niespełna 4-procentową dynamikę. Główny ekonomista państwowego SDIC Securities Gao Shanwen publicznie stwierdził, że w ostatnich dwóch–trzech latach faktyczny wzrost wynosił ok. 2%. Dokładne tempo pozostaje nieznane, lecz z pewnością gospodarka ChRL nadal rośnie wolniej niż przed wybuchem pandemii COVID-19.

Z wyłączeniem okresu pandemii COVID-19 oficjalny wzrost realnego PKB Chin był w minionym roku najniższy od 1990 r., a nominalnego PKB – od 1976 r. Pierwszą z miar uznaje się na świecie za podstawowy wyznacznik kondycji gospodarczej i jako taka od lat służy Pekinowi za narzędzie wewnętrznej i zewnętrznej propagandy. Druga podlega mniejszym manipulacjom, ponieważ jest mierzona w cenach bieżących. Dostarcza przy tym informacji o dochodach ludności i firm, wpływających na ich zdolność do spłacania zadłużenia oraz skłonność do konsumpcji i inwestowania. W minionym roku wzrost nominalnego PKB po raz drugi z rzędu był niższy niż dynamika realna.

Mimo że Pekin deklaruje wolę wzmocnienia konsumpcji prywatnej jako silnika gospodarczego, to w minionym roku jej udział we wzroście PKB był najniższy od 2006 r. (z wyjątkiem covidowego 2020 r.). Gospodarstwa domowe od lat dysponują relatywnie niewielką częścią wypracowanego w kraju dochodu, a równocześnie wyróżniają się wysoką skłonnością do oszczędzania. Polityka „zero COVID” i rachityczne ożywienie popandemiczne umocniły te tendencje. W 2024 r. władze realizowały kampanię wymiany starych samochodów i urządzeń gospodarstwa domowego (oraz sprzętu przemysłowego) na nowe. Niemniej jednak, pomimo wielokrotnie składanych deklaracji oraz coraz częściej pojawiających się zaleceń krajowych i zagranicznych ekonomistów, nadal nie zaproponowały reform strukturalnych, które mogłyby istotnie i trwale wzmocnić popyt konsumpcyjny w ChRL.

Nastroje konsumenckie utrzymują się na wyraźnie niższym poziomie niż przed wprowadzeniem w Chinach masowych lockdownów na wiosnę 2022 r. W obliczu silnej konkurencji i słabego popytu firmy ograniczają wynagrodzenia pracowników. Władze lokalne, które mierzą się z koniecznością obsługi ogromnego zadłużenia, redukują wypłaty i premie urzędnikom oraz zwlekają z regulowaniem zobowiązań wobec kontrahentów. Do zachowania większej dyscypliny finansowej motywują Chińczyków także kryzys na rynku nieruchomości, brak stanowczej reakcji Pekinu na spowolnienie gospodarcze oraz groźba eskalacji konfliktu z USA.

(...)

W przeciwieństwie do poprzednich epizodów dekoniunktury, w latach 2023–2024 rządzący nie wdrożyli dużego pakietu stymulacyjnego, lecz ograniczyli się do działań mających na celu stabilizację gospodarki i poprawę nastrojów ludności. To istotna zmiana paradygmatu polityki gospodarczej ChRL, odzwierciedlająca zmianę priorytetów Pekinu. Wysiłki władz koncentrują się już nie na wspieraniu wzrostu dochodów (kosztem gwałtownego zwiększania zadłużenia), lecz na ograniczaniu zależności od zagranicy i kreowaniu nowych źródeł produktywności[8]. Decydenci rozumieją przy tym, że aby długofalowa strategia odniosła sukces, konieczne jest ustabilizowanie sytuacji bieżącej. Dlatego stopniowo korygowali kurs polityki gospodarczej.

Pod koniec września ub.r. władze w krótkim czasie ogłosiły szereg decyzji mających stworzyć wrażenie wprowadzenia silnego, kompleksowego pakietu stymulacyjnego. Wbrew entuzjastycznym komentarzom medialnym, określającym pakiet mianem „bazooki”, większość jego elementów wprowadzała niewielkie korekty, zgodne z dotychczasowym kierunkiem działań Pekinu. Rządzący kontynuowali m.in. stopniowe obniżanie stóp procentowych czy łagodzenie regulacji dotyczących rynku mieszkaniowego. Wymusili też na bankach przyspieszenie dostosowania oprocentowania istniejących kredytów hipotecznych do korzystniejszych bieżących warunków rynkowych.

