poniedziałek, 28 października 2024



Czy Donald Trump wygra wybory?

Wszystkie sondaże ze stanów wahających się pokazują różnicę dwóch punktów procentowych. Cztery punkty procentowe to margines błędu. Dwa punkty to połowa! Każdy, kto twierdzi, że jest w stanie przewidzieć wynik, jest idiotą. Bez pojęcia. Nie będę ryzykował swojej reputacji.

Po debacie telewizyjnej Trumpa z Kamalą Harris powiedział pan, że jest on skończony?

Tak, powiedziałem. Ale teraz mówię: on może wygrać. Co oznacza, że nasze debaty prezydenckie już nic nie znaczą. Że cały nasz kosmos, to, co myśleliśmy, że wiemy o polityce, nie jest już prawdą. Debatę obejrzało 75 mln obywateli USA. Trump był katastrofalny. I wciąż może wygrać.

Czyli obecny trend w sondażach jest prawdziwy?

Dużo podróżuję po stanach wahających się. Wyborcy Trumpa chcą, żebyśmy wiedzieli, że go chcą. Chcą się zemścić, wykrzyczeć: "głosuję na Trumpa, pie***ę cię, nie obchodzi mnie, co o tym myślisz!".

Dlaczego więc wciąż jest pan sceptyczny?

Ponieważ nie jestem pewien, czy mam pełen przegląd. I dlatego, że młode pokolenie zwykle nie głosuje. Ale tym razem nie mogą się doczekać. Dlatego nie rozumiem, dlaczego Trump wdał się w spór z Taylor Swift. To najgłupsza rzecz, jaką mógł zrobić. Młode kobiety widzą siebie w Kamali Harris. Jest ikoną, ale to nie ma nic wspólnego z polityką. To osobowość. Trudne kwestie nie mają znaczenia.

Dla wielu wyborców odgrywają one ważną rolę. Czy to dlatego Harris spada?

W ciągu pierwszych 30 dni kampanii Harris była bezsprzecznie najlepszą kandydatką, jaką kraj widział we współczesnej historii USA. Lepszą niż Barack Obama. Wzięła naród szturmem. Ale w ciągu ostatnich 20 lub 30 dni wypadła fatalnie. Trzeba dać wyborcom drugi akt. Ale ona nie mówi im tego, co chcą lub powinni usłyszeć. Wyborcy są wściekli. W międzyczasie Trump wygłasza ekstremalne rzeczy — i wcale mu to nie szkodzi.

Czego Harris nie mówi, a powinna?

Ludzi nie stać na życie. Chodzi o żywność i benzynę, czynsze i opiekę zdrowotną. Ci, którzy mają bardzo niskie dochody, martwią się o to pierwsze, a ci, którzy mają trochę więcej pieniędzy, o to drugie. Ale to nie jest to, czym zajmuje się Harris. Inną kwestią jest migracja. Nie chce zdystansować się od Joego Bidena i jego polityki. To podstawowa wada jej kampanii wyborczej. Harris może zapłacić najwyższą cenę za kwestię migracji. Za jej niechęć do przyznania, że jest to kryzys i wzięcia za niego odpowiedzialności. Mimo to jest o wiele bardziej popularna jako osoba niż Trump. Jeśli zapytać o to wyborców, zdecydowanie wygrywa. Ale w dwóch kwestiach, które mają znaczenie — wysokich kosztach życia i migracji — Trump ma od 12 do 14 p.p. przewagi.

Wróćmy do Taylor Swift. Jaką rolę w tych wyborach odegrają kobiety?

Mogą zrobić decydującą różnicę na korzyść Harris w stanach wahających się. Mężczyźni są w 39-56 proc. za Trumpem. Kobiety głosują na korzyść Harris. Harris nie może zdobyć mężczyzn. Członkowie związków zawodowych, Latynosi — Trump radzi sobie tam znacznie lepiej. To głosy, które tradycyjnie trafiały do Demokratów. Harris nie dba zbytnio o mężczyzn. Jej klipy wyborcze dotyczą kobiet. Klipy Trumpa są o mężczyznach. Ale głosuje więcej kobiet niż mężczyzn. Chciałbym być prawnikiem rozwodowym. Mógłbym zarobić dużo pieniędzy po wyborach!

Jaki wpływ na te wybory ma Elon Musk?

Patrzę na Elona Muska i Joego Rogana. Żaden z nich nie będzie miał wymiernego wpływu. W przeciwieństwie do Taylor Swift. Przeprowadziłem ankietę: kto ma większy wpływ na twój głos: Trump, Harris czy Swift? 26 proc. głosowało na Swift, wśród młodych ludzi było to nawet 35 proc.

Który stan ostatecznie zadecyduje o wyborach?

