poniedziałek, 16 grudnia 2024



Zachodnie firmy żeglugowe również były związane limitem cenowym. Większość firm żeglugowych zlokalizowanych w innych krajach również przestała transportować rosyjską ropę objętą sankcjami, ponieważ oznaczałoby to żeglugę bez odpowiedniego ubezpieczenia wypadkowego.

Wszystko to miało na celu zmniejszenie kluczowych przychodów Rosji z ropy naftowej i być może przekonanie Moskwy do zakończenia wojny z Ukrainą. Zamiast tego, ograniczenie cen ropy spowodowało gwałtowny wzrost floty cieni.

Te statki cienie — znane również jako ciemne lub statki widma — są własnością szemranych firm, nie mają funkcjonującego ubezpieczenia P&I i pływają pod banderami Gabonu i innych krajów o minimalnej lub zerowej wiedzy morskiej. Do czasu wprowadzenia limitu cenowego i innych sankcji, flota cieni składała się z kilkuset statków transportujących towary objęte sankcjami do i z Iranu, Wenezueli i Korei Północnej. Nagle jednak Rosja stała się niezwykle zależna od floty pomocniczej, co oznaczało, że wielu oficjalnie działających armatorów było nagle zainteresowanych sprzedażą Moskwie starych statków.

Armada rozrosła się bardzo szybko. Chociaż ciemne statki są z definicji trudne do zidentyfikowania, szacuje się, że flota ta obejmuje obecnie 17 proc. światowej floty tankowców. Co więcej, duża liczba innych tankowców i statków towarowych również jest jej częścią.

Oznacza to, że właściciele ponad 1000 statków handlowych stanęli po stronie Rosji. Co prawda, ukrywający się za mosiężnymi tabliczkami właściciele statków nie popierają politycznie Kremla, ale skorzystali z okazji biznesowej. Teraz mogą pomóc Moskwie również na inne sposoby. Rosja mogłaby wykorzystać te statki do strategicznego transportu morskiego.

Strategiczny transport morski to część działań wojskowych, które rozgrywają się z dala od opinii publicznej. Chodzi o to, że statki handlowe transportują sprzęt potrzebny armii, od czołgów po paliwo. A gdyby Rosja lub jej przyjaciele zdecydowali się rozpocząć nowy konflikt zbrojny, mogliby teraz wykorzystać flotę cieni.

"Nawet gdyby sankcje zostały dziś zniesione, nie wszystkie statki [shadow fleet] powróciłyby do handlu komercyjnego" — mówi Svein Ringbakken, dyrektor generalny norweskiego ubezpieczyciela DNK.

Rzeczywiście, drzwi dla wielu statków-cieni w oficjalnym sektorze żeglugi są zamknięte. "Statki te już teraz nieoficjalnie obsługują Rosję i inne kraje" — zauważa Ringbakken. "Fakt, że flota cieni jest dostępna dla tych krajów w czasie pokoju, oznacza, że może być również dostępna, gdy sytuacja stanie się mniej pokojowa".

onet.pl


Od 1 stycznia w rosyjskim Obwodzie Królewieckim będą obowiązywały kartki na żywność. Region wraca do tego rozwiązania, funkcjonowało ono tam przez trzy miesiące, między kwietniem a lipcem 2022 roku. W pierwszej kolejności kartki na żywność mają trafić do emerytów i rencistów o dochodach poniżej minimum egzystencji. Wsparcie mają otrzymać też rodziny wielodzietne oraz inne potrzebujące grupy obywateli. Rozwiązanie to popiera i chciałby rozszerzyć na cały kraj szef Komisji Dumy ds. Rynku Finansowego,  Anatolij Aksakow. Dodał, że państwo mogłoby też dotować dostawców żywności. 

gazeta.pl


Formalnie nie zostało to jeszcze załatwione, jednak deklaracje armeńskiego rządu są bardzo klarowne. Szczególnie wymowne było wystąpienie premiera Armenii Nikoli Pasziniana we własnym parlamencie, w którym stwierdził, że „w stosunkach Armenii z ODKB osiągnięto punkt nieodwracalności”. Paszinian potwierdził również, że: „w sprawie dokumentów powiedzieliśmy, że zamrażamy swój udział w pracach ODKB, co oznacza, że w ogóle w niczym nie uczestniczymy, nie omawiamy dokumentów, nie zgłaszamy propozycji, nie wyrażamy opinii, po prostu nie stawiamy weta wobec dokumentów, bo w zasadzie uważamy się za podmiot spoza ODKB i pozwalamy im decydować, co chcą, nie wtrącamy się”.

