sobota, 16 listopada 2024



W sierpniu 2020 r. władze nakreśliły „trzy czerwone linie” krępujące deweloperom możliwość zaciągania kolejnych długów. Dodatkowo w grudniu wprowadziły regulacje ograniczające ekspozycję banków na sektor nieruchomości. Na mocy tych przepisów w największych bankach udział kredytów dla deweloperów w sumie wszystkich udzielonych kredytów miał nie przekraczać 40%, a kredytów hipotecznych – 32,5%. Wymagania wobec mniejszych banków były jeszcze bardziej rygorystyczne. Instytucje finansowe formalnie otrzymały kilka lat, by dostosować się do nowych regulacji.

„Trzy czerwone linie” to:
1. relacja zobowiązań firmy do aktywów przekraczająca 70%;
2. dług netto wyższy niż kapitały własne;
3. krótkoterminowe zadłużenie większe niż zapasy gotówki (aktywa pieniężne).

Zwiększyć skalę zobowiązań o maksymalnie 15% rocznie mógł deweloper, który nie przekroczył żadnej z „czerwonych linii”. W przypadku spółki, która nie spełniła jednego z kryteriów, było to do 10%, a dwóch – do 5%. Natomiast firmom raportującym zadłużenie wyższe niż to wyznaczone przez wszystkie limity zakazano zwiększania zobowiązań. Kryteria były tylko nieco bardziej rygorystyczne niż wskaźniki raportowane przez przeciętnych dużych deweloperów w 2020 r., jednak niektóre firmy znacznie przekraczały „czerwone linie” nakreślone przez władze.

Nie jest jasne, czy decydenci byli świadomi, że implementacja regulacji zainicjuje reakcję łańcuchową prowadzącą do głębokiego i długotrwałego kryzysu, czy też nie przewidzieli skali konsekwencji, a ich zamiarem było jedynie wyeliminowanie z rynku najbardziej zadłużonych podmiotów i ograniczenie spekulacji. Przepisy uderzyły jednak w fundament działalności deweloperów, zależnych od pozyskiwania nowych środków na pokrycie wcześniejszych zobowiązań. Wysłały również jasny sygnał, że Pekin nie toleruje dotychczasowego modelu, dodatkowo zniechęcając potencjalnych inwestorów do pożyczania pieniędzy firmom z sektora.

Po sierpniu 2020 r. deweloperzy napotkali poważne przeszkody w pozyskiwaniu finansowania na rynku krajowym. Poza motywacjami finansowymi – głównie obawami o zwrot pożyczonych środków – pracownicy chińskich instytucji stosowali zbyt restrykcyjną interpretację nowych przepisów. Bankierzy nie tylko odmawiali udzielania kredytów zwiększających zobowiązania deweloperów, lecz także uchylali się od rolowania dotychczasowych długów, mimo że prawo ich do tego nie obligowało.

Wzrost ryzyka niewypłacalności przełożył się na problemy deweloperów z emisją obligacji na rynku offshore, gdzie pozyskiwali waluty zagraniczne. W efekcie nie byli oni w stanie spłacać swoich zobowiązań. Symbolem kryzysu stała się firma China Evergrande – drugi największy i najbardziej zadłużony przedstawiciel branży w ChRL – która w grudniu 2021 r. została formalnie uznana za niewypłacalną po tym, jak nie uregulowała płatności wobec nabywców swoich obligacji dolarowych wyemitowanych w Hongkongu. Inwestorzy byli jednak świadomi, że problem zadłużenia nie dotyczy pojedynczych deweloperów, lecz ma charakter systemowy.

W obliczu ograniczeń w pozyskiwaniu kapitału na rynku krajowym chińscy deweloperzy zwrócili się ku inwestorom zagranicznym, emitując obligacje denominowane najczęściej w dolarze amerykańskim na rynkach offshore, głównie w Hongkongu. Raportowana skala zobowiązań z tego tytułu stanowiła istotną, sięgającą ok. 25% część długu odsetkowego dużych podmiotów, ale na tle wszystkich środków zaangażowanych w finansowanie działalności całego sektora pozostawała minimalna – wynosiła oficjalnie raptem 0,1%.

Mimo to za symboliczny początek kryzysu na chińskim rynku nieruchomości uznaje się wrzesień 2021 r., gdy w światowych mediach finansowych dominowały doniesienia o tym, że Evergrande Group – drugi największy deweloper w ChRL – nie będzie w stanie uregulować zobowiązań wobec zagranicznych obligatariuszy. Inwestorzy obawiali się powtórzenia scenariusza Lehman Brothers, którego upadek w 2008 r. stał się katalizatorem globalnego kryzysu finansowego.

Przypadek Evergrande nie był odosobniony. Analitycy Barclays szacują, że od początku 2020 r. co najmniej 60 chińskich deweloperów, którzy wyemitowali obligacje na kwotę ponad 140 mld dolarów, stało się niewypłacalnych. „Financial Times” ocenia, że wśród nich znalazła się ponad połowa z czołowych 50 przedstawicieli sektora. Wbrew obawom wciąż nie doprowadziło to jednak do kryzysu finansowego w ChRL ani na świecie. Straty ponieśli natomiast m.in. zagraniczni inwestorzy instytucjonalni, tj. BlackRock i HSBC.

Problemy z dostępem do finansowania spowodowały, że deweloperzy przestali płacić wykonawcom i dostawcom materiałów, przez co prace na wielu budowach zostały wstrzymane. To wraz z obawami przed bankructwami firm z branży i „antyspekulacyjną” narracją Pekinu zniechęciło potencjalnych nabywców i ograniczyło sprzedaż mieszkań. Istotny spadek przychodów deweloperów z kluczowego źródła – odpowiadającego za około jedną trzecią przychodów –  doprowadził do tego, że jeszcze częściej nie byli oni w stanie kontynuować finansowania prac budowlanych czy regulować zobowiązań wobec inwestorów. W związku z obawami przed nieukończeniem inwestycji władze zwiększyły nadzór nad środkami przechowywanymi na rachunkach powierniczych.

To z kolei skutkowało wzmocnieniem przekonania wśród potencjalnych klientów, że budowy mogą w ogóle nie zostać ukończone, więc nie warto ryzykować zakupu mieszkania, a wśród potencjalnych inwestorów – że mogą nie otrzymać z powrotem pożyczonych środków. W 2022 r. niepewność spotęgowała strategia „zero COVID”, ograniczająca aktywność gospodarczą w ChRL. Deweloperzy nie dysponowali więc pieniędzmi, by kontynuować prace, oraz zmniejszyli liczbę rozpoczynanych projektów. W związku z tym nie potrzebowali tyle ziemi, ile wcześniej . W efekcie spadły wpływy budżetowe lokalnych władz i jej wartość, przez co kurczyła się przestrzeń do fiskalnej stymulacji gospodarki, a nawet brakowało środków na realizację podstawowych zadań, tj. wypłat pensji pracownikom sektora budżetowego czy emerytur. Błędne koło zaczęło się obracać w drugą stronę.

Sytuację mogłaby częściowo poprawić znacząca obniżka cen mieszkań, przekonująca potencjalnych nabywców do zakupu. Na zastosowanie mechanizmu rynkowego nie było jednak zgody władz ani tych mieszkańców, którzy wcześniej zainwestowali w lokale w tych samych lokalizacjach. Pekin polecił lokalnym władzom stabilizację rynków, a te zareagowały, zakazując deweloperom zbyt silnych cięć cen (...). Z kolei dotychczasowi kupcy protestowali przeciw obniżkom i żądali rekompensat za poniesione „straty”. Doprowadziło to do paradoksalnych sytuacji – deweloperzy obchodzili regulacje ograniczające spadki nominalnych cen m.in. poprzez dołączanie do lokalu nieodpłatnego garażu lub wyposażenia, a nawet wręczanie nowym nabywcom mieszkań sztabek złota w ramach prezentu oraz przyjmowanie części płatności w czosnku i pszenicy.

Przed wprowadzeniem lokalu na rynek deweloper jest zobowiązany zadeklarować jego wstępną cenę, która musi uzyskać akceptację lokalnego urzędnika. Mimo znacznego spadku zainteresowania kupujących władze długo nie godziły się na istotne obniżki w przypadku mieszkań już wystawionych na sprzedaż i wymagających zgody na wprowadzenie do obrotu. Politycy próbują również ingerować w rynek wtórny – poprzez mechanizm „ceny referencyjnej”, który stanowi wytyczną  dla stron transakcji.

