wtorek, 1 października 2024



1 października rosyjska piechota zajęła większą część Wuhłedaru, w tym siedzibę lokalnych władz. W ostatnich dniach września najeźdźcy systematycznie wypierali Ukraińców z pozycji położonych na wschód i zachód od miasta, co pozwoliło na wzięcie pod kontrolę ogniową dróg wyjazdowych i ułatwiło szturm na obszary zabudowane. Nie wiadomo, jak wysokie są straty obu stron i czy agresorowi udało się odciąć część zgrupowania przeciwnika. Walki o Wuhłedar trwają ze zmiennym natężeniem od marca 2022 r., tj. od momentu zatrzymania rosyjskiej ofensywy na linii pobliskiej rzeki Kaszłahacz. Najeźdźcy dwukrotnie podejmowali zmasowane próby zdobycia miejscowości (w listopadzie 2022 r. i w styczniu–lutym 2023 r.). Zakończyły się one bardzo dużymi stratami w ludziach i sprzęcie pancernym. Sytuację udało im się zmienić dopiero w 2024 r., kiedy w ciągu kilku miesięcy wyparli Ukraińców z pozycji zajmowanych na wschód od miasta.

Wuhłedar, położony na dominującym nad bezleśną okolicą wzniesieniu, stanowił bardzo dogodny punkt oporu. Bloki mieszkalne dawały przy tym dobre schronienie przed rosyjskimi pociskami artyleryjskimi i bombami lotniczymi. Dalsza spoistość obrony ukraińskiej w tej części Donbasu zależy w dużym stopniu od stanu fortyfikacji. Kolejny cel agresora w rejonie to Kurachowe (ok. 20 km na północ od Wuhłedaru). Zapewne najeźdźcy będą je chcieli oskrzydlić od północy i południowego zachodu.

Na pozostałych odcinkach frontu nie doszło do istotnych zmian w położeniu stron. Ciężkie walki trwają głównie w Donbasie, a także – punktowo – na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego oraz w obwodzie kurskim. Postępy Rosjan na głównym kierunku uderzenia w obwodzie donieckim, tj. w rejonie Pokrowska, Myrnohradu i Sełydowego, zostały zredukowane do minimum. 26 września najeźdźcy podjęli próbę przełamania obrony przeciwnika w okolicach wsi Kruhlakiwka i Kolisnykiwka (ok. 20 km na południe od Kupiańska w obwodzie charkowskim) w celu rozbicia jego ugrupowania na dwie części i osiągnięcia rzeki Oskoł. Atak grup zmechanizowanych liczących w sumie ok. 50 czołgów, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych odparto głównie za pomocą dronów uderzeniowych.

W ciągu ubiegłego tygodnia agresor codziennie atakował Ukrainę z użyciem dronów Shahed 131/136. Od nocy z 24 na 25 września do 1 października rano w jej przestrzeń powietrzną wleciało co najmniej 345 bezzałogowców tego typu, z których 298 miało zostać zestrzelonych przez obronę powietrzną. Część pozostałych została zagłuszona środkami walki radioelektronicznej i zeszła z kursu, rozbijając się w niewiadomych miejscach lub wlatując w przestrzeń powietrzną Rosji i Rumunii. W świetle danych ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych skuteczność uderzeń z użyciem dronów Shahed 131/136 w ubiegłym tygodniu wyniosła poniżej 10%. 28 września Rosjanie zaatakowali nimi szpital w Sumach, uszkadzając część budynków i zabijając co najmniej dziesięć osób. To kolejne uderzenie na cywilny obiekt ochrony zdrowia spełniające kryteria zbrodni wojennej. Dzień wcześniej w wyniku ataku bezzałogowców na port Izmaił nad Dunajem zginęło troje cywilów. Poza tym rosyjskim dronom udało się zniszczyć lub poważnie uszkodzić obiekty infrastruktury energetycznej m.in. w obwodach iwanofrankiwskim i mikołajowskim.