(...)

W rosyjskich mediach pojawiają się również zawoalowane groźby, że: „egzystencjalne zagrożenia istnienia Armenii i narodu ormiańskiego nie zniknęły, a w ostatnim czasie zaczęły nawet narastać w wyniku konsekwentnego odrzucenia przez rząd Paszyniana historycznych atrybutów państwowości ormiańskiej”. Nie bez powodu Rosjanie przypominają także, że „główne porozumienie pokojowe między Armenią a Azerbejdżanem nie zostało jeszcze podpisane”. Groźby dotyczą także stabilności granic.

Jak się bowiem okazuje granica Armenii z Turcją jest obecnie strzeżona nie przez Armeńczyków, ale przez rosyjską straż graniczną. Teraz Paszynin chce usunąć rosyjskich pograniczników, co według Rosjan może być niebezpieczne, bez jasno określonych granic państwowych. Według nich „granice Armenii nie zaczynały się nigdzie i teoretycznie mogły kończyć się gdziekolwiek”, a kraj ten po wyjściu z ODKB pozostanie sam, stając „w obliczu nasilenia istniejących kryzysów i wyzwań”.

Rosjanie ostrzegają, że Armeńczycy mogą w ten sposób utracić część swojego północnego terytorium, w tym obszary historyczne z kompleksami religijnymi oraz znajdującą się tam „strategiczną autostradę”. Według rosyjskiej propagandy jest to jednoznaczne z „lądową blokadą obwodu erywańskiego od świata zewnętrznego” i to w ciągu kilku godzin. Rosjanie podkreślają też, że bez ich pomocy będzie problem ze stworzeniem tzw. korytarza Zangezur łączącym główny Azerbejdżan z eksklawą Nachiczewanu. To co zostało bowiem już wynegocjowane „na papierze” nie powstało fizycznie, a więc osamotnionej Armenii mogą teraz zostać narzucone zmiany (związane wg Rosjan np. z „utratą utratę fizycznej kontroli nad historycznym południowym regionem – Syunik (Zangezur), czyli zniszczeniem państwowości”).

Górski Karabach pokazał jednak, że obietnice i gwarancje Rosjan nic tak naprawdę nie znaczą, a uzależniana od nich Armenia jest raczej „słabsza” niż „silniejsza”. Putin tłumaczył się np., że „wszystko, co się wydarzyło \[w Górskim Karabachu\], nie ma nic wspólnego z ODKB, ponieważ nie było zewnętrznej agresji na samą Armenię. Celem ODKB jest ochrona krajów członkowskich przed agresją zewnętrzną”. Tymczasem według Putina, „Armenia nie uznała Karabachu za niepodległe państwo i nie włączyła Karabachu w swoje granice państwowe”, a więc wszystko, co wydarzyło się w Karabachu, z prawnego punktu widzenia nie ma bezpośredniego związku z Armenią. Dlatego też nieco dziwne jest twierdzenie, że ODKB powinna była walczyć na terenie tej enklawy”.

defence24.pl


Reklamy usług kontraktowych na centralnych ulicach Moskwy zostały zastąpione ofertami odwiedzenia nowych miejsc w stolicy, a także banerami noworocznymi. "Jest wystarczająco dużo ludzi [rekrutowanych na front]. Tak wiele agitacji nie jest już potrzebne" — potwierdził jeden z rozmówców w biurze mera Moskwy.

Jak wyjaśniło źródło bliskie administracji Władimira Putina, ministerstwo obrony rekrutuje obecnie wystarczającą liczbę ochotników "do ilości sprzętu i broni, które są dostępne [dla rosyjskiej armii]". "Ludzi nie trzeba tylko rekrutować, trzeba ich uzbroić" — wyjaśnił. Jednocześnie Moskwa i region moskiewski wysyłają na front ok. 20 proc. całkowitej liczby rosyjskich żołnierzy kontraktowych. Najczęściej są to mężczyźni z innych regionów Rosji, których przyciągają duże płatności ryczałtowe przy podpisywaniu kontraktu. W Moskwie wynoszą one 1,9 mln rubli (według aktualnego kursu 72 tys. zł), a w regionie moskiewskim — 2,3 mln (90 tys. zł).