Wprowadzając silne restrykcje w sektorze w 2020 r., Pekin był gotów zaakceptować krótkoterminowe koszty korekty, aby osiągnąć większe korzyści w przyszłości. Nie docenił jednak wpływu swojej ingerencji w działanie rynku w nowym otoczeniu krajowym i międzynarodowym. Po dynamicznym polockdownowym odbiciu w 2021 r. w kolejnym roku realizacja chińskiej strategii „zero COVID” ponownie poważnie zaburzyła funkcjonowanie gospodarki. Doprowadziła do ograniczenia aktywności oraz pogorszenia nastrojów konsumentów i inwestorów, także zagranicznych. Rzeczywistość, w której chińskie władze podjęły się największego od dekad chłodzenia sektora nieruchomości, znacznie się skomplikowała.

Wzrost obaw o kondycję i perspektywy całej gospodarki dodatkowo wzmocnił zmianę postaw finansowych Chińczyków. W obliczu braku istotnego wsparcia rządu dla gospodarstw domowych, jak miało to miejsce na Zachodzie, mieszkańcy Chin ograniczyli kosztowniejsze i trudniejsze do upłynnienia inwestycje, np. w nieruchomości, na rzecz gromadzenia gotówki na czarną godzinę. Ze względu na opóźnienia w pracach budowlanych osoby znajdujące się w trudnej sytuacji finansowej były zmuszone do podjęcia decyzji o przeprowadzce do nieukończonego budynku, bez dostępu do bieżącej wody czy prądu. Setki tysięcy kredytobiorców zagroziło zawieszeniem spłaty kredytów. Ich protesty pokazały, że kwestia ta stała się istotnym problemem społecznym, którego nasilenie może okazać się niebezpieczne dla stabilności społeczno-politycznej.

W lipcu 2022 r. masową skalę przybrały protesty kredytobiorców, grożących odmową spłaty kredytów hipotecznych związanych z nieukończonymi, przedłużającymi się projektami deweloperskimi. Niezależne szacunki wskazywały, że w szczytowym momencie – w sierpniu – objęły one ponad 320 przedsięwzięć z ok. 100 miast. Od połowy 2022 r. Freedom House odnotował przeszło 1800 protestów odnoszących się do sytuacji na rynku nieruchomości. Dwie trzecie przypadków dotyczyło opóźnień w budowach i słabej jakości wykonania lokali, a pozostałe – głównie braku wypłaty wynagrodzeń pracownikom budowlanym.

Sytuacja stanowiła potencjalne zagrożenie dla stabilności sektora bankowego, ale przede wszystkim – wyzwanie polityczne dla KPCh w okresie przed XX zjazdem partii. W odróżnieniu od licznych izolowanych protestów na podłożu nadużyć w sektorze finansowym mogła się bowiem przekształcić w ruchy sprzeciwu obejmujące całe Chiny, skierowane przeciw władzom centralnym, a nie lokalnym.

O ile władze lokalne, które mają pewną autonomię w kształtowaniu lokalnej polityki mieszkaniowej, podjęły próby pobudzania rynku jeszcze w 2021 r., o tyle Pekin początkowo ograniczał się do stosunkowo niewielkich interwencji słownych, nieznacznych obniżek stóp procentowych oraz utworzenia funduszy inwestycyjnych wspierających deweloperów w dokańczaniu rozpoczętych projektów. Do zmiany stanowiska partyjną centralę przekonały dopiero pogłębiające się załamanie, fala niewypłacalności rozlewająca się od deweloperów do wykonawców i dostawców oraz bojkot kredytobiorców odmawiających spłaty kredytów hipotecznych zaciągniętych na zakup wciąż niewybudowanych mieszkań.

Wszystkie główne silniki wzrostu PKB – poza eksportem – działały suboptymalnie. Typową dla chińskich władz odpowiedzią byłoby wdrożenie istotnego pakietu stymulacyjnego, obejmującego woltę w kwestii polityki dotyczącej rynku nieruchomości i rozległe inwestycje infrastrukturalne. Tymczasem tym razem postawa Pekinu była bardziej zachowawcza, a władze lokalne nie dysponowały wystarczającymi środkami po latach strategii „zero COVID”. Dopiero pod koniec 2022 r. i na początku 2023 r. wprowadzono znaczące rozwiązania poprawiające płynność sektora, m.in. faktyczne zawieszenie obowiązywania „trzech czerwonych linii” w przypadku wybranych deweloperów.

Pozytywna reakcja okazała się krótkotrwała – po odbiciu w pierwszym kwartale, wspartym przez rezygnację ze strategii „zero COVID”, sprzedaż mieszkań znów zaczęła maleć. W lipcu 2023 r. była o niemal połowę mniejsza niż dwa lata wcześniej i przed pandemią oraz sięgnęła najniższego poziomu pod względem metrażu od kwietnia 2012 r. Równocześnie deweloperzy rozpoczęli budowę najmniejszej powierzchni mieszkaniowej od 2008 r. W kolejnym miesiącu ujawniły się poważne problemy finansowe Country Garden, do poprzedniego roku największego chińskiego dewelopera, oraz Zhongzhi Enterprise Group, instytucji „bankowości cienia” zarządzającej aktywami wycenianymi na bilion juanów.

W obliczu niskiego oprocentowania depozytów bankowych w ChRL instytucje „bankowości cienia” sprzedają klientom detalicznym i biznesowym produkty finansowe obiecujące wyższą stopę zwrotu. Otrzymane środki pożyczają spółkom, przede wszystkim prywatnym, które nie są w stanie pozyskać wystarczającego wsparcia państwowych banków, nastawionych na finasowanie przedsiębiorstw państwowych i władz lokalnych. Wśród nich byli m.in. deweloperzy. Z oficjalnych danych wynika, że branża trustowa, będąca segmentem „bankowości cienia”, ma aktywa wyceniane na 21 bln juanów (ok. 17% PKB). Oficjalnie z sektorem nieruchomości wiąże się bezpośrednio raptem ok. 6% aktywów, jednak analitycy ANZ Research szacują całkowitą ekspozycję na ok. 30%. Formalnie tych produktów inwestycyjnych nie objęto państwowym system gwarancji. Mimo to ich nabywcy uważają (m.in. z uwagi na fakt, że dystrybuują je banki państwowe), że władze de facto zapewniają ochronę zainwestowanego kapitału.

Pod koniec sierpnia 2023 r. Ludowy Bank Chin i Narodowa Administracja ds. Regulacji Finansowych ogłosiły obniżenie minimalnego poziomu wkładu własnego, rozszerzenie preferencyjnych warunków kredytu na większą grupę kredytobiorców oraz poleciły bankom zredukowanie oprocentowania uprzednio zawartych umów. Pekin dał również zielone światło władzom lokalnym na złagodzenie miejscowych polityk mieszkaniowych, w tym poluzowanie kontroli cen minimalnych.

Złagodzenie regulacji oraz jasny sygnał, że wzrosła tolerancja władz dla spekulacji stabilizującej rynek, pobudziły popyt na mieszkania w głównych metropoliach. Podobnie jak na początku roku, również tym razem ożywienie okazało się przejściowe. Wizję zażegnania kryzysu oddalały kolejne głośne problemy deweloperów. We wrześniu Evergrande poinformował, że stojący na czele grupy Hui Ka Yan został objęty „środkami przymusu” w związku z podejrzeniem popełnienia „przestępstw niezgodnych z prawem”. W październiku firmę Country Garden uznano za niewypłacalną po tym, jak nie uregulowała ona dolarowego zobowiązania wobec obligatariuszy w ostatecznym terminie. W styczniu 2024 r. sąd w Hongkongu zarządził likwidację Evergrande Group. Dwa miesiące później zaniepokojenie wzbudziły doniesienia o możliwej niewypłacalności kolejnego dużego dewelopera – Vanke Group. Wydarzenia pokazały, że poważne problemy nie omijają nawet kontrolowanych przez władze firm, które otrzymują silniejsze wsparcie państwa. W marcu regulator rynku kapitałowego oskarżył główny podmiot należący do grupy Evergrande o bezprecedensowe w skali światowej oszustwo księgowe: zawyżenie przychodów w 2019 r. o 214 mld juanów, a w 2020 r. – o 350 mld juanów, co stanowiło odpowiednio około połowy i blisko 80% przychodów spółki w tych latach. Zapewne nie był to odosobniony przypadek fałszowania wyników w sektorze.

W kwietniu 2024 r. Pekin zasygnalizował kolejną fazę wsparcia koniunktury na rynku. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego zwróciło uwagę na kwestię niesprzedanych mieszkań oraz zaapelowało o stworzenie „nowego modelu rozwoju rynku nieruchomości”. W maju władze ChRL ogłosiły pakiet rozwiązań obejmujący m.in. finansowanie z banku  centralnego w kwocie do 300 mld juanów zakupu ukończonych mieszkań przez przedsiębiorstwa państwowe i przekształcanie ich w przystępne cenowo lokale, zniesienie ogólnokrajowej minimalnej stawki oprocentowania kredytów hipotecznych oraz obniżenie minimalnego wkładu własnego. Na rozluźnienie lokalnych restrykcji ograniczających dostępność mieszkań zdecydowały się władze największych metropolii jak Szanghaj, Shenzhen i Guangzhou, a w czerwcu – także Pekin.

