wtorek, 24 grudnia 2024



FORBES: Czy regularne podróże, oczywiście zagraniczne, stały się już wyznacznikiem stylu życia? Świętym Graalem dzisiejszych ludzi pracujących na etatach?

dr Dominik Lewiński: To bardzo trafna obserwacja, ponieważ podróżowanie jest już wręcz obowiązkiem społecznym i moralnym. Niby to się dzieje z własnej woli i każdy chce, ale dwie rzeczy są tu warte zauważenia. Zapytałem w ramach dużych badań, w trakcie których przepytałem około 1 tys. osób — studentów — jakie jest życie ludzi, którzy nie podróżują. I odpowiedź była jednoznaczna: że nudne, monotonne, że jest życiem człowieka o wąskich horyzontach, małowartościowym. Już po tym widać, że jeśli nie podróżujesz będziesz uznawany przez społeczeństwo za człowieka, który prowadzi małowartościowe życie — a nawet będziesz kimś takim we własnych oczach. To jedno, co świadczy o tym, jakim podróżowanie jest obowiązkiem i przymusem. A druga rzecz jest taka, że kiedy w tym badaniu pytałem studentki o plany życiowe i o marzenia, prawie 100 proc. odpowiedziało, że marzą i planują podróżować. Że chcą i będą podróżować, że to dla nich bardzo ważne. Niewielki procent planował i marzył o rodzinie oraz dzieciach, z czego można wysnuć wniosek, że z jakichś powodów dla współczesnego społeczeństwa podróżowanie i turystyka są ważniejsze niż zakładanie rodziny czy relacje międzyludzkie.

Z czego to się wzięło?

To jest proces, który ma trzy wymiary: pierwszy to taki, że przymus podróżowania, nawet taki moralny, bierze się stąd, że turystyka jest rodzajem nowego szlachectwa, narzędziem społecznej dystynkcji. Dawno temu ludzie z urodzenia byli lepsi od innych, ktoś się rodził szlachcicem, hrabią, księciem itp. Potem to zginęło, jak się porządek warstwowy zawalił i przez jakiś czas, może sto lat albo i dłużej, szlachectwo było związane z gustem. Tzn. ludzie "lepsi", prowadzący "lepsze" życie, korzystają obficie z dóbr kultury, książek, poezji, filharmonii itp. A reszta ludzi "tych gorszych" słucha disco polo, do książek w ogóle nie sięga, filmy co najwyżej ogląda itp. Więc społeczeństwo podzieliło się na lepszych i gorszych, na "szlachtę" i tych bez gustu kulturalnego. Dziś to jednak już tak nie działa albo działa bardzo słabo. W tej chwili wyznacznikiem wartości życia jest liczba i jakość podróży rozumiana jako forma destynacji. To jest tak, że im więcej podróżujesz — i w im ciekawsze miejsca — tym uchodzisz za ciekawszego człowieka, bogatszego w doświadczenia, przeżycia.

(...)

A drugi?

Dochodzą mnie sygnały o zmianie sposobu podróżowania, nie takie kompulsywne, nie jedziemy na Bali, do Chin, Argentyny i Afryki, ale zaszywamy się na parę tygodni wakacji w Polsce w jakiejś zapadłej dziurze, gdzie jest cisza spokój i nikt nam nie przeszkadza. To jest wtedy bardziej refleksyjne, medytacyjne i bardziej ucieczka, specyficzna chęć obrony. W takich kontekstach zawsze przypomina mi się słynna teza niedawno zmarłego antropologa, Davida Graebera, autora książki "Praca bez sensu", że połowa ludzi wykonuje pracę bez sensu. I nie chodzi wcale o prace niskopłatne, ale głównie o pracę korporacyjną, gdzie ludzie, którzy ją wykonują, mają poczucie bezsensu pracy i swojego życia w związku z tym. I czasem mi się wydaje, że takie urlopy, wyciszenie, są takim momentem, gdy ludzie mogą zajrzeć do środka i chcą tego — choć to rzadkie zjawisko.

Dlaczego chcą to robić?

Może dlatego, że nasze życie codzienne zostało skolonizowane przez pop-psychologiczny coaching i żyjemy w ciągłym przymusie coraz bardziej efektywnym, coraz bardziej wydajnym. To nam się składa, ta efektywność i wydajność, na samorealizację, rozwój, a to ma nam dać w końcu sukces. Więc ciągle trenujemy samych siebie, jesteśmy swoimi coachami, dręczymy siebie nieustannie przymusem samorozwoju, zwiększaniem swoich kompetencji, żeby ostatecznie czynić lepszym nasze wirtualne CV. I to przeciążenie psychiki tym autocoachingiem może powodować ucieczki w wyciszające urlopy, ale też w medytację, jogę, która też się robi coraz bardziej popularna.

Na popularności zyskuje też workation, które wydaje się mieć większą wartość, bo przynajmniej poznaje się ludzi, ich zwyczaje, a nie tylko po nich prześlizguje.

Nie wydaje mi się. Jednym z największych złożeń, które mają skusić ludzi do podróżowania, jest założenie poznawcze, że dzięki podróżom wzbogacimy swoje wnętrze przez poznawanie innych kultur.

A tak nie jest?

Nie, zupełnie. Antropolog Bronisław Malinowski na Wyspach Trobrianda przeżył około 5 lat, a i tak mu się zarzuca, że za słabo poznał miejscową kulturę. Zakłada się więc, że ludzie muszą mieć kompetencje antropologiczne, aby kultury poznawać. My nie poznajemy na workation żadnych kultur, my tylko porównujemy swoją kulturę z tymi różnicami, jakie widzimy. To widać na przykładzie programów podróżniczych, i to nawet takich wytrawnych podróżników jak Wojciech Cejrowski. On nie poznaje Indian, kultur różnych, on tylko rejestruje różnice. Jak się w to wsłucha, to człowiek to widzi. I to jest dokładnie takie samo poznanie innych kultur, jak wraca para z Turcji i on mówi: "a wiesz, Grażynko, ci Turcy to taka inna kultura, bo oni, zamiast papierem tyłek podcierać, wodą sobie przemywają, widzisz?". Więc trzeba mieć kompetencje antropologiczne, aby naprawdę móc inną kulturę poznać. I tego się ani przez rok, ani przez dwa pomieszkiwania nie załatwi. Zresztą nawet polski emigrant mieszkający w Wielkiej Brytanii od 15 lat nie ma żadnego pojęcia o kulturze brytyjskiej, mimo że żyje tam tyle lat.