(...)

Dwóch urzędników z innych regionów przyznało w rozmowie z Meduzą, że zakrojona na szeroką skalę reklama służby kontraktowej w Moskwie stworzyła "problemy rekrutacyjne" nawet dla podmiotów, w których ryczałtowe płatności na rzecz wojska są porównywalne z tymi w stolicy. Taka sytuacja miała miejsce w regionie Krasnodaru, gdzie władze płacą 1,9 mln rubli za podpisanie kontraktu.

"Nie wiem, czy jest wystarczająco dużo ludzi [na froncie w ogóle], czy nie, ale zdecydowanie nie powinniśmy ograniczać informacji [o płatnościach]. Rekrutujemy na dolnym limicie" — zauważył rozmówca Meduzy w Północno-Zachodnim Dystrykcie Federalnym.

W trzecim kwartale tego roku ministerstwo obrony zdołało przyciągnąć ok. 700 nowych żołnierzy kontraktowych dziennie. Jest to wynik o prawie jedną trzecią niższy niż w drugim kwartale, kiedy to kontrakty podpisywało ok. 1020 osób dziennie.

onet.pl


Przedstawiciel HTS dodał, że wycofanie było skoordynowane z nowymi syryjskimi władzami. Mowa o rosyjskim wojsku, które wcześniej stacjonowało w kwaterze głównej w Kadsijji, na przedmieściach Damaszku. Przeniesiono również personel wojskowy, który służył w rosyjskiej ambasadzie w Damaszku.

Materiał filmowy pokazuje konwój prawie 100 pojazdów wojskowych, w tym transporterów opancerzonych, ciągników, cystern z paliwem i mobilnych jednostek medycznych. Według przedstawiciela HTS wojskowi zostali przetransportowani z bazy Humajmim samolotem do Rosji. Obecnie trwają rozmowy w hotelu Four Seasons w Damaszku, który stał się de facto kwaterą główną rebeliantów, w celu ewakuacji rosyjskiego personelu wojskowego z innych części kraju.

onet.pl


Sondaż: Na zlecenie Centrum Mieroszewskiego badanie przeprowadziła ukraińska pracownia Info Sapiens. Wzięli w nim udział Ukraińcy z różnych części kraju (poza okupowanymi przez Rosję terenami). Ankietowanych zapytano o to, jaka jest opinia Ukraińców o Polakach. 41 proc. z nich uważa, że mają pozytywne zdanie. Rok temu takiej odpowiedzi udzieliło 67 proc. badanych, a dwa lata wcześniej - 83 proc. Ponad połowa - 53 proc. - respondentów uważa, że opinia ta jest "neutralna", a 5 proc., że "zła".

(...)

 Eksperci uważają, że wyniki te to efekt końca "miesiąca miodowego". Jak podkreślają, zaważyły na nich przede wszystkim protesty rolników na granicy. - Dla Polski sprawa miała wymiar w zasadzie wyłącznie polityczny, dla Ukraińców - godnościowy. Wysypywanie zboża interpretowali jako brak szacunku dla ich okupionej krwią pracy. Poza tym to wstrząsające skojarzenie: żywą traumą ukraińskiego społeczeństwa jest Wielki Głód. Skoro Ukraińcy nie potrafili znaleźć dla tego zjawiska racjonalnego wyjaśnienia, otworzyła się furtka dla teorii spiskowych. Pamiętajmy, że Rosjanie są świetni w ich rozpowszechnianiu - podkreśliła dr Agnieszka Bryc z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

gazeta.pl

niedziela, 15 grudnia 2024



Andriej Kowalenko, szef Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji w ramach ukraińskiej Rady Obrony Narodowej, skomentował raport HUR, publikując na Telegramie wpis o treści: "Obecnie nie warto wyolbrzymiać obecności żołnierzy z Korei Północnej w obwodzie kurskim".

Wyjaśnił, że północnokoreańscy żołnierze rzeczywiście są przygotowywani do walki u boku sił rosyjskich, ale przede wszystkim w celu zwiększenia liczebności oddziałów.

