niedziela, 24 listopada 2024



Dobrym testem atrakcyjności (wiarygodności) europejskich pomysłów jest porównanie rzeczywistego potencjału różnych wymiarów zdolności obronnych Stanów Zjednoczonych i Starego Kontynentu. Większość krajów europejskich – włącznie z największymi – stoi przed poważnymi wyzwaniami z zakresu polityki fiskalnej, takimi jak rosnący dług publiczny, niskie stopy wzrostu gospodarczego czy, w przypadku Wielkiej Brytanii, koszty brexitu. W połączeniu z sukcesami partii populistycznych w wielu państwach (często promujących postawy pacyfistyczne) będą one – niezależnie od samej woli rządów tych krajów – istotnym hamulcem na drodze ku zwiększeniu budżetów obronnych.
 
W USA sytuacja jest zgoła odmienna: spór toczy się raczej o to, czy wydatki na obronę mają wzrosnąć do 4 czy 5% PKB (dziś to 3%). W 2025 r. można spodziewać się rywalizacji na Kapitolu o priorytetowe projekty, na które należy wydać planowane dodatkowe środki (w 2023 r. Biuro Budżetowe Kongresu USA oceniło przykładowo, że w ciągu tej dekady na samą modernizację sił nuklearnych należy przeznaczyć ponad 750 mld dolarów). Słusznie chwali się wzrost nakładów na obronę w Europie (o ok. 50% od 2000 r.), ale w tym samym okresie Stany Zjednoczone zwiększyły je o 60%.

Różnicę między ambicjami a dostępnymi zdolnościami Europy znakomicie obrazuje kwestia systemów rakietowych pośredniego i średniego zasięgu bazowania lądowego (o zasięgu powyżej 500 km do 5500 km, do 2019 r. zakazanych na mocy traktatu INF). Nie ma wątpliwości, że tamtejsi sojusznicy potrzebują ich w swoim arsenale. Rosja ma do dyspozycji chociażby rakiety balistyczne Iskander, mogące przenosić głowice konwencjonalne i jądrowe na odległość kilkuset kilometrów. Z obwodu królewieckiego pociski takie mogą dolecieć do licznych stolic w ciągu kilku minut.

Podczas ostatniego szczytu NATO w Waszyngtonie administracja Joego Bidena ogłosiła, że w 2025 r. jest gotowa wypełnić tę lukę poprzez rozmieszczenie w Niemczech trzech typów amerykańskich systemów rakietowych: SM-6, Tomahawk i LRHW (Long Range Hypersonic Weapon), zdolnych do uderzeń z lądu na odległość ponad 3 tys. km. Potencjalnie pozwoli to dodać znaczące zdolności odstraszania, jak również przeprowadzić w sytuacji wojny ewentualne uderzenia głęboko na terytorium Rosji.

Jak sprawa się ma z europejską alternatywą? 12 lipca 2024 r. Francja, Polska, Niemcy i Włochy zapowiedziały zamiar produkowania pocisków manewrujących o zasięgu ponad 1 tys. km. Nawet jednak, jeśli założymy pełny sukces tego projektu, to czas potrzebny na wypracowanie takich systemów jest długi i trudno liczyć, aby tego typu zdolności pojawiły się na wyposażeniu sił zbrojnych krajów Europy wcześniej niż w przyszłym dziesięcioleciu. Dlatego w najbliższej przyszłości oferta USA pozostanie jedyną konkretną propozycją w tej kategorii uzbrojenia. Sytuacja wygląda podobnie w innych obszarach arsenałów obronnych kluczowych dla kontynentu.

Amerykański parasol atomowy to jedyna naprawdę wiarygodna tarcza zdolna do odstraszania rosyjskiej palety ofensywnych środków przenoszenia broni nuklearnej. Brytyjskie i francuskie zasoby są stosunkowo skąpe, a prawdopodobieństwo wpływania na kalkulacje Kremla – posuwającego się do coraz częściej powtarzanych gróźb użycia broni nuklearnej przeciwko sojusznikom – niewielkie. Owszem, Paryż rozpoczął coś na kształt dialogu z partnerami na temat potencjalnego wykorzystania force de frappe na potrzeby innych państw europejskich, ale wielomiesięczna dyskusja nie przyniosła na razie żadnych konkretów i nie zanosi się, aby w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy uległ zmianie. Francja, mimo powrotu do zintegrowanej struktury wojskowej Sojuszu (z której wyprowadził ją de Gaulle w latach 60.), pozostaje jego jedynym członkiem nienależącym do Grupy Planowania Nuklearnego i nie wydaje się skłonna do odejścia w istotnym stopniu od autonomii w tej dziedzinie.

