wtorek, 25 lutego 2025



Wizyta prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Ankarze (18 lutego) stanowiła dla Turcji okazję do zaprezentowania stanowiska wobec rozmów między Stanami Zjednoczonymi a Federacją Rosyjską. Podczas konferencji prasowej turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan oznajmił, że inicjatywa administracji Donalda Trumpa zmierzająca do szybkiego zakończenia wojny w drodze negocjacji wpisuje się w działania dyplomatyczne podejmowane przez Ankarę od początku rosyjskiej agresji. Dodał, że jego państwo byłoby idealnym gospodarzem rozmów między Waszyngtonem, Kijowem i Moskwą. Jednocześnie Erdoğan podkreślił, że kwestie integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy będą miały dla Turcji „zasadnicze znaczenie”, a także zadeklarował, że udzieli ona „wszelkiego rodzaju wsparcia”, aby proces negocjacyjny zakończył się trwałym pokojem. Wskazał też, że zapewnienie bezpieczeństwa handlu na Morzu Czarnym mogłoby służyć jako środek budowy zaufania.

Przychylne komentarze wobec inicjatywy Trumpa wynikają z ostrożnego podejścia Ankary do nowej administracji amerykańskiej. Wypowiedzi Erdoğana wskazują jednak, że Turcja sprzeciwia się próbom regulacji konfliktu na Ukrainie w ramach bilateralnych rozmów USA i Rosji. Tureccy decydenci są przekonani  o konieczności uwzględniania interesów aktorów regionalnych i obawiają się nadmiernego wzmocnienia FR w basenie Morza Czarnego. To stanowisko zwiększa otwartość Ankary na współpracę z partnerami europejskimi.

Komentarz

Chociaż Turcja liczy na zakończenie konfliktu na Ukrainie, to w jej interesie nie leży jego rozstrzygnięcie w drodze negocjacji amerykańsko-rosyjskich. Wynika to z trzech czynników. Pierwszym jest przekonanie tureckich decydentów, że rozwiązania sporów – jeśli mają być trwałe – wymagają uwzględniania interesów bezpieczeństwa aktorów regionalnych, a nie porozumienia mocarstw ponad ich głowami. Drugi wiąże się z zamiarami Ankary względem Ukrainy – państwo to nie tylko daje szansę na odniesienie korzyści gospodarczych z jego odbudowy, lecz także odgrywa istotną rolę w tureckich planach rozwoju sektora obronnego (m.in. jako dostawca silników do dronów Akıncı i Kızılelma oraz ich potencjalny współproducent do myśliwca Kaan). Trzecim czynnikiem są obawy przed wzmocnieniem Rosji. Turcy wydają się poważnie zaniepokojeni nadmiernie koncyliacyjnym stanowiskiem Trumpa wobec Moskwy. Gdyby skutkowało ono uznaniem rosyjskich zdobyczy terytorialnych na Ukrainie, umożliwiłoby FR szybszą odbudowę potencjału, a w konsekwencji – przechylenie równowagi sił na Morzu Czarnym na jej korzyść. Ponadto Ankara chciałaby odebrać dywidendę za dotychczasowe zaangażowanie w negocjacje między Kijowem a Moskwą – stąd postulat Erdoğana organizacji rozmów czterostronnych w Turcji, co potwierdziłoby jej rolę jako kluczowego mediatora w konflikcie.

osw.waw.pl


23 lutego w Kijowie odbyła się dwugodzinna konferencja prasowa Wołodymyra Zełenskiego. Dużą jej część zajęły tematy związane ze stosunkami Ukrainy z USA oraz perspektywami zakończenia wojny. Prezydent stwierdził, że:
  • wierzy, iż Donald Trump chce pomóc zakończyć wojnę. Wyraził też nadzieję, że prezydent Stanów Zjednoczonych będzie stał po stronie Ukrainy, a Ameryka nie będzie odgrywała jedynie roli mediatora w rozmowach z Rosją;
  • negocjacje nie mogą się odbywać bez udziału Kijowa i że nie zaakceptuje porozumienia wynegocjowanego bez ukraińskiego udziału. W jego opinii przy stole znaleźć się powinny: Ameryka, Europa (rozumiana szerzej niż UE), Japonia i Turcja (nie wykluczył również udziału Chin). Zapowiedział też w najbliższych tygodniach rozmowy z partnerami na temat gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy;
  • gdyby zabrakło amerykańskiej pomocy w przyszłości, to „poważne państwa europejskie” są gotowe do jej zwiększenia. Należy również wypracowywać zasady wysyłania na Ukrainę europejskich sił pokojowych, m.in. z udziałem Turcji;
  • nie mógł zgodzić się na amerykańską propozycję umowy o eksploatacji ukraińskich złóż, gdyż nie przewidywała ona gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Potwierdził kontynuowanie intensywnych rozmów ze stroną amerykańską na ten temat oraz wolę osiągnięcia pragmatycznego i korzystnego dla obydwu stron rezultatu;
  • pomoc amerykańska dla Kijowa wyniosła nie 500 mld dolarów, jak twierdził Trump, lecz 100 mld. Wskazał też, że miała ona charakter bezzwrotny. Żądanie przez USA jej zwrotu (z nawiązką) uznał za niesprawiedliwe (i przywołał przykład amerykańskiej pomocy m.in. dla Izraela), a także za związane z ryzykiem precedensu, gdyż podobnej spłaty mogłyby zażądać państwa europejskie;
  • trwa audyt przyznanych na Ukrainie pozwoleń na wydobycie kopalin, a te wydane niezgodnie z prawem będą unieważniane. Ogłosił gotowość do przyjęcia amerykańskich inwestycji i przyszłego podziału zysków z eksploatacji krajowych złóż w proporcji 50/50%;
  • najlepszą gwarancją zaangażowania amerykańskich środków na Ukrainie byłoby zapewnienie im bezpieczeństwa poprzez obecność na miejscu żołnierzy USA. Wpisanie gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy do umowy dotyczącej wydobycia minerałów jest niezbędne;
  • rozumie sprzeciw Stanów Zjednoczonych i kilku krajów Europy wobec szybkiego przyjęcia Ukrainy do NATO, lecz zaznaczył, iż temat ten cały czas powinien być „na stole”. Zapytany przez jednego z dziennikarzy oznajmił ponadto, że jeśli warunkiem pokoju lub wejścia do Sojuszu byłaby jego rezygnacja ze stanowiska, to jest na nią gotowy;
  • zagraniczni partnerzy nie naciskają na przeprowadzenie wyborów na Ukrainie. Nie widzi też technicznej możliwości zorganizowania ich w czasie wojny. Zadeklarował, że nie obraził się na Trumpa za nazwanie go dyktatorem, gdyż nim nie jest;
  • nie obawia się odcięcia Ukrainy od sieci Starlink ze względu na to, że dostęp do niej jest płatny, a jego koszt ponoszą na razie zagraniczni partnerzy (podziękował Polsce i Niemcom).
Komentarz