Kowalenko stwierdził, że pogłoski o tym, że północnokoreańscy bojownicy są niepowstrzymani, są przesadzone, stwierdzając, że "kończą się, jak wszyscy inni".

W odpowiedzi na raport HUR niektórzy ukraińscy żołnierze twierdzą, że wojska Korei Północnej rozpoczęły walkę ponad tydzień temu. Stanisław Bunjatow, młodszy sierżant w 24. Batalionie Szturmowym Aidar, napisał na swoim profilu na platformie Telegram: "O (Północnych) Koreańczykach. Weszli do walki ponad tydzień temu [...], powiem kilka słów".

Według Bunjatowa północnokoreańscy żołnierze są dobrze wyszkoleni, zmotywowani i z dużą wiedzą na temat broni z czasów radzieckich. Wspomniał jednak także, że żołnierze ci martwią się o dobro swoich towarzyszy i tracą morale w obliczu znacznych ofiar.

Sierżant zacytował rosyjskiego jeńca, który powiedział: służyli razem [Koreańczycy z Północy] przez 5-10-15 lat, a teraz widzą, jak umierają [ich towarzysze], jeden po drugim. Jaką mogą mieć motywację? Prawdopodobnie, by nie umrzeć w wyniku egzekucji".

Bunjatow zwrócił uwagę, że rosyjscy dowódcy, nieświadomi prawdziwych zdolności bojowych wojsk z Korei Północnej, wysyłają je do tak zwanych "mięsnych ataków" u boku sił rosyjskich.

Stwierdził: "Oni (Koreańczycy z Północy) nie byli i nie są gotowi na drony. Zginą tak samo, jak nasi "bracia" (Rosjanie), a do tego wszystkiego dochodzi wyjątkowo słaba koordynacja, co tylko pogarsza ich sytuację".

Jednocześnie, jak twierdzi Bunjatow, Kreml koncentruje swoją politykę informacyjną na gloryfikowaniu swojego sojusznika, przypisując wojskom Korei Północnej "zwycięstwa".

"To jasne, dlaczego [Rosjanie decydują się na propagandę chwalącą żołnierzy Kim Dzong Una]... w przyszłości pomoże to Rosjanom uzyskać więcej darmowego mięsa na front" — podsumował.

onet.pl/Kyiv Post


Prezydent Rosji Władimir Putin nadal wychwala program weteranów „Czas Bohaterów” i wykorzystuje go do militaryzacji rosyjskiego rządu i społeczeństwa. Putin przemawiał na kongresie rządzącej partii Jedna Rosja 14 grudnia i wezwał Jedną Rosję do rozszerzenia programu Czasu Bohaterów na więcej podmiotów federalnych Rosji i rozszerzenia zastosowań, aby więcej rosyjskich weteranów mogło aplikować do programu. Program Czasu Bohaterów zapewnia w szczególności szkolenie zawodowe dla rosyjskich weteranów wojskowych, a Kreml niedawno mianował absolwentów Czasu Bohaterów na stanowiska w różnych rosyjskich strukturach rządowych federalnych, regionalnych i lokalnych. Putin podkreślił również znaczenie jedności narodowej i retorycznie powiązał tę jedność z programami patriotycznymi, w tym Czasem Bohaterów i rosyjskimi młodzieżowymi organizacjami wojskowo-patriotycznymi Junarmia i Ruchem Pierwszych, które wszystkie są sponsorowane przez Jedną Rosję.

Niektóre rosyjskie źródła spekulowały, że Kreml zamierza zreorganizować rosyjskie wojskowo-patriotyczne organizacje młodzieżowe, aby wesprzeć długoterminowe działania w zakresie generowania sił i integracji weteranów. Rosyjskie źródła wewnętrzne twierdziły 13 i 14 grudnia, że ​​rosyjska Administracja Prezydenta i partia Jedna Rosja zatwierdziły zastępcę szefa Junarmii Aleksandra Amelina, rosyjskiego weterana, który walczył na Ukrainie w oddziale BARS-Kaskad (Rezerwa Rosyjskiej Armii Bojowej), na stanowisko szefa Junarmii. Jedno ze źródeł spekulowało, że nominacja Amelina wskazuje, że władze przekształcą Junarmię, aby zapewnić pomoc ochotniczą rosyjskim weteranom i żołnierzom na Ukrainie, a także promować rekrutację kontraktową. Inne źródło skrytykowało nominację Amelina jako wskazówkę, że rosyjskie władze nadal mają trudności z ponowną integracją rosyjskich weteranów bojowych z rosyjskim społeczeństwem.

understandingwar.org


Według Ficy Zachód postanowił wykorzystać wojnę w Ukrainie do osłabienia Rosji. Kraje zachodnie nałożyły sankcje i dostarczyły Kijowowi "miliardów euro i dolarów".