Wrześniowy pakiet stabilizujący przedstawiany jest jako decydujący czynnik, który umożliwił w 2024 r. oficjalną realizację celu wzrostu PKB na poziomie 5%, ale z oficjalnych danych wynika, że przyspieszenie w IV kwartale było przede wszystkim zasługą powiększenia nadwyżki handlowej. Stopniowe luzowanie polityki pieniężnej pozostaje nieefektywne, ponieważ to nie wysoki koszt pieniądza stanowi główną przeszkodę dla wzrostu konsumpcji i inwestycji. Zmiany dotyczące oprocentowania kredytów weszły w życie na tyle późno, że ich wpływ na realną gospodarkę w ubiegłym roku nie zdążył się w pełni urzeczywistnić. Ograniczały go również ostrożne postawy kredytobiorców, którzy nie decydowali się na przeznaczenie uzyskanych środków na masowe zwiększenie bieżących wydatków. Wsparcie władz dla rynków akcji oraz nieruchomości znalazło odzwierciedlenie we wzroście wycen giełdowych oraz sprzedaży mieszkań w głównych metropoliach. Sprzyja to tymczasowej poprawie nastrojów inwestorów, lecz nie ma istotnego przełożenia na aktywność ekonomiczną.

Wrześniowy pakiet doprowadził do ustabilizowania sytuacji na rynku mieszkaniowym i może stać się impulsem, który przesądzi o zakończeniu trwającego od ponad trzech lat kryzysu. Władze centralne od miesięcy starały się powstrzymać niespodziewanie głęboką i długotrwałą zapaść, którą same wywołały w 2020 r., próbując ograniczyć patologie w sektorze nieruchomości. W ostatnich miesiącach sprzedaż mieszkań w Chinach przestała w końcu spadać, a w głównych metropoliach wyraźnie wzrosła. Nie wiadomo jednak, jak długo efekt się utrzyma i czy rozprzestrzeni się na mniejsze miasta.

Zakończenie kryzysu na rynku nieruchomości, zanim nasilający się globalny protekcjonizm osłabi kluczowy motor gospodarczy ChRL (handel międzynarodowy), byłoby dla Pekinu pozytywną wiadomością. W 2024 r. załamanie w sektorze mogło przełożyć się na ograniczenie tempa wzrostu PKB nawet o 2 p.p. Inwestycje w sektorze zostały zredukowane o przeszło 10%. Deweloperzy rozpoczęli budowę najmniejszej powierzchni mieszkalnej od 2004 r., a do użytku formalnie oddali najmniej lokali od 2008 r. Sprzedaż mieszkań spadła o kilkanaście procent w porównaniu z rokiem poprzednim i była o niemal połowę niższa niż w rekordowym 2021 r. Według oficjalnych danych przyspieszyły spadki cen na rynkach pierwotnym i wtórnym. Stabilizacja tego rynku nie tylko wpłynęłaby bezpośrednio na aktywność w sektorze, lecz także sprzyjałaby trwałej poprawie nastrojów ludności, które wciąż stanowią główną barierę wzrostu konsumpcji i ożywienia gospodarczego.

Jeśli kryzys rzeczywiście dobiegł końca, to Pekin może uznać swoją operację ograniczenia patologii na rynku nieruchomości za sukces. Działania władz doprowadziły do redukcji roli sektora w gospodarce, korekty wygórowanych cen, ograniczenia spekulacji oraz oczyszczenia branży deweloperskiej i wzmocnienia pozycji podmiotów państwowych, a przy tym nie wywołały kryzysu ekonomicznego, finansowego ani społecznego. Rządzący zdołali przekierować więcej zasobów z obszaru generującego rosnące ryzyko dla stabilności państwa do branż realizujących główne priorytety Pekinu, tj. rozbudowę i modernizację bazy przemysłowej oraz elektryfikację gospodarki w oparciu o krajowe źródła energii.

Przestawianie gospodarki na nowe tory widać w danych o inwestycjach. Rok 2024 był trzecim z rzędu, kiedy nakłady w sektorach przetwórstwa przemysłowego oraz infrastrukturalnym dynamicznie rosły, podczas gdy w sektorze nieruchomości wyraźnie spadały. Kapitał płynie do firm przemysłowych szerokim strumieniem za sprawą odziaływania władz na politykę kredytową banków. Rząd dodatkowo wspiera wydatki przedsiębiorstw na zakup maszyn i narzędzi, zapewniając subsydia na wymianę sprzętu. W minionym roku inwestycje na ten cel wzrosły o ponad 15%. W odpowiedzi na impuls z Pekinu władze lokalne aktywnie angażują się w rozwój priorytetowych branż i technologii.