Ostatecznie zależy to od zachowań wyborczych niektórych grup. W Pensylwanii, Wisconsin i Michigan decydujące są głosy związków zawodowych. I po raz pierwszy ich członkowie mówią szefom: "walcie się, głosujemy na Trumpa". W Georgii i Karolinie Północnej chodzi o głosy Afroamerykanów. Republikanie uzyskiwali tam może 7 proc. Tym razem jest to 25 proc. A w Nevadzie i Georgii jestem prawie pewien, że wygra Trump. Ze względu na Latynosów. Przez całe życie głosowali na Demokratów i nie dostali nic w zamian.

To brzmi jak zwycięstwo Trumpa, prawda?

Zwrócę uwagę na jeszcze jedną liczbę, która naprawdę mnie zszokowała. Krzyczałem do moich pracowników: to niemożliwe, sprawdź jeszcze raz. Wrócili z tym samym wynikiem. 55 proc. Amerykanów uważa, że Trump wykonał dobrą robotę jako prezydent.

Co stanie się 6 listopada, dzień po wyborach?

Nie poznamy wyniku ani 5, ani 6 listopada. Ludzie są coraz bardziej wściekli. Mogę sobie wyobrazić, że kampania Trumpa szybko powie: "wybory zostały skradzione". Oglądała pani "Sukcesję"? Jest tam odcinek, w którym Republikanie palą lokal wyborczy, gdzie głosowali głównie Demokraci. Więc nie można ich policzyć. Mógłbym sobie wyobrazić coś takiego w Filadelfii.

Czy ma pan dane także na ten temat?

Tak. Zapytaliśmy: czy Trump powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ubiegać się o urząd prezydenta USA? 25 proc. Republikanów odpowiedziało twierdząco. To jest chore. Dlatego tak bardzo martwię się o naszą przyszłość. Tak duża liczba Amerykanów mówi: "to jest nasza prezydentura. Mamy prawo ją objąć. I Trump powinien zrobić to samo".

onet.pl/Die Welt


Z dzisiejszej perspektywy Kijów nie ma realnych szans na powrót do pozycji siły i pełne odzyskanie okupowanych terytoriów. Jednak to właśnie przywrócenie integralności terytorialnej jest deklarowanym celem prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Biorąc pod uwagę cel, w obecnej sytuacji Ukraina może przegrać, a prezydent Rosji Władimir Putin wygrać. Nawet zawieszenie broni i ewentualne negocjacje pokojowe — których obecnie nie widać — raczej tego nie zmienią. Jest bowiem co najmniej jedna kwestia, co do której NATO i Rosja są w dużej mierze zgodne: wynik negocjacji zostanie zdeterminowany przez układ sił na froncie w momencie poszukiwania kompromisu.

W zeszłym tygodniu na szczycie BRICS w Kazaniu Putin z uśmiechem zauważył, że rozmowy muszą być zorientowane na "realia w terenie". Zachód zrobiłby jednak wszystko, by nie uznać przewidywalnego sukcesu Moskwy — i by ją udobruchać.

— Niezależnie od tego, jak ostatecznie będzie wyglądało porozumienie, nigdy nie zaakceptujemy go jako zwycięstwa Rosji — powiedział kilka dni temu portalowi "Die Welt" wysoki rangą urzędnik NATO, który nie chce podawać swojego nazwiska ze względów bezpieczeństwa.

onet.pl/Die Welt


Z niektórymi prawdami w ogóle nie mamy ochoty się spotykać.

– Są prawdy o nas, których po prostu nie dźwigniemy. Jesteśmy narodem straumatyzowanym przez wiele generacji. Jednym z najbardziej nieufnych na świecie. Nie ufamy sobie, drugiemu człowiekowi i instytucjom. Kilkanaście lat temu zagraniczny PR-owiec poproszony o hasło promujące Polskę na świecie wymyślił: "Twórcze napięcie". Ja bym Polaków zdiagnozował inaczej: "Niekonstruktywne podkur****".

Przez hipokryzję, zakłamanie religijne, polityczne, obyczajowe jesteśmy w sieci kłamstw, manipulacji i nerwowo nawigujemy, szukając schronienia przed oszustwem i wycyckaniem. To nie może prowadzić do miłego luzu i pewności siebie.

onet.pl


Istnieje coraz więcej dowodów na to, że jedną z metod płatności stosowanych przez Rosję wobec Iranu i Korei Północnej w zamian za dostarczanie Moskwie broni wojennej były samoloty Su-35 — najbardziej zaawansowane myśliwce w służbie Rosji.

Większość analityków wojskowych uważa, że kontrakt na dostawę 24 myśliwców wielozadaniowych Suchoj Su-35 (według nazewnictwa NATO Flanker E), których dostawa rozpoczęła się w kwietniu 2023 r., był jedną z takich transakcji. Samoloty te były dostępne w stosunkowo krótkim czasie, ponieważ były częścią umowy o wartości dwóch mld dol. (ponad ośmiu mld zł), z której Egipt wycofał się prawdopodobnie w obawie przed sankcjami USA w przypadku zakupu broni od Rosji.