— Jaki jest tego rezultat? Rosjanie odzyskują coraz więcej terytorium, sankcje nie działają, a Ukraina nie jest już wystarczająco silna do ewentualnych negocjacji — powiedział Fico.

W wyniku wojny z Rosją Ukraina może stracić jedną trzecią swojego terytorium, a na pozostałej części będą stacjonować obce wojska, mówi słowacki premier. Według niego taki wariant wydarzeń byłby "zdradą" ze strony zachodnich partnerów. Jednocześnie podkreślił, że wojna "nie może skończyć się dobrze dla Ukrainy".

— Straci terytorium i nie zostanie zaproszona do NATO — powiedział Fico, podkreślając, że osobiście sprzeciwia się zaproszeniu Kijowa do sojuszu.

onet.pl


Kard. Dziwisz często jeździ po Polsce, do Niemiec, do Włoch. Wszędzie mówi o nauce Jana Pawła II, czasami rozwożąc przy tym jego relikwie.

Papież pisał w testamencie: "Nie pozostawiam po sobie własności, którą należałoby zadysponować. Rzeczy codziennego użytku, którymi się posługiwałem, proszę rozdać wedle uznania. Notatki osobiste spalić. Proszę, ażeby nad tymi sprawami czuwał ks. Stanisław".

I kard. Dziwisz rozdaje wedle uznania – relikwie, w tym krew papieża.

– Sama tradycja relikwii jest tak bogata, jak bogata jest w pozytywy i negatywy cała historia Kościoła. Wszystko jest OK z ich kultem, jeśli wierni patrzą na nie z wiarą. A bez wiary jest już koślawo – podkreśla ks. Robert Nęcek.

Relikwie? – Dla mnie to przedziwna sytuacja, która przypomina handel relikwiami. To coś naprawdę niewłaściwego. On się wykreował na kustosza pamięci Jana Pawła II, a po prostu rozwozi jego relikwie jak krew – ocenia Robert Fidura.

Relikwie Jana Pawła II już spowszedniały. Nawet jeśli są w złoconych, ozdobnych relikwiarzach i z dołączonym certyfikatem autentyczności.

– Ze sfery publicznej kard. Dziwisza eliminuje fakt, że Jan Paweł II stracił dużą część swojego znaczenia dla ludzi. Dziwisz sam się też eliminuje przez swoje zachowanie w sprawie historii pedofilskich w Kościele. To jego ciągłe opowiadanie, że nic nie wiedział, nie znał, nie dostał listu i w ogóle wszystko było super, sprawia, że nie jest traktowany z powagą – ocenia Terlikowski.

Nie wiadomo, jakie jeszcze relikwie ma kard. Dziwisz. Kiedyś mówił, że ma nagranie głosu Jana Pawła II z ostatnich minut przed operacją w klinice Gemelli z bardzo osobistym wyznaniem papieża, ale zastrzegł, że nigdy go nie ujawni.

onet.pl/Newsweek


Newsweek: Niedawno Putin obchodził 72. urodziny. Jak trzyma się jego frakcja wojny?

Wacław Radziwinowicz: Są w uderzeniu. Sprawdza się taktyka pełzania kosztem ogromnych ofiar. Codziennie na froncie dochodzi do 150-200 ataków małymi grupkami. W każdym ginie przynajmniej dwóch ludzi, więc każdego dnia jest 300-400 zabitych. Jeżeli dodać okaleczonych, straty dochodzą do 600 żołnierzy.

Akurat rozmawiamy w 85. rocznicę prowokacji na granicy fińskiej, która stała się pretekstem do wojny zimowej. Nawet Stalin uznał ją za okropną klęskę, zginęło 126 tys. krasnoarmiejców. A teraz 70-letni faceci, którzy siedzą na Kremlu, uważają, że świetnie im idzie i już nikt ich nie zatrzyma, bo Zachód okazał się mięczakiem i nie ma dość odwagi, żeby się przeciwstawić Rosji.