Zełenski dał jasno do zrozumienia, że nie zaakceptuje żadnego porozumienia dotyczącego zakończenia wojny uzgodnionego bez udziału Ukraińców. W razie przyjęcia jego niekorzystnego wariantu Kijów będzie kontynuował opór w oparciu o własne zasoby oraz pomoc Europy. Wzmocnieniu tego przekazu służyło wspomnienie już na samym początku o zbliżających się rozmowach na temat gwarancji bezpieczeństwa z partnerami europejskimi i podkreślenie niemal codziennego kontaktu z przywódcą Francji Emmanuelem Macronem. Prezydent zasugerował, że udział Ukrainy w ponoszeniu kosztów wojny stale rośnie i Kijów będzie nadal toczył wojnę nawet bez pomocy USA.

Pojednawczy ton Zełenskiego należy traktować jako wyraz chęci wyjścia ze spirali retorycznej eskalacji z Trumpem, do której doszło w ostatnich dniach. Ukraiński przywódca wykorzystał konferencję do spokojnego, lecz asertywnego wytłumaczenia stanowiska państwa w sprawie umowy o wydobyciu surowców. Używał argumentów biznesowych, a także akcentował wzajemne korzyści, jakie mogłyby odnieść oba kraje z zawarcia porozumienia, w tym sprawiedliwy podział zysków z inwestycji, oraz praktykę Stanów Zjednoczonych stosowaną wobec innych sojuszników.

Odrzucenie przez Kijów amerykańskiej propozycji umowy dotyczącej eksploatacji surowców nie przekreśla rychłego porozumienia w tej sprawie. Według szefa Biura Prezydenta Andrija Jermaka strony prowadzą zaawansowane rozmowy na ten temat, a amerykańskie inwestycje mogą być elementem gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Wicepremier Olha Stefaniszyna oznajmiła zaś, że odnośne negocjacje z USA są bliskie zakończenia, a prawie wszystkie kluczowe kwestie zostały już uzgodnione.

osw.waw.pl


24 lutego Unia Europejska przyjęła 16. pakiet sankcji przeciwko Federacji Rosyjskiej, uderzający m.in. w sektory energetyczny, finansowy i metalurgiczny. Jego istotnym elementem są kolejne utrudnienia sprzedaży rosyjskich paliw i ropy naftowej – dokument nakłada restrykcje na 74 tankowce tzw. floty cienia, zwiększając liczbę łącznych desygnacji do 153 jednostek. Bruksela zacieśniła istniejące obostrzenia w odniesieniu do eksportu sprzętu i technologii niezbędnych dla projektów naftowych w Rosji, zabraniając także czasowego przechowywania surowca i paliw z tego państwa na terytorium Unii. Wprowadzono również stopniowe embargo na import aluminium (całkowity zakaz jego sprowadzania wejdzie w życie w 2026 r.) oraz rozszerzono listę towarów podwójnego zastosowania. W obszarze finansowym UE odłączyła kolejne 13 rosyjskich banków od systemu SWIFT, a także po raz pierwszy ukarała podmioty z państw trzecich za korzystanie z systemu SPFS (rosyjskiego odpowiednika SWIFT-u). Za wspieranie rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego sankcjami objęto też kilkadziesiąt osób fizycznych i prawnych (m.in. firmy z Rosji, Chin, Indii i Turcji).