(...)

Oglądanie Wielkiego Kanionu nie jest bezpośrednim doświadczeniem?

Nie. Jest doświadczeniem zapośredniczonym przez media. Stąd notorycznie spotykam się z reakcjami podróżniczymi, które idą w dwie strony. Albo jest "łeee, słabe te piramidy czy Wielki Kanion, myślałem, że to będzie coś ciekawszego" albo "Wow, jaki on wielki i super, zupełnie inaczej niż widziałem w TV". Więc albo to gorsze doświadczenie niż to, co widziałem albo lepsze, ale zawsze jest to "wcześniej". Kto bowiem doświadcza bezpośrednio Sfinksa i piramidy — ten, kto je pierwszy raz zobaczył na oczy, czy ten, kto widział 100 razy wcześniej w mediach? To pytanie retoryczne, ale tak się nigdy nie dzieje z turystyką. I tu jest medializacja turystyki, że jedziemy zobaczyć coś, co już widzieliśmy.

Zobaczyć... i potem pokazać to innym.

Tak, z pewnym zastrzeżeniem. W ramach turystyki wytworzyły się klasy — i tak klasie średniej nie zaimponuje wyjazd do Egiptu czy do Grecji. Zauważyłem, że ulubionym zdjęciem moich studentów, takich miejskich hipsterów, jest zdjęcie na dachu pociągu w Indiach. To dopiero robi wrażenie. I każdy z nich musi mieć zdjęcie z miejscowym Dalajlamą czy mnichem tybetańskim — bo to świadczy o tym, że nie jest zwykłym turystą, ale "szlachcicem" wśród turystów, że on naprawdę poznaje. Stąd naśmiewa się z Grażyny, która grzeje się w słoneczku przy piramidach, a sam uprawia "pogłębioną" turystykę.

Skąd to pobłażanie dla wakacji "all inclusive"?

Dziś najgorsza "pornografią" turystyki jest turystyka all inclusive, tym gardzimy — mamy obowiązek gardzenia wyjazdami "all inclusive", bo ten ktoś nie poznaje, tu wszystko jest wyreżyserowane. Siedzi na basenie w hotelu i nosa nie wyściubił, to co on przeżył? Na tych ludzi, którzy korzystają z uroków all inclusive, patrzy się jak na "konsumentów pornografii", bo klasa wyższa konsumuje erotykę, a nie pornografię".

onet.pl/Forbes

poniedziałek, 23 grudnia 2024



Grzegorz Sroczyński: Co się właściwie dzieje?

Jacek Sokołowski: Nic takiego się nie dzieje. Czekamy.

Jako prawnika cię pytam. Nic?

Tu nie ma już żadnej roboty dla prawnika. Zadaj pytanie, czy Trybunał Konstytucyjny coś może, czy nie może, albo czy Sąd Najwyższy coś może, czy nie może?

Zadaję.

I ja ci na to odpowiem, że ty mnie pytasz, czy kobiety mogą nosić spodnie. Pytasz o dogmaty umarłej religii. Nikt już nie wierzy w religię świecką, która głosiła, że kapłani-prawnicy mogą ustalać wykładnię Konstytucji i decydować, co wolno, a czego nie wolno politykom. Jarosław Kaczyński zabił tego boga. Teraz jest tylko pytanie: nasi czy ci drudzy?

Czyli jednak coś się stało?

Ale nie teraz, tylko w 2015 roku. PiS zmienił ustrój w coś, co ja nazywam demokracją plebiscytarną, a Platforma to twórczo kontynuuje. Gracz zdobywa władzę w plebiscycie i później nie jest już kontrolowany przez elity prawnicze, które by mówiły, co zgodne z Konstytucją, a co nie, mechanizm checks and balances został wyłączony. Zwycięzca plebiscytu wyborczego bierze dużo więcej władzy, niż brał wcześniej. Została również wyłączona funkcja kontrolna opozycji. Wcześniej, jak opozycja coś powiedziała, to wyborcy partii aktualnie rządzącej zwracali na to jakąś uwagę, teraz de facto nie ma już opozycji, jest tylko: my mamy zawsze rację, oni nie mają nigdy racji. I tak po obu stronach. Jak nasi dojdą do władzy, mogą robić, co chcą, my ich zatwierdziliśmy w plebiscycie, hulaj dusza, piekła nie ma, najwyżej odwołamy ich w kolejnym plebiscycie. Władza już nie musi czuć się ograniczona prawnym gorsetem i ma na to doskonałe usprawiedliwienie: przecież instytucje, które miały nas ograniczać, nie są niezależne. Tusk może mówić: ja bym się zgodził, żeby Trybunał Konstytucyjny mnie pilnował, no ale on jest pisowski. I zresztą taka jest prawda. Tusk nie ma innego wyjścia, bo gdyby publikował wyroki Trybunału Konstytucyjnego zgodnie z prawem, to by się poddał bezpośredniej kontroli drugiego gracza, czyli Kaczyńskiego.

I już nie będzie powrotu do checks and balances?

Pytasz, czy Tusk zwróci elitom prawniczym władzę nad politykami? Nie. To się w Polsce skończyło. Pisowski Trybunał Konstytucyjny zostanie zlikwidowany, a to trzeba będzie zrobić na rympał, uchwalić półlegalną ustawę, która go rozwiąże, on się oczywiście obrazi, powie, że ta ustawa jest niekonstytucyjna, prezydent Trzaskowski ją podpisze, wtedy staremu Trybunałowi trzeba będzie odciąć światło, wodę i nie dać papieru toaletowego. A nowy Trybunał oczywiście świetnie będzie rozumiał, że też go można skasować w każdej chwili. I tyle nam zostanie z tej niezależności.

(...)

Jaki sens?

