piątek, 21 lutego 2025



Były polski sędzia Tomasz Szmydt wraz ze zbiegłym na Białoruś przed prawem i pożyczkodawcami spolonizowanym Włochem Davidem Carbonarem (o którym pisaliśmy), przeprowadzili na antenie Międzynarodowego Radia Białoruś wywiad z kontrowersyjnym byłym duchownym Jackiem Międlarem. Autor m.in. książki “Polska w cieniu Żydostwa” stawał wielokrotnie przed sądem za słowne ataki na Żydów i homoseksualistów. 

Od dłuższego czasu - akurat wtedy, gdy Ukraina mierzy się z rosyjską agresją - były ksiądz poświęca swój czas na studiowanie rzezi wołyńskiej i kwestii “banderyzmu” na Ukrainie. 

Nie wchodząc w szczegóły, bo Międlar sypie nimi jak z rękawa, najciekawsza wydaje się tu jego teza, że ukraiński “banderyzm” jest pielęgnowany przez “Anglosasów”, którzy chcą go wykorzystać do zwalczania Rosji. “Anglosasi” to określenie używane na masową skalę przez kremlowską propagandę i wcale nie dziwi, że Szmydt szczegółowo dopytywał o ten wątek.

Ku zadowoleniu prowadzących Międlar sprowadzał całą historię polsko-ukraińskich relacji do zbrodni popełnianych przez Ukraińców na Polakach. I wyrażał przekonanie, że w rzeczywistości ten zbrodniczy charakter i nienawiść do Polaków są wśród nich zakorzenione. Mówił to w kontekście obecności w Polsce milionów Ukraińców, którzy mają sprowadzić nieszczęście na nasz kraj.

Na koniec Międlar został zapytany przez Szmydta o zatrzymanie go ABW w grudniu 2019 roku. Negatywnie wypowiadał się w tym kontekście o ówczesnym szefie MSWiA Mariuszu Kamińskim, a ciepłe słowa znajdował dla ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który, jak twierdził, miał interweniować w jego sprawie, przenosząc w inne miejsce zajmującą się śledztwem prokurator.

Prowadzący audycję wyrazili nadzieję, że rozmowa z Jackiem Międlarem nie będzie ostatnią i pozwolili mu reklamować na antenie swoje produkcje.

pl.belsat.eu


Netanjahu do Białego Domu przyjechał bardziej jako klient niż partner, ale został potraktowany jako klient-VIP i obrzucony upominkami premium. Natomiast zupełnie inaczej sytuacja wyglądała z Abdullahem II i Sisim (który po przeczołganiu Abdullaha II w Gabinecie Owalnym przez Trumpa odwołał swój przyjazd). Tu Trump wyszedł z założenia, że skoro daje im pieniądze (a pomoc do Egiptu wyjątkowo nie została zawieszona) to mają robić co im każe i w ogóle to „ruki po szwam”. Reszta na Bliskim Wschodzie dzieli się na bogatych (więc istotnych), biednych (więc nieważnych) oraz Iran i innych trouble-makerów. W tej pierwszej kategorii jest przede wszystkim Arabia Saudyjska, która nieprzypadkowo została wybrana na miejsce rozmów USA-Rosja. I choć Trump nie spotkał się jeszcze z MBS-em to wiele wskazuje na to, że to właśnie do Arabii Saudyjskiej uda się w swą pierwszą podróż (która zapewne obejmie też Izrael) w celu spotkania z Putinem. Królestwo to zajmuje centralne miejsce w planach Trumpa również ze względów prywatnych, nie jest bowiem tajemnicą, że MBS zainwestował w 2021 r. 2 mld dolarów w firmę Jareda Kushnera robiąca interesy w Izraelu. MBS obiecał też już inwestycje warte 600 mld USD w USA. Tyle, że wszystko potyka się o sprawę palestyńską, a pomysł Trumpa na Gazę jest z perspektywy saudyjskiej nierealistyczny i grozi zbyt poważnymi problemami w regionie by MBS skłonny był go zaakceptować. A Netanjahu wpadł w taki entuzjazm, że ciężko go powstrzymać (Rubio zresztą nie miał takiego zamiaru, natomiast senatorowie już tak).

Współpraca izraelsko-saudyjska jest też Trumpowi potrzebna do kontrowania Iranu, a także ze względu na projekty tranzytowe. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię to związane jest to z projektem szlaku tranzytowego łączącego Indie z Morzem Śródziemnym i omijającym zarówno Iran jak i Turcję, który miałby być konkurencją dla chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku, a jednocześnie konsolidować współpracę indyjsko-izraelską i indyjsko-arabską, a przede wszystkim indyjsko-amerykańską. Kluczową rolę w tym projekcie odgrywają Zjednoczone Emiraty Arabskie, które w planach Trumpa zajmują ważne miejsce, choć nie aż tak jak Arabia Saudyjska. Trzecim istotnym partnerem Trumpa na Bliskim Wschodzie jest Katar (tam co prawda Rubio nie pojechał, ale Trump wysłał Witkoffa), który dla Trumpa jest sprawdzonym kanałem negocjacji z „trouble-makerami”. W tej kategorii Trump widzi z grubsza trzy podmioty: dżihadystów, Palestynę i Iran. Z tymi pierwszymi w wizji Trumpa sprawa jest prosta: „go to hell!”. 16 lutego tak właśnie zrobiono z jednym z liderów afiliowanej przy Al Kaidzie syryjskiej organizacji Hurras ad-Din (wyeliminowany poprzez uderzenie precyzyjne w prowincji Idlib). Jeżeli chodzi o Palestynę to w wizji Trumpa jeśli Palestyńczycy dostaną nowe domy na Synaju i w Jordanii (a Sisi z Abdullahem nie mają nic do gadania, bo przecież dostają kasę) to zapomną o Palestynie i wszyscy będą zadowoleni (co jest dość naiwnym i mało realistycznym założeniem). Natomiast Iranowi Trump postanowił pokazać kij (perspektywa nalotów na instalacje atomowe) i marchewkę (kwitnąca gospodarka uszczęśliwiająca i naród i reżim) i był pewien, że logiczny wybór jest tylko jeden: marchewka i bezpośrednie negocjacje Iran – USA. Tyle, że Iran podszedł do tego zupełnie inaczej. Palestyńczycy zresztą też.

Jeśli chodzi o Bliski Wschód to warto też zwrócić uwagę, że od inauguracji nie doszło do żadnej poważnej interakcji między nową administracją USA a Turcją, mimo że po upadku Assada rola Turcji w regionie wzrosła. Choć wcześniej pojawiały się spekulacje, że Trump będzie bardziej przyjazny wobec Erdogana niż Biden, to problem tkwi w tym, że Turcja nie ma zbyt wiele do zaoferowania USA i dlatego została pominięta w rozmowach o Bliskim Wschodzie oraz o Ukrainie. Poza tym napięte relacje między Izraelem a Turcją ewidentnie skłaniają Trumpa i jego ekipę do utrzymania wsparcia dla syryjskich Kurdów (za czym lobbuje Izrael). W dodatku w ekipie Trumpa sporo jest osób, które w przeszłości ostro krytykowały Turcję z pozycji chrześcijańskich i za wspieranie dzihadystów (np. Pete Hegseth czy Tulsi Gabbard). Trudno powiedzieć czy Erdogan zdoła jakoś przekonać do siebie Trumpa, ale póki co znamienne było to, że w chwili gdy w Białym Domu Trump gościł premiera Indii Narendę Modiego to Erdogan udał się do Pakistanu. Trump i jego ekipa, w przeciwieństwie do Europejczyków, nie zamierza się też śpieszyć z podejmowaniem decyzji w sprawie Syrii, a delegacja USA odmówiła podpisania deklaracji w sprawie odbudowy Syrii, przyjętej na konferencji zwołanej przez Macrona do Paryża. Warto jeszcze dodać, że formalnie drugim po Netanjahu gościem w Białym Domu był armeński premier Nikol Paszynian, choć spotkał się z nim tylko Vance, a nie Trump. Spotkanie z Trumpem nie było w ogóle planowane i nie mogłoby się odbyć, gdyż zaburzyłoby logikę hierarchii interesów, ale jednocześnie fakt, że Trump zlecił Vance’owi przyjęcie Paszyniana (co dla armeńskiego lidera było niezwykle ważne) pokazał, że USA nie zamierzają odpuszczać Armenii.