Nowy pakiet restrykcji stanowi przede wszystkim sygnał polityczny mający potwierdzić unijną gotowość do kontynuowania polityki sankcyjnej bez względu na zmianę polityki Waszyngtonu. Podobnie należy interpretować wypowiedzi urzędników unijnych, m.in. specjalnego wysłannika ds. sankcji Davida O’Sullivana, który zapowiedział wzmacnianie restrykcji do momentu, kiedy Rosja zaakceptuje swoją odpowiedzialność za inwazję na Ukrainę. Utrzymanie tego kursu zależy jednak od zdolności do wypracowania wewnątrzunijnego konsensusu, co staje się coraz trudniejsze, m.in. z uwagi na stanowisko Węgier i brak woli politycznej innych państw członkowskich. Nie bez znaczenia pozostaje także niejasna postawa USA wobec kontynuowania reżimu sankcyjnego (sekretarz stanu Marco Rubio mówił o konieczności zniesienia obostrzeń w przypadku osiągnięcia porozumienia z Moskwą), co negatywnie wpływa na nastawienie poszczególnych stolic europejskich.

osw.waw.pl


Putin nie wydaje się zniechęcony pomysłem dalszego przedłużania wojny, mimo że poniósł znaczne i prawdopodobnie niemożliwe do utrzymania straty w ludziach i materiałach w ciągu ostatnich trzech lat. ISW niedawno zauważył, że wojsko rosyjskie wydaje się stosować metodę natarcia na Ukrainie opartą na założeniu, że wojna będzie trwała w nieskończoność i że wojsko rosyjskie nie musi dokonywać szybkich lub znaczących zdobyczy terytorialnych w ramach pojedynczej operacji ofensywnej. ISW niedawno oceniło, że zajęłoby siłom rosyjskim ponad 83 lata, aby zdobyć pozostałe 80 procent Ukrainy, zakładając, że będą w stanie utrzymać obecne tempo natarcia i ogromne straty w ludziach w nieskończoność — co jest mało prawdopodobne. Putin sformułował jednak teorię zwycięstwa, która zakłada, że ​​Rosja może przetrwać Ukrainę i Zachód i kontynuować natarcie na polu bitwy, dopóki nie pokona Ukrainy. Ostatnie oświadczenia Putina odrzucające możliwość zawarcia porozumienia pokojowego z Ukrainą są oznaką jego gotowości do przedłużania wojny. Putin nadal daje rosyjskiemu wojsku i społeczeństwu sygnały, że nie zakończy wojny, dopóki Ukraina nie skapituluje całkowicie i że nie jest zainteresowany negocjowanym porozumieniem pokojowym, które wymagałoby od Rosji pójścia na kompromis w sprawie długoterminowych celów wojny, mimo wysiłków Putina, aby zasygnalizować zachodnim przywódcom zainteresowanie negocjacjami pokojowymi.

Urzędnicy Kremla formalnie odrzucili możliwość zawieszenia broni na innych warunkach niż całkowita kapitulacja Ukrainy i Zachodu 24 lutego, co dodatkowo podkreśliło niechęć Rosji do pójścia na kompromisy podczas przyszłych negocjacji pokojowych. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow oświadczył 24 lutego podczas konferencji prasowej w Turcji, że Rosja zaprzestanie działań wojskowych na Ukrainie tylko wtedy, gdy negocjacje pokojowe przyniosą „solidny, stabilny wynik, który odpowiada Rosji” i uwzględnią „realia” pola bitwy. Ławrow zauważył, że każde porozumienie pokojowe musi zawierać postanowienia zakazujące Ukrainie przystąpienia do NATO w przyszłości. Rosyjski państwowy kanał telewizyjny Kanał Pierwszy (Pierwyj Kanał) podsumował oświadczenia Ławrowa następująco: „[Rosja] zakończy operacje bojowe” tylko wtedy, gdy negocjacje zakończą się w sposób, który zadowoli Rosję. Rosyjski wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow powiedział rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej RIA Novosti 24 lutego, że Rosja nie zgodzi się na zawieszenie broni, które nie zajmie się „głównymi przyczynami” wojny. Riabkov stwierdził, że zawieszenie broni, które nie zajmuje się „głównymi przyczynami” wojny, jest drogą do „szybkiego wznowienia” wojny i powtórzył, że Rosja uważa ekspansję NATO na wschód po 1991 r. za główną przyczynę wojny. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow również stwierdził 24 lutego, że „niemożliwe” będzie rozwiązanie wojny na Ukrainie bez zrozumienia i zajęcia się jej „głównymi przyczynami”. Urzędnicy Kremla wielokrotnie nawiązywali do potrzeby przyszłych negocjacji pokojowych, aby zająć się „głównymi przyczynami” wojny na Ukrainie, którą Ławrow zdefiniował w grudniu 2024 r. jako rzekome naruszenie przez NATO zobowiązań do nierozprzestrzeniania się na wschód i „agresywne wchłanianie” obszarów w pobliżu granic Rosji oraz rzekomą dyskryminację etnicznych Rosjan na Ukrainie przez rząd ukraiński.

Rosyjscy urzędnicy nadal przedstawiają żądanie Rosji, aby siły ukraińskie wycofały się z terytorium, które siły ukraińskie obecnie kontrolują we wschodniej i południowej Ukrainie, jako „kompromis”. Riabkow stwierdził, że żądanie prezydenta Rosji Władimira Putina z czerwca 2024 r., aby Ukraina „całkowicie wycofała się” z kontrolowanego przez Ukrainę terytorium w obwodach donieckim, ługańskim, zaporoskim i chersońskim oraz porzuciła swój cel przystąpienia do NATO, zawiera „znaczące kompromisy”, które mogłyby posłużyć jako podstawa przyszłego porozumienia pokojowego. Riabkow twierdził, że żądania Putina z czerwca 2024 r. podkreślają chęć Rosji znalezienia rozwiązania wojny, które „zrównoważy” interesy Rosji i Ukrainy, pomimo faktu, że Putin wezwał Ukrainę do oddania znacznych obszarów w zamian za brak ustępstw ze strony Rosji. ISW wcześniej zauważył, że władze ukraińskie odrzuciły protokół stambulski z 2022 r., ponieważ jego warunki w rzeczywistości oznaczały całkowitą kapitulację Ukrainy, a władze ukraińskie prawdopodobnie odrzucą wszelkie przyszłe zawieszenie broni lub porozumienie pokojowe, które oznaczałoby to samo.

