sobota, 25 stycznia 2025



Mariia Tsiptsiura: Zacznijmy od tego, jak będziemy żyć w 2024 r. W ostatnim wywiadzie powiedział Pan, że ukraińska gospodarka - biorąc pod uwagę obecną sytuację - to cud. Czy możemy powiedzieć, że ten trend utrzymał się przez cały 2024 r? Jak ogólnie radziliśmy sobie w tym roku - trzecim roku wojny?

Siergiej Fursa: W rzeczywistości ten trend się utrzymał. Nadal wykazywaliśmy wzrost gospodarczy, a dochody gospodarstw domowych osiągnęły nominalny poziom sprzed wojny. W przyszłym roku realne dochody przekroczą nawet poziom sprzed wojny. Tak więc cud gospodarczy trwa nadal dzięki wsparciu zewnętrznemu, które pomaga utrzymać względną stabilność gospodarczą.

Jedyną rzeczą, która nie poszła zgodnie z planem w 2024 r., była inflacja. Obserwowaliśmy jej przyspieszenie i ostatecznie osiągnęła 12 proc., choć oczekiwano, że będzie niższa niż 10 proc. Wzrost ten był spowodowany kilkoma ważnymi czynnikami. Po pierwsze: koszt energii elektrycznej. Ze względu na uszkodzenie systemu energetycznego firmy były zmuszone do importu energii elektrycznej, co znacznie zwiększyło jej koszt. W rezultacie wywarło to presję na ceny i zwiększyło koszty produkcji. Po drugie, zbiory były gorsze, niż się spodziewaliśmy. To również wpłynęło na ceny. I oczywiście rosnące dochody zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym napędzały inflację.

Biorąc pod uwagę wojnę i tak trudną sytuację, jak firmy radzą sobie z podnoszeniem wynagrodzeń?

Firmy są zmuszone podnosić wynagrodzenia ze względu na dotkliwy niedobór pracowników. Na rynku występuje krytyczny niedobór ludzi. Aby zatrzymać pracowników, firmy są zmuszone podnosić wynagrodzenia. Doprowadziło to do wzrostu ilości pieniędzy, które ludzie mają w rękach, bez odpowiedniego wzrostu wydajności. W rezultacie spowodowało to również inflację. Tak więc wszystko rozwijało się prawie zgodnie z oczekiwaniami, z wyjątkiem tego, że inflacja była wyższa.

(...)

Czego możemy się spodziewać, jeśli chodzi o pomoc międzynarodową?

Wszystko jest tutaj absolutnie stabilne. Mamy zagwarantowaną pomoc na rok 2025, a nawet częściowo na rok 2026. Było to możliwe dzięki decyzji G7 o przeznaczeniu 50 mld euro z rosyjskich aktywów.

Jeśli chodzi o finansowanie budżetu i stabilność makrofinansową, wszystko jest zagwarantowane. Pojawia się więcej pytań dotyczących pomocy wojskowej, ponieważ zależy ona w dużej mierze od stanowiska prezydenta USA i amerykańskiej pomocy wojskowej.

Jednak kwestia ta stanie się bardziej istotna w drugiej połowie roku. Obecnie Ukrainie przydzielono znaczne kwoty pomocy wojskowej, która nadal płynie, a kraj z niej korzysta. Ale począwszy od drugiej połowy roku, pojawi się pilne pytanie: czy Stany Zjednoczone zapewnią dalszą pomoc wojskową?

(...)

Jeśli chodzi o pomoc finansową, jasne jest, że Trump będzie mniej skłonny do wspierania Ukrainy. Ale przez najbliższe półtora roku jego stanowisko nie jest dla nas krytyczne.

Jeśli chodzi zaś o pomoc wojskową, to jej zapewnienie leży w interesie Partii Republikańskiej. Dlatego możemy pozostać optymistami, że Stany Zjednoczone będą nadal udzielać wsparcia wojskowego Ukrainie za prezydentury Trumpa.

onet.pl


W trakcie pierwszej kadencji Donalda Trumpa amerykańska produkcja ropy naftowej wzrosła o ponad 4 mln baryłek dziennie, z czego około 3 mln to "nowe baryłki", przekraczające poprzedni szczyt wydobycia.

Podobnych wzrostów oczekuje część obserwatorów. Sekretarz Skarbu, Scott Bessent, zapowiedział zwiększenie wydobycia o 3 mln baryłek ekwiwalentu ropy dziennie (BOE/d). 

(...)

Co kluczowe, rynek w 2025 roku wygląda zupełnie inaczej niż w 2017 roku.

W tamtym czasie wzrost produkcji opierał się głównie na działaniach mniejszych firm, które korzystały z prostego modelu biznesowego. Wykorzystywały tanie finansowanie, intensywnie wierciły, budowały rezerwy i finalnie sprzedawały swoje przedsiębiorstwa większym graczom, co pozwoliło wielu osobom na zbudowanie fortun. W takim podejściu negatywny cashflow nie stanowił przeszkody, ponieważ nadrzędnym celem nie było generowanie zysków z wydobycia, lecz maksymalna ekspansja i sprzedaż.

Obecna sytuacja jest jednak zupełnie inna. Branża przechodzi przez ogromny boom związany z fuzjami i przejęciami. Przeprowadzono http://m.in transakcje przejęć: Pioneer Natural Resources przez Exxon za 60 mld USD, Hess Corporation przez Chevron za 53 mld USD oraz Marathon Oil przez ConocoPhillips za 22,5 mld USD.

W wyniku tych zmian znaczne złoża znalazły się w rękach mniejszej liczby, ale większych operatorów. Dla tych gigantów priorytetem jest dyscyplina kapitałowa, co oznacza, że dodatni cashflow ma kluczowe znaczenie, znacznie wyprzedzając ekspansję wydobycia.

Jak zauważył CEO Diamondback Energy, Travis Stice: „Trudno jest patrzeć na świat, który ma 4-6 mln baryłek dziennie nadwyżki mocy produkcyjnych, i zakładać, że możemy efektywnie włączyć się w tę przestrzeń”.

Skoro supermajors nie skuszą się na zachęty Donalda Trumpa, to może na tę inicjatywę pozytywnie odpowiedzą mniejsi gracze? Niestety, paliwo do ekspansji, czyli tanie finansowanie, jest w tym momencie niedostępne i długo takie pozostanie (grafika: produkcja w USA a stopy procentowe).

Jeśli D. Trump obniży opłaty związane z wydobyciem, które podniósł J. Biden, będą to jednorazowe zastrzyki, które poprawią bilanse spółek, ale nie wpłyną znacząco na długoterminowe perspektywy. Pamiętajcie, że mimo tańszego finansowania na rynku upadło wiele spółek, które nie były w stanie wytrzymać operowania mocno pod kreską.

(...)

Kolejnym ograniczeniem dla „drill, baby, drill” będzie natura. Wiele znaków wskazuje, że rewolucja łupkowa napotyka szklany sufit. Najbardziej niepokojącym wskaźnikiem dojrzewania złóż łupkowych jest rosnący gas-to-oil ratio. W ciągu dekady udział gazu na trzech kluczowych złożach wzrósł z 29% do 40% (...). Nie jest to zjawisko, które uniemożliwia produkcję, ale zdecydowanie ją utrudnia.

(...)

Co więcej, szybki spadek wydajności odwiertów skał łupkowych, w połączeniu z wysoką produkcją, rodzi konieczność ciągłego wiercenia, aby utrzymać produkcję.

W 2017 roku średni spadek produkcji, wynikający z obniżania się wydajności, wynosił około 300 tysięcy b/d. W 2025 roku będzie to już +/- 600 tysięcy b/d, które trzeba będzie zastąpić, aby utrzymać dotychczasowy poziom produkcji.

Oczywiście, najważniejszą zachętą do nowych wierceń będzie wysoka, ale przede wszystkim stabilna cena. Jakich poziomów oczekują amerykańscy producenci? W tym kontekście pomocne są dane oddziału Fed w Dallas, który co roku przeprowadza ankiety wśród firm E&P w Stanach Zjednoczonych.

W marcu 2024 roku na pytanie: jaką cenę ropy West Texas Intermediate (WTI) Twoja firma potrzebuje, aby zyskownie wiercić nowy odwiert?

średnia odpowiedź w całej próbie wyniosła 64 USD za baryłkę, co stanowi wzrost w porównaniu do 62 USD za baryłkę wymaganych w zeszłym roku. W zależności od regionu ceny break-even dla opłacalnego wiercenia wahają się od 59 USD do 70 USD za baryłkę. (grafika)

W Basenie Permskim średnia cena break-even wynosi 65 USD za baryłkę, co oznacza wzrost o 4 USD w porównaniu do poprzedniego roku. Prawie wszystkie firmy biorące udział w badaniu mogą zyskownie wiercić nowe odwierty przy obecnych cenach (średnia cena ropy WTI w okresie badania wynosiła 83 USD za baryłkę).

Duże firmy (produkujące 10 000 baryłek ropy dziennie lub więcej na koniec czwartego kwartału 2023 roku) potrzebują ceny 58 USD za baryłkę, aby zyskownie wiercić nowy odwiert — na podstawie średnich odpowiedzi. Dla małych firm (produkujących mniej niż 10 000 baryłek dziennie) cena ta wynosi 67 USD).

Na drodze "drill, baby, drill" stanie także ściana rafineryjna. 

