Marija jest bardzo inteligentna, przy czym apodyktyczna – często przerywa, jakby nie miała czasu na czcze dyskusje. Buduje zdania szybko i jeszcze szybciej je wypowiada. Jej apodyktyczność i przywódczą energię podkreśla wielki sikor na prawej łapie, atrybut rzadko spotykany u kobiet.
– Nie… Nie uważam, że PTSD naznacza tylko kobiety… – odpowiadam, ale rozpędzam się powoli, bo to, co chcę jej wytłumaczyć, nawet dla mnie samego zdaje się niedotykalne. – Konflikt zbrojny najpierw naznacza mężczyzn PTSD, ale zbyt często przedstawiany jest w sposób następujący: kaleki mężczyzna wraca z wojny, nie umie sobie ze sobą poradzić i na nim się ta historia kończy. A przecież się nie kończy. On zaraża stresem pourazowym całą rodzinę. Pije i bije, demoluje i robi awantury, a na koniec wiesza się w salonie, gdzie znajdują go żona i dzieci. Trudno, żeby doznana przez nich trauma nie była przekazywana z pokolenia na pokolenie.
– Rosjanki, czy w ogóle obywatelki Związku Radzieckiego, też uczestniczyły w wojnie. PTSD był ich bezpośrednim udziałem.
– Ale ja chcę rozmawiać o dzisiejszej Rosji, którą regularnie naznacza wojenne PTSD. A w putinowskiej Rosji żyją weterani konfliktu w Afganistanie z lat 1979–1989… – Dopiero zacząłem wyliczać, a ona już wierci się zniecierpliwiona. – …dwóch wojen czeczeńskich, wojny w Gruzji z 2008 roku, wojny w Donbasie trwającej od 2014 roku, zbrojnej interwencji w Syrii ciągnącej się od 2015 roku i wojny w Ukrainie, która wybuchła w 2022 roku, a jej końca nie widać. To daje siedem konfliktów w 42 lata! Co sześć lat nowy! A od 2015 roku Putin przekroczył wszelkie normy, zaangażował Rosję w trzy konflikty na przestrzeni siedmiu lat. Oprócz pogrążonych w wojnie zakątków Afryki nie ma drugiego takiego państwa na świecie, które jak Rosja nieustannie uczestniczy w wojnie.
– Jest jeszcze gorzej – dorzuca Marija – bo na terenie Rosji regularnie dochodziło do zamachów terrorystycznych, a Kreml od wielu lat wysyła tysiące najemników na inne kontynenty.
– No właśnie! Ale na wszystkie te interwencje zbrojne i wojny wysyłani są mężczyźni, którzy potem przywożą PTSD do domów.
– Nie. Jeśli chce pan mówić o kobiecym PTSD, to w Rosji jego korzenie sięgają jeszcze wojny domowej z lat 1917–1922.
(...)
Donbascy i sowieccy podróżni, wraz z Mariją przemierzający kraj najtańszą klasą, czyli wagonami plackartnyj (54 łóżka oddzielone od siebie cienkim plastikiem), stanowili obraz, który Polacy dobrze znają z przeszłości. To mężczyźni w kurtkach ze sztucznej, czarnej skóry lub imitujących amerykańskie bejsbolówki, zniszczeni mocnymi papierosami, samogonem, pracą fizyczną i utratą wszystkiego po rozpadzie ZSRR. To także smutne kobiety w błyszczącym, śliskim ortalionie i ze złotymi zębami. I oni, i one – uzbrojeni w ogromne, kraciaste torby bazarowe z poliestru.
– W pociągach często rozmawiałam z sowieckimi i donbaskimi – opowiada Marija. – Nie spotkałam tam ani jednej kobiety, która nie wracałaby w swoich opowieściach do czasów stalinizmu, tak jakby tamten okres stanowił prapoczątek ich opowieści. Dlatego jeśli chce pan się zastanowić nad kobiecym zespołem stresu pourazowego, to jego korzenie leżą w wojnie domowej, która trwała pięć lat!
– Ale to są czasy przed dojściem Stalina do władzy – zauważam.