(...)

Jednocześnie, gdy w Monachium Vance oskarżał Europę o odejście od wartości na rzecz ideologii woke Trump zaprosił do Białego Domu premiera Wielkiej Brytanii Keir Starmera. Doszło do tego zresztą w sposób dość osobliwy, gdyż Trump wysłał swojego przedstawiciela Marka Burnetta, a następnie zadzwonił do niego w czasie obiadu z brytyjskim premierem i ten przekazał komórkę Starmerowi. Warto dodać, że wcześniej Elon Musk zorganizował na X całą kampanię bezpardonowych ataków na Starmera, opartych na oskarżeniach o tolerowanie muzułmańskich gangów pedofili i gwałcicieli. Starmer, wcześniej nie ukrywający swej niechęci do Trumpa, znalazł się jednak pod ścianą z sondażami lecącymi mu na łeb na szyję. Gdy Musk solidnie przetrzepał go kijem, Trump znienacka rzucił gałązką oliwną, stwierdzając, że bardzo lubi Starmera i robi on „dobrą robotę”. Wydaje się przy tym, że Trump bardziej chce z nim rozmawiać o Pacyfiku, a nie o Europie, Rosji i Ukrainie.

Sama Europa została celowo zepchnięta na plan dalszy w tym dyplomatycznym schemacie. Trump czuje bowiem jej słabość, więc postanowił solidnie zdzielić ją kijem. I takie właśnie było zadanie Vance’a i Hegsetha. Trump zresztą ma świadomość, że część zbesztanych liderów chwieje się na swych stołkach i dlatego też Vance demonstracyjnie odmówił spotkania z Scholtzem. Z drugiej strony Trump i tak ma z kim rozmawiać w Europie, a nadzwyczajne spotkanie przywódców europejskich w Paryżu zakończyło się niczym. Jednym z kluczowych krajów w trumpowskiej wizji Europy jest przy tym Polska, o czym świadczyło wysłanie Hegsetha do Warszawy. Faktem jest, że ta wizyta nie przyniosła żadnych konkretów, ale chodziło tu o pewną demonstrację i wpisywało się to w schemat spotkań Trumpa i jego przedstawicieli (w którym nie ma nic przypadkowego i chaotycznego). Zresztą zaraz za Hegsethem w Warszawie pojawił się jeszcze Kellogg, który, będąc specjalnym przedstawicielem ds. Rosji i Ukrainy, zamiast na rozmowy z Rosjanami w Rijadzie (powierzone doświadczonemu Rubio) przyjechał do nas. I ani Kellogg ani Hegseth nie uczynili sobie z Polski stop-overa w drodze do Kijowa, jak to było często w zwyczaju za poprzedniej ekipy w Białym Domu. Zadaniem Kellogga było przy tym złagodzenie tego co było wcześniej mówione w Brukseli i Monachium. Trump w ten sposób wskazuje, że Polska odgrywa ogromną rolę w jego planach.

defence24.pl


Na to, co się dziś dzieje między USA a Rosją, nie warto reagować polskim odruchem warunkowym: Hitler-Stalin-Monachium-Jałta-rosyjskie wojska w Warszawie. Historyczne skojarzenia, które ostatnio wyskakują nam z lodówki, nie służą rozumieniu, tylko raczej zaciemniają obraz, a przede wszystkim są wyrazem bezradności. Powinno się napisać: „Nie wiem, co będzie, sytuacja zrobiła się nieprzewidywalna", ale żeby przykryć tę bezradność, to pisze się: „Drugie Monachium i druga Jałta". Odkładaj takie rzeczy na bok, nie czytaj i się nimi nie zajmuj.

Warto sobie zafundować detoks od tzw. mediów tożsamościowych (po obu stronach), czyli tych, gdzie z góry wiadomo, że Trump to Hitler, ewentualnie Trump to mesjasz. Będziecie tam zalewani skrajnymi interpretacjami, mózgi wam się zlasują, w jednym kramiku każda trumpowa brednia będzie rozdmuchiwana do rozmiarów słonia, w drugim ta sama brednia będzie na wszystkie strony usprawiedliwiana. W sytuacji, kiedy niemal każdy „normals" pod naszą szerokością geograficzną zastawia się: „Wejdą, nie wejdą, a jeśli wejdą, to kiedy?", taka dodatkowa dawka skrajnych interpretacji może tylko wpędzić w depresję. Już lepiej, jeśli nic nie będziecie czytać, niż jeśli panicznie będziecie śledzić każdy wykwit naszej publicystyki. Punktowo warto wybrać kilku spokojniejszych autorów, ja oczywiście polecam wszelkiej maści symetrystów, jak Jurasz czy Magierowski, ale nazwisk jest sporo, tylko trzeba poszperać.

Trump jest mistrzem robienia szumu w mediach i zwracania na siebie uwagi. Właśnie o to mu chodzi, żeby elity amerykańskie i europejskie jęczały ze zgrozy, bo to go buduje. Jego słowa należy traktować jak spektakl, cyrk, kuglarskie sztuczki obliczone na wywołanie emocji i wrzasków na widowni (nie tylko oklasków). Chamskie zagrywki wobec Zełenskiego (który zresztą głupio na nie reaguje) mogą rzeczywiście przerażać, ale niespecjalnie warto je z pełnym namaszczeniem analizować. Podobnie rzecz się ma z bredniami Trumpa - „Ukraina sama wywołała wojnę", „Putinowi można wierzyć, że chce pokoju" - jutro powie coś przeciwnego, a pojutrze coś jeszcze innego, nawet nie będzie pamiętał. Liczy się nieustanny szum i ruch w interesie. To nie tylko jego sposób działania, ale po prostu natura mediów społecznościowych i współczesnej komunikacji. Trump ma ją w małym palcu.

Dawniej należałoby dodać: „No ale jednak to, co mówi prezydent USA, ma znaczenie, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że bredzi i zmienia zdanie". Owszem, kiedyś miałoby to znaczenie, dziś - umiarkowane. Wszyscy się przyzwyczaili do mediów społecznościowych, shitstormów, które trwają trzy godziny i nic z nich nie zostaje. Waga głupich odzywek Trumpa w przestrzeni międzynarodowej jest inna, niż byłaby dekadę temu, to nie znaczy, że żadna, ale jednak dużo mniejsza. Chlapnięcie bredni, która kiedyś zakończyłaby karierę tego czy innego polityka, dziś wywołuje sztorm może nawet bardziej gwałtowny, ale tylko chwilowy, po czym nikt nic nie pamięta, nikt tak do końca nie traktuje niczego poważnie, może to powiedział, może nie powiedział, a może to były tylko jakieś jaja i deepfejki, zresztą już po godzinie mamy coś nowego. Jak ktoś już totalnie przesadzi, to najwyżej może skasować tłita i sprawa załatwiona - taka mniej więcej jest dziś waga słów w polityce, nawet tych wygłaszanych przez prezydentów i premierów.

(...)

W niemal każdej chamskiej lub fejkowej opinii na temat Ukrainy czy Zełenskiego, Trump wspomina o Bidenie. Widać tu czystą obsesję, wszystko jest winą Bidena, to przez niego wybuchła wojna. Te toksyczne emocje Trumpa - świadczące o jego złym charakterze, ale to przecież nic nowego - są widoczne jak na dłoni (w słowotoku Trumpa da się zwykle znaleźć ziarno prawdy, bo faktycznie Biden nie miał pomysłu na rozstrzygnięcie wojny, poza dawaniem Ukrainie kroplówki). Nienawiść Trumpa do Bidena definiuje obecnie dużą część jego narracji na temat Ukrainy, miejmy nadzieję, że ta emocja w końcu się wypali.