Otóż rafinerie w Stanach Zjednoczonych, powstałe głównie w XX wieku, zostały zaprojektowane z myślą o przetwarzaniu ciężkich gatunków ropy naftowej, które pochodzą głównie z importu z regionów takich jak Bliski Wschód, Kanada, Meksyk czy Ameryka Południowa. W tamtym czasie była to racjonalna decyzja, ponieważ cięższe gatunki były tańsze, a więc uzyskana marża na produktach - wyższa.

W efekcie te obiekty nie były/nie są gotowe do wchłonięcia napływu lekkiej ropy łupkowej. W procesie projektowania rafinerii kluczowym elementem jest określenie parametrów kolumn dla różnych frakcji, co musi być dostosowane do specyfiki przerabianego surowca - nie można efektywnie przerabiać wszystkich gatunków w jednej rafinerii. Ropa lekka (jak WTI) jest odpowiednia do uzyskania benzyny czy nafty, gorzej jeśli chodzi o cięższe frakcje.

Chociaż w USA realizowane są projekty modernizacyjne, ich skala pozostaje ograniczona (grafika 1). Największym z nich jest niedawna rozbudowa rafinerii Exxonu w Beaumont w Teksasie, który teraz może przetwarzać 250 tysięcy baryłek dziennie ropy łupkowej. Projekt ten kosztował 2 miliardy dolarów i dobrze ilustruje, dlaczego modernizacja sektora rafineryjnego napotyka na poważne bariery. Budowa nowych rafinerii lub modernizacja istniejących obiektów to proces niezwykle kosztowny, a jego długoterminowa rentowność wydaje się wątpliwa, biorąc pod uwagę prognozy popytu na paliwa w USA.

Dodatkowo, znaczna część rafinerii w 🇺🇸 nie dysponuje infrastrukturą, która pozwalałaby korzystać tylko krajowej ropy. Świetnym przykładem jest ropa z Kanady, która dla wielu amerykańskich Stanów jest jedynym wyborem. Abstrahując od ich "ustawień", przebudowa sieci zajęłaby miesiące, jak nie lata. 

I oczywiście, można to bronić argumentem - jeśli Trump będzie chciał przebudowy, to to zrobi. Natomiast przykład takich kontrowersyjnych projektów jak Keystone XL pokazuje, że w branży nie ma wielkiego entuzjazmu dla realizacji projektów, które przy wymianie administracji za 4 lata zostaną zbombardowane.

Oznacza to, że nadwyżka amerykańskiej produkcji ropy naftowej będzie kierowana na eksport. Proces ten trwa już od kilku lat, jednak eksperci przewidują potencjalne trudności w przyszłości. Światowy rynek może się przesycić lekką, słodką ropą, ponieważ jej producentami są nie tylko Stany Zjednoczone, ale również kraje afrykańskie, takie jak Nigeria. Przykładem jest nigeryjska Bonny Light, która cieszy się popularnością, http://m.in. wśród takich odbiorców jak Orlen.

Co więcej, nawet optymistyczne prognozy światowego popytu na ropę zakładają, że wzrost będzie dotyczył przede wszystkim pozostałej petrochemii, a benzyna może wkrótce osiągnąć swój szczyt.

x.com/luke_skiba/

piątek, 24 stycznia 2025



W pierwszym rzędzie: Elon Musk (SpaceX, Tesla, X), Mark Zuckerberg (Facebook, Instagram), Sundar Pichai (Google, YouTube) i Jeff Bezos (Amazon). Z tyłu, w dalszych rzędach, widać głowy przyszłych kluczowych urzędników państwowych. Pete Hegseth, który ma kierować Pentagonem, czy Robert F. Kennedy Jr., przyszły szef departamentu zdrowia, musieli się zadowolić pośledniejszymi miejscami. 

(...)

Zacznijmy od najbardziej oczywistej postaci, bo akurat Musk reflektorów nie unika. Oficjalnie poparł Trumpa w lipcu, jesienią brykał już po scenie na jego wiecach, wymyślił frakcję "Dark MAGA" w ramach ruchu skupionego wokół Trumpa, przesiadywał w Mar-a-Lago. W nowej administracji dostał stworzony specjalnie dla niego "departament" ds. cięcia kosztów publicznych. 

(...)

W 2016 r. Bezos martwił się na głos, że Trump jest zagrożeniem dla demokracji. Trzy lata później, w czasie jego kadencji, Amazon ogłosił, że to ze względu na naciski prezydenta firma nie otrzymała od Pentagonu wielomiliardowego kontraktu rządowego. Według formalnego protestu, który firma skierowała do sądu, Trump wielokrotnie atakował ją i publicznie, i zakulisowo, a Bezosa - jako właściciela gazety Washington Post - postrzegał jako politycznego wroga. Dziś amerykański rząd jest kluczowym klientem Amazon Web Services, czyli jednostki zależnej Amazona, która zajmuje się udostępnianiem platformy chmurowej i hostingu internetowego. W 2021 r. AWS wygrał przetarg Narodowej Agencji Bezpieczeństwa - w ramach kontraktu "Wild and Stormy" ma dostarczać jej usługi chmurowe przez 10 lat za 10 mld dolarów.

A Jeff Bezos ma do Trumpa znacząco inne podejście niż przed laty. W 2024 r. dział opinii Washington Post chciał opublikować tekst udzielający poparcia Kamali Harris (takie oficjalne wskazanie preferowanego kandydata to stary, uznany zwyczaj wśród amerykańskich tytułów prasowych). Bezos - według doniesień etatowych dziennikarzy Washington Post - tekst zablokował. Ostatecznie gazeta nie udzieliła poparcia nikomu. Kiedy Trump wygrał wybory, Bezos pojechał na audiencję do jego domu w Mar-a-Lago. Przeznaczył, podobnie jak kilku innych prezesów, milion dolarów na fundusz na uroczystą inaugurację Trumpa. A w styczniu tego roku Amazon ogłosił, że ma w planach wypuścić dokument o Melanii Trump, który wyprodukuje sama pierwsza dama. Firma miała zapłacić za to 40 mln dolarów.

"Ostatnie wybory to swego rodzaju punkt zwrotny" - stwierdził otwarcie Mark Zuckerberg w swoim styczniowym wideo o tym, jak zmienia zasady gry na Facebooku i Instagramie. W skrócie chodzi o zlikwidowanie fact-checkingu i wprowadzenie specyficznie, po Muskowemu rozumianej wolności słowa (na portalach Zuckerberga będzie można teraz swobodnie napisać, że imigranci kradną, geje to świry, a Żydzi są bardziej pazerni niż chrześcijanie). Jak stwierdził, tego wymaga duch czasów, bo obecne zasady moderacji są "odklejone od dyskursu głównego nurtu". Zuckerberg najpewniej nie wprowadza zmian z bólem serca - w przeszłości zasady moderacji treści na Facebooku ulegały zaostrzeniu nie dlatego, że on sam tak sobie wymyślił, tylko pod presją poprzednich ekip rządzących. Co Meta chce osiągnąć teraz? Proste: większą ekspansję i większe zyski. Deklaracje Zuckerberga ze styczniowego wideo nie pozostawił zbyt wiele pola do domysłów. Sam świetnie się przedstawił przed milionami Amerykanów:

"Będziemy współpracować z prezydentem Trumpem, żeby przeciwstawić się rządom na całym świecie. Ścigają one amerykańskie firmy i naciskają na większą cenzurę. USA ma najsilniejszą konstytucyjną ochronę wolności słowa na świecie. [Tymczasem] w Europie stale rośnie liczba ustaw, które instytucjonalizują cenzurę i utrudniają tworzenie jakichkolwiek innowacji. Kraje Ameryki Łacińskiej mają tajne sądy, które mogą nakazać firmom usuwać treści po cichu. Chiny nawet nie dopuściły naszych aplikacji do działania w swoim kraju. Możemy stawić czoła temu globalnemu trendowi tylko dzięki wsparciu amerykańskiego rządu".

(...)

Pichai - prezes spółki Alphabet (Google, YouTube) - na zaprzysiężeniu siedział w pierwszym rzędzie i, podobnie jak Bezos czy Zuckerberg, przekazał milion na fundusz inauguracyjny Trumpa. Google Cloud też ma rządowe kontrakty -przede wszystkim z Departamentem Obrony, ale także z cywilnymi agencjami federalnymi. 

(...)

Prezes OpenAI (ChatGPT) /Sam Altman - red/ też należał do tych, którzy wpłacili milion dolarów na fundusz inauguracyjny Trumpa. I w tym momencie warto wspomnieć, że tego rodzaju hojne dary wywołały reakcję po demokratycznej stronie sceny politycznej. Do Altmana przyszedł list od senatorki Elizabeth Warren i senatora Michaela Bennetta, w którym napisali, że szef OpenAI ma w przymilaniu się do Trumpa "jasny i bezpośredni interes". Altman skomentował, że to śmieszne - i że nikt mu takich listów nie wysyłał, kiedy przekazywał darowizny demokratom. Przedtem, w grudniu, mówił w telewizji Fox News, że z przyjemnością wesprze wysiłki Trumpa służące "wprowadzeniu naszego kraju w erę AI". 