Amerykański wywiad szacuje, że Rosja od początku wojny mogła stracić 600 tys. rannych i zabitych. Z badań Re:Russia wynika, że rannym żołnierzom i rodzinom zabitych Kreml wypłacił przez ostatni rok równowartość 30 mld euro, co odpowiada około 2 proc. PKB kraju.

(...)

- Dla Putina wojna w Ukrainie jest rekonstrukcją wielkiej wojny ojczyźnianej i ona niby się odtwarza według takich samych faz. Nieudaną ofensywę ukraińską z ubiegłego roku porównuje więc do przełomu w 1943 r. na Łuku Kurskim. Pasuje to Rosjanom, uważają, że skoro wtedy przełamali pancerną ofensywę hitlerowców i poszli zdecydowanie na zachód, to i teraz to zrobią.

Musi brakować rekrutów, skoro stawki za wstąpienie do armii wzrosły podobno w Petersburgu do równowartości 11 tys. euro, a w Moskwie nawet 19 tys. euro.

– To duże liczby, ale do mnie znacznie bardziej przemawiają inne. Straszny jest teraz lament nad demografią, ale za urodzenie dziecka i wychowanie go do trzeciego roku życia rodzina dostaje od państwa równowartość 40 tys. zł. A jak człowiek idzie do armii, rok odsłużył i ku ogromnemu zadowoleniu rodziny zginął, to kosztuje Kreml 800 tys. zł.

A dokładniej nie Kreml, tylko administrację swojego regionu lub tego regionu, który sobie wybrał, żeby się zaciągnąć, bo panuje kontraktowa turystyka z regionów biednych do Moskwy lub Petersburga.

To jest ekonomia śmierci.

– Nic cię tak w życiu nie urządzi jak śmierć. Prowincja rosyjska jest naprawdę morzem nędzy i beznadziei. Jesteś bezrobotnym, nikomu niepotrzebnym, mocno pijącym – to norma dla mężczyzny – którego żona nie chce, a dzieci tobą gardzą, i raptem się otwiera taka szansa. Warto zaryzykować. Jak w nieoficjalnym haśle reklamowym: "Zginę, to zginę, ale moja córka dostanie iPhone'a". Inaczej nie ma na to szans, chyba że zostanie prostytutką.

Jest też "Spasibo synu za ładu kalinu", co znaczy, że syn zginął, a jego rodzice za "trumienne", czyli pieniądze z odszkodowania, kupili sobie ładę kalinę i mogą teraz jeździć do woli. I to jest takie małe prowincjonalne szczęście oparte na śmierci.

Jest więc w Rosji ogromny zasób ludzi, którzy pójdą chętnie walczyć, bo jeżeli się uda i przeżyją, to Putin obiecuje: będziecie nową elitą, wystartujecie w wyborach, czekają na was stanowiska, a wasze dzieci będą miały wstęp na dobre uczelnie.

I niby masowo składają się w ofierze dla dobra swoich rodzin?

– Ta wojna jest niezwykle atrakcyjna dla ludzi, których się zalicza do kategorii "spiłsia" – czyli stoczył się, wpadł w alkoholizm, ale taki już śmiertelny, do tego narkotyki. Liczba śmierci z rozpaczy i samobójstw jest w Rosji bardzo wysoka, ale gdy rozpętali wojnę w 2022 r. nagle spadła. Jeśli mam się powiesić, to już lepiej niech mnie zastrzelą na froncie, przynajmniej na coś się przydam. To z tego morza prowincjonalnej nędzy kremlowskie ruble wydobywają tłumy orków idące na wojnę i śmierć.

(...)

Jednocześnie Duma przegłosowuje ustawy antyimigranckie, które utrudniają przyjazd do pracy ludziom z Azji Centralnej. Tadżykistan i Kirgistan odradzają swoim obywatelom nawet odwiedzanie Rosji.

– To jest kompletne wariactwo, bo ludzi brakuje do prac zupełnie podstawowych, bez których społeczeństwo żyć nie może. W Moskwie proponują kierowcy ciężarówki na początek 250 tys. rubli, czyli 10 tys. zł. To więcej, niż dostaje na froncie żołnierz kontraktowy.

Trwa polowanie na kurierów i taksówkarzy – brakuje około 150 tys. kierowców, bo wcześniej jeździli nimi głównie przybysze z Azji. Regionalne zakazy pracy dla imigrantów są też w gastronomii i placówkach medycznych.

(...)

"Fortune" opublikowało raport, w którym "szaleństwo rządowych wydatków uderzająco przypomina słynną metaforę Keynesa o kopaniu rowów i zasypywaniu ich ziemią. To powierzchowna próba podparcia danych o PKB bez stworzenia prawdziwej wartości ekonomicznej, poprawy życia rosyjskiego narodu lub poprawy produktywności Rosji". Brakuje czegoś w sklepach?

– Przeciwnie. Jesteśmy przed okresem tak zwanych "korporatiwów", czyli firmowych spotkań noworocznych. Przed rokiem ten biznes wiądł, nie było chętnych na imprezy, gdzie załogi w knajpach piją i chwalą szefów. W tym roku w dużych miastach te imprezy są o wiele droższe, ale i tak już nie ma miejsc w restauracjach.

Obserwuję rosyjskie media społecznościowe. W regionach, z których szczególnie dużo ludzi poszło na wojnę, ogromnie wzrosło zapotrzebowanie na towary luksusowe i usługi, o których do tej pory nawet nie marzyli – stomatologa, fryzjera, kosmetyczki. Teraz tam płyną ruble z żołdu albo tak zwane trumienne, więc pani wdowa biega do protetyka, bo mąż nim poszedł na front, zęby jej wybił. Teraz jest atrakcyjną wdówką, bo ma gotówkę, mieszkanie nowe, ale musi mieć uśmiech taki, żeby znaleźć sobie innego człowieka do wybijania zębów. Takie wstrząsające rzeczy piszą ludzie w mediach społecznościowych. Ta kobieta, biedna, bita szara myszka, teraz chodzi z głową podniesioną do góry i wcale nie myśli biegać na mogiłę tego faceta. No, szczęście.

(...)

To co należałoby zrobić, żeby kontuzjować rosyjskie imperium?

– Po pierwsze, od dawna należało chronić najcenniejszy dzisiaj zasób, czyli ukraińskiego żołnierza. Na tych chłopaków na froncie spada codziennie 150-200 szybujących bomb, na które nic nie mogą poradzić.

Taktyka rosyjska tak naprawdę nie polega na tym, żeby zdobywać kolejne wioski. Oni wiedzą, że na czterech ich Iwanów przypada jeden Taras, więc opłaci im się stracić trzech swoich, żeby zabić jednego Ukraińca. Po prostu mordują armię ukraińską, a my się temu przyglądamy. Musimy to powstrzymać, bo straty Kijowa są już zbyt duże, armii grozi demoralizacja. Przecież Zachód ma sprzęt, tylko odwagi brakuje.

Drugą sprawą jest to, że zaczynają działać tak zwane sankcje wtórne, nakładane na tych, którzy nielegalnie kooperują z Moskwą, pomagając jej omijać bezpośrednie sankcje Zachodu. Podczas niedawnego szczytu państw BRICS w Kazaniu Putin usłyszał bardzo złe nowiny. Przestraszyli się tych wtórnych sankcji nawet Chińczycy. Ich eksport do Rosji spadł w pierwszym półroczu o 6-7 proc.

Putin był tak wściekły, że nawet nie potrafił poprawnie odczytać z kartki nazwiska prezydenta Erdoğana, bo Turcja nie będzie już wysyłać 40 podstawowych i bardzo ważnych dla Rosji towarów.

(...)

Finlandia od razu zezwoliła Ukrainie na użycie swojej broni przeciwko celom w Rosji. Amerykanie ostatnio dołączyli do Finów, ale Niemcy wciąż są przeciw.

– A nasz prezydent mówi, że mamy broń koreańską, ale jej nie damy. Nie widzę wielkiego pola manewru, straciliśmy już mnóstwo czasu. I jeszcze jedna rzecz – należy zamknąć wszelkie kampanie antyukraińskie, a sprawę Wołynia odłożyć na po wojnie i przestać bić tę polityczną pianę.