understandingwar.org


Spotkanie odbyło się 12 lutego w Kijowie. Donald Trump wysłał na nie swojego nowego sekretarza skarbu Scotta Bessenta, by ten przedstawił Wołodymyrowi Zełenskiemu propozycję umowy wymiany części zasobów mineralnych Ukrainy na gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA. Jak donosi "Daily Mail", po szczegółowym zapoznaniu się z treścią umowy Zełenski i jego współpracownicy odkryli, że nie ma w niej realnych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Wynikało z niej raczej, że USA domagają się dostępu do cennych minerałów w zamian za już wcześniej udzieloną pomoc. Zełenski miał zdenerwować się tak mocno, że krzyczał na Bessenta, a ten miał wyjść ze spotkania roztrzęsiony.

Ukraińscy urzędnicy, którzy słyszeli krzyki prezydenta Ukrainy, mówili później, że "odbijały się echem" w korytarzach pałacu prezydenckiego w Kijowie. Wołodymyr Zełenski miał ostro krytykować Scotta Bessenta za oczekiwanie, że "sprzeda swój kraj" Waszyngtonowi.

"Był bardzo zły" — powiedziała "Financial Times" jedna z osób obecnych na miejscu, wyjaśniając, że drzwi prezydenckiego gabinetu Zełenskiego nie były wystarczającą barierą i słychać było niemal każde wykrzyczane słowo. Bessent miał być wstrząśnięty po tym, jak wygłaszał po spotkaniu oświadczenie dla dziennikarzy. Jego głos wyraźnie drżał.

onet.pl


Trump w trakcie rozmowy z dziennikarzami na pokładzie Air Force One, Boeinga B-747-200, przypomniał, iż maszyna ta ma około 35 lat, zaś nowej, opartej na nowocześniejszym Boiengu B-747-800, która miała zostać dostarczona w zeszłym roku jeszcze nie będzie nawet do 2027 roku. Dopiero wtedy ma pojawić się pierwszy gotowy samolot, drugi zaś pod sam koniec kadencji Trumpa w 2028 roku. Przy tym Trump już wycofał się z wymogu, aby nowa generacja samolotów, która będzie znana jako VC-25B, była zdolna do tankowania w powietrzu, podobnie jak para istniejących VC-25A, które zostały zaprojektowane w czasie zimnej wojny.

„Rozważamy alternatywy, ponieważ Boeingowi zajmuje to zbyt dużo czasu. Możemy pójść i kupić samolot” – powiedział Trump. I tu jednak zaczyna się problem, bo na świecie jest tylko dwóch dostawców maszyn szerokokadłubowych, drugim z nich jest europejski Airbus.

„Nie brałbym pod uwagę Airbusa. Mógłbym kupić samolot z innego kraju lub dostać jeden z innego kraju” – stwierdził jednak Trump, co oznacza, że brałby pod uwagę tylko używane Boeingi, a ich remont i modernizacja bez udziału samego Boeinga jest niemożliwa. Media twierdzą, że w grę wchodzi 13-letni Boeing B-747 należący do katarskiej rodziny królewskiej, ostatnio widziany na lotnisku w Palm Beach.

Maszyna prezydencka to standardowy płatowiec B-747-800, wszystko w nim podlega modyfikacjom, jak instalacja systemu łączności odpornego na działanie broni jądrowej i ataki hackerskie, czy bierne systemy obrony przeciwrakietowej, co znacznie zwiększa koszty i jak widać generuje opóźnienia.

W dość nietypowym posunięciu, Kelly Ortbeg, prezes zarządu i dyrektor generalny Boeinga, poprosił o pomoc w pracach nad prezydenckimi samolotami Elona Muska. Miał on pomóc w określeniu i likwidacji wąskich gardeł w procesie modernizacji, co miało przyspieszyć prace nad samolotami. Donald Trump wyraził zgodę, by w grudniu 2024 r. Musk odwiedził bazę w San Antonio w Teksasie, gdzie modernizowane są dwa najnowsze Boeingi B-747-800, pierwotnie przeznaczone dla rosyjskiego przewoźnika. Co ciekawe, firma Muska SpaceX jest wielkim rywalem Boeinga w amerykańskich programach kosmicznych.

Ortberg powiedział analitykom i inwestorom na konferencji Barclays Industrial Select, że firma czyni postępy z pomocą Muska, zwłaszcza jeśli chodzi o zmniejszenie czasu dostawy, co wyeliminuje ryzyko dalszych przekroczeń kosztów.

„Prezydent wyraźnie nie jest zadowolony z terminu dostawy. Myślę, że dał to wyraźnie do zrozumienia. A Elon Musk faktycznie bardzo nam pomaga. Potrafi dość szybko ustalić różnicę między wymaganiami technicznymi a rzeczami, które możemy pominąć” – powiedział Ortberg o Musku podczas konferencji Barclays.