Wbrew opiniom o nasyceniu Chin infrastrukturą po dekadach ogromnych inwestycji nakłady na ten cel nadal rosną, lecz są w mniejszym stopniu przeznaczane na budowę budynków i dróg, a w większym na wytwarzanie i dystrybucję prądu, ochronę zasobów wodnych oraz kolej. Działania wpisują się w strategię wzmacniania bezpieczeństwa narodowego i rozwoju państwa, a dodatkowo wspierają wzrost gospodarczy w obliczu kryzysu na rynku nieruchomości. Pekin stawia na zwiększenie samowystarczalności energetycznej, rozbudowę zielonych technologii oraz poprawę konkurencyjności krajowego przemysłu dzięki stabilnym i tanim dostawom energii.

Chiny inwestują w źródła odnawialne najwięcej na świecie, lecz zarazem nie szczędzą środków na energetykę węglową i nuklearną. W 2024 r. w ChRL zainstalowano rekordowe 429 GW nowych mocy, z czego ponad 86% stanowiły te z OZE. Wizerunek Chin jako globalnego lidera zielonej transformacji osłabia jednak fakt, że równocześnie buduje się tam najwięcej elektrowni węglowych od co najmniej dekady. Za sprawą zmian legislacyjnych dotyczących urynkowienia cen prądu oraz pogłębiających się problemów z wykorzystaniem energii wytwarzanej z OZE tempo instalacji nowych mocy fotowoltaicznych powinno w drugiej połowie br. wyhamować. Udział „zielonych” źródeł w produkcji energii elektrycznej rośnie, ale nadal wynosi raptem około jednej trzeciej (węgiel odpowiada za ok. 55%), co jest wynikiem dalekim od rezultatów uzyskiwanych przez światowych liderów.

(...)

Intensywna konkurencja między firmami, wspieranymi przez rywalizujące władze lokalne, stymuluje rozwój gospodarczy i produkcję, ale jednocześnie pogłębia przerost mocy wytwórczych oraz podsyca wyniszczające wojny cenowe. Według danych urzędu statystycznego w ubiegłym roku produkcja osobowych aut elektrycznych i hybrydowych wzrosła o 39%, półprzewodników – o 22%, ogniw fotowoltaicznych – o 16%, a baterii litowo-jonowych i robotów przemysłowych – o 14%. Krajowe dostawy zastępują import, a konkurencyjność chińskich towarów na rynkach zagranicznych rośnie. W ten sposób, kosztem nieefektywnej alokacji zasobów w krótkim okresie, realizowane są długoterminowe cele Pekinu: ograniczenie zależności od dostaw z zagranicy i „wykuwanie” krajowych championów w ogniu agresywnej rynkowej rywalizacji.

Sztandarowym przykładem jest rynek motoryzacyjny, na którym gwałtownie rośnie rola pojazdów elektrycznych i hybrydowych, a chińskie marki wypierają zagranicznych rywali. W 2024 r. udział tych samochodów w sprzedaży w ChRL wzrósł do 41%, z 32% rok wcześniej. Chińczycy kupili 7 na 10 tego typu aut osobowych sprzedanych na całym świecie. Zwiększenie produkcji „elektryków” o ok. 3 mln sztuk mogło dodać 0,5 p.p. do dynamiki PKB, co odpowiadało 10% zeszłorocznego wzrostu gospodarczego ChRL. Udział chińskich marek w całym lokalnym rynku samochodów osobowych przekroczył 60% wobec niespełna 52% w 2023 i blisko 36% w 2020 r. Jak wylicza firma AlixPartners, wojna cenowa między producentami doprowadziła do wyeliminowania z rynku 23 marek i obniżek cen 227 modeli samochodów (wobec 148 rok wcześniej). Przeciętna przecena przekroczyła 10 tys. juanów na pojazd. Mimo wzrostu sprzedaży aut o blisko 5% problemy finansowe doprowadziły do zamknięcia co dziesiątego spośród 40 tys. salonów samochodowych w kraju. Eksperci AlixPartners szacują, że firmy motoryzacyjne działające w Chinach wykorzystywały jedynie około połowy dostępnych mocy wytwórczych, co oznacza, że mają możliwość zwiększenia liczby wytwarzanych pojazdów o ok. 30 mln. Obecnie na świecie produkuje się ok. 90 mln aut rocznie.

(...)