Już wiemy: ta przyjemność Altmana nie ominie. 22 stycznia Trump ogłosił, że w ramach nowego programu Stargate firmy Oracle, SoftBank i właśnie OpenAI będą rozwijać w Stanach infrastrukturę związaną z rozwojem sztucznej inteligencji. Potężna inwestycja ma w ciągu czterech lat pochłonąć nawet 500 mld dolarów. "Uważam, że z innym prezydentem nie byłoby to możliwe. Jesteśmy podekscytowani, że możemy to zrobić" - powiedział Altman. Ta ekscytacja jest zrozumiała, bo OpenAI ostatnio cienko przędzie. Jesienią firma przewidywała, że za rok 2024 odnotuje straty w wysokości 5 mld dolarów przy przychodach wynoszących ok. 3,7 mld. Co może najweselsze - OpenAI traci, nie zarabia, nawet na subskrypcjach premium Chata GPT. Plan ChatGPT Pro kosztuje dużo, 200 dolarów miesięcznie, ale ludzie korzystają z niego intensywniej niż zakładał prezes. Jak z rozbrajającą szczerością przyznał Altman w odpowiedzi na twitterowy komentarz: "Sam wybrałem cenę, myślałem, że na tym zarobimy". 

(...)

A to już mniej znany pan. /Marc - red/ Andreessen nie jest prezesem żadnej spółki, z której produktów korzystacie na co dzień. W latach 90. był współtwórcą przeglądarek Mosaic i Netscape, potem został członkiem zarządu Facebooka. Dziś zajmuje się inwestycjami w start-upy technologiczne - na przestrzeni lat wyczuł sukces takich produktów jak Airbnb, Instagram, Pinterest czy Slack. Politycznie jest zaangażowany od lat, tyle że zwykle sponsorował kampanie demokratów - od Billa Clintona w 1996 r. po Hillary Clinton dwadzieścia lat później. Ale w ubiegłym roku Andreessen ogłosił, że tym razem poprze Trumpa. Na jego kampanię wpłacił przynajmniej 4,5 mln dolarów, przekazał też darowizny Partii Republikańskiej w kilku stanach. Po zwycięstwie Trumpa stwierdził, że co dzień budzi się szczęśliwszy niż wczoraj.

Część tych szczęśliwych poranków miała najwyraźniej miejsce w samym Mar-a-Lago. W grudniu w podcaście "Honesty" Andreessen powiedział, że spędza w rezydencji Trumpa "połowę czasu", doradzając prezydentowi-elektowi w takich tematach jak "technologia, biznes, ekonomia, zdrowie i sukces państwa". W tym kontekście dociekliwych może zainteresować fakt, że firma Andreessena prowadzi fundusz American Dynamism inwestujący w "firmy wspierające interes narodowy" w sektorach takich jak obronność, lotnictwo czy przemysł. W portfolio American Dynamism są m.in. firmy zajmujące się wykorzystaniem technologii w zbrojeniówce - Anduril, Shield AI czy… SpaceX Elona Muska. Wykorzystanie AI dla celów militarnych to w ogóle konik Andreessena, który twierdzi, że USA musi prowadzić pod tym względem wyścig zbrojeń z Chinami, a ten, kto go wygra, będzie rządzić światem. 

(...)

Praktycznie wszyscy panowie powyżej w przeszłości byli kojarzeni raczej z progresywnymi czy liberalnymi poglądami. Musk popierał Obamę i Bidena, Bezosa martwił wpływ Trumpa na stan państwa, Andreessen przez dwie dekady wspierał kolejnych kandydatów Partii Demokratycznej na prezydenta. No to uwaga, z Peterem Thielem jest inaczej. Thiel - miliarder, inwestor w branżę tech, pierwszy zewnętrzny inwestor w Facebooka, mentor Marka Zuckerberga - od zawsze był w prawicowej awangardzie.

Mówi o sobie "konserwatywny libertarianin". Z ciekawszych publikacji: w eseju z 2009 r. Thiel pisał "nie wierzę już, że wolność i demokracja idą w parze" (a to wszystko przez kobiety oraz beneficjentów świadczeń społecznych). W 2016 r. wsparł Trumpa finansowo, w tej kampanii - jak mówił - tego nie zrobił. Ale udało mu się coś innego: dał światu J.D. Vance'a. Obecny wiceprezydent trafił na wykład Thiela, kiedy studiował prawo na Yale. Mówił potem o tamtym spotkaniu, że była to najważniejsza rzecz, jaka spotkała go na uniwersytecie. W 2017 r. Thiel zatrudnił Vance'a w swojej firmie inwestycyjnej, a następnie otoczył opieką jego pączkującą karierę polityczną. Przeznaczył (zainwestował?) 15 mln dolarów na jego kampanię do Senatu. I to on przyprowadził dzisiejszego wiceprezydenta na jego pierwsze w życiu spotkanie z Donaldem Trumpem. Nie ma J.D. Vance'a bez Petera Thiela.

gazeta.pl


- Innych rzeczy niż na uniwersytecie?

W Stanach uniwersytety są lewicowe od początku XX wieku, ta lewicowość czasem była przygaszona, czasem się rozpalała, a dziś wręcz płonie. Ekstremiści uważają, że Trump to zło wcielone i Hitler do kwadratu, nie potrafią przyjąć czegokolwiek innego do wiadomości. Wraz z polaryzacją amerykańskiego społeczeństwa uniwersytety przesuwają się jeszcze bardziej na lewo i musisz się określić: jesteś z nami, czy z nimi? Jacek Kaczmarski śpiewał: "Kto sam, ten nasz najgorszy wróg". Zachowanie niezależnego osądu w tych warunkach wymaga dużego talentu dyplomatycznego, żeby cię nie skreślili. Większość intelektualistów na brzmienie nazwiska Trump dostaje histerii, traci rozsądek i jakiekolwiek hamulce, co oczywiście tylko ułatwia Trumpowi robotę, bo na histerii elit ciuła dodatkowe punkty.

- Dlaczego intelektualiści reagują na Trumpa histerią?

Bo Trump zagraża ich pozycji. Lepiej wyczuwa nastroje społeczne, co jest paradoksalne i wydaje się niezrozumiałe, no bo jak człowiek żyjący w złotym wieżowcu może lepiej wyczuwać zwykłych ludzi? Okazuje się, że tak właśnie jest. On te nastroje potrafi nie tylko wyczuć, ale też wykorzystać na swoją korzyść, co w polityce jest cenną umiejętnością. I to rozsierdza lewicę, ponieważ to ona na sztandarach nosi hasła o rozumieniu zwykłego człowieku, a coraz słabiej go rozumie.

Partia Demokratyczna zapomniała o fundamencie, na którym Ameryka została zbudowana, czyli o "suwerenności ludowej". Jest to pojęcie historyczne i politologiczne. Chodzi między innymi o to, że amerykańskie stany mogą same decydować, co się w nich dzieje. Ta suwerenności oznacza również, że mam prawo decydować, do jakiej toalety będę wchodzić, albo ile coca-coli wypić w Burger Kingu. Kiedy burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg postanowił zablokować sprzedaż słodzonych napojów gazowanych w kubkach XXL, musiał przeprowadzić referendum stanowe. I przegrał je z hukiem.

- Niemal 60 procent mieszkańców Nowego Jorku ma nadwagę. W szkołach publicznych to problem 40 procent dzieci.

Nie neguję tego. I nie oceniam takich zakazów. Natomiast jako historyk USA próbuję panu opowiedzieć, jakie są mentalne podstawy Ameryki. "Nikt mi nie będzie mówić, ile mam się napić coli". To jeden z fundamentów. Jeśli jako polityk chcesz mieć kontakt z bazą, nie możesz od tego uciec.

- I to jest główny błąd demokratów? Zakazy, jak ten z colą?

Partia Demokratyczna zajmowała się wielkością kubków w McDonald’s i nie zauważyła, że w tym samym czasie jej tradycyjny elektorat przestaje istnieć. To jest ten główny błąd.

Wraz z końcem zimnej wojny Ameryka wpadła w ekstazę i samozachwyt, doszła do wniosku, że skoro pokonała komunizm, to system amerykański jest idealny, problemy amerykańskiej klasy robotniczej zostały rozwiązane, teraz musimy rozwiązać problemy innych. I mimo że przez kraj przetaczała się dezindustrializacja, to Partia Demokratyczna nie broniła środowiska, z którego wyrosła. Powiedziała: "No dobra, radźcie sobie sami, myśmy wam już pomogli, a teraz są inne grupy, które oczekują naszej pomocy". Zaczęło narastać poczucie krzywdy. No bo jak to? Głosowaliśmy na demokratów lojalnie przez 40 lat, a jak znika przemysł i wraz z nim nasze stabilne miejsca pracy, to oni nie mają nam nic do zaoferowania, poza formułkami o "nieuniknionych procesach globalizacji"? Zaczął narastać gniew, który w końcu przepchnął tradycyjny elektorat demokratów w stronę republikanów. To jest rzecz, której Parta Demokratyczna niemal w ogóle nie chce przyjąć do wiadomości. Plecie coś o rasistach, mizoginach, a to nie rasizm jest sprężyną napędzającą trumpizm.

- A co?