Ta nawalanka jest obrzydliwa i odstręczająca, natomiast w żadnym innym kraju nie wyglądało to lepiej, a w większości krajów Europy wyglądało gorzej. Powtórzę moją tezę z "Transnarodu", że przechodzimy obecnie to, co przechodziły europejskie narody w drodze do nowoczesnych instytucji politycznych, czyli wojnę domową. We Francji to miało postać rewolucji francuskiej, w Anglii rewolucji angielskiej, w Niemczech objawiło się pod postacią wojen religijnych. Chodzi o taki konflikt, w którym obie strony odmawiają sobie prawa do istnienia, dążą do tego, żeby się całkowicie zniszczyć i dopiero po dość długim czasie dochodzą do wniosku, że to niemożliwe, nie da się przeciwnika wewnętrznego całkowicie unicestwić, trzeba więc znaleźć jakieś polityczne ramy i instytucje do prowadzenia sporu. Myśmy tego procesu nigdy nie przeszli, rozwiązania ustrojowe wypracowane przez innych w pocie i krwi dostaliśmy w prezencie, wzięliśmy za friko, skopiowaliśmy, bo akurat komunizm upadł. Musimy teraz sami do nich dojść, ale to trzeba przeżyć w zbiorowym doświadczeniu. I właśnie to się dzieje, w dodatku w dość bezbolesnej formie, tam się wyrzynali, wysyłali na gilotynę, a my co? Pyskujemy na tłiterze, jest dużo wrzasków i pisków, rozwalane są instytucje, ale nikt nikogo do więzienia nie zamyka, nie mówiąc o gorszych rzeczach.

Konflikt dwóch walczących na śmierć i życie obozów wypali się nie dlatego, że oni się zmęczą, bo widać, że nigdy się nie zmęczą. Muszą się pojawić nowe sprawy i nowe wyzwania, które przyciągną uwagę społeczeństwa. W historii Wielkiej Brytanii tak to właśnie wyglądało. Dlaczego mamy się zabijać o to, czy tylko protestanci powinni mieć przywileje, czy katolicy również, jeśli Ameryka jest do podbicia?! Ameryką się zajmijmy, a nie starociami! I w Polsce też tak będzie.

(...)

Kto właściwie ustawia polską politykę? Kto wyznacza główny kierunek?

Kaczyński. To PiS jest spiritus movens polskiej polityki. PiS wytycza drogę. PiS jest jak taran, robi coś, co wcześniej było nie do pomyślenia, pokazuje, że można, a potem Platforma idzie w jego ślady. Jak taran wybił tyle, to my się tego trzymamy, nie próbujemy dalej walić taranem, na przykład PiS nas prześladował, ale umiarkowanie, my też się umiarkowanie odwiniemy.

Umiarkowanie?

No a robią coś więcej? Romanowski siedzi, czy mógł sobie wyjechać na Węgry? Nawet jakby poszedł siedzieć, to on nie jest topowym politykiem pisowskim, tylko mało znanym wiceministrem. Jeśli zostanie skazany, to nie za zamach na demokrację, nie zostanie potraktowany w sposób rewolucyjny przez nową władzę, tylko za ordynarne przestępstwa kryminalne, oczywiście białokołnierzykowe. To nie przekracza granicy i nie mam poczucia, żeby oni pchali się dalej.

Odebrali PiS-owi wszystkie pieniądze, czyli 70 mln zł państwowej dotacji na działalność przez trzy najbliższe lata. To nie jest dalej?

Nie jest. Kaczyński wykrzywił boisko, miał fory przy wyborach, teraz Tusk nie zamierza przywracać równowagi, tylko przekrzywić boisko na swoją stronę. Ale jest to ciągle w ramach obowiązujących zasad.

Jakich niby zasad?

Reguł gry między Tuskiem a Kaczyńskim: ty mi tak, to ja tobie też tak, może czasem trochę więcej, ale nie za bardzo.

Rząd nie drukuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego, nie tylko wydanych z udziałem dublerów, ale nawet wyroków wydanych w legalnych składach. Komisja Wenecka mówi, że powinni drukować, a oni mają to gdzieś. To nie jest dalej?

Też nie jest. Nie drukuje się fatw ogłoszonych przez imama, w którego nikt już nie wierzy. Ta fatwa po prostu nie działa.

Ty byś też nie drukował?

Nie muszę się zastanawiać, bo nie jestem politykiem. Ale - już ci to mówiłem - Tusk nie może zachowywać się inaczej. Dopóki Trybunał był w miarę niezależny, to obie strony mogły go uznawać, a potem Kaczyński wypowiedział tę regułę, ogłosił, że Trybunał będzie dyspozycyjny, więc po zmianie władzy postawił Tuska w sytuacji bez wyjścia. On musi teraz łamać prawo, bo gdyby drukował wyroki Trybunału, to by się poddał bezpośredniej kontroli Kaczyńskiego, który przy pomocy guzika z napisem „Świączkowski" decydowałby, co rządowi Tuska wolno, a czego nie. Tusk nie może uznać władzy Kaczyńskiego nad sobą, to byłby polityczny absurd i zaprzeczenie wyników ostatniego plebiscytu.

Nie ma co się czepiać, że Tusk robi tak, jak robi, on trzyma się reguł wprowadzonych przez Kaczyńskiego. Natomiast ciekawe, co zrobi, jak prezydentem będzie Trzaskowski.

