czwartek, 6 marca 2025



W wystąpieniu na konferencji zorganizowanej w Waszyngtonie przez Council on Foreign Relations (CFR) Kellogg przedstawił strategię administracji Trumpa, którą kieruje się ona w podejściu do wojny. Jak stwierdził, Ameryka porzuca dotychczasowe podejście, w którym faworyzowała jedną ze stron, zamiast tego chce po prostu zakończyć walki.

Zabieganie o zwycięstwo jednej strony nad drugą „służyłoby jedynie wciągnięciu Ameryki w niekończącą się wojnę zastępczą (ang. proxy war), ze szkodą dla naszych własnych interesów bezpieczeństwa narodowego” - powiedział emerytowany generał.

Podczas przemówienia oraz późniejszej rozmowy z dziennikarką CBS Margaret Brennan stwierdził, że celem USA jest reset stosunków z Rosją, by rozbić „globalną oś” Rosji, Chin, Iranu i Korei Północnej.

„W podejściu prezydenta Trumpa do tej wojny istnieje również szersza strategia, która opiera się na uświadomieniu sobie, że Stany Zjednoczone muszą zresetować stosunki z Rosją” - powiedział. „Dalsza izolacja i brak zaangażowania w rozmowy z Rosją w czasie trwania wojny na Ukrainie nie są już wykonalną ani zrównoważoną strategią i z pewnością nie są odpowiedzialnym podejściem dyplomatycznym ze strony Stanów Zjednoczonych” - dodał.

Ocenił, że pokój będzie korzystny dla wszystkich i będzie szansą na „rozbicie tej osi, którą obecnie obserwujemy, która ma charakter globalny i która stanowi realne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych Ameryki”.

Odnosząc się do przerwy we wsparciu wojskowym i wywiadowczym dla Ukrainy, Kellogg stwierdził, że Ukraińcy „sami to na siebie ściągnęli”, publicznie podważając podejście prezydenta Trumpa podczas niedawnego spotkania w Białym Domu. Stwierdził, że jasno ostrzegał Zełenskiego, jakie będą konsekwencje niepodpisania umowy o minerałach i publicznego kwestionowania działań prezydenta Trumpa.

Ocenił przy tym, że Zełenski „źle odczytał sytuację” i chciał, by USA opowiedziały się publicznie po stronie Ukrainy przeciwko Rosji.

„To negowałoby obiektywną rolę rozjemcy. Prezydent Trump jednak nie podchodził do tego w taki sposób, aby jedna strona zyskiwała przewagę nad drugą” - dodał.

Porównał przy tym osobiście podejście Trumpa do negocjacji do podejścia prezydenta Theodore'a Roosevelta, który był mediatorem zakończenia wojny rosyjsko-japońskiej 1905 r. i otrzymał za to Pokojową Nagrodę Nobla.

Kellogg przyznał, że wstrzymanie pomocy jest bolesne dla Kijowa, lecz porównał to do „zdzielenia muła deską w nos”, by zwrócić jego uwagę.

Dyplomata zaznaczył, że przerwa jest tymczasową pauzą, a nie odebraniem wsparcia na stałe. Pytany o to, co Ukraina musi zrobić, by przywrócić pomoc USA, odparł, że musi przekazać listę swoich warunków dotyczących zakończenia konfliktu. Ocenił też, że osobiście „nie ruszałby naprzód”, dopóki nie zostanie podpisana umowa o minerałach, lecz zaznaczył, że leży to w gestii prezydenta Trumpa.

Kellogg stwierdził też, że administracja Trumpa naciska nie tylko na Ukrainę, lecz także czyni „agresywne ruchy, by wywierać presję na Rosjan”, wymieniając przy tym sankcje i zamrożenie rosyjskich aktywów. Kiedy jednak zwrócono mu uwagę, że działania te zostały podjęte przez poprzednią administrację, dyplomata stwierdził, że Rosja przedstawiła swoją listę warunków, a Ukraina nie, sugerując, że to jest powodem jednostronnej presji. Ocenił, że Rosja zachowuje się bardziej „rozsądnie”, niż Ukraina, a jej publiczne deklaracje m.in. o wykluczeniu obecności obcych wojsk w Ukrainie są tylko punktem startowym do negocjacji.

Pytany o obecność europejskich sił stabilizacyjnych w Ukrainie i amerykańskie gwarancje dla tych sił, Kellogg powiedział, że ważne w tej kwestii jest ustalenie tego, jak konkretnie ma to wyglądać.

Mówiąc o warunkach ewentualnego porozumienia, Kellogg zaprzeczył temu, co mówił wcześniej specjalny wysłannik ds. Bliskiego Wschodu, Steve Witkoff, tj. że podstawą porozumienia miałby być projekt porozumienia, jaki przedstawiono podczas negocjacji w Stambule w marcu 2022 r. Kellogg stwierdził, że ten dokument mógłby być „punktem wyjścia”, lecz ocenił, że jego warunki były nieuczciwe i stawiane w sytuacji osłabienia Ukrainy. Mówiły one m.in. o ograniczeniach rozmiarów ukraińskich sił zbrojnych, wykluczeniu członkostwa w NATO i rozstrzygnięciu statusu Krymu za 10 lat.

„Myślę, że musimy opracować coś zupełnie nowego” - powiedział Kellogg. „Nawet jeśli Ukraina w tamtym czasie zgodziła się na niektóre z warunków, musisz spojrzeć na ramy czasowe, kiedy to zrobiono (...) Musimy wrócić do dnia dzisiejszego. Nie możemy cofnąć się o trzy lata” - zaznaczył.

PAP


Donald Trump wypowiedział wojnę nielegalnym migrantom w USA. Na początku wykorzystywano w tym celu samoloty wojskowe, ale teraz amerykańska administracja miała zrezygnować z ich wykorzystywania - powodem tej decyzji miały być wysokie koszty operacji. Ostatni lot wojskowy w ramach deportacji odbył się 1 marca, a zawieszenie tego sposobu transportu może zostać przedłużone lub stać się trwałym rozwiązaniem - donosi The Wall Street Journal.

Ameryka zaczęła używać samolotów wojskowych do transportu niektórych migrantów do ich krajów ojczystych lub bazy wojskowej w Guantanamo Bay wkrótce po objęciu urzędu przez Trumpa w styczniu. Jednak środek ten okazał się kosztowny i nieefektywny - czytamy dalej.

Od początku rządów Trumpa miało miejsce około 30 lotów migrantów samolotami C-17 i około tuzina C-130. Miejsca docelowe obejmowały Indie, Peru, Gwatemalę, Honduras, Panamę, Ekwador i Zatokę Guantanamo. W lutym setki deportowanych Hindusów, w kilku partiach, przybyło do Indii na pokładzie samolotu transportowego US Air Force. Po wylądowaniu deportowani opowiedzieli o swoich przeżyciach: byli skuci i ograniczeni przez cały lot, a zostali uwolnieni dopiero po przybyciu do Indii.

Deportacja nielegalnych migrantów jest tradycyjnie nadzorowana przez Departament Bezpieczeństwa Krajowego, który wykorzystuje do tego celu loty komercyjne. Administracja Trumpa chciała wysłać migrantom wiadomość o swojej surowej polityce, dlatego też zdecydowano się na loty wojskowe. I tu pojawił się problem - samoloty te pokonywały dłuższe trasy i przewoziły mniej migrantów, a koszty ich transportu były wyższe dla podatników niż typowe loty deportacyjne realizowane samolotami cywilnymi – czytamy w artykule WSJ.

Do Indii odbyły się 3 loty deportacyjne, a każdy z nich kosztował po 3 miliony dolarów. Z ustaleń WSJ wynika też, że loty do Guantanamo, którymi podróżowało zaledwie kilkanaście osób, kosztowały co najmniej 20 000 dolarów na migranta.

Dane rządowe pokazują, że standardowy lot US Immigration and Customs Enforcement kosztuje 8500 USD za godzinę lotu. Według raportu WSJ kwota ta jest bliższa 17 000 USD za godzinę lotu w przypadku podróży międzynarodowych. Jednakże, według Dowództwa Transportu Stanów Zjednoczonych koszt lotu C-17, który jest przeznaczony do przewozu ciężkich ładunków i żołnierzy, wynosi 28 500 dolarów za godzinę.

"Pokazowe" deportacje miały raczej na celu wzbudzić strach wśród nielegalnych migrantów, niż faktycznie rozwiązać problem. Z danych amerykańskiego ministerstwa bezpieczeństwa krajowego wynika, że podczas pierwszego miesiąca urzędowania Donalda Trumpa deportowanych zostało 37 660 osób. Jest to zdecydowanie mniej, niż przeciętna miesięczna liczba deportacji w ostatnim pełnym roku rządów prezydenta Joe Bidena, która wynosiła 57 tys.

bankier.pl


W ciągu ostatnich kilku tygodni na Bukareszt spłynęła fala krytyki ze strony przedstawicieli administracji amerykańskiej oraz środowiska MAGA („Make America Great Again”) na czele z Elonem Muskiem. Wiąże się ona z wydanym przez rumuński Sąd Konstytucyjny 6 grudnia 2024 r. orzeczeniem o anulowaniu wyborów prezydenckich (na dwa dni przed drugą turą; zob. Rumunia: Sąd Konstytucyjny unieważnia wybory prezydenckie). Postawiła ona w trudnej sytuacji koalicję rządzącą, uznającą – podobnie jak wszystkie gabinety od drugiej połowy lat 90. – ścisłą współpracę i sojusz ze Stanami Zjednoczonymi za wartość fundamentalną i filar bezpieczeństwa państwa. Rząd nie chce wchodzić w otwarty konflikt z administracją Donalda Trumpa, szczególnie w obliczu rosnącej nieprzewidywalności USA i obaw dotyczących dalszej obecności wojsk amerykańskich na kontynencie europejskim, w tym w Rumunii.

Jednocześnie Bukareszt faktycznie dąży do niedopuszczenia Călina Georgescu (antysystemowego i znanego z prorosyjskich wypowiedzi zwycięzcy anulowanej pierwszej tury) do powtórzonych wyborów prezydenckich. 26 lutego prokuratura rumuńska postawiła mu szereg zarzutów karnych (w tym o próbę organizacji przewrotu konstytucyjnego) i objęła go dozorem sądowym. Wydaje się jednak, że ostateczna decyzja o dopuszczeniu polityka do elekcji będzie uzależniona od postawy USA. Bukareszt zarazem powstrzymuje się przed zajęciem wyraźnego stanowiska w narastającym sporze między Waszyngtonem i UE, tradycyjnie opowiadając się za utrzymaniem jedności transatlantyckiej.

Podczas wystąpienia na konferencji bezpieczeństwa w Monachium wiceprezydent USA J.D. Vance otwarcie skrytykował Rumunię za anulowanie wyborów prezydenckich z końca 2024 r. Stwierdził, że krok ten poczyniono „w oparciu o wątłe podejrzenia służb wywiadowczych” oraz ze względu na „ogromną presję ze strony kontynentalnych sąsiadów”. Warto przy tym zaznaczyć, że w wydanym przez Komisję Wenecką raporcie z 27 stycznia negatywnie odniesiono się do uzasadnienia decyzji rumuńskiego Sądu Konstytucyjnego – stwierdzono m.in., że podobne orzeczenia nie mogą opierać się wyłącznie na niejawnych informacjach wywiadowczych, gdyż nie gwarantuje to niezbędnej transparentności” (zob. Urgent report on the cancellation of election results by constitutional courts). Amerykański polityk nieprzychylnie ocenił też stan tamtejszej demokracji, wskazując, że prawdopodobnie „nie była ona zbyt silna”, jeśli Rosja mogła ją „zniszczyć za pomocą zaledwie kilkuset tysięcy dolarów wydanych na reklamę” w mediach społecznościowych. Odniósł się w ten sposób do wypowiedzi władz w Bukareszcie, przekonujących, że Georgescu był wspierany przez Kreml, który miał także współfinansować i koordynować jego kampanię promocyjną na platformie TikTok, co miało pozwolić politykowi na osiągnięcie sukcesu wyborczego.

Vance oświadczył również, że USA „nie mogą zrobić nic” dla tych, którzy „boją się swoich wyborców”, co w Rumunii odebrano jako sygnał, iż próby sekowania Georgescu lub innych niechętnych mainstreamowi, radykalnie prawicowych polityków wpłyną negatywnie na relacje dwustronne. 20 lutego, podczas konwencji partii konserwatywnych (CPAC), amerykański wiceprezydent rozwinął tę myśl, stwierdzając, że przyjaźń z europejskimi sojusznikami opiera się na wspólnocie wartości i nie ma o niej mowy, „gdy odwołujesz wybory, bo nie podoba ci się ich wynik, a to właśnie stało się w Rumunii”.

Krytyka pod adresem Bukaresztu od dłuższego czasu płynie również ze strony Muska. W ostatnim czasie wielokrotnie publikował on na portalu X posty wspierające Georgescu lub krytykujące przedstawicieli aparatu państwowego Rumunii za uderzające w tego polityka decyzje. W jednym z wpisów nazwał przewodniczącego Sądu Konstytucyjnego w tym kraju „tyranem”, zaś post, w którym Georgescu zapowiadał „likwidację sieci Sorosa”, skomentował stwierdzeniem, że kraj ten „zasługuje na suwerenność”. Musk promował także na swoim profilu wywiad, który z politykiem przeprowadził w styczniu Alex Jones – popularny amerykański influencer i komentator związany z ruchem MAGA.

W ostatnim czasie w mediach pojawiły się doniesienia o presji ze strony władz USA na Bukareszt – zarówno w kontekście Georgescu, jak i braci Tate (kontrowersyjnych, ale bardzo popularnych amerykańskich influencerów ze środowiska MAGA). W 2022 r. tych ostatnich aresztowano w Rumunii m.in. pod zarzutem handlu ludźmi i tworzenia zorganizowanej grupy przestępczej. Z czasem areszt zamieniono na areszt domowy, a od stycznia 2025 r. – na dozór sądowy. 17 lutego gazeta „Financial Times” – opierając się na własnych źródłach – ujawniła, że dyplomacja amerykańska ma naciskać na Rumunię w sprawie umożliwienia wyjazdu z tego kraju braci Tate. Dwa dni później portal Bloomberg poinformował, że według jego wiedzy urzędnicy amerykańscy mieli w ostatnim czasie w trakcie spotkań z przedstawicielami instytucji i władz rumuńskich konsekwentnie ostrzegać ich przed blokowaniem ponownego startu Georgescu w wyborach prezydenckich. Obie informacje zdementował szef rumuńskiej dyplomacji.