– Nie, nie. To są czasy, które zrodziły Stalina. Proszę zobaczyć, ledwo w 1922 roku skończyła się wojna domowa, zaczęły się represje, które potrwały 20 lat. Jest to absolutnie transpokoleniowe doświadczenie, ćwierć wieku wewnętrznej rzeźni, w której mężczyźni giną jako żołnierze, kobiety jako bezbronne ofiary, a do tego są masowo gwałcone. A kto ocalał, trafiał do łagru. Wojna ojczyźniana jedynie potęguje wcześniejsze zjawiska oraz naznacza kolejne pokolenia kobiet gwałtem i śmiercią. Żniwo wojny i represji, w tym pijaństwo i samobójstwa weteranów wojennych, wciąż wpływają na rosyjską demografię: kobiet jest znacznie więcej niż mężczyzn. A za tymi dwoma pokoleniami poszarpanymi przez los ustawiają się kolejne pokolenia poranionych mężczyzn i kobiet, bo porewolucyjni i powojenni rodzice przenosili na nie swój zwierzęcy strach przed kolejną wojną i represjami, stosowali nieustanną przemoc i agresję.
– Ale ja nie chcę ciągle wracać do tego, co było sto lat temu. Po upadku Związku Radzieckiego Rosjanie wciąż fundują sobie co sześć lat wojnę, to mnie interesuje.
– Nie może pan nie wracać. Fundowanie Rosjanom co sześć lat, jak pan to nazywa, nowego wojennego PTSD odbywa się równolegle z pokoleniowo przekazywanym PTSD i podminowuje psychikę kobiet.
Kilkanaście lat temu Ludmiła Pietranowska w artykule „Traumy pokoleń” opisała, jak w układzie matka–dziecko pokoleniowo reprodukowany jest w Rosji zespół stresu pourazowego. (...)
Wspomniany artykuł Pietranowska zaczyna z poziomu stalinizmu. Raczej słusznie, bo myślę, że wbrew temu, co mówi Marija, Rosjanie mają dość dobrze przepracowaną wojnę domową – w podręcznikach historii, filmach i literaturze pięknej. Zawarli ogólnonarodowy konsensus, który brzmi: „Nigdy więcej”, winy i zbrodnie obu walczących stron są dość dobrze wykazane, a co najważniejsze, w tym wypadku nikt nie musi się bić w piersi, co bardzo kontentuje Rosjan. Uwielbiają przecież ckliwą frazę: „Wszyscy cierpieliśmy, każdy ponosi winę”, co akurat w kwestii wojny domowej jest dość bliskie prawdy.
Przejdźmy z Ludmiłą Pietranowską przez poziomy dysfunkcji trzech rosyjskich pokoleń.
Koła zamachowe rosyjskiej historii – rewolucja, represje i wojny – w pierwszej kolejności porywają mężczyzn. Młoda matka zostaje sama, najpierw bez wieści o mężu, a potem bez nadziei, bo właśnie wyprawiła mu pogrzeb. Jej los to ciągły strach i katorżnicza praca, ponieważ równocześnie zarabia na chleb i wychowuje dziecko lub – częściej – kilkoro dzieci. W jej życiu nie ma żadnych radości. Wiele kobiet zapada na kliniczną depresję, ale przecież w okresie stalinizmu nikt tego tak nie nazywa, nie bada ani nie diagnozuje. Matka tłumi depresję, aby nie popaść w czarną rozpacz – bo kto zajmie się dziećmi? Wyłącza więc uczucia, zaciska zęby i zamienia się w kamień.
(...)
Z biegiem lat kobieta uczy się żyć bez męża. Jest w stanie unieść i załatwić wszystko. Stalinizm, jak pisze Pietranowska, wyprodukował „kobietę z żelaznymi jajami”. „Wiele osób zapewne pamięta babcie, które nie mogły usiedzieć bezczynnie w miejscu. Nawet jako staruszka, nosiła torby i rąbała drewno, to był jej sposób radzenia sobie z życiem. Była żelazna do tego stopnia, że choroba i starość nie mogły jej powalić”.
Kobieta z żelaznymi jajami jest nadopiekuńcza, ale nie okazuje dzieciom ciepła i uczuć. Jeśli powtórnie wyszła za mąż, to nie pozwoli mu się wtrącić w wychowanie czy sprzątanie, bo wszystko zrobi sama.
