środa, 13 listopada 2024



10 listopada agresor atakował rekordową liczbą 145 dronów Shahed/Gerań. Od wieczora 5 listopada do rana 12 listopada miał ich łącznie wykorzystać 641. Zniszczone miały zostać 353 bezzałogowce, a 246 uznano za lokacyjnie utracone, co według Kijowa mogło wynikać z oddziaływania systemów walki radioelektronicznej. W tym samym czasie w cele na Ukrainie miały uderzyć 22 rakiety, a obrońcy deklarowali zestrzelenie sześciu. Połowę użytych przez Rosjan dronów mają stanowić tanie wabiki bez części wyposażenia i głowicy bojowej, których głównym celem jest wyczerpywanie zasobów obrony powietrznej przeciwnika. Według szefa ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji efektywność wrogich ataków z wykorzystaniem bezzałogowców wynosi niewiele ponad 10%. Najeźdźcy mają gromadzić w bazach lotnictwa strategicznego liczne pociski manewrujące, co świadczy o zbliżającym się kolejnym dużym ataku rakietowym.

osw.waw.pl


Mając wybór między demokratką, która pomoże Ukrainie przetrwać, a republikaninem, który zerwie wszystkie dotychczasowe zasady i niemal na pewno ograniczy pomoc dla Kijowa, zdecydowali się zaryzykować. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na reakcję Wołodymyra Zełenskiego.

Natychmiast po wstępnym zliczeniu głosów pogratulował Donaldowi Trumpowi zwycięstwa. "Z niecierpliwością czekamy na erę silnych Stanów Zjednoczonych Ameryki pod zdecydowanym przywództwem prezydenta Trumpa" — napisał w serwisie X.

Nie były to puste słowa. Jego współpracownicy prywatnie są coraz bardziej sfrustrowani administracją Joego Bidena i "samoodstraszaniem" — jak nazywają jej postawę względem Rosji. Chodzi im o stale towarzyszące amerykańskim rządzącym obawy przed eskalacją i rosnącą przepaść między retoryką "stania z Ukrainą tak długo, jak to konieczne" a działaniami, które sugerują coś zupełnie przeciwnego.

onet.pl


Gubernator Niżnego Nowogrodu Gleb Nikitin ogłosił w zeszłym tygodniu, że jego region podniesie jednorazową wypłatę dla ochotników zaciągających się do walki w Ukrainie do 3 mln rubli (125 tys. zł).

Według zestawienia prowadzonego przez BBC i Mediazone Niżny Nowogród oferuje obecnie najwyższą ofertę dla rekrutów wojskowych ze wszystkich regionów Rosji.

— Dostarczanie personelu na wojnę stało się czymś w rodzaju kluczowego wskaźnika wydajności dla rosyjskich gubernatorów. Nie mogą sobie pozwolić na pozostawanie daleko w tyle za innymi regionami w tej samej "klasie wagowej" lub sąsiedztwie geograficznym — mówi Maria Wyuszkowa, wiodąca badaczka regionalnych i etnicznych różnic w ofiarach wojennych w Rosji.

W zeszłym roku antywojenna Fundacja Wolna Jakucja opublikowała wyciekłe nagrania wideo z zamkniętych spotkań rządowych, które dowodzą, że Kreml przydziela każdemu regionowi Rosji roczną kwotę na rekrutację ochotników do wojska. Wypełnienie tego limitu stało się odpowiedzialnością lokalnych urzędników, którzy z kolei mają za zadanie informować o swoich postępach byłego prezydenta i obecnego wysokiego urzędnika ds. bezpieczeństwa Dmitrija Miedwiediewa.

(...)

— Szefowie regionów są wynagradzani na podstawie całkowitej liczby osób, które rekrutują i nie ma znaczenia, czy pochodzą oni z ich regionu, czy z sąsiedniego — wyjaśnia Maria Wyuszkowa.

— Stworzyło to swoistą konkurencję między regionami. Każdy z nich stara się zaoferować więcej pieniędzy przyszłym żołnierzom, wiedząc, że analizują oni oferty w poszukiwaniu najwyższej wypłaty — dodaje.

— Ważne jest, aby zrozumieć, że jeśli mamy biedniejszy region obok bogatszego, który oferuje wysokie wypłaty, ludzie z biedniejszego obszaru pójdą podpisać umowę w tym bogatszym — zauważa ekspertka.