Wrzesień 2024 r. stał się pierwszym miesiącem, w trakcie którego najeźdźcy codziennie stosowali „szahedy”. Według oficjalnych komunikatów w ukraińską przestrzeń powietrzną wleciało ich 1339, z czego 1107 (83%) zestrzelono, a niektóre z pozostałych zagłuszono środkami walki radioelektronicznej.

(...)

26 września członek Komisji Bezpieczeństwa Narodowego, Obrony i Wywiadu Rady Najwyższej Ukrainy Fedir Wenisławski potwierdził, że spośród mężczyzn, którzy przekroczyli 50. rok życia, mobilizacji będą podlegać jedynie ci, którzy posiadają deficytowe specjalizacje wojskowe. Oświadczył, że jednostki wojskowe odmawiają przyjmowania starszych wiekiem poborowych niemogących podołać służbie na froncie.

1 października minister obrony Ukrainy Rustem Umierow zapowiedział dymisję czterech ze swoich ośmiu zastępców, odpowiedzialnych m.in. za logistykę i kwestie finansowe. Powodem roszad ma być konieczność „dokończenia procesu oczyszczenia systemu zakupów dla armii w ścisłej współpracy z organami ścigania i organami antykorupcyjnymi”.

Najważniejsza zmiana organizacyjna polega na przejęciu przez resort obrony kontroli nad przedsiębiorstwem Spectecheksport, zajmującym się eksportem i importem uzbrojenia. Dotychczas znajdowało się ono pod nadzorem wywiadu wojskowego. Zmiana wskazuje na słabnącą pozycję szefa tego ostatniego – Kyryła Budanowa. Nasilają się spekulacje medialne o możliwości jego dymisji, zwłaszcza po tym, jak pod koniec września minister obrony odwołał bez podania przyczyny jego dwóch zastępców. Decyzje Umierowa były najprawdopodobniej zainicjowane przez Biuro Prezydenta i stanowią reakcję na spory w kierownictwie resortu o zarządzanie kwestiami finansowymi, w tym zakupami uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Dzień wcześniej Zełenski „omówił” z Umierowem plany wdrożenia zmian w sposobie działania instytucji związanych z systemem obronnym państwa.

osw.waw.pl


Po co inwestować w rynek, który cię wyklucza? Bez obietnicy zysków amerykańskie firmy stają się również mniej chętne do walki o Chiny i ideę, że chiński rynek ma kluczowe znaczenie dla sukcesu ich przyszłości. Pekin ma coraz mniej przyjaciół w Waszyngtonie, a ciężar relacji USA-Chiny przenosi się z budowania wzajemnie korzystnych więzi gospodarczych na równoważenie antagonistycznych interesów bezpieczeństwa narodowego.

Zamiast jednak próbować ożywić chińskiego konsumenta, a tym samym przywrócić kluczowe więzi gospodarcze z Ameryką, jego przywódca, Xi Jinping, najwyraźniej się tym nie przejmuje.

— Xi wcale nie budzi się każdego dnia, nie analizuje gospodarki i nie wpada w panikę — powiedział mi Lee Miller, założyciel firmy sondażowej China Beige Book. —Uważa, że robi to, co powinien i że jest to nieprzyjemne lekarstwo — dodał.

Według Xi Chiny muszą stać się niezniszczalne i niezastąpione. Oznacza to wspieranie przedsiębiorstw państwowych i innych firm krajowych, dając im przewagę na rynku, gdy konkurują z firmami zagranicznymi o kawałek kurczącego się chińskiego tortu gospodarczego. Oznacza to uzależnienie reszty świata od chińskich produktów. Nie tylko tanich towarów, ale także zaawansowanych technologii, takich jak półprzewodniki, baterie i sztuczna inteligencja, a także towarów, które składają się na dalszy łańcuch dostaw, takich jak gal i german.

Samowystarczalność dla nas, ale nie dla was. Jest to strategia tak niezrównoważona, że ośmiela resztę świata, by wreszcie coś z tym zrobiła. I nie dotyczy to Chińczyków uzależnionych od frappuccino produkowanego przez amerykańską firmę. Pokojowe stosunki między Chinami a Stanami Zjednoczonymi opierają się na przekonaniu, że możemy robić ze sobą interesy, nawet jeśli nie podzielamy tych samych wartości. Stany Zjednoczone starają się być społeczeństwem otwartym; Chiny są coraz bardziej zamknięte. Możemy spierać się na Morzu Południowochińskim, o Tajwan, o zasoby na całym świecie, ale to pieniądze trzymały nas razem.