Putin wcale nie wygrał - i taki jest szerszy kontekst, o którym często się zapomina - ponieważ nie chapnął Ukrainy, nie zrealizował swoich głównych założeń z 2022 roku. Ukraina zachowała niepodległość oraz - przy okazji wojny - stała się skrajnie antyrosyjska. Zainstalowanie w Kijowie jakiegoś nowego Janukowycza jest obecnie mało prawdopodobne. Putin ma przy granicy wściekłe, niepodległe i nauczone bitki państwo z potężną armią, najsilniejszą w Europie. Tego nie zmieni nawet niekorzystny dla Ukrainy traktat pokojowy. Jeśli Putin dostanie w ramach „wspaniałego pięknego dealu" jakieś cymesy i przy okazji pięć lat na wzmocnienie sił, tak samo dostanie te lata na wzmocnienie Ukraina. Europa nie zrezygnuje ze wspomagania Ukrainy, pieniądze się znajdą, skoro nawet Niemcy chcą nareszcie wyjąć wydatki wojskowe z procedury nadmiernego deficytu, wojsko ukraińskie się nie zwinie i nadal będzie wiązać główne siły rosyjskie.

Wszystko, co robi obecnie polski rząd na arenie międzynarodowej jest kompletnie nieistotne i nieskuteczne z prostego powodu: nasza polityka zagraniczna w stu procentach podporządkowana została kampanii Trzaskowskiego. Platforma aż do wyborów prezydenckich nie zrobi nic dla polskiej racji stanu, choćby się waliło i paliło, chyba że przypadkowo dobro Trzaskowskiego z polską racją stanu będzie akurat tożsame. Wszelkie decyzje w sprawie Ukrainy są obecnie wykładnią polityki wewnętrznej, chyba żaden inny rząd w Europie nie robi tego tak bezwstydnie, nawet jeśli ma na horyzoncie wybory. Odmowa Tuska jakiejkolwiek rozmowy z Macronem na temat wysłania choćby garstki polskich żołnierzy w ramach europejskiej misji stabilizacyjnej to również wkład w kampanię Trzaskowskiego, podobnie jak ściemnianie, że „nikt nas o to nie prosił", skoro właśnie prosił i to kilkukrotnie (Amerykanie i Macron). Władza nam kłamie w żywe oczy z powodu zbliżających się wyborów, dokładnie tak samo, jak kłamała poprzednia w innych ważnych sprawach, warto to wiedzieć i rozumieć, zamiast się oburzać.

Symetrycznie jest po drugiej stronie: pisowskie donosy na polski rząd do Trumpa (te wszystkie obleśne tłity po angielsku, że oto - uprzejmie donoszę - Sikorski powiedział to czy tamto, obrażajo pana, panie Trump, olaboga!) to z kolei wsad w kampanię Nawrockiego. PiS bardzo liczy, że Trump zrobi coś, co pozwoli wygrać Nawrockiemu wybory, nie wiem, na jakiej podstawie, ale takie są tam marzenia. Słuchanie opozycji też sobie darujcie, oni również myślą jedynie o własnej partii i wyniku Nawrockiego, a „Dobropolski" musi poczekać, aż się to w maju przewali.

Każdy - podkreślam KAŻDY - kto dokłada teraz do pieca, obiektywnie służy Rosji. Nigdy dość przypominania tej prawdy. Rosyjskim planem dla Polski - i wynika to wprost z zadań komórki ds. polskich w FSB - jest podkręcanie polaryzacji politycznej. Rosji wszystko jedno, czy rządzi tu PO czy PiS, ważne, żeby się brali za łby i oskarżali o zdradę stanu oraz prorosyjskość. Rosyjskie trolle rano pracują na rzecz uskrajniania wyborcy PiS-u, po południu na rzecz eskalacji poglądów wyborcy PO, wieczorem z kolei podbechtują wielbicieli Konfy, są wśród "Silnych Razem" i „Klubów Gazety Polskiej", bowiem miłe jest im każde sfanatyzowane środowisko. Za każdym więc razem - szanowny czytelniku - kiedy polscy politycy i publicyści oskarżają drugą stronę o wszystko, co najgorsze, zdradę, onucowatość, agenturalność, Targowicę, wiedz, że ktoś dokłada się do osłabiania twojej ojczyzny. Zapamiętaj tę zasadę: kto najgłośniej wrzeszczy, że ci drudzy to agenci i trzeba ich powsadzać, właśnie ten agent. Omijaj, nie czytaj, bojkotuj. 

gazeta.pl

czwartek, 20 lutego 2025



Rosjanie kontynuują natarcie na skrzydłach aglomeracji pokrowskiej. Po wielotygodniowych walkach udało im się opanować teren węzła komunikacyjnego na głównej drodze z Pokrowska do Konstantynówki. Znacznie poszerzyli też kontrolowany obszar na północny wschód od niego. Po kilkudniowej przerwie wznowili także działania w okolicach Wełykiej Nowosiłki, uzyskując powodzenie na zachód od niej. Według części źródeł wyprowadzili również natarcie sondujące w kierunku Konstantynówki od strony zajętego wcześniej Torećka. Uderzenie na Ułakły na zachód od Kurachowego przyspieszyło likwidację worka, w którym utrzymywały się siły ukraińskie. Obrońcy w większości wycofali się na zachód, a ich ostatni ośrodek oporu w tym rejonie stanowi znajdujący się w oskrzydleniu węzłowy Kostiantynopil.

Dalsze postępy terenowe agresor poczynił w Czasiw Jarze oraz w okolicach przyczółków na prawych brzegach rzek Żerebeć na kierunku Łymanu i Oskoł na północ od Kupiańska. Wyprowadzane z węzłowej Dworicznej natarcia w trzech kierunkach skutkowały znaczącym poszerzeniem przyczółku za Oskołem, wciąż jednak zajmowany przez najeźdźców teren jest zbyt mały, by zapewnić stabilną przeprawę przez rzekę większych sił. Na północny wschód od obecnego przyczółku na prawym brzegu stworzyli oni następny, w rejonie wsi Topoli. W obwodzie kurskim wojska rosyjskie odzyskały Swierdlikowo – ostatnią miejscowość przed Sudżą na drodze wiodącej do tego miasta z północnego zachodu.

(...)

14 lutego dron agresora uderzył w niedziałający czwarty blok elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Według głównego inżyniera przebił zamontowaną w 2019 r. Nową Bezpieczną Powłokę i eksplodował wewnątrz, a bariera mająca zapobiegać rozprzestrzenianiu się substancji radioaktywnych przestała funkcjonować. Najeźdźcy mieli zastosować bezzałogowiec Shahed/Gerań w zmodernizowanej wersji. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej oznajmiła, że nie doszło do wycieku niebezpiecznych substancji ani zwiększenia poziomu promieniowania.

Dwa dni później rosyjskie drony poważnie uszkodziły elektrownię cieplną w Mikołajowie. Miało dojść do zniszczenia instalacji odpowiedzialnych za generację energii elektrycznej. Ogrzewanie miasta przywrócono następnej doby. Innymi celami rakiet bądź dronów agresora były m.in. Krzywy Róg (11 lutego), Sumy (13 lutego) i Charków (dwukrotnie 17 lutego), a uszkodzenie obiektów infrastruktury krytycznej zgłaszano w obwodach czernihowskim i mikołajowskim (12 lutego). W rezultacie ataku 17 lutego nastąpiło awaryjne odłączenie dostaw energii w Kijowie oraz obwodach kijowskim i dniepropetrowskim. Od wieczora 11 lutego do rana 18 lutego najeźdźcy użyli łącznie 932 bezzałogowców – ustanowili w ten sposób kolejny rekord po tym zanotowanym tydzień wcześniej, kiedy wykorzystali ich 790. Według obrońców strącone zostały 543 bezzałogowce, a lokacyjnie utracono 359. Rosjanie mieli także użyć 19 rakiet, z których zestrzelono sześć (wszystkie nad Kijowem).

W rezultacie ataku ukraińskich dronów 17 lutego na przepompownię Kropotkinskaja w Kraju Krasnodarskim przejściowo odcięto dostawy kazachskiej ropy naftowej na Zachód. Celem była również rafineria Ilska, brakuje jednak potwierdzenia, by uderzenie wywołało znaczące szkody.