Urzędnicy w Baszkiri — liderze pod względem liczby strat wojennych — oferują 1,5 mln rubli (62,7 tys. zł) za podpisanie umowy z ministerstwem obrony.

Przykładowo Tatarstan, drugi w rankingu strat z ponad 2700 potwierdzonymi ofiarami śmiertelnymi, oferuje dwa razy większe wynagrodzenie niż jego sąsiad i kluczowy rywal polityczny i gospodarczy Baszkiria.

Z kolei region Perm, który znajduje się w pobliżu obu republik, oferuje rekrutom znacznie niższą zapłatę w wysokości 800 tys. rubli (33,5 tys. zł), zajmując jednocześnie pierwsze miejsce w krajowym rankingu ofiar, co oznacza, że jego mieszkańcy mogą być zmotywowani do podróżowania w celu podpisania kontraktu gdzie indziej.

Tatarstan i Baszkiria posunęły się nawet do oferowania nagród ochotnikom, których zadaniem jest znalezienie przyszłych żołnierzy i towarzyszenie im do najbliższego biura rekrutacyjnego w celu podpisania kontraktu.

W Tatarstanie rekruter może otrzymać nawet 100 tys. rubli (4,2 tys. zł) za każdą podpisaną umowę z żołnierzem. To niemal trzykrotnie wyższe wynagrodzenie niż średnia miesięczna pensja w regionie.

— Wygląda na to, że Baszkiria i Tatarstan zaczęły doświadczać ofiar na dużą skalę dopiero ostatniej zimy — wskazuje ekspertka, zauważając, że dwie republiki najwyraźniej zamieniły się miejscami z poprzednimi liderami, dalekowschodnią republiką Buriacji i obwodem irkuckim.

Wyuszkowa uważa, że trend ten jest związany z "geografią rosyjskich okręgów wojskowych", ponieważ żołnierze z każdego z nich są przydzielani do różnych obszarów na linii frontu. Przykładowo żołnierze Wschodniego Okręgu Wojskowego, do którego przypisane są obwody buriacki i irkucki, stacjonują na południowym froncie w pobliżu Zaporoża, "gdzie obecnie nie ma dużej aktywności wojskowej".

— To zmieniło proporcje ofiar. Środek ciężkości strat Rosji wydaje się przesuwać na zachód — wyjaśnia ekspertka.

onet.pl


12 stycznia 2017. Czekając na Trumpa

Oni na ciebie czekali, Trumpie. Oni trzymali za ciebie kciuki. Palili świeczki za twoje zwycięstwo i stawiali na nie wszystkie żetony. Dzień i noc wychwalali cię we wszystkich rządowych kanałach telewizyjnych, radiowych i internetowych, jakbyś był ich kandydatem. Jakby to były ich wybory, jakbyśmy mieli w nich prawo głosu. Tak właśnie trudzą się w pocie czoła kaukascy gubernatorzy, zdobywając dla Putina jego dziewięćdziesiąt dziewięć procent miłości ludu.

Oni walczyli o ciebie, Trumpie, zapominając o dumie narodowej, nie zdając sobie sprawy, że skłaniając Rosjan do bliskości z tobą typowymi dla siebie metodami, robią z Rosji kolejny amerykański stan, którego los zależy od polityków w dalekiej stolicy federalnej.

Jesteś tym, czego od dziecka uczono nas nienawidzić w Ameryce. Jesteś bezczelnym oligarchą, Trumpie, jesteś łgarzem, pływasz w złocie i szanujesz tylko szmal, jesteś też imperialistą, ale oni nauczyli nas uwielbiać cię wbrew temu wszystkiemu. Kiedy wygrałeś, oni zgotowali ci owację na stojąco, myśląc, że oklaskują samych siebie. Twoje zwycięstwo było ich zwycięstwem, Trumpie. Ale dlaczego? Dlaczego tak się z ciebie cieszą? Dlatego że złożyłeś im obietnicę, na którą tak długo czekali.

Oni chcą od ciebie tylko jednego: szacunku dla Rosji. Brzmi to dość niewinnie i to żądanie wydaje się wykonalne. Jeśli nie wnikać w znaczenia, które przypisują słowu "szacunek" i słowu "Rosja".