Bez dostępu do chińskiego konsumenta, amerykańscy interesariusze mają mniej powodów, by postrzegać Chiny jako rynek, a więcej powodów, by postrzegać je jako zagrożenie.

Po zakończeniu pandemii w 2023 r. chińska gospodarka doświadczyła tego, co na Wall Street znane jest jako "odbicie martwego kota". Wyobraź sobie zdechłego kota na jezdni — może nieco odbijać się od ziemi, ale nigdzie się stamtąd nie ruszy. Podobnie zdziesiątkowana gospodarka Chin nieco się ożywiła po zakończeniu ograniczeń związanych z COVID w 2023 r., ale rok później sytuacja wygląda ponuro.

Cel Pekinu dotyczący wzrostu PKB o 5 proc., niegdyś uchodzący za pewnik, teraz stoi pod znakiem zapytania. Zadłużenie na rynku nieruchomości wciąż ciągnie gospodarkę w dół, a rządowe plany dotyczące boomu eksportowego nie wydają się opłacać. Przedłużająca się deflacja obniża wartość chińskiej waluty i ostatecznie oznacza, że Chiny muszą sprzedawać więcej towarów eksportowych, aby zarobić tyle samo pieniędzy. Bezrobocie wśród chińskich młodych ludzi w wieku od 16 do 24 lat wzrosło w lipcu do 17,1 proc., zmuszając nową klasę (często) nadmiernie wykształconych absolwentów do konkurowania o nisko płatne miejsca pracy. Nazywa się ich "dzieciakami ze zgniłym ogonem". Brutalne.

W poprzednich okresach spowolnienia gospodarczego Komunistyczna Partia Chin reagowała na nie poprzez zwiększanie wydatków na infrastrukturę, budownictwo mieszkaniowe i utrzymanie zatrudnienia. To sprawiało, że koła się obracały, ale za każdym razem kraj był coraz bardziej zadłużony. Jest tylko jeden sposób, aby zejść z takiej ścieżki, a jest nim bolesny okres spłaty zadłużenia, który może osłabić popyt w gospodarce. Xi zdecydował się odłożyć pistolet na pieniądze, nie robiąc nic, aby pomóc przeciętnym chińskim gospodarstwom domowym w czasie, gdy gospodarka się kurczy. Powiedział członkom partii w lipcu, aby okazali "niezachwianą wiarę" w jego wielką strategię gospodarczą, ale na razie nie widać tego efektów. Na początku tego miesiąca, wykazując niezwykłą rozbieżność z polityką Xi, były szef Ludowego Banku Chin, Yi Gang, powiedział, że rząd powinien zaangażować się w pewnego rodzaju bodźce, aby osiągnąć już złagodzone cele wzrostu. (...)

Amerykańskie firmy odczuły to na własnej skórze. Na początku tego roku sprzedaż iPhone'ów Apple w Chinach spadła o 24 proc. i od tego czasu wykazuje tendencję spadkową. Starbucks, który ma ponad 7300 lokali w Chinach, odnotował w drugim kwartale spadek sprzedaży o 14 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Problemy Nike w Chinach przyczyniły się do prawie 30-proc. spadku akcji spółki w ujęciu rok do roku. Zagraniczne firmy samochodowe również są miażdżone. Tesla odnotowała spadek udziału w chińskim rynku pojazdów elektrycznych z 9 proc. do 6,5 proc. w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy roku. W odpowiedzi na te doniesienia Elon Musk powiedział: "Wiara w te doniesienia świadczy o głupocie. Nasza fabryka w Szanghaju pracuje na maksymalnych obrotach".

(...)