Jednak chcący zachować anonimowość urzędnik administracji prezydenckiej stwierdził w wypowiedzi dla Reuters, że program Air Force One jest jeszcze bardziej opóźniony niż wykazują oficjalne informacje, zaś druga maszyna może zostać dostarczona „nawet po 2029 roku”. W przypadku zaś Elona Muska, jak stwierdził inny urzędnik administracji, chodzi nie tyle o pomoc w programie modernizacji maszyny, ile o „ugłaskanie i łatwiejszy dostęp do prezydenta”, dla którego „nowy Air Force One był ulubionym programem”.

isbiznes.pl

poniedziałek, 24 lutego 2025



Niemcy, największa gospodarka Europy, znajdują się w głębokiej recesji przemysłowej, w dużej mierze z powodu dotowanej produkcji chińskiej wypierającej produkty niemieckie. Tymczasem rosną też ceny energii, co dodatkowo obciąża konkurencyjność, bowiem projekt „Energiewende” zakładający zamknięcie wszystkich elektrowni atomowych i zastąpienie ich energetyką odnawialną oraz gazową po skoku cen spowodowanym manipulacjami Rosji na rynku gazowym spowodował konieczność powrotu do generacji opartej na węglu. Bundesbank uważa, że gospodarka Niemiec wzrośnie o 0,2% w tym roku i 0,8% w 2026 r.

Modelując prognozy oparte na zapowiedziach ceł prezydenta USA Donalda Trumpa, Bundesbank doszedł do wniosku, że Niemcy mocno na wdrożeniu nowych ceł ucierpią, ale i Stany Zjednoczone również otrzymają cios, którego efekty z nawiązką zniwelują wszelkie pozytywne skutki barier handlowych.

„Nasze silne nastawienie na eksport czyni nas szczególnie podatnymi. Produkcja gospodarcza w 2027 r. będzie o prawie 1,5 punktu procentowego niższa od prognozowanej […]. Wbrew temu, co ogłosił rząd (USA – red.), konsekwencje ceł dla USA powinny być negatywne. Utrata siły nabywczej i wzrost kosztów pośrednich nakładów przeważą nad wszelkimi przewagami konkurencyjnymi przemysłu USA” – powiedział Nagel.

Co ciekawe, modele Bundesbanku „rozjeżdżają się” przy ocenie skutków ceł. Jeden z nich zakłada niewielki wpływ na gospodarkę Niemiec, podczas gdy inny przewiduje duży wzrost presji cenowej, ponieważ cła odwetowe zostałyby przerzucone na konsumentów, a słabe euro obciążyłoby koszty importu.

Fabio Panetta, szef włoskiego banku centralnego, również stwierdził, że USA poniosą wskutek wprowadzenia „ceł Trumpa” duże straty. Skonstatował, że gdyby wszystkie cła, o których wspomniał Trump, zostały wdrożone, a następnie podjęto by środki odwetowe, globalny wzrost PKB spadłby o 1,5 punktu procentowego, a gospodarka USA poniosłaby stratę w wysokości 2 punktów procentowych. Jak dodał, największym ryzykiem byłoby to, że chińskie firmy wykluczone z rynku amerykańskiego poszukałyby nowych rynków zbytu i mogłyby wyprzeć europejskich producentów.

isbiznes.pl


Rzecz jasna — pustki w kasie to jest duży problem w kampanii. Ale same pieniądze to nie wszystko. Widać wyraźnie, że Karol Nawrocki nie jest zwierzęciem politycznym i nie wywołuje dużych emocji wyborców. Czy to zaskoczenie? Nie. Po prostu to kolejny dowód na to, że Kaczyński postawił na prezesa IPN w ciemno, bez sprawdzenia, czy to odpowiedni kandydat. Całe doświadczenie polityczne Nawrockiego to kandydowanie do rady gdańskiej dzielnicy Siedlce. W tym sensie kampania prezydencka to naprawdę niespotykanie wysokie progi. Wśród głównych kandydatów nie ma nikogo, kto byłby aż tak niedoświadczony politycznie.

Oczywiście, Nawrocki funkcjonował w obozie PiS — wszystkie jego kolejne awanse w Muzeum II Wojny Światowej i IPN to efekt związków z Nowogrodzką.

No, ale jeśli przyjąć takie kryteria, to na prezydenta bardziej nadawała się Julia Przyłębska. Ona też zrobiła karierę tylko dzięki PiS, ale przynajmniej była politycznie skuteczna — potrafiła omotać prezesa i rozgrywać samodzielne gierki wewnątrz partii. A Nawrocki latami był po prostu politycznym lokajem PiS, bez wpływu na politykę partii. Czy Kaczyński mógł wierzyć, że zrobi z lokaja kampanijną bestię? Nie mógł.

Więc dlaczego Nawrocki? Bo Kaczyński wciąż liczy na to, że będzie mieć w Pałacu Prezydenckim marionetkę. Gdyby Nawrocki wygrał, PiS zyskałby lojalnego prezydenta, który nie będzie stwarzać żadnych problemów w realizacji planów prezesa. Jednak jeśli Nawrocki przegra, Kaczyński nie musi się martwić, że zacznie domagać się podziału wpływów w partii, jak to mogłoby się zdarzyć, gdyby wystawił jakiegokolwiek znanego polityka z wewnątrz PiS.

Kaczyński doskonale rozumie, że kandydat prezydencki PiS mimo porażki może stać się jednym z najpopularniejszych polityków w kraju — ma szanse zdobyć 7-8 milionów głosów, a może nawet więcej. Taki wynik sprawiłby, że ów przegrany kandydat mógłby się stać kluczową postacią, której nie można zignorować w partyjnej hierarchii. A Kaczyński miejscem na szczycie hierarchii PiS dzielić się nie zamierza. Dlatego stawia na Nawrockiego.

Mówiąc wprost — Nawrocki, w przeciwieństwie do innych potencjalnych kandydatów PiS, nigdy nie stanie się zagrożeniem dla pozycji Kaczyńskiego, bo jest w partii po prostu nikim i nikt za nim nie stanie, nawet jeśli zdobędzie miliony głosów. W tym sensie Kaczyński postawił na Nawrockiego nie dlatego, że widzi w nim idealnego kandydata na prezydenta, lecz z obawy o własną pozycję w partii.

Kampania brutalnie weryfikuje tak wąsko zarysowane cele prezesa. Okazuje się, że Nawrocki to postać jednowymiarowa – jego jedyną pasją są bicepsy. W sytuacjach wymagających doświadczenia politycznego czy dyplomatycznego wypada blado, a gdy sztab przygotuje mu wypowiedzi, to często kończy się problemami, bo nie potrafi ich precyzyjnie przytoczyć.

Najgłośniejszy przykład z ostatnich dni — miał mówić o tym, jak Unia Europejska przez lata, paktując z Putinem i kupując od niego gaz, mimowolnie finansowała rosyjskie zbrojenia. Zamiast tego palnął o "decyzjach elit europejskich", które "przyniosły nam wojnę i atak Federacji Rosyjskiej na Ukrainę".

onet.pl

niedziela, 23 lutego 2025



Służba prasowa Alaksandra Łukaszenki opublikowała na Telegramie nagranie, na którym skomentował on rosyjsko-amerykańskie rozmowy w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie. Miało to miejsce podczas wizytacji kołchozu we wsi Szypiany w obwodzie mińskim. Państwowa agencja informacyjna BiełTA zilustrowała jego wypowiedź zdjęciami w stodole.

- Widzicie, jak zmienia się sytuacja polityczna, która zdominowała gospodarkę w związku z polityką USA i tak dalej. Ale nie należy się cieszyć. Nie wiemy, czego chcą USA. Mówię to dlatego, że jestem całkowicie zanurzony w tej kwestii. Nie wiemy, czego zażądają od Rosjan za zatrzymanie wojny. Wydaje mi się, że spróbują konfrontować Rosjan z Chińczykami. A Rosjanie nie mogą do tego dopuścić - powiedział urzędnikom obwodu mińskiego.

belsat.eu


Pierwsze posunięcia Trumpa w polityce zagranicznej — zwłaszcza w odniesieniu do wojny w Ukrainie i stosunków z Moskwą — wywołały wstrząs w całej Europie. Jednak sprawiły one również, że rosyjscy urzędnicy, dyplomaci, powiązani z państwem biznesmeni i propagandziści starają się nadać sens zmieniającej się rzeczywistości, jak zdradziło kilka źródeł przyznało portalowi The Moscow Times.

Nigdzie ten wstrząs nie jest bardziej widoczny niż w szeregach kontrolowanych przez Kreml mediów, które przez lata przedstawiały USA jako głównego przeciwnika Rosji. W miarę jak Trump szuka dialogu z Moskwą i otwarcie krytykuje prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, rosyjscy urzędnicy spieszą się z dostosowaniem przekazu mediów państwowych, powiedzieli dwaj rządowi insiderzy.

— Światopogląd, który skrupulatnie budowaliśmy przez lata, ogromnym kosztem, jest teraz rozbity — powiedział jeden z kremlowskich insiderów zaangażowanych w planowanie ideologiczne. — To było genialnie proste: Waszyngton był wrogiem. Europa była jego posłusznym satelitą, pozbawionym agencji, działającym wyłącznie na amerykańskie rozkazy — dodał.

Przez prawie dwie dekady prezydent Władimir Putin i jego najbliżsi powiernicy, w tym Nikołaj Patruszew, Siergiej Ławrow i Siergiej Szojgu, argumentowali, że konflikty w Rosji zostały wywołane przez Waszyngton, a europejscy przywódcy zerwali więzi z Moskwą pod amerykańskim przymusem.

Jednak zaloty Trumpa do Moskwy odwróciły sytuację. Podczas gdy jego administracja zainicjowała dialog z Rosją, europejscy przywódcy nadal wspierają Ukrainę, zaprzeczając wieloletniej propagandzie Kremla, która przedstawiała kontynent jako przedłużenie wpływów USA.

Oznaki tej ideologicznej zmiany pojawiają się w rosyjskich mediach. Podczas transmisji w czasie największej oglądalności w państwowej sieci Rossija 1, gdzie gospodarze podkreślali narastającą krytykę Zełenskiego ze strony Waszyngtonu, jeden z ekspertów nieoczekiwanie przyznał:

"Chciałbym powiedzieć w telewizji federalnej, że oczywiście idea jakiegoś monolitycznego anglosaskiego spisku odpowiedzialnego za wszystkie nasze kłopoty okazała się nieprzekonująca i nieproduktywna" — powiedział Jewgienij Minczenko, strateg polityczny związany z Kremlem. "Mówiłem to wiele razy".

Od czasu aneksji Krymu przez Rosję i jej hybrydowej inwazji na wschodnią Ukrainę w 2014 r., antyamerykańskie nastroje stały się podstawą dyskursu publicznego, a samochody z naklejkami na zderzakach z napisem "Obama to swołocz" [ОБАМА — ЧМО]" były częstym widokiem w Moskwie. Później telewizja państwowa otwarcie kpiła z prezydenta Joego Bidena.

Teraz jednak Kreml wydał surowe rozkazy państwowym mediom i urzędnikom, aby unikali jakichkolwiek obraźliwych gestów wobec nowego prezydenta USA.

W tym tygodniu, w południowym mieście Stawropol, ustawodawcy z rządzącej partii Jedna Rosja nakazano usunięcie wycieraczki z twarzą Trumpa sprzed jego biura. Deputowany, weteran rosyjskiej inwazji na Ukrainę, przyznał później, że musiał się podporządkować ze względu na "zmiany w ogólnej pozycji zespołu".