gazeta.pl


Prezydent Rosji Władimir Putin powtórzył swoje ostatnie stwierdzenie, że powinien był złamać zawieszenie broni, które narzucił Ukrainie w 2014 i 2015 r., rozpoczynając pełnoskalową inwazję nawet wcześniej niż w lutym 2022 r. Putin powtórzył podczas wywiadu z kremlowskim dziennikarzem Pawłem Zarubinem 22 grudnia, że ​​Rosja powinna była rozpocząć pełnoskalową inwazję na Ukrainę wcześniej niż w lutym 2022 r., ale dodał, że nie można dokładnie powiedzieć, kiedy to powinno nastąpić. Putin obwinił Ukrainę i Zachód o „wprowadzenie Rosji w błąd” i niewdrożenie Porozumień Mińskich II, które według Putina dały Zachodowi czas na przygotowanie Ukrainy do przyszłych „działań wojskowych” przeciwko Rosji. Putin twierdził, że Rosja powinna była „przygotować się do tego” i „wybrać właściwy moment”, aby rozpocząć pełnoskalową inwazję na Ukrainę, a nie „czekać na moment, w którym nie będzie już można nic nie robić”. Putin nie wspomniał, że Ukraina pracowała nad wzmocnieniem swojego wojska jako odpowiedzią obronną na aneksję terytorium Ukrainy przez Rosję w 2014 r. i rozpoczęcie wojny na wschodzie kraju. Putin wygłosił podobne uwagi podczas swojej telewizyjnej konferencji prasowej Direct Line 19 grudnia, na której stwierdził, że podjąłby decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji wcześniej, gdyby mógł zrobić to jeszcze raz. Putin twierdził również 19 grudnia, że ​​Ukraina nie przestrzegała porozumień mińskich II i że Rosja „spontanicznie” dokonała inwazji na Ukrainę w 2022 r. Porozumienia mińskie II były wyjątkowo korzystne dla Rosji, nie nakładając żadnych zobowiązań na Moskwę – która była stroną negocjacji jako rzekomy neutralny mediator. Porozumienia ustanowiły „zawieszenie broni”, które rosyjscy pełnomocnicy stale naruszali przy wsparciu Rosji.

understandingwar.org

piątek, 20 grudnia 2024



Uważny widz zauważyłby, że Putin postanowił wzbogacić swój wizerunek o odrobinę człowieczeństwa i powiedział, że w latach wojny zaczął mniej żartować i prawie przestał się śmiać. Jest jednak zbyt wcześnie, aby mówić o całkowitej utracie wesołości: odpowiadając na służalcze uwagi "dziennikarzy", przywódca nieustannie żartował, choć w swój zwykły, nieśmieszny i monotonny sposób.

Jeśli chodzi o konkrety, Putin miał wyjaśnić trzy kwestie: innowacje w polityce wewnętrznej, a zwłaszcza gospodarczej, porażkę w Syrii i przede wszystkim perspektywy wojny w Ukrainie.

W pierwszej kwestii powiedział, że słyszał o wzroście inflacji, ale "sytuacja jest stabilna, powtarzam, i wiarygodna". I że winę za inflację ponosi bank centralny, który "mógł zacząć używać pewnych instrumentów, niezwiązanych z podnoszeniem głównej stopy procentowej, bardziej efektywnie i wcześniej. Tak, bank centralny zaczął to robić gdzieś latem. Ale, powtarzam, ci eksperci uważają, że można i należało to zrobić wcześniej".

W rzeczywistości "pewnymi narzędziami", które mogłyby naprawdę obniżyć inflację, są cięcia wydatków budżetowych i ograniczenie kredytów koncesyjnych. Ale są one w rękach Putina, a nie prezeski Elwiry Nabiulliny. A sądząc po argumentach prezydenta, że nie powinno być żadnych ograniczeń w kwestii niskooprocentowanych rodzinnych kredytów hipotecznych, nie zamierza on rezygnować z pompowania pieniędzy.

A za wszystko będzie odpowiadał bezkompromisowy bank centralny. Nie było zakazu podnoszenia stopy procentowej. Ale jeśli podwyżka nie zadziała, nie będzie to wina lidera.

Putin nie widzi żadnej winy w niepowodzeniu syryjskiej przygody. Jego największym osiągnięciem jest to, że jego kraj nigdy nie pyta go o porażki, choćby żałosne, takie jak inwazja na Syrię, przeprowadzona pod jego naciskiem i pod jego osobistym przywództwem.

Armia Baszszara al-Asada nagle się rozproszyła, a "nasi irańscy przyjaciele poprosili, aby ich stamtąd zabrać". Gdy przyjrzymy się bliżej, sprawy mają się jeszcze lepiej. "Mamy stosunki ze wszystkimi grupami, które sprawują tam kontrolę. Przytłaczająca liczba spośród nich mówi nam, że byliby zainteresowani pozostawieniem naszych baz wojskowych w Syrii" — stwierdził Putin.

Chodzi tu oczywiście nie tylko o niezdolność do przyjęcia odpowiedzialności za jakiekolwiek fiasko, ale także o pozornie uzasadnione przekonanie, że nikt go o to nie zapyta.

Z kolei poglądy Putina na temat perspektyw pojednania z Ukrainą to tyrady człowieka, który wie, że może zaplanować i ogłosić jedną rzecz, a następnie zaakceptować porażkę i zrobić coś innego. I nic mu się za to nie stanie.

Tym razem ukraiński dyskurs Putina nie obejmował jego zwykłych gadatliwych wycieczek do historii i brakowało nawet obietnic "demilitaryzacji" i "denazyfikacji" kraju.

Zamiast tego przywódca mówił o projektach stambulskich z 2022 r. Co prawda, inicjatywy te zakładały właśnie rozbrojenie Ukrainy i jej brak współpracy z Zachodem. Zamiast ogólnych słów o "denazyfikacji", rosyjski władca zażartował, że "mamy z kim rozmawiać w Ukrainie i jest tam wielu naszych ludzi, którzy również marzą razem z nami o uwolnieniu swojego kraju od neonazistowskiego reżimu".

Putin powiedział, że zawieszenie broni i rozejm wzdłuż obecnej linii frontu mu nie odpowiada, ponieważ dałoby to Ukraińcom czas na zebranie sił i zorganizowanie obrony. Ale pokój z nimi jest możliwy, a nawet pożądany. Jednak nie powinien być podpisany przez Wołodymyra Zełenskiego, który rzekomo stracił legitymację.

Putin wydaje się aktualizować swoją retorykę. Z rozproszonych antyukraińskich deklaracji przechodzi, jeśli nie do gotowości zawarcia pokoju, to przynajmniej do punktu, w którym zaczyna o tym rozmawiać.

onet.pl/The Moscow Times


Wewnętrzne zmiany w Arabii Saudyjskiej mają konsekwencje geopolityczne. Bin Salman nie zaczął myśleć tylko o sztucznej inteligencji i inwestycjach infrastrukturalnych. Wybrany przez swojego ojca, schorowanego króla Salmana, na swojego domniemanego następcę w 2017 r., skupił swoją energię poza Arabią Saudyjską.