Największe braki po stronie europejskich sojuszników dotyczą newralgicznych zdolności do prowadzenia operacji wojskowych (tzw. critical enablers). W takich kategoriach jak satelity wojskowe, duże systemy bezzałogowe, technologie kosmiczne, transport strategiczny, samoloty rozpoznawcze czy platformy do tankowania (w powietrzu lub na morzu) stopień ich uzależnienia od USA jest bardzo wysoki. Nawet gdyby udało się uzgodnić zintegrowany plan europejskich działań, jego realizacja kosztowałaby dzisiaj kilkaset miliardów euro i zajęłaby blisko dekadę.

Powyższe przykłady natury ilościowej nie wyczerpują problemu – dochodzi jeszcze wymiar jakościowy. Choć kolektywnie siły zbrojne europejskich krajów NATO liczą blisko 2 mln żołnierzy (dla kontrastu: ostatnie dekrety Władimira Putina próbują dopiero wymusić powstanie w Rosji półtoramilionowej armii, a większość ekspertów wątpi w możliwość urzeczywistnienia tego celu ze względów demograficznych, społecznych i fiskalnych), to tylko skromna część z nich jest odpowiednio wyposażona, skonfigurowana i przygotowana do udziału w ewentualnej pełnoskalowej konfrontacji militarnej (czytaj: wojnie z Rosją). To m.in. dlatego siły amerykańskie wciąż stanowią największy i najsilniejszy kontyngent sojuszniczy na wschodniej flance. Liczy się też ich doświadczenie w planowaniu i prowadzeniu operacji wielodomenowych (nie jest tajemnicą, że to oficerowie z USA zapewniają główne zasoby sztabowe w strukturach wojskowych NATO). Jeśli dodamy jeszcze nieoceniony wkład Stanów Zjednoczonych w zbiorową obronę Europy w sferach wywiadu, najnowszych technologii, dyplomacji czy globalnej gospodarki, to powstaje obraz strategicznej zależności, której zniwelowanie wydaje się szalenie trudne do przeprowadzenia w perspektywie kilku czy kilkunastu lat.

Nie można bagatelizować ryzyka, jakie dla zaangażowania USA w Europie (nie mówiąc o pomocy dla Ukrainy) może przynieść ponowny wybór Trumpa. Ale tamtejszy elektorat w dużym stopniu nadal silnie popiera NATO, nawet włączając bardziej nieprzychylne opinie środowiska MAGA (akronim od Make America Great Again, używany przez prezydenta elekta i jego zwolenników), oraz generalnie nie sprzeciwia się wsparciu dla Kijowa, o ile nie będzie ono zbytnio obciążać Stanów Zjednoczonych. To ważny kapitał polityczny.

Sama reelekcja Trumpa nie musi automatycznie osłabić organizacji. Wiemy, że jego głośna krytyka pod adresem sojuszników europejskich za niskie wydatki na obronę w znacznym stopniu przyczyniła się do sporego postępu w tej materii. Również amerykańskie zaangażowanie na Starym Kontynencie de facto wzrosło w tamtym okresie. Biorąc pod uwagę fascynację lidera transakcyjnym podejściem do polityki, jest o co grać i co negocjować – co zalecają zarówno były, jak i urzędujący sekretarz generalny NATO.

Robert Pszczel - Bezpieczeństwo Europy bez Ameryki – potrzeba chwili czy niebezpieczna idea?

piątek, 22 listopada 2024



Użycie nowego eksperymentalnego pocisku przeciwko Ukrainie stanowi przede wszystkim demonstrację polityczną bez większego znaczenia dla sytuacji wojskowej. Oświadczenie Putina to natomiast kolejny przejaw retorycznej eskalacji ze strony Rosji, mającej na celu zastraszenie zachodniej opinii publicznej oraz wywarcie presji na Waszyngton i stolice europejskie. Moskwa chce skłonić je do ograniczenia lub przynajmniej niezwiększania pomocy dla Ukrainy, a w szczególności do ponownego wprowadzenia ograniczeń na użycie przez nią zachodnich rakiet. Rosyjski atak i wystąpienie przywódcy mają też zmotywować Zachód do poszukiwania sposobu szybkiego zakończenia wojny drogą jednostronnych ustępstw na rzecz Rosji.

W najbliższych dwóch miesiącach należy się spodziewać zaostrzenia rosyjskich działań zbrojnych przeciwko Ukrainie oraz prowokacyjnych względem Zachodu, ale poniżej progu bezpośredniego rakietowego ataku na zachodnie instalacje. Posunięcia te będą miały na celu poprawę pozycji Moskwy przed spodziewanymi negocjacjami pokojowymi, które chce rozpocząć administracja Donalda Trumpa.