"Rosja" to oni: grupa osób obecnie dzierżących władzę w naszym kraju. Dość wąska grupa związana wspólną przeszłością i licznymi interesami biznesowymi. Większość z nich to weterani służb specjalnych, cierpiący na zawodowe odchylenia psychiczne. Zdobyli wielką władzę przypadkiem i na złość temu przypadkowi przekonali sami siebie o jej sakralnej naturze. Nie są wybranymi, ale wybrańcami, i dlatego postrzegają ludność jako generator chaosu i zagrożeń. Usilnie zapominają o tym, że sami pochodzą z ludu, i dlatego już ludu nie rozumieją i nie czują. Sami nam powiedzieli, że Rosja to Putin, pod słowem "Putin" rozumiejąc oczywiście i siebie. Tak, przez półtorej dekady zachodnie wywiady zdążyły się zorientować, who is ten zbiorowy Putin. Zorientowały się, z jakim wdziękiem stosuje się we współczesnej Rosji kryminalny styl zarządzania, wdrożony jeszcze przez towarzysza Stalina. Rozwikłały zawiłe powiązania wielkiego biznesu, przestępczości zorganizowanej i służb specjalnych, które stanowią w naszym kraju realną politykę. Zdjęły z nich maski. Zobaczyły ich prawdziwe gęby. A teraz wszyscy będziecie musieli te gęby pokochać, Trumpie, dlatego że maski na nie już nie pasują. Oni wyciągają do ciebie rękę, w czymkolwiek by była umazana, Trumpie. Pamiętaj, że "szacunek" to kluczowe pojęcie w świecie "pojęć". Szanuj, uściśnij.

I jeszcze, że "szacunek" oznacza "nieingerencję". Nie powtarzaj błędów Obamy, Trumpie, nie wprowadzaj swojej amerykańskiej reguły do naszego prawosławnego klasztoru. Nasza droga jest szczególna. Rosja od niepamiętnych czasów opiera się na mamieniu i dziesiątkowaniu narodu, na dławieniu wolnomyślicielstwa, na sitwach, na strachu i zachwycie, na amnezji i rekonstrukcjach historycznych, na kłamstwach ideologii i religii, na niekończącej się konfrontacji z potencjalnym przeciwnikiem. Nie, to nie jest zapóźnienie cywilizacyjne. Nie trzeba nas oduczać rytualnego składania ofiar, a nasz feudalny system jest wyjątkowy, piękny, mądry i wieczny. Szanuj cudzą kulturę, Trumpie.

I jeszcze jedno: będziemy musieli ustanowić taki sam suwerenny porządek na sąsiadujących z nami terytoriach. Uwierz mi: żadna forma rządów nie pasuje do nich bardziej niż ta kryminalna, którą zaproponował towarzysz Stalin, by utrzymać porządek wśród mieszkańców łagrów. W końcu jesteśmy sobie historycznie bliscy, to, co nam odpowiada, będzie odpowiadać i naszym sąsiadom. Oto dlaczego oni tak na ciebie czekali, Trumpie. Wszystko, czego chcą od Ameryki, to żeby zostawiła ich w spokoju. Żeby przestała dawać dobre rady. Ich figle z waszymi wyborami to tylko pouczający przykład. Im też się nie podoba, kiedy wtrącacie się w nieswoje sprawy. Dlatego byli szczęśliwi, kiedym im obiecałeś, że odpierdolisz się od Rosji. A my byliśmy szczęśliwi, bo oni powiedzieli nam z telewizora, żebyśmy byli szczęśliwi.

Nie lubimy, gdy ktoś nam mówi, jak mamy żyć, Trumpie. Może i życie mamy nie takie jak u was, może jest krótkie i niełatwe, ale jesteśmy z tego bardzo dumni. My zresztą nie chcemy żyć, wystarcza nam przetrwanie.

Oni na ciebie czekali, Trumpie. Wszyscy czekaliśmy. Nie spieprz tego.

Dmitrij Głuchowski - My. Kronika upadku

wtorek, 12 listopada 2024



Magdalena Rigamonti: Pan był ambasadorem w USA od 2021 r., kiedy prezydentem był Joe Biden. Teraz Donald Trump, już po wygraniu wyborów prezydenckich, powiedział, że skończy wojnę, w zasadzie zmuszając Ukraińców do oddania dużej części ukraińskich terytoriów Putinowi.

Marek Magierowski: Pamiętam swoje wysłuchanie w Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu przed moim wyjazdem do Waszyngtonu, gdzie mówiłem bardzo wyraźnie, że Polsce powinno zależeć na tym, żeby utrzymywać dobre relacje i z Demokratami i z Republikanami.