(...)

12 lutego doszło do 26. spotkania grupy kontaktowej państw wspierających wojskowo Ukrainę w formacie Ramstein. Sekretarz obrony Wielkiej Brytanii John Healey oznajmił, że z planowanych w 2025 r. 4,5 mld funtów dla Kijowa w nowym pakiecie na czołgi i bojowe wozy opancerzone (ok. 50 sztuk, w tym czołgi T-72; mają dotrzeć na front „do końca wiosny”), artylerię, rakiety powietrze–powietrze oraz remont wcześniej przekazanego uzbrojenia wydanych zostanie 150 mln funtów. Delegacja niemiecka powiadomiła, że w najbliższym czasie Ukraina otrzyma ok. 100 rakiet do systemów IRIS-T, a minister obrony Holandii Ruben Brekelmans poinformował o 25 transporterach gąsienicowych YPR w wersji ewakuacji medycznej. Następnego dnia Ministerstwo Obrony Norwegii potwierdziło dostarczenie armii ukraińskiej środków obrony powietrznej o wartości 107 mln dolarów z 2 mld dolarów przeznaczonych na wsparcie wojskowe w 2025 r. Norwegia przystąpiła także do „koalicji dronów” i przekazała na realizowane w jej ramach projekty 50 mln dolarów.

17 lutego Urząd Kanclerski ogłosił nowy pakiet wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Znalazły się w nim m.in. cztery haubice samobieżne Zuzana 2 produkcji słowackiej, 56 samochodów opancerzonych MRAP, amunicja do wozów bojowych, 50 tys. sztuk pocisków artyleryjskich 155 mm i 2 tys. pocisków 122 mm, rakiety do systemów obrony powietrznej IRIS-T, drony rozpoznawcze (245 RQ-35, 51 Vector, 29 Songbird i 14 Hornet), 300 sztuk amunicji krążącej HF-1 oraz broń strzelecka z 60 mln nabojów.

osw.waw.pl


Putin poinstruował swoich wysłanników, aby "zademonstrowali najbardziej przyjazne i, w niektórych aspektach, komplementarne podejście do swoich amerykańskich odpowiedników i prezydenta Donalda Trumpa osobiście", aby uzyskać maksymalne korzyści z nadchodzącego szczytu, powiedziało rosyjskie źródło dyplomatyczne The Moscow Times.

(...)

Jednak miliarder Roman Abramowicz, który był wcześniej zaangażowany w rozmowy pokojowe w 2022 r., tym razem raczej nie odegra żadnej roli, podały źródła. — Siłą [Abramowicza] był jego bezpośredni dostęp zarówno do Putina, jak i Wołodymyra Zełenskiego, ale Kreml nie jest już zainteresowany współpracą z ukraińskim prezydentem — powiedział rosyjski urzędnik.

(...)

The Moscow Times rozmawiał z kilkoma rosyjskimi urzędnikami i dyplomatami, aby uzyskać wgląd w cele i oczekiwania Kremla wobec Trumpa. Kreml uważa, że administracja Trumpa koncentruje się na zapewnieniu szybkich i dramatycznych zwycięstw w polityce zagranicznej — osiągnięć, które ich zdaniem "nie zawsze są dokładnie przemyślane".

Trump, zdaniem urzędników, szuka symbolicznego momentu, który pozwoliłby mu twierdzić, że osobiście zakończył wojnę w Ukrainie. Moskwa z kolei postrzega to jako okazję do zapewnienia sobie długo poszukiwanych korzyści. Jednocześnie przyznają, że amerykańskie stanowisko może ewoluować w miarę postępu negocjacji i tworzenia grup roboczych po spotkaniu w Rijadzie.

Dla Rosji priorytetem jest przywrócenie pełnego dwustronnego dialogu z Waszyngtonem, rozszerzenie dyskusji daleko poza Ukrainę, aby Kreml mógł ponownie wzmocnić swoje interesy narodowe na arenie światowej — co od dawna jest ambicją Putina.

Wśród kluczowych żądań Moskwy jest pełne przywrócenie operacji dyplomatycznych, w tym odzyskanie dostępu do rosyjskich placówek dyplomatycznych w Maryland i Nowym Jorku. Administracja Obamy zajęła te nieruchomości pod koniec 2016 r., powołując się na obawy, że były one wykorzystywane do gromadzenia danych wywiadowczych.

Rosja dąży również do ożywienia zamrożonych kanałów komunikacji w kwestiach takich jak kontrola zbrojeń, nierozprzestrzenianie broni jądrowej i stabilność strategiczna.

Ponadto Kreml naciska na częściowe złagodzenie sankcji, w tym zniesienie ograniczeń wobec konkretnych rosyjskich urzędników i odmrożenie rosyjskich aktywów. Od początku inwazji Stany Zjednoczone zablokowały co najmniej 6 mld dol. (23,8 mld zł) w rosyjskich rezerwach walutowych.

— Trump nie omawia publicznie tych kwestii — nie wydaje się nimi szczególnie zainteresowany — ale są one kluczowe dla Putina. Istnieje przekonanie, że porozumienia w takich sprawach mogą być osiągalne — powiedziało jedno ze źródeł. Kreml liczy na to, że osobista "chemia" między Trumpem i Putinem zadziała na jego korzyść.

onet.pl/The Moscow Times

środa, 19 lutego 2025



Ławrow zaprzeczył również odpowiedzialności Rosji za celowe i wieloletnie kampanie uderzeniowe przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej. Ławrow twierdził, że siły rosyjskie nie miały zamiaru uszkodzić ukraińskiej infrastruktury energetycznej, pomimo licznych dowodów na to, że siły rosyjskie konsekwentnie prowadziły kampanie uderzeniowe przy użyciu broni o wysokiej precyzji, aby celować konkretnie w infrastrukturę energetyczną Ukrainy. Siły rosyjskie wielokrotnie eksperymentowały również z różnymi pakietami uderzeniowymi, których celem było zapewnienie, że broń o wysokiej precyzji będzie w stanie ominąć ukraińską obronę powietrzną i osiągnąć zamierzone cele infrastruktury energetycznej. Ławrow twierdził, że urzędnicy amerykańscy na spotkaniu dwustronnym zaproponowali moratorium na uderzenia przeciwko rosyjskim i ukraińskim obiektom energetycznym, a Ławrow odpowiedział, że siły rosyjskie uderzają tylko w obiekty, które „bezpośrednio wspierają” ukraińską armię. Ławrow celowo bagatelizuje rosyjskie kampanie uderzeniowe przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej, które siły rosyjskie prowadziły każdej zimy pełnoskalowej inwazji Rosji.

Rosyjscy urzędnicy w Arabii Saudyjskiej rozpoczęli prawdopodobnie trwające działania mające na celu nakłonienie Stanów Zjednoczonych do przyjęcia rosyjskich ofert środków gospodarczych i inwestycyjnych zamiast jakichkolwiek faktycznych ustępstw Rosji wobec Ukrainy. Dyrektor generalny Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF) Kirill Dmitriev, który był częścią rosyjskiej delegacji w Arabii Saudyjskiej, powiedział CNN 17 lutego, że spotkał się już z kilkoma nieokreślonymi członkami delegacji USA w Rijadzie przed oficjalnymi rozmowami 18 lutego. Dmitriev zaprzeczył, że Moskwa przede wszystkim dążyła do zniesienia sankcji wobec Rosji, twierdząc zamiast tego, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Rosja skorzystałyby na współpracy gospodarczej. Dmitriev oświadczył 18 lutego, że przedstawi delegacji USA w Arabii Saudyjskiej szacunki, zgodnie z którymi amerykańskie firmy straciły rzekomo 300 miliardów dolarów, opuszczając rynek rosyjski. Dmitrijew stwierdził, że duże amerykańskie firmy naftowe „odniosły duże sukcesy w interesach w Rosji” i że firmy te „w pewnym momencie” powrócą do Rosji, argumentując, że firmy te nie „zrezygnują” z możliwości, jakie Rosja oferuje w zakresie dostępu do rosyjskich zasobów naturalnych. Dmitrijew twierdził, że delegacja rosyjska przedstawiła szereg nieokreślonych propozycji ekonomicznych, które rozważają Stany Zjednoczone, i że uważa, że ​​w ciągu najbliższych dwóch do trzech miesięcy można będzie osiągnąć postęp w tych obszarach. Dmitrijew wezwał również Rosję i Stany Zjednoczone do ustanowienia wspólnych projektów w Arktyce, a minister-radca ambasady rosyjskiej w Kanadzie Władimir Proskuriakow, który jest podobno specjalistą od Arktyki, wziął udział w dwustronnym spotkaniu 18 lutego. 