osw.waw.pl


Nie można wykluczyć, że przyszłość Abchazji (i Osetii Południowej) jest przedmiotem niejawnych rozmów pomiędzy Gruzją i Rosją. Wskazującą na to poszlaką były wypowiedzi czołowych polityków gruzińskiego obozu władzy, którzy przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi (26 października; zwyciężyło w nich po raz czwarty Gruzińskie Marzenie, (...)) z dużą dozą pewności zapowiadali, że w nieodległej przyszłości doprowadzą do przywrócenia integralności terytorialnej kraju. Powrót jakiejś formy kontroli Tbilisi nad parapaństwami mógłby być ceną, którą Moskwa zapłaciłaby za normalizację stosunków z Gruzją i – przede wszystkim – za rezygnację przez nią z euroatlantyckich aspiracji. Trudno wprawdzie sobie wyobrazić, by Rosja cofnęła uznanie parapaństw (nawet jeśli padają takie sugestie), można jednak dopuścić wariant, w którym utworzą one wraz z Gruzją konfederację, zachowując swój niepodległy – w rosyjskiej optyce – status oraz potwierdzając ważność umów, podpisanych przez Suchumi i Cchinwali z Moskwą. Tego rodzaju daleko idące spekulacje pojawiają się od kilku miesięcy w niezależnych gruzińskich i abchaskich mediach, a ich wzmożenie nastąpiło po wypowiedzi lidera Gruzińskiego Marzenia – Bidziny Iwaniszwilego – o potrzebie „przeproszenia” ludności Osetii Południowej za jej zaatakowanie w 2008 r., co stało się pretekstem do rosyjskiej inwazji na Gruzję (...). W każdym scenariuszu należy jednak się spodziewać, że jakakolwiek próba podporządkowania Suchumi Gruzji wywoła w Abchazji zbrojny opór.

osw.waw.pl


21 listopada Duma Państwowa zaakceptowała w trzecim czytaniu projekt budżetu federalnego na 2025 r. oraz ogólne parametry budżetów na lata 2026–2027. Wydatki będą wyższe kolejny rok z rzędu, głównie za sprawą rosnących w dwucyfrowym tempie nakładów na obronę narodową i bezpieczeństwo wewnętrzne. Te dwie pozycje, odpowiadające za potrzeby armii oraz utrzymanie kontroli nad społeczeństwem, pochłoną ponad 43% środków, przy czym fundusze na wojsko poukrywano także w innych rozdziałach budżetu. Za toczącą się wojnę w coraz większym stopniu płacić będą biznes i obywatele – Kreml zaplanował wzrost obciążeń podatkowych przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków socjalnych i na kapitał ludzki.

Budżet na 2025 r. stanowi demonstrację determinacji do prowadzenia wojny niezależnie od kosztów i rosnących wyzwań ekonomicznych. Jeszcze rok temu rząd planował, że szczyt finansowania inwazji przypadnie na rok 2024. Władze liczyły na to, że dzięki złamaniu obrony Ukrainy i co najmniej zmniejszeniu intensywności działań zbrojnych nastąpi redukcja nakładów wojennych w następnych latach. Okazało się jednak, że optymistycznego scenariusza nie udało się zrealizować, w związku z czym konieczne jest dalsze drenowanie krajowej gospodarki i obywateli. Mimo to Władimir Putin ma nadzieję, że gotowość Zachodu do wspierania Kijowa skończy się szybciej niż pieniądze w Rosji.

(...)

W 2025 r. znacznie zwiększy się finansowanie wojny. Najsilniejszy wzrost wydatków zaplanowano w rozdziale „obrona narodowa” – do 13,2 bln rubli (ok. 132 mld dolarów), wobec 10,8 bln rubli zapisanych w budżecie na rok 2024 (+22,2%). To również o ponad 55% więcej, niż zamierzano wydać na elementy tej pozycji rok temu. Zgodnie z ustawą budżetową na lata 2024–2025, przyjętą w listopadzie 2023 r., nakłady na obronę narodową w 2025 r. miały spaść do 8,5 bln rubli.

Należy przy tym zaznaczyć, że środki na „obronę narodową” będą nie tylko największą (prawie 33% łącznych wydatków), lecz także najbardziej utajnioną pozycją budżetu w 2025 r. Aż 85% z nich nie przypisano do konkretnych zadań. W dokumencie wpisano jedynie ich ogólne przeznaczenie – „wyposażenie sił zbrojnych, wypłaty na dodatki finansowe i wsparcie przedsiębiorstw kompleksu wojskowo-przemysłowego” (zob. wykres 2).

W 2025 r. podwyższone mają też zostać (o 2% r/r) wydatki z rozdziału „bezpieczeństwo wewnętrzne” – łącznie pozycja ta zaabsorbuje 10,5% budżetu. Finansuje się z niej m.in. struktury bezpośrednio zaangażowane w wojnę, takie jak Gwardia Narodowa czy Federalna Służba Bezpieczeństwa, albo odpowiadające za represje i kontrolę nad społeczeństwem (policja czy służba więzienna).

Wzrosnąć mają również nakłady na gospodarkę narodową (o ok. 13% r/r), których celem jest m.in. wsparcie biznesu, w tym korporacji państwowych, a także na program substytucji importu i projekty infrastrukturalne. Środki te trafiają w dużej mierze do przedsiębiorstw sektora zbrojeniowego oraz firm aktywnych w regionach okupowanych.