Minister Sikorski zapewnia, że są utrzymywane. Minister Sikorski też o tym mówi od dłuższego czasu. Sprawia mi po części satysfakcję, że pomogłem mu w nawiązywaniu kontaktów ze środowiskiem republikańskim, bliskim prezydentowi Trumpowi. Z ekspertami i politykami, którzy pracowali w jego pierwszej administracji. Miał kilka, czy nawet kilkanaście spotkań z nimi podczas swoich dwóch wizyt w Waszyngtonie.

Pan je umawiał?

Tak, udało się je umówić, a w niektórych z nich sam uczestniczyłem. Były bardzo produktywne.

Czego dotyczyły?

Kiedy chwaliliśmy się naszymi wydatkami na zbrojenia, robiło to ogromne wrażenie i na demokratach, i na republikanach, także na trumpistach. Myślę, że teraz to powinien być jeden z priorytetów naszej polityki zagranicznej i naszych relacji z Waszyngtonem. Te obszary są dla prezydenta Trumpa i dla jego najbliższych współpracowników najważniejsze.

Prezydent Trump mówi, że nie chce wspomagać militarnie Ukrainy, nie chce płacić. Mówi wprost, niech Polska płaci, Niemcy i Francja płacą.

Mowa trochę o rozdwojeniu jaźni, dlatego że z jednej strony powinniśmy przekonywać Donalda Trumpa, jego ego i jego wizję polityczną, że zwiększamy wydatki na obronę między innymi właśnie po to, żeby móc samemu się obronić przed ewentualną agresją, a z drugiej, żeby zwiększał amerykańską obecność militarną Polsce i w Europie. On zawsze powtarzał, że Europa powinna wziąć w swoje ręce własne problemy, także te, które pojawiły się w ostatnim czasie po wschodniej stronie naszej granicy. Powinna się zająć sama sobą, nie oczekując nieustającego wsparcia i politycznego, i militarnego, i finansowego ze strony Stanów Zjednoczonych.

Pan zna jego ludzi i wie pan, że z tamtej strony przychylności we wspieraniu Europy nie będzie.

Pamiętajmy też o trzeciej stronie, a mianowicie o tym, że retoryka kampanijna różni się od tego, co za chwilę zobaczymy. Pamiętajmy, że zaprzysiężenie dopiero 20 stycznia. Wcześniej będą już znane pewne kandydatury, dowiemy się, kto zostanie sekretarzem stanu, kto szefem Pentagonu, a kto narodowym doradcą do spraw bezpieczeństwa prezydenta Trumpa.

Dowiemy się też o innych nominacjach ważnych z naszego polskiego punktu widzenia. Dopiero kiedy te nominacje będą znane, będzie można oceniać trochę głębiej to, co nas czeka podczas drugiej kadencji Trumpa, próbować rozmawiać o nowych relacjach Waszyngton — Warszawa.

Jak mamy się przygotować na te cztery lata? I pytam w kontekście pomysłów Trumpa za zakończenie wojny.

Trzeba się przygotować do tego, że...

Wojna będzie?

Nie.

Trzeba przekonywać samego prezydenta Trumpa i jego środowiska, że to, co proponuje, to nie jest najlepszy pomysł. Oczywiście mówię banały, no ale...

(...)

O pomysłach Donalda Trumpa zakończenia wojny w Ukrainie słyszałem wielokrotnie, również w czasie mniej formalnych rozmów, nie tylko od ludzi związanych ze środowiskiem prezydenta Trumpa. Mówili, w cudzysłowie, o odcinaniu części Ukrainy.

To jest realne odcięcie, a nie w cudzysłowie.

Mówili: dochodzimy do pewnego porozumienia pokojowego z prezydentem Putinem, a jednocześnie doprowadzamy do sytuacji, w której Ukraina będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, także pod względem militarnym i bronić się przed ewentualną następną agresją.

Jednak to wszystko jest wciąż taką magmą geopolityczną i nie wiadomo, jakie będą szczegóły tego planu i czy on kiedykolwiek zostanie położony na stole jako projekt, czy propozycja pewnego porozumienia pokojowego.