O Partii Demokratycznej mówiono, że to jest "big tent", czyli wielki namiot. Ma to biblijne konotacje, a chodziło o namiot spotkań, gdzie wszyscy są równi. Kiedy demokraci zapomnieli o swoich tradycyjnych wyborcach i przerzucili się na wyszukiwanie kolejnych różnorodności, okazało się, że w środku tego wielkiego namiotu stoją mniejsze namiociki, którym Partia Demokratyczna chce rozwiązać jakiś problem. Stoją osobno, często skłócone, elektorat demokratów, choć w sumie wciąż duży, stał się bardzo sfragmentaryzowany, skonfliktowany, miał bardzo różne interesy i nie czuł wspólnoty losu. Demokraci lubią oskarżać o tworzenie podziałów prawicę, ale sami - poprzez politykę tożsamości, indywidualizmu, wyszukiwanie kolejnych małych grup skonfliktowanych z innymi, gdzie każdy jest zajęty wyłącznie swoją krzywdą, też zapracowali na dzisiejszą amerykańską polaryzację i brak spójności społecznej. Amerykanie nie mają ze sobą już niemal nic wspólnego. Efektem jest Trump, niezawodowy polityk, który wygrał z zawodowcami.

Amerykańskie społeczeństwo potrzebuje bodźców, lubi zmiany, ale musi mieć z tych zmian wyraźną korzyść. Jeśli zmiana nie przynosi obywatelowi korzyści, to Amerykanie czegoś takiego nie szanują. Podam przykład. Uniwersytet Nowojorski, gdzie byłem na stypendium w 2018 roku, wprowadził nowy podział toalet. Po lewej męskie, po prawej damskie, a na środku takie, które nazywały się "all-gender restrooms". I jakoś niemal wszyscy wiedzieli, gdzie iść: na prawo, albo na lewo. A te środkowe stały niemal puste. Partia Demokratyczna zaczęła rozwiązywać problemy wąskiej grupy ludzi, w tym samym czasie nic nie oferowała 30 tysiącom pracowników huty Lackawanna nieopodal Buffalo, którzy zostali zwolnieni.

(...)

"Trump przekierował gniew dawnej klasy robotniczej na imigrantów. Tak samo Hitler przekierował gniew społeczny na Żydów" - czytam.

Ta analogia jest pozorna. Ameryka zawsze była państwem imigrantów, ale wybierała sobie tych, których mogła zamerykanizować. Przyjeżdżał biedny chłop z Polesia, po miesiącu umiał obsłużyć śmieciarkę, za 10 lat zakładał firmę, która sprząta ulice. Imigracja nie polegała na tym, że wpuszczamy wszystkich. Główne założenie było takie, że ci ludzie staną się AMERYKANAMI. A teraz się nie stają, co jest odbierane jako zagrożenie i pojawia się lęk społeczny.

Dlaczego się nie stają Amerykanami?

Bo na przykład jest ich bardzo dużo, wytworzyli swoje środowiska, w których nie muszą się uczyć języka, a państwo powiedziało: "No dobra, to będziecie mieć lekcje po hiszpańsku". Przez większą część XX wieku uważano, że Ameryka to "melting pot", czyli tygiel, takiej używano generalnej metafory. Przyjeżdżają imigranci, a Ameryka ich stapia i wykuwa z tego stopu nowego Amerykanina. Co się stało później? Ten ideał został zakwestionowany przez teorię "salad bowl": Ameryka to miska sałatkowa z oddzielnymi składnikami - osobno pomidor, osobno ogórek - które łączy jakiś sos. To pokłosie lat 60-tych, kiedy zaczęto wyszukiwać tożsamości, osobności i każdy chciał się wyróżnić.

(...)

- I o co?

Z Kanadą - jak to zwykle u Trumpa - chodzi o to, że jest nierównowaga handlowa. Kanadyjczycy produkują samochody dla Amerykanów, a ja bym chciał, żeby były produkowane w Detroit, więc przywalimy im cłami - to mniej więcej mówił. Drugi argument był taki, że Kanada dostarcza dużo produktów mlecznych, no to też przywalimy cłami, bo mamy swoje krowy i swoje mleko. A co do Grenlandii: biegun północny eksplorowano od lat 60-tych i te poszukiwania miały cel gospodarczy. Jeśli da się wydobyć ropę spod dna, to może da się wydobyć uran albo jakieś inne pierwiastki, na które monopol mają obecnie Chiny? Może jeśli lody topnieją z powodu ocieplenia, to będzie łatwiej te pierwiastki wydobyć? Może to pozwoli nam się uniezależnić od Chin? Jednak wszystko, co dotyczy Trumpa, dla niektórych kończy się konstatacją, że Trump jest głupi albo za chwilę wszystkich zamknie do obozów.

- Sam wywołuje takie reakcje. Wypowiada te wszystkie dziwne zdania, które można rozumieć tak, że na przykład chce najechać sąsiednią Kanadę.

Bo taka jest jego metoda. Trump uważa, że im bardziej podbije stawkę, tym więcej osiągnie, to jego biznesowe myślenie, zresztą niemal każdego Amerykanina. Podbijanie stawki, budowanie emocji, prowokowanie przeciwników, co wywołuje histerię wśród establishmentu. Co on osiąga? Że media cały czas o tym mówią i w końcu dojdą do tego, o co chodzi, dokopią się, że jest jakiś problem z surowcami albo z nierównowagą między Kanadą i USA. Albo że jest problem z Panamą, która podniosła ceny za przejście przez Kanał Panamski, praktycznie za wszystko, po czym nagle się okazuje, że spółką zarządzają Chiny. To jest jego metoda, żeby media były zainteresowane Trumpem, jeździły za nim wszędzie, a na końcu on i tak osiągnie to, co chciał osiągnąć. Oglądałem wiece Trumpa w CNN i ta telewizja - która szczerze Trumpa nienawidzi - na żywo pokazywała pustą estradę, na której Trump miał się pojawić dopiero za godzinę. Ta sama CNN, w której intelektualiści wygrażają Trumpowi od faszystów, nie może się mu oprzeć, pokazuje go nieustannie, rozdmuchuje każdą jego bzdurę, budując mu tym poparcie. Dlaczego? Bo to się ogląda. Media są szczęśliwie, jak Trump coś strasznego powie, natychmiast szybuje oglądalność. Natomiast z punktu widzenia Trumpa on osiąga to, co chce. Oczywiście bzdur o jedzeniu psów i kotów przez imigrantów nie da się obronić, to są skandaliczne wypowiedzi, ale jak było z NATO? Trump powiedział, że będzie się z Europy wycofywać, bo nikt nie opłaci, i teraz te kraje płacą.

- Nie chciał oddać władzy po przegranych wyborach w 2020 roku. Jego telefony do urzędników stanowych - "Znajdź mi głosy!" - jak tłumaczyć? Na to też pan patrzy spokojnie i z dystansem?

Tego się nie da obronić. To jest arogancja władzy.

- Arogancja, a nie autorytaryzm?

Tak uważam. Absolutna arogancja, przekonanie, że jak jestem prezesem korporacji, wolno mi wszystko. To jest w jego mentalności. I to jedna z najgorszych cech charakterologicznych Trumpa, tyle że Amerykanie obecnie oczekują takiej arogancji, bo państwo jest w złym stanie, oni tego państwa nie szanują, chcą radykalnych zmian. Zresztą chamstwo w USA nie jest niczym niezwykłym - albo ja jestem górą, albo ty - bo Ameryka schamiała przez 30 lat neoliberalizmu i brutalność jest akceptowana społecznie. Może wzbudzać niechęć intelektualistów, jeśli chodzi o formę, ale jeśli chodzi o treść, to oni podobnie się zachowują, tylko ładniej swoją brutalność opakowują.

- Nie boi się pan, że Trump będzie dyktatorem i weźmie kraj za mordę?

Są jeszcze sądy, Konstytucja i porządek społeczny. I jest deep state, który ma siłę zablokować wiele rzeczy. Ale najbardziej prawdziwa odpowiedź brzmi: nie wiem. Nie mam decydującego mocnego argumentu, że Trump tego na pewno nie zrobi.

- Pana zdaniem on zagraża demokracji czy nie?

Wielu ludzi uważa, że w Ameryce nie ma obecnie demokracji, że raczej to jest oligarchia. Powstają na ten temat książki.

Powtórzę coś, co uważam za najważniejsze: Ameryka przestała dbać o siebie i swoich obywateli, kiedy przestała się bać ZSRR. Wcześniej liberalna demokracja się hamowała i robiła dobrze pod wpływem Sowietów, żeby nam broń Boże nie uwiedli klasy robotniczej. A po 1989 roku wybuchł tryumfalizm, bardzo niedobry, tryumfalizm na skalę międzynarodową, ale też skierowany do wewnątrz. "Już nic nie musimy, wygraliśmy!". Z demokracji amerykańskiej wyszły cechy, które były ukryte albo przynajmniej złagodzone przez istnienie konkurenta.

gazeta.pl


Według danych opublikowanych przez American Oil and Gas Journal, w 2021 roku światowa produkcja ropy naftowej wyniosła 4,423 mln ton, a rosyjska produkcja ropy naftowej wyniosła 534 mln ton, co stanowi 12% światowej produkcji ropy, co czyni ją drugim co do wielkości producentem ropy na świecie po Stanach Zjednoczonych. Wybuch wojny Rosja–Ukraina i późniejsze sankcje energetyczne USA nałożone na Rosję spowodowały znaczny wzrost cen ropy naftowej. 7 marca 2022 roku cena kontraktów terminowych na ropę naftową WTI osiągnęła $133,460/baryłkę, a cena kontraktów terminowych na ropę Brent osiągnęła $139,130/baryłkę, czyli najwyższą cenę od lipca 2008 roku. Od tego czasu, ceny ropy naftowej utrzymują się na niezmiennie wysokim poziomie, doświadczając krótkoterminowych wahań podczas negocjacji Rosja–Ukraina, sankcji G7 oraz różnych postaw krajów europejskich i amerykańskich. Ponadto podwyżka stóp procentowych Fed i umocnienie dolara amerykańskiego spotęgowały skutki w tym okresie. 26 marca 2022 r. Rezerwa Federalna ogłosiła pierwszą rundę podwyżek stóp procentowych o 25 punktów bazowych, następnie o 50 punktów bazowych 4 maja i 75 punktów bazowych odpowiednio 15 czerwca, 28 lipca i 22 września. W kontekście dalszego umacniania się dolara amerykańskiego, 27 września 2022 roku cena kontraktów terminowych na ropę WTI spadła do $76,310/baryłkę, a cena kontraktów terminowych na ropę Brent spadła do $83,650/baryłkę, powracając do poziomu na początku 2022 roku.

nature.com


Marija jest bardzo inteligentna, przy czym apodyktyczna – często przerywa, jakby nie miała czasu na czcze dyskusje. Buduje zdania szybko i jeszcze szybciej je wypowiada. Jej apodyktyczność i przywódczą energię podkreśla wielki sikor na prawej łapie, atrybut rzadko spotykany u kobiet.