Zarazem ma nastąpić zmniejszenie wydatków na politykę społeczną (o prawie 16% r/r). W przyszłym roku 25% zaplanowanych funduszy, tj. ok. 17 mld dolarów, mają pochłonąć emerytury wojskowych i działania związane z zapewnieniem im mieszkań, a 14 mld dolarów – zasiłki na noworodki i ich wychowanie. Od 2024 r. pozycja ta nie jest już największą w budżecie federalnym. Co więcej, ma na nią zostać wyasygnowane o ponad połowę mniej pieniędzy niż na armię. Finansowanie służby zdrowia i edukacji wzrośnie jedynie nominalnie, znacznie poniżej tempa inflacji. Rząd stopniowo wycofuje się też z niektórych kosztownych programów, np. w lipcu 2024 r. zrezygnował z masowych preferencyjnych kredytów hipotecznych (utrzymał je tylko dla rodzin z dziećmi). Ponadto coraz więcej nakładów na kapitał ludzki i politykę społeczną przerzuca na regiony, ograniczając przy tym wielkość transferów, które otrzymują one z budżetu federalnego.

osw.waw.pl


Zitelmann podkreślił również, że:
  • rząd Angeli Merkel uzależnił Niemcy od rosyjskiego gazu, pomimo ostrzeżeń ze strony USA i krajów Europy Środkowo-Wschodniej w tym Polski /zamknięto elektrownie atomowe - red./;
  • w konsekwencji ceny energii elektrycznej w Niemczech drastycznie wzrosły, a wojna Putina z Ukrainą znacznie tę sytuację pogorszyła;
  • przewiduje się, że transformacja energetyczna, która jest główną przyczyną złej kondycji gospodarczej Niemiec, będzie kosztować Berlin do 2035 r. łącznie aż 1,2 biliona euro.
Jego zdaniem, jedną z konsekwencji transformacji energetycznej w Niemczech jest to, że produkcja stała się zbyt droga, zwłaszcza dla firm, które w dużym stopniu polegają na energii elektrycznej.

Niemcy - napisał przedsiębiorca - borykają się też z problemami demograficznymi, które prowadzą do poważnego niedoboru wykwalifikowanej siły roboczej /brakuje fachowców z powodu przepisów, jednocześnie kraj zalewa fala niewykształconych emigrantów - red./.

/Jeden z motorów Niemieckiej gospodarki - motoryzacja jest zagrożony przez konkurencję/sytuację z/w Chin/ach - red./

/Niemcy zaliczają ogromne zapóźnienia w cyfryzacji - red./

wnp.pl


Ani atak rakietą balistyczną Oreshnik, ani oświadczenie Putina z 21 listopada nie stanowią znaczącej zmiany w rosyjskich możliwościach uderzeniowych ani prawdopodobieństwie użycia broni jądrowej . Siły rosyjskie regularnie wystrzeliwują przeciwko Ukrainie rakiety balistyczne Iskander zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, hipersoniczne rakiety balistyczne Kinzhal i rakiety manewrujące Ch-101 zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych. Poprzednie rosyjskie ataki rakietowe były skierowane przeciwko przemysłowej i krytycznej infrastrukturze, w tym w mieście Dniepr, co spowodowało większe szkody. Jedyną zasadniczo nową cechą rosyjskich ataków na miasto Dniepr 21 listopada był sam pocisk Oreshnik, który ostentacyjnie prezentował pojazdy powrotne /głowice manewrujące MIRV - red./, aby wzmocnić widowisko uderzenia i dodatkowo zasugerować zagrożenie nuklearne. Zachód utrzymuje wiarygodne opcje odstraszania /kombinowane uderzenie atomowo-konwencjonalne - red./, a nuklearne potrząsanie szabelką Putina nie powinno powstrzymywać zachodnich urzędników przed podjęciem decyzji o dalszej pomocy Ukrainie. Dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) USA Bill Burns przestrzegł zachodnich decydentów przed obawami przed retoryką nuklearną Putina we wrześniu 2024 r., opisując Putina jako „łobuza”, który „od czasu do czasu będzie nadal pobrzękiwał szablą”.

Kreml nadal demonstruje swoje pełne zaangażowanie w wykorzystywanie perspektywy „negocjacji” z Ukrainą i Zachodem, aby dążyć do niczego innego, jak tylko całkowitego zniszczenia państwa ukraińskiego, pomimo wysiłków prezydenta Rosji Władimira Putina, aby przedstawić się jako osoba otwarta na negocjacje pokojowe. 

(...)