Tak czy inaczej, to są oczywiście niepokojące sygnały, również z naszego punktu widzenia. I myślę, że gdybym miał cokolwiek doradzać polskim rozmówcom z prezydentem Trumpem, to powiedziałbym, że powinni go przekonywać do tego, że takie rozwiązanie oznaczałoby zwycięstwo Rosji i porażkę nie tylko Ukrainy, ale też Zachodu, a tym samym porażkę Stanów Zjednoczonych.

To, czego najbardziej obawia się prezydent Trump i czego nie cierpi, to przegrywać. Trzeba więc mówić mu wprost, że tego typu deale z prezydentem Putinem po prostu oznaczają porażkę Stanów Zjednoczonych i ich kapitulację.

Zresztą, gdyby do takiego porozumienia doszło, to jestem przekonany, że rosyjska propaganda od razu wykorzystałaby je właśnie w ten sposób: oto Rosja wygrała w tej wojnie. To byłby triumf również rosyjskiej polityki zagranicznej i potęgi wojskowej. Tak myśli Kreml myśli i tak może zareagować, jeśli do podpisania takiego porozumienia by doszło. A to zabolałoby prezydenta Trumpa. Na pewno by zabolało.

onet.pl


W 1971 r. ówczesny sekretarz skarbu USA John Connally powiedział swoim europejskim rozmówcom, że dolar to "nasza waluta, ale wasz problem". Mimo zmian w globalnej gospodarce w ciągu ostatnich 50 lat jego słowa wciąż są aktualne, a wahania kursu dolara, choć zależy on w dużej mierze od wewnętrznych spraw w USA, odbijają się na całym świecie – podkreślają autorzy opracowania.

Obecnie nie jest jasne, które ze swoich zapowiedzi Donald Trump będzie chciał i mógł wprowadzić w życie, ale reakcja giełd dostarcza wskazówek, że inwestorzy spodziewają się zwiększenia zysków amerykańskich firm poprzez cięcia podatkowe i deregulację oraz wzrostu rządowego zadłużenia.

Wyższy deficyt i ożywiona inflacja mogą z kolei skłonić bank centralny USA do utrzymania stóp procentowych na wyższym poziomie, niż gdyby prezydentem nie był Trump. Wyższe stopy oznaczają natomiast, że trzymanie dolarowych papierów wartościowych staje się bardziej opłacalne, co winduje kurs tej waluty – wyjaśnia "Economist".

Autorzy podkreślają przy tym, że silniejszy dolar często towarzyszy słabszym prognozom dla światowej gospodarki. Badanie opublikowane w 2023 r. przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy wykazało, że 10-procentowy wzrost kursu dolara w ciągu roku zmniejszył PKB gospodarek wschodzących o 1,9 proc. Kraje bogate odczuły to w mniejszym stopniu, ale i tam odnotowano spadek o 0,6 proc.

Wahania kursu dolara wpływają na światową gospodarkę głównie poprzez handel i finanse. Ponad 40 proc. światowego handlu rozliczane jest w dolarach, choć USA nie biorą udziału w większości z tych transakcji. Silny dolar zwiększa koszty dla importerów, co osłabia popyt. Według jednego z badań wzrost wartości waluty USA o 1 proc. przekłada się na spadek handlu pomiędzy innymi krajami o 0,6 proc.

Dla krajów i firm, które pożyczyły dolary, ale nie mają dochodów w tej walucie, wzrost jej wartości waluty zwiększa ciężar pożyczki i podnosi koszty obsługi zadłużenia. Wyższe stopy w USA sprawiają też, że inwestowanie w innych częściach świata staje się mniej atrakcyjne, co przyczynia się do odpływu kapitału z gospodarek wschodzących.

onet.pl

poniedziałek, 11 listopada 2024



Copernicus Climate Change Service ogłosił, że to już właściwie pewne, iż 2024 r. stanie się pierwszym rokiem cieplejszym o ponad 1,5°C w stosunku do czasów przedprzemysłowych. Wizja realizacji celu Porozumienia Paryskiego oddala się coraz bardziej. Czy COP29 ma szansę coś zmienić?

(...)