Rada stwierdziła, że jedna czwarta jej członków wymieniła "niewystarczający popyt lub nadwyżkę mocy produkcyjnych jako ograniczenie nr 1 dla rentowności w tym roku". Pieniądze, które chińscy konsumenci wciąż są w stanie wydać, coraz częściej trafiają do firm, które powstały w ich ojczyźnie. Krajowi producenci telefonów pożerają Apple, a sprzedaż smartfonów Huawei wzrosła w pierwszych trzech miesiącach roku o 70 proc. W 1999 r. Starbucks otworzył swój pierwszy lokal w Chinach i był postrzegany jako symbol statusu, ale obecnie ma silniejszą konkurencję ze strony chińskich marek, takich jak Luckin i Cotti Coffee. Nie jest to przypadek. To część planu Xi, którego celem jest uwolnienie Chin od zagranicznych zależności i wpływów.

W ankiecie przeprowadzonej przez radę 80 proc. respondentów stwierdziło, że "chińska polityka przemysłowa wzmacnia firmy, które wcześniej były niekonkurencyjne", a konkurencja ze strony chińskich rywali znalazła się na trzecim miejscu pod względem obaw związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej w Chinach. Tak, amerykańskie firmy nadal zarabiają pieniądze w Chinach. Jest to jednak coraz bardziej niekomfortowe, a perspektywy są kiepskie.

(...)

Na szczególną uwagę zasługują coraz słabsze powiązania między Chinami a Wall Street, i to nie dlatego, że mieszkańcy Szanghaju i Pekinu będą tęsknić za piciem Moutai z bankierami Goldman Sachs, ale dlatego, że Wall Street jest potężnym sojusznikiem Waszyngtonu. Organizują spotkania między zainteresowanymi stronami i mówią o korzyściach płynących z relacji między krajami Pacyfiku. Dawno, dawno temu Ray Dalio, założyciel Bridgewater Associates, największego funduszu hedgingowego na świecie, mówił każdemu, globalnym politykom, inwestorom, każdemu, kto przeczytał jedną z jego wielu książek lub wpisów na blogu, o świetlanej przyszłości Chin. Teraz mówi wszystkim, że minimalizuje swoją aktywność w tym kraju i że nie będzie "pięknego zmniejszania dźwigni finansowej" dla Chin. Jest to ostatnia rzecz, której Pekin potrzebuje, aby przeniknąć do umysłów amerykańskich decydentów.

Jeden z byłych urzędników Departamentu Stanu ds. Azji Wschodniej powiedział mi, że Chiny masowo wysyłają delegacje partyjne do Waszyngtonu, ale nikt nie chce się z nimi spotkać. Bez sojuszników Waszyngton jest samotnym (lub wrogim) miejscem dla zagranicznych rządów, zwłaszcza gdy te zagraniczne rządy opracowały strategię gospodarczą, która może potencjalnie zaszkodzić naszej gospodarce.

— Zmierzamy do kolejnej wojny handlowej bez względu na to, kto będzie prezydentem — powiedział mi Miller. — Model gospodarczy, którego chce Xi, nie jest kompatybilny z resztą świata. Sposób myślenia polega na spojrzeniu na to z perspektywy bezpieczeństwa narodowego, a nie z perspektywy ekonomicznej — dodał.

(...)

Pomijając Biały Dom, Pekin znajduje się w martwym punkcie. Były urzędnik Departamentu Stanu powiedział mi, że urzędnicy KPCh nie rozumieją w pełni siły, jaką dysponuje Kongres. A Kongres stał się zdecydowanie antychiński. Nawet Republikanie z Komisji Usług Finansowych Izby Reprezentantów, którzy niegdyś byli skłonni pozwolić Wall Street na swobodne inwestowanie w chińską gospodarkę, nie mogą dojść do porozumienia co do tego, jak rygorystyczne powinny być ograniczenia dotyczące inwestowania w tym kraju. Niektórzy chcą iść twardo; inni chcą iść jeszcze ostrzej. Dwupartyjna komisja House Select Committee on China nie ma problemu z oddawaniem strzałów ostrzegawczych w kierunku niektórych z ostatnich korporacyjnych sojuszników Chin, czyli firm produkujących półprzewodniki.