(...)

Siły rosyjskie nadal wysyłają rannych i niezdolnych do służby żołnierzy na linię frontu, aby rozwiązać problem niedoborów kadrowych. Rosyjski portal opozycyjny Mobilization News poinformował 18 lutego, że rosyjskie dowództwo wojskowe wysłało około 40 rannych żołnierzy z rosyjskiej 136. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (58. Połączona Armia [CAA], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]), którzy zostali tymczasowo uznani za niezdolnych do służby ze względu na obrażenia i rozpoznanie zapalenia wątroby, do działań bojowych. Mobilization News zauważyło, że rosyjskie dowództwo wojskowe wprowadziło żołnierzy w błąd, że jadą do szpitala wojskowego w obwodzie kurskim na badania lekarskie, leczenie i zwolnienie ze służby, ale że rosyjskie dowództwo przydzieliło żołnierzy do rezerwy w „150. Pułku” 136. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych. Mobilization News poinformowało, że szef sztabu 136. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych, pułkownik „Graf” Egrafov, podjął decyzję o odesłaniu żołnierzy z powrotem na front.

understandingwar.org


We wtorek (18 lutego) Trump spotkał się z dziennikarzami w Mar-a-Lago. Zapytano go m.in. o to, jakie ma przesłanie dla Ukrainców, którzy mogą poczuć się zdradzeni, że nie dopuszczono ich do rozmów w Rijadzie. - Słyszałem, że się zdenerwowali, że nie dostali miejsca (przy stole negocjacyjnym - red.). Cóż, mieli takie miejsce przez trzy lata i długo przedtem. To można było załatwić. Nawet słaby negocjator mógłby to załatwić lata temu, bez utraty dużej ilości ziemi, bardzo małej ilości ziemi, bez utraty życia i bez utraty miast, które po prostu leżą - powiedział. Dodał, że Ukraina powinna była "to zakończyć trzy lata temu". - Nigdy nie powinniście byli tego zaczynać. Mogliście się dogadać. Ja mógłbym zawrzeć umowę dla Ukrainy, która dałaby im prawie całą ziemię, wszystko, prawie całą ziemię. I nikt by nie zginął - stwierdził. 

- Cóż, mamy sytuację, w której nie mieliśmy wyborów w Ukrainie, gdzie mamy stan wojenny. Mamy przywódcę w Ukrainie, który, nie chcę tego mówić, ale ma 4 procent poparcia i ma kraj, który został rozwalony na kawałki - mówił Donald Trump. Zapewniał, że to nie jest warunek postawiony przez Rosjan, choć jest to postulat zgodny z tym przekazywanym przez kremlowską propagandę. Jak podaje POLITICO, ostatni sondaż daje Zełenskiemu poparcie na poziomie 52 proc. 

gazeta.pl


Xi Jinping spotkał się dzisiaj z grupą prominentnych przedsiębiorców sektora technologicznego, w tym z Jackiem Ma. Na spotkaniu byli też główny ideolog partyjny Wang Huning, a także premier Li Qiang i wicepremier Ding Xuexiang. CCTV pokazała: Wang Chuanfu, założyciela producenta pojazdów elektrycznych BYD; Robin Zeng, założyciela giganta baterii CATL; Wang Xing, który stworzył platformę dostaw zakupów Meituan; Ren Zhengfei, który założył Huawei Technologies; Lei Jun, założyciela firmy elektronicznej Xiaomi; oraz Liang Wenfeng, fundatora DeepSeek.

W materiale filmowym, pokazanym w chińskich mediach państwowych, Jacka Ma mignął, jak klaszcze entuzjastycznie, ubrany w kostium, stylizowany na mundurek Mao. Jego obecność ma raczej pokazać przedsiębiorcom w Chinach, że nie muszą się martwić o przyszłość, jeżeli nawet znaleźli się kiedyś na celowniku władz, niż że uzyskał wybaczenie. Ewidentnie Partia chce wykorzystać falę entuzjazmu, jaką dało pojawienie się DeepSeek.

To nie pierwsze takie spotkanie Xi Jinping. Przewodniczył takim sympozjom z przedsiębiorcami w 2018 roku, kiedy to runda amerykańskich ceł uderzyła w Chiny, a także po wybuchu epidemii COVID-19 w 2020 roku. Dzisiaj Chiny szukają sposobów na pobudzenie wzrostu, podczas gdy nowe cła Donalda Trumpa zagrażają ich gospodarce opartej na eksporcie, a zachodnie ograniczenia uderzają w sektor technologiczny.

„Nadszedł właściwy czas, aby prywatne przedsiębiorstwa i przedsiębiorcy zaprezentowali swoje talenty i wnieśli znaczący wkład,” powiedział Xi Jinping. Przyznał jednak, że „trudności i wyzwania stojące przed gospodarką prywatną w dużej mierze pojawiły się podczas reform i modernizacji przemysłu, [ale] są one tymczasowe, a nie długoterminowe. Można je przezwyciężyć.”

Myliłby się jednak, kto by sądził, że Partia rezygnuje ze ścisłej kontroli. „Wszelkie nielegalne działania przedsiębiorstw, niezależnie od rodzaju własności, muszą zostać dokładnie zbadane i rozwiązane,” ostrzegł Gensek, a cokolwiek zdecydował Komitet Centralny Partii, musi zostać stanowczo wdrożone. „Musimy zdecydowanie usunąć wszelkie przeszkody dla równego legalnego wykorzystania czynników produkcji i uczciwego udziału w konkurencji rynkowej”, dodał Xi.

Nie, takie spotkania nie przełamią negatywnego sentymentu w Chinach, ale mogą robić dobre wrażenie na zagranicy, czego dowody widać już w mediach.

zawielkimmurem.net


Spadek udziałów Gazpromu w rynku europejskim wpłynął na zwiększenie roli azjatyckich odbiorców w strukturze eksportu koncernu – przede wszystkim Chińskiej Republiki Ludowej. Gdy w 2025 r. dojdzie do osiągnięcia zakładanej przepustowości gazociągu Siła Syberii-1 na poziomie 38 mld m3/r, Chiny staną się najistotniejszym klientem koncernu. Co więcej, w 2027 r. eksport na tym kierunku zwiększy się o kolejne 10 mld m3 w wyniku uruchomienia biegnącego do tego państwa tzw. szlaku dalekowschodniego. Za pośrednictwem tych dwóch rurociągów Gazprom będzie w stanie sprzedawać ok. 50 mld m3 surowca rocznie.

Rosyjski monopolista odnotuje też wzrost eksportu do innych odbiorców w Azji Centralnej. Aktualnie trwa rozbudowa jednej nitki gazociągu Azja Centralna–Centrum w kierunku południowym, co ma podnieść przepustowość istniejącej infrastruktury z obecnych 3 do 10–12 mld m3/r w roku 2025. Zgodnie z podpisanymi w 2024 r. umowami Gazprom od 2026 r. będzie w stanie dostarczać ok. 11 mld m3/r do Uzbekistanu, a także 1 mld m3/r do Kirgistanu – choć w tym przypadku czas rozpoczęcia dostaw pozostaje niejasny. Sprzedaż będzie realizowana tranzytem przez Kazachstan, a rozmowy o potencjalnym wzroście wolumenów mają się już toczyć.