Podobnie jak w przypadku poprzednich rund luzowania regulacji, również tym razem efekt okazał się krótkotrwały. W czerwcu sprzedaż mieszkań była najwyższa od roku, jednak już w lipcu spadła do najniższego poziomu od przeszło 15 lat (...). Firmy rozpoczęły budowę najmniejszej liczby lokali od blisko dwóch dekad. Zważywszy na deklarowane priorytety władz, niepokoić może ponowny spadek tempa oddawania nieruchomości do użytku.

Nowych, przełomowych rozwiązań nie ogłoszono podczas wyczekiwanego III Plenum KC KPCh, które odbyło się w lipcu. Partia powtórzyła obietnicę wprowadzenia nowego modelu rynku nieruchomości, przyspieszenia budowy subsydiowanych lokali oraz poszerzenia autonomii władz miejskich w zakresie regulacji lokalnych rynków w zależności od miejscowych uwarunkowań. Niespełna tydzień później bank centralny ogłosił drugą w tym roku obniżkę pięcioletniej stopy procentowej (Loan Prime Rate), będącej punktem odniesienia dla oprocentowania kredytów hipotecznych. Na początku sierpnia była ona na najniższym poziomie w swojej historii sięgającej 2019 r. i wynosiła 3,85% (wobec 4,65% przed wybuchem kryzysu). Według danych banku centralnego średnie oprocentowanie nowych hipotek spadło z 5,63% na koniec 2021 r. do 3,45% w czerwcu 2024 r.

We wrześniu – tradycyjnie dobrym miesiącu dla deweloperów – sprzedaż mieszkań przez 100 czołowych reprezentantów branży spadła o blisko 38% r/r, czyli najmocniej od kwietnia. Rządzący podjęli kolejną próbę stabilizacji rynku. W ramach szerokiego pakietu stymulacyjnego47 ogłosili m.in. dostosowanie oprocentowania istniejących kredytów hipotecznych do bieżących warunków rynkowych, obniżenie ogólnokrajowego minimalnego poziomu wkładu własnego w przypadku drugiego mieszkania z 25% do 15%, rozszerzenie skali refinansowania kredytów dla firm państwowych na zakup lokali oraz przedłużenie terminu spłaty kredytów dla deweloperów. Władze Pekinu, Szanghaju i Shenzhen złagodziły ograniczenia dotyczące zakupu mieszkań, a Kantonu – zniosły je całkowicie. Stanowczy komunikat wystosowało Biuro Polityczne, które podkreśliło, że „zatrzymanie spadków i przywrócenie stabilności” na rynku nieruchomości to konieczność.

(...)

Symptomatyczna jest sytuacja na rynku biurowym, który mierzy się z recesją zapoczątkowaną jeszcze przed wybuchem kryzysu na rynku mieszkaniowym. We wszystkich większych miastach ChRL ponad 20% powierzchni biurowej pozostaje niewykorzystane, co stanowi najgorszy wynik na świecie. Od 2018 r. spadają kwoty odstępnego, a wyceny biurowców zostały skorygowane o 15–30%. Pomimo to deweloperzy budują kolejne nieruchomości i wprowadzają je na nasycony rynek. Dzieje się to w obliczu spowolnienia gospodarczego, ograniczenia przez władze rozwoju sektora technologii konsumenckich oraz wzrostu popularności pracy zdalnej.

(...)

Według oficjalnych statystyk do końca sierpnia 2024 r. w porównaniu ze szczytem z 2021 r. ceny spadły najmocniej w historii – o ok. 8% na rynku pierwotnym i ok. 14% na rynku wtórnym. Szacunki budzą jednak istotne wątpliwości. Niezależne od władz źródła wskazują na zdecydowanie głębszą korektę, szczególnie w przypadku lokali z drugiej ręki, które nie podlegają tak restrykcyjnej kontroli rządzących jak nowe mieszkania (...). Ponadto znaczące są dysproporcje regionalne. Z danych chińskiego pośrednika nieruchomości Centaline Group, na które powołuje się Bloomberg, wynika, że na rynku wtórnym w Shenzhen przecena przekracza 35%, a w Pekinie, Szanghaju i Guangzhou – 25%. W efekcie ceny w stolicy ChRL miały wrócić do poziomu z 2016 r.56 Grupa CSLA donosiła o spadkach sięgających 40% w mniejszych ośrodkach. Reuters informował, że w niektórych lokalizacjach cięcia sięgnęły nawet dwóch trzecich, a według „Financial Times” – aż 75%. Wraz z rosnącą akceptacją władz dla procesu dostosowania sytuacji na rynku pierwotnym do głębokiej korekty zachodzącej na rynku wtórnym spadki oficjalnych cen nowych mieszkań powinny przyspieszyć.

Naturalną konsekwencją – znaną w naukach ekonomicznych pod nazwą „efektu majątkowego” – jest ograniczenie wydatków  konsumpcyjnych, szczególnie wówczas gdy zakup nieruchomości miał charakter inwestycyjny, a nie użytkowy. Z kolei osoby spłacające kredyt mieszkaniowy również są niezadowolone, ponieważ mają poczucie, że przepłacają za lokal. Spadek cen mógłby mieć przeciwny skutek i wesprzeć konsumpcję, gdyby potencjalni przyszli nabywcy uznali, że nie muszą już tyle oszczędzać na zakup mieszkania, a większą część dochodów mogą przeznaczać na bieżące wydatki.  Pomimo przeceny koszt lokalu w największych chińskich miastach pozostaje jednak relatywnie wyższy niż w innych światowych metropoliach (...). Ponadto obecny kryzys na rynku nieruchomości wpisuje się w szerszą słabość chińskiej gospodarki i podkopuje wiarę Chińczyków w jej świetlaną przyszłość. W efekcie rośnie pula środków gromadzonych „na czarną godzinę”, m.in. w postaci depozytów bankowych.

Wbrew obawom poważne problemy w sektorze nieruchomości nie doprowadziły jednak do kryzysu finansowego – nie doszło  do masowych upadłości banków czy bankructw administracji lokalnych i powiązanych z nimi wehikułów inwestycyjnych. Kontrola władz nad kluczowymi podmiotami gospodarczymi, przede wszystkim instytucjami finansowymi, oraz  transgranicznym przepływem kapitału okazuje się wystarczająco skuteczna. Zgodnie z intencją Pekinu udało się również zredukować wpływ sektora na kondycję całej gospodarki. Z szacunków Bloomberg Economics wynika, że udział aktywności prowadzącej do powstania finalnego, kompletnego produktu mieszkaniowego i dostarczenia go do odbiorcy końcowego zredukowano z ok. 24% PKB w latach 2015–2019 do ok. 19% w 2023 r.60 Analitycy Banku Finlandii wskazują na nawet głębszy spadek – z ok. 26% PKB w 2021 r. do 16% dwa lata później. Trend powinien być kontynuowany w kolejnych latach, ponieważ w okresie od 2021 do 2024 r. liczba rozpoczynanych projektów budowlanych zmniejszyła się o ponad 60% i obecnie jest już niższa niż liczba finalizowanych budów (...).

Kryzys na rynku nieruchomości jest nieuniknioną konsekwencją decyzji partii komunistycznej o konieczności zmierzenia się z narastającym od lat problemem. Hamując spadki cen oraz stopniowo luzując politykę mieszkaniową, władze nie dopuściły do gwałtownej korekty, lecz ugruntowały płytsze, ale długotrwałe dostosowanie. W ten sposób zapobiegły realizacji czarnego scenariusza, czyli możliwej destabilizacji państwa, lecz zarazem naraziły chińską gospodarkę na przewlekłą słabość. Wydaje się, że rządzący przeliczyli się jednak, wierząc, że będą w stanie kontrolować przebieg procesu i – w razie potrzeby – szybko uporać się z kryzysem.