Chińskie próby rozwinięcia krajowego łańcucha dostaw chipów wciąż pozostają w tyle, więc potrzebują amerykańskich firm, takich jak Broadcom i Nvidia. Firmy te z kolei uwielbiają miliardy, które zarabiają w Chinach. W serii tweetów komisja specjalna wezwała jednak administrację Bidena do zignorowania lobbystów półprzewodników pracujących w Waszyngtonie. "Wzywamy administrację Bidena do utrzymania rygorystycznych kontroli eksportu wprowadzonych w październiku 2022 r." — napisano. "Osłabienie tych środków wzbudziłoby poważne obawy co do ochrony przywództwa technologicznego USA i naszego bezpieczeństwa narodowego" — dodano. "Jeśli ci [półprzewodnikowi] prezesi uważają, że obecna amerykańska polityka kontroli eksportu jest szkodliwa dla amerykańskiej gospodarki i naszego bezpieczeństwa narodowego, to muszą przedstawić tę sprawę publicznie, być może przed komisją kongresową" — czytamy.

Miller powiedział mi, że uniezależnienie technologiczne między USA i Chinami nie jest już problemem dla Kongresu. To cel. — Amerykańskie firmy, które mają duże udziały w Chinach, mówią: "Nie możecie nam tego zrobić" — powiedział. — Cóż, zgadnijcie co? Istnieją kompromisy. W tej chwili nie płacimy wystarczająco wysokiej ceny za właściwą politykę — dodał. Ceny tej zmiany nie można wyrazić w zyskach przedsiębiorstw. Nie można jej w ogóle wyrazić w dolarach.

onet.pl


Sky News już kilka miesięcy temu na podstawie przeanalizowanych danych zwróciła uwagę, że od czasu nałożenia sankcji eksport brytyjskich samochodów faktycznie spadł do zera, ale w tym samym czasie ich eksport do Azerbejdżanu wzrósł o 1860 proc. Teraz jej dziennikarz miał okazję zaobserwować na własne oczy, w jaki sposób luksusowe samochody, nie tylko brytyjskiej produkcji, trafiają przez Kaukaz do Rosji.

Opisuje, że podczas pobytu w Gruzji jego uwagę zwróciły ogromne konwoje ciężarówek, przewożące wszelkiego rodzaju towary w kierunku jej północnego sąsiada, Rosji, a koło jedynego punktu kontrolnego na granicy między obydwoma państwami, w Lars, widział ogromne nieformalne parkingi, na których stały samochody luksusowych marek: Mercedes, BMW, Lexus czy Range Rover.

Jak relacjonuje, spędził dwa dni blisko granicy, obserwując proces, w którym samochody i inne ciężarówki były tam przywożone, a następnie wysyłane do Rosji. Rozmawiał z wieloma osobami zaangażowanymi w handel, odkrywając złożony, ale dopracowany system stworzony w celu transportu europejskich samochodów do Rosji.

"Jedna grupa mężczyzn ma za zadanie przywieźć samochody na granicę - czasami z salonów w stolicy, Tbilisi, czasami z portów Morza Czarnego w Poti lub Batumi. Zazwyczaj nie wiedzą, skąd pochodzą samochody - czy bezpośrednio z krajów takich jak Wielka Brytania, czy przez inne państwa Kaukazu, jak Azerbejdżan. Po przywiezieniu samochodów na granicę zostawiają je na parkingach, gdzie stoją przez kilka dni, aż do wypełnienia niezbędnych dokumentów. Dokumenty te nie są wypełniane bez komplikacji: gdy państwa europejskie nałożyły sankcje, Gruzja wprowadziła własne zakazy wysyłania samochodów do Rosji. Istnieje jednak wiele luk, które umożliwiają mimo wszystko przewóz samochodów" - opisuje.