Oprócz kierunków chińskiego i centralnoazjatyckiego nie można wykluczyć zwiększenia eksportu do Turcji. Wykorzystując wszystkie wolne moce rurociągów czarnomorskich, Rosjanie są w stanie dostarczać dodatkowe 10–11 mld m3/r, co hipotetycznie mogłoby stać się przedmiotem nowych kontraktów. Dotychczasowe dwie umowy – podpisane przez Gazprom i turecki BOTAŞ i opiewające na wolumen 16 mld m3/r eksportowany gazociągiem Blue Stream oraz 5,75 mld m3/r przesyłane za pośrednictwem TurkStreamu – wygasają bowiem pod koniec 2025 r.

W przypadku urzeczywistnienia zamiarów na każdym z azjatyckich kierunków Gazprom może w 2027 r. liczyć na zwiększenie eksportu do Azji o ok. 40 mld m3 względem wolumenu sprzedanego w roku 2024. Istotny jest przy tym jednak fakt, że sprzedaż na rynek azjatycki przynosi o wiele mniejsze wpływy niż ta realizowana do odbiorców europejskich, co odbije się na wskaźnikach finansowych koncernu. Ponadto wzrostu przesyłu do Turcji nie można uznawać za sprawę przesądzoną. Od 2022 r. jej import surowca z Rosji utrzymuje się na względnie stałym poziomie, co bierze się z sukcesywnego intensyfikowania krajowego wydobycia i różnicowania źródeł dostaw. Jak zapewniał w listopadzie 2024 r. minister energetyki Turcji, trend dywersyfikacyjny zostanie podtrzymany.

Spadek dochodów eksportowych będzie w dalszym ciągu mitygowany zwiększeniem sprzedaży krajowej, co Gazprom i Kreml przedstawiają jako sukces idący w parze z działaniami na rzecz gazyfikacji kraju. Proces ten ma jednak również negatywną stronę – trwające już stopniowe przerzucanie kosztów na konsumentów wewnętrznych. Indeksacje taryf od 2022 r. oraz planowana na 2025 r. kolejna podwyżka doprowadzą do kumulatywnego wzrostu ceny gazu dla odbiorców rosyjskich o ponad jedną trzecią względem tej sprzed pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Co więcej, Gazprom aktywnie domaga się przy tym dalszego podnoszenia stawek, które mogłoby zapewnić rentowność realizowania dostaw krajowych, m.in. poprzez odmrożenie kosztów dystrybucji, co również odbiłoby się na końcowym koszcie dla konsumentów.

Perspektywa dalszego zwiększenia eksportu i urzeczywistnienie gazowego „zwrotu na wschód” rysują się niepewnie w ujęciu długoterminowym, wykraczającym poza horyzont najbliższych dwóch–trzech lat. Z punktu widzenia Gazpromu kluczowe jest uzyskanie możliwości przekierowania na wschód surowca ze złóż zachodniosyberyjskich, które dotychczas zasilały rynek europejski. Zastąpienie „utraconych” w Europie wolumenów w chociażby przybliżonym stopniu nastąpi jedynie w przypadku znacznego wzrostu eksportu do Chin, stanowiących wyłączną alternatywę mogącą zaabsorbować tak duże ilości gazu.

Z tego względu w hierarchii priorytetów władze rosyjskie na pierwszym miejscu stawiają ChRL jako najważniejszego odbiorcę Gazpromu, forsując projekt gazociągu Siła Syberii-2 – połączenia o planowanej przepustowości 50 mld m3 rocznie, mającego służyć do przesyłania surowca ze złóż zachodniosyberyjskich tranzytem przez Mongolię. Inicjatywa ta wciąż znajduje się jednak w fazie projektowej. Według doniesień medialnych strony rosyjska i chińska nie mogą uzgodnić formuły cenowej. W ramach próby przełamania tego impasu w listopadzie 2024 r. Moskwa poinformowała o rozpatrywaniu alternatywnego szlaku do Chin o przepustowości 35 mld m3 rocznie, który przebiegałby przez wschodni Kazachstan (pomysł stanowi wariację na temat inicjatywy gazociągu Ałtaj, wysuwanej na początku XXI wieku). Pekin nie odniósł się dotąd do tej koncepcji.

Brak porozumienia dotyczącego formuły cenowej Siły Syberii-2 oraz rosyjskie propozycje alternatywnego gazociągu świadczą o tym, że zwiększenie obecności na rynku chińskim na warunkach dogodnych dla Gazpromu stanowi dla Rosjan poważne wyzwanie. Oprócz utraty dochodów i wpływu na Europę wyjście z zachodniego rynku niesie ze sobą bowiem jeszcze jedną konsekwencję – osłabienie pozycji przetargowej koncernu, który jest teraz zmuszony do gwałtownego poszukiwania nowych rynków zbytu.

Słabość tę wykorzystują Chińczycy podczas negocjacji. Według doniesień medialnych domagają się oni sprzedaży gazu po cenie wewnątrzrosyjskiej – wiedzą bowiem, że dla Gazpromu i władz FR realizacja gazociągu stała się niezwykle istotna. Co więcej, Pekin nie chce w szybkim tempie zwiększać dostaw z Rosji ze względu na postępującą dywersyfikację własnego importu oraz wzrost krajowego wydobycia. To z kolei zmusza Moskwę do bolesnego urealnienia własnych oczekiwań. W rzeczywistości perspektywa pełnego zastąpienia rynku europejskiego chińskim – zarówno pod względem wolumenu, jak i dochodowości – jawi się jako mało prawdopodobna.

Nie da się jednak wykluczyć, że gazociąg Siła Syberii-2 zostanie zbudowany z powodów przede wszystkim politycznych. Połączenie lądowe o takiej przepustowości może być przez Chiny postrzegane jako surowcowe „ubezpieczenie” na wypadek, gdyby dostawy z innych kierunków (np. LNG z Australii) były zagrożone – chociażby na tle konfliktu o Tajwan. Można zarazem podejrzewać, że w takiej sytuacji Pekin domagać się będzie elastyczniejszej formuły kontraktu, która zabezpieczyłaby stały wolumen o relatywnie niskiej wielkości z opcją realizowania ponadkontraktowych dostaw „na życzenie”. W porównaniu z pierwotnymi zamiarami Gazpromu (roczny przesył 55 mld m3 surowca) byłoby to dla Rosjan rozwiązanie o wiele mniej korzystne.

Równolegle z podejmowaniem prób zwiększenia swojej obecności w Chinach Gazprom poszukuje długoterminowego rynku zbytu na innych kierunkach azjatyckich. Jednym z nich pozostaje Azja Centralna, która jest dla Rosjan istotna przede wszystkim ze względu na możliwość dotarcia do ChRL za pośrednictwem tamtejszej infrastruktury. Zaproponowana przez stronę rosyjską koncepcja „unii gazowej” zdawała się częściowo motywowana właśnie tym zamiarem. Z tego względu koncern postrzega państwa centralnoazjatyckie jako ważne rynki zbytu, mimo że może tam uzyskać marże znacznie niższe niż na innych kierunkach.

Oprócz propozycji budowy gazociągu do ChRL przez wschodni Kazachstan Gazprom nie wyklucza dotarcia na rynek chiński za pośrednictwem istniejącej infrastruktury w Azji Centralnej i realizowania tam transakcji swapowych z wykorzystaniem nitki Azja Centralna–Chiny. Z perspektywy rosyjskiej byłoby to rozwiązanie optymalne pod względem nakładów finansowych na inwestycje – rozbudowa rurociągów nie pochłonęłaby bowiem tyle kapitału co utworzenie nowych, bezpośrednich połączeń do ChRL. Taki scenariusz pozostawiłby jednak kluczowe odcinki gazociągowe poza kontrolą Rosji (propozycja zawarcia „unii gazowej” była próbą jej ustanowienia – jak dotąd nieudaną).

Problem z urzeczywistnieniem tego scenariusza – poza koniecznością uzyskania gwarancji odbioru surowca ze strony Chin – stanowi postawa samych partnerów w Azji Centralnej. Zarówno Uzbekistan, jak i Kazachstan postrzegają współpracę z Gazpromem przede wszystkim w kategoriach komercyjnych, co ogranicza możliwość oddziaływania na te państwa w celu uzyskania dogodnych warunków przesyłu. Ponadto urealnienie rosyjskich zamiarów komplikuje też rola Turkmenistanu jako istotnego dostawcy surowca do ChRL korzystającego z gazociągów w Azji Centralnej. Aszchabad aktywnie sprzeciwia się dopuszczeniu Gazpromu do rurociągu Azja Centralna–Chiny.

osw.waw.pl

wtorek, 18 lutego 2025



Nagroda nie pojawia się jednak w chwili, gdy zrobimy coś, co mózg uważa za dobre. Największą premię – zastrzyk dopaminy – dostajemy, gdy spodziewamy się nagrody.