Wciągnął Saudyjczyków w wojnę domową w Jemenie i rzucił bezpośrednie wyzwanie Iranowi na innym froncie w Libanie. Zablokował konkurencyjne państwo Zatoki Perskiej w Katarze. Jego ludzie ścięli w Stambule znanego saudyjskiego dysydenta, dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego. Nic z tego nie zadziałało, a MBS wycofał się z zagranicznych przygód, zawarł porozumienie pokojowe z Iranem, pogodził się z Katarem i skupił swoją uwagę na modernizacyjnym planie Vision 2030, który jest przywoływany jak świętość.

Kiedy reżimy w regionie najbardziej dbają o gospodarkę i modernizację, patrzą na bezpieczeństwo i relacje z Izraelem inaczej niż ich poprzednicy. Przed zeszłorocznym atakiem Hamasu Rijad i Izrael zmierzały w kierunku normalizacji stosunków. Wzorem były dwustronne umowy zawarte w 2020 r. między Izraelem a Marokiem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem. Hamas postanowił częściowo zatrzymać ten proces i odniósł sukces w ubiegłym roku. Rozmowy zostały wstrzymane, ale ostatnie sukcesy Izraela w regionie, przede wszystkim słabsza pozycja Iranu po upadku Baszszara al-Asada w Syrii, mogą ponownie otworzyć drzwi.

Następstwa ataków z 7 października jeszcze bardziej przemawiają za tym, by Arabia Saudyjska zawarła porozumienie. Kluczowym elementem — tym, na którym Rijadowi zależy najbardziej — jest obietnica amerykańskiej gwarancji bezpieczeństwa dla Arabii Saudyjskiej, najlepiej w formie ratyfikowanego przez Senat traktatu na wzór NATO. Przemoc, która rozpętała się 7 października i doprowadziła do bezpośredniej konfrontacji między Izraelem a Iranem, przypomniała Saudyjczykom o niepewnym bezpieczeństwie — zagrożeniu ze strony ekstremistów i ich rywala Iranu, który ma ambicje nuklearne.

— Dlaczego nie otrzymujemy wystarczającej liczby bezpośrednich inwestycji zagranicznych? Geopolityczne postrzeganie regionu nie jest dobre — mówi Abdulaziz al-Sager, który prowadzi Gulf Research Center.

Osoby zbliżone do rządu w Rijadzie niechętnie odnoszą się do sugestii, że korona nie dba już o sprawę palestyńską. — Nie jesteśmy ZEA, nie jesteśmy Marokiem, nie jesteśmy Bahrajnem — mówi jeden z nich. — Nie pójdziemy na układ.

Niektórzy spekulują, że król Salman, w większości niewidoczny i dający MBS wolną rękę, wykluczył normalizację bez dobrego rozwiązania dla Palestyńczyków. Saudyjskie media poświęcają kryzysowi w Strefie Gazy wiele czasu, ale rządowe instrukcje dla imamów nakazują im odmawianie modlitw w intencji Gazy i powstrzymywanie się od krytyki Izraela. Ostrożność Rijadu odzwierciedla jego pragnienie utrzymania otwartych drzwi. W rzeczywistości nie przejmują się oni kwestią palestyńską tak jak wcześniej.

Bliski Wschód bardzo różni się od tego, z którym zetknąłem się po 11 września 2001 r., a następnie podczas arabskiej wiosny w latach 2010-12. Zwłaszcza w bogatszych, obdarzonych ropą naftową krajach.

— Przeszliśmy od geopolityki do geoekonomii — mówi Anwar Gargasz, dyplomata Zjednoczonych Emiratów Arabskich, który pomógł wynegocjować porozumienia Abrahama z 2020 r., a obecnie doradza prezydentowi ZEA.

(...)

I to Waszyngton pozostaje kluczowym graczem. Chiny pomogły pośredniczyć w normalizacji umowy Saudów z Iranem i chcą rozszerzyć swoje wpływy. Nie mogą jednak zbliżyć się do twardej i miękkiej siły, jaką Stany Zjednoczone mają na Bliskim Wschodzie.

onet.pl/Politico


Od trzech miesięcy rosyjskie średnie dzienne tempo natarcia nie spada poniżej 26 kilometrów kwadratowych. Od 2014 r. Rosjanom udało się zająć około 99 proc. obwodu ługańskiego, 66 proc. obwodu donieckiego i po 73 proc. obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Choć sytuacja Ukraińców z każdym dniem jest trudniejsza, to Kremlowi nadal daleko do realizacji założonych planów. Na razie nie widać efektu "nowej miotły", ale to nie dziwi, skoro nowy dowódca ukraińskich wojsk lądowych gen. mjr Mychaiło Drapaty dysponuje takimi samymi siłami, jak jego poprzednik, co wymusza stosowanie takiej samej taktyki walk opóźniających.

Oznacza to, że na wybranych odcinkach frontu, na których Rosjanie prowadzą działania, Ukraińcy nie mają możliwości prowadzenia obrony stałej, opartej o silną linię umocnień polowych. Wynika to z braku ludzi, rozciągniętych linii obronnych i wcześniejszych zaniedbań w przygotowaniu głębokiej obrony. W wielu miejscach odcinki, które powinny zajmować bataliony, zajmują kompanie. To też komplikuje proces dowodzenia. Bardzo często oddziały, czy nawet pododdziały są wydzielane z brygad i przerzucane na zagrożone odcinki frontu. To komplikuje proces dowodzenia i powoduje problemy logistyczne. Widać to najbardziej na linii dowództwo operacyjne i dowództwo brygady. Okazało się, że rezygnacja z pośredniego szczebla dowodzenia, jakim jest dywizja, wywołuje problemy, gdy często zmienia się sytuacja na froncie, a armia ma ograniczone możliwości bojowe.