Obecnie wydaje się, że poziom ciągłego wsparcia ze strony Iranu osiągnął taki poziom, że dwa tuziny samolotów nie są już wystarczającą rekompensatą. Według irańskiego dziennikarza Hayala Muazina, Moskwa przyznała Iranowi licencję na rozpoczęcie produkcji rosyjskich myśliwców Su-30 (według nazewnictwa NATO Flanker C) i Su-35 i już przygotowuje się do uruchomienia zakładu montażowego. Muazin określił to jako "znaczący krok w rozwoju irańskiego lotnictwa", gdzie pierwsze dostawy Su-35 w ramach obecnego kontraktu już zwiększyły możliwości irańskich sił powietrznych.

Wydaje się prawdopodobne, że początkowo Iran otrzyma wcześniej wyprodukowane podsystemy, komponenty i inne części do lokalnego montażu, zanim ostatecznie rozwinie własne zdolności produkcyjne. Według izraelskiego kanału Mezuzah na Telegramie drobny druk licencji dla Iranu, który pozwoli na budowę aż 72 Su-35 i nieznanej liczby Su-30, został sfinalizowany podczas szczytu BRICS, który odbył się w Kazaniu w Rosji w dniach 22-24 października br.

onet.pl/Kyiv Post

niedziela, 27 października 2024



Północna Droga Morska oferuje znacznie krótszą trasę z Europy do Azji niż przez Kanał Sueski. Transport szlakiem przez Morze Czarne jest ponadto utrudniony ze względu na ostrzał statków transportowych przez jemeński ruch Huti.

Kreml oczekiwał, że znaczną część rosyjskich towarów transportowanych Północną Drogą Morską stanowić będzie ropa naftowa i skroplony gaz ziemny. Sankcje zmusiły Rosję do przekierowania dostaw ropy naftowej z Europy do Chin i Indii. Od przyszłego roku UE wprowadzi zakaz przeładunku rosyjskiego LNG w europejskich portach.

Przychody z tranzytu dla Rosji miał być zatem generowane przez transport ładunków między Europą a Chinami, które są bardzo zainteresowane zwiększeniem dostaw przez Północną Drogę Morską.

Jednak zachodnie sankcje nałożone w odpowiedzi na inwazję Rosji na Ukrainę spowolniły rozwój handlu w obszarze Arktyki, pozbawiły Rosję możliwości zamawiania i kupowania zagranicznych statków oraz osłabiły własną produkcję surowców energetycznych.

"Dalszy rozwój wymiany towarowej Północną Drogą Morską zależy zarówno od dostępności tankowców klasy lodowej, jak i postępów w projektach arktycznych" — powiedział Bloombergowi Viktor Kuriłow, starszy analityk rynku ropy naftowej w firmie konsultingowej Rystad Energy.

(...)

Sankcje uniemożliwiły Rosji pozyskanie statków klasy lodowej zamówionych w Korei Południowej. Rosyjska stocznia Zvezda zwodowała trzy z 15 tankowców LNG przeznaczonych do projektu, ale tylko jeden z nich jest gotowy do testów.

onet.pl


Jeszcze gdy izraelskie pociski spadały na Iran, w Teheranie widać było już ulgę. Mohammad Marandi, profesor na Uniwersytecie Teherańskim i prorządowy komentator Al-Jazeery, powiedział, że skala ataku była znacznie mniejsza, niż oczekiwano. Irańczycy już zaczęli kpić z ataku. Według nich Stany Zjednoczone, które popierają Izrael, powinny wiedzieć, że przegrają, jeśli zaangażują się w wojnę: "Iran jest znacznie silniejszy niż Hamas i Hezbollah, których Izrael i tak nie może pokonać. Zachód poniesie porażkę".

Jednak każdy, kto rozmawia z urzędnikami na Bliskim Wschodzie, zaangażowanymi w dyplomację kryzysową, odnosi inne wrażenie. Według nich Iran jest obecnie zdesperowany, aby uniknąć otwartej wojny z Izraelem — właśnie dlatego, że Republika Islamska wie, że w takim scenariuszu byłaby wyraźnie gorsza od państwa żydowskiego, zwłaszcza gdyby w sytuacji awaryjnej Izrael miał być broniony przez USA.

W związku z tym Teheran wyraźnie zasygnalizował w ostatnich dniach, że odwet może nie być konieczny, jeśli Izrael ograniczy swój atak do celów wojskowych i powstrzyma się od ataków na przemysł surowcowy, a nawet program nuklearny kraju.