Istnieje kilka znanych badań na szczurach, w których zwierzęta dostają jedzenie, gdy nacisną nosem na przycisk. Szczury szybko się tego uczą. Naciskam przycisk – dostaję jedzenie.

Jeśli szczury dostają jedzenie po każdym naciśnięciu przycisku, robią to tylko wtedy, gdy są głodne. Poza tym prowadzą normalne szczurze życie. Ale jeśli jedzenie pojawia się tylko od czasu do czasu, to zaczyna dziać się coś intrygującego.

Zainteresowanie szczurów naciśnięciem przycisku gwałtownie wzrasta. Naciskają, naciskają i naciskają. Zabawa, bieganie czy cokolwiek, co szczury zwykle robią, nie są już tak interesujące jak naciskanie przycisku w nadziei, że tym razem pojawi się jedzenie.

Szczurzy mózg po prostu uwielbia niepewność. To samo dotyczy nas, ludzi. Poczucie, że potencjalnie możemy coś dostać, daje nam więcej dopaminy.

Właśnie dlatego tak zdradliwe są wyskakujące okienka i tak trudno im się oprzeć. Każde z nich może przecież zapowiadać wiadomość, która okaże się bardzo ważna. Może właśnie ten post w mediach społecznościowych zmieni wszystko. Może, może, może, może, naciskaj, naciskaj, naciskaj.

Zastrzyki dopaminowe mają nas zachęcić, żebyśmy zrobili to, co mózg uważa za słuszne. Dlatego dawanie nam nagrody w chwili, gdy właśnie zamierzamy coś zrobić, będzie dużo bardziej efektywne niż po wykonaniu zadania.

Większą nagrodę dostajemy najczęściej za samo zauważenie migającego powiadomienia niż za przeczytanie wiadomości.

(...)

Spędzacie mniej czasu na zabawie niż wasi rodzice, gdy byli w waszym wieku. Macie mniejsze grono znajomych, uprawiacie mniej sportu, krócej się uczycie, śpicie i czytacie. Gracie też na mniejszej liczbie instrumentów niż oni. Przynajmniej jeśli jesteście typowymi młodymi ludźmi.

Spędzacie jednak dużo więcej czasu przed ekranem. To nie jest złe samo w sobie, ale sprawia, że nie macie kiedy robić innych rzeczy, które są równie ważne.

Jednym z powodów jest to, że wasze pokolenie przyzwyczaiło się do bardzo szybkich nagród. Wielu z was nie jest w stanie poczekać, aż to, co robi, zacznie być fajne. Niestety, żeby się porządnie czegoś nauczyć – choćby gry na skrzypcach czy jazdy figurowej na łyżwach – potrzebna jest wytrwałość i lata ćwiczeń. Najwięcej frajdy sprawiają nam rzeczy, które potrafimy robić. Tyle że nagrodę dostajemy dopiero, gdy już jesteśmy w nich dobrzy.

No to wybieramy inny sposób spędzania czasu i gramy w raczej bezsensowne gry na telefonach, żeby dostać nagrodę od razu.

Nie zapominajmy jednak, że wybór należy do nas. To zawsze jest nasza decyzja.

onet.pl


Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa zademonstrowała nadchodzącą radykalną zmianę w polityce USA wobec Europy w obszarze bezpieczeństwa europejskiego i wsparcia dla Ukrainy. Przedstawiciele amerykańskiej administracji jasno podkreślili średnio- i długofalową perspektywę zmniejszonego zaangażowania wojskowego Stanów Zjednoczonych na kontynencie oraz nie wykluczyli krótkofalowo częściowego wycofania własnych sił w ramach negocjacji dotyczących zakończenia wojny na Ukrainie z Rosją.

Choć to USA mają doprowadzić do zawarcia pokoju na Ukrainie, to rozmowy na ten temat mają wyłączać Europejczyków, którzy jednocześnie mają przejąć odpowiedzialność za dalsze wsparcie militarne Kijowa i gwarancje bezpieczeństwa dla niego po zakończeniu działań wojennych. Europa nie jest przygotowana na taki rozwój sytuacji i dopiero rozpoczyna dyskusje o wspólnym planowaniu warunków zakończenia konfliktu, zwiększenia pomocy i gwarancji. Rezultaty rozmów z nową administracją wzmocniły wątpliwości Kijowa dotyczące perspektyw dalszego wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych i obawy odnośnie do możliwości porozumienia Donalda Trumpa i Władimira Putina ponad głowami Ukraińców. Kijów nie zgodzi się na żadne ustalenia bez swojego udziału w negocjacjach pokojowych i liczy na mobilizację Europy w kwestii dalszego wsparcia.

Przekaz ze strony Waszyngtonu wywołał również intensywne dyskusje dotyczące wzmacniania własnych zdolności obronnych, co będzie przede wszystkim zależało od woli państw europejskich do drastycznego zwiększenia finansowania sił zbrojnych.

Głównym celem wizyty amerykańskiej delegacji na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa było zasygnalizowanie zmiany w polityce USA wobec Europy – w kategoriach ideologicznych, wojny na Ukrainie, jak również obrony i odstraszania na kontynencie. Do Niemiec przyjechali wiceprezydent J.D. Vance, sekretarz stanu Marco Rubio i specjalny wysłannik prezydenta ds. Rosji i Ukrainy generał Keith Kellogg. Za kluczowe należy uznać kontrowersyjne przemówienie wygłoszone 14 lutego przez pierwszego z nich. Podkreślił w nim, że zagrożenia dla państw europejskich mają przede wszystkim charakter wewnętrzny – chodzi o niekontrolowany napływ imigrantów, próby ograniczania wolności słowa i problemy z procesami demokratycznymi. Szczególną uwagę Vance zwrócił na unieważnienie wyników wyborów prezydenckich w Rumunii oraz wykluczanie partii radykalnych takich jak AfD z tworzenia koalicji rządzących w poszczególnych krajach. Wskazał też na konieczność zwiększenia nakładów na obronność po stronie państw europejskich, ale kwestie bezpieczeństwa militarnego i zagrożenia ze strony Rosji nie odegrały w jego wystąpieniu większej roli.

Przemówienie wiceprezydenta wzbudziło w większości negatywne reakcje w Europie. W RFN nawoływanie do włączenia radykalnych ugrupowań do udziału w rządach oraz spotkanie z szefową AfD Alice Weidel oceniono jako ingerencję w kampanię przed wyborami do Bundestagu 23 lutego. Słowa Vance’a zinterpretowano jako poparcie amerykańskiej administracji dla niemieckiej skrajnej prawicy. Najgłośniejszym echem w RFN odbiła się mowa ministra obrony Borisa Pistoriusa (SPD) – stwierdził on, że Europa musi „być w stanie obronić się przed ekstremistami, którzy chcą ją zniszczyć”. Wystąpienie wiceprezydenta USA w Monachium pokazuje, że polityka zagraniczna nowych władz zawiera element kontestowania liberalnego mainstreamu w Europie z pozycji prawicowych. Administracja Trumpa będzie działała na rzecz osłabienia dominujących do tej pory sił politycznych i wspierania bliższych sobie ideowo partii radykalnych.