Jak donosi BBC, Elnur Sołtanow , przewodniczący tegorocznej Konferencji, został przyłapany na omawianiu „możliwości inwestycyjnych w państwowej spółce naftowo-gazowej z mężczyzną udającym potencjalnego inwestora”. „Mamy wiele złóż gazu, które należy zagospodarować” – mówił na nagraniu. Akcję przeprowadziła organizacja zajmująca się prawami człowieka, Global Witness. Jeden z jej członków podał się za przedstawiciela fikcyjnej firmy inwestycyjnej z Hongkongu, która „była zainteresowana sponsorowaniem szczytu COP29”, w zamian za możliwość inwestycji w azerbejdżańską państwową spółkę naftowo-gazową Socar. Tak się składa, że Sołtanow zasiada w jej Radzie Nadzorczej.

Początkowo Sołtanow mówił o inwestycjach w „ekologiczne projekty transformacyjne”, ale zaraz przeszedł do omawiania planów Azerbejdżanu dotyczącymi zwiększenia produkcji gazu ziemnego oraz konstrukcji nowej infrastruktury rurociągowej, wskazując gaz jako paliwo przejściowe. Przyznał, że jest gotowy na nowe umowy, a Socar będzie „mieć pewną ilość wydobywanej ropy naftowej i gazu ziemnego, być może na zawsze”.

W tej sytuacji można mieć flashbacki z zeszłorocznej COP28 w Dubaju. W wydarzeniu wzięła udział rekordowa liczba lobbystów branży paliw kopalnych, a przewodniczący szczytu Sultan al-Dżabera, prezes państwowego naftowego giganta ADNOC, mówił , że nie ma dowodów naukowych, które wskazywałyby na konieczność z rezygnacji z paliw kopalnych, aby ograniczyć globalne ocieplenie. Stwierdził też, że bez paliw kopalnych „wrócimy do jaskiń”, chociaż później tłumaczył się ze swoich stwierdzeń.

Na myśl może przyjść smutny wniosek, że kolejne Konferencje Stron – które odbywają się już od prawie 30 lat – to tylko PR-owe pokazy, które nie prowadzą do żadnych rzeczywistych działań.

Z udziału zrezygnowała Papua-Nowa Gwinea. Powodem jest frustracja wywołana „pustymi obietnicami i bezczynnością”. Premier kraju James Marape ogłosił już w sierpniu, że państwo wycofuje się z COP29 w „proteście przeciwko wielkim narodom” za brak „szybkiego wsparcia dla ofiar zmian klimatu”. W listopadzie minister spraw zagranicznych Justin Tckatchenko nazwał szczyt „całkowitą stratą czasu”. Oznajmił, że Papua-Nowa Gwinea wyśle niewielką delegację urzędników państwowych, ale nie wezmą oni udziału w dyskusjach na wysokim szczeblu.

„Nie będziemy dłużej tolerować pustych obietnic i bezczynności, podczas gdy nasi ludzie cierpią z powodu niszczycielskich konsekwencji zmian klimatu” – powiedział Tckatchenko w zeszłym tygodniu. Dodał, że „nic konkretnego nie wynikło z tak dużych wielostronnych spotkań”, a także, że „społeczność międzynarodowa wykazała całkowity brak szacunku dla krajów takich jak nasz, które odgrywają kluczową rolę w łagodzeniu zmian klimatu. Jesteśmy zmęczeni byciem odsuniętymi na bok”.

energetyka24.com

niedziela, 10 listopada 2024



Kilkanaście dni przed wyborami rozgłos zyskał konflikt w czołowym amerykańskim dzienniku „The Washington Post”. Na łamach gazety nie ukazał się przygotowany wcześniej artykuł redakcyjnym, w którym jej dziennikarze chcieli oficjalnie poprzeć kandydaturę wiceprezydent Kamali Harris. Obecni i byli pracownicy medium skrytykowali decyzję swoich przełożonych, bo ich zdaniem Trump stanowi zagrożenie dla demokracji, stąd też konieczne było poparcie jego przeciwniczki. Tym samym dziennik pierwszy raz od kilkudziesięciu lat nie zajął konkretnego stanowiska w sprawie wyborów prezydenckich.

Decyzję o nieudzielaniu poparcia żadnemu z kandydatów podjął właściciel „The Washington Post”. Twórca Amazona Jeff Bezos, który przejął gazetę w 2013 roku, według mediów miał to uczynić z powodu obawy o swoje interesy. Drugi najbogatszy człowiek świata rzekomo uważa, że zaangażowanie polityczne dziennika podczas pierwszej prezydentury Trumpa pozbawiło go lukratywnego kontraktu rządowego. Później okazało się, że z republikańskim kandydatem spotkali się dyrektorzy Blue Origin, czyli przedsiębiorstwa kosmicznego założonego przez Bezosa. Do ich rozmowy z Trumpem doszło właśnie w dniu, w którym zadecydowano, iż „The Wasington Post” nie poprze Harris.