Tak poważnych ataków należało się spodziewać po tym, jak 1 października Iran wystrzelił niezwykle dużą liczbę pocisków balistycznych w kierunku Izraela, powodując poważne szkody. Rząd w Jerozolimie zagroził wówczas atakiem odwetowym na bezprecedensową skalę i rzekomo rozważał uderzenie w irański program nuklearny.

Jednak w nocy z piątku na sobotę Daniel Hagari, rzecznik izraelskiej armii, podkreślił w komunikacie wideo, że siły powietrzne zaatakowały tylko cele wojskowe — co można również rozumieć jako sygnał, że Izraelczycy uszanowali czerwoną linię Irańczyków, choć pod naciskiem Waszyngtonu. A jednak był to historyczny atak, który wywarł na Iranie znaczną presję.

(...)

Podobnie jak w przypadku ataku dronów w kwietniu w odpowiedzi na pierwszy irański atak rakietowy, Izrael po raz kolejny pokazuje, że mógłby zaatakować program nuklearny, gdyby tylko chciał. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku innego celu, który według raportu "New York Times" najwyraźniej również został zaatakowany — Parczin.

Nazwa kompleksu wojskowego położonego 30 km na południowy wschód od Teheranu wywołuje niepokój wśród wieloletnich obserwatorów irańskiego programu nuklearnego. Rakiety były produkowane w Parczin już za rządów szacha, który został obalony przez obecnych mułłów w 1979 r. Pod koniec 2011 r. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) poinformowała, że otrzymała sygnały, iż Parczin jest częścią tajnego irańskiego programu nuklearnego i wezwała do przeprowadzenia inspekcji.

Jednak Teheran wpuścił inspektorów do zakładu dopiero cztery lata później. Znaleźli oni głównie ślady nietypowej przebudowy budynków i bardzo małe ilości uranu. Istnieją różne wersje co do tego, czy cząstki te są wystarczającym dowodem na rozwój broni jądrowej. Jeśli doniesienia o ataku na Parczin lub jego okolicy są prawdziwe, to Izrael również mógł zasygnalizować: możemy uderzyć tam, gdzie boli najbardziej. Jednak to nie musiał być jedyny powód ataku.

— Parczin jest wymieniany w kontekście programu nuklearnego, ale obiekt ten jest również bardzo ważny dla wielu innych celów wojskowych — mówi Fabian Hinz, ekspert do spraw Iranu i rakiet w berlińskim biurze brytyjskiego think tanku IISS. Obiekt w Parczin jest bardzo duży i mieści różne ważne części irańskiej produkcji obronnej, podkreśla Hinz.

— Izrael jest bardzo precyzyjny w swoich atakach, nie tylko pod względem wykonania, ale także w wyborze celów. Izraelczycy mają bardzo dobry przegląd tego, jak mogą wyrwać znaczące luki w łańcuchach dostaw irańskiej produkcji broni za pomocą zaledwie kilku uderzeń — dodaje Hinz. Jest jednak jeszcze zbyt wcześnie, by ocenić, jak bolesny był dla Iranu izraelski atak. Nie można wykluczyć, że Teheran celowo bagatelizuje szkody.

onet.pl/Die Welt

sobota, 26 października 2024



Wywiad Alaksandra Łukaszenki dla prokremlowskiej gazety przekształcił się w osobliwą mieszkankę umizgów i gróźb wysyłanych pod adresem Kremla. Dziennikarze pytali go głównie o perspektywy Państwa Związkowego, czyli Związku Białorusi i Rosji (ZBiR). Łukaszenka tradycyjnie zauważył, że najpierw należy zbudować fundament Państwa Związkowego – gospodarkę. Dla białoruskich władz integracja z Rosją to zawsze okazja do uzyskania dodatkowych preferencji na rosyjskim rynku oraz zniżek na surowce energetyczne. Jak widać, Kreml ma tu inne pomysły, i chce zaczynać od integracji politycznej dwóch państw.

– Zawsze nalegałem – i powiem państwu szczerze, nalegam, że dom – jeśli wyobrażamy sobie Państwo Związkowe jako dom – trzeba budować od fundamentów. Czyli nie od strony dachu. Co jest podstawą naszego związku? Gospodarka. Dlatego konieczne jest budowanie podstaw gospodarczych tego państwa - stwierdził.

Jednak potem białoruski dyktator nieoczekiwanie przeszedł do tematu suwerenności swojego kraju. Najpierw tradycyjnie nazwał ZBiR “wspólną ojczyzną: od Brześcia po Władywostok”, do czego Białoruś miała się  przyzwyczaić. Ale przypomniał przy tym, że “tak się złożyło, nie z naszej winy”, że Białoruś i “ogromna Rosja” są dwoma suwerennymi krajami. Podkreślił, że nie podobają mu się rozmowy o imperium i satelitach oraz wstąpieniu w skład Rosji. 