Pozorna deeskalacja napięć z USA wywołała mieszane reakcje wśród rosyjskiej elity politycznej i biznesowej. Niektórzy oczekują, że prezydentura Trumpa przyniesie namacalne zmiany i otworzy możliwości gospodarcze.

W moim kręgu ludzie w większości to kupili [wiarę w prawdziwe pojednanie]. Wszyscy są zmęczeni wojną. Uważają, że Putin wygrał. Trump też na tym korzysta — jest biznesmenem, zawiera umowy. Europa się nie dostosowała — powiedział starszy dyrektor w dużej korporacji powiązanej z państwem.

— Niektórzy z moich znajomych już po cichu odkurzają swoje wizy i karty Mastercard, mając nadzieję, że sankcje zostaną zniesione i pojawią się nowe możliwości — powiedział były wysoki rangą rosyjski urzędnik w sektorze bankowym.

Jednak wiele osób pozostaje sceptycznych co do tego, czy Waszyngton przyjmie postawę współpracy. — Odwilż jest dobra. Napięcia z Europą i Ukrainą są złe. Musimy negocjować ze wszystkimi — powiedział były urzędnik Kremla.

Podobnie podzielone są opinie wśród dyplomatów i decydentów.

— Nasza społeczność jest podzielona. Niektórzy mówią: "Nie wierz w to, nic z tego nie wyjdzie. To wszystko cyrk — Trump nie podejmuje prawdziwych decyzji, robi to państwo w państwie" — powiedział rosyjski dyplomata. — Ale są też entuzjaści, którzy zawsze mieli nadzieję na coś takiego — dodaje.

— Trump jest utalentowanym aktorem i mistrzem strategii. Wciąga nas w długo planowany scenariusz mający na celu oszołomienie, a następnie osłabienie i podporządkowanie sobie Rosji. Intrygi USA, NATO i UE są częścią skoordynowanej polityki. Nie możemy im ufać — musimy nadal realizować własne interesy — ostrzegł inny rosyjski dyplomata.

onet.pl/The Moscow Times


Dobiega końca trzeci rok wojny, na którą nikt nie był gotowy. Nie była na nią gotowa Ukraina, mimo że po 2014 roku liczyła się z rosyjską agresją na znacznie większą skalę. Ukraińcy włożyli wiele wysiłku w przebudowę sił zbrojnych, które w czasie aneksji Krymu i secesji Donbasu nie były zdolne wysłać do walki więcej niż trzy tysiące żołnierzy. W 2022 roku Ukraińcy dysponowali ponad 200-tysięczną (etatowo 250 tysięcy) zawodową armią, złożoną w większości z dobrze wyszkolonych i świetnie dowodzonych weteranów operacji antyterrorystycznej (ATO w Donbasie) oraz około 250 tysiącami wysoce zmotywowanych, posiadających doświadczenie bojowe rezerwistów. Pozwoliło to na szybkie rozbudowanie armii do poziomu pozwalającego nie tylko zatrzymać Rosjan, ale zmusić ich do odwrotu na kierunku kijowskim i charkowskim. Do armii wstąpiło również około 200-300 tysięcy zmotywowanych patriotycznie ukraińskich mężczyzn i kobiet, często nie tylko bez doświadczenia bojowego, ale nawet przeszkolenia wojskowego. Stąd przez pierwsze miesiące wojny ukraińskie siły zbrojne nie odczuwały deficytu żołnierzy, wielu ochotników po ujęciu w ewidencji odsyłano nawet do domów.

Kijów zignorował niewydolność własnego systemu mobilizacyjnego wynikającą zarówno z zaniedbań administracyjnych, jak i korupcji. Paradoksalnie, patriotyczny zryw pośrednio doprowadził do późniejszej zapaści mobilizacyjnej, ponieważ władze w Kijowie założyły, że do uzupełniania ponoszonych strat wystarczy zaciąg ochotniczy. Równocześnie tworząc zupełnie nowe brygady ukraińskie dowództwo nie było w stanie zapewnić im kadry dowódczej na poziomie „starych” jednostek zawodowych, a system szkolenia pomimo wsparcia NATO nie zapewniał właściwego przygotowania bojowego. To właśnie te jednostki ponosiły największe straty, co znajdowało zauważalny odzew w ukraińskiej przestrzeni medialnej, powodując odpływ chętnych do włożenie munduru.  Ukraińskie plany mobilizacyjne nie zakładały budowy milionowej armii, która będzie zmuszona walczyć latami z rosyjską pełnoekranową agresją. Kijów stracił bezpowrotnie czas, jaki dostał dzięki poświeceniu żołnierzy i ochotników gotowych walczyć w obronie kraju.

Paradoksalnie, również Rosjanie nie byli przygotowani do takiej wojny, chociaż ją rozpoczęli.  Przygotowywali się bowiem do wojny błyskawicznej, a nawet nie tyle do wojny, co do „specjalnej operacji wojskowej”, w założeniach podobnej do tych prowadzonych za czasów ZSRR na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Afganistanie. Rosjanie „poszli na wojnę” z całkowicie błędnymi założeniami, dotyczącymi zarówno zdolności Ukrainy do obrony, jak i skali reakcji opinii międzynarodowej, a przede wszystkim NATO. Kreml nie tylko nie docenił przeciwnika, ale i przecenił zdolności własnych sił zbrojnych.