Na stronie internetowej gazety ostatecznie ukazał się artykuł samego właściciela, który tłumaczył w nim swoją decyzję. Bezos w samym tytule „Trudna prawda: Amerykanie nie wierzą mediom informacyjnym” postawił mocną tezę. Jego zdaniem zawód dziennikarza od dawna nie cieszy się zaufaniem społecznym, a według ostatnich sondaży Amerykanie bardziej ufają nawet Kongresowi. Między innymi z tego powodu wskazanie konkretnego kandydata przekona żadnego wyborcy, za to jedynie ugruntuje wrażenie, że dane medium jest stronnicze i nie jest niezależne.

Według właściciela „The Washington Post” nie jest to jedynie problem jego gazety. Zaufanie tracą wszystkie tradycyjne media, dlatego według Bezosa ich odbiorcy coraz chętniej sięgają po wpisy w mediach społecznościowych, nagrania twórców podcastów czy innych niezweryfikowanych źródeł wiadomości. Z tego powodu twórca Amazona uważa, że należący do niego czołowy amerykański dziennik powinien stać się ponownie głosem niezależności i rzetelności.

(...)

Tygodnik „Newsweek” w porównaniu do The Federalist nie wieszczy ostatecznego końca mediów, lecz w wypowiedziach Trumpa na temat „zabicia głównego nurtu mediów” dostrzega ziarno prawdy. Po tegorocznych wyborach na prezydenta oraz do Kongresu tradycyjna prasa jest wyraźnie osłabiona. Rosnąca nieufność do dziennikarzy jest bowiem bardzo dobrze widoczna.

Na obecną sytuację złożyły się przede wszystkim dwa czynniki. Pierwszym z nich jest upadek dotychczasowego modelu biznesowego masowych mediów, a drugim utrata przez nich wpływów wśród społeczeństwa. Liczby przytaczane przez „Newsweek” mówią same za siebie. Na przykład w ciągu czternastu lat o ponad jedną trzecią spadła liczba gospodarstw domowych wykupujących pakiety telewizji kablowej. Przekłada się to wprost na obniżki wynagrodzeń dla znanych prezenterów, chociażby w cytowanej telewizji CNN. Od początku wieku nakłady gazet spadły o połowę, a wiele z nich zamknięto lub zrezygnowały one ze swoich drukowanych wersji. Od 1989 roku spadek popularności prasy doprowadził do likwidacji czterdziestu procent stanowisk dziennikarzy.

Jak na łamach „The Wastington Post” wspominał Bezos, spada zaufanie do pracowników mediów. „Newsweek” przytacza badania z których wynika, że w tym roku niechęć do dziennikarzy była większa od nieufności Amerykanów wobec parlamentarzystów. „Niezbyt” lub „w ogóle” nie ufa im blisko 70 proc. respondentów. Ostatnie badanie Gallupa w tej kwestii było pozytywne z punktu widzenia środowiska dziennikarskiego blisko dwadzieścia jeden lat temu.

Tygodnik zwraca też uwagę na spadek zaufania do mediów z powodu ich postawy wobec Trumpa i Bidena. W trakcie pierwszej kadencji Trumpa powielały one oskarżenia na temat jego powiązań z Rosją, które ostatecznie nie zostały udowodnione przez śledczych. W przypadku Bidena dziennikarze ukrywali jego stan zdrowia, aby po nominacji Harris udawać, że nie wspierali go przez ostatnich siedem lat.

psz.pl


Władimir Putin wziął udział w spotkaniu Klubu Wałdajskiego, które odbyło się w dniach 4-7 listopada w Soczi. Wygłosił na nim przemówienie, w którym oskarżył Zachód o "politykę neokolonialną" i niszczenie "tradycyjnych wartości". Zestawił to z działaniami Rosji, które — zdaniem rosyjskiego prezydenta — gwarantują przetrwanie "różnorodności i złożoności świata, co jest kluczem do [jego] pomyślnego rozwoju". Powiedział również o rodzącym się "wielobiegunowym świecie".

(...)