- Proszę się postawić na moim miejscu, jako prezydenta suwerennego, nie mówię niezależnego państwa, bo jesteśmy od siebie zależni. [Państwa] które nie ma granic [z Rosją] i które stało się suwerenne nie z własnej winy. I jeśli jutro ktoś by to państwo zniszczył. Nigdy bym się na to poszedł i nikt mnie do tego nie upoważnił, to pierwsza rzecz. Po drugie, jeżeli jakikolwiek polityk wykona ruch tym kierunku, zostanie zmiażdżony przez naród białoruski.

Potem Łukaszenka wygłosił przydługie przemówienie o tym, że "Białorusini są dla Rosjan najbardziej lojalnym i niezawodnym narodem". Jednak powrócił do tematu ewentualnego wchłonięcia Białorusi przez Rosję.

- Wy jesteście mniejsi, my jesteśmy więksi, nasza gospodarka jest taka i siaka. Pomożemy wam, ale przyłączcie się do Rosji. Nie można stawiać kwestii w taki sposób. To jest niemożliwe i nierealne. Boję się nawet powiedzieć, że to oznacza wojnę – stwierdził, relacjonując jego zdaniem rosyjską debatę wokół integracji z Białorusią.

Zapewnił jednak, że w rozmowach z Władimirem Putinem "taka kwestia nigdy się nie pojawiała". Dodał jednak, że w Rosji są ludzie w wysokich kręgach, których "swędzą ręce" i takie myślenie należy odrzucić. Dalej na przykładzie Ukrainy tłumaczył, dlaczego wchłanianie jednego kraj przed inny jest bardzo niekorzystne.

- Tak, dzisiaj można kogoś stłamsić, coś zdobyć, ale jutro co? No cóż, powiedzmy Rosja, podbiła Ukrainę. I co wtedy? Zawsze robiąc jakiś krok, mądry i rozsądny polityk musi pomyśleć: co dalej? […] Czy tak ogromny kraj można zmiażdżyć bez konsekwencji? NIE. Co chcemy uzyskać? Żeby tam już zawsze trwała wojna partyzancka, a oni dokonywali ataków terrorystycznych przeciwko nam i Rosjanom?

Stwierdził, że ktoś (w domyśle Zachód) będzie do tego podburzać Ukraińców i dostarczać im np. materiały wybuchowe. Podkreślił, że teraz jest inaczej niż w średniowieczu, gdy zajmowano terytoria, a ludność po prostu płaciła podatki nowemu władcy. Zasugerował, że pomysł podbicia Ukrainy jest głupotą, bo nie zastanowiono się nad tym, co będzie dalej

x.com/Bielsat_pl

piątek, 25 października 2024



W dniach 22–24 października w Kazaniu odbył się 16. szczyt grupy BRICS. W wydarzeniu uczestniczyli również nowi członkowie formatu (Egipt, Etiopia, Iran i Zjednoczone Emiraty Arabskie) oraz reprezentanci 25 państw (nie licząc Republiki Serbskiej Bośni i Hercegowiny oraz Palestyny) deklarujących chęć akcesji do niego bądź współpracy z nim, a także przedstawiciele organizacji międzynarodowych, w tym sekretarz generalny ONZ António Guterres.

Choć podczas szczytu nie zapadły kluczowe decyzje, to należy uznać go za dyplomatyczny i propagandowy sukces Kremla. Rosja zademonstrowała skuteczność w przeciwstawianiu się zachodnim wysiłkom na rzecz objęcia jej izolacją na arenie międzynarodowej. Spotkanie uwidoczniło też efektywność kierowanej przez nią wraz z Chinami do krajów Globalnego Południa narracji postulującej przebudowę obecnego (w domyśle faworyzującego USA i ich sojuszników) ładu światowego w oparciu o tzw. światową większość (nie-Zachód) oraz wielobiegunowość. Jednocześnie brak realnych postępów w integracji polityczno-ekonomicznej wewnątrz bloku oraz pewne wizerunkowe niepowodzenia podczas wydarzenia świadczą o sprzecznych stanowiskach, priorytetach i interesach poszczególnych państw członkowskich, co w znacznym stopniu ogranicza możliwości rozwoju BRICS jako realnej platformy do budowy nowego porządku globalnego.