Odsuwani od wszystkiego mężczyźni zostawali „drugą matką”, nabierając takich cech jak delikatność, opiekuńczość czy pobłażliwość. Niektórzy odsuwali się od domu i rodziny na dobre, uciekali w pracoholizm lub alkoholizm (albo i jedno, i drugie). „Tak reaguje mężczyzna, który słyszy «odejdź, nie przeszkadzaj», a po przecinku «jaki z ciebie ojciec, nie dbasz o dzieci» (czytaj: nie postępujesz tak, jak uważam za konieczne)” – pisze Pietranowska. Z opowieści dzieci kobiet z żelaznymi jajami przebijał się obraz ojców, którzy pewnego ranka wyszli i już nigdy nie wrócili, zrywali kontakt z pancerną żoną i potomstwem na zawsze, a do tego szczerze wierzyli, że nie są nic winni tej „histerycznej terrorystce”. I często mieli rację, bo kobiety z żelaznymi jajami bardziej potrzebowały dzieci do zamęczania ich na śmierć swoją opieką niż mężczyzny do partnerskiej relacji.
Dziecko kobiety z żelaznymi jajami nie rozumie, co to stalinizm, wojna i represje, więc jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mu do głowy, jest takie, że mama go nie kocha, że jej przeszkadza i lepiej, żeby go nie było. Rozwój i kształtowanie osobowości dziecka pozbawionego emocjonalnego kontaktu z matką ulega silnemu zaburzeniu. Jak pisze Pietranowska:
Co zrobić, jeśli matka nosi maskę depresyjną? Jej głos jest monotonny. Ołowiany ze smutku lub napięty ze strachu. Ona rozdziera sobie żyły, aby dziecko mogło przeżyć i nie umrzeć z głodu lub choroby, tymczasem ono dorasta w niepewności, czy jest kochane i potrzebne. Tak silna deprywacja osłabia nawet jego inteligencję.
Dziecko dorastające w takich warunkach przestaje od mamy czegokolwiek wymagać i oczekiwać. Albo zajmuje się wyłącznie sobą i światem swoich fantazji, albo przechodzi w tryb pomagania jej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem lub mechanicznie, jak robot, osiąga szkolny i życiowy sukces. Jest praktyczne i przydatne oraz ceni jedynie ludzi praktycznych i przydatnych. Dokładnie tak jak jego mama.
Kiedy staje się nastolatkiem, dziecko chce się wyrwać ze smutnego domu, ale jest dociśnięte nadopieką matki, ma z nią niezdrową relację. To nawet nie jest nieodcięta pępowina, ale nieustający emocjonalny szantaż, aby nie szło na imprezę czy nie jechało na wakacje, lecz zostało z nią w domu, gdzie ona się nim (nad)zaopiekuje. Dziecko i tak zazwyczaj zrywa więź, ale wymaga to walki i staje się bardzo bolesne, bo kobieta z żelaznymi jajami dobrowolnie nie odpuści. Dziecko odchodzi, a dalszym relacjom towarzyszyć będą ciągłe pretensje i żal matki.
(...)
Rozwody dzieci dorastających pod rozłożystymi skrzydłami matki z żelaznymi jajami były w ZSRR bardzo częste. Dzieci pozbawione ojców oraz kontaktu emocjonalnego z matką i jej uczuć są skrajnie głodne miłości. W związku z tym stawiają partnerowi oraz sobie samym skrajnie wysokie wymagania, by wnieśli do związku to, czego nie otrzymały w dzieciństwie. Ale to przecież niemożliwe, nie mogą dać tego, czego same nie otrzymały. Pietranowska pisze, że przez ZSRR lat 70. i 80. przeszła fala rozwodów, najczęściej bolesnych i okrutnych, z zakazem widywania się z dziećmi, całkowitym zerwaniem kontaktów, z obelgami i oskarżeniami. Oto dwoje ludzi bojących się samotności i pragnących stworzyć udany związek trafiało w dokładnie odwrotną sytuację – samotność i nieszczęśliwe małżeństwo. I znowu rezultatem stawało się picie i pogorszony stan zdrowia mężczyzn oraz skupienie na dzieciach i zasklepienie we własnym wnętrzu kobiet. A co najgorsze, następnemu pokoleniu przekazane zostały kolejne sakramentalne frazy: „Wszyscy mężczyźni to dranie”, „Wszystkie kobiety to suki”.
Wnuk kobiety z żelaznymi jajami ma dziś około 35–50 lat. Jest w moim wieku. Zdążył poznać babcię. Ba! W jakiejś części trafił pod jej nadopiekuńcze skrzydła, ponieważ pomagała go wychowywać. Oczywiście pancerna babcia na starość trochę łagodnieje, ale sam fakt wychowywania się pod jej czujnym okiem albo przyucza do bezwzględnego posłuszeństwa, albo – to pozytywny wariant – wyzwala mechanizmy obronne: szukanie własnej indywidualności i tożsamości. Trzeba też pamiętać, że dzieciństwo i młodość wnuczka przypada na dzikie lata transformacji ustrojowej lat 90. i poniżającą biedę.