– Nie… Nie uważam, że PTSD naznacza tylko kobiety… – odpowiadam, ale rozpędzam się powoli, bo to, co chcę jej wytłumaczyć, nawet dla mnie samego zdaje się niedotykalne. – Konflikt zbrojny najpierw naznacza mężczyzn PTSD, ale zbyt często przedstawiany jest w sposób następujący: kaleki mężczyzna wraca z wojny, nie umie sobie ze sobą poradzić i na nim się ta historia kończy. A przecież się nie kończy. On zaraża stresem pourazowym całą rodzinę. Pije i bije, demoluje i robi awantury, a na koniec wiesza się w salonie, gdzie znajdują go żona i dzieci. Trudno, żeby doznana przez nich trauma nie była przekazywana z pokolenia na pokolenie.
– Rosjanki, czy w ogóle obywatelki Związku Radzieckiego, też uczestniczyły w wojnie. PTSD był ich bezpośrednim udziałem.
– Ale ja chcę rozmawiać o dzisiejszej Rosji, którą regularnie naznacza wojenne PTSD. A w putinowskiej Rosji żyją weterani konfliktu w Afganistanie z lat 1979–1989… – Dopiero zacząłem wyliczać, a ona już wierci się zniecierpliwiona. – …dwóch wojen czeczeńskich, wojny w Gruzji z 2008 roku, wojny w Donbasie trwającej od 2014 roku, zbrojnej interwencji w Syrii ciągnącej się od 2015 roku i wojny w Ukrainie, która wybuchła w 2022 roku, a jej końca nie widać. To daje siedem konfliktów w 42 lata! Co sześć lat nowy! A od 2015 roku Putin przekroczył wszelkie normy, zaangażował Rosję w trzy konflikty na przestrzeni siedmiu lat. Oprócz pogrążonych w wojnie zakątków Afryki nie ma drugiego takiego państwa na świecie, które jak Rosja nieustannie uczestniczy w wojnie.
– Jest jeszcze gorzej – dorzuca Marija – bo na terenie Rosji regularnie dochodziło do zamachów terrorystycznych, a Kreml od wielu lat wysyła tysiące najemników na inne kontynenty.
– No właśnie! Ale na wszystkie te interwencje zbrojne i wojny wysyłani są mężczyźni, którzy potem przywożą PTSD do domów.
– Nie. Jeśli chce pan mówić o kobiecym PTSD, to w Rosji jego korzenie sięgają jeszcze wojny domowej z lat 1917–1922.

(...)

Donbascy i sowieccy podróżni, wraz z Mariją przemierzający kraj najtańszą klasą, czyli wagonami plackartnyj (54 łóżka oddzielone od siebie cienkim plastikiem), stanowili obraz, który Polacy dobrze znają z przeszłości. To mężczyźni w kurtkach ze sztucznej, czarnej skóry lub imitujących amerykańskie bejsbolówki, zniszczeni mocnymi papierosami, samogonem, pracą fizyczną i utratą wszystkiego po rozpadzie ZSRR. To także smutne kobiety w błyszczącym, śliskim ortalionie i ze złotymi zębami. I oni, i one – uzbrojeni w ogromne, kraciaste torby bazarowe z poliestru.

– W pociągach często rozmawiałam z sowieckimi i donbaskimi – opowiada Marija. – Nie spotkałam tam ani jednej kobiety, która nie wracałaby w swoich opowieściach do czasów stalinizmu, tak jakby tamten okres stanowił prapoczątek ich opowieści. Dlatego jeśli chce pan się zastanowić nad kobiecym zespołem stresu pourazowego, to jego korzenie leżą w wojnie domowej, która trwała pięć lat!
– Ale to są czasy przed dojściem Stalina do władzy – zauważam.
– Nie, nie. To są czasy, które zrodziły Stalina. Proszę zobaczyć, ledwo w 1922 roku skończyła się wojna domowa, zaczęły się represje, które potrwały 20 lat. Jest to absolutnie transpokoleniowe doświadczenie, ćwierć wieku wewnętrznej rzeźni, w której mężczyźni giną jako żołnierze, kobiety jako bezbronne ofiary, a do tego są masowo gwałcone. A kto ocalał, trafiał do łagru. Wojna ojczyźniana jedynie potęguje wcześniejsze zjawiska oraz naznacza kolejne pokolenia kobiet gwałtem i śmiercią. Żniwo wojny i represji, w tym pijaństwo i samobójstwa weteranów wojennych, wciąż wpływają na rosyjską demografię: kobiet jest znacznie więcej niż mężczyzn. A za tymi dwoma pokoleniami poszarpanymi przez los ustawiają się kolejne pokolenia poranionych mężczyzn i kobiet, bo porewolucyjni i powojenni rodzice przenosili na nie swój zwierzęcy strach przed kolejną wojną i represjami, stosowali nieustanną przemoc i agresję.
– Ale ja nie chcę ciągle wracać do tego, co było sto lat temu. Po upadku Związku Radzieckiego Rosjanie wciąż fundują sobie co sześć lat wojnę, to mnie interesuje.
– Nie może pan nie wracać. Fundowanie Rosjanom co sześć lat, jak pan to nazywa, nowego wojennego PTSD odbywa się równolegle z pokoleniowo przekazywanym PTSD i podminowuje psychikę kobiet.

Kilkanaście lat temu Ludmiła Pietranowska w artykule „Traumy pokoleń” opisała, jak w układzie matka–dziecko pokoleniowo reprodukowany jest w Rosji zespół stresu pourazowego. (...)

Wspomniany artykuł Pietranowska zaczyna z poziomu stalinizmu. Raczej słusznie, bo myślę, że wbrew temu, co mówi Marija, Rosjanie mają dość dobrze przepracowaną wojnę domową – w podręcznikach historii, filmach i literaturze pięknej. Zawarli ogólnonarodowy konsensus, który brzmi: „Nigdy więcej”, winy i zbrodnie obu walczących stron są dość dobrze wykazane, a co najważniejsze, w tym wypadku nikt nie musi się bić w piersi, co bardzo kontentuje Rosjan. Uwielbiają przecież ckliwą frazę: „Wszyscy cierpieliśmy, każdy ponosi winę”, co akurat w kwestii wojny domowej jest dość bliskie prawdy.

Przejdźmy z Ludmiłą Pietranowską przez poziomy dysfunkcji trzech rosyjskich pokoleń.

Koła zamachowe rosyjskiej historii – rewolucja, represje i wojny – w pierwszej kolejności porywają mężczyzn. Młoda matka zostaje sama, najpierw bez wieści o mężu, a potem bez nadziei, bo właśnie wyprawiła mu pogrzeb. Jej los to ciągły strach i katorżnicza praca, ponieważ równocześnie zarabia na chleb i wychowuje dziecko lub – częściej – kilkoro dzieci. W jej życiu nie ma żadnych radości. Wiele kobiet zapada na kliniczną depresję, ale przecież w okresie stalinizmu nikt tego tak nie nazywa, nie bada ani nie diagnozuje. Matka tłumi depresję, aby nie popaść w czarną rozpacz – bo kto zajmie się dziećmi? Wyłącza więc uczucia, zaciska zęby i zamienia się w kamień. 

(...)

Z biegiem lat kobieta uczy się żyć bez męża. Jest w stanie unieść i załatwić wszystko. Stalinizm, jak pisze Pietranowska, wyprodukował „kobietę z żelaznymi jajami”. „Wiele osób zapewne pamięta babcie, które nie mogły usiedzieć bezczynnie w miejscu. Nawet jako staruszka, nosiła torby i rąbała drewno, to był jej sposób radzenia sobie z życiem. Była żelazna do tego stopnia, że choroba i starość nie mogły jej powalić”.

Kobieta z żelaznymi jajami jest nadopiekuńcza, ale nie okazuje dzieciom ciepła i uczuć. Jeśli powtórnie wyszła za mąż, to nie pozwoli mu się wtrącić w wychowanie czy sprzątanie, bo wszystko zrobi sama.