Komentarz 

Szczyt BRICS w Kazaniu należy uznać za wizerunkowy sukces Rosji, która zrealizowała swój główny cel, jakim było demonstracyjne przełamanie politycznego ostracyzmu ze strony Zachodu. Władimir Putin nie wziął udziału w zeszłorocznym zjeździe w RPA z uwagi na ciążący nad nim nakaz aresztowania wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Kremlowska propaganda aktywnie wykorzystała spotkanie na użytek wewnętrzny i zagraniczny, by uderzać w Zachód i Ukrainę w warunkach trwającej wojny. Podkreślono znaczenie Rosji i jej przywódcy na arenie międzynarodowej przy jednoczesnej bezsilności i spadku pozycji Zachodu. Wydarzenie stało się także okazją do promowania zmanipulowanej wizji wojny na Ukrainie, w której to Kijów (oraz wspierający go Zachód) jest agresorem, a Moskwa – stroną konstruktywną, dążącą do zawarcia trwałego pokoju. Na agendzie szczytu kwestię ukraińską wyraźnie zmarginalizowano na rzecz palestyńskiej. W tym kontekście rozgrywano propagandowo zwłaszcza obecność sekretarza generalnego ONZ, którego przyjazd i przyjacielskie gesty wobec Putina oraz Alaksandra Łukaszenki wywołały falę krytyki na Zachodzie. Rosyjska narracja może być skuteczna przede wszystkim wobec elit politycznych i społeczeństw państw uczestniczących w wydarzeniu.

Tegoroczny szczyt posłużył również Kremlowi do szerzenia wspólnie z Chinami globalnej agendy polityczno-ideologicznej wśród krajów Globalnego Południa. Skupiająca 37% światowej produkcji gospodarczej i 40% populacji BRICS to w optyce zarówno Moskwy, jak i Pekinu dogodna platforma do promowania koncepcji wielobiegunowego (w istocie antyzachodniego) ładu międzynarodowego, zaś sam blok i jego projekty (takie jak Bank Nowego Rozwoju) przedstawiane są przez obie stolice jako inkluzywna alternatywa dla instytucji reprezentujących w tym przekazie stary porządek (np. Grupy G7, Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Opracowana podczas zjazdu nowa formuła współpracy z tzw. państwami partnerskimi może pozwolić Rosji na zwiększenie politycznej wagi BRICS, a jednocześnie wyeliminować tarcia wśród jej członków dotyczące rozszerzenia formatu o kolejne kraje (ok. 30 państw zawnioskowało o członkostwo lub wyraziło zainteresowanie nim).

Mimo propagandowego znaczenia spotkania jego przebieg uwidocznił problemy, które kwestionują zdolność BRICS do odgrywania roli przeciwwagi dla świata zachodniego w myśl rosyjsko-chińskiej koncepcji. Szczyt nie przyniósł żadnych konkretnych decyzji co do rozwoju alternatywnego systemu płatności w handlu międzynarodowym, który nie opierałby się na dolarze amerykańskim – na czym szczególnie zależy Moskwie i Pekinowi. Brak postępów w tym zakresie obrazuje nie tylko skalę problemów natury technicznej, proceduralnej i instytucjonalnej, lecz także fundamentalne rozbieżności w interesach poszczególnych państw. Najprawdopodobniej w wyniku obiekcji ze strony różnych członków grupy Rosji i Chinom nie udało się (ani w sferze ekonomicznej, ani politycznej) przeforsować wyraźnie antyzachodnich sformułowań w końcowej deklaracji ze szczytu. Do niepowodzeń należy też zaliczyć rezygnację na krótko przed zjazdem Kazachstanu z możliwości wstąpienia do bloku, niejasności wokół statusu Arabii Saudyjskiej (która wbrew rosyjskim komunikatom nie potwierdziła swojej akcesji do BRICS), nieobecność prezydenta Brazylii oraz przedwczesne opuszczenie wydarzenia przez premiera Indii, który wrócił do kraju, aby spotkać się z kanclerzem RFN Olafem Scholzem.

osw.waw.pl

czwartek, 24 października 2024



Rosja nie potwierdza ani nie zaprzecza. Sekretarz prasowy Kremla oświadczył: „informacje o obecności wojskowych z KRL-D na Ukrainie należy traktować jako sprzeczne”. I odesłał zainteresowanych dziennikarzy do rosyjskiego ministerstwa obrony, czyli znanej krynicy prawdomówności. Podobnie rzeczniczka MSZ udzieliła na pytanie o obecność żołnierzy Kima w Rosji mętnej odpowiedzi.

(...)

„The Wall Street Journal” 23 października, powołując się na byłego funkcjonariusza rosyjskiego wywiadu, napisała, że traktat o strategicznym partnerstwie zawiera tajny punkt. Mowa jest w nim o możliwości wysłania północnokoreańskich żołnierzy do walki z Ukrainą. Moskwa zaprzeczyła, że w traktacie są jakieś sekretne protokoły. Ale jeśli są, to przecież nie po to są utajnione, żeby o nich publicznie mówić. Do tajnych protokołów paktu Ribbentrop-Mołotow Moskwa nie przyznawała się przez dziesięciolecia.