Samodzielne brygady dowodzone bezpośrednio przez dowództwa operacyjne, sprawdzały się znakomicie podczas pierwszych 18 miesięcy wojny, kiedy Ukraińcy stosowali obronę manewrową. Ukraińskie brygady są większe niż te znane z sił zbrojnych innych państw. W zasadzie każda z nich jest samodzielną brygadową grupą bojową z własnym zapleczem logistycznym, technicznym i medycznym. Rozbudowane zaplecze pozwala na prowadzenie operacji w oparciu o własne siły — przynajmniej przez kilkanaście dni po przerzuceniu w rejon operacji. Pozwala to na dużą elastyczność w działaniu. Jednak w obronie statycznej, przy narastającym braku środków i ludzi, częstym problemem staje się skoordynowanie działań wielu oddziałów i związków taktycznych, co z kolei przekłada się na przeciążenie pracy w dowództwach operacyjnych.

Rozwiązaniem miało być utworzenie tzw. grup bojowych, które stałyby się poziomem pośrednim, jednak bez rozbudowanych sztabów są one nadal niewydolne. Uzdrowienie procesu dowodzenia będzie w najbliższym czasie jednym z ważniejszych zadań, przed którymi stanie przed gen. Drapaty.

Rosjanie nadal uważają, że główne kierunki operacyjne w Ukrainie to Pokrowsk i Kuchachowe, które są oddalone od siebie o nieco ponad 40 km. Zwłaszcza pierwsze z miast jest szczególnie silnie atakowane. Rosjanie niedawno posunęli się w kierunku linii kolejowej na północ od Nowego Trudu, gdzie użyli w ciągu tygodnia prawie 100 pojazdów opancerzonych i lekko opancerzonych.

Dzieją się rzeczy, które wymieniałem jako możliwe tydzień i dwa tygodnie temu. Po przerwaniu linii, Rosjanom udało się rzucić w wyłom batalion, który był w odwodzie, a następnie zorganizować silną grupę pancerno-zmotoryzowaną, która weszła głębiej w ukraińskie pozycje. Dzięki temu zmuszono Ukraińców do wycofania się z kieszeni na południe od Daczeńskiego, którą utworzyli przed tygodniem. W ten sposób Rosjanie umocnili się na linii Nowy Trud-Daczeńskie i zyskali dogodne pozycje wyjściowe do dalszych postępów. Z kolei Ukraińcy ograniczają się głównie do obrony pozycji i bardzo rzadko próbują atakować, aby odzyskać teren. Jeśli już do tego dochodzi, to dzieje się to podczas wyprowadzania kontrataków, po rozbiciu uderzeń Rosjan i prowadzi jedynie do odzyskania terenu utraconego chwilę wcześniej. Bez wzmocnienia oddziałów i utworzenia nowych jednostek, Ukraińcy nie będą w stanie wyprzeć Rosjan.

Pod Kurachowym również dzieje się to, czego można było się spodziewać. Tydzień temu pisałem, że na zachodnim krańcu (Zbiornika Kurachowskiego – przyp. aut.) gromadzą się oddziały, które zapewne zostaną wyprowadzone na Daczne, co spowoduje całkowite odcięcie ukraińskich oddziałów walczących w Kuchachowym. Ukraińcy utracili Stare Terny i wyprowadzili uderzenie na Daczne. Na razie przecięli szosę łączącą osiedle z Kurachowym, ograniczając możliwości odwrotu z miasta. Ostrzegałem również, że gdyby linia całkowicie się posypała, Rosjanie mogą uderzyć na Jantarne, co, jeśli Ukraińcy się nie wycofają, może spowodować odcięcie oddziałów walczących w dolinie rzeki Wowczy, w Nowoukraińce, czy Zełenym Kucie. Aby tego uniknąć, ukraińskie oddziały wycofały się z miejscowości leżących nad Wowczą, oddając je niemal bez walki.

onet.pl/Newsweek


Realistyczne argumenty przemawiające za silnymi relacjami transatlantyckimi można i prawdopodobnie trzeba przedstawić z perspektywy Trumpa. Amerykańskie siły zbrojne potrzebują europejskich baz i sojuszników, by dokonywać projekcji siły na Bliskim Wschodzie i dalej w Azji. Amerykańscy producenci wojskowi cenią sobie rynek europejski. Do końca dekady w europejskich siłach powietrznych będzie latać ponad 600 samolotów F-35. Samoloty te będą wymagały serwisowania, a pewnego dnia wymiany.

Kontynent również musi otrzeźwieć. Europa po zimnej wojnie oderwała się od historii, przeznaczając oszczędności z cięć w obronności na cele socjalne. Zakładali, że Stany Zjednoczone pokryją ich koszty. To nie tak, że Europejczycy nie znają swojej historii. Pola Flandrii z czasów I wojny światowej znajdują się godzinę jazdy od Brukseli. II wojna światowa rozpoczęła się oczywiście w Polsce, zanim ogarnęła zachodnią część kontynentu.

To święto już się skończyło. Wojna na Ukrainie powinna była o tym przypomnieć. Tak stało się w przypadku wschodniej części Europy, która wzmocniła swoje siły zbrojne i ma gospodarki, które są bardziej konkurencyjne i odnoszą sukcesy. Zachód kontynentu w dużej mierze zaprzeczał tej rzeczywistości. Z Trumpem będzie to trudniejsze.

Ostateczne pytanie dla dryfującej Europy brzmi — czy ma ona przywódców, którzy mogliby stworzyć nowy rodzaj transatlantyckich relacji z Trumpem i odbudować swoją pozycję na arenie światowej?

Miejscem, w którym należałoby szukać odpowiedzi w pierwszej kolejności, byłby Berlin. Miejscem, gdzie nie należy patrzeć, jest również Berlin. Przynajmniej przez rok. To problem dla Niemiec i Europy — a potencjalnie także dla Stanów Zjednoczonych.

Dzień po wyborach Trumpa rozpadła się tak zwana niemiecka koalicja sygnalizacji świetlnej — czerwona (socjaliści), żółta (liberałowie wolnorynkowi) i zielona (ekolodzy). Już w pierwszych miesiącach funkcjonowania wzrosły nadzieje (tym bardziej z uwagi na początek agresji Rosji w Ukrainie), że Niemcy dokonają Zeitenwende, "punktu zwrotnego" ogłoszonego przez kanclerza Olafa Scholza, aby stać się poważnym graczem obronnym i dyplomatycznym na świecie.