Żeby nie dać się rozgrywać ruskiej propagandzie.

– Próbowano mnie wciągnąć do instytucji, która miała obnażać rosyjską propagandę. Odpowiedziałem: "Na nic te wasze wysiłki. Weźcie 100 mln euro, to są żadne pieniądze dla Europy, i przeznaczcie na dialog z rosyjskim społeczeństwem. Pokażcie Rosjanom, jak naprawdę jest na froncie, jaka jest sytuacja gospodarcza, a przy okazji niech występują tam ulubione gwiazdy zachodnie, co przyciągnie uwagę. Wtedy pogadamy nie o tym, co może zrobić propaganda Kremla nam, tylko czy jest skuteczna wobec Rosjan".

Trzeba po męsku odpowiedzieć na zagrożenie i jeszcze być mądrym. Przecież z Rosji przeniosło się do Europy 500 tys. ludzi, śmietanka intelektualna i artystyczna. Bardzo dobrze zorganizowane media opozycyjne – agencja Meduza, Insider, Nowa Gazeta Europa 4. Fantastyczni ludzie, potencjalnie z ogromnym zapleczem superpublicystów i dziennikarzy. Codziennie słucham, jak próbują się utrzymać na powierzchni, bo żyją z datków, a gdyby ktoś z Rosji choć pół rubla im wysłał, to wylądowałby w kryminale. Oni potrzebują na gwałt pieniędzy, żeby przeżyć, a my będziemy płakać, co nam robi rosyjska propaganda?

Machina wojenna wciąga wciąż w swoje tryby. Pojawili się na froncie Koreańczycy, Putin walczy o Kaukaz, bo się boi, że za Gruzją może pójdą Azerbejdżan, Armenia, Dagestan. Czy wybory w Gruzji sfałszowali?

– Rosjanie nie umieją robić wyborów, umieją je fałszować, ale nie jestem przekonany, że w Gruzji musieli jakoś bardzo fałszować. To już nie jest rok 2004 i pomarańczowa rewolucja w Ukrainie, gdy widać było tylko świetlaną perspektywę: pójdziesz w kierunku Europy, to uwolnisz się od Rosji. Teraz wszyscy mogą się bać, że jak zaczną iść do Europy, może im się zdarzyć wielkie nieszczęście. Gruzini to rozumieją, a poza tym takie konserwatywne społeczeństwo można straszyć, że z Zachodem idą tęczowe flagi i zmiana płci. Putin i na tym froncie jest w uderzeniu.

Zanim w 2007 r. wygłosił w Monachium to wojownicze przemówienie o powrocie do imperialnej polityki, był strasznie przegrany. Był wtedy całkiem niezłym prezydentem, kraj się rozwijał, stopa życiowa się podnosiła, ale co z niego za car? Kluczowa dla rosyjskiego imperium Ukraina mu odpływała, w Gruzji miał problemy z Saakaszwilim, Łukaszenko mu fikał na Białorusi.

Teraz bierze rewanż i robi to sprytnie – pieniędzmi, strachem, propagandą.

(...)

Christopher Cavoli z Dowództwa Europejskiego USA ostrzegł, że Moskwa zużywa swój potencjał militarny w lądowych starciach, ale lotnictwo i flota pozostają nienaruszone i groźne.

– Rosja w swojej historii pakowała niesamowite i zupełnie nieuzasadnione pieniądze w tę swoją marynarkę wojenną. A ona zasłynęła tylko raz, w roku 1917 puszczając na dno swoje własne państwo. Bez rewolucji w Petersburgu nie byłoby żadnych sowietów i dalej by trwała Rosja carska.

To był ogromny błąd Zachodu, że nie chcieliśmy zrozumieć, że Rosja jest niebezpieczna, ma zasoby, ogromny potencjał mobilizacyjny i taki ustrój, który pozwala z narodu i państwa wycisnąć wszystko, co jest potrzebne do wojny. Trzeba było na samym początku uznać, że to groźny przeciwnik, z którym nie rozprawimy się, zarzucając go czapkami. Należało więc albo odpuścić sobie Ukrainę, albo odważnie jej pomagać, zdając sobie sprawę z tego, co nam grozi. A tak udajemy, że pomagamy.

onet.pl/Newsweek