W wyniku tego armia rosyjska w pierwszym roku wojny odniosła serię kompromitujących porażek. Ponadto Rosjanie dopuścili się zbrodni wojennych, mordując bezbronnych cywilów i rozstrzeliwując jeńców. Rosyjskie siły zbrojne wciąż odczuwały skutki kryzysu, w jakim znalazły się po upadku Związku Radzieckiego; co więcej, znalazły się w środku pełnoekranowej wojny całkowicie do niej nieprzygotowane. Przede wszystkim nie przeprowadzono rozwinięcia mobilizacyjnego, a podstawą rosyjskiej sztuki operacyjnej i doktryny - pomimo postępującego uzawodowienia - w rzeczywistości nadal była armia masowa oparta na poborze rezerwistów. Okazało się, że żołnierze rosyjscy, poza elitarnymi wojskami specjalnymi i powietrzno-desantowymi, są słabo dowodzeni, wyszkoleni i wyposażeni. Rosyjski sztab generalny nie rozwinął zabezpieczenia bojowego i logistycznego, niezbędnego do prowadzenia długotrwałego konfliktu zbrojnego. Doprowadziło to do strat osobowych liczonych w dziesiątkach tysięcy żołnierzy oraz utraty tysięcy egzemplarzy relatywne nowoczesnego sprzętu bojowego.

Paradoksalnie Rosję uratowało dziedzictwo Związku Radzieckiego. W magazynach głębokiego składowania zmagazynowano olbrzymie ilości pojazdów bojowych, które - choć często przestarzałe i w fatalnym stanie technicznym - pozwoliły nie tylko na uzupełnianie strat, ale i tworzenie nowych jednostek. Rosja odziedziczyła po ZSRR nie tylko magazyny, ale również rozbudowany system mobilizacyjny, tylko częściowo zlikwidowany podczas reform Sierdiukowa. Ogłoszona przez Kreml „częściowa mobilizacja”, choć spóźniona i fatalnie zorganizowana, zapełniła ukraińskie okopy dziesiątkami tysięcy rezerwistów. Z wysłanych wówczas w trybie przyspieszonym, więc nieprzeszkolonych i źle wyposażonych 80 tysięcy Rosjan w ciągu kilku miesięcy poległa co najmniej połowa. Ogółem powołano od 250 do 300 tysięcy mężczyzn.

Masowy napływ żołnierzy oraz szybka rozbudowa prywatnej organizacji wojskowej „Wagner” pozwoliły ustabilizować front, co z kolei dało czas na reorganizację aparatu rekrutacyjnego i przestawienie rosyjskiego przemysłu na produkcję wojenną oraz rozwinięcie systemów zabezpieczenia logistycznego – przede wszystkim materiałowego i technicznego. Rosyjscy rekruterzy skwapliwie wykorzystali kolejne składniki dziedzictwa ZSRR, mianowicie niski standard życia w republikach peryferyjnych oraz mit wielkiej wojny ojczyźnianej. Wysokie gratyfikacje za podpisanie kontraktu z wojskiem poparte narracją o obronie ojczyzny przed „faszystowskim Zachodem” oraz typowymi dla dyktatur administracyjnymi „zachętami” dają armii rosyjskiej tysiące ochotników, co w połączeniu z wielokrotnie wyższą populacją pozwala Rosji na uzupełnianie strat skuteczniej niż Ukrainie.

Skala rosyjskiego ataku oraz długotrwałość konfliktu zaskoczyła również NATO. Zachodnie rządy od trzech dekad ograniczały wydatki na własne siły zbrojne, co przekładało się zarówno na liczebność wojsk, jak i zapasy amunicji i zdolności produkcyjne, tak sprzętu, jak i środków bojowych. Paradoksalnie NATO nadal pomimo cięć budżetowych dysponujące wielokrotnie większymi zasobami finansowymi (w roku poprzedzającym rosyjską inwazję USA wydały na swoje siły zbrojne 828 miliardów dolarów, europejscy członkowie NATO 324 miliardy, natomiast Rosja 65,9 miliarda) produkowało mniej amunicji niż Rosja, a co gorsza, Sojusz nie posiadał dużych jej zapasów. Olbrzymie zapotrzebowanie Ukrainy na amunicję, przede wszystkim artyleryjską, nie zostało zaspokojone przez trzy lata wojny. Znaczący wzrost produkcji będzie odczuwalny dopiero w 2025 i 2026 roku.

Natomiast redukcja liczebności zachodnich armii oraz zakończenie misji stabilizacyjnych najpierw w Iraku, a następnie w Afganistanie sprawiły, że w wojskowych magazynach i parkach technicznych znajdowały się setki nieużywanych już pojazdów bojowych. Ponadto kilka państw przezbrajało się z pojazdów post-radzieckich na znacznie nowocześniejszy sprzęt zachodni. W związku z tym przez dwa pierwsze lata wojny Kijów otrzymał duże liczby pojazdów bojowych, co pozwalało na zaspokojenie potrzeb szybko rozrastających się ukraińskich sił zbrojnych. Jednak w znakomitej większości był to sprzęt pamiętający czasy wojny wietnamskiej lub zaprojektowany do działań przeciwpartyzanckich, a nie walki na symetrycznym polu bitwy. Dostawy pozwoliły Ukraińcom na kontynowanie obrony kraju, ale nie stworzyły przewagi technologicznej nad armią Federacji Rosyjskiej. Co prawda Ukraina otrzymała pewne ilości nowoczesnego uzbrojenia, jednak jego efektywność ograniczył kolejny paradoks, mianowicie tzw. czerwone linie. (...)

defence24.pl