Skutkiem bezwzględnej rywalizacji rynkowej jest też dalsze pogarszanie się wyników finansowych przedsiębiorstw. Zyski dużych firm przemysłowych spadały trzeci rok z rzędu, a odsetek podmiotów notujących straty na koniec roku wzrósł do najwyższego od 2001 r. poziomu 23%. Analogiczny obraz dają raporty spółek notowanych na giełdzie oraz dane o bezpośrednich inwestycjach zagranicznych. Wiele przedsiębiorstw prowadzi działalność wyłącznie dzięki wsparciu lokalnych władz i państwowych banków. W efekcie pracownicy nie mogą liczyć na podwyżki i zwyczajowe, wysokie premie, lecz mierzą się z groźbą zwolnień. Pogłębia to złe nastroje społeczne oraz umacnia skłonność do oszczędzania, a w konsekwencji skutkuje postępującą erozją kondycji finansowej przedsiębiorstw.

W obliczu niezadowalających wyników wypracowywanych na rynku krajowym wiele firm decyduje się na ekspansję zagraniczną, gdzie nabywcy akceptują wyższe ceny, a konkurencja generalnie jest słabsza. W efekcie produkcja w Chinach wypycha produkcję z innych państw bądź uniemożliwia rozwój nowoczesnych gałęzi przemysłu. Ma to negatywne skutki dla krótko- i długookresowych perspektyw wzrostu tych gospodarek oraz stabilności tamtejszych rynków pracy, a także budzi obawy przed zagrożeniem wynikającym z uzależnienia od dostaw z ChRL. Obecnie Chiny odpowiadają za ok. 30% globalnej produkcji przemysłowej, a agenda ONZ przewiduje, że do końca dekady udział ten wzrośnie aż do 45%, czyli poziomu porównywalnego z USA tuż po II wojnie światowej. Szacunki te wydają się zbyt alarmistyczne, ale oddają istotę wyzwania, z jakim muszą się zmierzyć władze innych państw, jeśli chcą uniknąć gwałtownej dezindustrializacji swoich gospodarek.

W minionym roku Chiny odnotowały rekordową, wynoszącą blisko bilion dolarów nadwyżkę w handlu towarowym oraz sięgającą niemal dwóch bilionów dolarów nadwyżkę w sektorze wytwórczym. Dodatnie saldo po stronie ChRL musi być bilansowane przez analogiczne ujemne saldo po stronie reszty świata. W ujęciu arytmetycznym Chiny są więc nie motorem, lecz hamulcowym wzrostu gospodarczego innych państw. Pekin zamiast dążyć do zrównoważonego handlu poprzez wsparcie popytu krajowego, nadal stymuluje podaż dóbr i wykorzystuje popyt zagraniczny, by zagospodarować nadwyżki produkcyjne. W efekcie reszta świata musi absorbować nierównowagi wewnętrzne ChRL, co sprzyja wzrostowi bezrobocia lub zadłużenia tych gospodarek.

(...)

Chiny utrzymały pozycję przodującego eksportera samochodów na świecie. Sprzedaż za granicę wzrosła o 23% i przekroczyła 6,4 mln pojazdów. Za blisko 70% odpowiadały auta wyłącznie z silnikami spalinowymi. Eksport samochodów osobowych podniósł się o 25%, do 4,8 mln sztuk. Te o napędzie elektrycznym i hybrydowym stanowiły niespełna 30%. Za granicę trafiło 22% tego typu pojazdów wyprodukowanych w kraju.

W reakcji na chińską ekspansję handlową rządy innych państw przyspieszają wznoszenie barier protekcjonistycznych, mających ochronić miejscowych producentów przed konkurencją z Chin. Na takie kroki decydują się nie tylko władze gospodarek rozwiniętych, jak USA czy UE, lecz także rozwijających się, np. Indii, Brazylii, Meksyku czy Tajlandii. Za sprawą Donalda Trumpa oraz rosnącej nadwyżki ChRL tendencje protekcjonistyczne na świecie będą się nasilać. Jeśli prezydent Stanów Zjednoczonych naprawdę postanowi zredukować amerykański deficyt handlowy, który krytykuje od lat, i nałoży zaporowe cła importowe, to decyzja ta mocno uderzy w Chiny mimo pozornej dywersyfikacji geograficznej eksportu z ChRL w ostatnich latach. W praktyce gros towarów wysyłanych do państw trzecich (m.in. w Azji Południowo-Wschodniej) i tak ostatecznie trafia do USA, konsumenta ostatniej instancji absorbującego większość globalnych nadwyżek.

osw.waw.pl