ISW oceniło szczegółowo, że różnice w jakości między różnymi rosyjskimi formacjami, które istniały przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę, stały się coraz bardziej nieaktualne ze względu na sposób, w jaki Rosja prowadzi swoją wojnę. Rosyjskie formacje, które kiedyś były uważane za „elitarne” lub bardziej wyspecjalizowane pod względem zadań taktycznych, z którymi były powiązane, takie jak WDW lub jednostki piechoty morskiej, obecnie funkcjonują zasadniczo jako niedostatecznie liczebne zmotoryzowane jednostki strzeleckie, polegające na frontalnych atakach piechoty w celu uzyskania taktycznych korzyści, zamiast stosować jakiekolwiek doktrynalnie unikalne taktyki. Rosyjskie wskaźniki strat na linii frontu zmusiły rosyjskie dowództwo wojskowe do priorytetowego traktowania szybkiego rekrutowania nowych rekrutów w celu uzupełnienia wakatów w nowych jednostkach, zamiast zapewniania im wystarczającego podstawowego, a tym bardziej specjalistycznego szkolenia. Praktyki te prawdopodobnie rozszerzą się na doświadczenia północnokoreańskich żołnierzy walczących u boku sił rosyjskich i będą miały na nie duży wpływ. Północnokoreańskie wojska szkolące się z formacjami piechoty morskiej lub WDW prawdopodobnie zostaną rozmieszczone do walki w taki sam sposób, w jaki żołnierze piechoty morskiej i WDW są rozmieszczani do walki — zasadniczo jako regularne siły piechoty. Jeśli rosyjskie dowództwo wykorzysta północnokoreańskie wojska w taki sam sposób, w jaki wykorzystuje wojska rosyjskie, północnokoreańskie wojska prawdopodobnie staną w obliczu porównywalnych wskaźników ubytków do wskaźników, z którymi obecnie mierzy się Rosja. Straty, jakie północnokoreańskie wojska ponoszą w walce w imieniu Rosji, osłabią wszelkie instytucjonalne lekcje, których północnokoreańskie wojsko miało nadzieję się nauczyć, dołączając do Rosji jako współwojujący przeciwko Ukrainie, jak niedawno ocenił ISW.

understandingwar.org

czwartek, 21 listopada 2024



Putin ostatnio widziany był „na żywo” w Soczi podczas forum Klubu Wałdajskiego. Było to 7 listopada. Jak zauważyli czujni dziennikarze, od tamtego dnia służba prasowa Kremla serwuje w telewizyjnych programach informacyjnych jedynie tzw. konserwy, czyli materiały nagrane w przeszłości, pokazywane z opóźnieniem, z przestemplowaną datą ważności.

Ten numer już w kremlowskim cyrku ogrywali: Putin znikał na wiele dni, a jego obecność na scenie politycznej imitowały nakręcone zawczasu relacje ze spotkań z gubernatorami czy ministrami w zaciszu gabinetu. Opatrywano je świeżą datą, ale uważni obserwatorzy wyłapywali nieścisłości. Tak jest i teraz. Służba prasowa prezydenta podaje: 19 listopada Putin spotyka się z szefem frakcji Nowi Ludzie Aleksiejem Nieczajewem. Nieczajew informuje prezydenta, że jego frakcja popiera budżet federalny w pierwszym czytaniu. Tymczasem Duma już tydzień temu przegłosowała budżet w drugim czytaniu (pierwsze było 24 października). A zatem „konserwa” ma już blisko miesiąc.

Jak wyśledziła dziennikarka Farida Rustamowa, 19 listopada, kiedy to rzekomo spotkał się z prezydentem, Nieczajew był widziany na wystawie w Dumie. Miałby się potem szybko przebrać w inny garniturek, przystrzyc włosy i polecieć na Kreml, a tam zamiast siedzieć przez pięć dni na obowiązkowej kwarantannie przed dopuszczeniem przed oblicze cara, został natychmiast wpuszczony do najwyższego gabinetu, aby opowiedzieć dobre nowiny sprzed miesiąca.

(...)

Obserwatorzy zauważyli, że Putin znika z radarów, gdy ma problemy, gdy nie wie, jak wyjść z trudnej sytuacji. „Właśnie wtedy, gdy wszyscy oczekują od Putina reakcji, ten wykonuje pełne zanurzenie i wpada w stupor” – pisze publicysta Anatolij Niesmijan.

Nad czym teraz zastanawia się Putin? 

tygodnikpowszechny.pl


Jak przypomina ekspert, w połowie tego roku została zatwierdzona amerykańska doktryna nuklearna, która jednak została utajniona.

- Co powoduje, że jest dużo niewiadomych. Rosjanie liczą, że w razie uderzenia z ich strony jednym pociskiem nuklearnym, USA odpowiedzą również jednym pociskiem. Prawdopodobnie w amerykańskiej doktrynie zapisana jest asymetryczność. I tu dla Moskwy pojawiają się problemy - komentuje analityk ds. wojskowych.