Zaczęło się od obietnic, a potem biurokracja i słaba wola polityczna odcięły się od nich. W sprawie Ukrainy Scholz był europejskim liderem klubu status quo — niemiecki rząd nie chciał, aby Ukraina przegrała, nie chciał destabilizować samej Rosji. Ponieważ w języku niemieckim jest określenie na wszystko, doktryna Putinversteher — musimy zrozumieć i wczuć się w Putina — powróciła do mody w Berlinie.

Za granicą Scholz jest postrzegany jako niezdecydowany i słaby w momencie, gdy Europa pragnie silnego przywództwa na Ukrainie. Ponadto, cytując dyplomatów, z którymi rozmawiam, nie brakuje takich określeń jak "katastrofa", "beznadziejny" i "straszny".

(...)

Podróżując obecnie na wschód z Berlina do Warszawy, można poczuć się jak na Zachodzie.

Energia, której brakowało w Berlinie, jest właśnie w stolicy Polski. Kultura młodzieżowa? Kultura przedsiębiorczości? To wszystko jest i to w nadmiarze. Stabilność polityczna? Poczucie misji narodowej? Poczucie pilności? Tutaj uczucia mam mieszane, ale i tak jest lepiej niż w większości miejsc w Europie.

(...)

Dekady nieprzerwanego wzrostu, najdłuższa passa w Europie od 1990 r., dziesięciokrotnie zwiększyły gospodarkę kraju. Ten rodzaj dobrobytu zmienia kraj i jego mieszkańców. Polacy z niedawnej przeszłości byli katoliccy, mieli też historyczny chip wszczepiony do ramion. Dzisiejsi Polacy są pewni siebie i nowocześni, stawiają na technologię i patrzą w przyszłość.

Nie jest to główny powód, dla którego Polska jest najważniejszym krajem w Europie ery Trumpa. To dlatego, że znajduje się na linii frontu Europy z Rosją. Polska przeznacza niemal 5 proc. PKB na obronność. Chce, by Europa i Ameryka stawiły czoła Putinowi. Jest to również najlepsza odpowiedź na zarzut nowego prezydenta USA, że Europejczycy są darmozjadami, którzy nie traktują swojej obrony poważnie.

(...)

Teraz Polska, największy kraj na wschodzie Europy, ma w przyszłym roku wyjątkową okazję, by stanąć na wysokości zadania w roku przełomowym dla kontynentu. Paryż i Berlin raczej tego nie zrobią. Polska ma dwóch przywódców z dużym doświadczeniem na arenie międzynarodowej — premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego. Warszawa będzie sprawować rotacyjną prezydencję w UE, co daje jej więcej niż symboliczny autorytet. Najbardziej entuzjastyczna wizyta Trumpa w Europie podczas jego pierwszej kadencji miała miejsce w Warszawie w 2017 r., a te dobre uczucia działają w obie strony.

Z zewnątrz potencjał Polski wydaje się oczywisty. 

(...)

Spędzanie czasu w Warszawie sprawia, że chciałoby się, aby jej polityka była bardziej jak wszystko inne tutaj, nawet gastronomia. By było myślenie na wielką skalę, kreatywność i skupianie się na tym, co ważne — o wyjątkowej historycznej szansie dla Polski i Europy w 2025 r.

Jest nią zabezpieczenie wschodniej flanki poprzez uratowanie Ukrainy i pokonanie Putina. Jest to również wyzwanie historyczne, egzystencjalne. 

onet.pl/Politico


Według "Economista" środki podjęte od 2022 r. pozwoliły Ukrainie zachować zasoby i morale. Gazeta identyfikuje trzy etapy w gospodarce kraju od 2022 r. Na pierwszym etapie, gdy toczyły się ciężkie walki, działania Narodowego Banku były podporządkowane celom wojskowym: sfinansował połowę deficytu budżetowego, wprowadził ścisłą kontrolę kapitału i zadbał o płynność banków. Inflacja w tym czasie wzrosła, a PKB skurczył się o jedną trzecią.

Druga faza zbiegła się z ukraińską kontrofensywą w obwodach chersońskim i mikołajowskim w sierpniu 2022 r. PKB ustabilizował się. Ukraina była w stanie ponownie eksportować zboże. Bank centralny zaczął walczyć z inflacją, przestał finansować deficyty budżetowe, przywrócił rezerwy walutowe i złagodził kontrolę kapitału. Produkcja została przeniesiona do bezpieczniejszej zachodniej części kraju, a zasoby zostały przesunięte, by uwzględnić przedłużający się charakter konfliktu. Latem 2023 r., kiedy Rosja odmówiła przedłużenia umowy zbożowej, Ukraina sama otworzyła korytarz morski, który pozwolił jej utrzymać przepływ waluty i eksportować nie tylko zboże, ale także metale i minerały.

Obecnie rozpoczyna się trzecia faza, w której gospodarka Ukrainy stoi w obliczu największych zagrożeń: poważnych niedoborów energii elektrycznej, ludzi i pieniędzy, kontynuuje "The Economist". Rosja atakuje ukraińską sieć energetyczną, ale Kijów jest teraz lepiej przygotowany, by sobie z tym poradzić. Władze zwiększyły import energii elektrycznej z UE o jedną czwartą, producenci żywności przetwarzają odpady na biogaz, rolnicy używają generatorów diesla, a średnie przedsiębiorstwa korzystają z generatorów gazowych, energii wiatrowej i słonecznej. Niemniej jednak niedobory energii elektrycznej mogą obniżyć wzrost PKB o 1 proc. w 2025 r.

Niedobór ludzi jest najpoważniejszym problemem stojącym przed Kijowem. Mobilizacja, migracja i wojna zmniejszyły liczbę pracowników o jedną piątą. Na jeden wakat przypada średnio tylko 1,3 aplikacji, w porównaniu do 2 aplikacji w 2021 r. Władze cywilne i wojskowe spierają się o skalę mobilizacji. Zatrudnianie większej liczby kobiet jest trudne: liczba kobiet, które wyjechały za granicę, jest prawie taka sama jak liczba mężczyzn, którzy wyjechali na front.