Podczas wystąpienia Putin wiele mówił o wizji "nowego porządku świata". Ma składać się nań sześć zasad:
  • otwartość między państwami,
  • brak "uniwersalnych dogmatów,
  • uwzględnienie głosu każdego kraju przy podejmowaniu "globalnych decyzji",
  • odrzucenie niektórych bloków międzynarodowych (najwyraźniej nie dotyczy to organizacji BRICS),
  • likwidacja różnic rozwojowych między narodami,
  • dążenie do równości wszystkich ludzi.
Zgodnie z wytycznymi Kremla dla mediów propagandyści, przedstawiając tę wizję, powinni akcentować, że idee Putina wpisują się w "filozofię powszechnego rozwoju i bezpieczeństwa", a sam prezydent Rosji stał się "głosem większości świata — a jednocześnie głosem zwykłego człowieka".

Mają też podkreślać, że "Rosja w erze Putina" odgrywa szczególną rolę w "budowie nowego porządku świata". Wielkim jej wkładem jest "ochrona praw i wolności ludzkości". W wytycznym nie ma jednak ani słowa mowy o prawach i wolnościach, które Kreml ograniczył w poprzednich latach.

onet.pl

sobota, 9 listopada 2024



Podróż szefa słowackiego rządu do Chińskiej Republiki Ludowej wzbudziła także kontrowersje z powodu jego wypowiedzi na temat wojny na Ukrainie. Fico po spotkaniu z Xi w nagraniu wideo stwierdził, że podziela opinię chińskich władz na temat braku możliwości zakończenia konfliktu, dopóki Ukraina otrzymuje wsparcie wojskowe od państw zachodnich. 

Tezy Fico na ten temat zbiegły się z emisją wywiadu udzielonego przez niego rosyjskiej telewizji publicznej. Nie tylko chwalił w nim współpracę słowacko-rosyjską, ale wyraził gotowość podjęcia rozmów z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem i chęć uczestnictwa w upamiętniającej zakończenie II wojny światowej paradzie wojskowej w Moskwie. W rozmowie stawiał też wspomnianą tezę o zachodnim wsparciu dla Ukrainy, które prowadzi do przedłużania trwającej wojny.

Jak na razie nowa polityka zagraniczna rządu Słowacji zyskała rozgłos głównie poprzez zwrot na Wschód, czyli zbliżenie do Chin i Rosji. Należy jednak pamiętać, że niedawno Fico otrzymał pieniądze z zablokowanych dotąd funduszy unijnych, bo udało mu się załagodzić dotyczący praworządności spór z Unią Europejską. Ponadto pomimo swoich prorosyjskich wypowiedzi utrzymuje poprawne relacje z ukraińskimi władzami.

psz.pl


Konserwatywny komentator Daniel McCarthy w artykule opublikowanym przez „The New York Times” postrzega wynik wyborów jako cios w establishment. Zwycięstwo Trumpa nie jest jedynie porażką Harris i Partii Demokratycznej, ale także jego przeciwników wewnątrz Partii Republikańskiej. Ogółem w ciągu ośmiu lat udało mu się pokonać „polityczne dynastie” Bushów, Clintonów i Cheneyów.

Poparcie udzielone mu przez Amerykanów można uznać za „twórczą destrukcję”. Zwolennicy Trumpa oddając na niego głos opowiedzieli się za „odsunięciem od władzy niekompetentnej klasy przywódczej”, aby „stworzyć instytucje państwa według nowego zestawy standardów, które służyłyby lepiej amerykańskim obywatelom”. Tym sam Amerykanie wyrazili wotum nieufności wobec liderów opinii kształtujących Stany Zjednoczone po zakończeniu zimnej wojny.

Obietnica prowadzenia anty-establishmentowej i alternatywnej polityki miała zjednoczyć wokół Trumpa bardzo różnorodne osobistości: Roberta F. Kennedy’ego, miliardera Elona Muska czy prezentera telewizyjnego i youtubera Joe Rogana. Wszyscy mieli być przede wszystkim zainteresowani odebraniem legitymacji społecznej obecnym elitom.

Zarazem publicysta „The New York Times” uważa, że zwolennicy i przeciwnicy byłego prezydenta przeceniają uprawnienia, które posiada amerykańska głowa państwa. Nawet posiadający ogromne poparcie społeczne Franklin D. Roosevelt narzekał na nałożone na niego ograniczenia konstytucyjne. Właśnie dlatego żaden prezydent nie stoi ponad amerykańską ustawę zasadniczą.

psz.pl