Odsuwani od wszystkiego mężczyźni zostawali „drugą matką”, nabierając takich cech jak delikatność, opiekuńczość czy pobłażliwość. Niektórzy odsuwali się od domu i rodziny na dobre, uciekali w pracoholizm lub alkoholizm (albo i jedno, i drugie). „Tak reaguje mężczyzna, który słyszy «odejdź, nie przeszkadzaj», a po przecinku «jaki z ciebie ojciec, nie dbasz o dzieci» (czytaj: nie postępujesz tak, jak uważam za konieczne)” – pisze Pietranowska. Z opowieści dzieci kobiet z żelaznymi jajami przebijał się obraz ojców, którzy pewnego ranka wyszli i już nigdy nie wrócili, zrywali kontakt z pancerną żoną i potomstwem na zawsze, a do tego szczerze wierzyli, że nie są nic winni tej „histerycznej terrorystce”. I często mieli rację, bo kobiety z żelaznymi jajami bardziej potrzebowały dzieci do zamęczania ich na śmierć swoją opieką niż mężczyzny do partnerskiej relacji.

Dziecko kobiety z żelaznymi jajami nie rozumie, co to stalinizm, wojna i represje, więc jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mu do głowy, jest takie, że mama go nie kocha, że jej przeszkadza i lepiej, żeby go nie było. Rozwój i kształtowanie osobowości dziecka pozbawionego emocjonalnego kontaktu z matką ulega silnemu zaburzeniu. Jak pisze Pietranowska:

Co zrobić, jeśli matka nosi maskę depresyjną? Jej głos jest monotonny. Ołowiany ze smutku lub napięty ze strachu. Ona rozdziera sobie żyły, aby dziecko mogło przeżyć i nie umrzeć z głodu lub choroby, tymczasem ono dorasta w niepewności, czy jest kochane i potrzebne. Tak silna deprywacja osłabia nawet jego inteligencję.

Dziecko dorastające w takich warunkach przestaje od mamy czegokolwiek wymagać i oczekiwać. Albo zajmuje się wyłącznie sobą i światem swoich fantazji, albo przechodzi w tryb pomagania jej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem lub  mechanicznie, jak robot, osiąga szkolny i życiowy sukces. Jest praktyczne i przydatne oraz ceni jedynie ludzi praktycznych i przydatnych. Dokładnie tak jak jego mama.

Kiedy staje się nastolatkiem, dziecko chce się wyrwać ze smutnego domu, ale jest dociśnięte nadopieką matki, ma z nią niezdrową relację. To nawet nie jest nieodcięta pępowina, ale nieustający emocjonalny szantaż, aby nie szło na imprezę czy nie jechało na wakacje, lecz zostało z nią w domu, gdzie ona się nim (nad)zaopiekuje. Dziecko i tak zazwyczaj zrywa więź, ale wymaga to walki i staje się bardzo bolesne, bo kobieta z żelaznymi jajami dobrowolnie nie odpuści. Dziecko odchodzi, a dalszym relacjom towarzyszyć będą ciągłe pretensje i żal matki.

(...)

Rozwody dzieci dorastających pod rozłożystymi skrzydłami matki z żelaznymi jajami były w ZSRR bardzo częste. Dzieci pozbawione ojców oraz kontaktu emocjonalnego z matką i jej uczuć są skrajnie głodne miłości. W związku z tym stawiają partnerowi oraz sobie samym skrajnie wysokie wymagania, by wnieśli do związku to, czego nie otrzymały w dzieciństwie. Ale to przecież niemożliwe, nie mogą dać tego, czego same nie otrzymały. Pietranowska pisze, że przez ZSRR lat 70. i 80. przeszła fala rozwodów, najczęściej bolesnych i okrutnych, z zakazem widywania się z dziećmi, całkowitym zerwaniem kontaktów, z obelgami i oskarżeniami. Oto dwoje ludzi bojących się samotności i pragnących stworzyć udany związek trafiało w dokładnie odwrotną sytuację – samotność i nieszczęśliwe małżeństwo. I znowu rezultatem stawało się picie i pogorszony stan zdrowia mężczyzn oraz skupienie na dzieciach i zasklepienie we własnym wnętrzu kobiet. A co najgorsze, następnemu pokoleniu przekazane zostały kolejne sakramentalne frazy: „Wszyscy mężczyźni to dranie”, „Wszystkie kobiety to suki”.

Wnuk kobiety z żelaznymi jajami ma dziś około 35–50 lat. Jest w moim wieku. Zdążył poznać babcię. Ba! W jakiejś części trafił pod jej nadopiekuńcze skrzydła, ponieważ pomagała go wychowywać. Oczywiście pancerna babcia na starość trochę łagodnieje, ale sam fakt wychowywania się pod jej czujnym okiem albo przyucza do bezwzględnego posłuszeństwa, albo – to pozytywny wariant – wyzwala mechanizmy obronne: szukanie własnej indywidualności i tożsamości. Trzeba też pamiętać, że dzieciństwo i młodość wnuczka przypada na dzikie lata transformacji ustrojowej lat 90. i poniżającą biedę.

Wnuki postrzegają swoje dzieciństwo jako całkiem szczęśliwe, bo też faktycznie jest to pokolenie mimo wszystko kochane – nie zaznało głodu, a rodzice żyją, bo nie trafili ani do łagru, ani na wojnę. Oczywiście w przedszkolu, szkole i na obozach pionierów wnuki kobiet z żelaznymi jajami zaznały sporo przemocy i upokorzeń. Pietranowska pisze, że „w przedszkolu dzieci bito szmatą w twarz; gdy zwymiotowały kaszą manną, wymioty wpychano siłą do ust, a rodzice byli bezradni i nie mogli ich chronić. Wśród ludzi tego pokolenia często obserwuje się zachowanie agresywno-bierne”.

Dzieci rozczarowanych rodziców zostają wciągnięte w sam środek rozwodowego poligonu, bo ich poranieni matka i ojciec wciąż są kompletnie nieświadomi samych siebie, nie idą na psychoterapię ani nie czytają internetów i mądrych magazynów z zakresu psychologii, więc nie wiedzą, że nie wciąga się dzieci w bitwy dorosłych. Inna sprawa – jak tego nie zrobić w 50-metrowym mieszkaniu?

Dzieci rozczarowanych rodziców już we wczesnym dzieciństwie przyjmują role mediatorów i rozjemców gotowych oddać wszystko, by pogodzić zwaśnione strony. Minimalizują swoją obecność: nie narzekają, nie eskalują, nie komentują, bo w przeciwnym wypadku rodzice znowu zaczną się kłócić, tata się zdenerwuje, a mama zacznie płakać. Dziecko uczy się przewidywać, rozładowywać sytuację i rozumieć strategię ustawień rodzinnych.

Drugą klasyką rozwodowego poligonu jest przeciąganie dziecka na swoją stronę. Najbardziej destrukcyjny jest ten, w którego szeregach znajduje się babcia z żelaznymi jajami, bo ta całe życie walczyła na domowym froncie, wie, jak się w to gra, i nigdy nie odpuszcza.

(...)

Bo też wnuki, w związku z tym, że we wczesnym dzieciństwie nauczyły się roli mediatorów, co wymaga sporej inteligencji, stały się ekspresowo nad wyraz dojrzałe. Stale odczuwają odpowiedzialność nie tylko za rodziców, ale też za to, by jak najszybciej osiągnąć samodzielność. Same podgrzewają zupę, odrabiają lekcje i spędzają dzieciństwo z kluczem na szyi. Od pierwszej klasy chodzą zupełnie same do szkoły i do sklepu, przemierzając opustoszałe działki, garaże i tunele, gdzie często kręcą się podejrzane typy. Wszystko po to, by ulżyć rodzicom.

Babcie z żelaznymi jajami oraz rozczarowani rodzice przekażą swoim następcom co najmniej kilka dysfunkcji. Po pierwsze, przemocowy sposób (nie)rozwiązywania konfliktów. Po drugie, zasadę: „Zawsze trwaj przy pierwotnej rodzinie”. Dlatego każdy kandydat na partnera czy partnerkę wnuka będzie bezwartościowy, niegodny i niewłaściwy. Wnuk będzie musiał o niego ostro zawalczyć z pierwotną rodziną. Po trzecie, kolektywne sowieckie życie oraz nadopiekuńczość nie pozwoliły na stworzenie sfery prywatności.

(...)

Po czwarte, być może najważniejsze, wnuki skutecznie przyswajają przekaz mówiący, że mężczyzna to drań, który prędzej czy później odejdzie, a kobiety będą próbowały cię wepchnąć pod swój kapeć czy obcas. W efekcie wnuki również rozwodzą się na masową skalę.