Po podpisaniu przez Putina i Kima traktatu Korea Północna zaczęła dostarczać Rosji broń i pociski, w tym rakietowe. W raporcie „Nordkoreas Ruestungpolitik als indirekte Sicherheitbedrohung für Europa” analitycy berlińskiego ośrodka SWP piszą: Pjongjang stał się dla Rosji najważniejszym dostawcą broni. Tym samym północnokoreański reżim wpływa na stan bezpieczeństwa w całej Europie i nie wolno tego lekceważyć.

(...)

W tej rozgrywce jest jeszcze jeden ważny aktor. Najważniejszy. To Pekin. Politolog Konstantin Eggert mówi: „Jeżeli Moskwa idzie po pomoc do Korei Północnej, może to oznaczać jedno: takie posunięcie zostało skonsultowane z Chinami. Korea Północna nie może istnieć bez wsparcia Chin. Dla Pekinu ważne jest, aby Putin nie przegrał wojny [z Ukrainą]. To wzmacnia uzależnienie Moskwy od ChRL. Gdyby Pekin powiedział »nie«, to Kim nikogo by do Rosji nie wysłał”.

tygodnikpowszechny.pl

środa, 23 października 2024



Najintensywniejsze walki niezmiennie toczą się w obwodzie donieckim. Około 200 kilometrów frontu ciągnącego się od zdobytego we wrześniu Wuhłedaru na południu po Toreck na północy. Ukraińcy raportują tam po około 50 kontaktów bojowych z Rosjanami dziennie. Tam też rosyjskie wojsko osiąga regularne postępy, choć też regularnie są dowody na ponoszenie przez nie poważnych strat. Nie ma co się jednak oszukiwać, Ukraińcy też muszą ponosić dotkliwe. Ale w ludziach, a nie w sprzęcie.

Na północy tego odcinka walki toczą się już w centrum Torecka. Postępy rosyjskie są niezwykle powolne, bo można mówić o 1-2 kilometrach w linii prostej na przestrzeni miesiąca. Ukraińcy zaciekle się bronią w ruinach miasta, pomimo ciągłych bombardowań i ponawianych szturmów. Toreck zamienił się już w morze ruin tak jak wcześniej wiele ukraińskich miast "wyzwalanych" przez Rosjan. Tutaj na szczęście dla Ukraińców na razie rosyjskie wojsko wali głową prosto w mur, szturmując miasto na wprost. Nie stosuje, albo nie może zastosować ze względu na skuteczną obronę swojego standardowego już zagrania w postaci ataków na flankach i zmuszenia obrońców zabudowań do odwrotu.

Dalej na południe jest tak zwany kierunek pokrowski, będący rozwinięciem rosyjskich działań w postaci zajęcia Awdijiwki w lutym. Od tego czasu Rosjanie posunęli się na zachód o około 35 kilometrów. W kierunku samego Pokrowska Ukraińcom udało się jako tako ustabilizować sytuację po załamaniu pod koniec sierpnia. Od miesiąca front niemal stoi kilkanaście kilometrów od centrum miasta. Miejscami Rosjanie posunęli się o może 1-2 kilometry w linii prostej, ale w porównaniu z tym co się dzieje dalej na południe, to jest stabilnie.

Dalej na południe jest natomiast małe miasto Sełydowe, na którego wschodnich krańcach Ukraińcy skutecznie się bronią od końca sierpnia. Rosjanie wyprowadzają jednak cios sierpowy od południa przez wieś Ukraińsk zdobytą miesiąc temu. Posunęli się od niej o około 6 kilometrów na zachód, powoli okrążając Sełydowe od południa. Wychodzą też w ten sposób za plecy ukraińskich obrońców dwóch miast położonych nieco na południe, Hirnyk i Kurachiwka. Oba są dobrze usytuowane do obrony przed Rosjanami atakującymi wprost ze wschodu, ale ataki od tyłu z północy to co innego.

Jednocześnie rosyjskie wojsko zaczęło silnie atakować na drugim skrzydle obu wspomnianych miast, w kierunku położonego dalej Kurachowe i na przestrzeni około tygodnia osiągnęło istotne sukcesy, pomimo poniesienia też dotkliwych strat udokumentowanych przez Ukraińców.

To, co się dzieje na tym odcinku, jest najlepszą ilustracją rosyjskiej taktyki polegającej na identyfikacji najsłabszych punktów ukraińskiej obrony, skupieniu na nich ostrza uderzeń i wyjściu w ten sposób za plecy lepiej bronionych odcinków. Tym samym skuteczniej trzymane pozycje Ukraińców znajdują się pod presją od boku, a czasem wręcz zagrożone okrążeniem i z bardzo utrudnioną logistyką. Rosjanie wykorzystują w ten sposób już powszechnie raportowane przez Ukraińców bardzo słabe współdziałanie sąsiadujących oddziałów, poważne różnice w ich jakości i ogólne poszarpanie ukraińskich sił, które są rzucane do łatania frontu często wręcz kompaniami, co oznacza bardzo małe elementy całych brygad. Efektem jest mrowie często mocno się różniących sił o kiepskiej koordynacji, co Rosjanie skutecznie wykorzystują.

Problemy Ukraińcy mają jeszcze w ostatnim aktywnym odcinku frontu w Donbasie, czyli w Czasiw Jarze i okolicach. Od kilku miesięcy skutecznie bronili się tam na linii kanału Doniec-Donbas, uniemożliwiając Rosjanom uchwycenie trwałego przyczółka po jego zachodniej stronie. Na przestrzeni ostatniego tygodnia stało się już jednak pewne, że to nieaktualne. Aktualnie Rosjanie mają utrzymywać przyczółek po ukraińskiej stronie w rejonie samego miasta, jak i kopalni odkrywkowej na południe od niego. Mogli się też posunąć naprzód na północy. Sytuacja w rejonie Czasiw Jaru zauważalnie się więc pogorszyła.

Kolejny problematyczny dla Ukraińców odcinek to już obwód ługański, około 110 kilometrów na północ w rejonie wsi Piszczane. Rosjanie dość niespodziewanie dokonali w jej rejonie szybkich postępów pod koniec lipca, jak teraz twierdzą Ukraińcy, w wyniku zabrania z tego odcinka części sił skierowanych potem do ofensywy w obwodzie kurskim. Do dzisiaj Rosjanie posunęli się tu około 10 kilometrów na zachód, praktycznie dochodząc do rzeki Oskił. Rozcięli tym samym całe ukraińskie ugrupowanie na wschód od niej na dwie części. Znacznie mniejsza, północna na przedpolu miasta Kupiańsk, będzie teraz najpewniej celem próby likwidacji. Rosjanie mają też zauważalne, choć mniejsze, sukcesy około 40 kilometrów na południe, gdzie posunęli się kilka kilometrów naprzód i zajęli wieś Newskie.

Wyraźne problemy Ukraińcy mają też w obwodzie kurskim. Rosjanie kontynuują kontrataki skupione na zachodnim skraju obszaru kontrolowanego przez ukraińskie wojsko. Od szczytowego momentu sukcesów Ukraińców do dzisiaj stracili oni już około 1/3 zajętego terenu Rosji. Próby ukraińskiego ataku na kierunku miasta Głuszkowo spaliły na panewce i zostały zarzucone. Praktycznie nie ma już dowodów świadczących o dalszych ukraińskich działaniach ofensywnych. Teraz po prostu trwa próba utrzymania zajętego terenu, ale z umiarkowanym powodzeniem. Rosjanie odbijają go powoli i ponosząc straty, ale dość metodycznie. Sytuacja tam jest najwyraźniej na tyle dla Ukraińców ważna, że skierowali tam do walki jakiś element doborowej 47. Brygady Zmechanizowanej, uzbrojonej w zachodni sprzęt.

gazeta.pl

wtorek, 22 października 2024



"(Ukraina) była i jest wykorzystywana do tworzenia krytycznych zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji, przy jednoczesnym ignorowaniu naszych żywotnych interesów, uczciwych obaw o naruszenie praw ludności rosyjskojęzycznej, a teraz wcale nie ukrywają (przeciwnicy Moskwy — red.) celu zadania strategicznej porażki naszemu krajowi" — powiedział Putin cytowany przez rosyjską agencję prasową RBC.

Według rosyjskiego dyktatora są to "iluzoryczne kalkulacje, które mogą być dokonywane tylko przez tych, którzy nie znają historii Rosji i nie biorą pod uwagę jedności, męstwa i spójności jej narodu, wypracowanych przez wieki".

Putin zauważył również, że prawie wszystkie z 40 państw reprezentowanych na szczycie BRICS myśli o stworzeniu nowego demokratycznego porządku światowego. Taki porządek świata powinien opierać się na poszanowaniu suwerennego wyboru krajów i narodów, przestrzeganiu prawa międzynarodowego i duchu wzajemnie korzystnej uczciwej współpracy, podkreślił rosyjski dyktator.

Jednak "przejście do bardziej sprawiedliwego porządku światowego nie jest łatwe", ponieważ jego tworzenie jest utrudniane przez siły "przyzwyczajone do myślenia i działania poprzez dominację nad wszystkim i wszystkimi", powiedział Putin.

Według rosyjskiego dyktatora przeciwnicy Moskwy wykorzystują "nielegalne jednostronne sankcje", protekcjonizm, manipulowanie walutami i giełdami, a także ingerowanie w wewnętrzne sprawy państw. W związku z tym Putin powiedział, że Zachód odstręcza od współpracy rosnących w siłę konkurentów w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej.

onet.pl