Bezpośrednio po konferencji monachijskiej Bukareszt unikał bezpośredniej polemiki z samym wiceprezydentem Vance’em i postawionymi przez niego zarzutami. Czołowi przedstawiciele władzy złożyli natomiast liczne deklaracje podkreślające wiarygodność Rumunii jako partnera oraz przywiązanie do sojuszu z USA i wartości demokratycznych, w tym do idei wolnych i uczciwych wyborów. Premier Marcel Ciolacu oświadczył, że „Rumunia pozostaje obrońcą wartości demokratycznych”, które dzieli z USA, oraz że jej władze są zobowiązane do przeprowadzenia „wolnych i uczciwych wyborów”. Ilie Bolojan – p.o. prezydent – zadeklarował, że państwo pozostaje wiarygodnym sojusznikiem. Z kolei minister spraw zagranicznych Emil Hurezeanu wyraził zrozumienie dla „wrażliwości nowej administracji USA”, która jest wyczulona na „możliwe manipulacje wyborcze” w związku z wątpliwościami co do przebiegu wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2020 r. Podkreślił też konieczność wyjaśnienia wszelkich niejasności z amerykańskimi partnerami.

Postawa władz w Bukareszcie wobec amerykańskiej krytyki ewoluowała. 22 lutego Hurezeanu oświadczył, że publiczne komentarze Muska stanowiące wyraz poparcia dla Georgescu można uznać za rodzaj ingerencji w politykę rumuńską. Dyplomata dał przy tym do zrozumienia, że nie uznaje tego za przejaw oficjalnego amerykańskiego mieszania się w sprawy wewnętrzne Rumunii, gdyż Musk – choć wpływowy – nie należy do administracji rządowej USA. Tego samego dnia krytycznie do wypowiedzi przedsiębiorcy odniósł się także europoseł Siegfried Mureșean – jeden z najbardziej wpływowych członków współrządzącej Partii Narodowych Liberałów (PNL) i wiceprzewodniczący Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Jednocześnie minister spraw zagranicznych skomentował zarzuty Vance’a wobec Rumunii, mówiąc, że sumy zainwestowane przez Rosję w kampanię Georgescu były dużo wyższe niż wspomniane kilkaset tysięcy dolarów, a powody, dla których zdecydowano się unieważnić wybory – przekonujące.

Choć władze w Bukareszcie są wyraźnie zainteresowane zablokowaniem udziału Georgescu w powtórzonych wyborach prezydenckich, to nie wydaje się, aby były gotowe na taki krok przy otwartym sprzeciwie Waszyngtonu. Traktują one bowiem relacje z USA jako priorytet. Z tego też powodu starają się obecnie sprawdzić, na ile amerykańskiej administracji faktycznie zależy na wspieraniu Georgescu. Władze rumuńskie mają nadzieję, że Vance w swojej retoryce nie tyle występował w obronie tego konkretnego polityka, ile wykorzystywał jego przykład (oraz szerzej – całą historię unieważnienia wyborów w Rumunii) jako instrument wymierzony przeciwko establishmentowi państw Europy Zachodniej, głównie Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. To one stanowiły główny obiekt retoryczny jego ataku. Georgescu przed sukcesem w pierwszej turze wyborów prezydenckich nie był bowiem ani związany z kręgami MAGA, ani szerzej w nich znany, a zwrócił się w ich stronę – korzystając ze wsparcia radykalnie prawicowej partii AUR (drugiego co do wielkości ugrupowania w rumuńskim parlamencie) – dopiero niedługo przed unieważnioną drugą turą.

Z tą postawą Bukaresztu wiąże się zapewne decyzja o zatrzymaniu 26 lutego Georgescu, co najprawdopodobniej da podstawę do niedopuszczenia go przez Sąd Konstytucyjny do elekcji. Prokuratura krajowa postawiła mu szereg zarzutów, objęła go dozorem sądowym i zakazała mu aktywności w mediach społecznościowych (tym samym utrudniając mu trwającą kampanię wyborczą). Oskarża się go m.in. o działanie na rzecz podważenia porządku konstytucyjnego, niejasne finansowanie kampanii wyborczej oraz współpracę z ruchami faszystowskimi.

Rząd rumuński dąży do jak najszybszych postępów w trwającym w sprawie Georgescu śledztwie i będzie je wykorzystywał do uderzania w tego polityka. Postawione mu przez prokuraturę zarzuty w połączeniu z jego licznymi kontrowersyjnymi wypowiedziami (np. chwalącymi rumuńskich faszystów z okresu II wojny światowej) Sąd Konstytucyjny może też wykorzystać do odmówienia mu rejestracji jako kandydata w wyborach prezydenckich, na czym zależy władzom w Bukareszcie.

Rządzący będą zarazem starali się zdobyć przychylność lub choćby neutralność Waszyngtonu w tej kwestii (z tego powodu najpewniej umożliwiono wyjazd z Rumunii braciom Tate). Natomiast w przypadku wyraźnego sprzeciwu ze strony USA sędziowie znajdą się pod silną presją rządu w Bukareszcie, by jednak dopuścić Georgescu do wyścigu wyborczego.

osw.waw.pl


Zmiana w Białym Domu oraz decyzje administracji USA przyjmowane są w Izraelu z daleko idącą satysfakcją – zarówno przez rząd, szerszą klasę polityczną, jak i społeczeństwo w ogóle. Wpływa na to pamięć o posunięciach Trumpa z pierwszej kadencji (w tym o usankcjonowaniu izraelskich aneksji terytorialnych czy o zerwaniu porozumienia nuklearnego z Iranem), ale przede wszystkim fakt, że od powrotu do władzy idzie on – jak dotąd – w popieraniu Izraela dalej niż którykolwiek z poprzedników.

Zakres amerykańskiej pomocy, a zwłaszcza jej (jak się wydaje) bezwarunkowość oraz stopień zestrojenia polityki Waszyngtonu i rządu w Jerozolimie czynią stosunki amerykańsko-izraelskie wyjątkiem na tle chaotycznych relacji Stanów Zjednoczonych z pozostałymi sojusznikami. Otwiera to przed Izraelem bezprecedensowe możliwości i jest postrzegane przez tamtejszych rządzących jako szansa na umocnienie pozycji państwa żydowskiego w roli regionalnego hegemona, de facto pozbawionego konkurentów, swobodnie kształtującego sytuację polityczną i bezpieczeństwa w swoim otoczeniu. Dążenie do wykorzystania „okna możliwości” łatwo dostrzec w działaniach Izraela podejmowanych od czasu zwycięstwa wyborczego Trumpa m.in. wobec Libanu, Syrii, Zachodniego Brzegu Jordanu, a także Strefy Gazy.

Od objęcia urzędu nowy prezydent USA zdążył dokonać szeregu korzystnych dla Izraela posunięć, m.in.: wznowił dostawy ciężkich bomb (Mk 84) wstrzymane przez poprzednią administrację w maju ub.r. w związku z przebiegiem izraelskiej operacji w Gazie; zdjął (wprowadzone przez poprzednika) sankcje względem niektórych grup izraelskich osadników z Zachodniego Brzegu; objął restrykcjami Międzynarodowy Trybunał Karny (w ramach retorsji za wydanie przezeń międzynarodowych nakazów aresztowania Binjamina Netanjahu i byłego ministra obrony Jo’awa Galanta); przyjął izraelskiego premiera jako pierwszego gościa w Białym Domu; ogłosił swój plan dla Gazy, zakładający usunięcie z niej ludności palestyńskiej i transformację Strefy w kurort pod kontrolą amerykańską; odrzucił alternatywny plan przygotowany na początku marca przez państwa arabskie pod przewodnictwem Egiptu; zaakceptował eksport uzbrojenia do Izraela na łączną kwotę 12 mld dolarów (w tym bomb, pocisków, modułów precyzyjnego naprowadzania oraz buldożerów opancerzonych); zaostrzył sankcje na Iran (w ramach wymierzonej w to państwo polityki „maksymalnej presji”) oraz włączył kwestie irańskiego programu nuklearnego do negocjacji z Rosją w sprawie Ukrainy; zagroził wstrzymaniem federalnego finansowania dla szkół i uniwersytetów pozwalających na „nielegalne protesty” (chodzi de facto o wystąpienia propalestyńskie), jak również zapowiedział wydalanie z USA studentów cudzoziemców, którzy w nich uczestniczyli; wreszcie – dał zielone światło dla izraelskich działań na obszarze Libanu, Syrii, Zachodniego Brzegu oraz Gazy (zob. niżej).

Niezależnie od zmian koniunktury politycznej w Waszyngtonie proizraelskie nastawienie stanowi trwałą cechę polityki USA, a za wyraźnie proizraelskich uznać należy wszystkich kolejnych gospodarzy Białego Domu (bez względu na to, jak bywają opiniowani w samym Izraelu). Nawet za prezydentury Baracka Obamy – ocenianego tam krytycznie ze względu m.in. na zaakceptowanie porozumienia nuklearnego z Iranem w 2015 r. – Stany Zjednoczone przyjęły największy w historii pakiet pomocy wojskowej dla Izraela, wart 38 mld dolarów. Jednocześnie jednak „proizraelskość” amerykańskich administracji jest stopniowalna i w przypadku obecnej wydaje się – przynajmniej na razie – iść dalej niż poprzednich. Wśród licznych przyczyn tej sytuacji warto zwrócić uwagę na kilka.

Po pierwsze, do najważniejszych grup wyborców Trumpa (zarówno w wyborach w 2016, 2020, jak i 2024 r.) należą protestanci ewangelikalni, dla których bezwarunkowe wspieranie Izraela wynika z przekonań religijnych.

Po drugie, w gronie czołowych darczyńców nowego prezydenta – i Partii Republikańskiej w ogóle – znajduje się Miriam Adelson (bizneswoman i wdowa po multimiliarderze Sheldonie Adelsonie), która przekazała na kampanię ponad 100 mln dolarów (trzecia najwyższa donacja). Ta znana jest zaś nie tylko z bezwarunkowego popierania Izraela (gdzie się urodziła), lecz także z sympatyzowania z tamtejszą prawicą (do Adelson należy m.in. największa gazeta w kraju – prawicowy „Israel Hajom”).

Po trzecie, bardzo daleko idące (a często – znów – bezwarunkowe) poparcie dla izraelskiej polityki w jej najbardziej ekspansywnym wydaniu oraz antyirańskość to powszechne postawy w ruchu MAGA.

Po czwarte, choć przeważająca część amerykańskich Żydów głosuje na Partię Demokratyczną (co jest powodem otwartego niezadowolenia Trumpa), a do Izraela ma stosunek niebezkrytyczny, to w otoczeniu nowego prezydenta nie brakuje prominentnych postaci żydowskiego pochodzenia o poglądach zbliżonych do skrajnej izraelskiej prawicy (w poprzedniej kadencji byli to np. ambasador USA w Izraelu David M. Friedman oraz specjalny wysłannik ds. Bliskiego Wschodu Jason Greenblatt).

Relacje z nową ekipą ułatwia stronie izraelskiej czynnik personalny – za kontakty ze Stanami Zjednoczonymi odpowiadają politycy i urzędnicy nie tylko urodzeni i/lub wychowani w tym państwie, lecz także ideologicznie bliscy amerykańskiej prawicy. Chodzi w pierwszej kolejności o samego Netanjahu, ale też jego bliskiego współpracownika – ministra ds. strategicznych Rona Dermera (którego ojciec, a następnie starszy brat sprawowali urząd burmistrza miasta Miami Beach na Florydzie) czy aktualnego ambasadora Jechiela Leitera.

W ciągu czterech miesięcy, jakie upłynęły od zwycięstwa Trumpa, Izrael kolejno: wkroczył zbrojnie do Syrii, zapowiedział trwałą okupację kolejnej części tego państwa (po okupowanych od 1967 r. Wzgórzach Golan), przeprowadził bombardowania tamtejszej infrastruktury wojskowej, ogłosił quasi-protektorat nad ludnością druzyjską i zagroził interwencją zbrojną w przypadku kontynuowania (rzekomych) prześladowań tej grupy, wreszcie – zażądał, aby tereny na południe od Damaszku były wolne od jakichkolwiek syryjskich formacji zbrojnych. Lobbuje też w Waszyngtonie za zielonym światłem dla utrzymania na terytorium Syrii rosyjskich baz wojskowych (żeby zrównoważyć w ten sposób wpływy tureckie). W Libanie – wbrew warunkom zawartego w listopadzie 2024 r. porozumienia z Hezbollahem o zawieszeniu broni – pozostawił część wojsk, dokonał również demonstracyjnego przelotu swoich sił powietrznych nad Bejrutem. Z kolei na terenie Zachodniego Brzegu izraelskie siły zbrojne rozpoczęły (nazajutrz po zaprzysiężeniu Trumpa) operację z wykorzystaniem ciężkiego sprzętu i lotnictwa, która wywołała jak dotąd falę ponad 40 tys. uchodźców wewnętrznych.

Co do Gazy Izrael doraźnie zgodził się (być może zmuszony presją nowego prezydenta USA) na zawarcie zawieszenia broni w przeddzień zmiany władzy w Waszyngtonie. Zarazem jednak kształt porozumienia – przede wszystkim jego rozbicie na kilka faz, wymagających stopniowego wycofania się ze Strefy – od początku stwarzał duże ryzyko, że nie zostanie ono w pełni zrealizowane. Obecnie – po zakończeniu fazy pierwszej (zakładającej wymianę części izraelskich zakładników na palestyńskich więźniów) – Izrael odmawia przejścia do drugiej, w której musiałby usunąć wojska całkowicie. Zamiast tego domaga się przedłużenia pierwszej, co pozwoliłoby mu odzyskiwać kolejnych zakładników za jak najniższą cenę polityczną i pozostawiałoby możliwość wznowienia działań zbrojnych w dogodnym momencie. W obliczu odmowy Hamasu Izrael ponownie odciął dostawy wszelkiej pomocy (w tym żywności i lekarstw) do Gazy oraz zagroził wznowieniem wojny.

Biorąc pod uwagę wypowiedzi władz w sprawie Strefy, masowe dostawy broni z USA oraz fakt, że Izrael konsekwentnie odmawia rozmów o jakimkolwiek uregulowaniu sytuacji w formule innej niż „plan Trumpa” (przykładowo natychmiast odrzucił alternatywną propozycję dla Gazy przyjętą na szczycie Ligi Arabskiej w Kairze 4 marca), należy liczyć się ze wznowieniem wojny na dużą skalę – w tym z próbą wymuszenia exodusu przynajmniej części ludności.

Wobec konsekwentnego oporu ze strony Egiptu Izrael rozpoczął – ustami swoich oficjalnych przedstawicieli (m.in. odchodzącego szefa sztabu Herciego Halewiego) – kreślenie wizji rzekomego militarnego zagrożenia ze strony Kairu, co można odczytywać jako próbę zdezawuowania go w oczach kręgów rządzących w Waszyngtonie i zmuszenia do ustępstw w sprawie Gazy.