Rozwody następują w sposób mniej krwawy, a wnuki wchodzą w drugi związek, który jest bardziej świadomy i udany. Małżonkowie w miarę konstruktywnie porozumiewają się w kwestii opieki nad dziećmi. Niestety pierwsze małżeństwo stanowiło poligon doświadczalny ran, traum i niemiłości, a dziecko będące jego owocem jest oddawane pod opiekę rozczarowanych rodziców, a czasem (pra)babci z żelaznymi jajami, ponieważ jego matka i ojciec chcą rozwijać swoje kariery oraz budować nowe związki.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

czwartek, 23 stycznia 2025



Władze tureckie chcą odgrywać kluczową rolę w stabilizacji i odbudowie Syrii. Wskazują na to m.in.: próby Ankary pośredniczenia w procesie zniesienia międzynarodowych sankcji przeciw Syrii i naciski w tej sprawie na zachodnich partnerów; legitymizowanie nowego rządu (m.in. poprzez uruchomienie lotów narodowego przewoźnika Turkish Airlines do Damaszku, otwarcie konsulatu w Aleppo, a wcześniej ambasady); deklaracje o chęci udzielania wsparcia w zwalczaniu organizacji terrorystycznych (Partii Pracujących Kurdystanu – PKK, tzw. Państwa Islamskiego – PI) oraz presja na pokojową transformację i budowę stabilnych instytucji państwowych, tj. armii i administracji. Turcja chce być tym samym postrzegana jako główny rozgrywający oraz nieodzowny partner międzynarodowy w procesie stabilizacji Syrii.

Dla Ankary priorytetowym celem w trwającym zbliżeniu z rządem HTS jest uregulowanie kwestii kurdyjskiej w północnej Syrii. Turcja liczy, że postulat włączenia grup mniejszościowych w proces tworzenia nowego gabinetu syryjskiego doprowadzi do zlikwidowania de facto autonomii kurdyjskiej (tzw. Rożawy). Pozwoliłoby to na oddzielenie Kurdów opowiadających się za współpracą z rządzącymi w Damaszku od PKK. Zdaniem tureckich władz osłabiłoby to PKK, a w dalszej perspektywie umożliwiło jej eliminację. Jednocześnie deklaracja Ankary o jej gotowości do zwalczania ugrupowań terrorystycznych, w tym PI, jest sygnałem dla nowej administracji amerykańskiej. Aktualnie Stany Zjednoczone wspierają Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF) w północnej Syrii, które wykorzystują m.in. do walki z PI. Ankara natomiast uznaje SDF za organizację ściśle powiązaną z terrorystyczną PKK. Sygnalizując wolę walki z PI, Turcja liczy zapewne na ustępstwa ze strony przyszłego prezydenta USA Donalda Trumpa, przede wszystkim na zaprzestanie amerykańskiego wsparcia militarnego dla SDF w północnej Syrii.

Ambicje tureckie w Syrii będą poddane szeregowi testów i wyzwań. Do najpoważniejszych – obok zwalczania terroryzmu kurdyjskiego – należeć będzie utrzymanie protureckiego nastawienia obecnych władz w Damaszku. Rząd tymczasowy HTS może podjąć próbę dywersyfikacji partnerów politycznych i gospodarczych. Dotyczy to zwłaszcza współpracy z państwami Zatoki Perskiej, które zapewne będą głównym źródłem wsparcia finansowego dla pogrążonej w zapaści gospodarki Syrii. Turcja nie ma podobnych możliwości kapitałowych, m.in. z powodu trwającego kryzysu finansowego. Z tego względu delegacja rządowa z Damaszku w pierwszej kolejności udała się do Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru. W konsekwencji Syria prawdopodobnie będzie dla Turcji także potencjalną areną rywalizacji o wpływy z zamożniejszymi graczami regionalnymi, co może podważać interesy Ankary w Damaszku.

Upadek reżimu Baszara al-Asada wzmacnia wewnątrzpolityczną pozycję prezydenta Erdoğana oraz Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Zmiana władzy w Syrii jest przedstawiana jako sukces polityki zagranicznej Turcji i wyznacznik jej pozycji na świecie, co przekłada się na wzrost poparcia dla obozu rządzącego, osłabionego przez kryzys gospodarczy i przegrane ubiegłoroczne wybory lokalne. W percepcji społecznej stabilizacja sytuacji w Syrii umożliwia także powroty do tego kraju uchodźców, których populacja w Turcji sięga trzech milionów. Ich obecność w ostatnich latach coraz częściej stawała się przyczyną niezadowolenia z władzy i napięć społecznych rozgrywanych przez turecką opozycję. Powroty te nie są jeszcze zjawiskiem masowym – według oficjalnych danych od grudnia ub.r. z Turcji wyjechało jedynie 50 tys. Syryjczyków. Władzom w Ankarze zależy więc na stabilizacji politycznej i gospodarczej Syrii w celu stworzenia warunków do masowych wyjazdów w przyszłości.

osw.waw.pl

środa, 22 stycznia 2025



Siły rosyjskie zacieśniają blokadę Wełykiej Nowosiłki, atakują ją z trzech kierunków. Wycofanie pozostałych tam obrońców – możliwe już tylko przez pola w kierunku północno-zachodnim – utrudnia rzeka Mokri Jały. Pod kontrolę wojsk agresora przeszły kolejne miejscowości na zachód i południe od Pokrowska, a najcięższe walki toczą się w rejonie kopalni na południe od głównej drogi zaopatrzenia miasta (najeźdźcom pozostaje do niej 5 km). Rosjanie kontynuują też wypieranie przeciwnika z worka na zachód od Kurachowego.

Ukraińcy pośrednio przyznali, że utracili Torećk. Świadczy o tym informacja Operacyjno-Taktycznego Zgrupowania „Ługańsk”, że znaczna część miasta znajduje się pod ukraińskim ostrzałem. Pod kontrolą obrońców pozostaje kopalnia na jego północnych obrzeżach. Agresor zajął zachodnią część Czasiw Jaru, oskrzydlając jednostki broniące się w centrum miasta. Poszerzył również przyczółek na prawym brzegu rzeki Oskoł w okolicach węzłowej Dworicznej, oskrzydlając obrońców w północno-zachodniej części miejscowości. Niepowodzeniem zakończyły się ukraińskie próby likwidacji przyczółku, a do Kupiańska najeźdźcom pozostaje 2–3 km. Dalsze postępy terenowe odnotowali oni także na kierunku Borowej i Łymanu oraz w rejonie ukraińskiego wyłomu w obwodzie kurskim. Z kolei Ukraińcy odepchnęli wroga od Sudży, ponownie zajmując leżącą na południe od niej Machnowkę.

15 stycznia przebywający w Warszawie Wołodymyr Zełenski oznajmił, że liczebność armii ukraińskiej wynosi obecnie 880 tys. żołnierzy, a po stronie agresora walczy ich 600 tys.

(...)

Wieczorem 15 stycznia ukraińskie drony spowodowały pożar bazy paliwowej Rosniefti w Liskach w obwodzie woroneskim, a dwa dni później – w Ludinowie w obwodzie kałuskim. Pierwsza z nich została ponownie zaatakowana 20 stycznia, z analogicznym rezultatem. Bez większego powodzenia ukraińskie bezzałogowce próbowały zniszczyć szereg innych obiektów, m.in. bazę paliwową w obwodzie tulskim (18 stycznia), zakłady chemiczne w obwodzie tambowskim (16 stycznia), zakłady lotnicze w Kazaniu, lotnisko w obwodzie riazańskim (20 stycznia) oraz bazę paliwową i zakłady lotnicze w obwodzie smoleńskim (21 stycznia). Według rosyjskich danych Ukraińcy mają wykorzystywać w uderzeniach na terytorium FR kilkadziesiąt dronów na dobę. O zestrzeleniu największej ich liczby – 95 – Rosjanie donosili 16 stycznia.

(...)

Ustępująca administracja prezydenta Joego Bidena ujawniła dokumenty na temat niejawnego wsparcia dla ukraińskich producentów dronów, o czym 17 stycznia doniósł „The New York Times”. Amerykańskie inwestycje miały pozwolić na rozpoczęcie i rozwój wytwarzania na Ukrainie nowej generacji bezzałogowców. We wrześniu 2024 r. USA przeznaczyły na wzrost jej mocy produkcyjnych 1,5 mld dolarów. Rozwój programu oraz kontakty pomiędzy amerykańskimi firmami hi-tech i ukraińskimi przedsiębiorstwami nadzorują skierowani do Kijowa oficerowie amerykańskiego wywiadu. Waszyngton ma też pomagać w zakupie przez ukraińskie podmioty komponentów do wytwarzania dronów.

osw.waw.pl


PRAWDZIWE CELE WOJNY W UKRAINIE NA 2025 ROK. 

Czyli jak z rosyjskiej perspektywy wygląda gotowość do negocjacji traktatowych z USA.

Przedstawiam Państwu prawdziwe (nieujawnione) cele Rosji w wojnie na Ukrainie i ewentualne konsekwencje (prawdopodobieństwo) podpisania jakiegokolwiek traktatu pokojowego z Zachodem.  

Zastrzegam na początku, że jest to streszczenie wyłącznie rosyjskiej perspektywy i pozbawione mojego autorskiego komentarza.

Bazując na wypowiedziach i dostępnych publikacjach rosyjskich analityków mogę wskazać następujące cele: 

1. Celem Rosji jest zadanie Zachodowi niestrategicznej porażki na terytorium Ukrainy w celu zmiany ogólnej równowagi stosunków między Rosją a Zachodem; 

2. Przywrócenie Moskwie jej międzynarodowej "podmiotowości", co oznacza uznanie istnienia tak zwanych "czerwonych linii". 

W przeważającej ilości ocen wiarygodnych analityków rosyjskich, dla Kremla nie jest ważne, gdzie dokładnie będzie przebiegać "geopolityczna granica" między Rosją a Zachodem. Liczy się dla niego sam fakt "przywrócenia takiej granicy", ustanowienia linii, poza którą Zachód się nie posunie, oraz uznania prawa Rosji do "suwerenności i prawa do własnego tranzytu władzy wewnątrz kraju". 