W ciągu ostatnich trzech lat władze wprowadziły liczne rozwiązania mające na celu złagodzenie zapaści. Nie oznacza to absolutnie, że Xi Jinping zmienił stanowisko w sprawie roli sektora, a Pekin wycofał się z prób reformy modelu gospodarczego skoncentrowanego wokół spekulacji na nieruchomościach, ale świadczy o rosnącym niepokoju. Mimo to korekty nadal nie udało się zatrzymać. Partyjne władze szukają rozwiązania, które ustabilizuje sytuację, ale nie zagrozi realizacji innych celów stawianych przez Xi Jinpinga, a w optymalnym scenariuszu – nawet je wesprze. Należy się spodziewać przebudowy rynku nieruchomości na kształt zgodny z wizją obecnego przywódcy ChRL. Złota era,
gdy zakup mieszkania był bezpieczną inwestycją gwarantującą pokaźny zysk, dobiegła końca. Pekin jest przekonany, że zredukowany i kontrolowany przez państwo sektor zdoła zaspokoić potrzeby mieszkaniowe Chińczyków. Im dłużej trwa kryzys, tym trudniej go przezwyciężyć bez wdrożenia zdecydowanych reform. Centralizacja władzy pod przywództwem Xi Jinpinga oraz jego bezpośrednie wsparcie dla inicjatyw ograniczających spekulację na rynku nieruchomości zawęziły pole do wykonania politycznej wolty, choć – jak pokazało niespodziewane porzucenie strategii „zero COVID” – jej nie wykluczyły. Optymalnym sposobem na spuszczenie powietrza ze spekulacyjnej bańki byłaby kilkuletnia stabilizacja cen mieszkań w okresie wzrostu dochodów.

Doniesienia medialne wskazują, że w ostatnim czasie – wbrew oficjalnym informacjom – zarobki w miastach nie rosną już tak szybko jak przed kilkoma laty, a nawet spadają. Inne rozwiązanie bardziej trwale stabilizujące sytuację to zachęcanie ludności do osiedlania się w mniejszych ośrodkach, które odpowiadają za 80% rynku pierwotnego w Chinach. Dzięki potężnym inwestycjom infrastrukturalnym w ostatnich latach już dziś są one połączone z metropoliami gęstą siecią komunikacyjną. Kolejnym krokiem powinno być zagwarantowanie mieszkańcom średniej wielkości miast usług publicznych na wyższym poziomie, co skutkowałoby ograniczeniem presji popytowej w głównych 
ośrodkach i wzrostem zainteresowania lokalami w pozostałych. To rozwiązanie wymaga jednak niebagatelnych nakładów finansowych, co wydaje się niezgodne z wizją silnej i niezależnej ChRL Xi Jinpinga, w której gros zasobów należy poświęcić nie na wydatki socjalne, lecz na wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego państwa oraz redukcję zależności od zagranicy.

Dokonując zmiany priorytetów, chińskie władze postanowiły zwiększyć rolę państwa w sektorze nieruchomości, który do 2021 r. pozostawał zdominowany przez firmy prywatne – powiązane z partią na różnych poziomach, ale niebędące pod kontrolą państwa (...). Rządzący deklarują, że zapewnią dokończenie rozpoczętych projektów, które opłacili nabywcy w ramach przedsprzedaży. Ponadto planują rozszerzenie programów budowy tanich mieszkań komunalnych i wymiany starych lokali na nowe oraz intensyfikację prac nad renowacją slumsów. Polityka mieszkaniowa ma być dostosowana do lokalnych uwarunkowań. Władze ponad dwudziestu miast rozpoczęły również proces skupu mieszkań z rynku pierwotnego, aby zredukować nierównowagę między podażą a popytem i wesprzeć finansowo deweloperów.

(...)

W dłuższej perspektywie realnym scenariuszem wydaje się zwiększenie udziału państwa na rynku podzielonym na dwie części: publiczną i komercyjną. 

Podstawowe potrzeby mieszkaniowe ludności byłyby zaspokajane przez przystępne cenowo lokale zapewniane przez władze, podczas gdy rynek odpowiadałby na zapotrzebowanie na apartamenty o wyższym standardzie. Handel mieszkaniami socjalnymi zostałby ograniczony, natomiast pole do spekulacji nieruchomościami – pozostawione segmentowi komercyjnemu.

(...)

Analitycy Międzynarodowego Funduszu Walutowego szacują, że finalizacja rozpoczętych projektów budowlanych będzie kosztowała ok. 5% PKB ChRL, czyli ok. 6 bln juanów. Według ekspertów banku Nomura opóźniona jest budowa 20 mln opłaconych przez nabywców mieszkań, a deweloperom brakuje 3,2 bln juanów na ich dokończenie. Z kolei analityk UBS twierdzi, że problem dotyczy 7 mln lokali, a niedobór środków wynosi 2 bln juanów. Z oficjalnych danych wynika, że od początku 2018 r. deweloperzy sprzedali blisko 30 mln więcej mieszkań, niż oddali do użytku.

Potężnych nakładów wymaga również koncepcja skupu przez państwo mieszkań bezpośrednio od deweloperów, którzy nie są w stanie ich sprzedać z powodu spadku popytu. Z oficjalnych danych wynika, że powierzchnia oferowanych na rynku pierwotnym lokali wynosi blisko 400 mln m2, czyli tyle, ile łączna powierzchnia mieszkalna w blisko 70 największych miastach Polski. Ekonomiści J.P. Morgan oceniają, że w przypadku uwzględnienia obiektów w budowie pula niesprzedanych mieszkań sięgnie blisko 2 mld m2. Jeszcze wyższe szacunki podają analitycy ANZ – wskazują oni na prawie 3 mld m2. Eksperci z Bloomberg Economics twierdzą zaś, że należy mówić o ok. 60 mln lokali. Ekonomiści Goldman Sachs, Tianfeng Securities i GROW Investment Group szacują koszt operacji na 7–8 bln juanów, natomiast proste przemnożenie niesprzedanej powierzchni i średniej ceny na rynku pierwotnym daje kwotę ok. 4 bln juanów. Bloomberg ocenia, że bez wsparcia rządu redukcja różnicy między podażą a popytem na rynku pierwotnym zajmie co najmniej cztery lata.

Maciej Kalwasiński - Od boomu do bańki

piątek, 15 listopada 2024



Żeby dostrzec różnicę, którą powoduje ten fakt należy porównać ceny gazu w głównych hubach handlowych UE oraz USA – są to odpowiednio holenderski TTF oraz leżący w Luizjanie Henry Hub. Przez zdecydowaną większość ostatnich 10 lat amerykańskie ceny gazu były 2-3 razy niższe od europejskich. Dla przykładu, we wrześniu 2014 roku surowiec ten kosztował w USA 3,92 dolara za mmBtu (czyli za milion brytyjskich jednostek termicznych, odpowiednik ok. 30 metrów sześciennych), a w UE – 9,24 dolara za mmBtu. We wrześniu 2019 roku ceny te wynosiły 2,58 dolara za mmBtu (USA) oraz 4,21 dolara za mmBtu (UE).

Od tej zasady były jednak dwa wyjątki. Pierwszy to okres pierwszych lockdownów związanych z pandemią koronawirusa. W lipcu 2020 roku gaz w UE był tak tani, że praktycznie zrównał się cenowo z gazem amerykańskim (1,80 vs. 1,74 dolara za mmBtu). Sytuacja ta nie trwała jednak zbyt długo i już pod koniec I kwartału 2021 roku poziomy cenowe wróciły do normy. Jednakże krótko potem pojawił się drugi wyjątek, który zupełnie zaburzył te proporcje: chodzi oczywiście o kryzys energetyczny związany z rosyjską wojną na Ukrainie.

Szykująca się do agresji Rosja już w połowie 2021 roku zaczęła ograniczać dostawy gazu do Europy (warto przypomnieć: uzależnionej od importów), co spowodowało istotny skok cen tego surowca. Już w październiku tego roku za mmBtu gazu w UE płaciło się 31,05 dolara. W USA cena pozostała na relatywnie niskim poziomie: 5,48 dolara za mmBtu. Amerykanie nie musieli się bowiem obawiać, że ktoś im ograniczy lub odetnie dostawy gazu – dostarczali go sobie sami; jego cena reagowała jedynie delikatnie na zaburzenia odnotowywane na rynku światowym.

Katastrofa spadła na Europejczyków jednak dopiero w roku 2022. W czasie szczytu kryzysu energetycznego – tj. w sierpniu – ceny gazu w hubie TTF osiągnęły astronomiczny poziom 70,04 dolara za mmBtu, były więc ok. 35 razy wyższe niż w sierpniu roku 2020. Zaburzenia na globalnym rynku surowca przelały się również na rynek USA – ale znów w delikatny sposób. Ceny były tam wciąż 8 razy niższe od europejskich (8,79 dolara za mmBtu). Z czasem presja na europejskim rynku gazu zaczęła ustępować: we wrześniu roku 2024 gaz w TTF kosztował 11,78 dolara za mmBtu. Jednakże było to wciąż 5 razy więcej niż w USA (2,25 dolara za mmBtu) i tego rodzaju proporcja utrzymuje się już od pewnego czasu.

(...)