Wnuki postrzegają swoje dzieciństwo jako całkiem szczęśliwe, bo też faktycznie jest to pokolenie mimo wszystko kochane – nie zaznało głodu, a rodzice żyją, bo nie trafili ani do łagru, ani na wojnę. Oczywiście w przedszkolu, szkole i na obozach pionierów wnuki kobiet z żelaznymi jajami zaznały sporo przemocy i upokorzeń. Pietranowska pisze, że „w przedszkolu dzieci bito szmatą w twarz; gdy zwymiotowały kaszą manną, wymioty wpychano siłą do ust, a rodzice byli bezradni i nie mogli ich chronić. Wśród ludzi tego pokolenia często obserwuje się zachowanie agresywno-bierne”.
Dzieci rozczarowanych rodziców zostają wciągnięte w sam środek rozwodowego poligonu, bo ich poranieni matka i ojciec wciąż są kompletnie nieświadomi samych siebie, nie idą na psychoterapię ani nie czytają internetów i mądrych magazynów z zakresu psychologii, więc nie wiedzą, że nie wciąga się dzieci w bitwy dorosłych. Inna sprawa – jak tego nie zrobić w 50-metrowym mieszkaniu?
Dzieci rozczarowanych rodziców już we wczesnym dzieciństwie przyjmują role mediatorów i rozjemców gotowych oddać wszystko, by pogodzić zwaśnione strony. Minimalizują swoją obecność: nie narzekają, nie eskalują, nie komentują, bo w przeciwnym wypadku rodzice znowu zaczną się kłócić, tata się zdenerwuje, a mama zacznie płakać. Dziecko uczy się przewidywać, rozładowywać sytuację i rozumieć strategię ustawień rodzinnych.
Drugą klasyką rozwodowego poligonu jest przeciąganie dziecka na swoją stronę. Najbardziej destrukcyjny jest ten, w którego szeregach znajduje się babcia z żelaznymi jajami, bo ta całe życie walczyła na domowym froncie, wie, jak się w to gra, i nigdy nie odpuszcza.
(...)
Bo też wnuki, w związku z tym, że we wczesnym dzieciństwie nauczyły się roli mediatorów, co wymaga sporej inteligencji, stały się ekspresowo nad wyraz dojrzałe. Stale odczuwają odpowiedzialność nie tylko za rodziców, ale też za to, by jak najszybciej osiągnąć samodzielność. Same podgrzewają zupę, odrabiają lekcje i spędzają dzieciństwo z kluczem na szyi. Od pierwszej klasy chodzą zupełnie same do szkoły i do sklepu, przemierzając opustoszałe działki, garaże i tunele, gdzie często kręcą się podejrzane typy. Wszystko po to, by ulżyć rodzicom.
Babcie z żelaznymi jajami oraz rozczarowani rodzice przekażą swoim następcom co najmniej kilka dysfunkcji. Po pierwsze, przemocowy sposób (nie)rozwiązywania konfliktów. Po drugie, zasadę: „Zawsze trwaj przy pierwotnej rodzinie”. Dlatego każdy kandydat na partnera czy partnerkę wnuka będzie bezwartościowy, niegodny i niewłaściwy. Wnuk będzie musiał o niego ostro zawalczyć z pierwotną rodziną. Po trzecie, kolektywne sowieckie życie oraz nadopiekuńczość nie pozwoliły na stworzenie sfery prywatności.
(...)
Po czwarte, być może najważniejsze, wnuki skutecznie przyswajają przekaz mówiący, że mężczyzna to drań, który prędzej czy później odejdzie, a kobiety będą próbowały cię wepchnąć pod swój kapeć czy obcas. W efekcie wnuki również rozwodzą się na masową skalę.
Rozwody następują w sposób mniej krwawy, a wnuki wchodzą w drugi związek, który jest bardziej świadomy i udany. Małżonkowie w miarę konstruktywnie porozumiewają się w kwestii opieki nad dziećmi. Niestety pierwsze małżeństwo stanowiło poligon doświadczalny ran, traum i niemiłości, a dziecko będące jego owocem jest oddawane pod opiekę rozczarowanych rodziców, a czasem (pra)babci z żelaznymi jajami, ponieważ jego matka i ojciec chcą rozwijać swoje kariery oraz budować nowe związki.
Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję