piątek, 14 marca 2025



W 2024 r. gospodarka Chin nadal nie przezwyciężyła trapiących ją od kilku lat problemów, m.in. niższego wzrostu, słabości konsumpcji i presji deflacyjnej. Dla władz w Pekinie obecne trudności stanowią jednak akceptowalny, przejściowy koszt transformacji ekonomicznej. Jej celem jest wzmocnienie bezpieczeństwa ChRL i znalezienie nowych źródeł rozwoju dzięki modernizacji gospodarki.

Kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) toleruje funkcjonowanie gospodarki „dwóch prędkości”: spowolnienie w skali makro w zamian za postęp w uznawanych za kluczowe, zaawansowanych technologicznie sektorach przemysłu. Rozumie przy tym, że stabilizacja gospodarcza i społeczna jest konieczna, aby długofalowa strategia odniosła sukces. KPCh wciąż nie uznała za konieczne wprowadzenia szerokiego pakietu stymulacyjnego i ograniczyła się do wdrożenia mniej kosztownych rozwiązań stabilizujących gospodarkę.

Pekin zdołał przekierować strumień środków przez lata płynący do sektora nieruchomości do branż realizujących główne priorytety partii: rozwoju konkurencyjnej i samowystarczalnej bazy przemysłowej, a także elektryfikacji gospodarki w oparciu o krajowe źródła energii. Skutkiem jest intensyfikacja rywalizacji rynkowej, która z jednej strony stymuluje postęp technologiczny oraz ogranicza zależność Chin od importu, a z drugiej – pogłębia przerost mocy wytwórczych i podsyca wyniszczające wojny cenowe.

Od co najmniej kilkunastu lat nadwyżka handlowa nie miała tak dużego wpływu na wzrost gospodarczy jak w ubiegłym roku. W przededniu potencjalnej wojny handlowej Chiny pozostają silnie uzależnione od popytu z zagranicy, a reszta świata w bezprecedensowym stopniu polega na dostawach z tego kraju.

Pekin nadal może nadać priorytet uruchomieniu alternatywnego, mniej korzystnego z perspektywy władz silnika wzrostu – konsumpcji. Rządzący od dwóch dekad deklarują wolę wzmocnienia roli wydatków gospodarstw domowych jako motoru gospodarczego, jednak wciąż nie rezygnują z modelu rozwojowego opartego głównie na inwestycjach i eksporcie. W ostatnich miesiącach władze ChRL zintensyfikowały przygotowania gruntu pod prokonsumpcyjny zwrot, m.in. wprost wskazując, że słabość popytu krajowego to zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Zwrot ten może w końcu zostać wykonany w celu ograniczenia zależności chińskiej gospodarki od sprzedaży za granicę na wypadek drastycznej eskalacji wojny handlowej.

Chiński urząd statystyczny zaraportował, że tempo wzrostu PKB osiągnęło w minionym roku poziom wyznaczony przez władze, niemniej niezależni ekonomiści podają te wyliczenia w wątpliwość. Zdaniem analityków Rhodium Group w 2024 r. chińska gospodarka urosła realnie o niecałe 3%, a nie o 5%, jak twierdzi Pekin. Model badaczy z Banku Finlandii, podważający jedynie oficjalne szacunki dotyczące inflacji, wskazuje na niespełna 4-procentową dynamikę. Główny ekonomista państwowego SDIC Securities Gao Shanwen publicznie stwierdził, że w ostatnich dwóch–trzech latach faktyczny wzrost wynosił ok. 2%. Dokładne tempo pozostaje nieznane, lecz z pewnością gospodarka ChRL nadal rośnie wolniej niż przed wybuchem pandemii COVID-19.

Z wyłączeniem okresu pandemii COVID-19 oficjalny wzrost realnego PKB Chin był w minionym roku najniższy od 1990 r., a nominalnego PKB – od 1976 r. Pierwszą z miar uznaje się na świecie za podstawowy wyznacznik kondycji gospodarczej i jako taka od lat służy Pekinowi za narzędzie wewnętrznej i zewnętrznej propagandy. Druga podlega mniejszym manipulacjom, ponieważ jest mierzona w cenach bieżących. Dostarcza przy tym informacji o dochodach ludności i firm, wpływających na ich zdolność do spłacania zadłużenia oraz skłonność do konsumpcji i inwestowania. W minionym roku wzrost nominalnego PKB po raz drugi z rzędu był niższy niż dynamika realna.

Mimo że Pekin deklaruje wolę wzmocnienia konsumpcji prywatnej jako silnika gospodarczego, to w minionym roku jej udział we wzroście PKB był najniższy od 2006 r. (z wyjątkiem covidowego 2020 r.). Gospodarstwa domowe od lat dysponują relatywnie niewielką częścią wypracowanego w kraju dochodu, a równocześnie wyróżniają się wysoką skłonnością do oszczędzania. Polityka „zero COVID” i rachityczne ożywienie popandemiczne umocniły te tendencje. W 2024 r. władze realizowały kampanię wymiany starych samochodów i urządzeń gospodarstwa domowego (oraz sprzętu przemysłowego) na nowe. Niemniej jednak, pomimo wielokrotnie składanych deklaracji oraz coraz częściej pojawiających się zaleceń krajowych i zagranicznych ekonomistów, nadal nie zaproponowały reform strukturalnych, które mogłyby istotnie i trwale wzmocnić popyt konsumpcyjny w ChRL.

Nastroje konsumenckie utrzymują się na wyraźnie niższym poziomie niż przed wprowadzeniem w Chinach masowych lockdownów na wiosnę 2022 r. W obliczu silnej konkurencji i słabego popytu firmy ograniczają wynagrodzenia pracowników. Władze lokalne, które mierzą się z koniecznością obsługi ogromnego zadłużenia, redukują wypłaty i premie urzędnikom oraz zwlekają z regulowaniem zobowiązań wobec kontrahentów. Do zachowania większej dyscypliny finansowej motywują Chińczyków także kryzys na rynku nieruchomości, brak stanowczej reakcji Pekinu na spowolnienie gospodarcze oraz groźba eskalacji konfliktu z USA.

(...)

W przeciwieństwie do poprzednich epizodów dekoniunktury, w latach 2023–2024 rządzący nie wdrożyli dużego pakietu stymulacyjnego, lecz ograniczyli się do działań mających na celu stabilizację gospodarki i poprawę nastrojów ludności. To istotna zmiana paradygmatu polityki gospodarczej ChRL, odzwierciedlająca zmianę priorytetów Pekinu. Wysiłki władz koncentrują się już nie na wspieraniu wzrostu dochodów (kosztem gwałtownego zwiększania zadłużenia), lecz na ograniczaniu zależności od zagranicy i kreowaniu nowych źródeł produktywności[8]. Decydenci rozumieją przy tym, że aby długofalowa strategia odniosła sukces, konieczne jest ustabilizowanie sytuacji bieżącej. Dlatego stopniowo korygowali kurs polityki gospodarczej.

Pod koniec września ub.r. władze w krótkim czasie ogłosiły szereg decyzji mających stworzyć wrażenie wprowadzenia silnego, kompleksowego pakietu stymulacyjnego. Wbrew entuzjastycznym komentarzom medialnym, określającym pakiet mianem „bazooki”, większość jego elementów wprowadzała niewielkie korekty, zgodne z dotychczasowym kierunkiem działań Pekinu. Rządzący kontynuowali m.in. stopniowe obniżanie stóp procentowych czy łagodzenie regulacji dotyczących rynku mieszkaniowego. Wymusili też na bankach przyspieszenie dostosowania oprocentowania istniejących kredytów hipotecznych do korzystniejszych bieżących warunków rynkowych.

Wrześniowy pakiet stabilizujący przedstawiany jest jako decydujący czynnik, który umożliwił w 2024 r. oficjalną realizację celu wzrostu PKB na poziomie 5%, ale z oficjalnych danych wynika, że przyspieszenie w IV kwartale było przede wszystkim zasługą powiększenia nadwyżki handlowej. Stopniowe luzowanie polityki pieniężnej pozostaje nieefektywne, ponieważ to nie wysoki koszt pieniądza stanowi główną przeszkodę dla wzrostu konsumpcji i inwestycji. Zmiany dotyczące oprocentowania kredytów weszły w życie na tyle późno, że ich wpływ na realną gospodarkę w ubiegłym roku nie zdążył się w pełni urzeczywistnić. Ograniczały go również ostrożne postawy kredytobiorców, którzy nie decydowali się na przeznaczenie uzyskanych środków na masowe zwiększenie bieżących wydatków. Wsparcie władz dla rynków akcji oraz nieruchomości znalazło odzwierciedlenie we wzroście wycen giełdowych oraz sprzedaży mieszkań w głównych metropoliach. Sprzyja to tymczasowej poprawie nastrojów inwestorów, lecz nie ma istotnego przełożenia na aktywność ekonomiczną.

Wrześniowy pakiet doprowadził do ustabilizowania sytuacji na rynku mieszkaniowym i może stać się impulsem, który przesądzi o zakończeniu trwającego od ponad trzech lat kryzysu. Władze centralne od miesięcy starały się powstrzymać niespodziewanie głęboką i długotrwałą zapaść, którą same wywołały w 2020 r., próbując ograniczyć patologie w sektorze nieruchomości. W ostatnich miesiącach sprzedaż mieszkań w Chinach przestała w końcu spadać, a w głównych metropoliach wyraźnie wzrosła. Nie wiadomo jednak, jak długo efekt się utrzyma i czy rozprzestrzeni się na mniejsze miasta.

Zakończenie kryzysu na rynku nieruchomości, zanim nasilający się globalny protekcjonizm osłabi kluczowy motor gospodarczy ChRL (handel międzynarodowy), byłoby dla Pekinu pozytywną wiadomością. W 2024 r. załamanie w sektorze mogło przełożyć się na ograniczenie tempa wzrostu PKB nawet o 2 p.p. Inwestycje w sektorze zostały zredukowane o przeszło 10%. Deweloperzy rozpoczęli budowę najmniejszej powierzchni mieszkalnej od 2004 r., a do użytku formalnie oddali najmniej lokali od 2008 r. Sprzedaż mieszkań spadła o kilkanaście procent w porównaniu z rokiem poprzednim i była o niemal połowę niższa niż w rekordowym 2021 r. Według oficjalnych danych przyspieszyły spadki cen na rynkach pierwotnym i wtórnym. Stabilizacja tego rynku nie tylko wpłynęłaby bezpośrednio na aktywność w sektorze, lecz także sprzyjałaby trwałej poprawie nastrojów ludności, które wciąż stanowią główną barierę wzrostu konsumpcji i ożywienia gospodarczego.

Jeśli kryzys rzeczywiście dobiegł końca, to Pekin może uznać swoją operację ograniczenia patologii na rynku nieruchomości za sukces. Działania władz doprowadziły do redukcji roli sektora w gospodarce, korekty wygórowanych cen, ograniczenia spekulacji oraz oczyszczenia branży deweloperskiej i wzmocnienia pozycji podmiotów państwowych, a przy tym nie wywołały kryzysu ekonomicznego, finansowego ani społecznego. Rządzący zdołali przekierować więcej zasobów z obszaru generującego rosnące ryzyko dla stabilności państwa do branż realizujących główne priorytety Pekinu, tj. rozbudowę i modernizację bazy przemysłowej oraz elektryfikację gospodarki w oparciu o krajowe źródła energii.

Przestawianie gospodarki na nowe tory widać w danych o inwestycjach. Rok 2024 był trzecim z rzędu, kiedy nakłady w sektorach przetwórstwa przemysłowego oraz infrastrukturalnym dynamicznie rosły, podczas gdy w sektorze nieruchomości wyraźnie spadały. Kapitał płynie do firm przemysłowych szerokim strumieniem za sprawą odziaływania władz na politykę kredytową banków. Rząd dodatkowo wspiera wydatki przedsiębiorstw na zakup maszyn i narzędzi, zapewniając subsydia na wymianę sprzętu. W minionym roku inwestycje na ten cel wzrosły o ponad 15%. W odpowiedzi na impuls z Pekinu władze lokalne aktywnie angażują się w rozwój priorytetowych branż i technologii.

Wbrew opiniom o nasyceniu Chin infrastrukturą po dekadach ogromnych inwestycji nakłady na ten cel nadal rosną, lecz są w mniejszym stopniu przeznaczane na budowę budynków i dróg, a w większym na wytwarzanie i dystrybucję prądu, ochronę zasobów wodnych oraz kolej. Działania wpisują się w strategię wzmacniania bezpieczeństwa narodowego i rozwoju państwa, a dodatkowo wspierają wzrost gospodarczy w obliczu kryzysu na rynku nieruchomości. Pekin stawia na zwiększenie samowystarczalności energetycznej, rozbudowę zielonych technologii oraz poprawę konkurencyjności krajowego przemysłu dzięki stabilnym i tanim dostawom energii.

Chiny inwestują w źródła odnawialne najwięcej na świecie, lecz zarazem nie szczędzą środków na energetykę węglową i nuklearną. W 2024 r. w ChRL zainstalowano rekordowe 429 GW nowych mocy, z czego ponad 86% stanowiły te z OZE. Wizerunek Chin jako globalnego lidera zielonej transformacji osłabia jednak fakt, że równocześnie buduje się tam najwięcej elektrowni węglowych od co najmniej dekady. Za sprawą zmian legislacyjnych dotyczących urynkowienia cen prądu oraz pogłębiających się problemów z wykorzystaniem energii wytwarzanej z OZE tempo instalacji nowych mocy fotowoltaicznych powinno w drugiej połowie br. wyhamować. Udział „zielonych” źródeł w produkcji energii elektrycznej rośnie, ale nadal wynosi raptem około jednej trzeciej (węgiel odpowiada za ok. 55%), co jest wynikiem dalekim od rezultatów uzyskiwanych przez światowych liderów.

(...)

Intensywna konkurencja między firmami, wspieranymi przez rywalizujące władze lokalne, stymuluje rozwój gospodarczy i produkcję, ale jednocześnie pogłębia przerost mocy wytwórczych oraz podsyca wyniszczające wojny cenowe. Według danych urzędu statystycznego w ubiegłym roku produkcja osobowych aut elektrycznych i hybrydowych wzrosła o 39%, półprzewodników – o 22%, ogniw fotowoltaicznych – o 16%, a baterii litowo-jonowych i robotów przemysłowych – o 14%. Krajowe dostawy zastępują import, a konkurencyjność chińskich towarów na rynkach zagranicznych rośnie. W ten sposób, kosztem nieefektywnej alokacji zasobów w krótkim okresie, realizowane są długoterminowe cele Pekinu: ograniczenie zależności od dostaw z zagranicy i „wykuwanie” krajowych championów w ogniu agresywnej rynkowej rywalizacji.

Sztandarowym przykładem jest rynek motoryzacyjny, na którym gwałtownie rośnie rola pojazdów elektrycznych i hybrydowych, a chińskie marki wypierają zagranicznych rywali. W 2024 r. udział tych samochodów w sprzedaży w ChRL wzrósł do 41%, z 32% rok wcześniej. Chińczycy kupili 7 na 10 tego typu aut osobowych sprzedanych na całym świecie. Zwiększenie produkcji „elektryków” o ok. 3 mln sztuk mogło dodać 0,5 p.p. do dynamiki PKB, co odpowiadało 10% zeszłorocznego wzrostu gospodarczego ChRL. Udział chińskich marek w całym lokalnym rynku samochodów osobowych przekroczył 60% wobec niespełna 52% w 2023 i blisko 36% w 2020 r. Jak wylicza firma AlixPartners, wojna cenowa między producentami doprowadziła do wyeliminowania z rynku 23 marek i obniżek cen 227 modeli samochodów (wobec 148 rok wcześniej). Przeciętna przecena przekroczyła 10 tys. juanów na pojazd. Mimo wzrostu sprzedaży aut o blisko 5% problemy finansowe doprowadziły do zamknięcia co dziesiątego spośród 40 tys. salonów samochodowych w kraju. Eksperci AlixPartners szacują, że firmy motoryzacyjne działające w Chinach wykorzystywały jedynie około połowy dostępnych mocy wytwórczych, co oznacza, że mają możliwość zwiększenia liczby wytwarzanych pojazdów o ok. 30 mln. Obecnie na świecie produkuje się ok. 90 mln aut rocznie.

(...)

Skutkiem bezwzględnej rywalizacji rynkowej jest też dalsze pogarszanie się wyników finansowych przedsiębiorstw. Zyski dużych firm przemysłowych spadały trzeci rok z rzędu, a odsetek podmiotów notujących straty na koniec roku wzrósł do najwyższego od 2001 r. poziomu 23%. Analogiczny obraz dają raporty spółek notowanych na giełdzie oraz dane o bezpośrednich inwestycjach zagranicznych. Wiele przedsiębiorstw prowadzi działalność wyłącznie dzięki wsparciu lokalnych władz i państwowych banków. W efekcie pracownicy nie mogą liczyć na podwyżki i zwyczajowe, wysokie premie, lecz mierzą się z groźbą zwolnień. Pogłębia to złe nastroje społeczne oraz umacnia skłonność do oszczędzania, a w konsekwencji skutkuje postępującą erozją kondycji finansowej przedsiębiorstw.

W obliczu niezadowalających wyników wypracowywanych na rynku krajowym wiele firm decyduje się na ekspansję zagraniczną, gdzie nabywcy akceptują wyższe ceny, a konkurencja generalnie jest słabsza. W efekcie produkcja w Chinach wypycha produkcję z innych państw bądź uniemożliwia rozwój nowoczesnych gałęzi przemysłu. Ma to negatywne skutki dla krótko- i długookresowych perspektyw wzrostu tych gospodarek oraz stabilności tamtejszych rynków pracy, a także budzi obawy przed zagrożeniem wynikającym z uzależnienia od dostaw z ChRL. Obecnie Chiny odpowiadają za ok. 30% globalnej produkcji przemysłowej, a agenda ONZ przewiduje, że do końca dekady udział ten wzrośnie aż do 45%, czyli poziomu porównywalnego z USA tuż po II wojnie światowej. Szacunki te wydają się zbyt alarmistyczne, ale oddają istotę wyzwania, z jakim muszą się zmierzyć władze innych państw, jeśli chcą uniknąć gwałtownej dezindustrializacji swoich gospodarek.

W minionym roku Chiny odnotowały rekordową, wynoszącą blisko bilion dolarów nadwyżkę w handlu towarowym oraz sięgającą niemal dwóch bilionów dolarów nadwyżkę w sektorze wytwórczym. Dodatnie saldo po stronie ChRL musi być bilansowane przez analogiczne ujemne saldo po stronie reszty świata. W ujęciu arytmetycznym Chiny są więc nie motorem, lecz hamulcowym wzrostu gospodarczego innych państw. Pekin zamiast dążyć do zrównoważonego handlu poprzez wsparcie popytu krajowego, nadal stymuluje podaż dóbr i wykorzystuje popyt zagraniczny, by zagospodarować nadwyżki produkcyjne. W efekcie reszta świata musi absorbować nierównowagi wewnętrzne ChRL, co sprzyja wzrostowi bezrobocia lub zadłużenia tych gospodarek.

(...)

Chiny utrzymały pozycję przodującego eksportera samochodów na świecie. Sprzedaż za granicę wzrosła o 23% i przekroczyła 6,4 mln pojazdów. Za blisko 70% odpowiadały auta wyłącznie z silnikami spalinowymi. Eksport samochodów osobowych podniósł się o 25%, do 4,8 mln sztuk. Te o napędzie elektrycznym i hybrydowym stanowiły niespełna 30%. Za granicę trafiło 22% tego typu pojazdów wyprodukowanych w kraju.

W reakcji na chińską ekspansję handlową rządy innych państw przyspieszają wznoszenie barier protekcjonistycznych, mających ochronić miejscowych producentów przed konkurencją z Chin. Na takie kroki decydują się nie tylko władze gospodarek rozwiniętych, jak USA czy UE, lecz także rozwijających się, np. Indii, Brazylii, Meksyku czy Tajlandii. Za sprawą Donalda Trumpa oraz rosnącej nadwyżki ChRL tendencje protekcjonistyczne na świecie będą się nasilać. Jeśli prezydent Stanów Zjednoczonych naprawdę postanowi zredukować amerykański deficyt handlowy, który krytykuje od lat, i nałoży zaporowe cła importowe, to decyzja ta mocno uderzy w Chiny mimo pozornej dywersyfikacji geograficznej eksportu z ChRL w ostatnich latach. W praktyce gros towarów wysyłanych do państw trzecich (m.in. w Azji Południowo-Wschodniej) i tak ostatecznie trafia do USA, konsumenta ostatniej instancji absorbującego większość globalnych nadwyżek.

osw.waw.pl


Prezydent Rosji Władimir Putin odrzucił propozycję zawieszenia broni, którą Stany Zjednoczone i Ukraina niedawno uzgodniły w Dżuddzie w Arabii Saudyjskiej i zaproponował alternatywną propozycję, która podważa deklarowany cel prezydenta USA Donalda Trumpa, jakim jest zapewnienie trwałego pokoju na Ukrainie. Putin oświadczył 13 marca, że ​​„zgadza się” z propozycją tymczasowego zawieszenia broni i że „sama idea jest słuszna”, ale że zaprzestanie działań wojennych „powinno być takie, aby prowadziło do długoterminowego pokoju i eliminowało pierwotne przyczyny” wojny. Putin odrzucił zatem jedną z głównych zasad propozycji amerykańsko-ukraińskiej — że tymczasowe zawieszenie broni poprzedza formalne negocjacje w celu zakończenia wojny. Putin stwierdził również, że istnieją kwestie, które „wymagają żmudnych badań z obu stron”. Putin zakwestionował kilka aspektów propozycji tymczasowego zawieszenia broni amerykańsko-ukraińskiego /konceptu/. Putin zapytał, co stanie się z pozostałym ukraińskim punktem w obwodzie kurskim i czy Ukrainie będzie wolno kontynuować mobilizację sił, szkolenie nowo zmobilizowanych żołnierzy i otrzymywanie pomocy wojskowej od swoich partnerów i sojuszników. Putin zakwestionował środki kontroli i weryfikacji tymczasowego zawieszenia broni oraz to, kto miałby wydawać rozkazy zaprzestania walk. Putin zasugerował, że może zadzwonić do prezydenta Trumpa, aby omówić „kwestie” związane z propozycją zawieszenia broni. Putin przedstawił siłę militarną podczas odrzucania propozycji zawieszenia broni, podkreślając ostatnie sukcesy Rosji w wypychaniu sił ukraińskich z obwodu kurskiego i twierdząc, że siły rosyjskie posuwają się naprzód „prawie we wszystkich obszarach walki”.

Odrzucenie zawieszenia broni przez Putina jest zgodne z doniesieniami z 12 marca od rosyjskich źródeł wewnętrznych na temat prawdopodobnej odpowiedzi Kremla na propozycję. Bloomberg poinformował 12 marca, że ​​źródła zaznajomione z tokiem myślenia Kremla i sytuacją stwierdziły, że Putin „rozciągnie harmonogram” zgody na tymczasowe zawieszenie broni, aby mieć pewność, że jego warunki „zostaną uwzględnione”. Źródło zbliżone do Kremla stwierdziło, że Rosja może zażądać wstrzymania dostaw broni na Ukrainę jako warunku tymczasowego zawieszenia broni. Rosyjski opozycyjny portal Verstka poinformował 12 marca, że ​​źródło zbliżone do rosyjskiej administracji prezydenckiej stwierdziło, że Kreml „formalnie” udzieli „pozytywnej odpowiedzi” na propozycję tymczasowego zawieszenia broni, ale zażąda również „niemożliwych warunków”, na które Ukraina nie może się zgodzić. Źródło stwierdziło, że Putin chce wycofać Ukrainę z rozmów, aby Rosja mogła samodzielnie podjąć negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi, a jednocześnie „skorygować sytuację na froncie”, aby wzmocnić pozycję negocjacyjną Rosji. ISW oceniło 12 marca, że ​​te przecieki od rosyjskich informatorów mogły być celowe i stanowić część rosyjskiej strategii negocjacyjnej, której celem jest nakłonienie Stanów Zjednoczonych do renegocjacji umowy z Ukrainą w sprawie tymczasowego zawieszenia broni. Odpowiedź Putina na ofertę zawieszenia broni sugeruje, że mogły one być przynajmniej częściowo dokładne.

Putin oferuje alternatywne porozumienie o zawieszeniu broni, które jest sprzeczne z intencjami i celami amerykańsko-ukraińskiej propozycji zawieszenia broni. Amerykańsko-ukraińska propozycja zawieszenia broni przewiduje 30-dniowe odnowienie zawieszenia broni na całej linii frontu, moratorium na ataki rakietami dalekiego zasięgu i dronów oraz zaprzestanie działań na Morzu Czarnym. Propozycja pozwala Rosji i Ukrainie na przedłużenie zawieszenia broni i zakłada kontynuację wymiany informacji wywiadowczych USA oraz amerykańskiej i innej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Amerykańsko-ukraińska propozycja zawieszenia broni miała wyraźnie na celu umożliwienie Rosji i Ukrainie zademonstrowania gotowości do zawarcia pokoju i oddziela tymczasowe zawieszenie broni od przyszłych negocjacji w celu zakończenia wojny.

Przewidywane przez Putina porozumienie o zawieszeniu broni dałoby Rosji bardzo nieproporcjonalne korzyści i ustaliłoby warunki, na których Kreml mógłby wznowić działania wojenne na warunkach niezwykle korzystnych dla Rosji. Przewidywane przez Putina porozumienie o zawieszeniu broni prawdopodobnie wymagałoby od Stanów Zjednoczonych i innych zwolenników Ukrainy wstrzymania pomocy wojskowej dla Ukrainy i zobowiązałoby Ukrainę do zaprzestania rekrutacji i szkolenia personelu. Takie porozumienie o zawieszeniu broni rozpoczęłoby rozbrajanie Ukrainy, gdyby zostało przedłużone na długi okres czasu, uniemożliwiając jej wojsku odbudowę, szkolenie i wyposażanie się, a także spowodowałoby, że Ukraina i Zachód oddałyby Rosji znaczną przewagę. Putin nie zasugerował, że Rosja zaprzestanie również rekrutacji wojskowej, produkcji sprzętu wojskowego i otrzymywania pomocy wojskowej od sojuszników Rosji. Możliwość kontynuowania tych środków przez Rosję podczas potencjalnego zawieszenia broni, jednocześnie uniemożliwiając Ukrainie to, umożliwiłaby Rosji wznowienie działań ofensywnych z lepiej obsadzonymi i wyposażonymi jednostkami w wybranym przez nią czasie. Siły rosyjskie są obecnie w ofensywie na całym teatrze działań wojennych, jak zauważył Putin, więc żądania, które uniemożliwiłyby odtworzenie sił ukraińskich, mogą być jedynie nastawione na zachowanie lub wzmocnienie zdolności Rosji do wznowienia ofensywy w późniejszym terminie. Takie żądania wydają się jasnym sygnałem, że Putin nie jest w rzeczywistości zdeterminowany do zawarcia pokoju.

Próby Putina wprowadzenia nowego porozumienia o zawieszeniu broni na warunkach, które asymetrycznie przynoszą korzyści Rosji, ignorują wyrażoną intencję Trumpa, że ​​zawieszenie broni ustali warunki negocjacji w kierunku bardziej kompleksowego porozumienia pokojowego w przyszłości. Porozumienie w stylu, jaki wydaje się oferować Putin, podważyłoby deklarowany cel administracji Trumpa, jakim jest doprowadzenie do trwałego pokoju na Ukrainie, wzmocniłoby przekonanie Putina, że ​​Rosja może militarnie pokonać Ukrainę i zachęciłoby Putina do wznowienia działań wojskowych przeciwko Ukrainie, zamiast czynienia jakichkolwiek ustępstw w formalnych negocjacjach w celu zakończenia wojny.

Putin trzyma propozycję zawieszenia broni jako zakładnika i próbuje wymusić prewencyjne ustępstwa przed formalnymi negocjacjami w celu zakończenia wojny. Putin odmówił przyjęcia amerykańsko-ukraińskiej propozycji zawieszenia broni na jej własnych warunkach i zamiast tego żąda dodatkowych warunków, które bezpośrednio przyczyniłyby się do celów wojennych Kremla. Sekretarz stanu USA Marco Rubio oświadczył 11 marca, że ​​USA „będą wiedzieć, jaka jest przeszkoda dla pokoju” na Ukrainie, jeśli Putin odrzuci propozycję zawieszenia broni. ISW nadal ocenia, że ​​Putin nie jest zainteresowany negocjacjami pokojowymi w dobrej wierze w celu zakończenia wojny. Putin pozostaje zaangażowany w realizację swoich długoterminowych celów, jakimi są instalacja prorosyjskiego reżimu marionetkowego na Ukrainie, osłabienie zdolności Ukrainy do obrony przed przyszłą rosyjską agresją i uniemożliwienie przystąpienia Ukrainy do NATO. Odrzucenie przez Putina propozycji zawieszenia broni podkreśla zaangażowanie Putina w realizację jego celów na Ukrainie, w szczególności demilitaryzacji kraju, i brak zainteresowania jakąkolwiek przerwą w walkach, która nie doprowadzi do kapitulacji Ukrainy lub przynajmniej nie stworzy warunków do udanego wznowienia rosyjskich działań ofensywnych w przyszłości.

Siły rosyjskie nadal wypierają siły ukraińskie z Sudży i okolic, ponieważ wojska rosyjskie zbliżają się do granicy w obwodzie kurskim, a ich postępy spowolniły 13 marca w porównaniu z ostatnimi dniami. Ukraiński dowódca naczelny generał Ołeksandr Syrskyi oświadczył 12 marca, że ​​wydał rozkaz siłom ukraińskim wycofania się z niektórych nieokreślonych pozycji w obrębie wybrzuszenia kurskiego i przejścia na korzystniejsze pozycje obronne w obwodzie kurskim, aby ratować życie Ukraińców. Zastępca szefa Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego i dowódca Specnazu Achmat Ministerstwa Obrony Rosji (MoD), generał dywizji Apti Alaudinov, twierdził, że siły rosyjskie zdobyły i oczyściły Sudzzę i atakują pozostałe osady wzdłuż granicy międzynarodowej. Źródła rosyjskie twierdziły, że siły rosyjskie oczyszczają Sudzhę i zajmują Podol (bezpośrednio na południe od Sudzhy), Gonczarowkę (tuż na zachód od Sudzhy), Zaoleszenkę (tuż na północny zachód od Sudzhy), Rubanszczinę (na zachód od Sudzhy) i Mołowoj (na południe od Sudzhy). Rosyjscy milblogerzy twierdzili, że siły rosyjskie posuwają się w kierunku Oleszny (na południowy zachód od Sudzhy, bezpośrednio przy granicy rosyjsko-ukraińskiej), a siły ukraińskie utrzymują pozycje w Oleszny, Gogolewce (na północny wschód od Oleszny), Guyewie (na południe od Sudzhy) i Gornale (na południowy zachód od Guyewa, bezpośrednio przy granicy rosyjsko-ukraińskiej). Rosyjski milbloger nadal twierdził, że wznowione ukraińskie ataki HIMARS spowalniają tempo rosyjskich postępów na południe od Sudzhy. Według doniesień operatorzy dronów z Centrum Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych „Rubikon” działają w pobliżu Sudzhy.

(...)

Urzędnicy Kremla nadal używają narracji podobnych do tych, których Kreml używał do uzasadniania swoich inwazji na Ukrainę, aby ustalić warunki informacyjne uzasadniające przyszłą agresję przeciwko państwom członkowskim NATO. Rosyjski doradca prezydenta i były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew stwierdził w wywiadzie dla rosyjskiego magazynu National Defense , poświęconego bezpieczeństwu narodowemu , opublikowanym 13 marca, że ​​NATO „tradycyjnie” wykorzystuje groźby jako główny instrument w stosunkach międzypaństwowych i że „europejskie skrzydło” NATO kontynuuje swoją politykę „blokowania” Rosji w regionie bałtyckim. Patruszew twierdził, że Wielka Brytania „organizuje” „pogorszenie sytuacji” przez NATO jako część wysiłków zmierzających do zakłócenia negocjacji na Ukrainie oraz rosyjskich i amerykańskich prób normalizacji stosunków dwustronnych. Patruszew twierdził również, że ludność fińska, w przeciwieństwie do władz fińskich, jest przyjazna Rosji i że Wielka Brytania wyraziła zgodę, aby władze fińskie „zrobiły wszystko, aby pozbawić ich kraj [Finlandię] suwerenności”. Patruszew groźnie twierdził, że Zatoka Fińska ma historyczną „geograficzną przynależność do Rosji” i że „nie należy zapominać, że Finlandia była częścią Imperium Rosyjskiego”. Patruszew twierdził, że Imperium Rosyjskie „szanowało” i „zachowało” naród fiński i język w Wielkim Księstwie Finlandii. Patruszew wydawał się próbować porównać obecną wojnę Rosji z Ukrainą do radziecko-fińskiej wojny zimowej w latach 1939–1940. Patruszew twierdził, że fińskie próby przejęcia ziem radzieckich i „aktywnej militaryzacji” stanowiły zagrożenie dla ZSRR i że Finlandia „bezmyślnie eksterminowała” ludność słowiańską w Karelii. Patruszew twierdził, że Zachód „ponownie zamienia [Finlandię] w trampolinę” do agresji przeciwko Rosji. Kreml używał podobnych fałszywych narracji o dyskryminacji rosyjskojęzycznych mniejszości na Ukrainie przez ukraiński rząd i o zagrożeniach militarnych, jakie Ukraina rzekomo stwarza dla Rosji, aby uzasadnić inwazje Moskwy na Ukrainę. Twierdzenia Patruszewa, że ​​Wielka Brytania „organizuje” rzekomo groźne zachowanie Finlandii i państw bałtyckich, są prawdopodobnie częścią trwających wysiłków Kremla, aby wbić kliny między Stany Zjednoczone a Europę i osłabić NATO[23]. Kreml wydaje się używać tej samej ogólnej narracji, której używał przeciwko Ukrainie i innym byłym państwom radzieckim, ale dostosowuje swoje narracje, aby wykorzystać wszelkie napięcia między państwami zachodnimi.

(...)

Ukraiński portal Suspilne poinformował 13 marca, że ​​ukraińska organizacja publiczna Niezależna Komisja Antykorupcyjna (NAKO) stwierdziła, że ​​Rosja zwiększa produkcję bomb szybowcowych, a co najmniej 26 fabryk w Rosji zajmuje się produkcją komponentów bomb szybowcowych. NAKO zauważyło, że nie wszystkie te fabryki są powiązane z rządem rosyjskim. NAKO zauważyło, że Rosja niedawno ulepszyła system nawigacyjny bomb „Comet”, który Rosja instaluje również na dronach i pociskach. Starsza badaczka NAKO, Viktoria Vyshnivska, stwierdziła, że ​​Rosja zwiększyła liczbę anten w systemie nawigacyjnym „Comet” z ośmiu do dwunastu, aby zmniejszyć ryzyko ingerencji sił ukraińskich w pociski. Vyshnivska zauważyła, że ​​nie da się całkowicie odizolować Rosji za pomocą sankcji, ponieważ NAKO poinformowało, że Rosja korzysta z setek firm fasadowych i offshore'owych w celu zakupu znacznych ilości mikroelektroniki do bomb szybowcowych. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych, pułkownik Jurij Ihnat, oświadczył, że niszczenie rosyjskich samolotów zdolnych do wystrzeliwania bomb szybujących jest jednym z najlepszych sposobów przeciwdziałania rosyjskim atakom bomb szybujących, a doradca ds. wywiadu elektronicznego i środków zaradczych w Ministerstwie Przemysłu Strategicznego Ukrainy, Ilja Kucharenko, zauważył, że ukraińskie środki zaradcze przeciwko bombom szybującym obejmują fałszowanie rosyjskich radarów pokładowych samolotów i wykorzystywanie systemów walki elektronicznej (EW) do wpływania na nawigację każdej pojedynczej bomby lotniczej.

Rosja kontynuuje swoje wysiłki kryptomobilizacyjne na tle wysiłków USA zmierzających do rozpoczęcia procesu negocjacji w celu zakończenia wojny. Rosyjski portal opozycyjny Verstka poinformował 13 marca, że ​​źródło w biurze mera Moskwy Siergieja Sobianina stwierdziło, że Moscow City kontynuuje rekrutację ochotników (dobrowolców) do walki na Ukrainie i że władze rosyjskie nie wydały żadnych wytycznych w celu spowolnienia działań rekrutacyjnych do wojska. Inne źródło z siedzibą w Moscow City stwierdziło, że władze rosyjskie kontynuują rozpowszechnianie ogłoszeń o rekrutacji do wojska „jak zwykle”. Źródło z nieokreślonego rządu regionalnego powiedziało Verstce, że nie ma „żadnych oznak”, że Rosja jest „nawet bliska” zakończenia działań rekrutacyjnych do wojska, a inne źródło w biurze rejestracji i poboru wojskowego na Syberii przytoczyło groźbę przyszłej wojny z NATO jako jedno z uzasadnień kontynuowania działań rekrutacyjnych. Inne źródło rządowe z rosyjskiego Dalekiego Wschodu powiedziało Verstce, że władze rosyjskie będą kontynuować działania rekrutacyjne po cichu w tle, dopóki nie otrzymają dalszych instrukcji z Kremla.

understandingwar.org

czwartek, 13 marca 2025


Eskalacja rozpoczęła się 6 marca wieczorem, gdy bojówki proassadowskie zaatakowały siły bezpieczeństwa nowych władz i przejęły kontrolę nad niektórymi miejscowościami, np. rodzinnym miastem Assada, Qardaha. Mimo początkowych sukcesów rebeliantów siły nowych władz zdołały do rana 7 marca przywrócić swoją kontrolę nad większością zaatakowanych miejsc. W tym czasie Szaraa zadeklarował, że „czas przebaczenia się skończył” i nastąpił czas na „oczyszczenie regionu”, podkreślając jednak konieczność ochrony ludności cywilnej przez siły bezpieczeństwa. W związku z tym wezwaniem 7 marca na alawickie wybrzeże masowo ruszyli bojownicy powiązani z nowymi władzami. Nie było to przy tym wyłącznie HTS (Hayat Tahrir asz-Szam) asz-Szary, lecz również różne, znacznie mniej zdyscyplinowane grupy SNA (protureckiej Syryjskiej Armii Narodowej), w tym zagraniczni bojownicy (głównie Czeczeni i Ujgurzy). Wtedy to doszło do największej liczby masakr, pozasądowych egzekucji oraz grabieży. Ofiarami byli głównie alawici, ale przemoc dotknęła też chrześcijan, co potwierdził grekoprawosławny patriarcha Antiochii Jan X oraz źródła greckie.

Warto dodać, że mimo zapewnień asz-Szary przemoc wobec alawitów, a w mniejszym stopniu również ataki na chrześcijan, trwała od upadku Assada. Dżihadyści niszczyli świątynie alawickie, dokonywali pozasądowych egzekucji na osobach powiązanych z poprzednim reżimem, grabieży itp. Skala tych zbrodni i nadużyć jest przy tym trudna do oszacowania. Nie ulega natomiast wątpliwości, że nie mogą one być tłumaczone wcześniejszymi zbrodniami Assada. Problem alawitów nie wynika przy tym wyłącznie z tego, że z tej grupy religijnej wywodzi się rodzina Assadów, lecz również z tego, że tak naprawdę nie są oni muzułmanami. Uznanie ich za szyitów nastąpiło w sposób arbitralny w latach 70. z powodów politycznych, a nie doktrynalnych. Dlatego dla sunnickich radykałów są oni apostatami, których nawet nie obejmuje ochrona dhimmi (ludów księgi), lecz zasługują na śmierć. Kilka lat temu w arabskojęzycznej Al Jazeerze znany dziennikarz Fajsal Qasim zorganizował sondaż dotyczący tego, czy należy wszystkich alawitów wymordować, samemu przekonując, że jest to konieczne (wraz z kobietami i dziećmi).

Z drugiej strony bojówki proassadowskie, które rozpoczęły eskalację raczej nie kierowały się dobrem społeczności alawickiej, lecz interesem dawnych dowódców, ukrywających się w górach. Grupy te liczyły, że jeśli zdołają opanować wybrzeże to otrzymają wsparcie ze strony Rosji, a jednocześnie będą mogły liczyć na co najmniej neutralność ze strony USA i Izraela. USA, po przejęciu władzy przez Trumpa, nie wykazały żadnej woli nawiązania kontaktów z asz-Szarą i zniesienia sankcji. Uderzenie dżihadystów w chrześcijan również sprzyjałoby zaostrzeniu polityki USA wobec nowego reżimu w Damaszku, gdyż w administracji Trumpa nie brak osób o antydżihadystycznym nastawieniu (np. Hegseth, Gabbard itp.). Ostatnie kroki USA wskazujące na chęć porozumienia z Rosją również mogłyby sprzyjać takiemu podejściu. Z kolei w interesie Izraela jest jak najbardziej słaba i podzielona Syria. Wprawdzie Izrael pomógł w dojściu HTS do władzy, ale nie było to wsparcie bezpośrednie, lecz raczej koincydentalne (wynikające z osłabienia Hezbollahu oraz uderzeń na pozycje irańskie w Syrii, dokonywanych nie w interesie dżihadystów, lecz własnym Izraela). Niemniej, gdy Assad już upadł, Izrael dążył do jak największego osłabienia nowych władz, dokonując nalotów na obiekty militarne, niszcząc arsenał bojowy i deklarując poparcie dla Druzów i Kurdów. Pojawiły się nawet koncepcje, że tereny kontrolowane przez Druzów, Sztab Operacji Południa (SOR) i AANES (Autonomiczna Administracja Syrii Północno-Wschodniej kontrolowana przez SDF) zostaną połączone pod parasolem ochronnym Izraela. To de facto prowadziłoby do podziału Syrii i byłoby również szansą dla bojówek proassadowskich by przejąć kontrolę nad regionami Latakii i Tartus, a Rosja utrzymałaby dzięki temu swoje bazy w Chmejmim i Tartus.

Założenia te nie były abstrakcyjne, gdyż Izrael rzeczywiście bardzo szybko i bardzo ostro zareagował na masakry alawitów i chrześcijan. Minister obrony Izrael Katz już 7 marca nazwał Szarę „dżihadystycznym terrorystą” i uznał go za odpowiedzialnego za masakry, jednocześnie podkreślając, że Izrael zapewni demilitaryzację południowej Syrii i będzie „chronił lokalną społeczność Druzów – każdy kto ich zaatakuje spotka się z naszą odpowiedzią”. Natomiast 9 marca w oświadczeniu wydanym przez Departament Stanu USA Marco Rubio potępił „radykalnych islamskich terrorystów, w tym zagranicznych dżihadystów, mordujących ludzi w zachodniej Syrii” oraz podkreślił wsparcie USA dla „religijnych i etnicznych mniejszości w Syrii, w tym chrześcijan, Druzów, alawitów i Kurdów”, a także zażądał od tymczasowych władz pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Stanowisko USA kontrastowało z oświadczeniem UE, która potępiła „elementy pro-assadowskie” za ataki na tymczasowe władze Syrii i cywilów, nic nie wspominając o dżihadystach. Po stronie nowych władz syryjskich opowiedziały się również sunnickie państwa arabskie oraz Turcja, natomiast Iran oraz siły szyickie w Iraku potępiły dżihadystów i asz-Szarę.

Reakcja Rosji była znacznie bardziej złożona. Możliwe, że gdyby bojówki proassadowskie odniosły większe sukcesy, Moskwa zdecydowałaby się na ich wsparcie. Jednak na tym etapie, na którym wszystko się zakończyło, nic nie wskazuje na jej aktywną rolę. Najprawdopodobniej uznała, że zaangażowanie się w ten konflikt wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem i mogłoby doprowadzić do utraty jej baz w Syrii. Kreml zdaje sobie sprawę, że Assad jest już politycznie skończony i lepszym rozwiązaniem byłoby porozumienie z asz-Szarą.

Problem w tym, że nowe władze w Damaszku stawiają Rosji warunki, na które ta nie może się zgodzić – m.in. odszkodowania za zniszczenia spowodowane rosyjskimi nalotami czy wydanie Assada. Jednocześnie jednak nie czują się na tyle silne, by grozić Rosjanom. W związku z tym Moskwa, w przeciwieństwie do USA i Izraela, nie posunęła się do oficjalnego potępienia nowego rządu Syrii.

Znacznie śmielej działała natomiast rosyjska propaganda. Na przykład portal pravda.ru sugerował konieczność utworzenia „sojuszu Rosji, USA i Izraela” w celu powołania państwa alawickiego w Syrii. Wcześniej ten sam serwis, powołując się na Reutersa, informował, że Izrael lobbuje w USA za utrzymaniem rosyjskich baz wojskowych w Syrii. Chociaż brak dowodów na to, że Stany Zjednoczone włączyły się w te działania, nie można wykluczyć, że Rosja będzie próbowała przekonać Waszyngton, iż sprzyja to wywieraniu presji na Iran – choć w rzeczywistości byłoby to jedynie grą pozorów, która z czasem zostałaby zweryfikowana negatywnie.

Z perspektywy Izraela działania te miałyby nie tylko zapobiec powrotowi irańskich wpływów w Syrii, ale także osłabić pozycję Turcji. W tym kontekście warto zauważyć, że administracja Trumpa całkowicie ignoruje Ankarę, co w dużej mierze jest efektem izraelskich działań.

8 marca, gdy masakry były kontynuowane, asz-Szaraa wysłał zdyscyplinowane oddziały HTS by opanowały sytuację i powstrzymały dalszy rozlew krwi, a następnego dnia wystąpił z oświadczeniem, w którym zapowiedział powołanie komisji, która miałaby zbadać masakry oraz pociągnięcie do odpowiedzialności wszystkich winnych, w tym tych związanych z nowymi władzami. W kręgach związanych z nowymi władzami Syrii pojawiła się jednak tendencja do usprawiedliwiania dokonanych przez dżihadystów masakr zbrodniami assadowców, w tym brutalnymi zabójstwami dokonanymi na początku eskalacji przez bojówki pro-assadowskie. Do takiego podejścia zachęciło też co najmniej niezręczne oświadczenie UE, w którym brak było słowa o mordach dokonywanych przez dżihadystów, a także fakt, że już następnego dnia po masakrach Komisja Europejska zaprosiła asz-Szarę do Brukseli na konferencję darczyńców dla Syrii, nie czekając na potwierdzenie przez konkretne działania deklaracji asz-Szary w sprawie odpowiedzialności winnych. To też bardzo kontrastuje ze stanowiskiem USA, które ewidentnie nie zamierzają znosić sankcji nałożonych na Syrię. (...)

Wszystko wskazuje na to, że większość mordów dokonali członkowie wspieranych przez Turcję grup zbrojnych wchodzących w skład SNA. Już wcześniej wsławiły się one mordami i grabieżami dokonywanymi przeciw Kurdom. Część z nich to nie Syryjczycy, lecz Czeczeni i Ujgurzy, którzy powinni zostać zmuszeni do opuszczenia Syrii. Problem polega na tym, że SNA, liczy ok. 80 tys. bojowników, a HTS tylko ok. 40 tys., choć wartość bojowa HTS jest znacznie wyższa. To może skomplikować spełnienie przez asz-Szarę jego deklaracji ukarania winnych i zapewnienia ochrony wszystkim cywilom bez względu na ich religię i etniczność. Chyba, że zyskałby nowego, silnego sojusznika. I w tym kontekście trzeba interpretować dość sensacyjne pojawienie się 10 marca Mazluma Abdi w Damaszku w celu podpisania porozumienia z asz-Szarą. Co prawda wiadomo było o negocjacjach, ale nie było żadnych zapowiedzi przełomu i spotkania Abdiego z asz-Szarą.

Kurdowie potępili masakry na wybrzeżu i podkreślili konieczność ukarania winnych, jednocześnie kierując oskarżenie na protureckich dżihadystów z SNA, w tym zagranicznych bojowników. Już po podpisaniu porozumienia z komentarzy kurdyjskich wynikało, że doszło do tego nie mimo, ale właśnie w związku z masakrami. Można zatem, oczywiście z dużą ostrożnością, domniemywać, że obie strony zainteresowane są pacyfikacją elementów siejących chaos i to zarówno pro-assadowskich jak i dżihadystycznych. Asz-Szaraa mając po swojej stronie 100-tysięczny SDF zyskuje znaczącą przewagę nad tymi frakcjami, które są odpowiedzialne za masakry i grabieże. Jednocześnie Kurdowie nie mają żadnych powodów by sprzymierzać się z grupami post-assadowskimi. Warto pamiętać, że do 2011 r. większość Kurdów była pozbawiona obywatelstwa, a rządzący reżim podkreślał, że tylko Arabowie mogą być Syryjczykami. Później, Assad odmawiał jakichkolwiek ustępstw wobec Kurdów, żądając od nich całkowitego podporządkowania się Damaszkowi, bez zagwarantowania jakichkolwiek praw tożsamościowych.

Podpisane porozumienie jest dość krótkie i zawiera się w 8 punktach, które m.in. gwarantują udział we władzach wszystkich Syryjczyków, niezależnie od ich pochodzenia religijnego i etnicznego; uznają Kurdów za rdzenną społeczność państwa syryjskiego (czego odmawiał reżim Assada), z zagwarantowanymi prawami obywatelskimi i konstytucyjnymi (wskazuje to na plany uznania podmiotowości tożsamości kurdyjskiej w konstytucji); integrację wszystkich cywilnych i wojskowych instytucji północno-wschodniej Syrii z państwem syryjskim oraz zapewnienie, że wszyscy przesiedleni Syryjczycy powrócą do swoich miast i wiosek i będą chronieni przez państwo syryjskie. Jednocześnie wdrożenie porozumienia ma nastąpić do końca 2025 r., a nad szczegółami mają pracować komitety wykonawcze.

Warto zwrócić uwagę na to, że w porozumieniu nie ma mowy o rozwiązaniu SDF. Wręcz przeciwnie, fakt, że asz-Szaraa podpisał porozumienie z Abdim (w przypadku innych grup nie miały miejsca takie odrębne umowy), wskazuje na uznanie podmiotowości SDF. Jest też dość jasne, że AANES nie przejdzie pod kontrolę ani komponentów związanych z SNA (jest to oczywiste) ani HTS (Szaraa potrzebuje ich u siebie). Zatem siłami rządowymi, które będą kontrolowały AANES będzie po prostu SDF (zarówno komponenty kurdyjskie jak i niekurdyjskie), który zyska obecnie status sił rządowych. Podobnie będzie z instytucjami cywilnymi. Na taką interpretację wskazuje też uczestniczący w delegacji SDF/AANES Bedran Ciya Kurd, który napisał na X-ie, że „dyskusje na temat mechanizmów instytucji suwerennych będą prowadzone we współpracy z Damaszkiem, przy jednoczesnym zapewnieniu wyjątkowości lokalnych instytucji w sposób odzwierciedlający wolę lokalnych społeczności w zakresie zarządzania ich sprawami i reprezentowania ich aspiracji”. Jednocześnie asz-Szaraa zobowiązał się do zapewnienia Kurdom bezpiecznego powrotu do Afrin i Serekanije, skąd zostali wygnani przez SNA w wyniku inwazji tureckiej. Porozumienie mówi o niepodzielności Syrii, ale nie wyklucza to zapewnienia sporej samodzielności Syrii Północno-Wschodniej (a także innych terenów zamieszkanych przez mniejszości). Nie musi to być gwarantowane przez administracyjną autonomię, bo przecież w Iraku Region Kurdystanu, wbrew obiegowemu przekonaniu, też nie jest autonomiczny, lecz stanowi drugi szczebel podziału federalnego kraju.

Podpisanie porozumienia między asz-Szarą a Abdim wywołało erupcję radości zarówno na terenach kontrolowanych przez nowe władze syryjskie jak i w AANES. Natomiast reakcje innych państw nie były natychmiastowe. Nie wydaje się przy tym by porozumienie to wspierane było przez Turcję, zwłaszcza, że jeszcze na kilka godzin przed jego podpisaniem szef tureckiej dyplomacji Hakan Fidan mówił o konieczności „walki z obecnością PKK w Syrii” (przy czym Turcja przez PKK rozumie też SDF), a wcześniej Turcja dążyła do wyeliminowania z dialogu wewnątrzsyryjskiego Mazluma Abdi, uznając go za „terrorystę” i chciała by SDF złożyło broń, a nie zyskało status syryjskich sił rządowych. Obecnie Turcja będzie miała znacznie większy problem w atakowaniu SDF. Ta sytuacja jest natomiast na rękę arabskim państwom sunnickim, w tym Arabii Saudyjskiej, które były zainteresowane zrównoważeniem wpływów tureckich w Syrii. Izrael zapewne zachowa pozycję wyczekującą, przy czym Kurdowie mieli świadomość, że realne wsparcie z jego strony, w wypadku nowej inwazji tureckiej, byłoby wielce wątpliwe. Również brak było natychmiastowej reakcji USA, choć wątpliwe jest by Amerykanie szybko zamierzali opuścić północno-wschodnią Syrię i przestać współpracować z Kurdami. Liderzy SDF/AANES od dawna brali jednak pod uwagę to, że trwałość obecności USA w Syrii jest niepewna, a poza tym pamiętali, że Trump dał zielone światło na inwazję turecką w 2019 r. Niemniej na uwagę zasługuje też fakt, że tego samego dnia, w którym Abdi podpisał porozumienie z asz-Szarą, spotkał się też z gen. Michaelem Kurillą, szefem CENTCOM-u, który odwiedził Syrię Północno-Wschodnią.

defence24.pl



"Globalistyczny Wall Street Journal nie ma pojęcia, co robi i mówi. Są własnością skażonego myślenia Unii Europejskiej, która została utworzona w głównym celu "wykiwania" Stanów Zjednoczonych Ameryki. Ich (WSJ!) myślenie jest przestarzałe i słabe, i bardzo złe dla USA. Ale bez obaw, wygramy na wszystkim!!! Ceny jaj spadają, ropa spada, stopy procentowe spadają, a PIENIĄDZE ZWIĄZANE Z TARYFAMI WLEWAJĄ SIĘ DO STANÓW ZJEDNOCZONYCH. <<Jedyną rzeczą, której musisz się bać, jest sam strach!>>" - napisał na portalu Truth Social Donald Trump.

onet.pl



Taki scenariusz był już od wielu tygodni właściwie nieunikniony. Rosjanie od miesięcy nieustannie naciskali na Ukraińców i choć nie dokonali żadnego wielkiego przełomu, to systematycznie zmniejszali kontrolowany przez nich obszar. Robili to za cenę znacznych strat, ale akceptowalnych z punktu widzenia rosyjskiego dowództwa, ponieważ operację kontynuowano. Doprowadziło to do tego, że jeszcze w listopadzie-grudniu teren kontrolowany przez Ukraińców skurczył się tak bardzo, iż Rosjanie byli w stanie dość łatwo atakować  główne ukraińskie linie zaopatrzeniowe prowadzące z Ukrainy w głąb ukraińskiego "worka" w Rosji. Już od dawna był on szeroki u podstawy na zaledwie około 25-30 kilometrów. To wystarczająco nie tylko dla artylerii, która jest umiarkowanie skuteczna w atakowaniu pojedynczych samochodów i pojazdów opancerzonych szybko jadących drogą, ale przede wszystkim dla znacznie bardziej efektywnych w tym dronów. Główna utwardzona droga wiodąca od granicy do Sudży stała się skrajnie niebezpieczna i notorycznie nawiedzana przez rosyjskie bezzałogowce sterowane przez światłowód, czyli odporne na systemy walki elektronicznej. Do dzisiaj jest ona cmentarzyskiem pełnym wraków ukraińskich pojazdów.

Przełożyło się to na podduszanie pododdziałów ukraińskiego wojska trzymających pozycje obronne na rosyjskim terytorium. Problemy z dostarczaniem zaopatrzenia, wywożeniem rannych i dowożeniem uzupełnień, czy wymianą całych pododdziałów zmęczonych miesiącami walki. Wszystko to oznaczało postępujący spadek skuteczności ukraińskiej obrony i wzrost ponoszonych przez nią strat. Jednocześnie Rosjanie i wspierający ich Koreańczycy kontynuowali presję. Od początku lutego podeszli oni jeszcze bliżej Sudży od wschodu i zachodu, zmniejszając szerokość ukraińskiego włamania do miejscami około 20 kilometrów. Sytuacja Ukraińców stała się najwyraźniej krytyczna, bo ewidentnie podjęto decyzję, że nie ma to dalej sensu i zarządzono odwrót z odsłoniętych pozycji. Teraz widać efekty jej realizacji.

Według ostatnich nagrań rosyjskie oddziały dotarły już do centrum Sudży i wieszają tam swoje flagi. Jednocześnie poruszają się naprzód po obu stronach tej miejscowości. Nagrania walk są sporadyczne. Znacznie więcej takich, na których Rosjanie powiewają flagami i pokazują porzucone ukraińskie pojazdy. Ukraińcy ze swojej strony piszą, że odwrót odbywa się w trudnych warunkach i w znacznej mierze na piechotę nocami. Co innego byłoby trudne z uwagi na wszechobecność rosyjskich dronów i zniszczenie przez rosyjskie lotnictwo wszystkich istotnych mostów w Sudży. Póki co nie pojawiło się wiele dowodów na ponoszenie przez Ukraińców poważnych strat w trakcie samego wycofywania się.

Pojawiły się natomiast ze strony ukraińskiej głosy, że odwrót z Rosji to efekt działań Białego Domu, konkretnie zawieszenia przekazywania broni i informacji wywiadowczych na początku miesiąca. Choć oczywiście na pewno brak tych drugich mógł w jakimś stopniu utrudnić obronę, to na pewno nie zawaliła się ona natychmiast z tego powodu. Taki, a nie inny koniec ukraińskiej operacji w obwodzie kurskim był ewidentny już pod koniec 2024 roku. Pytaniem było jak długo dowództwo w Kijowie będzie zmuszać rozmieszczone tam pododdziały do uporczywej obrony w kiepskich warunkach z uwagi na potrzeby polityczne.

Nie ma bowiem wątpliwości, że okupowanie skrawka Rosji stanowiło przydatną kartę przetargową na okoliczność rozmów o zawieszeniu broni czy zakończeniu wojny. Jest pewne, że Kreml naciskałby na jego odzyskanie, za co musiałby zapłacić jakimiś koncesjami. Dlatego też rosyjskie wojsko kontynuowało uporczywie kosztowne ataki, żeby pozbawić Ukraińców tejże karty. Ci nie mieli natomiast realnej możliwości odwrócenia tego trendu. Ich pozycja w Rosji od początku nie była szczególnie dogodna do obrony. Dysponowali tam też mniejszymi siłami niż Rosjanie. Choć zdobytego terenu broniły w większości doborowe ukraińskie brygady, to jedynie częścią swoich całych sił. Rosjanie mieli więc ciągle przewagę liczebną, Ukraińców skupionych na względnie niewielkim terytorium pod bombami i ze stopniowo odcinaną przez drony logistyką. Zmienić sytuację mogłaby tylko kolejna duża ukraińska operacja ofensywna, ale na tę nie było już ani sił, ani ochoty ich w czymś takim ryzykować. Pozostało więc tylko oddawanie terenu jak najwolniej i jak najdrożej dla Rosjan.

gazeta.pl

środa, 12 marca 2025



Zgoda Kijowa na zawieszenie broni stawia Kreml przed trudnym wyborem. Z jednej strony przez wiele miesięcy rosyjskie oficjalne stanowisko głosiło, że Rosja nie zgodzi się na żadne zawieszenie broni, a na zakończenie działań wojennych będzie gotowa tylko w wypadku spełnienia jej żądań sprowadzających się de facto do kapitulacji Kijowa. W tej sytuacji zgoda na bezwarunkowy rozejm byłaby wizerunkową porażką Moskwy i oznaką słabości. Z drugiej strony odrzucenie amerykańskiej propozycji zawieszenia broni oznaczałoby ryzyko zaprzepaszczenia perspektyw „resetu” relacji z administracją Trumpa. Kreml liczy, że w ten sposób uda mu się uzyskać zwłaszcza osłabienie lub zniesienie amerykańskich sankcji. Wobec tych okoliczności gra on zatem na zwłokę – unika publicznego zajęcia stanowiska wobec propozycji rozejmu, tłumacząc to koniecznością otrzymania szczegółowych informacji od USA. W bezpośrednich kontaktach z przedstawicielami amerykańskiej administracji Kreml najprawdopodobniej będzie usiłował wymóc na nich zgodę na powiązanie zawieszenia broni z wypełnieniem przez Kijów rosyjskich warunków.

Za korzystny dla Ukrainy należy uznać brak odniesienia w oświadczeniu do konieczności zgody na ustępstwa terytorialne, którą w przeddzień spotkania zapowiadał Rubio. Kwestia ta najprawdopodobniej zostanie odłożona do czasu ewentualnych rozmów pokojowych, mających się rozpocząć w przypadku zawieszenia broni. Zgodnie z lutowymi badaniami opinii publicznej ponad połowa Ukraińców sprzeciwia się jakimkolwiek koncesjom terytorialnym na rzecz Rosji, co mogło stanowić dla Kijowa dogodny argument w rozmowach z USA jako rozwiązanie nieakceptowalne społecznie. Jednocześnie na odleglejszy termin odłożono rozmowy o gwarancjach bezpieczeństwach dla Ukrainy – nie wspomniano o nich w oświadczeniu, lecz Kijów z nich nie zrezygnował.

osw.waw.pl

W dniach 8–9 marca nastąpiło załamanie /wycofanie? - red./ ukraińskiej obrony na północ i wschód od Sudży w obwodzie kurskim. Wojska rozpoczęły wycofywanie się w kierunku miasta, jednakże – według różnych źródeł – część z liczącego 10 tys. żołnierzy zgrupowania została odcięta na terenach zajmowanych przez nacierające siły rosyjskie, a nieznana ich liczba trafiła do niewoli. Wcześniejsze zniszczenie przez Rosjan mostów na rzekach w okolicach Sudży wymusiło na cofających się porzucanie ciężkiego wyposażenia.

Do rana 11 marca kontrolowany przez siły ukraińskie obszar w obwodzie kurskim skurczył się do Sudży wraz z okalającymi ją miejscowościami oraz terenami na zachód od niej, wzdłuż trasy Sumy–Kursk, pozostającej od początku miesiąca pod kontrolą ogniową wroga. Ukraińcy utrzymują się też na odciętym od głównego rejonu walk skrawku obwodu kurskiego w okolicach Gujewa (na południe od Sudży), a pod ich kontrolą pozostało mniej niż 200 km2 terytorium FR.

Rosjanie kontynuują natarcie na skrzydłach zgrupowania przeciwnika w obwodzie kurskim, dążąc do całkowitego odcięcia go od zaplecza. Poszerzyli swój stan posiadania w przygranicznej części obwodu sumskiego, gdzie według niektórych źródeł zajęli dwie miejscowości na kierunku Junakiwki, przez którą przechodzi zaopatrzenie z Sum dla jednostek walczących w obwodzie kurskim (strona ukraińska przekazuje sprzeczne informacje o sytuacji w tym rejonie pogranicza). Jednocześnie nacierają szerokim frontem, spychając wojska ukraińskie w stronę Sudży. W północno-wschodniej (przemysłowej) części tego miasta trwają starcia. Zgodnie z częścią doniesień Rosjanie przedostali się tam 8 marca rurą nieczynnego gazociągu, wówczas na zapleczu przeciwnika, co miało dodatkowo wpłynąć na jego dezorganizację. Obecnie do Sudży podeszły już od wschodu główne siły rosyjskie.

Utrzymanie obecności na terytorium FR będzie wymagało od Kijowa szybkiego i znaczącego wzmocnienia walczącego tam zgrupowania. 10 marca głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy generał Ołeksandr Syrski oświadczył co prawda, że sytuacja w rejonie pogranicza obwodów sumskiego i kurskiego znajduje się „pod pełną kontrolą armii ukraińskiej”, lecz poinformował też, że podjęto decyzję o wzmocnieniu, a żołnierze w obwodzie kurskim nie są zagrożeni okrążeniem. Należy przypomnieć, że dodatkowe jednostki Ukraińcy skierowali do walki już na początku marca i nie powstrzymały one wroga. Realne wzmocnienie obrony w tym obwodzie musiałoby się wiązać z wycofaniem części najbardziej wartościowych oddziałów z innych objętych walkami odcinków frontu.

Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu do przyspieszenia rosyjskiego natarcia mogło przyczynić się wstrzymanie przez USA pomocy wywiadowczej. Trzeba bowiem podkreślić, że do przerwania ukraińskich linii obrony na północny zachód od Sudży i objęcia kontrolą ogniową jedynej drogi zaopatrzenia przeciwnika doszło jeszcze przed decyzją Waszyngtonu. Ukraińcy wciąż dysponują systemem Starlink (niezależnie od tego, czy z satelitami SpaceX łączą się poprzez terminale amerykańskie, czy też własnej konstrukcji, które notabene testowali w obwodzie kurskim latem 2024 r.), lecz najprawdopodobniej nie są już w stanie wykorzystywać ich do prowadzenia precyzyjnego ostrzału pozycji wrogich wyrzutni HIMARS (Amerykanie ograniczyli wsparcie w tym zakresie do działań obronnych na terytorium Ukrainy).

Trwające od końca lutego ataki sił ukraińskich w północnej i zachodniej części Torećka przyczyniły się do odzyskania przez nie ok. 20% powierzchni miasta. Niepowodzeniem zakończyły się kontrataki agresora, a ponowne wyparcie obrońców z Torećka najpewniej nie będzie możliwe bez zwiększenia zgrupowania. Mimo wzrostu intensywności starć należy przyjąć, że pierwszoplanowym celem Ukraińców nie jest obecnie odzyskanie zniszczonego miasta, lecz zademonstrowanie determinacji do dalszej walki w sytuacji amerykańskiej presji na faktyczne uznanie przez Kijów przynajmniej niektórych rosyjskich zdobyczy terytorialnych i jak najszybsze zawarcie pokoju kosztem Ukrainy. Aktywność obrońców wzrosła także na innych kierunkach, a na południowy zachód od Pokrowska udało im się odzyskać część pozycji.

Siły rosyjskie zlikwidowały worek na zachód od Kurachowego i kontynuują natarcie wzdłuż drogi Donieck–Zaporoże, jednakże jego tempo jest znacząco mniejsze niż kilka tygodni wcześniej. Do nieznacznych przesunięć na korzyść najeźdźców miało dojść również w rejonie Wełykiej Nowosiłki (na północny zachód od niej mieli natomiast skutecznie kontratakować Ukraińcy), Czasiw Jaru, Siewierska oraz na kierunku Łymanu i w okolicach Kupiańska.

osw.waw.pl

wtorek, 11 marca 2025



Strona amerykańska rozumie nasze argumenty, akceptuje nasze propozycje i chcę podziękować prezydentowi Trumpowi za konstruktywny charakter rozmowy naszych zespołów. A dziś w trakcie rozmów pojawiła się propozycja ze strony amerykańskiej, aby natychmiast podjąć pierwszy krok i spróbować ustanowić całkowite zawieszenie broni na 30 dni, nie tylko w odniesieniu do rakiet, dronów i bomb, nie tylko na Morzu Czarnym, ale także na całej linii frontu. Ukraina akceptuje tę propozycję, uważamy ją za pozytywną, jesteśmy gotowi podjąć taki krok, a Stany Zjednoczone Ameryki muszą przekonać do tego Rosję. To znaczy, że się zgadzamy, a jeśli „Rosjanie” się zgodzą, to cisza zacznie obowiązywać dokładnie w tym momencie - dodał Zełenski.

onet.pl

poniedziałek, 10 marca 2025



Rosja nadal publicznie twierdzi, że chce pokoju, nie oferując jednocześnie żadnych własnych ustępstw, co stanowi ostry kontrast z ustępstwami, jakie już zaoferowała Ukraina. Agencja Reuters podała 9 marca, że ​​dwóch urzędników USA stwierdziło, że USA planują wykorzystać rozmowy amerykańsko-ukraińskie z 11 marca w Arabii Saudyjskiej „częściowo w celu ustalenia, czy Ukraina jest gotowa na materialne ustępstwa wobec Rosji, aby zakończyć wojnę”. Jeden urzędnik USA stwierdził, że Ukraina nie może powiedzieć jednocześnie „chcę pokoju” i „odmawiam pójścia na kompromis w jakiejkolwiek sprawie” podczas nadchodzących rozmów. Drugi urzędnik USA stwierdził, że USA chcą „zobaczyć, czy Ukraińcy są zainteresowani nie tylko pokojem, ale realistycznym [podkreślenie dodane] pokojem”. Financial Times podał 9 marca, że ​​niesprecyzowani urzędnicy poinformowani o nadchodzących negocjacjach amerykańsko-ukraińskich stwierdzili, że Ukraina zaproponuje częściowe zawieszenie broni z Rosją w sprawie ataków dronów i rakiet dalekiego zasięgu oraz operacji bojowych na Morzu Czarnym. Ukraiński portal Suspilne poinformował 10 marca, że ​​źródło zaznajomione ze stanowiskiem delegacji ukraińskiej stwierdziło, że Ukraina zaproponuje również wymianę jeńców wojennych. Ukraińskie źródło zauważyło, że propozycje te są „realistyczne do szybkiego wdrożenia” i „kontrolowania”. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po raz pierwszy zasugerował zawieszenie broni w powietrzu i na morzu 5 marca, a Ukraina oferuje rodzaj zawieszenia broni, który jest bardziej bezpośredni i nie wymaga długich negocjacji ani złożonego procesu monitorowania. Zawieszenie broni na tysiąckilometrowej złożonej linii frontu charakteryzującej się wieloma „szarymi strefami”, gdzie linie sił przeciwstawnych są rozmyte, byłoby niezwykle trudne do wynegocjowania i monitorowania. Zełenski kilkakrotnie wskazał również — w tym w wywiadzie dla Fox News z 28 lutego — że jest skłonny do ustępstw w kwestii terytorium, członkostwa Ukrainy w NATO i swojej własnej kadencji w celu zapewnienia sprawiedliwego i trwałego pokoju.

(...)

Starszy oficer ukraiński w baterii artylerii operującej w kierunku Pokrowska oświadczył 10 marca, że ​​siły rosyjskie nie używają ostatnio ciężkiego sprzętu, prawdopodobnie z powodu niedoborów sprzętu pancernego, a ukraińskie ataki uniemożliwiają rosyjskim postępom w pobliżu Kotłynego. Rosyjski milbloger twierdził, że siły rosyjskie czasami używają pojazdów opancerzonych w pobliżu Udacznego i Kotłynego. Rosyjskie źródło twierdziło, że siły ukraińskie używają większej liczby dronów w kierunku Pokrowska i uniemożliwiają siłom rosyjskim transport posiłków i amunicji na front, a siły rosyjskie są wyczerpane z powodu kilku miesięcy ciągłych ataków.

(...)

Prezydent Rosji Władimir Putin zatwierdził 10 marca listę instrukcji dla rządu rosyjskiego i Fundacji Obrońców Ojczyzny, których celem jest zwiększenie świadczeń socjalnych dla rosyjskich weteranów, co prawdopodobnie jeszcze bardziej obciąży rosyjski budżet i gospodarkę. Putin wezwał do rozszerzenia funduszu Fundacji „Obrońców Ojczyzny” na członków rodzin rosyjskich żołnierzy zaginionych w akcji (MIA) podczas wojny na Ukrainie; do wsparcia działalności przedsiębiorczej weteranów bojowych i zwiększenia finansowania państwowych programów pomocy socjalnej; do zaklasyfikowania uczestników pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę jako weteranów bojowych; i do rozważenia rozszerzenia wsparcia socjalnego na braci i siostry zmarłych rosyjskich żołnierzy, jeśli rodzeństwo ma mniej niż 18 lat, oraz na niezaadoptowane dzieci zmarłego żołnierza. Putin podpisał również 10 marca dekret powołujący komisję w Radzie Państwa w celu wsparcia weteranów bojowych i ich rodzin. Rosyjski doradca prezydenta i sekretarz Rady Państwa Aleksiej Diumin oświadczył, że nowa komisja będzie koordynować działania rządu federalnego i regionalnego w celu wsparcia rosyjskich weteranów. Rosyjskie źródło wewnętrzne twierdziło, że Fundacja Obrońców Ojczyzny nie dysponuje nieograniczonymi zasobami, więc rozszerzenie jej funkcji będzie wymagało zwiększonego finansowania państwowego. Źródło wewnętrzne twierdziło, że propozycja dotycząca wsparcia przedsiębiorczości weteranów ma na celu zwiększenie rozwoju gospodarczego Rosji, ale będzie wymagała dotacji, preferencyjnych programów pożyczkowych, szkoleń biznesowych i ulg podatkowych. Źródło wewnętrzne zauważyło, że istnieje nierównowaga wśród rosyjskich podmiotów federalnych, przy czym niektóre regiony zapewniają weteranom znaczne korzyści, podczas gdy inne oferują minimalną pomoc. Źródło twierdziło, że próby Kremla ujednolicenia środków wsparcia w całej Rosji nałożą dodatkowe obciążenia na budżety podmiotów federalnych.

understandingwar.org


Jednym z narzędzi Pekinu w staraniach o przyłączenie Tajwanu do Chin kontynentalnych są powiązania gospodarcze. Intuicja podpowiada, że z biegiem czasu Państwo Środka może na tyle uzależnić od siebie Tajpej, żeby wymuszać twarde koncesje, a ostatecznie doprowadzić do wchłonięcia kraju przez ChRL. Tendencja ostatnich lat wskazuje jednak, że taka strategia będzie trudniejsza w realizacji, niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Tajwan bowiem jest przykładem państwa, które konsekwentnie zmniejsza stopień zależności od gospodarki Chin. Mimo swojego niewielkiego rozmiaru i bliskiego położenia robi to póki co zaskakująco skutecznie.

Choć powszechna moda na de-risking rozpoczęła się w wyniku pandemii Covid, dla Tajwanu przełomowy był rok 2019. Wtedy to, po wyborach wygranych przez przychylny wobec ChRL Kuomintang, Xi Jinping wygłosił wyjątkowo asertywne przemówienie o perspektywie zjednoczenia narodu chińskiego. Zaznaczył, że nie wyklucza użycia siły do osiągnięcia tego celu. Równolegle Chiny zaczęły stosować presję militarną poprzez wtargnięcia w tajwańską przestrzeń powietrzną. W tym samym roku zdemontowano model „jeden kraj – dwa systemy” w Hongkongu, dodatkowo podsycając obawy co do intencji Pekinu. Reakcja biznesu oraz władz była natychmiastowa i trwała; przyjrzyjmy się więc, jak Tajwan zaczął dywersyfikować swoje kontakty gospodarcze.

Wysiłki nakierowane na de-risking widać najwyraźniej w obszarze bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) płynących z Tajwanu do Chin (przepływy w drugą stronę zawsze były minimalne). ChRL była tradycyjnie najważniejszą lokalizacją dla tajwańskiego kapitału, w latach 2013–2018 przyciągając ok. 8–11 mld USD inwestycji rocznie. W przełomowym 2019 ich wartość spadła o ponad połowę – co nie było tylko chwilowym tąpnięciem – i obecnie sięga zaledwie 3–4 mld USD. Tej tendencji nie można wyjaśnić przez generalne pogorszenie się klimatu biznesowego w Chinach, bo przez pierwsze trzy lata od zwrotu w 2019 roku Pekin notował rosnący napływ inwestycji z zewnątrz; spadek dotyczył konkretnie Tajwanu.

Jednym z działań podjętych przez rząd w Tajpej jest inicjatywa „New Southbound Policy”. Służy ona promowaniu współpracy z państwami Indo-Pacyfiku poprzez m.in. ustanowienie biur przedstawicielskich dla biznesu w Indiach, Indonezji, Birmie i Tajlandii; do tego wspiera wymianę studencką i ułatwia podróże między niektórymi krajami partnerskimi (zaangażowano w to ASEAN, ale – co ciekawe – także Rosję). Skupienie się na małych i średnich państwach regionu przyniosło rezultaty: przez ostatnich 10 lat tajwańskie inwestycje w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej urosły o 130 proc. Na relokacji produkcji skorzystały zwłaszcza Indie oraz Wietnam, kraje o sporych zasobach taniej siły roboczej, a w 2022 roku grupa ASEAN po raz pierwszy prześcignęła Chiny jako najważniejszy partner inwestycyjny Tajwanu.

Tajwańczycy nie tylko przenoszą część produkcji i ograniczają nowe inwestycje w Chinach. Równolegle aktywnie szukają nowych rynków, co z czasem pozwala na jeszcze głębszą dywersyfikację. W latach 2010–2021 całkowite BIZ wychodzące z Tajwanu wynosiły na ogół ok. 11–14 mld USD rocznie. Jednak w roku 2022 przekroczono poziom 15 mld, a w 2023 – kiedy do Chin wysłano zaledwie 3 mld – osiągnięto rekordowe 24 mld w inwestycjach lokowanych za granicą. Chiny odpowiadały za 42% tajwańskich inwestycji w latach 2012–2015; w latach 2016–2019 było to 23%; natomiast w latach 2019–2023 zaledwie 5%. Wewnętrzne łańcuchy dostaw tajwańskich przedsiębiorstw zostały zatem efektywnie uniezależnione od produkcji na kontynencie.

Większe wyzwania widać w obszarze handlu, najsilniejszej karcie, jaką w swoim arsenale ma Pekin. Choć w ciągu ostatnich lat odnotowano pewien postęp, zależność pozostaje ogromna. W 2023 roku udział Chin (włącznie z Hongkongiem) w tajwańskim eksporcie spadł do najniższej wartości od 20 lat, czyli do ok. 30–35%, zatem skali powiązań porównywalnej do tej między Polską a Niemcami. To pokazuje, z jak trudnego położenia startowało Tajpej i ile pracy ma jeszcze przed sobą.

(...)

Niepokojący jest również stabilny na przestrzeni lat, około 20-procentowy udział Chin w tajwańskim imporcie. Dobrą wiadomością jest to, że w statystykach zawiera się handel generowany przez tajwańskie oddziały w Chinach, więc tę zależność zapewne uda się częściowo zmniejszyć w wyniku relokacji produkcji.

W tle wachlarza polityki, jaką rząd i biznes Tajwanu mogą podejmować, pozostaje duża i trwała przeszkoda. Jest to po prostu rozmiar, rozwój i geograficzna bliskość Chin kontynentalnych. Jedną z najlepiej sprawdzonych empirycznie koncepcji handlu międzynarodowego jest „teoria grawitacji”. Zakłada ona, że wielkość wymiany handlowej między dwoma krajami (tak jak przyciąganie grawitacyjne w fizyce) zależy od ich masy (wielkości gospodarki) oraz odległości geograficznej. Rzecz jasna nie są to jedyne, ale konsekwentnie potwierdzane w badaniach zmienne, determinujące wolumen wymiany. I tutaj rzeczywistość narzuca bolesne ograniczenia na tajwańskie plany: duże i bliskie Chiny pozostaną kuszącym partnerem handlowym, od którego można się ubezpieczać, ale z którego trudno będzie zrezygnować. Szczególnie, że demografia Tajwanu wskazuje na kurczenie się jego rynku wewnętrznego, więc także możliwości opierania się na współpracy z zagranicą. Natomiast alternatywni partnerzy są wyraźnie mniejsi od Chin (jak Japonia czy Filipiny) lub oddaleni od Tajwanu fizycznie (jak USA czy Indie).

ukladsil.pl

Publikacja raportu Draghiego, wybory w wielu europejskich krajach oraz nowe nastawienie administracji amerykańskiej – te wszystkie czynniki sprawiły, że w ostatnim czasie o przemyśle Unii Europejskiej mówi się tylko źle. Według popularnej narracji sektor ten ma być w fazie schyłkowej, przygnieciony biurokracją, regulacjami i polityką klimatyczną. Jednakże dane pokazują co innego – dlatego warto przyjrzeć się faktom.

Pierwsze zderzenie sloganów o „upadającym przemyśle UE” z rzeczywistością następuje w momencie przejrzenia danych eksportowych. Jak się bowiem okazuje, Unia Europejska to największy eksporter świata, jeśli chodzi o wartość wyeksportowanych towarów i usług. W przypadku UE sięgnęła ona w 2023 r. aż 4 bln euro. Na drugim miejscu tego zestawienia uplasowały się Chiny, które jednak osiągnęły wynik o ok. 700 mld euro gorszy. Co więcej, Unia wyprzedza też Chiny, jeśli chodzi o saldo wymiany handlowej. Gospodarka UE wygenerowała w tym zakresie nadwyżkę w wysokości 389 mld euro, tymczasem nadwyżka Chin sięgnęła 357 mld euro. Tymczasem Stany Zjednoczone zanotowały deficyt handlowy na poziomie 726 mld euro, co jest rekordem wśród globalnych gospodarek.

(...)

Znaczenie unijnego przemysłu widać także w strukturze zatrudnienia oraz samej produkcji przemysłowej. UE zatrudnia bowiem ponad dwa razy więcej osób w przemyśle niż Stany Zjednoczone, z którymi Unia jest obecnie notorycznie porównywana. W unijnym sektorze przemysłowym pracuje bowiem 31 milionów osób, a w amerykańskim - 13 milionów. Z kolei w 2023 roku produkcja stali w Unii Europejskiej była o 57% wyższa niż w USA (odpowiednio 126 mln t vs 80,7 mln t), podobnie jak produkcja baterii do samochodów elektrycznych, która również wzrosła o 57% w porównaniu do amerykańskich wyników (110 GWh vs 70 GWh). Co więcej, przemysł motoryzacyjny w UE produkował o 13% więcej samochodów niż jego amerykański odpowiednik (12 mln sztuk vs 10,6 mln sztuk). To m. in. sprawia, że udział UE i USA w światowym PKB – według parytetu siły nabywczej - jest porównywalny i wynosi odpowiednio 14,5% i 15,4%.

Warto zaznaczyć, że unijny przemysł osiągnął takie wyniki pomimo trudnych warunków pracy np. jeśli chodzi o dostęp do nośników energii. Unia Europejska importuje bowiem 90% zużywanego gazu, 97% ropy i paliw oraz 75% węgla. Oznacza to, że jej sektor przemysłowy zdany jest na zewnętrznych dostawców energii oraz zaburzenia związane z importem, co było szczególnie dotkliwe w ciągu ostatnich lat kryzysu energetycznego, który podniósł unijne ceny np. gazu do poziomów najwyższych w historii. W sierpniu 2022 roku ceny gazu w holenderskim hubie TTF osiągnęły astronomiczny poziom ok. 350 euro za MWh, były więc ok. 35 razy wyższe niż w sierpniu roku 2020 i najwyższe od początku istnienia UE.

Jednakże nawet i bez kryzysu unijne ceny energii są wyższe od cen notowanych np. w Stanach Zjednoczonych. Przez zdecydowaną większość ostatnich 10 lat amerykańskie ceny gazu były średnio 2,5-krotnie niższe od europejskich. Dla przykładu, we wrześniu 2014 roku surowiec ten kosztował w USA 3,92 dolara za mmBtu (czyli za milion brytyjskich jednostek termicznych, odpowiednik ok. 30 metrów sześciennych), a w UE – 9,24 dolara za mmBtu. We wrześniu 2019 roku ceny te wynosiły 2,58 dolara za mmBtu (USA) oraz 4,21 dolara za mmBtu (UE).

energetyka24.com