Cena gazu jest absolutnie kluczowa dla zrozumienia różnicy w kosztach energii między USA i UE. Obecnie to właśnie gaz jest najważniejszym surowcem zarówno dla amerykańskiego, jak i europejskiego miksu energetycznego. Odpowiada on a ok. 40% produkcji energii elektrycznej w USA, a także – ze względu na tzw. system merit order – kształtowała cenę energii elektrycznej w UE w ostatnich latach. Jak się bowiem okazuje, to właśnie ekstremalnie drogi gaz, a nie np. koszty uprawnień do emisji, podbiły unijną cenę energii elektrycznej.

(...)

Z czasem ceny energii elektrycznej w UE zaczęły się stabilizować, ale nadal pozostały wysokie – jak podaje analityk Georg Zachmann, jeszcze w pierwszej połowie 2023 roku ceny hurtowe energii elektrycznej w Unii Europejskiej wahały się średnio wokół 110 dolarów/MWh, podczas gdy w kluczowych rynkach Stanów Zjednoczonych wynosiły około 30-50 dolarów/MWh. 

(...)

Warto przy tym zaznaczyć, że węgiel w USA również jest tańszy niż w Europie: wg firmy węglowej Peabody Energy koszt wydobycia tego surowca w USA wynosił w 2024 r. 160 zł/tona. Tymczasem ceny w europejskich portach ARA sięgały w tym roku nawet 489 zł/tona. UE nie ma bowiem dostatecznie dużo własnych zasobów węgla kamiennego i musi importować ten surowiec (wydobywany w Europie węgiel jest zaś ekstremalnie drogi w wydobyciu; za 96% jego produkcji odpowiada Polska, gdzie koszty wydobycia tony sięgają obecnie 824 zł). Z kolei węgiel brunatny z roku na rok traci w UE na znaczeniu; jego udział w wytwarzaniu unijnej energii elektrycznej w 2024 roku będzie wynosił ok. 6%, z czego większość to Niemcy oraz Polska. W USA produkcja energii z węgla brunatnego jest pomijalnie mała, nie uwzględnia się jej nawet w statystykach.

Jednakże, jeśli chodzi o energię elektryczną, to UE może konkurować z USA mocami bezemisyjnymi, które mają bardzo niski koszt generacji energii. Są to zarówno źródła odnawialne (odpowiadające w tym roku za ok. 50% unijnej produkcji energii elektrycznej) oraz atom (w Unii Europejskiej działa obecnie 100 reaktorów jądrowych o łącznej mocy ok. 97 GW, czyli więcej niż w USA, gdzie pracują 94 reaktory o łącznej mocy 96 GW). Konkurencja ta musi się jednak wiązać ze zmianami w kształcie rynku energii. Chodzi przede wszystkim o system merit order, służący do ustalania cen, który narzuca na cały rynek koszt generacji z najdroższego źródła (to z jego powodu energetyka gazowa wywindowała unijne ceny energii). Taki mechanizm działał świetnie w stabilnej sytuacji podażowej, ale w czasie kryzysu okazał się dość niszczycielski dla europejskich gospodarek.

energetyka24.com


Chiński konsument wybudził się z długiego letargu. Sprzedaż detaliczna w Państwie Środka wzrosła w październiku o 4,8% proc., co oznacza duże przyspieszenie z 3,2 proc. odnotowanych we wrześniu oraz najlepszy wynik od lutego. Odczytowi pomogło obchodzone w dniach 1-7 października święto ustanowienia republiki ludowej, będące dniami wolnymi od pracy. Tydzień po jego zakończeniu, 14 października, ruszyły zaś wyprzedaże z okazji Dnia Singla.

(...)

Oprócz tego widoczne skutki zaczynają przynosić też rządowe programy stymulacyjne. Pekin dąży do wzmocnienia konsumpcji, żeby oprzeć na niej w większym stopniu swój wzrost gospodarczy. Kilka miesięcy temu chińskie władze wprowadziły m.in. dopłaty do wymiany sprzętu AGD. Sprzedaż urządzeń z tej kategorii zwiększyła się w październiku o 39,2 proc.

Produkcja przemysłowa w Chinach wzrosła w październiku o 5,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi spowolnienie względem wrześniowego odczytu na poziomie 5,4 proc. Ekonomiści ankietowani przez agencję Reutera spodziewali się, że wskaźnik umocni się o 5,6 proc. Prawdziwy problem gospodarki Państwa Środka ujawniają jednak dane z sektora nieruchomości.

Inwestycje w nieruchomości w okresie styczeń-październik zmniejszyły się o 10,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi największy spadek od odczytu z końca sierpnia 2021 roku. Sprzedaż nieruchomości w przeliczeniu na metr kwadratowy okazała się jednak nieco lepsza niż w ubiegłych miesiącach. W okresie styczeń-październik spadła o 15,8 proc. rok do roku, czyli wolniej niż w okresie styczeń-wrzesień, kiedy zmniejszyła się o 17,1 proc.

Pomimo kolejnych prób wsparcia ze strony państwa sektor nieruchomości w dalszym ciągu pozostaje w głębokim kryzysie. Bank centralny obniżył stopy procentowe, władze nakazały zmniejszenie minimalnego wkładu własnego, a największe miasta znoszą kolejne bariery w zakupie mieszkań.

bankier.pl



Według tegorocznego badania globalizacja osiągnęła swój szczyt w 2015 r., kiedy to globalna Północ osiągnęła łącznie 240 bln dol. (prawie 992 bln zł) dodatkowych zysków z globalnego Południa. To 30 razy więcej niż cała pomoc finansowa, jaką globalne Południe otrzymało od globalnej Północy.

Oznacza to, że musimy zrozumieć, że globalne Południe nie jest bynajmniej zamkniętym segmentem świata, który może żyć samodzielnie i obejść się bez globalnej Północy. Wręcz przeciwnie.

Pieniądze nadal są wypompowywane z globalnego Południa do krajów rozwiniętych, ale przepływ inwestycji do tych krajów z Północy już się zmniejszył. Istnieją międzynarodowe obliczenia dotyczące tego, gdzie trafiają inwestycje, i pokazują one, że Północ inwestuje obecnie na Północy dwie trzecie całkowitej kwoty światowych inwestycji.

Jest to zmiana w całym handlu zagranicznym i strukturze technologicznej Północy, rewizja wcześniej ustalonego wzorca współpracy między krajami. Jest to bardzo niebezpieczny trend dla globalnego Południa.

Po pandemii COVID-19 proces ten stał się bardziej intensywny. Pojawiły się trzy ważne terminy, które będą teraz definiować przyszłość: niarshoring, frenshoring, reshoring (inshoring).

Niarshoring to ten sam outsourcing, ale tylko do sąsiedniego terytorium dla kraju rozwiniętego. Na przykład dla USA jest to Meksyk i kraje Ameryki Łacińskiej.

Franshoring — przekierowanie biznesu do krajów bezpiecznych ekonomicznie i politycznie, przyjaznych w swoich reżimach politycznych rządom globalnej Północy.

Reshoring to, można powiedzieć, przeciwieństwo offshoringu: powrót produkcji do krajów globalnej Północy, z których kiedyś eksportowana była do krajów globalnego Południa.

A wszystko to jest restrukturyzacją modelu globalizacji, na którym kiedyś zaczęły rosnąć gospodarki globalnego Południa.

Oznacza to, że zamiast inwestować pieniądze i budować fabryki w Chinach, Indonezji, Malezji, Północ buduje fabryki na własnym terytorium lub, w przypadku Stanów Zjednoczonych, w Meksyku zamiast w Wietnamie czy na Filipinach.

(...)

Pamiętajmy, że kiedy rozpoczęła się globalizacja, logika była bardzo prosta: firmy przenosiły produkcję na Południe, aby zaoszczędzić na kosztach. Istnieją dowody na to, że zachodnie firmy zaoszczędziły do 70 proc. swoich kosztów. Ale był jeszcze jeden czynnik biznesowy, o którym nikt wtedy nie myślał, czyli ryzyko. Południe jest niestabilne, Południe może być wrogie, jest dość daleko stamtąd. A podczas pandemii okazało się, że w krajach rozwiniętych nagle zabrakło towarów medycznych: nie było masek, rękawiczek ani strzykawek.

Wszystko jest produkowane w Chinach, a Chiny niczego nie dostarczają, ponieważ porty są zamknięte. A teraz, podczas wojny w Europie, której globalne Południe, jak widzimy, nie postrzega jako czegoś bardzo poważnego dla siebie, ryzyko w krajach rozwiniętych zaczyna być oceniane inaczej.

Kolejnym tematem w tej serii, o którym niewiele osób mówi, jest zmieniający się miks energetyczny. Energia staje się /raczej "stanie się" - red./ coraz tańsza w krajach rozwiniętych, co rekompensuje różnice w wynagrodzeniach i sprawia, że przenoszenie produkcji do odległych krajów z tanią siłą roboczą, ale wysokimi kosztami logistycznymi, staje się mniej opłacalne.

Chociaż średnia płaca w Meksyku jest nadal nieco wyższa niż w Chinach, ale tylko nieznacznie, koszty transportu są nieporównywalnie niższe w przypadku przesyłek do USA. Innymi słowy, globalne Południe zaczęło tracić swoją przewagę gospodarczą na rzecz Północy, a obraz ten szybko się zmienia.

Nie, globalizacja oczywiście nie umrze, ale przekształca się — główna wymiana towarów, podział pracy, będzie coraz bardziej przebiegać w ramach bloków regionalnych. Stany Zjednoczone, Meksyk, Kanada i niektóre inne kraje Ameryki Łacińskiej utworzą taki blok, a Europa ma już de facto blok w postaci Unii Europejskiej.

onet.pl


"Newsweek": Czy może pan wyjaśnić, dlaczego mieszkania są ulubioną inwestycją polskiej klasy średniej?

Piotr Kuczyński: – Stosunek Polaków do nieruchomości jest wyjątkowy. Może z powodu PRL, w którym jedną z głównych bolączek był stały brak mieszkań. W naszych rodakach po 1989 r. zagnieździła się przemożna potrzeba posiadania własnego mieszkania. To marzenie ponad 90 proc. Polaków. Tymczasem w sąsiednich Niemczech ok. połowa ludzi mieszka w wynajmowanych lokalach i im to nie przeszkadza. Jakby tego było mało, Polacy nie tylko chcą mieć na własność mieszkanie, ale wierzą, że ceny mieszkań nieustannie będą rosły. Przeciętny przedstawiciel klasy średniej, kiedy ma nadwyżkę pieniędzy, inwestuje je w mieszkanie. Co zresztą potwierdzają dane, bo 70 proc. zakupów nieruchomości odbywa się za gotówkę.

Bo to pewna lokata kapitału.

– Pewna to ona była 20 lat temu. Owszem, był okres, kiedy to było super opłacalne, zysk był podwójny — generowany z coraz większej wartości nieruchomości i wynajmu. Ideał. Ale to się zmieniło, tyle że ludzie tego nie przyjmują do wiadomości.

Jest takie powiedzenie, że inwestowanie na rynku walutowym można porównać do pilotowania F-16, który jest szybki, agresywny. Trzeba mieć doskonały refleks. Rynki akcji, to są wielkie Jumbo Jety. Potrzeba rozwagi i odpowiedzialności. A rynek nieruchomości jest jeszcze wolniejszy, inwestowanie na nim to jak pływanie tankowcem. Zanim się zmienią nastroje, trendy, upływają nie sekundy, minuty, ale miesiące, nawet lata.

Jakie wnioski?

– Jak ludzie sobie wbili do głowy, że trzeba kupić mieszkanie, trzymać, wynajmować, to się tego trzymają. A prawda jest taka, że jak pan kupi dzisiaj nieruchomość i ją wynajmie, to otrzyma pan 4-5 proc. z kapitału rocznie. A na dodatek musi się użerać z wynajmującymi, którzy mogą lokal zdemolować, nie płacić, nie chcieć się wyprowadzić. 70 proc. Polaków boi się swoich lokatorów. Tymczasem większy zysk uzyska człowiek, który włoży pieniądze w czteroletnie obligacje skarbu państwa. I nic pan nie musi robić.

To skąd takie uparte trzymanie się tych nieruchomości?

– Wie pan, kiedy najwięcej pieniędzy wpływa na rynek akcji? W końcowej fazie hossy. Wtedy ludzie szaleją i wiadomo, że za chwilę nadejdzie korekta. I tak też jest z rynkiem nieruchomości. Przez całe lata był tworzony ten nawyk: warto kupić, bo mieszkania tylko drożeją. To nie musi być prawda. W latach 2007-2009 w Stanach Zjednoczonych gwałtownie taniały. A teraz widzimy podobny trend w Niemczech, czy w Wielkiej Brytanii. I to może się zacząć również w Polsce.

A trzeba brać pod uwagę, że moje powojenne pokolenie wymiera i zostawiamy mieszkania naszym potomkom. Ich jest jakoś dziwnie mało. W związku z tym można się spodziewać, że za parę lat tych wolnych mieszkań będzie bardzo dużo.

A może my po prostu jako społeczeństwo nie mieliśmy czasu i okazji, żeby się nauczyć inwestowania oszczędności. Bo przez lata ich nie mieliśmy i nie mamy wzorców.

– Osoby, które naprawdę zarabiają duże pieniądze, klasa wyższa, wiedzą jak to się robi. Ich wiedza nie odbiega od światowej normy. W gorszej sytuacji jest klasa średnia, która po prostu nie zdążyła się dorobić, a pracowała bardzo ciężko. Bo co z tego, że niemiecki lekarz zarabia trzy razy więcej niż polski. Tak naprawdę różnica w zamożności jest dużo większa, bo na zachodzie klasa średnia dorabia się od kilkudziesięciu lat, a w niektórych przypadkach to setki lat. Oni nauczyli się żyć w kapitalizmie. W Polsce kapitalizm jest stosunkową nowością. W PRL-u szansę na prawdziwe pieniądze mieli tylko rzemieślnicy i oni weszli w kapitalizm z jakimś startowym pakietem. Ale większość z nas zaczynała od zera. W związku z tym ok. 30 lat to naprawdę nie jest dużo, żeby zgromadzić taki tłuszcz finansowy, żeby czuć się bardzo pewnie.

Na Zachodzie wielu ludzi czuje się pewnie właśnie z tego powodu, że ich rodziny kumulowały przez lata bogactwo. Jeżeli ma pan posiadłość, jacht i 2-3 mln euro oszczędności, to może pan sobie pozwolić na zainwestowanie 100-200 tys. dol. w jakiś niepewny, ale obiecujący biznes.

A polska klasa średnia nie dość, że jeszcze nie ma takich zasobów, to ma poczucie, że strasznie harowała na te swoje oszczędności i drży, kiedy ma je zainwestować. Albo może wybuchnąć kryzys, który może im wszystko zabrać.

(...)

Czy klasa średnia zubożała po pandemii i ostrej inflacji?

– Nie, niech pan zobaczy, jakie wyniki mają Rainbow Tours czy Itaka. Wyjazdy zagraniczne są wykupione. To nie świadczy o zubożeniu. Poza tym pensje w sektorze przedsiębiorstw, które zatrudniają powyżej 10 osób, wynoszą 8300 zł. Wynagrodzenia rosną szybciej niż inflacja. Już jesteśmy po piku inflacyjnym, kiedy niejeden trzymał się za portfel, ale teraz sytuacja się poprawia. Poza tym przyszły obiecane podwyżki; 20 proc. dla budżetówki, 30 proc. dla nauczycieli, wzrosło wynagrodzenie minimalne. Nie można powiedzieć, że Polacy zubożeli.

Przez lata karmiono nas opiniami, że ponad połowa Polaków nic nie oszczędza. A teraz czytam badania Velo Banku, że 73 proc. Polaków oszczędza. Choć tylko co piąty Polak więcej niż 1000 zł miesięcznie.

onet.pl/Newsweek

czwartek, 14 listopada 2024



Siły rosyjskie nadal w dużym stopniu polegają na odnowionych czołgach i pojazdach opancerzonych wyciągniętych z magazynów, aby zastąpić pojazdy utracone podczas trwających działań bojowych, ale prawdopodobnie nie będą w stanie utrzymać tych strat w dłuższej perspektywie. Ekspert ukraińskiego Centrum Strategii Obronnych Viktor Kevlyuk oświadczył 13 listopada, że ​​siły rosyjskie nadal produkują i odnawiają około 150 do 160 nowych czołgów miesięcznie — około 1920 czołgów rocznie — mniej więcej tyle, ile wynosi obecna szybkość wymiany rosyjskich pojazdów. [79] Holenderski projekt open source Oryx poinformował, że siły rosyjskie straciły około 3558 czołgów od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji w 2022 r. Kevlyuk stwierdził, że około 30 procent wszystkich rosyjskich czołgów produkowanych rocznie (czyli około 567 z łącznej liczby 1344 czołgów produkowanych rocznie) to czołgi nowo wyprodukowane, a siły rosyjskie wycofują pozostałe 70 procent z magazynów, zauważając, że ostatnie szacunki brytyjskiego wywiadu sugerują, że Rosja wyczerpie swoje zapasy czołgów i opancerzonych wozów bojowych do jesieni 2025 r., jeśli będzie nadal wycofywać te pojazdy z magazynów w tym tempie. Brytyjski Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS) ocenił w lutym 2024 r., że siły rosyjskie prawdopodobnie będą w stanie wytrzymać około 3000 rocznych strat pojazdów przez co najmniej kolejne dwa lub trzy lata, reaktywując pojazdy z magazynów.  Ukraiński obserwator wojskowy Kostiantyn Maszowec ocenił wcześniej, że rosyjska baza przemysłu obronnego (DIB) może wyprodukować około 250–300 nowych czołgów i naprawić dodatkowe 250–300 czołgów rocznie. 

understandingwar.org


Marta Roels, Business Insider Polska: Kraje nordyckie są uważane za wzór sukcesu społecznego i gospodarczego. Które aspekty tej narracji uważa pan za błędne lub przesadzone?

Dr Tom G. Palmer: Rzeczywiście to kraje odnoszące sukcesy. Pierwszym mitem jest jednak socjalizm. Czasami mówi się na przykład, że Dania jest krajem socjalistycznym. Twierdzą tak politycy pokroju Berniego Sandersa. Duński premier w słynnej odpowiedzi na to zaprzeczył, ponieważ Duńczycy cieszą się gospodarką rynkową opartą na dobrowolnej wymianie i własności środków produkcji. Mają państwo transferowe, ale gospodarka jest mniej socjalistyczna niż w USA, jeśli spojrzeć na własność państwową. Co więcej, ochrona praw własności jest silniejsza niż w wielu innych krajach. Prywatna gospodarka rynkowa generuje ich bogactwo. To po pierwsze.

Drugą kwestią jest to, że choć państwo nakłada podatki i prowadzi redystrybucję poprzez świadczenie usług, opiekę medyczną, edukację itp., to polityka państw skandynawskich nie jest tak hojna, jak sądzi wiele osób z zewnątrz, ponieważ postrzeganie ich przez wielu ludzi jest zakorzenione w latach 70. i wczesnych 80. ubiegłego wieku, kiedy to państwo socjalne zostało znacznie rozbudowane, zwłaszcza w Szwecji. Doprowadziło to jednak do sporego kryzysu w kraju, a wydatki zostały drastycznie ograniczone.

Trzecią kwestią jest to, że państwa opiekuńcze nie są finansowane z podatków od najbogatszych czy miliarderów, ale z podatków od osób pracujących. W przeciwnym razie liczby się nie sumują. Wreszcie z powodu kryzysów w państwach dobrobytu przesunęły się one w kierunku systemów, które są mniej ekspansywne i bardziej zorientowane na swobodę wyboru usług bez monopolizacji państwa. Dotacje można przekazywać różnym usługodawcom. To nie jest monopolistyczny system państwowy, ale z jakiegoś powodu wiele osób postrzega kraje nordyckie jako małe Związki Radzieckie. Tak nie jest. To silne, wolnorynkowe gospodarki.

15 listopada swoją premierę w Polsce będzie miała pana książka "Być wolnym. Jak zachować kontrolę nad swoim życiem w państwie opiekuńczym?". Twierdzi pan, że samokontrola jest lepsza niż kontrola państwa. Wśród czynników, które doprowadziły kraje nordyckie do sukcesu, są wysoka etyka pracy, zaufanie społeczne i podejście, w którym nie chce się nadużywać systemu. Pana zdaniem system ten jednak obecnie zawodzi – jak można to wyjaśnić?

Zawodzi to zbyt mocne słowo, ale widzimy zdecydowane podkopywanie fundamentów dobrobytu. Niedawno ukazała się bardzo ważna książka, której współautorami są Nima Sanandaji i Gabriel Heller-Sahlgren. Przyglądają się w niej wpływowi zasiłków i podatków na zachowanie. Państwo opiekuńcze doprowadziło do załamania norm moralnych – liczba osób skłonnych do oszukiwania systemu wzrosła, zmniejszając zaufanie społeczne. Wiele osób uważa, że akceptowalne jest otrzymywanie świadczeń, do których nie jest się uprawnionym oraz uchylanie się od płacenia podatków, które finansują te świadczenia. W badaniu przyjrzano się wpływowi państwa opiekuńczego na zaufanie społeczne – jeden z fundamentów dobrobytu. Wraz ze wzrostem świadczeń i podatków coraz mniej osób zgadzało się, że oszukiwanie nie jest w porządku. W ostatnich latach nastąpiła niewielka poprawa norm moralnych, które są skorelowane z dwiema rzeczami: workfare, co oznacza system, w którym za otrzymywane świadczenia trzeba wykonywać jakąś pracę oraz zmniejszenie ogólnego obciążenia podatkowego. Kiedy ludzie otrzymują więcej za swoją pracę, a motywacja do korzystania z zasiłków jest mniejsza, zmniejsza się liczba oszustw.

Jest w tym ważna lekcja. Świadczenia państwowe mogą podważyć fundamenty dobrobytu i źródła bogactwa państwa do redystrybucji. Tak więc kraje skandynawskie są dla nas nauką o tym, jak generować dobrobyt i jakie jest niebezpieczeństwo podważenia zaufania społecznego i etyki pracy, jeśli świadczenia są zbyt łatwe, a podatki zbyt wysokie.

businessinsider.com.pl

środa, 13 listopada 2024



10 listopada agresor atakował rekordową liczbą 145 dronów Shahed/Gerań. Od wieczora 5 listopada do rana 12 listopada miał ich łącznie wykorzystać 641. Zniszczone miały zostać 353 bezzałogowce, a 246 uznano za lokacyjnie utracone, co według Kijowa mogło wynikać z oddziaływania systemów walki radioelektronicznej. W tym samym czasie w cele na Ukrainie miały uderzyć 22 rakiety, a obrońcy deklarowali zestrzelenie sześciu. Połowę użytych przez Rosjan dronów mają stanowić tanie wabiki bez części wyposażenia i głowicy bojowej, których głównym celem jest wyczerpywanie zasobów obrony powietrznej przeciwnika. Według szefa ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji efektywność wrogich ataków z wykorzystaniem bezzałogowców wynosi niewiele ponad 10%. Najeźdźcy mają gromadzić w bazach lotnictwa strategicznego liczne pociski manewrujące, co świadczy o zbliżającym się kolejnym dużym ataku rakietowym.

osw.waw.pl


Mając wybór między demokratką, która pomoże Ukrainie przetrwać, a republikaninem, który zerwie wszystkie dotychczasowe zasady i niemal na pewno ograniczy pomoc dla Kijowa, zdecydowali się zaryzykować. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na reakcję Wołodymyra Zełenskiego.

Natychmiast po wstępnym zliczeniu głosów pogratulował Donaldowi Trumpowi zwycięstwa. "Z niecierpliwością czekamy na erę silnych Stanów Zjednoczonych Ameryki pod zdecydowanym przywództwem prezydenta Trumpa" — napisał w serwisie X.

Nie były to puste słowa. Jego współpracownicy prywatnie są coraz bardziej sfrustrowani administracją Joego Bidena i "samoodstraszaniem" — jak nazywają jej postawę względem Rosji. Chodzi im o stale towarzyszące amerykańskim rządzącym obawy przed eskalacją i rosnącą przepaść między retoryką "stania z Ukrainą tak długo, jak to konieczne" a działaniami, które sugerują coś zupełnie przeciwnego.

onet.pl


Gubernator Niżnego Nowogrodu Gleb Nikitin ogłosił w zeszłym tygodniu, że jego region podniesie jednorazową wypłatę dla ochotników zaciągających się do walki w Ukrainie do 3 mln rubli (125 tys. zł).

Według zestawienia prowadzonego przez BBC i Mediazone Niżny Nowogród oferuje obecnie najwyższą ofertę dla rekrutów wojskowych ze wszystkich regionów Rosji.

— Dostarczanie personelu na wojnę stało się czymś w rodzaju kluczowego wskaźnika wydajności dla rosyjskich gubernatorów. Nie mogą sobie pozwolić na pozostawanie daleko w tyle za innymi regionami w tej samej "klasie wagowej" lub sąsiedztwie geograficznym — mówi Maria Wyuszkowa, wiodąca badaczka regionalnych i etnicznych różnic w ofiarach wojennych w Rosji.

W zeszłym roku antywojenna Fundacja Wolna Jakucja opublikowała wyciekłe nagrania wideo z zamkniętych spotkań rządowych, które dowodzą, że Kreml przydziela każdemu regionowi Rosji roczną kwotę na rekrutację ochotników do wojska. Wypełnienie tego limitu stało się odpowiedzialnością lokalnych urzędników, którzy z kolei mają za zadanie informować o swoich postępach byłego prezydenta i obecnego wysokiego urzędnika ds. bezpieczeństwa Dmitrija Miedwiediewa.

(...)