Wszystkie zarysowane powyżej posunięcia spotykają się z publiczną lub milczącą zgodą nowej administracji USA.

W odniesieniu do Iranu Izrael nie podważa stanowiska Trumpa, który stwierdza, że nie dopuści, aby Teheran wszedł w posiadanie broni nuklearnej. Prezydent wolałby jednak, aby nastąpiło to drogą porozumienia dyplomatycznego. Jednocześnie wspierające władze w Jerozolimie organizacje lobbystyczne w Stanach Zjednoczonych zabiegają, aby nowa ekipa poparła potencjalnie „każde izraelskie działanie” wymierzone w irański program nuklearny. Przykładem akcji tego typu jest zainicjowany przez jeden z takich podmiotów list 77 emerytowanych amerykańskich generałów.

Poza polityką regionalną Izrael przyjął choćby stanowisko amerykańskiej administracji w sprawie wojny na Ukrainie. W głosowaniu na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ był – obok Rosji i Stanów Zjednoczonych – jednym z 18 państw, które opowiedziały się przeciw rezolucji potępiającej rosyjską agresję.

Podsumowując: w porównaniu do relacji USA z pozostałymi partnerami i sojusznikami uprzywilejowanie stosunków amerykańsko-izraelskich nie pozostawia wątpliwości. Zarazem nieprzewidywalność polityki Stanów Zjednoczonych pod nowym kierownictwem jest jej cechą immanentną i także Izrael może być na nią narażony – stąd zmasowane zabiegi lobbystyczne oraz pośpiech, by wykorzystać pojawiające się „okno możliwości”. Z pomocą i przy akceptacji Waszyngtonu Netanjahu widzi bowiem szansę na przybliżenie osiągnięcia statusu, który premier Ehud Barak nazwał kiedyś „największą potęgą od Bangladeszu do Marrakeszu”.

osw.waw.pl


Znany poseł PiS: – Teraz wszystkie pisiory w kraju oglądają Telewizję Republika. A Tomasz Sakiewicz czuje się królem i władcą tego elektoratu.

Inny znany polityk PiS: – Powrót PiS do władzy oznacza katastrofę Republiki, bo partia znów weźmie TVP i dopiero zrobi z niej potęgę. Nikt tego nie mówi, ale wszyscy podskórnie to czują. Sakiewicz to wie, więc wcale nie chce, żebyśmy wygrali wybory.

Sakiewicz chwycił Pana Boga za nogi, ale tym Bogiem nie jest wcale Jarosław Kaczyński, tylko Donald Tusk. Dzięki niemu może się stać miliarderem. Jego stacja rośnie w siłę, walcząc z "reżimem Tuska".

Im częściej politycy koalicji 15 października przebąkują, że można zabrać koncesję Republice i im bardziej wchodzą z jej pracownikami w starcia, tym dla stacji lepiej, bo podtrzymuje mobilizację widzów i może wyciskać z nich pieniądze.

Ostatnie dane o udziałach w rynku pokazują, że TV Republika wyprzedziła TVN24 i jest już piątą telewizją w kraju. Republika od lipca 2024 r. nadaje na multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej. A wśród widzów samej tylko telewizji naziemnej zdołała wyprzedzić główną antenę – TVN.

PiS znalazło się w potrzasku. Jest jak w "Potopie" Sienkiewicza: złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. Kozakiem jest Kaczyński władający PiS, a Tatarzynem Sakiewicz trzymający w garści Republikę. Sakiewicz jest jej prezesem, współwłaścicielem i redaktorem naczelnym.

Za kulisami PiS trwa wojna w tej coraz bardziej nienawidzącej się rodzinie. W Republice obowiązuje zasada "nie bać Jarka".

Człowiek z jądra PiS: – Jarosław ich nie cierpi. Ogląda, ale nie cierpi.

(...)

Jarosław Kaczyński doskonale wie, że telewizja to władza. Ale nie chce stać się zakładnikiem Sakiewicza i Republikę bojkotuje. Człowiek z PiS: – Zero wywiadów Kaczyńskiego dla "Gazety Polskiej" i Republiki. On tam pójdzie tylko wtedy, gdy sam będzie uważał, że ma w tym interes.

Ostatni raz był tam przy okazji kongresu PiS w Przysusze – w październiku 2024 r. – Bo go Danuśka Holecka ubłagała. Zrobił to dla Danusi – mówią w PiS. Drugim argumentem były szybujące słupki oglądalności Republiki i to, że niezrozumiałe będzie dla elektoratu PiS, jeśli prezes nie przemówi do niego w chwili zjednoczenia PiS i Suwerennej Polski Zbigniewa Ziobry. Kaczyński się nie cieszył, ale udzielił wywiadu Holeckiej.

– A teraz to już nawet nie zapraszają Kaczyńskiego. Wiedzą, że i tak nie przyjdzie – mówi człowiek z Nowogrodzkiej.

(...)

Na niedawnym spotkaniu z posłami PiS Kaczyński powiedział, że partia ma walczyć o samodzielną większość, a nie myśleć o umizgiwaniu się do Konfederacji albo PSL jako przyszłych koalicjantów. Wszelkie promowanie Konfederacji działa na Kaczyńskiego jak płachta na byka.

TV Republika tymczasem promuje Konfederację. – Przecież w tych programach Republiki zawsze jest ktoś z Konfederacji i jest na równi z PiS – wścieka się poseł PiS. I jeszcze gwiazdorem jest tam Marek Jakubiak – poseł, który wszedł do Sejmu z listy PiS, a dziś jest szefem koła Wolni Republikanie (zasiada w nim razem z Pawłem Kukizem). To milioner z ambicjami prezydenckimi – wedle sondaży może liczyć nawet na 2 proc. poparcia, które odbiera Karolowi Nawrockiemu.

Kaczyński groził więc na zamkniętym spotkaniu z posłami PiS, żeby ich ręka boska broniła przed pomaganiem Jakubiakowi choćby w zbieraniu podpisów. O ile posłowie posłuchają, o tyle Republika już nie.

(...)

Między PiS a środowiskiem Sakiewicza jest też godnościowy spór o to, kto komu ma być wdzięczny. Na Nowogrodzkiej kipią ze złości, bo – w ich ocenie – przez osiem lat rządów do mediów i spółek z grupy Sakiewicza poszło kilkadziesiąt milionów złotych na reklamy i dotacje. – Dawaliśmy, ale oni je przejadali, a i tak mieli ciągle pretensje, że im nie dajemy kasy. A teraz? Z radością przyjęli utratę władzy przez PiS, Republika rozwinęła skrzydła i zarabia – złości się polityk partii.

Szef Republiki czeka na hołdy lenne od PiS-owców i dowody ich wdzięczności. Chce mieć też wpływ na partię. Człowiek z PiS: – Sakiewicz daje do zrozumienia, że to on będzie decydował o tym, jak ma wyglądać klub PiS w Sejmie.

W obozie prawicy wiedzą, że dzierży rząd dusz wyborców. Poseł PiS: – Republika ma porażający wpływ. Sam odczuwam to na każdym kroku. Wiarygodność polityka PiS, który pojawia się na antenie Republiki, jest w naszym elektoracie ogromna. Odcinając kogoś od anteny, można go będzie wypchnąć z Sejmu.

Zbyt wiele zależy od Republiki, by PiS poszło z nią na otwartą wojnę. Wpływ stacji na partię może być wielostopniowy. Może promować konkretnych ludzi na antenie, a potem wymuszać, aby byli oni na dobrych miejscach na listach PiS. A jeśli znajdą się potem w Sejmie, to będą we frakcji Sakiewicza. Tak Kaczyńskiemu może wyrosnąć nowa frakcja wewnątrz partii.

To nie wszystko – w PiS podejrzewają nawet, że Sakiewicz chce dokonać przewrotu w partii. Zwolennicy tej teorii podkreślają, że Republika często zaprasza np. Przemysława Czarnka, byłego ministra edukacji, a także polityków byłej Suwerennej Polski.

Znany polityk PiS: – Sakiewicz i jego najbliżsi ludzie chcą upadku Kaczyńskiego. Chcą zmiany generacyjnej w PiS.

W Republice zaprzeczają: – Nie ma spisku wymierzonego w prezesa PiS.

Strach i wściekłość na Nowogrodzkiej są jednak realne. Zbyt dobrze znają Sakiewicza, by mu wierzyć. Publicznym wyrazicielem emocji Nowogrodzkiej jest Michał Karnowski z wPolsce24, mający świetne kontakty w partii. To on w wewnętrznej korespondencji, której treść poznał "Newsweek", pisał, że Republika staje się zagrożeniem dla PiS, a głównym politycznym celem Sakiewicza jest "władza nad obozem, szantażowanie liderów". Czyli władza nad PiS i szantażowanie Kaczyńskiego. A już na antenie swojej stacji Karnowski tak opisał strach Nowogrodzkiej: Republika to jest de facto partia polityczna – a nie telewizja – która na gruzach PiS chce zbudować swoją potęgę.

onet.pl/Newsweek


Konflikt celny z USA znacząco osłabiłby gospodarkę RFN w ciągu najbliższych lat. Od 2015 r. Stany Zjednoczone pozostają najważniejszym rynkiem zbytu dla niemieckiego eksportu, przede wszystkim w branżach motoryzacyjnej, maszynowej i chemicznej. Od sprzedaży do USA zależy 1,2 mln miejsc pracy w Niemczech, co stanowi 10% wszystkich stanowisk zaangażowanych w eksport. Wysoką wartość bilansu handlowego w 2024 r. przypisuje się boomowi gospodarczemu w USA oraz ofensywie przemysłowej Joego Bidena (...), a także stagnacji gospodarczej w RFN, przez którą import amerykańskich towarów wyraźnie się skurczył. Wprowadzenie ceł na europejskie produkty zagroziłoby nawet 300 tys. miejsc pracy w Niemczech, a produkcja gospodarcza do 2027 r. mogłaby przez to spaść o 1,5 p.p. Cła nakładane na Meksyk, Kanadę i Chiny również wpływają na relacje handlowe RFN: materiały podstawowe eksportowane do tych państw są tam przetwarzane, a następnie sprzedawane do USA (zbyt do tych trzech krajów wygenerował w 2023 r. ok. 12,5 mld euro całkowitej niemieckiej wartości dodanej brutto).

Spadek eksportu do ChRL stanowi zagrożenie dla niemieckiego przemysłu, zwłaszcza motoryzacyjnego. W ostatnich latach chińskie przedsiębiorstwa zaczęły wytwarzać znacznie więcej towarów sprowadzanych dotąd z RFN. Rodzime marki aut elektrycznych konkurują cenowo i jakościowo z markami niemieckimi, wciąż uchodzącymi za produkty premium. Segment pojazdów silnikowych i części samochodowych w RFN zanotował spadek eksportu do Chin o ok. 17,9% (...). Ponadto wysokie koszty energii i siły roboczej skłaniają wiele koncernów (m.in. BASF, Bosch, VW czy Mercedes-Benz) do przenoszenia produkcji bezpośrednio do ChRL – w 2022 r. kraj ten stanowił drugi rynek docelowy niemieckich bezpośrednich inwestycji zagranicznych (po USA), a ich wartość sięgnęła 122 mld euro. Stoi to w sprzeczności z unijną strategią de-riskingu, mającą na celu zwiększenie bezpieczeństwa gospodarczego UE i zmniejszenie zależności w tej sferze od Pekinu (...). Ponadto duża część wypracowywanego przez niemieckie koncerny w ChRL zysku jest reinwestowana na miejscu, a nie w RFN. Przenoszenie produkcji rzadko jest przy tym możliwe w przypadku małych i średnich przedsiębiorstw, będących jądrem niemieckiej gospodarki. Prognoza na 2025 r. napawa więc pesymizmem: ok. 80% eksporterów spodziewa się dalszego spadku sprzedaży, co może doprowadzić m.in. do masowych zwolnień. Już w 2024 r. wśród niemieckich dostawców samochodów zlikwidowano 11 tys. miejsc pracy.

Tendencję spadkową niemieckiej sprzedaży zagranicznej częściowo neutralizuje wzrost zbytu do Europy Środkowo-Wschodniej. Choć łączny eksport dóbr z RFN obniżył się o 1%, to jego wartość do Polski zwiększyła się o 3,5% i osiągnęła 94 mld euro. W ciągu ostatnich sześciu lat sprzedaż do naszego kraju rosła średnio o 7,8% rocznie i w 2024 r., po raz pierwszy od 2008 r., Niemcy sprzedali więcej towarów do Polski niż do Chin. Szczególnie dużym popytem cieszyły się wytwarzane przez nich auta, co tłumaczy się zwyżką popularności samochodów służbowych jako dodatków do umów pracowniczych. Wśród rejestracji nowych pojazdów takie marki jak Volkswagen i Mercedes zanotowały wzrost o odpowiednio 13 i 35%. Ponadto część dóbr importowanych z RFN przez Polskę podlega reeksportowi do innych krajów – w ub.r. niemiecka wartość dodana stanowiła ok. 5% całkowitej wartości polskiego eksportu.

osw.waw.pl


Już wcześniej, zanim zobaczyliśmy gorszący spektakl w Białym Domu, spotkania negocjatorów ukraińskich i amerykańskich świadczyły o tym, że Amerykanie są zdeterminowani do położenia ręki na złożach.

Jak przebiegały te negocjacje - pod warunkiem zachowania anonimowości - opisał Wirtualnej Polsce wysoko postawiony ukraiński urzędnik, który brał w nich udział: - Mógłbym porównać taktykę Amerykanów do tych, które stosują telefoniczni oszuści. Polega ona na tym, by atakować z zaskoczenia, ciągle żądać szybkich decyzji i nie dać drugiej stronie się podnieść. Byliśmy w szoku.

(...)

- W połowie lutego 2025 roku otrzymaliśmy do oceny pierwszą wersję umowy zaproponowaną przez USA. Od razu uznaliśmy ją za niedopuszczalną. Amerykanie zażądali prawa własności 50 proc. wszystkich naszych surowców. Oprócz tego, poprzez założenie funduszu inwestycyjnego, zyskaliby kontrolę nad portami oraz inną infrastrukturą krytyczną. W zamian nie oferowali nic - mówi Wirtualnej Polsce wspomniany juz wysoko postawiony urzędnik.

W podobny sposób opisuje sprawę nie tylko nasz rozmówca. "The Telegraph", kiedy umowa wyciekła do prasy, pisał: "Gdyby ten projekt umowy został zaakceptowany, żądania Trumpa stanowiłyby większy udział w PKB Ukrainy niż reparacje nałożone na Niemcy na mocy Traktatu Wersalskiego".