Trzecim problemem jest brak pieniędzy. Małe firmy mają trudności z uzyskaniem kredytów, finansowanie długoterminowych wydatków kapitałowych jest praktycznie niemożliwe, a gwałtowny wzrost kosztów biznesowych uderzył w ich rentowność. Wydatki budżetowe są znacznie większe niż przychody. Prawie cały ukraiński deficyt budżetowy w wysokości ok. 20 proc. PKB w 2025 r. zostanie pokryty ze źródeł zewnętrznych.

onet.pl


Rok 2024 był dla PiS potwornie trudny. Utrata władzy była szokiem. W zwyczajnych okolicznościach przesiadka z ław rządowych do opozycyjnych nie byłaby niczym nadzwyczajnym. Te były jednak wyjątkowe: PiS miało przez lata samodzielną większość, a nowy rząd poprzysiągł PiS-owi twarde rozliczenia. I właśnie z tymi rozliczeniami nasi rozmówcy z PiS wiążą największe błędy.

— Mszczą się błędy z czasów naszych rządów — nie kryje rozmówca z PiS.

Z naszych rozmów z ludźmi w PiS wynika, że utrata pieniędzy z budżetu państwa to bolączka nr 1. PiS stanęło w obliczu własnego bankructwa, bank zajął konto partii. Dzięki wpłatom od działaczy i żelaznych sympatyków (na kwotę ponad 11 mln zł) partii udało się wygrzebać z długów i do spłaty pozostaje resztówka zobowiązań, którą Nowogrodzka chce spłacić na początku roku.

— Utrata pieniędzy to potworna strata. Kluczowy fuckup — nie kryje człowiek z PiS. Inni potwierdzają, że to partię dotknęło najmocniej. — Utrata pieniędzy to symbol tego, co się dzieje z PiS. Płacimy za własne błędy popełnione przez osiem lat rządów — dodaje inny. Ten błąd to uchwalenie za czasów rządów PiS takich zmian w składzie Państwowej Komisji Wyborczej, że weszli do niej przedstawiciele partii. Oczywiście, dodają, że obóz rządzący ich "okradł" z budżetowych pieniędzy, ale nie mogą sobie darować, że narzędzi dostarczyło samo PiS.

— Sami narobiliśmy sobie tego bigosu, bo nie należało grzebać w ustawie o składzie PKW — utyskuje jeden z rozmówców z PiS. Bo uchwały PKW uderzające w kasę PiS przechodzą większością 5 do 4 głosów — nominaci obecnego obozu rządzącego mają w niej większość. PiS zwyczajnie ukręciło bata na siebie i teraz zbiera srogie cięgi.

Kłopoty z pieniędzmi przekładają się na prozaiczne rzeczy, bo jak opłacić podróże kandydata na prezydenta Karola Nawrockiego? Jak organizować jego spotkania, zwłaszcza w zimie, kiedy na dworze ciężko jest się spotykać? Z czego opłacać hotele, wynajem autobusów, druk materiałów, kampanie w internecie? — Te problemy już dopadają kampanię Nawrockiego — nie kryje jeden z posłów.

(...)

To, że PiS wciąż żyje, jest już sukcesem Nowogrodzkiej. Partia stracił bowiem dużą część finansowania (subwencja stopniała z 26 mln zł o 10,8 mln zł, a partia musiała jeszcze dodatkowo zwrócić 3,6 mln zł) i wciąż wisi nad nią ryzyko utraty całości pieniędzy. Ponadto przelewy wysyła minister finansów — Andrzej Domański — więc PiS jest na jego łasce.

Przy tych wszystkich brakach pieniędzy PiS musiało szukać kandydata na prezydenta. A badania sondażowe też były kosztowne. W końcu jednak wskazano: prezesa IPN Karola Nawrockiego.

Parlamentarzysta PiS: — Sukcesem jest Nawrocki. To chyba jedyna rzecz, która nam się udała.

Człowiek z PiS: — Nawrocki jest lansowany i to powoli widać w sondażach. Wyborcy PiS czekali na naszego kandydata. On jest i jest też przełamanie dotychczasowej niemocy PiS.

onet.pl/Newsweek

czwartek, 19 grudnia 2024



Trzeciego grudnia ChRL wprowadziła zakaz eksportu krytycznych minerałów do Stanów Zjednoczonych. Decyzja została oparta na obawach o bezpieczeństwo narodowe i zasadniczo zakazano eksportu galu, germanu, antymonu i materiałów supertwardych.

Wczoraj SCMP opublikowało ciekawe dane, powołując się na raport Govini (sam raport nie jest w domenie publicznej). Według analizy Govini ponad 1000 amerykańskich systemów produkcji broni jest w jakimś stopniu uzależnionych od importu krytycznych minerałów z Chin. W „ponad 20.000 pojedynczych części używanych przez Pentagon i amerykańską straż przybrzeżną jest objętych zakazem (…). Zgodnie z analizą, 6.335 dotkniętych części broni wymaga antymonu, 11.351 wymaga galu, podczas gdy german jest używany w 12.777.” Chińskie embargo dotknie różne sektory, jak i różne poziomy łańcuchów dostaw, „od pocisków i kabli, po broń jądrową, gogle noktowizyjne (…).”

Jak to wpłynie na amerykańskie zdolności? Oficjalna narracja Pentagonu brzmi od lat, że zapasy krytycznych minerałów starczą na minimum 12 miesięcy produkcji.1 Równocześnie przygotowywane co najmniej od dekady plany ewentualnościowe na właśnie taki ruch ze strony Pekinu, przewidują, że na uruchomienie łańcuchów dostaw, niezwiązanych z ChRL, potrzeba około pół roku.

Zobaczymy, jak będzie. Wygląda, że Pekin postanowił sprawdzić, czy to prawda. 

zawielkimmurem.net


- W tej chwili stosunki polsko-węgierskie są na najniższym poziomie, ponieważ liberalna polska koalicja tęczowa nie potrafi oddzielić polityki partyjnej od polityki państwowej. Tymczasem Polska i Węgry mają strategiczne interesy, w których powinniśmy się raczej wspierać, a nie osłabiać - powiedział Orban. Następnie otrzymał pytanie, czy Węgry przyjmą polskich uchodźców politycznych.

Na to Orban odpowiedział: Udzielamy schronienia każdemu, kto jest prześladowany politycznie w swoim kraju.

wp.pl