— Szefowie regionów są wynagradzani na podstawie całkowitej liczby osób, które rekrutują i nie ma znaczenia, czy pochodzą oni z ich regionu, czy z sąsiedniego — wyjaśnia Maria Wyuszkowa.

— Stworzyło to swoistą konkurencję między regionami. Każdy z nich stara się zaoferować więcej pieniędzy przyszłym żołnierzom, wiedząc, że analizują oni oferty w poszukiwaniu najwyższej wypłaty — dodaje.

— Ważne jest, aby zrozumieć, że jeśli mamy biedniejszy region obok bogatszego, który oferuje wysokie wypłaty, ludzie z biedniejszego obszaru pójdą podpisać umowę w tym bogatszym — zauważa ekspertka.

Urzędnicy w Baszkiri — liderze pod względem liczby strat wojennych — oferują 1,5 mln rubli (62,7 tys. zł) za podpisanie umowy z ministerstwem obrony.

Przykładowo Tatarstan, drugi w rankingu strat z ponad 2700 potwierdzonymi ofiarami śmiertelnymi, oferuje dwa razy większe wynagrodzenie niż jego sąsiad i kluczowy rywal polityczny i gospodarczy Baszkiria.

Z kolei region Perm, który znajduje się w pobliżu obu republik, oferuje rekrutom znacznie niższą zapłatę w wysokości 800 tys. rubli (33,5 tys. zł), zajmując jednocześnie pierwsze miejsce w krajowym rankingu ofiar, co oznacza, że jego mieszkańcy mogą być zmotywowani do podróżowania w celu podpisania kontraktu gdzie indziej.

Tatarstan i Baszkiria posunęły się nawet do oferowania nagród ochotnikom, których zadaniem jest znalezienie przyszłych żołnierzy i towarzyszenie im do najbliższego biura rekrutacyjnego w celu podpisania kontraktu.

W Tatarstanie rekruter może otrzymać nawet 100 tys. rubli (4,2 tys. zł) za każdą podpisaną umowę z żołnierzem. To niemal trzykrotnie wyższe wynagrodzenie niż średnia miesięczna pensja w regionie.

— Wygląda na to, że Baszkiria i Tatarstan zaczęły doświadczać ofiar na dużą skalę dopiero ostatniej zimy — wskazuje ekspertka, zauważając, że dwie republiki najwyraźniej zamieniły się miejscami z poprzednimi liderami, dalekowschodnią republiką Buriacji i obwodem irkuckim.

Wyuszkowa uważa, że trend ten jest związany z "geografią rosyjskich okręgów wojskowych", ponieważ żołnierze z każdego z nich są przydzielani do różnych obszarów na linii frontu. Przykładowo żołnierze Wschodniego Okręgu Wojskowego, do którego przypisane są obwody buriacki i irkucki, stacjonują na południowym froncie w pobliżu Zaporoża, "gdzie obecnie nie ma dużej aktywności wojskowej".

— To zmieniło proporcje ofiar. Środek ciężkości strat Rosji wydaje się przesuwać na zachód — wyjaśnia ekspertka.

onet.pl


12 stycznia 2017. Czekając na Trumpa

Oni na ciebie czekali, Trumpie. Oni trzymali za ciebie kciuki. Palili świeczki za twoje zwycięstwo i stawiali na nie wszystkie żetony. Dzień i noc wychwalali cię we wszystkich rządowych kanałach telewizyjnych, radiowych i internetowych, jakbyś był ich kandydatem. Jakby to były ich wybory, jakbyśmy mieli w nich prawo głosu. Tak właśnie trudzą się w pocie czoła kaukascy gubernatorzy, zdobywając dla Putina jego dziewięćdziesiąt dziewięć procent miłości ludu.

Oni walczyli o ciebie, Trumpie, zapominając o dumie narodowej, nie zdając sobie sprawy, że skłaniając Rosjan do bliskości z tobą typowymi dla siebie metodami, robią z Rosji kolejny amerykański stan, którego los zależy od polityków w dalekiej stolicy federalnej.

Jesteś tym, czego od dziecka uczono nas nienawidzić w Ameryce. Jesteś bezczelnym oligarchą, Trumpie, jesteś łgarzem, pływasz w złocie i szanujesz tylko szmal, jesteś też imperialistą, ale oni nauczyli nas uwielbiać cię wbrew temu wszystkiemu. Kiedy wygrałeś, oni zgotowali ci owację na stojąco, myśląc, że oklaskują samych siebie. Twoje zwycięstwo było ich zwycięstwem, Trumpie. Ale dlaczego? Dlaczego tak się z ciebie cieszą? Dlatego że złożyłeś im obietnicę, na którą tak długo czekali.

Oni chcą od ciebie tylko jednego: szacunku dla Rosji. Brzmi to dość niewinnie i to żądanie wydaje się wykonalne. Jeśli nie wnikać w znaczenia, które przypisują słowu "szacunek" i słowu "Rosja".

"Rosja" to oni: grupa osób obecnie dzierżących władzę w naszym kraju. Dość wąska grupa związana wspólną przeszłością i licznymi interesami biznesowymi. Większość z nich to weterani służb specjalnych, cierpiący na zawodowe odchylenia psychiczne. Zdobyli wielką władzę przypadkiem i na złość temu przypadkowi przekonali sami siebie o jej sakralnej naturze. Nie są wybranymi, ale wybrańcami, i dlatego postrzegają ludność jako generator chaosu i zagrożeń. Usilnie zapominają o tym, że sami pochodzą z ludu, i dlatego już ludu nie rozumieją i nie czują. Sami nam powiedzieli, że Rosja to Putin, pod słowem "Putin" rozumiejąc oczywiście i siebie. Tak, przez półtorej dekady zachodnie wywiady zdążyły się zorientować, who is ten zbiorowy Putin. Zorientowały się, z jakim wdziękiem stosuje się we współczesnej Rosji kryminalny styl zarządzania, wdrożony jeszcze przez towarzysza Stalina. Rozwikłały zawiłe powiązania wielkiego biznesu, przestępczości zorganizowanej i służb specjalnych, które stanowią w naszym kraju realną politykę. Zdjęły z nich maski. Zobaczyły ich prawdziwe gęby. A teraz wszyscy będziecie musieli te gęby pokochać, Trumpie, dlatego że maski na nie już nie pasują. Oni wyciągają do ciebie rękę, w czymkolwiek by była umazana, Trumpie. Pamiętaj, że "szacunek" to kluczowe pojęcie w świecie "pojęć". Szanuj, uściśnij.

I jeszcze, że "szacunek" oznacza "nieingerencję". Nie powtarzaj błędów Obamy, Trumpie, nie wprowadzaj swojej amerykańskiej reguły do naszego prawosławnego klasztoru. Nasza droga jest szczególna. Rosja od niepamiętnych czasów opiera się na mamieniu i dziesiątkowaniu narodu, na dławieniu wolnomyślicielstwa, na sitwach, na strachu i zachwycie, na amnezji i rekonstrukcjach historycznych, na kłamstwach ideologii i religii, na niekończącej się konfrontacji z potencjalnym przeciwnikiem. Nie, to nie jest zapóźnienie cywilizacyjne. Nie trzeba nas oduczać rytualnego składania ofiar, a nasz feudalny system jest wyjątkowy, piękny, mądry i wieczny. Szanuj cudzą kulturę, Trumpie.

I jeszcze jedno: będziemy musieli ustanowić taki sam suwerenny porządek na sąsiadujących z nami terytoriach. Uwierz mi: żadna forma rządów nie pasuje do nich bardziej niż ta kryminalna, którą zaproponował towarzysz Stalin, by utrzymać porządek wśród mieszkańców łagrów. W końcu jesteśmy sobie historycznie bliscy, to, co nam odpowiada, będzie odpowiadać i naszym sąsiadom. Oto dlaczego oni tak na ciebie czekali, Trumpie. Wszystko, czego chcą od Ameryki, to żeby zostawiła ich w spokoju. Żeby przestała dawać dobre rady. Ich figle z waszymi wyborami to tylko pouczający przykład. Im też się nie podoba, kiedy wtrącacie się w nieswoje sprawy. Dlatego byli szczęśliwi, kiedym im obiecałeś, że odpierdolisz się od Rosji. A my byliśmy szczęśliwi, bo oni powiedzieli nam z telewizora, żebyśmy byli szczęśliwi.

Nie lubimy, gdy ktoś nam mówi, jak mamy żyć, Trumpie. Może i życie mamy nie takie jak u was, może jest krótkie i niełatwe, ale jesteśmy z tego bardzo dumni. My zresztą nie chcemy żyć, wystarcza nam przetrwanie.

Oni na ciebie czekali, Trumpie. Wszyscy czekaliśmy. Nie spieprz tego.

Dmitrij Głuchowski - My. Kronika upadku