Dla Kijowa najbardziej zdumiewające było tłumaczenie USA, dlaczego roszczą sobie prawo do ukraińskich złóż. Według Trumpa Ukraina miała zwrócić w surowcach 500 mld dolarów, które rzekomo otrzymała w ramach pomocy wojskowej. Według instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii rzeczywista kwota pomocy USA wyniosła 114 mld dolarów, podczas gdy w tym samym okresie kraje europejskie wysłały do Ukrainy 132 mld euro.

- To było absurdalne. Zgodnie z prawem federalnym USA pomoc, w tym w postaci broni, przekazywano bezzwrotnie. Stany Zjednoczone przesyłały nam przeważnie stary sprzęt i amunicję z magazynów, który i tak podlegałby utylizacji. Ale w oficjalnych sprawozdaniach, jako kosztów pomocy, nie wpisywano realnej wartości starego sprzętu, tylko nowego, który Amerykanie zamawiali u swoich producentów w ramach odnowienia potencjału zbrojeniowego - tłumaczy nasz rozmówca.

Kiedy Wołodymyr Zełenski odrzucił pierwotną wersję umowę, między Ukrainą a USA zaczęły się twarde negocjacje. - W ciągu dwóch tygodni Amerykanie pięć razy zmieniali negocjatorów - mówi urzędnik.

Pierwszy do Ukrainy przyjechał Scott Bessent sekretarz skarbu USA, były inwestor i menedżer funduszy hedgingowych. W Kijowie Bessent pojawił się 12 lutego 2025 roku i miał dać Zełenskiemu godzinę na podpisanie umowy. Prezydent Ukrainy zareagował wściekłością. Choć po spotkaniu otoczenie sekretarza skarbu oskarżyło zespół Zełenskiego o rozpowszechnianie fałszywych informacji na temat rozmowy, to z ukraińskich relacji jasno wynikało, że krzyki Zełenskiego było słychać na korytarzach pałacu prezydenckiego.

Najważniejsze jest jednak to, że Zełenski uznał żądanie dotyczące wykorzystania ukraińskich surowców jako spłaty środków przeznaczonych przez USA dla Ukrainy za "niepoważne".

Kolejna runda rozmów odbyła się podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Tej samej, na której wiceprezydent J.D. Vance zarzucił Europie odchodzenie od wartości demokratycznych i stwierdził, że największym zagrożeniem dla Starego Kontynentu nie są Rosja czy Chiny, lecz wewnętrzne problemy. Z przecieków w amerykańskiej wiadomo, że amerykańska delegacja na czele z J.D. Vancem znowu próbowała wymusić podpisanie umowy, a Zełenski "poczuł, że niesprawiedliwie poproszono go o podpisanie czegoś, czego nie miał okazji przeczytać".

Później pałeczkę przejął specjalny wysłannik Trumpa ds. Ukrainy i Rosji Keith Kellogg, który według źródeł WP przedstawił najbardziej wyważoną propozycję. Ale po nim umowa znałazła się w rękach sekretarza handlu USA Howarda Lutnicka i na końcu znowu wróciła do Bessenta.

- Byłem zszokowany taktyką wysłanników Trumpa. Wcześniej mieliśmy styczność z urzędnikami z administracji Bidena. W wielu kwestiach się nie zgadzaliśmy, ale rozmowy zawsze były na bardzo profesjonalnym poziomie. Tym razem Amerykanie już na samym początku zaczęli wychodzić z pozycji siły. Zachowywali się arogancko i agresywnie - mówi źródło Wirtualnej Polski.

Według naszego rozmówcy Amerykanie konsekwentnie ignorowali wszystkie uwagi, które zgłaszała ukraińska strona i domagali się natychmiastowego podpisania umowy.

- Dochodziło do krzyków i prób szantażowania. Żaden z nich nie powiedział wprost o zaprzestaniu pomocy wojskowej albo zawieszeniu pracy starlinków. Ale kilka razy usłyszeliśmy, że jeśli natychmiast nie podpiszemy dokumentów, oni przekażą Trumpowi, że Ukraina nie jest zainteresowana umową. "A wtedy będziecie mieli problemy" - grozili.

Największą kością niezgody między Ukrainą a kolejnymi wysłannikami Trumpa były gwarancje bezpieczeństwa. Kijów był gotów na daleko idące ustępstwa w zamian za obietnicę wysłania amerykańskich wojsk, który zagwarantowałyby przestrzeganie zawieszenia ognia lub nadanie Ukrainie wystarczającej ilości uzbrojenia, które pozwoliłoby obronić się w razie kolejnej rosyjskiej inwazji.

- Amerykanie kategorycznie odmawiali, aby dodać do umowy zapis o gwarancjach bezpieczeństwa. Nie chcieli nawet poruszać tej kwestii, argumentując, że nie jest to przedmiotem tej umowy. Byliśmy w sytuacji bez wyjścia. Mogliśmy podpisać ugodę, przekazać USA nasze bogactwa naturalne i nadal nie mieć gwarancji, że zakończenie wojny nie odbędzie się na rosyjskich warunkach - mówi nasz rozmówca.

Jedynym argumentem ze strony wysłanników Trumpa miało być zapewnienie, że umowa będzie sama w sobie gwarancją bezpieczeństwa, ponieważ "Ameryka będzie bronić swoich inwestycji".

- W 2014 roku na Krymie i w Donbasie też był amerykański biznes i to nie powstrzymało Putina. A po rozpoczęciu inwazji - w całej Ukrainie. Rozumieliśmy, że nie obchodzi ich amerykański biznes. Oni chcieli za wszelką cenę szybko podpisać umowę, nie oferując nic w zamian - wskazuje urzędnik.

Po kolejnych rundach negocjacji wysłannicy Trumpa uwzględnili większość uwag Ukrainy.

- Z tekstu umowy zniknęła wzmianka o nieistniejącym długu oraz udało nam się wynegocjować, że 50 proc. dochodów od przyszłej monetyzacji od eksploatacji nowych złóż będzie odprowadzano do funduszu odbudowy Ukrainy, co sprawiło, że umowa stała się bardziej sprawiedliwa - mówi nasze źródło.

W nowej umowie znalazło się także, choć dość rozmyte, sformułowanie, że "USA będą wspierać Ukrainę w dążeniu do otrzymania gwarancji bezpieczeństwa niezbędnych do długotrwałego pokoju".

- Ten wpis był wstępem do kolejnych negocjacji, które miały się zacząć przed podpisaniem ostatecznej umowy. Amerykanie doskonale wiedzieli, że na tym nam zależy najbardziej - wyjaśnia nasz rozmówca.

28 lutego Wołodymyr Zełenski wyruszył do Waszyngtonu, gdzie podczas spotkania z Trumpem doszło do scysji, a rozmowy zostały zerwane.

wp.pl

środa, 5 marca 2025



"Newsweek": Po pierwszych tygodniach Trumpa w Białym Domu europejscy liderzy wyglądają, jakby zderzyli się ze ścianą. To koniec transatlantyckiego sojuszu?

Iwan Krastew: Do pewnego stopnia. Bo nawet jeśli przetrwa, nie będzie już tym, czym był kiedyś. Trzeba zrozumieć, że obecna amerykańska administracja w kwestii postzimnowojennego porządku nie jest po prostu rewizjonistyczna. Ona chce go zrewolucjonizować.

To znaczy?

– Najciekawszą analogię znalazłem u amerykańskiego sinologa Orville’a Schella. Jeśli chodzi o ideologię, geografię czy fryzurę, Mao i Trump nie mają ze sobą wiele wspólnego. Ale najlepszym sposobem, uważa Schell, na zrozumienie tego, co się dzieje w USA, jest spojrzenie przez pryzmat działań chińskiego przywódcy podczas rewolucji kulturalnej pół wieku temu. Trump też chce przeprowadzić wielkie zmiany i musi zrobić to szybko. Jego rewolucja ma ideologiczne uzasadnienia, ale najważniejsze jest utrzymanie tej nieprawdopodobnej prędkości. Trump nie myśli o detalach. Nie ma przypisów do jego decyzji. Nie boi się, że popełni błąd. Boi się wyłącznie zwolnić tempo.

Trzeba też zrozumieć, że w świecie Trumpa są przyjaciele i wrogowie, ale nie ma sojuszników. Wobec sojusznika masz prawne i moralne zobowiązania. Trump może coś zrobić dla przyjaciół, ale zobowiązań nie ma wobec nikogo.

Dla Europy te sojusznicze zobowiązania były czymś oczywistym, tymczasem amerykańska delegacja na konferencji w Monachium miała dobitnie pokazać, że to już przeszłość. Temu służyło przemówienie J.D. Vance’a.

W którym wiceprezydent stwierdził, że zagrożeniem dla Europy nie jest Rosja, tylko odejście od wartości?

– Vance złamał w nim kilka tabu, ale świadomie. Najważniejszym przekazem każdej rewolucji jest bowiem: nic nie będzie już tak, jak było.

Nikt nie nazwałby Donalda Trumpa głębokim myślicielem, co więc napędza jego rewolucję?

– Każda rewolucja wyrasta z tego, że w społeczeństwie pojawia się pewien resentyment czy niepokój. W tym przypadku jest to przeświadczenie o upadku Ameryki, podzielane przez Trumpa i jego zwolenników.

Jego rewolucja ma dwa główne hasła. Pierwsze to zerwanie masek: powiemy wam, jak świat naprawdę wygląda. Trump mówi więc rzeczy, które ludzie myślą, tylko ostrzej. Większość uważa, że gdy wielkie mocarstwa mówią o wartościach, myślą tylko o własnych interesach. Trump idzie dalej: żadne wartości w polityce nie istnieją, nie ma wspólnych interesów, wszelkie relacje to gra o sumie zerowej, a wszystko inne to liberalna hipokryzja. A hipokryzja, owszem, jest częścią każdej cywilizowanej relacji, ale czasem ludzie mają jej dość.

A to drugie hasło?

– Czas się kończy. To przekonanie w znacznej mierze wyrosło z pandemii. Już niemal jej nie pamiętamy, ale po covidzie została nam wiedza, że życie może się zmienić w jednej chwili. I to ­apokaliptyczne przeczucie odpowiada za znaczną część poparcia dla Trumpa. Ale też za poglądy samego prezydenta. Jeśli Ameryka traci władzę, jeśli jest w stanie upadku, to należy zrobić wszystko, żeby temu zapobiec.

Dlatego, kiedy Trump mówi, że chce odzyskać Kanał Panamski, mówi poważnie. Podobnie jest z Grenlandią, od której chce zasobów naturalnych, i z Kanadą. Ludziom, którzy wciąż używają wczorajszej logiki, trudno jest to zrozumieć. I stąd ten szok.

Ale czy retoryka Trumpa nie jest wczorajsza? Konkretnie: kolonialna? Daj mi kawałek swojego państwa, bo jestem silniejszy?

– Tak. Ale ludzie przestali wierzyć liberałom i ich obietnicom. I dziś nawet jeśli nie podoba ci się to, co robi Trump, to jest w tym szczery. Przynajmniej nie wciska ci tych bzdur o tym, że wszyscy wygramy. W pewnym sensie dziś możesz zaufać tylko ­cynikowi.

To też efekt ostatniej dekady, podczas której język musiał się dostosować do wymogów politycznej poprawności. I, szczerze mówiąc, mam sporo zrozumienia dla niektórych argumentów J.D. Vance’a z Monachium. W Europie establishment faktycznie sprawuje kontrolę nad tym, co wolno powiedzieć, a trudniej jest dojść do prawdy, jeśli nie usłyszysz wszystkich opinii.

Z drugiej strony, nikt już nie wierzy w prawdę. Każdy ma własną. W 1919 r., podczas negocjacji przed podpisaniem traktatu wersalskiego, niemiecki delegat powiedział premierowi Francji, że za sto lat historycy będą inaczej patrzeć na przyczyny wojny i kto ją rozpętał. Zapewne, odparł Clemenceau, ale nikt nie powie, że to Belgia najechała Niemcy.

Inne czasy, ewidentnie.

– Nie ma nic dziwnego w tym, że Trump chce się dogadać z Rosją i zakończyć wojnę. To racjonalne. Ale jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji powiedział, że to Ukraina rozpoczęła wojnę. To oczywista nieprawda. A jeśli nie ma choć tych podstawowych założeń, nagle wszystko staje się możliwe. Ponieważ jednak Trumpowi tak bardzo zależy na czasie, to może być jednocześnie jego słaby punkt.

W jakim sensie?

– Bo żeby go pokonać, trzeba go spowolnić. Trump prze do negocjacji z Rosją, chce 9 maja pojechać do Moskwy, mówi, że to będzie piękny dzień, załatwmy do tego czasu zawieszenie broni, bo wie, że jeśli ten proces się przeciągnie, rewolucyjna energia opadnie.

Z tego samego powodu jego administracja tak ekspresowo tnie zatrudnienie w federalnych agencjach. Każda biurokracja potrzebuje optymalizacji, to nic nowego, ale Trump przeprowadza tę operację radykalnie, żeby nie dopuścić do konsolidacji interesów biurokracji. Może mianować swojego człowieka sekretarzem ds. obrony i dobrać mu zastępców, ale za trzy miesiące oni wszyscy będą reprezentować interesy Pentagonu. To naturalne. A w interesie Pentagonu, podobnie jak każdej innej instytucji, bynajmniej nie jest rewolucja, tylko funkcjonująca biurokracja. I zacznie się opór przeciwko cięciom.

Trump robi więc dziś czystkę nie dlatego, że urzędnicy go nie popierają, ale dlatego, że głównym wrogiem każdej rewolucji są ­instytucje.

I dopiero gdy zrozumie się rewolucyjny charakter obecnej administracji, można dostrzec jej silne i słabe strony.

Czyli?

– Siłą Trumpa jest jego intensywność, śmiałość i nieprzewidywalność. Kiedy już pierwszego dnia prezydentury wywracasz stolik, cała polityka toczy się na nowych zasadach.

Trump nie boi się robić rzeczy do niedawna niewyobrażalnych.

– To zresztą urok każdej rewolucji: nic cię nie ogranicza. Dla ludzi, którzy do tej pory zajmowali się w USA polityką zagraniczną, obecne zbliżenie z Rosją to przejęcie rosyjskiej narracji, strzał w kolano, coś po prostu niemożliwego. Trump tak nie uważa. Chciał prorosyjskiego zwrotu już w 2016 r. I ma rację, winiąc za porażkę tych zamierzeń tzw. głębokie państwo. Ludzie dorośli i odpowiedzialni powiedzieli mu wtedy, że nie może tego zrobić. A teraz może. I robi.

Dlaczego?

– Trump uważa, że nie wszystkie państwa są równe i nie ma co udawać, że jest inaczej. Te silne mogą robić, co chcą, a te słabe muszą znosić to, co nieuniknione.

Jeśli Trump, ustami swojego sekretarza ds. obrony, zaczyna negocjacje z Rosją od spełnienia większości jej żądań, trudno to uznać za pokaz siły.

– Tyle że stawką tych negocjacji nie jest Ukraina. Trump negocjuje reorganizację relacji USA z Rosją. Ukraina jest częścią tego dealu, ale interesuje go też Arktyka, zwłaszcza niedopuszczenie tam Chin, i rola Rosji na Bliskim Wschodzie, jej relacje z Iranem i Izraelem. To dla nas w Europie najważniejsza jest Ukraina. Trump chce ją wykorzystać do przekonania Rosjan do większego partnerstwa.

Wiele osób używa dziś analogii z Monachium z 1938 r. Dla mnie lepszym porównaniem jest wizyta Michaiła Gorbaczowa w NRD w 1989 r., podczas której przywódca ZSRR powiedział Erichowi Honeckerowi, że stoi po złej stronie historii. Dziś to Trump mówi Europejczykom: nie rozumiecie, co się dzieje ani czego chcą wasi obywatele. Oni wam nie wybaczą wpuszczenia imigrantów ani spowolnienia wzrostu gospodarczego.

Ma rację?

– W 1989 r. wschodni Niemcy na ulicach wiwatowali na cześć Gorbaczowa. Nie widziałem takich wiwatów dla J.D. Vance’a. Demokratyczne rządy, nawet te niepopularne, wciąż mają legitymację, której komuniści nie mieli. Ale też trumpiści nie myślą w takich kategoriach. Dla nich świat nie dzieli się na demokracje i autokracje. Nie chodzi też o podział stref wpływów, jak w Jałcie. Chodzi o "naturalne" granice cywilizacji.

Jest taka książka Samuela P. Huntingtona, której Donald Trump prawdopodobnie nie przeczytał, ale mogli mu ją streścić.

"Zderzenie cywilizacji".

– Tak. Rosja, Europa i Ameryka, uważa Trump, powinny współpracować, bo są jedną chrześcijańską cywilizacją. Tyle że on nie rozumie Rosji, która uważa się za odrębną cywilizację. Trumpowi najbardziej zależy też na tym, żeby Moskwa odwróciła się od Chin – tu liczy na niezadowolenie rosyjskich biznesowych elit ze współpracy z chińskimi bankami i na napięcia kulturowe. Tyle że, co Putin świetnie wie, Trump będzie rządził przez cztery lata, a potem nie wiadomo, co się stanie. A Xi Jinping nigdzie się nie wybiera.

Trump tego nie widzi. Dla niego największym problemem jest dziś Europa: zbyt progresywna, rusofobiczna, zdradziła wspólne wartości. Innym międzynarodowym graczom mówi, że nie interesuje go, jaką mają formę rządów, byle bilans handlowy z Ameryką się zgadzał. Zmiana reżimu interesuje go wyłącznie w Europie. Co stawia Europejczyków w trudnej pozycji.

Rewolucyjna logika Trumpa nie bierze jednak pod uwagę jednej ważnej rzeczy: największym wrogiem rewolucji był zawsze nacjonalizm. Przemówienie Vance’a z jednej strony wzmocniło cywilizacyjną plemienność czy trumpowski typ nacjonalizmu skrajnej prawicy...

PiS jest zachwycone.

– ...ale z drugiej sprowokowało inny typ nacjonalizmu, który pojawił się u Kanadyjczyków i Duńczyków: "nie pozwolimy się zastraszyć". Europejska polityka będzie więc starciem nacjonalizmu "cywilizacyjnego" w wydaniu skrajnej prawicy oraz proeuropejskiego, ale też odwołującego się do dumy narodowej, mainstreamowego nacjonalizmu pod hasłem "Ameryka nie będzie nas pouczać".

Następny kanclerz Niemiec Friedrich Merz już zdążył powiedzieć, że powinniśmy budować europejską autonomię. To samo zresztą mówił Emmanuel Macron.

Pesymiści obawiali się, że Trump wzmocni skrajną prawicę, ale optymiści zaczynają mówić, że wręcz przeciwnie, przykład USA zniechęci Europejczyków do stawiania na prawicowych populistów.

– Jedni i drudzy mają rację. Skrajna prawica może dziś uwierzyć, że historia jest po ich stronie. Ale też efekt Trumpa nie wpłynął specjalnie na niemieckie wybory: sondaże przewidywały podobny wynik, zanim jeszcze Elon Musk wsparł AfD. Prawica też będzie miała problem: łatwo oklaskiwać Trumpa, gdy ten atakuje liberalny establishment, ale co zrobią, gdy wprowadzi cła?

Europejski polityczny mainstream też zaczyna mówić klasycznym językiem narodowych interesów. Polska jest tu dobrym przykładem. Wasza centroprawica zawsze była patriotyczna – w Polsce wszyscy jesteście patriotami – ale wcześniej mówiła więcej o przywracaniu normalności. Jednak od kiedy Donald Tusk wrócił do władzy, w takich kwestiach jak bezpieczeństwo narodowe czy imigracja PO nie zostawia prawicy miejsca na atak, a jednocześnie otwiera się na progresywne tematy społeczne. Czyli aborcja jest w porządku, ale granice są ważne. To nie jest typowy liberalny pakiet z wczoraj.

Ta zmiana pozwala dziś Polsce mówić inaczej także do USA. I ta samowystarczalność – będziemy wydawać 5 proc. na obronę nie dlatego, że chce tego Ameryka, ale dlatego, że nie jesteśmy pewni, czy możemy na niej polegać – zaczyna przemawiać także do innych krajów. Pytanie, czy da się ją wprowadzić na poziomie europejskim, bo niełatwo się współpracuje z ultraprawicowymi nacjonalizmami.

Interesujące będą wybory w Rumunii. J.D. Vance miał wiele racji, mówiąc, że rumuński trybunał konstytucyjny poszedł za daleko – nie można podważać wyniku wyborów, bo ci się nie ­spodobał.

Odważna opinia od przedstawiciela administracji Trumpa, który nie uznaje wyniku wyborów w 2020 r.
– Owszem. Ale Trump traktuje Europę tak samo jak establishment Partii Republikańskiej. Kiedy w 2020 r. spróbowali się od niego zdystansować, powiedział, że albo staną za nim murem, albo on w następnych prawyborach poprze ich ­kontrkandydatów.

Czyli zastraszanie.

– Tak. Ludzie zresztą lubią upokarzanie elit i mają ku temu dobre powody. Ale ani Steve Bannon, ani Musk, ani Trump nie rozumieją siły nacjonalizmu. Czy PiS dalej będzie oklaskiwało zawieszenie broni w Ukrainie na warunkach Trumpa? Bo jego efektem będzie nie tylko utrata ukraińskiej suwerenności, ale też potężna fala emigracji. W tym byłych żołnierzy. Bo jeśli przez parę lat walczyłeś z Rosją, byłeś aktywny w mediach społecznościowych i widziałeś, co się działo na terytoriach okupowanych, nie ma siły, która cię zatrzyma w Ukrainie, jeśli nie będzie ona niepodległym państwem z gwarancjami bezpieczeństwa. I jak na to zareaguje antyemigrancka skrajna prawica?

Europa jest w bardzo trudnej pozycji. OK, możemy zwiększyć wydatki na obronę, ale produkcja broni jest czasochłonna. No i potrzebujemy ludzi gotowych do walki. A do tego trzeba zmienić ich wizję świata. I na to znów potrzeba czasu.

Europa powinna zrozumieć, że kiedy stajesz w obliczu rewolucji, najlepszą strategią jest nie stawiać oporu.

Jak to?

– Są dwie strategie: jedną jest wyczerpanie rewolucji, drugą jej przejęcie. Europa może powiedzieć Trumpowi: OK, nie chcesz nas przy stole, przy którym decydujecie o losach Ukrainy. Czyli jest to twój deal. Jeśli chcesz poświęcić Ukrainę, niestety samodzielnie nie jesteśmy w stanie zastąpić USA i jej ocalić. Ale konsekwencje też spadną na ciebie. W tym imigracja. Nasze społeczeństwa nie chcą więcej imigrantów, więc to będzie twoja fala imigracji. Jesteś na to gotowy?

W asymetrycznej relacji słabszy gracz musi umieć zaskakiwać silniejszego. Europa płaci za bycie zbyt przewidywalną.

Niby dlaczego Trump powinien się przejmować? To nie do USA będą emigrować Ukraińcy.

– Bo skończą się dobre relacje Trumpa z europejską ultraprawicą. To będzie cena, którą zapłaci: reputacja. A to mu się nie ­spodoba.

Wykorzystanie zaskoczenia i przejęcie rewolucji oznacza skierowanie jej energii w innym kierunku. Bo rewolucje są eklektyczne, ścierają się w nich różne interesy. Rewolucja przeprowadzana przez Trumpa w części wyrasta z autentycznych emocji: Amerykanie są niezadowoleni z wielu rzeczy, w tym z koncentracji władzy w rękach niewielkiej grupy. Co jest dość zabawne, bo najbogatsi ludzie na świecie są dziś w USA u władzy z powodu antyoligarchicznych nastrojów wśród wyborców.

Ale niezależnie od tego, co Trump jeszcze zrobi, należy pamiętać, że rewolucję można zacząć, ale nie da się jej kontrolować.

A ta druga strategia? Mamy czekać, aż cena jajek w USA urośnie tak bardzo, że Amerykanie będą mieli dość?

– Ta druga strategia to sypanie piasku w szprychy. Spowalnianie. Mówienie Trumpowi: OK, ale nie dziś, porozmawiajmy o tym jeszcze, zobaczymy.

Bycie pasywnoagresywnym nie jest łatwe. Ale to stara strategia biurokracji na radzenie sobie z każdą próbą radykalnej zmiany.

Europa już ją stosuje, tyle że na użytek wewnętrzny. Głównym efektem paryskiego spotkania liderów wydaje się ustalenie terminu kolejnego spotkania.

– Demonstracja siły wiąże się zawsze z ryzykiem odsłonięcia słabości, a Europa jest na słabszej pozycji. Bycie słabszym nie oznacza też jednak, że nie masz w ogóle wyboru i że nie możesz tego zmienić. ­Ukraina na początku wojny była na ekstremalnie słabszej pozycji.

Nie wydaje mi się, żeby Europa w tym momencie miała potencjał do heroizmu. W przeciwieństwie do Ukrainy nie jesteśmy w sytuacji, w której ludzie nagle odkrywają, że są w stanie zrobić rzeczy, o które wcześniej się nawet nie podejrzewali. Z drugiej strony Europa nie powinna totalnie się poddać Trumpowi, bo, po prostu, niewiele będzie z tego miała.

A jeśli nie chcesz być bohaterem i nie chcesz się poddać, to zostaje…

…pasywna agresja?

– Tak. Oraz zaskoczenie i myślenie w kategoriach czasu. Bo czas jest dziś prawdziwą walutą polityki. Negocjacje rosyjsko­-amerykańskie za trzy, cztery, pięć miesięcy będą wyglądały inaczej niż dziś. Niekoniecznie lepiej.

A gdzie będzie Ukraina po ich zakończeniu?

– Nie wiem. Pozycja Ukrainy jest dziś bardzo trudna. Tragiczna.

Trump nagradza agresora i poniża ofiarę. To jest potwornie niesprawiedliwe.

– Jeśli postrzegasz świat w kategoriach siły i słabości, nie ma miejsca na sprawiedliwość. Prezydent Trump nie jest człowiekiem sentymentalnym.

Jak bardzo powinna się bać Europa Wschodnia?

– Powinniśmy się obawiać wielu rzeczy. Po raz pierwszy mamy poczucie, że żyjemy w świecie przedwojennym, nie powojennym. Technologia zmienia wiele rzeczy, sztuczna inteligencja jest wielką niewiadomą, demografia źródłem lęków.

Żyjemy w punkcie zwrotnym: wiemy, że coś się zmieni, nie wiemy, co dokładnie, ale ta zmiana będzie dramatyczna.

Tak, jest się o co martwić, ale nie ma co popadać w rozpacz. Bo stawianie oporu tyranii wymaga odporności. Dziś jesteśmy w momencie, który najlepiej opisał Rilke: "Kto mówi o zwycięstwach? Przetrwanie jest wszystkim!".

A konkretniej? Bo mnie na przykład niepokoją wypowiedzi generałów, którzy "w ciągu pięciu lat nie spodziewają się, że Rosja zaatakuje wschodnią flankę NATO". Świetnie, a za sześć lat?

– Przyszłość nie jest nigdy przesądzona. Rosja zapłaciła wysoką cenę za wojnę z Ukrainą i nie ma na razie środków ani ludzi na kolejną. Ale też często wojny wybuchają z powodu błędnego odczytania sytuacji, dostrzeżenia okazji czy tego, co się dzieje w głowach przywódców. A nie wiemy, co dzieje się w głowach Trumpa, Putina czy europejskich liderów. Więc nie panikujmy.

Jest taki słynny amerykański eksperyment socjologiczny z 1981 r. Badacze przez dwa dni filmowali nowojorskich pieszych, a potem pokazali te nagrania skazanym za napaść i poprosili o wytypowanie osób, które najchętniej by zaatakowali. I dostali niemal identyczną listę. Kryterium nie były wiek czy płeć, tylko to, jak się te osoby poruszały. Czy wyglądały na ofiarę.

Dlatego dziś dla Europy najważniejsze jest nie wyglądać na ofiarę. Bo chodnik, którym idziemy, zrobił się niebezpieczny.

onet.pl


Ukraina znacznie rozszerzyła swoje zdolności produkcyjne przemysłu obronnego w trakcie wojny, aby ostatecznie samodzielnie zaspokoić swoje potrzeby wojskowe, ale zdolność Ukrainy do stania się samowystarczalną w perspektywie długoterminowej zależy od ciągłego wsparcia ze strony państw partnerskich w perspektywie krótkoterminowej i średnioterminowej. Premier Ukrainy Denys Szmyhal oświadczył 4 marca, że ​​Ukraina obecnie produkuje w kraju około 33 procent broni, której Ukraina używa na polu bitwy i obecnie produkuje broń i amunicję o wartości 35 miliardów dolarów rocznie — przekraczając możliwości produkcyjne wielu partnerów Ukrainy. Szmyhal oświadczył, że Ukraina powinna być w stanie zaspokoić co najmniej 50 procent swoich całkowitych potrzeb wojskowych do końca 2025 r., przy czym Ukraina zaspokoi wszystkie swoje potrzeby w zakresie systemów artyleryjskich i większość swoich wymagań dotyczących pocisków moździerzowych kal. 80 mm i 120 mm oraz pocisków artyleryjskich kal. 105 mm, 122 mm i 155 mm. Shmyhal stwierdził, że Ukraina znacznie zwiększyła produkcję obronną od 2023 r. - potroiła produkcję artylerii, zwiększyła produkcję amunicji 2,5-krotnie, podwoiła produkcję broni przeciwpancernej i zwiększyła produkcję transporterów opancerzonych pięciokrotnie. Shmyhal podkreślił, że Ukraina obecnie produkuje w kraju niemal wszystkie drony powietrzne, morskie i naziemne, których ukraińskie siły używają w operacjach bojowych. Shmyhal wcześniej stwierdził, że Ukraina zwiększyła produkcję dronów dziesięciokrotnie w 2024 r. i zainwestowała dodatkowe 7,9 mld hrywien (około 189 mln USD), aby zwiększyć produkcję dronów w 2025 r. Shmyhal stwierdził, że ukraiński państwowy zarządca przedsiębiorstwa obronnego Ukroboronprom stał się jedną z 50 najbardziej produktywnych firm obronnych na świecie. Shmyhal przypisał inwestycjom europejskim w ukraiński przemysł obronny znaczną część wzrostu przemysłu obronnego Ukrainy, zwłaszcza duńskiej inicjatywie na rzecz wspólnych inicjatyw produkcyjnych w zakresie obronności. Shmyhal stwierdził, że Ukraina przyciągnęła prawie 1 miliard dolarów europejskich inwestycji obronnych w 2024 r., w tym 351 milionów dolarów z Danii, 436 milionów dolarów z UE, 67 milionów dolarów z Wielkiej Brytanii i 45 milionów dolarów z Norwegii. Shmyhal stwierdził, że Ukraina utworzyła szereg wspólnych przedsiębiorstw obronnych z państwami europejskimi, zwłaszcza z Wielką Brytanią i Niemcami. Shmyhal stwierdził, że co najmniej trzy międzynarodowe firmy zbrojeniowe udzieliły Ukrainie licencji na rozpoczęcie produkcji broni zgodnej ze standardami NATO i UE na terenie Ukrainy. Ukraina dramatycznie rozbudowała swoją bazę przemysłową obronną (DIB) od 2023 r., ale nadal potrzebuje inwestycji i czasu, aby osiągnąć pełną samowystarczalność. ISW nadal ocenia, że ​​perspektywy Ukrainy dotyczące utrzymania jej potrzeb wojskowych w przyszłości przy ograniczonej pomocy zagranicznej są doskonałe. Rozszerzenie DIB Ukrainy nadal opiera się na inwestycjach pieniężnych z państw partnerskich,a stała pomoc wojskowa ze strony partnerów daje Ukrainie czas na dalszy rozwój DIB w kierunku samowystarczalności.

(...)

Kreml nadal wyraża ostrożny optymizm co do wstrzymania amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy i przedstawił kilka narracji jako część wysiłków zmierzających do nałożenia dodatkowych żądań na Stany Zjednoczone. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powitał wstrzymanie amerykańskiej pomocy wojskowej w oświadczeniu dla kremlowskiego propagandysty Pawła Zarubina 4 marca, zauważając, że Rosja może mieć nadzieję „bez popadania w nadmierny optymizm”, że wstrzymanie pomocy wojskowej „skłoni” ukraiński rząd do „pokoju”. Pieskow celowo błędnie przedstawił pożądany przez Kreml wynik wojny — całkowitą kapitulację Ukrainy spowodowaną zakończeniem zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy — jako wynik „pokojowy”. Pieskow zauważył również, że Stany Zjednoczone dostarczają Ukrainie danych wywiadowczych, takich jak dane z rozpoznania satelitarnego — prawdopodobnie w celu ustalenia warunków informacyjnych, na podstawie których Kreml będzie mógł zażądać, aby Stany Zjednoczone zaprzestały udzielania Ukrainie wsparcia wywiadowczego jako warunku wstępnego przyszłego „pokojowego rozwiązania”. Pieskow dodatkowo zażądał, aby Stany Zjednoczone zniosły sankcje wobec Rosji jako warunek wstępny poprawy dwustronnych stosunków USA-Rosja. Rosyjscy urzędnicy i propagandyści nadal fałszywie przedstawiali zwiększone europejskie wsparcie dla Ukrainy jako przeszkodę na drodze do pokojowego rozwiązania wojny. 3 marca Pieskow przedstawił europejskie wsparcie dla Ukrainy jako pojawienie się europejskiej „partii prowojennej”, a Kreml prawdopodobnie ustala warunki informacyjne, aby zażądać, aby Stany Zjednoczone zaprzestały sprzedaży broni do Europy, która wspiera obronę Ukrainy. Retoryka Kremla ma na celu zdezorientowanie i wprowadzenie w błąd amerykańskich decydentów, aby zobowiązali Stany Zjednoczone i Ukrainę do poczynienia dodatkowych prewencyjnych ustępstw pod pozorem ustalenia warunków wstępnych „pokoju”, podczas gdy Kreml nadal unika czynienia jakichkolwiek własnych ustępstw.

(...)

Według doniesień Główny Zarząd Personalny Ministerstwa Obrony Rosji (MON) opracowuje plan częściowej demobilizacji ograniczonej liczby zmobilizowanego personelu nie wcześniej niż w lipcu 2025 r. Plan ten nie wskazuje, że Kreml dąży do zakończenia wojny na Ukrainie, ale jest częścią trwających wysiłków Kremla mających na celu rozwiązanie rosnącego sprzeciwu społecznego wobec braku rotacji i demobilizacji rosyjskich zmobilizowanych wojsk od ponad dwóch lat. Rosyjskie źródło wewnętrzne, które wcześniej opublikowało dokładne informacje o zmianach w dowództwie wojskowym w Rosji, oświadczyło, że rosyjscy urzędnicy opracowują plan rozpoczęcia częściowej demobilizacji późną wiosną i wczesnym latem 2025 r. po ukończeniu studiów przez nowych kadetów w akademiach wojskowych i okresie odnowienia kontraktów oficerskich. Źródło wewnętrzne twierdziło, że rosyjski Główny Zarząd Personalny planuje zdemobilizować personel, który został zmobilizowany podczas przymusowego częściowego powołania do rezerwy we wrześniu 2022 r. i który nie podpisał kontraktów wojskowych z rosyjskim MON. Źródło wewnętrzne oszacowało, że około 78.000 rosyjskich zmobilizowanych żołnierzy odmówiło podpisania kontraktów z rosyjskim Ministerstwem Obrony. ISW zaobserwowało kilka raportów na początku 2025 r., które wskazywały, że rosyjskie Ministerstwo Obrony zmuszało rosyjski zmobilizowany personel do podpisywania kontraktów służby wojskowej w celu utrzymania zmobilizowanego personelu na linii frontu jako „zawodowych żołnierzy” w przypadku zawieszenia broni na Ukrainie. Źródło wewnętrzne twierdziło, że rosyjska Administracja Prezydenta, a mianowicie pierwszy zastępca szefa Administracji Prezydenta Rosji Siergiej Kirijenko, będzie ściśle nadzorować działania demobilizacyjne.

Kreml jest podobno zaniepokojony, że nawet częściowa demobilizacja rosyjskich weteranów może doprowadzić do niestabilności reżimu, ponieważ Kreml nie jest przygotowany do reintegracji, sponsorowania i kontrolowania tysięcy zaprawionych w bojach weteranów. Źródło wewnętrzne twierdziło, że aktywny rozkaz mobilizacyjny prezydenta Rosji Władimira Putina z września 2022 r. i obawy o wewnętrzne bezpieczeństwo polityczne ograniczają skalę demobilizacji. Źródło wewnętrzne twierdziło, że niektóre rosyjskie departamenty bardziej obawiają się pokoju lub zawieszenia broni na linii frontu niż kontynuacji wojny Rosji na Ukrainie ze względu na ogromne wyzwania biurokratyczne związane z integracją tysięcy rosyjskich żołnierzy ze społeczeństwem i gospodarką. Kreml niedawno zintensyfikował skoordynowaną kampanię mającą na celu zapobiegnięcie powstaniu niezależnego społeczeństwa obywatelskiego opartego na weteranach w Rosji, uruchamiając inicjatywy państwowe, takie jak program „Czas bohaterów”, którego celem jest mianowanie weteranów na stanowiska władzy politycznej. Źródło wewnętrzne twierdziło, że program „Czas bohaterów” „sabotował” cel Kremla, jakim było szerokie kooptowanie weteranów i integrowanie ich z rosyjskim rządem, ponieważ program został zaprojektowany wyłącznie dla osób z wyższym wykształceniem – co stanowi zaledwie siedem procent populacji weteranów. Źródło wewnętrzne wskazało, że rosyjscy urzędnicy rozważają zatrudnienie zdemobilizowanego personelu rosyjskiego w organach ścigania i Rosgwardii oraz w ochronie rosyjskiej infrastruktury na tyłach – prawdopodobnie sugerując, że ci żołnierze mogą nie zostać w pełni zdemobilizowani po powrocie do Rosji.

understandingwar.org


W 2024 r. PKB Rosji, podobnie jak w roku poprzednim, wzrósł o 4,1% – znacznie więcej, niż początkowo prognozowano (w grudniu 2023 r. rząd zakładał wzrost 2,3%, a we wrześniu 2024 r. – 3,9%). Jego wysokie tempo z pierwszej połowy roku mocno zwolniło w trzecim kwartale, jednak dalszy wzrost wydatków budżetowych pod koniec roku ponownie zdynamizował ten wskaźnik. Łącznie dodatkowe środki budżetowe i quasi-budżetowe, w tym inwestycje z Funduszu Dobrobytu Narodowego (FDN), w rosyjskiej gospodarce w 2024 r. rząd oceniał na ponad 3% PKB. W latach 2022–2024 tzw. impuls budżetowy oszacowano na ponad 10% PKB.

Środki te posłużyły do podtrzymania popytu (w tym poprzez indeksację emerytur czy wypłaty dla walczących żołnierzy), a zarazem do zapewnienia podaży (biznes korzystał z subsydiów, ulg podatkowych dla wybranych sektorów, np. IT, czy redukcji ceł na import niektórych towarów). Ważnym kanałem wsparcia były również preferencyjne kredyty, np. hipoteczne, ale też dla sektora zbrojeniowego.

Produkcja przemysłowa w 2024 r. nadal dynamicznie rosła, do czego przyczyniły się wyniki sektora przetwórczego. Jednocześnie przemysł wydobywczy kolejny rok z rzędu odnotował spadek produkcji, przede wszystkim za sprawą sektora naftowego, który zgodnie z szacunkami zmniejszył wydobycie o ok. 1,5% (od 2022 r. rząd nie publikuje oficjalnych statystyk). Pogorszyły się także wyniki branży węglowej (o 0,6%). Po dwóch latach głębokich spadków produkcji gazu ziemnego Rosja zdołała zwiększyć wydobycie – Gazprom zanotował 16% wzrostu. W efekcie pogarszają się rezultaty ekonomiczne koncernów. W najtrudniejszej sytuacji znajduje się branża węglowa, która zakończyła swoją działalność w 2024 r. stratą finansową – negatywny wynik odnotowało ponad 50% spółek.

Za wzrostem produkcji przemysłu przetwórczego stały przede wszystkim branże pracujące na potrzeby wojenne. Popyt na ich wytwórstwo kreował rząd, zamawiając m.in. amunicję i sprzęt wojskowy, w większości płacąc awansem za realizowane kontrakty. W 2024 r. zaplanowane nakłady budżetowe na obronę narodową (w tym zbrojeniowe zamówienia publiczne) miały wynieść ok. 108 mld dolarów (ok. 27% całości wydatków budżetowych), faktycznie były jednak wyższe. Sektor zbrojeniowy mógł również korzystać z preferencyjnych kredytów, rządowych subsydiów na badania i rozwój oraz środków pozabudżetowych (np. w styczniu 2025 r. rząd zainwestował 111 mld rubli z FDN w korporację państwową Rostech).

W rosyjskiej statystyce sektor zbrojeniowy nie jest wyodrębniany, jednak branże, które raportują wyniki zakładów do niego zaliczanych, osiągają anomalny wzrost. Dla przykładu w ramach „produkcji pozostałych środków transportu” budowane są m.in. okręty, jednostki lotnicze i kosmiczne czy czołgi; zaś pod „produkcją gotowych wyrobów metalowych” kryje się także wytwarzanie amunicji. Trzeba jednak pamiętać, że zakłady zbrojeniowe funkcjonują poza gospodarką rynkową. Ceny produkowanych przez nie wyrobów wyznacza się arbitralnie. Ze względu na ogromne obecne potrzeby armii wojsko odbiera od sektora wszystko, co ten zdoła wyprodukować – niezależnie od jakości sprzętu.

Akumulacja w sektorze zbrojeniowym zasobów finansowych, materialnych i ludzkich rodzi poważne problemy w branżach pracujących na potrzeby cywilne, które nie są w stanie z nim konkurować. Zwłaszcza w sytuacji rosnących kosztów produkcji, co wiąże się szczególnie z kosztami pracy i sankcjami ograniczającymi dostęp do technologii i komponentów.

Mocno wyhamowało także tempo wzrostu w budownictwie, które przez ostatnie lata było jednym z ważniejszych motorów rozwoju gospodarki FR. Pogorszenie się jego wyników wynika z rezygnacji przez rząd w lipcu 2024 r. z masowego programu preferencyjnych kredytów hipotecznych (obecnie ulgi przysługują jedynie rodzinom z dziećmi i żołnierzom).

W 2024 r. tempo inwestycji w rosyjską gospodarkę było nadal wysokie, choć w kolejnych kwartałach obserwowano jego wyhamowanie. Z szacunków rządowych wynika, że ok. 70% nakładów inwestycyjnych przeznaczono na dostosowanie się do nowych warunków ekonomicznych (chodzi zwłaszcza o sankcje), w tym konieczne zastąpienie zachodnich maszyn oraz kierunków współpracy handlowej, a tylko 30% – na rozwój produkcji. Od wybuchu pełnoskalowej wojny znaczną część inwestycji realizowały rosyjski sektor zbrojeniowy oraz duże firmy państwowe jak Gazprom, Koleje Rosyjskie czy Sowkomfłot, które inwestowały w infrastrukturę pozwalającą uniezależnić się od Zachodu. Podmioty te miały przy tym dostęp do preferencyjnych kredytów.

Dzięki wzrostowi realnych (z uwzględnieniem oficjalnych danych o inflacji) dochodów obywateli, dynamicznie zwiększał się popyt konsumpcyjny. Dla przykładu handel detaliczny w 2024 r. rósł na poziomie podobnym jak przed rokiem, jednak widoczne było jego słabnięcie w kolejnych kwartałach.

Nienadążanie podaży za popytem przyczynia się do wzrostu cen w FR. Według oficjalnych danych w 2024 r. inflacja wyniosła 9,5% i nadal przyspiesza – na początku lutego 2025 r. była już dwucyfrowa. W 2024 r. podniosły się przede wszystkim ceny towarów spożywczych, lekarstw i usług (w tym komunalno-mieszkaniowych), co uderzało w najuboższe grupy społeczne (m.in. emerytów i rodziny z dziećmi), dla których wydatki na te towary stanowią większość kosztów życia. Wskaźnik inflacji stanowi podstawę do indeksacji przez państwo wypłat socjalnych czy emerytur. Ma zatem istotne znaczenie dla jego budżetu. Należy podkreślić, że tempo wzrostu cen pozostaje w Rosji kwestią sporną. Wiele instytucji, ekspertów, a zwłaszcza obywatele zarzucają Rosstatowi, że zaniża ten wskaźnik. Przyjęta metodologia nie uwzględnia spadku jakości niektórych towarów. Dla przykładu średnia cena samochodów osobowych w ciągu trzech lat pełnoskalowej wojny zwiększyła się o 50%, z tym że obecnie Rosjanie muszą zadowolić się głównie pojazdami chińskimi lub rosyjskimi produkowanymi z chińskich części. Podobnie jest ze sprzętem gospodarstwa domowego czy elektroniką. Z badań instytutu Romir dotyczących zmiany cen towarów pierwszej potrzeby (monitoring paragonów sklepowych 40 tys. Rosjan) wynika, że wzrosły one w 2024 r. o prawie 18% (dwukrotnie więcej, niż podaje oficjalny wskaźnik). Duża różnica pomiędzy bazową stopą procentową i oficjalnym poziomem inflacji również może sugerować, że ceny faktycznie rosną w szybszym tempie.

Z rosnącą inflacją stara się walczyć bank centralny. W 2024 r. regulator trzykrotnie podnosił bazową stopę procentową, która jak dotąd zatrzymała się na poziomie 21%. Co prawda pod koniec roku widoczne było wyhamowanie akcji kredytowej osób fizycznych i prawnych, jednak zwiększone wydatki budżetowe w czwartym kwartale 2024 r. i w pierwszych miesiącach 2025 r. doprowadziły do utrzymania wysokiego popytu, a tym samym – dalszego wzrostu cen.

Rosnący popyt w Rosji w ciągu ostatnich trzech lat finansowano w dużej mierze z kredytów. W 2024 r. zadłużenie korporacyjne rosło szybciej niż przed rokiem, natomiast dzięki wycofaniu się władz z masowego programu preferencyjnych warunków hipoteki udało się spowolnić przyrost długu osób fizycznych. Dynamiczny wzrost pożyczek samochodowych wiązał się z polityką rządu, który od 1 października 2024 r. znacznie (o 70–85%) podniósł opłaty środowiskowe (na utylizację) na importowane auta. Doprowadziło to do zwiększenia zakupów samochodów, aby zdążyć przed zmianami, a następnie spowodowało dalszy wzrost ich cen.

(...)

Na wyniki handlu zagranicznego mocno wpłynęły zaostrzane przez USA sankcje finansowe, które ograniczyły rosyjskim podmiotom możliwość realizacji transakcji transgranicznych. W 2024 r. kolejny rok z rzędu eksport FR zmniejszył się (tym razem o 2% r/r), import także okazał się nieznacznie niższy r/r. Wskutek restrykcji banki zagraniczne wstrzymywały współpracę z Rosją lub ją mocno limitowały, co wydłużało czas operacji i ich koszty. W efekcie wzrosła cena sprowadzanych towarów, co stwarzało dodatkową presję inflacyjną. Eksporterzy napotykali wiele problemów z wwozem kapitału do FR. Dodatkowo amerykańskie sankcje nałożone na jej sektor naftowy w styczniu 2025 r. spowodowały na początku lutego 2025 r. spadek cen eksportowych rosyjskiej ropy poniżej 60 dolarów/bbl.

Aby wesprzeć rozliczenia transgraniczne, władze złagodziły wymogi nałożone na eksporterów dotyczące obowiązkowego wwozu do FR waluty uzyskanej ze sprzedaży surowców. W czerwcu 2024 r. limit w wysokości 80%, wprowadzony w 2022 r., zredukowano do 60%, a w październiku – do 40%. Pozostające za granicą środki pozwalają na finansowanie operacji importowych, jednak negatywnie wpływały na rynek walutowy w kraju. W efekcie zmniejszony napływ walut przyczynił się do dewaluacji rubla (w styczniu 2025 r. za dolara trzeba było zapłacić ok. 100 rubli, a na początku roku – niespełna 90 rubli). Należy przy tym pamiętać, że po objęciu w czerwcu 2024 r. Moskiewskiej Giełdy amerykańskimi sankcjami oficjalnego kursu rosyjskiej waluty nie ustala się już za pomocą mechanizmów rynkowych, lecz decyzją CBR na podstawie transakcji walutowych zawieranych przez wybrane banki komercyjne. Tracą na tym importerzy i eksporterzy – banki narzucają im bowiem wysokie marże przy operacjach walutowych i niekorzystny kurs (ze względu na wysoką różnicę między ceną zakupu i sprzedaży).

W sytuacji odcięcia Rosji od zagranicznych rynków kapitałowych kurs rubla stał się niemal całkowicie zależny od wyników handlu zagranicznego. Dodatni bilans obrotów handlu towarami stanowi obecnie de facto jedyne źródło napływu walut do państwa. Pokrywane są dzięki temu m.in. ujemne saldo handlu usługami (związane z turystyką zagraniczną), ale też popyt na waluty ze strony biznesu i obywateli.

Mimo narastających problemów w gospodarce dochody budżetowe w 2024 r. podniosły się o 26% r/r; w podobnym tempie rosły te z sektora naftowo-gazowego oraz pozostałe. Przyrost wpływów budżetowych wiązał się z kilkoma czynnikami – poza ogólnym wzrostem PKB, również ze zwiększeniem obciążeń podatkowych, wysokim poziomem inflacji, dewaluacją rubla (opodatkowanie sektora naftowo-gazowego zależy od cen eksportowych surowca) oraz wzrostem średniej ceny baryłki ropy. W efekcie mimo spadku wydobycia tego surowca o 1,5% r/r dochody rublowe z tego tytułu zmniejszyły się jedynie o 4% w porównaniu z rekordowym rokiem 2022.

W 2024 r. łączne wydatki budżetowe Rosji zwiększyły się o ponad 24% r/r. Największą pozycją były środki przeznaczone na „obronę narodową” – po raz pierwszy oficjalnie przewyższyły one nakłady na politykę społeczną. Finansowanie wojny pochłonęło co najmniej 35% budżetu (poza wydatkami na „obronę narodową” można do nich wliczyć również środki na bezpieczeństwo wewnętrzne, a także część tych przeznaczonych na gospodarkę narodową[4]).

Przez cały 2024 r. rząd podnosił wydatki budżetowe, ale apogeum przypadło na czwarty kwartał, kiedy wzrosły one o prawie 30% r/r. Nakłady w całym roku okazały się łącznie o 10% wyższe, niż założono w ustawie budżetowej na 2024 r. Większość dodatkowych środków przeznaczono na finansowanie wojny, jednak od 2022 r. władze rosyjskie nie publikują szczegółowych danych o realizacji budżetu (znane są jedynie plany rządu). Nie wiadomo zatem, jaką część wydatków faktycznie pochłonęły działania wojenne. Wzrost nakładów związanych z obsługą wojny wymusza na Kremlu redukcję pozostałych wydatków, w tym na politykę społeczną czy wsparcie finansowe regionów (mimo ich rosnących zobowiązań).

Wysoki poziom wydatków utrzymał się też w styczniu 2025 r., kiedy wzrosły one o rekordowe 74% r/r. W ostatnich trzech latach początek roku był okresem podwyższonego finansowania, rząd wypłacał bowiem awansem środki na realizację zamówień publicznych, głównie dla sektora zbrojeniowego. Wyjątkowo wysokie tempo wzrostu wydatków obserwowane w ostatnich miesiącach najprawdopodobniej wynikało jednak ze zmiany administracji amerykańskiej i stanowiło element polityki wizerunkowej. Kreml chciał przekonać Zachód, zwłaszcza prezydenta Donalda Trumpa, o swoich możliwościach kontynuowania wojny i o nieskuteczności sankcji.

Dynamicznie rosnące wydatki w końcu 2024 r. roku spowodowały dwukrotny wzrost (w stosunku do ustawy budżetowej) deficytu – do ok. 35 mld dolarów. Sfinansowano go częściowo z obligacji wyemitowanych przez rząd. Na koniec roku łączne zadłużenie publiczne na rynku wewnętrznym wzrosło do 22 bln rubli – ok. 16% PKB. Mimo że dług nie jest duży, to jednak rosnące koszty kredytowania w Rosji powodują, że obsługa zadłużenia pochłania coraz większą część wydatków budżetu (w 2024 r. było to ok. 6%).

Drugie ważne źródło finansowania deficytu stanowiły rezerwy zgromadzone w FDN. W efekcie jego płynne środki skurczyły się (obecnie są zdeponowane w juanach i złocie); ich wartość na początku 2025 r. odpowiadała wielkości deficytu budżetowego w 2024 r. Zarazem łączne zasoby FDN liczone w rublach w zasadzie się nie zmniejszyły. Wiązało się to z różnicami kursowymi, ze wzrostem notowań spółek, w które są te zasoby zainwestowane, a także z dodatkowymi dochodami uzyskanymi przez rząd dzięki cenie ropy naftowej wyższej niż 65 dolarów za baryłkę. Środki z FDN władze wykorzystywały również na wsparcie gospodarki, inwestując je m.in. w projekty infrastrukturalne czy sektor zbrojeniowy.

Do ograniczenia utrzymania wysokiego tempa wzrostu gospodarczego w Rosji najbardziej przyczyniają się niedobory siły roboczej. Na koniec 2024 r. bezrobocie osiągnęło kolejne minimum. Trudną sytuację na rynku pracy, wywołaną problemami demograficznymi obserwowanymi w FR w zasadzie od rozpadu ZSRR, pogłębiła wojna. Przede wszystkim co najmniej 300 tys. mężczyzn w wieku produkcyjnym wysłano na front, a kolejne ok. 500 tys. obywateli na stałe wyemigrowało z kraju. Ponadto ze względu na zaostrzającą się politykę migracyjną Kremla, a także trudności z przesyłem zarobionych środków przez granicę, zmniejszyła się (nawet o ok. 2 mln) liczba migrantów zarobkowych.

Według oficjalnych informacji na rynku pracy brakuje obecnie ok. 1,5 mln wykwalifikowanych pracowników. Mimo wysokich pensji wakaty utrzymują się nawet w sektorze zbrojeniowym. Ogółem Rosstat informuje o ok. 2 mln nieobsadzonych stanowisk w gospodarce, choć szacunki (np. Rosyjskiej Akademii Nauk) mówią nawet o ok. 5 mln brakujących pracowników.

Niezbilansowany rynek pracy wymusza znaczne podwyżki płac. W efekcie rosną dochody społeczeństwa, jednak obywatele FR bogacą się nierównomiernie. Duże różnice widoczne były w przypadku zarówno poszczególnych grup społecznych, jak i regionów. Dla przykładu średnie nominalne wynagrodzenie w Moskwie wynosiło ok. 150 tys. rubli, podczas gdy w Inguszetii – niespełna 40 tys. (trzeba jednak pamiętać, że wskaźniki republik Kaukazu Północnego są zaniżone ze względu na znaczny udział dochodów uzyskiwanych w tzw. szarej strefie, poza systemem podatkowym).

Płace rosły w zasadzie we wszystkich sektorach gospodarki, przy czym ich największy przyrost oferowały zakłady przemysłu zbrojeniowego (pensja wykwalifikowanego pracownika, np. ślusarza czy spawacza, porównywalna była z żołdem żołnierza na froncie). W efekcie np. w Udmurcji, jednym z najbardziej uzależnionych od sektora zbrojeniowego rosyjskich regionów, wynagrodzenia nominalne wzrosły o ok. 25% (przy czym nadal ich poziom utrzymywał się poniżej średniej rosyjskiej). Ponadto bogacili się przede wszystkim mężczyźni gotowi pójść na wojnę i ich rodziny. Otrzymywali oni – poza miesięcznym żołdem, wynoszącym co najmniej ok. 2 tys. dolarów – wysokie jednorazowe bonusy za podpisanie kontraktu, głównie od władz regionalnych (odpowiedzialnych za rekrutację żołnierzy i wypełnienie narzuconych im przez Kreml limitów).

Na początku 2025 r. liderem pod względem wartości takiego bonusu był obwód samarski, który wypłacał 4 mln rubli (ok. 40 tys. dolarów). Dodatkowo rodziny poległych żołnierzy mogły liczyć na ponad 13 mln rubli (ok. 130 tys. dolarów). Zgodnie z rosyjskimi informacjami w obszarze działań wojennych znajduje się ponad 600 tys. osób służących w wojsku (nie ma możliwości zweryfikowania tego). Według niezależnych szacunków w trakcie trzech lat wojny mogło zginąć od 160 tys. do 225 tys. żołnierzy. W dużej mierze pochodzili oni z najuboższych warstw społecznych, w tym przede wszystkim najbiedniejszych regionów (np. Buriacji, Tuwy czy Dagestanu). Wypłaty z armii były dla nich jedynym dostępnym sposobem awansu społecznego.

Z tymi wskaźnikami kontrastowała sytuacja emerytów (ponad 41 mln osób) i pracowników sfery budżetowej (m.in. nauczycieli, pracowników socjalnych, pielęgniarek czy lekarzy). W 2024 r. ich nominalne płace rosły poniżej inflacji, co oznacza realny spadek dochodów. W efekcie średni poziom emerytur wynosi obecnie jedynie niespełna 25% średniej pensji, podczas gdy przed inwazją było to około jednej trzeciej.

osw.waw.pl


A szkoda, bo wystąpienie Nixona z 25 lipca na Guam i tezy, powtórzone i precyzyjniej wyartykułowane w orędziu wygłoszonym w listopadzie tego samego roku, były zapowiedzią znaczącego zwrotu w polityce zagranicznej USA, otwierającego drogę do zakończenia wojny w Wietnamie, détente z Chińczykami, przeciwdziałania erozji siły USA oraz wreszcie zapanowania nad pogłębiającymi się podziałami w amerykańskim społeczeństwie. Konsekwencją doktryny Guam było jednak również wymuszenie podjęcia szybkich działań adaptacyjnych sojuszników USA w Azji, którym stanęła przed oczami wizja osierocenia przez Waszyngton.

Innymi słowy, pod koniec lat 60. Ameryka zatraciła zarówno przekonanie o własnej wyjątkowości, jak i pewność siebie – czego boleśnie świadoma była administracja Nixona. Kiedy Fritz Kraemer, jeden z doradców w Departamencie Obrony, sporządził memorandum, w którym stwierdził, że Ameryka staje się „miotanym wątpliwościami gigantem (…) szukającym nieomal gorączkowo pokoju i zgody”, Nixon dopisał odręcznie na marginesie dokumentu „smutne, ale prawdziwe”.

Jedynym sposobem, zdaniem Nixona, na utrzymanie pozycji USA była swego rodzaju „ucieczka do przodu” – ostre postawienie ograniczeń zjawisku zwanemu „imperialnym rozciągnięciem” (autor jest świadom niezręcznego brzmienia terminu imperial overstretch w języku polskim). Drogą do tego było ograniczenie zobowiązań spoczywających na barkach Stanów Zjednoczonych. Najistotniejszy dla Nixona był, jak się wydaje, wymiar doraźny, dotyczący przede wszystkim polityki wewnętrznej – a więc znalezienie sposobu na zakończenie wojny wietnamskiej, której kontynuowanie nakładało na Amerykę nie tylko koszty militarne i gospodarcze, ale przede wszystkim było toksyczne dla samego jej społeczeństwa, powodując głębokie i eskalujące spory wewnętrzne.

Kluczowa była więc rola polityki wewnętrznej – jak bowiem wiadomo, all politics is local. Rok 1969 był pierwszym, w którym USA przeprowadziły tzw. loterię poborową; Nixon w swoim przemówieniu w listopadzie – a więc w tym, w którym czytelniej sformułował doktrynę Guam – zauważył, że „z perspektywy politycznej najłatwiej byłoby mi wydać rozkaz natychmiastowego zakończenia uczestnictwa USA w wojnie. W końcu włączyliśmy się do niej za kadencji mojego poprzenika. Mógłbym obarczyć winą za porażkę będącą rezultatem mojej decyzji jego i przedstawić się jako ten, który przyniósł pokój. To byłby jedyny sposób, aby uniknąć sytuacji, w której wojna Johnsona [Lyndona Johnsona, poprzednika Nixona na stanowisku prezydenta USA – przyp. A.Ś.] staje się wojną Nixona”. Jak pisał Kissinger w swojej książce „O Chinach”, „Nixon pragnął zakończenia wojny [w Wietnamie] (…), ale równie mocno chciał, aby Ameryka odegrała dynamiczną rolę w kształtowaniu nowego porządku międzynarodowego (…) uwolnić politykę od konieczności oscylowania między skrajnościami wojskowego zaangażowania i wycofania się oraz osadzić ją na pojęciu interesu międzynarodowego, którą to podstawę można by utrzymać niezależnie od zmieniających się administracji”.

Okazją do wyartykułowania tych obaw – oraz zrębów polityki mającej im przeciwdziałać – była pierwsza podróż prezydenta Nixona do Azji; podczas zorganizowanej w czasie przesiadki na Guam nieformalnej rozmowy z dziennikarzami amerykański prezydent zaznaczał, że „wkrótce (…) Stany Zjednoczone podjąć będą musiały decyzję dotyczącą ich roli w Azji i na Pacyfiku po zakończeniu wojny w Wietnamie”. Kontynuował tak: „(…) jeżeli USA po prostu będą dalej działać tak, jak działały – reagować na każdą prośbę o pomoc oraz akceptować, że to one są przede wszystkim odpowiedzialne za obronę tych państw w odpowiedzi na zagrożenia wewnętrzne i zewnętrzne, to nie starczy nam sił, aby pomóc samym sobie”. Warto zauważyć, że Nixon jednoznacznie stwierdził, że mówiąc o „zagrożeniach wewnętrznych”, ma na myśli również konflikty takie, jak ten w Wietnamie – a więc wewnętrzne z nazwy, ale napędzane ingerencją państw trzecich.

USA musiały się więc nauczyć działać wbrew własnym instynktom i wbrew utartym zarówno w światopoglądzie samych Amerykanów, jak międzynarodowej opinii publicznej wyobrażeniom o roli i obowiązkach Ameryki; „będziemy odczuwać wielką pokusę, aby w odpowiedzi na zadane przez naszych sojuszników pytanie o udzielanie wsparcia militarnego zasygnalizować, że jeżeli jakiekolwiek państwo będzie potrzebowało pomocy zbrojnej USA, aby odpowiedzieć na zagrożenie wewnętrzne lub zewnętrzne, to go udzielimy. Natomiast uważam, że nadszedł czas, aby w relacjach z azjatyckimi przyjaciółmi Stany Zjednoczone podkreśliły dwie sprawy. Po pierwsze, podtrzymujemy nasze zobowiązanie sojusznicze, na przykład wobec Tajlandii, wynikające z SEATO, natomiast, jeżeli chodzi o problemy wewnętrzne czy obrony militarnej, z wyjątkiem groźby ataku ze strony wielkiej potęgi przy wykorzystaniu broni jądrowej, USA będą zachęcać, i mają prawo oczekiwać, że problemy tych krajów będą rozwiązywane przez nie same”. Co więcej, Nixon zaznaczył też, że USA zamierzają ograniczyć wsparcie militarne (w tym materiałowe, doradcze oraz związane z obecnością wojsk USA) i finansowe dla państw Azji.

Innymi słowy, Nixon zasugerował, że w perspektywie pięciu, dziesięciu lat państwa Azji będą odpowiedzialne za swoją obronę, a Stany zamierzają zrzucić z siebie brzemię odpowiedzialności za ich obronę, z wyjątkiem najbardziej drastycznych form agresji, których elementem byłyby groźby użycia broni jądrowej. Wyjaśniając takie rozumowanie, Nixon wspomniał swoją rozmowę z Ayub Khanem, premierem Pakistanu, który w 1964 roku oznajmił mu, że „rolą, którą USA powinny odgrywać w Wietnamie czy na Filipinach, czy w Tajlandii, czy w innych krajach zagrożonych wewnętrzną rewoltą, powinno być pomaganie im w wygraniu wojny, ale nie wygrywanie jej za te państwa.

Jednocześnie zdaniem Nixona próba całkowitego „zrolowania” amerykańskiej obecności w Azji – czego domagała się część komentatorów w Stanach – byłaby błędem, natomiast „jeżeli chodzi o rolę odgrywaną przez USA, musimy unikać uprawiania w Azji polityki, która prowadzi do takiej zależności tamtejszych państw od nas, że wciągają nas one w takie konflikty, jak wojna w Wietnamie”. Niedopuszczenie do sytuacji, w której Stany „wciągane” są w konflikt w gruncie rzeczy peryferyjny w obronie interesów swego sojusznika, miało stać się dla Waszyngtonu imperatywem. Zwróćmy uwagę, że Nixon zasugerował w momencie ogłaszania swej doktryny, że alternatywą dla niej jest możliwe dojście w USA do głosu zwolenników polityki wstrzemięźliwości idącej znacznie dalej niż jego propozycja. Alternatywą dla doktryny Nixona mógł więc być izolacjonizm – i sojusznicy USA powinni być tego świadomi.

Główne założenia swej doktryny – już w pełni formalnie, podczas orędzia do narodu – Nixon wyłuszczył niecałe cztery miesiące później, 3 listopada 1969 roku. Prezydent USA przedstawił wówczas trzy podstawowe założenia; po pierwsze, Stany „podtrzymują wszelkie zobowiązania traktatowe”, po drugie, „dostarczą tarczy, jeżeli potęga nuklearna zagrozi wolności państwa będącego naszym sojusznikiem lub takiego, którego przetrwanie jest kluczowe z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa”, oraz po trzecie, że „w wypadku innych form agresji dostarczymy pomocy gospodarczej i militarnej zgodnie ze zobowiązaniami traktatowymi. Ale oczekiwać będziemy, że to państwo bezpośrednio zagrożone agresją będzie odpowiedzialne za dostarczenie siły żywej pozwalającej mu na skuteczną obronę”.

(...)

Pisząc o doktrynie Nixona – i zastanawiając się nad możliwym powrotem do przeszłości – nie sposób również pominąć wątek rapprochement z Chinami, dla którego stanowiła ona swego rodzaju preludium. Nixon, zdający sobie sprawę z topniejącej przewagi (w tym w zakresie broni jądrowej) USA nad ZSRR, starał się doprowadzić do transformacji międzynarodowej równowagi sił, kapitalizując przy tym coraz bardziej nieprzyjazne relacje Chin i Związku Radzieckiego; ograniczenie antagonizmu z ChRL ułatwiłoby też Stanom proces ograniczania swej obecności militarnej w Azji. Znając poglądy doradcy Nixona, Henry’ego Kissingera, trudno pozbyć się wrażenia, że owo skupienie się na wypracowaniu nowej równowagi w systemie międzynarodowym musiało być inspirowane właśnie przez niego – jednocześnie jednak należy pamiętać, że już w 1967 roku Nixon w eseju dla „Foreign Affairs” zauważył, że „w dłuższej perspektywie po prostu nie możemy pozwolić sobie na pozostawienie Chin poza wielką rodziną narodów (…) na tej małej planecie nie ma wystarczająco dużo miejsca dla miliarda potencjalnie najbardziej utalentowanych ludzi, którzy mieliby żyć w gniewie i izolacji”.

Oczywiście brakującym elementem dzisiaj jest brak porozumienia strategicznego pomiędzy USA a Rosją – brakuje więc „odwróconego Nixona”. Zdaniem autora tekstu, choć odwrócenia sojuszy analogicznego do resetu relacji Chin i USA z początku lat 70. absolutnie nie należy a priori wykluczać, należy zadać sobie pytanie, czy jest ono w tym momencie prawdopodobne i czy sytuacja do takiego zwrotu dojrzała. Wydaje się, że nie; jest tak dlatego, że kluczowym czynnikiem umożliwiającym manewr Nixona były rosnące od późnych lat 50. napięcia pomiędzy Chinami a Związkiem Radzieckim, osiągające notabene swój szczyt w 1969 roku; wystarczy przypomnieć, że w październiku Mao nakazał członkom politbiura (z wyłączeniem Zhou Enlai) opuszczenie Pekinu w obawie o nagły atak Sowietów na chińską stolicę. Sowieci z kolei mieli rozlokować wzdłuż granicy z Chinami ponad milion żołnierzy i zdaniem Kissingera mieli zacząć sondować reakcję stolic świata na możliwość przeprowadzenia przez Moskwę prewencyjnego uderzenia na chińskie instalacje nuklearne.

Teraz, to prawda, Rosja ma wszelkie powody, aby obawiać się rosnącej potęgi Chin, szczególnie w obliczu poważnych trudności gospodarczych, wizerunkowych i militarnych spowodowanych tyleż przez jej inwazję na Ukrainę, co jej wysoce niezadowalający przebieg. Jednocześnie trudno nie dostrzec, że jest to jedynie zalążek potencjalnego problemu; brakuje „tarcia” – realnego sporu z ChRL, mogącego wytworzyć wśród kremlowskich elit poczucie egzystencjalnego zagrożenia. To z kolei pomaga zrozumieć, dlaczego sednem strategii sekwencjonowania była właśnie próba wytworzenia napięcia pomiędzy Rosją a Chinami; drogą do tego miało być przyspieszenie konfrontacji z Moskwą na Ukrainie (aby uniknąć ryzyka konieczności podjęcia jednoczesnej rywalizacji z Rosją w Europie oraz z Chinami w Azji Wschodniej), skutkujące zablokowaniem jej drogi dalszej ekspansji na kierunku zachodnim (europejskim). W rezultacie – a takie przynajmniej było założenie strategii sekwencjonowania – rosyjskie ambicje rozwojowe musiałyby zostać przekierowane na wschód, tworząc podglebie do tarć z Chinami, które obecnie mogą bezkarnie prowadzić ekspansję technologiczną i cywilizacyjną na słabo zaludnione i zacofane połacie wschodniej części rosyjskiego terytorium. Wówczas Stany Zjednoczone i ich sojusznicy mogliby zaproponować Rosji détente i pomoc finansową oraz technologiczną, tworząc jednocześnie alternatywę dla rosnących wpływów chińskich. O wszystkim tym pisaliśmy zresztą w osobnym tekście na temat logiki strategii sekwencjonowania.

Te dwa zjawiska (dla Amerykanów pilna potrzeba zakończenia wojny w Wietnamie, dla Chińczyków obawa przed konfrontacją z Sowietami) stworzyły strukturalną możliwość – w postaci zbieżności interesów – zmiany natury relacji USA i ChRL z wrogiej na kooperatywną. Nie była to jednak bynajmniej ścieżka oczywista; ba, wydaje się, że dążąc do poprawy relacji z Chinami, Nixon i Kissinger zdawali sobie sprawę, że tak znaczący zwrot w amerykańskiej polityce nie będzie mógł zostać przeprowadzony ukonstytuowaną metodą biurokratyczną przy wykorzystaniu istniejących struktur Departamentu Stanu. Te ostatnie – jak to zazwyczaj ze skostniałymi instytucjami publicznymi bywa – miały swój skrystalizowany obraz rzeczywistości oraz sformalizowane, biurokratyczne procedury. Zlecenie im zrealizowania wizji politycznej tak obrazoburczej, jak nawiązanie poprawnych stosunków z dotychczasowym adwersarzem, byłoby – przynajmniej w mniemaniu duetu Nixon–Kissinger – gwarancją, że plan zostanie albo pogrzebany celowo, albo też realizowany tak nieporadnie, że i tak zakończy się porażką. Zdaniem Daniela Sargenta podczas swego pierwszego spotkania z Henrym Kissingerem przyszły (bo do rozmowy doszło jeszcze przed przekazaniem władzy w styczniu 1969 roku) prezydent USA wyraził przekonanie, że do sprawowania przez Biały Dom skutecznej kontroli nad polityką zagraniczną konieczne będzie wyłączenie Departamentu Stanu i Kongresu z procesu decyzyjnego. To z kolei staje się istotne w kontekście możliwego powrotu do Białego Domu Donalda Trumpa, który bez bawienia się w zbędne eufemizmy zapowiada rewolucję – w postaci głębokich czystek – w amerykańskiej biurokracji. Rozmyślając o analogiach historycznych, i o tym warto więc pamiętać.

https://patronite.pl/post/62258/lek-przed-porzuceniem-nixon-doktryna-guam-i-sojusznicy-usa-czesc-1