3. Zadaniem Rosjan celem Ukrainy jest zadanie Rosji "strategicznej porażki", w której Rosja przestanie istnieć jako podmiot stosunków międzynarodowych i rozpadnie się na kilka niezależnych państw, które nie mają statusu mocarstw nuklearnych tj. "dekolonizacja rosyjskiej przestrzeni polityczno-gospodarczej". 

Analitycy za wschodniej granicy wskazują, że jest to jedyna trwała i realna gwarancja niepodległości ukraińskiej państwowości w jej obecnym kształcie.  

W tym scenariuszu, w tej bezkompromisowej wersji, wojna może zakończyć się w przypadku upadku Rosji lub rewolucji w niej.

Rosjanie podkreślaną, że głównym celem kolektywnego Zachodu na 2025 rok jest zadać Rosji "niestrategiczną porażkę", pozbawiając ją potencjału agresji i podmiotowości w polityce międzynarodowej.

Do jakich wniosków doprowadziły Rosjan tak zdefiniowane cele?

Zdaniem ich w takim układzie każdy proces negocjacyjny, w którym Putin będzie podmiotem, a nie przedmiotem, niezależnie od jego treści, będzie oznaczał osiągnięcie przez Putina jego niezadeklarowanych celów wojennych tj. "realnego powrotu podmiotowości Rosji".

To zdaniem Rosjan przełoży się na porażkę Ukrainy w osiągnięciu jej niezadeklarowanych celów tj. "desubiektywizacja Rosji".

Rosjanie zauważają zależności silnie wpływające na osiągniecie wskazanych celów głównie w kwestiach rozbieżności rzeczywistych celów Ukrainy i Zachodu oraz, co najważniejsze z rosyjskiej perspektywy, postępującej erozji zjednoczenia Zachodu będącego z założenia teoretycznie jedną siłą o jednolitych celach.

Wskazują oni, że paleta celów Zachodu w wojnie w Ukrainie rozpada się na następujące spektrum:

"Partia chaosu" kierowana przez Londyn i Warszawę państwa bałtyckie i Rumunię - to zdaniem wielu Rosjan właśnie ta "partia" przekazała Kijowowi swój cel, bezkompromisową wojnę na Ukrainie z maksymalną eskalacją, aż do upadku Rosji. To właśnie ta "partia" obecnie kontroluje Prezydenta Zełenskiego i sprowokowała Kreml do otwartej wojny w 2022 roku w ramach strategicznego projektu zarządzanego pozbawienia Rosji roli strategicznego partnera Unii Europejskiej (UE).

"Partia wojny hybrydowej" kierowana przez amerykańskich demokratów (USA) - to do niej należy "główny cel Zachodu" czyli niestrategiczna porażka Rosji i tląca się, ograniczona wojna bez końca w długie perspektywie degradujące pozycję rosyjską. Zdaniem wielu Rosjan to ta partia świadomie pozwoliła na rozpoczęcie otwartej wojny w 2022 roku i opowiada się za jej dalszą kontynuacją bez eskalacji i ryzyka przejścia w Wielką Wojnę.

"Partia Zwycięstwa" pod przywództwem Trumpa i republikanów (USA). Jej celem jest pokonanie Putina "na punkty", jak najszybsze zakończenie tej wojny i gry, ustalenie zysków i przejście do innej gry, znacznie większej, czyli pokonanie Chin na punkty i tam ustalenie konkretnych zysków, jednocześnie dzieląc świat na swoją według swoich korzyść.

Rosjanie zgodnie ocenią, że w takim układzie obecne wydarzenia potwierdzają, dlaczego traktat pokojowy w sprawie Ukrainy był wcześniej niemożliwy.

Liczą na to, że w tym roku (2025) - "jest nie tylko możliwy, ale najbardziej prawdopodobny" za sprawą dojmującej roli w przewodniczeniu na Zachodzie "Partii Zwycięstwa".

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj


Stagnacja, w której znalazła się duża część Europy w ostatnich latach, zwłaszcza w zestawieniu z dynamicznym rozwojem USA, wywołała na Starym Kontynencie poczucie beznadziei. Do tego właśnie nawiązał w swoim wpisie Musk. "Tak wiele osób w Europie nie ma nadziei na przyszłość albo myśli, że Europa jest w jakimś sensie zepsuta. Powszechny pesymizm. To doprowadzi do końca Europy. Dlatego to musi się zmienić" - napisał miliarder.

Rzecz w tym, że pesymizm Europejczyków może wcale nie być uzasadniony. Konkurencyjność Europy na tle USA nie może być dramatycznie niska, skoro UE permanentnie ma potężną nadwyżkę w bilateralnym handlu. A przy tym coraz większa część eksportu Stanów Zjednoczonych do Europy to surowce, takie jak gaz, a nie wyrafinowane produkty technologiczne.

Wolniejszy wzrost PKB w Europie niż w USA nie wynika więc tylko z problemów z konkurencyjnością, ale w dużej mierze z odmiennych tendencji demograficznych. Populacja Stanów Zjednoczonych zwiększa się szybciej niż populacja Starego Kontynentu, a dodatkowo Europejczycy mniej pracują. W rezultacie, gdy porówna się PKB per capita, a w szczególności PKB na godzinę pracy, USA nie wypadają lepiej. 

(...)

Prawdą jest, że USA są zamożniejsze niż Unia Europejska (patrzy wykres poniżej) – co nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że do UE należą też kraje na średnim poziomie rozwoju, w tym Polska. PKB per capita z zachowaniem parytetu siły nabywczej (czyli uwzględniając fakt, że siła nabywcza jednego dolara jest inna w różnych krajach) za Atlantykiem wynosił w 2023 r. 82,8 tys. USD, o 35 proc. więcej niż w UE. Na początku stulecia ta różnica była jednak (biorąc pod uwagę dzisiejszy skład Unii) zdecydowanie większa. Wtedy USA były aż o 64 proc. bogatsze.

money.pl


W Encyklopedii duszy rosyjskiej Jerofiejew pisze, że pochuizm był mylony z oporem wobec radzieckiej władzy, na którą Rosjanie rzeczywiście gwizdali:

Pochuizm jest biernym oporem, sabotażem, hamującym życie do samego końca. W czasach reżimu nie do zniesienia pochuizm osiąga status niemalże dysydenta i często myli się go z aktywnie wypracowaną pozycją społeczną. […] W ostatnich latach władzy radzieckiej zaliczany był przez liberałów nawet do zjawisk postępowych, wywoływał zachwyt, rozrzewnienie.

Potem pochuizm utorował drogę dzikiej korupcji i kapitalistycznej degrengoladzie epoki Jelcyna, bo i korupcja, i Jelcyn konsekwentnie Rosjanom zwisały kalafiorem. „Jednak, gdy reżim upadł – pisze Jerofiejew – okazało się, że pochuizm na tyle wszedł w krew narodu, że pogrzebał również idee liberalne […]. Rozczarowanie pierwszego szeregu reformatorów do własnego narodu stało się motorem korupcji. Naród nie zareagował – więc droga do wzbogacenia się stanęła otworem”. 

W kolejnym kroku pochuizm odrzucił prozachodnie reformy, ponieważ ich historyczny etos i patos były kolizyjne wobec pochuizmu. Pochuizm to wielka olewka, a nie żaden patos: „Pochuizm pochował romantykę reform w identyczny sposób jak romantykę rewolucji, ujawnił niemożliwość życia społecznego w Rosji w jakiejkolwiek postaci. Jest bardziej aprioryczny od każdej próby przemian; „wiatr przemian” okazał się wstydliwym, cichym pierdnięciem”.

W ostatnim akcie pochuizm odtrącił umizgi demokracji, bo niby fajnie, demokracja-bajery-rowery, ale tu nie można sobie na wszystko bimbać. Pytasz: bimbać czy nie bimbać, Rosjanin odpowiada: jasne, że pochuizm. Jak wskazuje Jerofiejew:

Reformatorzy w ogóle nie zawracali sobie głowy pochuizmem, nie wprowadzali go do swoich komputerów, nie rozumieli, że zmienił on narodową strategię historii do tego stopnia, że deformacja stała się mainstreamem. Pochuizm nie jest ani rozczarowaniem okcydentalizmu, ani fundamentalną wartością słowianofilstwa, pochuizm jest połączeniem tych dwóch kierunków. Okcydentalizm wniósł swoją refleksję, słowianofilstwo – kontemplacyjność i zdrowe lenistwo. Pochuizm „zaciukał” demokrację.

Potem przyszedł putinizm, do którego pochuizm migiem się przystosował, ale po wybuchu wojny w 2022 roku „chuj na to kładę” zmieniło się w „dajcie mi wszyscy spokój” i/lub „chuj wam wszystkim w dupę”. Nie mam pewności, a jedynie podejrzenie, że pochuizm najbardziej komfortowo czuje się w tyranii, a przynajmniej wygląda w niej najpowabniej. Wtedy przestaje być cyniczny, denerwujący lub szkaradny, a staje się zdrową reakcją obronną organizmu. Nabiera filozoficznej głębi i rysów szlachetności, powołuje w ten sposób do życia cichych bohaterów, epokowe powieści i filmy, a nawet podstawia nogę politrukom i smutnym kagiebistom. Ale koniec końców to wszystko i tak chuja warte.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję