środa, 9 października 2024



Zygmunt Solorz jako główny akcjonariusz, posiadający ponad 62 proc. akcji Cyfrowego Polsatu uczestniczył w walnym zgromadzeniu zdalnie, towarzyszył mu prawnik. Solorz otworzył obrady i zaproponował wybór prowadzącego walne zgromadzenie. Na udostępnianej przez spółkę transmisji nie pojawił się już więcej.

W walnym uczestniczyli akcjonariusze posiadający niemal 418 mln akcji, przekładających się na 597 mln głosów -  prawie 73 proc. ogółu głosów na walnym.

W trakcie zgromadzenia akcjonariusze podjęli w głosowaniu uchwałę o odwołaniu syna Zygmunta Solorza - Tobiasa Solorza z rady nadzorczej, gdzie pełnił funkcję wiceprzewodniczącego. Uchwała zyskała poparcie 80 proc. głosów. Wcześniej odwołali z niej Jarosława Grzesiaka oraz zmniejszyli liczebność rady o dwie osoby - do sześciu. W związku z tym nie wybierano do niej nowych członków.

Wszystkie podjęte na zgromadzeniu uchwały oprotestowywał pełnomocnik Tobiasa Solorza prawnik Paweł Rymarz. Zgłaszał też inne wnioski, m.in. o sprawdzenie listy obecności przez specjalną komisję. Przyznał jednocześnie, że Kodeks spółek handlowych umożliwia wnioskowanie o to przez akcjonariusza z co najmniej jedną dziesiątą kapitału reprezentowanego na walnym, a tyle jego mocodawca nie ma. Wniosek został pozostawiony bez rozpatrzenia właśnie ze względu na tę okoliczność - poinformował prowadzący zgromadzenie Jerzy Kwaśniewski.

Składając sprzeciw wobec zmiany liczby członków rady nadzorczej, Rymarz argumentował, że statut spółki nie przewiduje tego w trakcie połączonej kadencji zarządu i rady. Na zakończenie zgromadzenia pełnomocnik Tobiasa Solorza, składając pisemny sprzeciw, oświadczył, że walne zostało zwołane nienależycie. Listy obecności nie sprawdzono, a uchwała o odwołaniu jego klienta ma wyłącznie na celu jego pokrzywdzenie i godzi w interes spółki.

(...)

Po zmianach w radzie nadzorczej zasiadają: przewodniczący Zygmunt Solorz, wiceprzewodnicząca Justyna Kulka oraz Józef Birka, Marek Grzybowski, Alojzy Nowak i Tomasz Szeląg.

W czwartek odwołanie Piotra Żaka i Tobiasa Solorza ze składu rady nadzorczej Netii potwierdziło PAP biuro prasowe spółki. Aktualnie w skład rady nadzorczej Netii wchodzą: Zygmunt Solorz (przewodniczący), Justyna Kulka, Wojciech Pytel, Maciej Stec i Tomasz Szeląg.

PAP zapytała również o zmiany w radzie nadzorczej spółki Polkomtel, która potwierdziła, że Piotr Żak i Tobias Solorz zostali z niej odwołani. W przesłanej PAP odpowiedzi poinformowano też, że ze składu rady nadzorczej odwołany został również Jarosław Grzesiak. Jak wynika z informacji zamieszczonej na stronie spółki obecnie w skład rady nadzorczej Polkomtela wschodzą: Zygmunt Solorz (przewodniczący), Justyna Kulka (wiceprzewodnicząca), Józef Birka, Aleksander Myszka, Wojciech Pytel, Maciej Stec i Tomasz Szeląg.

W poniedziałek walne zgromadzenie ZE PAK odwołało Tobiasa Solorza i Piotra Żaka z rady nadzorczej tej spółki. Zygmunt Solorz za pośrednictwem swojej spółki ma 65,98 proc. akcji ZE PAK. W datowanym na czwartek 26 września liście do pracowników Grupy Polsat Plus Solorz zapowiedział działania, których konsekwencją ma być odwołanie jego dzieci z władz spółek grupy. 

PAP


Podkreślę raz jeszcze, nie jest problemem, że sam Musk mówi, że jest całym sobą za Trumpem, a jeśli wygra Kamala Harris, to będzie skończony. Problem polega na tym, że nie jest jakimś tam miliarderem, ale jedną z najbogatszych osób na świecie, a zarazem najbardziej wpływowych. Do tego – będąc skrajnie stronniczym – jest właścicielem jednego z najważniejszych dla polityki na całym globie serwisu, czyli X (dawniej Twitter), i ani myśli wprowadzać tam zasady rzetelnego moderowania dyskusji. Sam podaje dalej deepfaki, fotomontaże i różne wytworzone przez AI treści polityczne, które wprowadzają odbiorców w błąd. Zawsze zasłania się wolnością wypowiedzi, atakuje tradycyjne media i oskarża lewicę o cenzorskie zapędy.

rp.pl


Kreml podobno zamierza znacząco zwiększyć liczbę rosyjskich weteranów wojny na Ukrainie, którzy zajmują ważne stanowiska w rosyjskich samorządach lokalnych i regionalnych. Źródła rosyjskie twierdziły 7 października, powołując się na poinformowane źródła, że ​​zastępca szefa Administracji Prezydenta Rosji Siergiej Kirijenko obiecał prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi, że co najmniej 50 rosyjskich weteranów wojny na Ukrainie zostanie burmistrzami i gubernatorami regionów w ramach programu reintegracji weteranów „Czas bohaterów” do 2026 r. 

Władze regionalne Rosji nadal znacząco zwiększają jednorazowe płatności dla rosyjskiego personelu kontraktowego, aby finansowo zachęcić do rekrutacji kontraktowej w celu wsparcia wysiłków kryptomobilizacji. Szef obwodu biełgorodzkiego Wiaczesław Gładkow ogłosił 7 października, że ​​jednorazowe płatności dla rosyjskich ochotników wojskowych i personelu kontraktowego wzrosną do trzech milionów rubli (około 31.103 USD) do 31 grudnia 2024 r. Władze regionalne Rosji znacznie zwiększają te jednorazowe płatności dla rosyjskiego personelu kontraktowego, ponieważ Kreml nadal opiera się na swoich zmagających się wysiłkach w zakresie rekrutacji dobrowolnej, aby uniknąć potencjalnej przyszłej fali częściowej mobilizacji. 

understandingwar.org


Amerykańska kampania prezydencka jeszcze potęguje pewność siebie Izraela. - Izrael ma teraz mandat do tego, żeby odpowiadać. Ma poczucie, że Amerykanie są po jego stronie. Dla Amerykanów to jest bardzo niedogodny moment, bo mają kampanię wyborczą. Ich sprawstwo jest mniejsze, gdyby nowa administracja została dopiero co wybrana - opowiada Marek Matusiak. Według niego to składa się na "okno możliwości", które widzi Izrael, by "wyjść z uścisku irańskiego". 

Niestety są to także okoliczności do zrealizowania się czarnego scenariusza dla tego konfliktu. - Irańczycy coraz bardziej obawiają się o eskalację. Mają poczucie, że są wewnętrznie osłabieni, popularność reżimu jest bardzo niska, mają problemy gospodarcze, a do tego ich sojusznicy w regonie są osłabieni. Mogą nabrać w pewnym momencie obawy, że walczą o przetrwanie. Wtedy będzie niebezpiecznie, bo rzeczywiście może ich to skłonić do desperackich kroków i wojny na wielką skalę - mówi nam Marek Matusiak.

Z drugiej strony wyhamowanie izraelskiego entuzjazmu może doprowadzić do deeskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Paradoks jest jednak taki, że aby to się stało, najpierw musi dojść do jeszcze większej eskalacji. Wskazuje na to analityk OSW.

- Izrael ma poczucie wiatru w żagle. Żył w cieniu ataku rakietowego Hezbollahu. Obawiał się, że gdy będzie chciał osłabić tę organizację, to będzie narażony na tysiące rakiet, które polecą w jego stronę. Jednak udało się osiągnąć sukcesy w zwalczaniu Hezbollahu relatywnie niskim kosztem, bo właściwie nie ma wielkich strat poza kilkoma żołnierzami, którzy zginęli w izraelskim ataku w Libanie. To zachęca go do pójścia dalej - opowiada Marek Matusiak. Podkreśla, że irańskie ostrzały nie miały wielkiego wpływu na Izrael. Gdyby jednak to się zmieniło, zmieni się też podejście Tel Awiwu.

- Gdyby Izraelczycy nagle poczuli koszt tego wszystkiego i skalę ryzyka, dynamika mogłaby się zmienić. Gdyby irańskie salwy rakietowe przyniosły większe zniszczenie po stronie Izraela, gdyby zginęli ludzi albo zostały trafione rafinerie, port, lotnisko czy bazy wojskowe, to wtedy Izraelczycy mieliby poczucie, że to bardzo ryzykowna gra i nie wyjdą z niej bez szwanku. Być może wtedy zmieniliby kalkulacje - zauważa w rozmowie z nami analityk OSW.

Innym czynnikiem, który może zmienić dynamikę tego konfliktu, są pieniądze. - Wojna dużo kosztuje. Izraelczycy nie mają niewyczerpanych zasobów finansowych i gospodarczych. Mają setki tysięcy rezerwistów, którzy są pod bronią i nie pracują. Nie uczą się i nie mają normalnego życia. To nie może się ciągnąć w nieskończoność. Izrael musi mieć poczucie, że sukces jest potrzebny szybko, ale nie chce też utrzymywać państwa w stanie permanentnego prowadzenia wojny na siedmiu frontach. Nawet dla państwa przyzwyczajonego do konfliktów zbrojnych jest to zbyt kosztowne i wyczerpujące - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marek Matusiak. Puentuje to jednak zdaniem, że "ryzyk i znaków zapytania jest tyle, że trudno przewidywać przyszłość sytuacji na Bliskim Wschodzie".

gazeta.pl

wtorek, 8 października 2024



7 października pod Użhorodem w obwodzie zakarpackim odbyły się słowacko-ukraińskie konsultacje międzyrządowe. W trakcie spotkania dokonano przeglądu stanu realizacji projektów spisanych w tzw. mapie drogowej przyjętej na podobnym posiedzeniu w kwietniu br. Premier Robert Fico zapewnił Ukrainę, że „bezwarunkowo” wspiera jej aspiracje dotyczące członkostwa w Unii Europejskiej, choć zaznaczył dystans do realizacji podobnych ambicji w odniesieniu do NATO. Poziom dialogu politycznego pomiędzy oboma państwami określił jako „najlepszy w historii”, zapowiedział też dalsze wsparcie dla Kijowa, w tym natury wojskowej (choć nie „śmiercionośnej”). Premier Denys Szmyhal podziękował za ten gest i zaakcentował koncepcję „nowego pragmatyzmu” w relacjach dwustronnych, opartą na kontynuacji dialogu i szukaniu synergii działań mimo różnic w istotnych kwestiach (...). Kolejne posiedzenie w tym formacie odbędzie się na Słowacji, zapowiedziano je na styczeń lub luty 2025 r.

Dzień wcześniej Fico, przemawiając na obchodach 80. rocznicy bitwy o Przełęcz Dukielską, zapowiedział, że „jeśli w 2025 r. zostanie stworzona taka możliwość dla przedstawicieli rządów”, to chciałby wziąć udział w moskiewskich obchodach 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Miałby to być wyraz szacunku i wdzięczności wobec Armii Czerwonej za wyzwolenie kraju, gdyż „wolność przyszła na Słowację ze wschodu”. Tego samego dnia udzielił wywiadu, w którym oświadczył, że dopóty, dopóki będzie premierem, będzie przekonywał posłów swojej partii, aby „nigdy nie zgodzili się na członkostwo Ukrainy w NATO, gdyż oznaczałoby to początek III wojny światowej”.

(...)

Prorosyjskie wypowiedzi Ficy stanowią element strategii nakierowanej na utrzymanie elektoratu w warunkach relatywnie dużych sympatii do Rosji (...). Jak dotąd taktyka ta przynosi efekty – partia premiera, lewicowo-narodowy Smer, od wiosny 2023 r. niezmiennie prowadzi w sondażach. Jej wyborców cechuje ponadprzeciętna – nawet w skali słowackiej – sympatia dla działań Kremla: 35% z nich życzy wygranej w trwającej wojnie Rosji, a tylko 5% – Ukrainie (badanie agencji Ipsos z maja). Przemawiają do nich zatem deklaracje o sceptycyzmie wobec członkostwa Ukrainy w NATO. Są one zarazem dla Słowacji relatywnie mało kosztowne, gdyż w Sojuszu nie ma obecnie konsensusu w tej sprawie. Zgoda USA i Niemiec na wejście Ukrainy do NATO skutkowałaby zapewne dostosowaniem się rządu w Bratysławie do woli większości.

osw.waw.pl


W ciągu tygodnia od wyparcia oddziałów ukraińskich z Wuhłedaru Rosjanie nie podjęli próby rozwinięcia powodzenia i wyprowadzenia silnego uderzenia na wycofującego się przeciwnika. Rozwój sytuacji pod tym miastem przypomina zatem ostatnią fazę bitwy o Awdijiwkę z lutego br., kiedy to – po czterech miesiącach ciężkich walk i opanowaniu głównego węzła oporu Ukraińców – Rosjanie musieli skupić się na uzupełnieniu strat i przegrupowaniu swoich sił, a co za tym idzie dali przeciwnikowi czas na przygotowanie obrony na kolejnych rubieżach. Według dostępnych informacji oddziały osłonowe ukraińskiej 72 Brygady Zmechanizowanej opuściły Wuhłedar w nocy z 30 września na 1 października. Poniesione przez stronę ukraińską w czasie manewru odwrotowego straty były dotkliwe – to przynajmniej kilkudziesięciu poległych lub zaginionych bez wieści; dodatkowo co najmniej pięciu żołnierzy ukraińskich miało zostać rozstrzelanych przez Rosjan w Wuhłedarze zaraz po tym, jak trafili do niewoli.

Rosjanie kontynuują operację zaczepną w Donbasie, koncentrując swój wysiłek w kierunku miast Pokrowsk i Kurachowe. Najcięższe walki trwają w okolicach wsi Hostre i Maksymiljaniwka (od 5 do 10 km na wschód od Kurachowego) oraz w rejonie Sełydowego i Hirnyka. Niekorzystny dla Ukraińców obrót przybiera sytuacja na północ i południe od Sełydowego. Od kilku tygodni celem agresora jest oskrzydlenie tego miasta za pomocą szturmów małych grup piechoty, przesuwających się powoli poza obszarem zwartej zabudowy. Na południe od niego Rosjanie zajęli osadę Cukuryne i zostali zatrzymani na linii kolejowej. Węzeł oporu w Sełydowem jest aktualnie najpoważniejszą przeszkodą w ruchu Rosjan w kierunku zachodnim i kluczowym elementem systemu obrony ukraińskiej między Pokrowskiem a Kurachowem.

Trwają również walki miejskie w Torećku i okolicach Nju-Jorku. Pomimo dużej aktywności rosyjskich grup szturmowych Ukraińcom udaje się w tym rejonie utrzymywać sytuację pod kontrolą. W stabilizacji tego odcinka frontu pomogło m.in. przeniesienie tutaj przed kilkoma tygodniami 12 Brygady Gwardii Narodowej „Azow”. Na początku września zmieniono także dowódcę grupy taktyczno-operacyjnej „Ługańsk”, odpowiadającej za odcinek rozciągający się od Dońca pod Siewierskiem do okolic Nju-Jorku. Aktualnie funkcję tę pełni Mychajło Drapatyj, uznawany za jednego z najbardziej utalentowanych generałów ukraińskich młodego pokolenia.

(...)

3 października grupa kilkudziesięciu żołnierzy 187 batalionu Obrony Terytorialnej (OT) ze składu 123 Brygady OT wzięła udział w mityngu w Wozniesieńsku (obwód mikołajowski), dokąd przedostała się po odmowie wykonania rozkazu i samowolnym opuszczeniu pozycji pod Wuhłedarem. Protestujący skarżyli się na brak odpowiedniego uzbrojenia i wyszkolenia, niepozwalający im na podjęcie walki na kierunku natarcia znacznie silniejszego przeciwnika. Zbiorowa dezercja nie spotkała się z żadnym stanowczym przeciwdziałaniem ze strony władz wojskowych. Nie jest to pierwszy przypadek tego typu – wiele analogicznych dezercji i publicznych skarg miało miejsce wiosną i latem 2022 r., kiedy to skierowano na front słabo wyszkolone i wyposażone oddziały rezerwowe i Obrony Terytorialnej.

Wydarzenia w 123 Brygadzie OT należy w pierwszej kolejności rozpatrywać jako syndrom głębokiego kryzysu tej części Sił Zbrojnych Ukrainy. Bataliony OT są powszechnie wykorzystywane w oderwaniu od macierzystych brygad i przydzielane czasowo do innych oddziałów. Przeważnie mają charakter lekkiej piechoty pozbawionej broni pancernej, artylerii czy nawet ciężkiej broni piechoty oraz środków transportu. Istotnym czynnikiem obniżającym wartość bojową oddziałów OT jest często niski poziom kadry oficerskiej, zwłaszcza w dowództwach batalionów i brygad. Problemy te sprawiają, że coraz częściej na Ukrainie dyskutuje się o potrzebie likwidacji OT i wcieleniu jej żołnierzy do oddziałów Wojsk Lądowych.

osw.waw.pl


Według "Financial Times" głównym katalizatorem spadków miały być niespełnione oczekiwania rynku. Zheng Shanjie, przewodniczący Chińskiej Narodowej Komisji Rozwoju i Reform (NDRC), na konferencji prasowej po spotkaniu chińskich urzędników nie ogłosił we wtorek wyczekiwanych przez inwestorów kolejnych środków fiskalnych mających na celu wesprzeć wzrost gospodarczy. 

Zamiast ogłosić dalsze potężne wydatki, na które liczyli inwestorzy, Zheng Shanjie powiedział dziennikarzom, że ma pełne zaufanie, “że gospodarka osiągnie swój oficjalny cel wzrostu PKB na cały rok wynoszący około 5 procent". 

"Tak się dzieje, gdy karmisz potwora. Każdego dnia musisz zwiększać ilość jedzenia lub zwraca się przeciwko tobie" - skomentował dla "Financial Times" główny ekonomista Azji i Pacyfiku w Natixis Alicia García-Herrero.

Podczas konferencji prasowej w Pekinie Zheng Shanjie powiedział, że ultradługie specjalne obligacje skarbowe o łącznej wartości 1 biliona juanów zostały w pełni rozmieszczone w celu finansowania lokalnych projektów. Obiecał, że władzę wrócą do ich emisji w 2025 roku. 

Przewodniczący NDRC ujawni też, że rząd centralny przedstawi do końca miesiąca plan inwestycyjny o wartości 100 mld juanów (14 mld dolarów) na przyszły rok. Zheng zobowiązał się też do większego wsparcia konsumpcji i krajowego popytu oraz wzmocnienia wsparcia dla ubogich Chińczyków i studentów. Nie padły przy tym jednak żadne kwoty.

bankier.pl

niedziela, 6 października 2024



Netanjahu wybrał idealny moment dla tej konfrontacji. Końcówka kampanii wyborczej w USA powoduje, że jest pewien, iż może do woli ignorować naciski ze strony Bidena i jego administracji, gdyż cokolwiek nie zrobi to i tak Amerykanie staną za nim murem. A nawet gdyby tak się nie stało to spowodowałoby to taką krytykę ze strony środowisk żydowskich i proizraelskich w USA, że szanse Kamali Harris na wybór radykalnie by się zmniejszyły, a Demokraci przegraliby też Kongres. A przecież nie jest tajemnicą, że Netanjahu wolałby Trumpa i Republikanów. Tym bardziej chce tego Ben Gwir i Smotricz, którzy przecież uznawani są przez obecną administrację za persona non grata. Tyle, że jeśli cały region stanie w ogniu i USA zaangażują się w ten konflikt bezpośrednio i ofensywnie przeciwko Iranowi, to szanse Kamali Harris i Demokratów w wyborach również radykalnie zmaleją.

(...)

Odstąpienie przez Trumpa od JCPOA spowodowało odwrotny skutek od zamierzonego i teraz Iran jest praktycznie państwem progowym, czyli jest zdolny do wyprodukowania broni nuklearnej (co najmniej 4 głowic) w ciągu kilku tygodni. Jeśli Izrael uderzy na instalacje nuklearne to jest bardzo prawdopodobne, że zamiast zahamować ten program spowoduje to, że Iran zdecyduje się na jego dokończenie czyli wejście w posiadanie broni nuklearnej. Jedynie wspólne uderzenie Izraela i USA na te instalacje może doprowadzić do zniszczenia kluczowych obiektów. Ale naloty trzeba będzie powtarzać bo Iran odbuduje to co zostanie zniszczone, a w takiej sytuacji nie będzie miał już żadnych oporów przed pełnym rozwojem tego programu i ignorowaniem międzynarodowych ograniczeń. To zaś w praktyce oznaczać będzie wojnę amerykańsko-irańską.

(...)

Naloty na Iran nie sprowadzą do tego kraju demokracji, a nawet jeśli wybuchłaby rewolucja to miałaby ona bardzo krwawy przebieg. Bardziej prawdopodobne jest, że Izrael próbowałby zaktywizować siły separatystyczne i dżihadystycznych terrorystów ale wątpliwe jest to by bez ofensywy lądowej (która byłaby szaleństwem) można było w ten sposób jakoś realnie zagrozić dalszej egzystencji Republiki Islamskiej. Separatyści w Iranie są słabi i zdolni do działań asymetrycznych (guerilla) i to w bardzo ograniczonym zakresie. Natomiast wspieranie dżihadystów jest bardzo groźne gdyż zamiast do obalenia Islamskiej Republiki może doprowadzić do reaktywacji kalifatu ISIS (oczywiście nie na terenach szyickich, więc Republika Islamska dalej by istniała). Reformy w Iranie mogą jedynie dokonać się od wewnątrz i to na drodze pokojowej i w 2015 r., gdy zawarte zostało JCPOA Iran był najbliższy wejścia na drogę pokojowych przemian. Zerwanie JCPOA przez Trumpa zahamowało ten proces, przyśpieszyło program nuklearny Iranu i skłoniło Iran do nawiązania bliższej współpracy z Rosją. Nie byłoby dostaw dronów irańskich do Rosji w celu użycia ich w wojnie w Ukrainie, gdyby JCPOA pozostało w mocy.

defence24.pl


Medialne doniesienia wskazują, że to kanclerz Olaf Scholz użył swoich prerogatyw, aby odrzucić sprzeciw koalicyjnej Partii Zielonych (Bündnis 90/Die Grünen), która chciała, aby Niemcy się wstrzymały od głosu. W efekcie Berlin nie tylko przegrał, ale też głosował tak samo jak prochińskie i prorosyjskie Budapeszt i Bratysława. Sprzeciw Sholza wynika z presji  koncernów motoryzacyjnych, które są zależne od chińskiego rynku, a ich menadżerowie martwią się tylko o swoje premie i nie obchodzi ich dalsza perspektywa europejskiego przemysłu. To jednak upadek, kiedy kanclerz wywodzący się jakby nie było z socjaldemokracji, chodzi na pasku korporacji. Oczywiście, Sholz też kalkuluje, że Pekin oszczędzi niemieckie koncerny w swoich retorsjach. Jest to jednak krótkowzroczne myślenie i to nie tylko w perspektywie relacji z Chinami, ale przede wszystkim unijnej. Pozostałe państwa zobaczyły, że mogą działać nie tylko poza Berlinem, ale także przeciw niemu.

zawielkimmurem.net

sobota, 5 października 2024



Moim zdaniem dzisiejsze problemy artylerii rosyjskiej wynikają z trzech zasadniczych powodów. Pierwszy polega na ślepej wierze w posiadane ogromne (wydawałoby się – nieograniczone) zapasy systemów artyleryjskich i amunicji do nich. Szacuje się, że Rosja posiadała przed wojną zasoby amunicyjne oceniane na 14 mln szt. Cóż więc się stało, że pomimo wyprodukowania miliona pocisków w 2022 r., po roku wojny dopadł ich „głód amunicyjny”? Bo ogromna część (określana na 30-40%) nie nadaje się do niczego? Stało się zatem dokładnie to samo, co z artylerią – przechowywanie wszystkiego „pod chmurką”, w warunkach urągających wszelkim zasadom, doprowadziło do tego, że 2/3 sprzętu artyleryjskiego (z około 17 000) nie nadaje się do natychmiastowego użycia i wymaga remontów średnich i kapitalnych, a co najmniej 1/3 z tego – to złom…

Drugim powodem jest zastosowanie do dział samobieżnych podwozi czołgowych. W warunkach pokojowych wydawało się to całkowicie zasadne. Jednak podczas wojny, przy jednej fabryce produkującej te podwozia, okazało się to katastrofą. W wyniku ogromnych strat w czołgach produkcja dział opartych na ich podwoziach nie będzie miała znaczenia priorytetowego tak długo, jak długo nie zostanie odbudowana potęga pancerna. Czyli bardzo długo…

Tak więc (teoretycznie) rozwiązaniem pozostaje skupienie się na produkcji artylerii samobieżnej i rakietowej, o której wspomniałem powyżej. Ale tu mamy trzeci powód, polegający na tym, że Rosja nie ma zdolności do produkcji dużej ilości ciężkich podwozi samochodowych. Większość takich podwozi wykorzystuje się w artylerii rakietowej, co powoduje kolejne wąskie gardło i dlatego Rosja musi je kupować np. od Białorusi (Chiny wprowadziły embargo na takie pojazdy)…

(...)

Oczywiście dochodzą do tego również inne czynniki, takie jak nikła produkcja luf armatnich, braki w systemach dowodzenia i kierowania ogniem, zabezpieczenie w wozy dowodzenia i wyspecjalizowane wozy amunicyjne. Biorąc zatem pod uwagę kondycję rosyjskiej gospodarki, poniesione straty, konieczność zastąpienia artylerii zużytej w długotrwałej wojnie, a także proces opracowania i wdrożenia nowych, choćby zbliżonych do NATO-wskich rozwiązań w zakresie zwiększenia zasięgu, amunicji i systemów kierowania ogniem – czas odtwarzania rosyjskich WRiA oceniam przynajmniej na 10-15 lat. Pod warunkiem, że rozwój artylerii zachodniej, pozostanie na dotychczasowym, przyznajmy to szczerze – niskim poziomie (zarówno pod względem ilościowym, jakościowym jak i wdrażanych nowoczesnych rozwiązań)…

(...)

Wojna w Ukrainie pokazuje jeszcze jeden ciekawy precedens. Otóż artyleria ciągniona, która przed 2014 r. wydawała się być w stanie schyłkowym, odgrywa w tej wojnie ogromną rolę. Bo cóż z tego, że jest mniej mobilna od artylerii samobieżnej, a przez to (teoretycznie) bardziej podatna na zniszczenie, skoro jest jej więcej (po obu stronach), jest tańsza, bardziej dostępna (ogromne zapasy światowe) i, co najważniejsze w długotrwałej wojnie i przy mobilizacji ogromnych rzesz rezerwistów – prostsza w obsłudze.

Pragnę zwrócić uwagę zwłaszcza na ten ostatni aspekt: wyszkolenie obsług dział ciągnionych trwa bardzo krótko. Tymczasem szkolenie obsług dział samobieżnych wymaga dużo więcej czasu, czego przykładem są początkowe problemy techniczne z armatohaubicami PzH2000, czy duże straty w Krabach. Stąd też tak długo szykowano dla Ukrainy obsługi Archerów. Dlatego też haubicoarmata M777, choć okazała się niewygodna w manewrowaniu i wrażliwa na ogień przeciwnika, jest za to łatwa w obsłudze i bardzo celna. Co więcej – z nową NATO-wską amunicją ma taki sam zasięg, jak jej samobieżne koleżanki.

W przypadku dział samobieżnych (mam tu na myśli najnowocześniejsze systemy zachodnie i rosyjskie) w obsłudze 40-50-tonowych maszyn fachowcami muszą być wszyscy. Tu nawet amunicyjny musi umieć obsługiwać skomplikowane systemy pokładowe. A to nie wszystko: na każdego z funkcyjnych przypada do obsługi 10 ton sprzętu, co już jest ponad ich siły, a i tak potrzeba jeszcze 3-4 specjalistów, którzy będą w stanie dokonać napraw i przeglądów wszelkich urządzeń oraz systemów pokładowych, począwszy od silnika i trakcji, poprzez samo działo, system kierowania ogniem (SKO) i jego oprogramowanie, systemy nawigacyjne i środki łączności. Zatem nawet niewielka usterka lub choćby potrzeba aktualizacji oprogramowania może wyeliminować skomplikowane działo z walki na długi czas, gdy naprawa w warunkach polowych okazuje się niemożliwa.

Podobna kwestia dotyczy kołowych armatohaubic, których dotychczas nigdzie na świecie nie traktowano poważnie, a wręcz uważano, że ich obsługi są bardziej narażone na ogień przeciwnika. 

(...)

Kolejnym problemem jest to, że na Zachodzie za dużą intensywność ognia uznawano dotychczas wystrzelenie z działa… 100 pocisków dziennie. Tymczasem Ukraińcy wystrzeliwali ich co najmniej trzy razy więcej. O przekraczaniu norm eksploatacyjnych świadczy pamiętny przypadek Kraba, któremu 1.10.2022 r. urwało lufę. To działo w niecałe pół roku wystrzeliło 9 000 pocisków, podczas gdy limit wynosi…2 500. W czasie intensywnej, długotrwałej wojny nie ma się czemu dziwić – jest to naprawdę ogromny problem, który dotyczy całej artylerii lufowej. W czerwcu, po bitwach pod Biłohoriwką i Siewierodonieckiem, z powodu zużycia i uszkodzeń odesłano do remontu kilkadziesiąt haubic M777. Problem ten zaostrzył się jeszcze bardziej w toku bitwy o Bachmut, po półrocznej eksploatacji bojowej.

defence24.pl


Po dziesięcioleciach globalizacji świat dzieli się na dwie części, a Europa znajduje się pośrodku. Niemiecki przemysł motoryzacyjny jest szczególnie mocno dotknięty tą geopolityczną zmianą. Żadna inna branża nie skorzystała tak bardzo na otwarciu światowych rynków. Dla wielu ludzi w krajach rozwijających się gospodarczo VW, BMW czy Mercedes-Benz były wyrazem ich własnego awansu społecznego. Teraz coraz trudniej jest im je sprzedać.

O tym, jak napięta jest sytuacja, po raz kolejny przekonaliśmy się w piątek wieczorem. VW po raz drugi w ciągu zaledwie kilku miesięcy obniżył swoje cele na bieżący rok. Oczekuje się, że zamiast wzrostu o pięć proc., sprzedaż nieznacznie spadnie w porównaniu do 2023 r., a liczba sprzedanych samochodów również prawdopodobnie spadnie. W oświadczeniu jako przyczynę problemów podano "wymagające otoczenie rynkowe".

Kiedy konsultant Jochen Siebert myśli o sytuacji Volkswagena, przychodzi mu na myśl tytuł filmu "Wszystko wszędzie naraz". Siebert podróżuje po Chinach od 15 lat, a obecnie doradza swoim klientom przemysłowym z Singapuru. Jak mówi, sytuacja zachodnich producentów samochodów jest szczególnie dramatyczna w Chińskiej Republice Ludowej.

W ciągu pięciu lat chińskie marki zwiększyły swój udział w rynku z 30 do 66 proc. "Międzynarodowe marki tracą jeden punkt procentowy udziału w rynku każdego miesiąca. To naprawdę boli".

Powodem tego nie jest polityka, ale rynek. Producenci samochodów w Chinach są zaangażowani w rujnującą wojnę cenową. Jak donosi Siebert, w ciągu dwóch lat średnie ceny nowych samochodów spadły o 30 proc., podczas gdy wyniki sprzedaży pozostały na tym samym poziomie. Fabryki pracują obecnie tylko na połowie swoich możliwości, a wielu nowych producentów samochodów elektrycznych odnotowuje straty. Niemieckie firmy spodziewają się zatem drastycznego spadku zysków.

To, co rynek robi w kraju komunistycznym, państwo robi w USA, Kanadzie i UE. Ameryka Północna praktycznie całkowicie zakazuje importu chińskich samochodów, podczas gdy Europa planuje cła karne na import. Oba będą miały wpływ na niemieckich producentów. Na przykład BMW produkuje również e-samochody w Chinach dla Europy. VW wykorzystuje części od chińskich dostawców, których import do USA jest już zakazany.

Oczywiście konkurencja w Chinach ma również podłoże polityczne. Od 2015 r. Partia Komunistyczna pod rządami Xi Jinpinga realizuje strategię uniezależnienia się od zachodnich technologii. Dzięki ukierunkowanym pożyczkom, dotacjom i bezpośrednim interwencjom, państwowym planistom udało się zbudować własny przemysł samochodowy, w tym dostawców. Chociaż zasadniczo składa się on z prywatnych firm, jest wynikiem rządowego planu.

— W negatywnym sensie istnieje ryzyko, że rynki staną się coraz bardziej podzielone — mówi Stefan Bratzel, szef Centrum Zarządzania Motoryzacją w Bergisch Gladbach. — Po wielu latach wzrostu dzięki otwartym rynkom i niskim kosztom, obecnie doświadczamy odwrotnego trendu — mówi. Bratzel jest również zwolennikiem regulacji, które zapewnią, że chińscy producenci samochodów osiedlą się w Europie i stworzą tu miejsca pracy.

Tak dzieje się w Chinach od dziesięcioleci. W ubiegłym roku niemieckie marki samochodowe sprzedały tam 4,6 mln nowych samochodów, z czego tylko pięć proc. zostało wyeksportowanych z Niemiec.

— Sprzedaż niemieckich producentów samochodów w Chinach pochodzi prawie w całości z chińskiej produkcji — mówi Manuel Kallweit, główny ekonomista Niemieckiego Stowarzyszenia Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA). Słabsza sprzedaż ma szczególny wpływ na tamtejsze zakłady produkcyjne. — Tak więc w Chinach istnieje również zainteresowanie wykorzystaniem mocy produkcyjnych tamtejszych fabryk — wyjaśnia.

Podobna sytuacja ma miejsce w USA. BMW, Mercedes i VW produkują tam we własnych fabrykach na rynek lokalny. Niemieccy dostawcy założyli fabryki w sąsiedztwie. Lokalizacje te nie są jednak oddzielone od rynku krajowego i globalnego. Wręcz przeciwnie: — Pomysł, że produkcja samochodów mogłaby być niezależna od innych regionów, jest absurdalny. Łańcuchy wartości w branży są szeroko rozgałęzione na całym świecie — mówi Kallweit.

onet.pl