Specjalny wysłannik prezydenta ds. Rosji i Ukrainy generał Kellogg był jedynym oprócz wiceprezydenta Vance’a przedstawicielem ekipy Trumpa, który wystąpił publicznie w trakcie konferencji. Oznajmił on jasno, że administracja dąży do jak najszybszego zakończenia wojny. Preferuje podejście dwutorowe – oddzielne rozmowy z Rosją i z Ukrainą – a swoją rolę postrzega jako mediatora pomiędzy obiema stronami. Wykluczył udział Europejczyków w tych negocjacjach, lecz zapewnił, że będą konsultowani przed nimi i w ich trakcie. Jednocześnie zapowiedział, że USA nie zgodzą się na porozumienie w stylu Mińsk 2. Zapewnienie pokoju na Ukrainie po zaprzestaniu działań wojennych ma spoczywać na barkach Europy przy braku amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, wykluczeniu (przynajmniej krótkoterminowego) członkostwa Ukrainy w NATO oraz natowskiej misji w tym kraju. Kellogg nie znajdzie się w składzie delegacji prowadzącej rozmowy z Rosjanami, które mają się rozpocząć w Arabii Saudyjskiej 18 lutego. Jego zadanie to przede wszystkim konsultacje z Kijowem i europejskimi sojusznikami, a jego rola w związku z amerykańskim priorytetem dla negocjacji z Moskwą może okazać się mniejsza niż Rubia, doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Michaela Waltza czy specjalnego przedstawiciela prezydenta ds. Bliskiego Wschodu Stevena Witkoffa, którzy mają się spotkać z Rosjanami w Rijadzie.

O znaczeniu rozmów w Monachium dla Ukrainy świadczył skład tamtejszej delegacji na konferencję – poza Wołodymyrem Zełenskim wzięli w niej udział szef Biura Prezydenta Andrij Jermak oraz ministrowie kluczowych resortów. Spotkanie skutkowało pogłębieniem wątpliwości Kijowa dotyczących dalszego wspierania Ukrainy przez USA i obaw odnośnie do możliwości porozumienia Trumpa i Putina ponad głowami Ukraińców. Przed konferencją nie powiodły się próby powiązania przez władze ewentualnych amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa i dalszej pomocy militarnej w zamian za uczestnictwo w wydobyciu ukraińskich zasobów naturalnych. Propozycja Waszyngtonu miała dotyczyć przekazania połowy udziału w pozyskiwaniu tych surowców Stanom Zjednoczonym, co miałoby zrekompensować im jedynie dotychczas udzielone wsparcie. Zełenski odrzucił propozycję, gdyż uznał ją za „niewystarczająco przygotowaną”. Brak perspektyw na korzystne porozumienie z USA spowodował, że prezydent w Monachium starał się zmobilizować Europejczyków do zwiększenia pomocy dla Kijowa. Podczas oficjalnego wystąpienia wezwał do budowy europejskiej armii oraz uniezależnienia się kontynentu od Stanów Zjednoczonych. Podkreślał, że Ukraina nie zgodzi się na żadne ustalenia bez własnego udziału w negocjacjach pokojowych, a także przekonywał o konieczności dołączenia do nich przedstawicieli państw europejskich.

Na razie nie powstał konkretny europejski plan dotyczący zakończenia wojny – rozpoczynają się dopiero rozmowy o wspólnym stanowisku wobec nadchodzących negocjacji amerykańsko-rosyjskich i podejścia do ich rezultatów, zwiększenia europejskiego wsparcia militarnego dla Kijowa i formuły jego finansowania, reakcji na ewentualne zniesienie sankcji USA na Rosję, stosunku do odmrożenia relacji politycznych z Moskwą czy zapewnienia Kijowowi przyszłych gwarancji bezpieczeństwa. Dyskusja o potencjalnym wysłaniu europejskich sił pokojowych na Ukrainę w ramach przeciwdziałania ponownej rosyjskiej agresji intensyfikuje się. 17 lutego prezydent Emmanuel Macron zwołał w Paryżu szczyt z udziałem wybranych liderów państw europejskich (RFN, Polski, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii Niemiec i Danii), przewodniczącego Rady Europejskiej, szefowej KE oraz sekretarza generalnego NATO w celu ułatwienia debaty zarówno o udziale Europejczyków w uregulowaniu konfliktu, jak i o sposobach wzmocnienia bezpieczeństwa Europy. Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer przed spotkaniem ogłosił gotowość rozmieszczenia brytyjskich sił na Ukrainie. Podobnie już wcześniej wypowiadała się Francja. Niemcy nie wykluczają wysłania wojsk, ale utrzymują w tej kwestii sceptycyzm, w szczególności przed wyborami do Bundestagu. Przewodniczący CDU i kandydat na kanclerza Friedrich Merz mówił o konieczności jasnego prawnomiędzynarodowego mandatu dla takich sił, które rozmieszczono by na Ukrainie najchętniej w porozumieniu z Rosją. Możliwość udziału w takiej europejskiej misji sygnalizowały m.in Szwecja, Estonia, Litwa. Dyskusje te, przynajmniej publicznie, znajdują się w dosyć wstępnej fazie.

Kolejnym tematem dyskusji na konferencji w Monachium była przyszłość amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Przed wydarzeniem kontynent odwiedził sekretarz obrony Pete Hegseth – złożył wizytę w dowództwie europejskim i afrykańskim Sił Zbrojnych USA w Niemczech, uczestniczył w spotkaniach ministrów obrony NATO i w grupie Ramstein ds. wsparcia Ukrainy w Brukseli oraz odwiedził Polskę. Wezwał europejskich sojuszników do zwiększenia wydatków na obronność do docelowo 5% PKB oraz rozwoju własnych sił zbrojnych i bazy przemysłowej w obliczu prognozowanego ograniczania obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Europie. Jednocześnie jednak potwierdził dalsze amerykańskie zaangażowanie w obronę zbiorową oraz konwencjonalne i nuklearne odstraszanie Rosji. Wielokrotnie przedstawiał Polskę jako modelowego sojusznika. Mimo spekulacji, czy obecność USA w Europie będzie przedmiotem ich negocjacji z Rosją, na razie nie ma informacji co do jej ewentualnego zmniejszania w perspektywie krótkofalowej.

Amerykański przekaz zintensyfikował europejskie dyskusje na temat wzrostu wydatków obronnych do poziomu co najmniej 3% PKB. W wystąpieniu na konferencji kanclerz Olaf Scholz mówił o konieczności zwiększenia niemieckich nakładów na ten cel i wyjęcia ich z reguły hamulca długu oraz nieobejmowania wydatków powyżej 2% PKB procedurą nadmiernego deficytu przez UE. Merz był ostrożny co do wskazywania poziomu środków na obronność – zwrócił uwagę na potrzebę uzgodnienia tego przez wszystkich sojuszników na szczycie NATO w Hadze. RFN widzi konieczność przygotowywania się na postzimnowojenną Europę, w której Stany Zjednoczone przestaną pełnić rolę gwaranta bezpieczeństwa, ale obecnie – ze względu na brak alternatywy – nadal uznaje znaczenie relacji z nimi dla bezpieczeństwa europejskiego. Jednocześnie Niemcy postrzegają USA jako państwo, które w wydaniu administracji Trumpa może im poważnie zagrażać gospodarczo i politycznie.

We Francji dyskusje o ograniczeniu obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Europie wpisują się w diagnozy prezydenta Macrona o przymusie uniezależnienia się przez Europejczyków od Waszyngtonu w sferze bezpieczeństwa. Ma to nastąpić poprzez budowę samodzielnych zdolności wojskowych, wzmocnienie przemysłu obronnego, zaprzestanie zakupów broni w USA i wspólne zadłużenie na cele obronne w UE. W trakcie konferencji monachijskiej szef francuskiego MSZ ponownie zaakcentował, że zwiększenie wydatków zbrojeniowych zostanie zaakceptowane przez społeczeństwa kontynentu tylko wtedy, gdy będzie tworzyło miejsca pracy w UE. W dyskusjach nie pojawiły się dotąd nawoływania do przekształcania Unii w sojusz obronny, a raczej wzmacniania europejskich zdolności wojskowych w NATO. Choć przedstawiciele UE prezentują dalekosiężną perspektywę tworzenia tzw. europejskiej unii obronnej, to w praktyce głównie zachęcają państwa członkowskie do znaczniejszych wydatków wojskowych i wzmacniania sił zbrojnych poprzez wspólne zakupy uzbrojenia w europejskim przemyśle zbrojeniowym. Dofinansowują też jego rozwój.

osw.waw.pl