Jakie to problemy? - Rosjanie nie są w stanie zdekapitować jakiegokolwiek amerykańskiego uderzenia nuklearnego. Natomiast USA są w stanie hybrydowym uderzeniem, przy pomocy precyzyjnych ładunków nuklearnych i broni konwencjonalnej, zdekapitować możliwości nuklearne Federacji Rosyjskiej. Zdekapitować, czyli definitywnie i trwale zniszczyć - uważa ppłk rez. Korowaj.

(...)

- Teoretycznie Rosjanie nie zrzucają ładunków nuklearnych blisko swoich granic i własnych wojsk. Wybuch oddziaływałby na rosyjskie terytorium i żołnierzy. Ukraina jest potrzebna Rosji cała, a nie skażona. Ma być rezerwuarem żywności, który w przeszłości ma wpływać na politykę światową. Uderzenie w Polskę też nic nie da, choć teoretycznie mogłoby się zdarzyć. Natomiast to też jest za blisko Rosji. Generalnie Moskwa nie zrzuca bomb atomowych w promieniu 700 kilometrów od swoich granic - twierdzi ppłk rez. Korowaj.

W ocenie analityka najbardziej powinny się obawiać kraje Europy Zachodniej: Niemcy, Francja czy Wielka Brytania.

- Czyli te kraje, które mają broń atomową, ale mają jej zbyt mało, by przewyższyć potencjał nuklearny Rosji. Wszystkie te kraje muszą w ramach ewentualnej odpowiedzi współpracować ze Stanami Zjednoczonymi. Czy Rosja może użyć broni nuklearnej? Teoretycznie może, ale z praktycznego punktu widzenia Moskwie to nic nie da - puentuje ppłk rez. Korowaj.

wp.pl


Jeszcze zanim prezydent-elekt Donald Trump i jego program pełen taryf zdobył Biały Dom, czołowe firmy planowały już przeniesienie produkcji z Chin w szybszym tempie, zgodnie z nowym badaniem.

Bain and Company, na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród 166 dyrektorów generalnych i dyrektorów operacyjnych, ustaliło, że odsetek firm przenoszących działalność poza Chiny wzrósł do 69% w 2024 r. z 55% w 2022 r.

Dokąd się udadzą? Najpopularniejszym miejscem docelowym był subkontynent indyjski, gdzie 39% dyrektorów stwierdziło, że się tam udają. Następnie 16% przeniosło się do Stanów Zjednoczonych lub Kanady, 11% do Azji Południowo-Wschodniej, 10% do Europy Zachodniej i 8% do Ameryki Łacińskiej, co zamyka pierwszą piątkę miejsc docelowych.

W międzyczasie coraz więcej firm „reshoruje” działalność do swoich krajów macierzystych lub „near-shoring” do krajów sąsiednich.

Badanie przeprowadzone w lipcu wykazało, że odsetek dyrektorów, których firmy planują przybliżyć łańcuchy dostaw do rynku, wzrósł w tym roku do 81% z 63% w 2022 r. Obejmuje to również pojawiający się trend „split-shoring”, w którym występuje mieszanka produkcji offshore i produkcji blisko domu.

Bain przypisał ten trend rosnącej niepewności geopolitycznej i rosnącym kosztom. Jednak dla amerykańskich firm, które stanowiły 39% ankiety, ustawa o redukcji inflacji z 2022 r. była kolejnym czynnikiem w reshoringu operacji, dodał.

Jednym z najważniejszych osiągnięć polityki krajowej prezydenta Joe Bidena jest to, że ustawa oferuje zachęty i ulgi podatkowe w kluczowych obszarach, takich jak technologie zielonej energii. Inna inicjatywa Bidena, ustawa CHIPS, również zachęcała do krajowej produkcji półprzewodników.

(...)

Ryzyko zbytniego polegania na chińskich fabrykach stało się oczywiste, gdy Trump nałożył cła na Pekin w trakcie swojej pierwszej kadencji w ramach swojej polityki gospodarczej „America first”. Zakłócenia w łańcuchu dostaw podczas pandemii również uwypukliły potrzebę większej dywersyfikacji.

Następnie Biden utrzymał cła Trumpa na Chiny, nałożył ograniczenia na inwestycje USA w Chinach i zachęcił do zwiększenia produkcji krajowej. A na swoją drugą kadencję Trump obiecał podnieść cła na wszystkich szczeblach, w tym wyższe cła na Chiny.

Wyższe cła USA na Chiny mogą zadać kolejny poważny cios drugiej co do wielkości gospodarce świata, która już została dotknięta krachem na rynku nieruchomości, problemami z zadłużeniem, a nawet kieszeniami deflacji.

Dzieje się tak, ponieważ eksport jest jednym z głównych motorów napędowych gospodarki Chin, chociaż fala środków stymulujących Pekinu wykazała pewne oznaki pobudzania konsumpcji krajowej.

Mimo to powódź taniego eksportu, który Chiny wysyłają na cały świat, skłoniła inne kraje do nałożenia większej liczby barier handlowych na Pekin.

Tymczasem zagraniczne inwestycje w Chinach znajdują się w trzyletnim kryzysie, który trwał w ostatnim kwartale. Mimo wysiłków Chin zmierzających do ożywienia wzrostu gospodarczego, inwestycje zagraniczne spadły o 13 miliardów dolarów w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku.

fortune.com


Schemat takiego ataku jest zasadniczo zawsze taki sam. Najpierw przez pozycje ukraińskie przechodzi swoisty walec ogniowy z pocisków artyleryjskich, rakiet i bomb, który niszczy wcześniej wykryte umocnienia i zmusza ukraińskich żołnierzy do wycofania się w ukrycia lub nawet do czasowego opuszczenia stanowisk. Rosjanie nie stosują tutaj żadnych ograniczeń i braki w zaopatrzeniu swojej artylerii traktują jako największą katastrofę (o czym świadczyły chociażby nagrane pogróżki Prigożyna w maju 2023 roku: „Gierasimow, Szojgu: gdzie jest cholerna amunicja?”). I nie ma tu w tym przypadku znaczenia słaba celność rosyjskich armat i bomb, ponieważ przy dużej ilości wystrzelonych pocisków zawsze jest jakieś prawdopodobieństwo, że któryś z nich w coś trafi.

Po takiej nawale ogniowej do walki włączają się pierwsze rosyjskie pododdziały szturmowe, które wprost nacierają na ukraińskie pozycje, w oddzielnych grupach (liczących nawet tylko po 6-8 osób), najczęściej wcale nie licząc, że ich natarcie zakończy się sukcesem. W tych początkowych uderzeniach wystarczy bowiem jedynie, by rosyjscy żołnierze dostarczyli na sobie w pobliże ukraińskich pozycji zapasy amunicji (stąd pierwszą falę żołnierzy często nazywa się niekiedy „plecakami”) oraz by ujawniły się nowe, nieznane jeszcze Rosjanom, ukraińskie pozycje obronne.

Te czołowe ataki są najczęściej niszczone ogniem ukraińskiej artylerii i dronami. Jednak dla rosyjskich wojsk sukces jest nawet wtedy, gdy przez tę nawałę ogniową przedrze się tylko jeden pojazd z desantem. I Rosjanie robią to nawet wtedy, gdy natarcie przebiega na otwartym terenie, w oddaleniu nawet o kilka kilometrów od linii wyjściowych.

Taki schemat działania widać jest np. w miniofensywie prowadzonej obecnie przez Rosjan w Obowdzie Ługańskim na kierunku Torskie. Ukraińcom jak dotąd udaje się niszczyć większość rosyjskich pojazdów biorących udział w natarciach. Tego rodzaju niepowodzenia są jednak przez rosyjskie dowództwo traktowane jako drugowojenne rozpoznanie bojem. Po nim bowiem do akcji ponownie wkracza rosyjska artyleria i lotnictwo bombowe, przetaczając przez wykryte w ten sposób stanowiska bojowe Ukraińców kolejny walec ogniowy.

Wszystko to powtarzane jest przez Rosjan tak długo i bez względu na straty, aż ukraińskim żołnierzom zabraknie amunicji, lub nie będą mieli po prostu, gdzie się ukryć. W terenie niezabudowanym ten proces przesuwania się rosyjskiego wojska jest szybszy, w przypadku miast jest to już operacja wymagająca tygodni (jak w przypadku Nju Jorka) lub nawet miesięcy (jak w przypadku Bachmutu czy Awidijewki).

Wuhłedar nie jest w tym przypadku żadnym wybitnym wyjątkiem. Był on bowiem broniony przez Ukraińców praktycznie od początku wojny, ale tylko dlatego, że Rosjanie czasowo przerywali tam ofensywy – np. ze względu na trudności w dostawie uzupełnień lub konieczność zabrania walczących sił w inne miejsce frontu. Kiedy jednak ataki były kontynuowane dzień po dniu, to Ukraińcy nie mieli żadnych szans, by utrzymać swoje pozycje i musieli wreszcie je opuścić, chociażby po to, by uniknąć okrążenia.

(...)

Szybkość w zdobywaniu danej miejscowości zależy więc tak naprawdę od czasu, jaki Rosjanie potrzebują, by ją zniszczyć. Dzielnice domków jednorodzinnych są więc zdobywane szybciej, kwartały blokowisk z kolei dłużej, podobnie jak różnego rodzaju zakłady przemysłowe. Takie, trudne do zdobycia kwartały mieszkalne są nazywane przez Ukraińców cytadelami i to one w pierwszej kolejności stają się celem rosyjskich ataków ogniowych. Tak było np. podczas przygotowywania ataku na ukraińską „twierdzę” stworzoną w zakładach fenolowych w Nju Jorku. To przygotowanie polegało po prostu na długotrwałym bombardowaniu i ostrzale artyleryjskim.

defence24.pl


Przed nalotem w nocy z 16 na 17 listopada 2024 roku, gdy użyto około 120 rakiet i 90 dronów, tak duży atak odnotowano m.in. 8 lipca 2024 roku (około 40 rakiet, z których jedna trafiła m.in. w szpital dziecięcy „Ochmadyt” w Kijowie) oraz 26 sierpnia 2024 roku (około 127 rakiet i 109 dronów kamikaze). Ten długi czas „zbierania sił” jest dowodem na to, że Rosjanom wyraźnie zaczyna brakować pocisków rakietowych.

Zmniejsza się przede wszystkim ilość dostępnych, starszych rakiet, np. typu Ch-22 i Ch-59, z których Rosjanie, pisząc kolokwialnie, po prostu się „wystrzelali”. Pozostają więc tylko nowe pociski, które nie mogą być brane z pustych już magazynów, ale bezpośrednio z linii produkcyjnych. Chcąc więc zorganizować większy nalot z użyciem około 100 rakiet Rosjanie potrzebują około dwóch miesiący. Dla ataku 40 pocisków potrzebny jest ponad miesiąc.

(...)

Największy problem będzie jednak miało rosyjskie lotnictwo. O ile z atakami ukraińskich dronów jakoś sobie radzono, o tyle na odparcie uderzenia pocisków ATACMS jak na razie nie znaleziono stuprocentowo skutecznego zabezpieczenia. Każda rosyjska baza lotnicza w promieniu 200-250 km musi się więc teraz liczyć z możliwością zaatakowania przez uzbrojenie zawierające głowice kasetowe, a więc niezwykle skuteczne w odniesieniu do rozśrodkowanych na „stojankach” statków powietrznych.

Teraz Rosjanie mają wybór – uznać swoją obronę przeciwlotniczą za skuteczną i nie przejmować się nowym zagrożeniem, lub też przerzucić samoloty dalej – nawet ponad 300 km od granicy. Przykładem może być wojskowe lotniska w Woroneżu, gdzie stacjonują m.in. bombowce taktyczne Su-34, które właśnie znalazły się w zasięgu ATCAMS-ów . Jeżeli przesunie się je jeszcze dalej, to być może będzie już konieczne tankowanie tych maszyn w powietrzu, co w przypadku rosyjskiego lotnictwa może się okazać katastrofą.

Ale wyciszone „wojskowo” będą niewątpliwie również bliższe lotniska, jak np. baza lotnicza w okolicy Biełgorodu. Może to np. praktycznie całkowicie wyeliminować działanie rosyjskich śmigłowców bojowych. Zasięg Ka-52 określa się np. na 460 km. Teraz nie ma możliwości, by taki śmigłowiec bojowy wystartował z miejsca bezpiecznego od ATACMS-ów i na nie powrócił. Skutkiem decyzji Amerykanów będzie więc na pewno spadek aktywności rosyjskiego lotnictwa taktycznego.

Skuteczność decyzji ogłoszonej przez Waszyngton, będzie zależała tak naprawdę od danych wywiadowczych, jakie za tym powinny pójść ze strony państw zachodnich. Optymalnym rozwiązaniem byłoby po prostu wyrażenie zgody na strzelanie tylko do tych celów na terenie Federacji Rosyjskiej, które Ukraińcom się dokładnie wskaże. Dowództwo ukraińskie, pozbawione (przynajmniej oficjalnie) własnego rozpoznania satelitarnego, na pewno by poszło na taki układ, tym bardziej że nikt nie miałby wtedy do niego pretensji za ewentualne skutki uboczne przeprowadzonego nalotu.

O ile z portami i lotniskami Ukraińcy mogą sobie bowiem w jakiś sposób radzić (wiedząc gdzie one się znajdują), o tyle z wyznaczeniem celów bardziej mobilnych (dowództw, centrów logistycznych, systemów dowodzenia i łączności, itp.) Ukraińcy mieliby już duże problemy. Tymczasem śledząc ruch pojazdów dostawczych, cystern i położenie radiostacji można stosunkowo łatwo namierzyć obiekty, stanowiące bardzo dobry cel dla „amerykańskich” rakiet. Kilka celnych uderzeń w tego rodzaju obiekty, zmusiłoby Rosjan do przesunięcia dowództw i centrów logistycznych, przynajmniej od szczebla pułku, o 350-400 km od linii frontu. Zabezpieczenie walczących wojsk przez pojazdy, które będą musiały przejechać tyle kilometrów może całkowicie osłabić „impet” ofensywy prowadzonej obecnie przez wojska rosyjskie.

Oczywiście można dyskutować nad tym, czy Ukraińcy odważą się przysunąć swoje wyrzutnie z rakietami ATACMS na odległość mniejszą niż 100 km od frontu. Problem polega na tym, że Rosjanie tego też nie wiedzą. Wiedzą natomiast, że systemy HIMARS i MLRS działa całkowicie pasywnie, a więc mogą skrycie zając stanowiska ogniowe nawet bardzo blisko linii styku wojsk.

defence24.pl