Wyjaśnia, że jednym ze sposobów jest zarejestrowanie samochodów i odprawa celna w Armenii, zanim dotrą na północ do punktu kontrolnego w Lars. Czasami tym, którzy wwożą samochody do Rosji, doradza się, aby mówili, że jadą tylko przez Rosję do Kirgistanu, choć wszyscy, włącznie z policją i gruzińskimi pogranicznikami, wiedzą, że pozostaną w Rosji. "Tak czy inaczej, ostatecznie tym samochodom wydawane są tablice rejestracyjne tranzytowe, po czym można nimi przejechać przez granicę. A ponieważ Gruzini mogą podróżować do Rosji bez wizy i odwrotnie, przewiezienie samochodów przez granicę to po prostu kwestia ich przewiezienia, pozostawienia samochodu po drugiej stronie, gdzie zostanie odebrany przez inną grupę mężczyzn, a następnie powrotu do Gruzji" - opisuje.

Zwraca uwagę na dwie kluczowe sprawy w tym systemie: po pierwsze, choć wszystko razem jest naruszeniem sankcji, żadnej pojedynczej osoby w łańcuchu nie można łatwo oskarżyć o ich naruszenie, a po drugie, samochody nie pojawiają się w danych celnych - z formalnego punktu widzenia po prostu przybywają do Azerbejdżanu lub Gruzji, a następnie znikają. Jak zauważa dziennikarz Sky News, skoro do Rosji przemycane są towary tak trudne do ukrycia jak samochody, to z pewnością można założyć, że tak samo dzieje się z innymi towarami potrzebnymi rosyjskiemu reżimowi do prowadzenia wojny. "Gospodarka Rosji pozostaje silna, w Moskwie nie brakuje towarów podstawowych i niepodstawowych, a po drodze państwa kaukaskie, takie jak Gruzja i Azerbejdżan, odnotowały ogromny wzrost gospodarczy, pełniąc rolę nieformalnego kanału handlowego. Wszyscy wygrywają – poza Ukraińcami" - zauważa. 

PAP


Głównymi bohaterami po stronie Izraelczyków są do tej pory użyte jedynie incydentalnie systemy obrony przeciwrakietowej Arrow 2 i 3 (Strzała). Nieczęsto wspominany w mediach i powszechnie znany od lat system Iron Dome (Żelazna Kopuła). Ten służy do obrony przed prostymi pociskami krótkiego zasięgu wystrzeliwanymi przez palestyńskie bojówki i libański Hezbollah. Mowa o zagrożeniach zdolnych przelecieć do około 70 kilometrów i poruszających się powoli jak na rakiety. Irańczycy atakowali bronią zupełnie innej kategorii wagowej - profesjonalnymi rakietami balistycznymi średniego zasięgu zdolnymi pokonać ponad tysiąc kilometrów. Co za tym idzie - rozwijającymi znacznie większe prędkości i lecącymi znacznie wyżej, czyli znacznie trudniejszymi do przechwycenia.

Systemy Arrow były szykowane na takie wydarzenie od końca lat 80., kiedy rozpoczęto ich rozwój. Bardzo aktywnie wspomagali Izraelczyków w tym przedsięwzięciu Amerykanie. Zarówno pieniędzmi, jak i prawdopodobnie wiedzą uzyskaną podczas własnych zimnowojennych programów systemów antybalistycznych (rakiety Spartan i Sprint). Już wówczas w rakietach balistycznych państw arabskich i Iranu upatrywano jednego z najpoważniejszych zagrożeń dla Izraela. Ataki Irakijczyków pociskami SCUD w 1991 roku podczas wojny o Kuwejt i kiepskie wyniki próbujących je przechwytywać amerykańskich systemów Patriot (co było impulsem do ich poważnej modernizacji) dały dodatkowego znaczenia programowi Arrow. W 1994 roku przeprowadzono pierwszy udany test rakiety pierwszej generacji Arrow-1. Oceniono ją jednak jako nie dość dobrą i kontynuowano prace nad poważnie zmodyfikowaną Arrow-2. Po serii testów uznano ją za wystarczającą i pierwszą baterię oficjalnie przyjęto do służby w 2000 roku. Na bazie tych prac w 2008 roku zainicjowano kolejne nad systemem nazwanym Arrow-3, mającym służyć do przechwytywania jeszcze trudniejszych celów. Oficjalnie przyjęto go do służby w 2017 roku.

(...)

Irański atak z użyciem około 120 rakiet balistycznych musiał być więc bardzo poważnym wyzwaniem dla izraelskiej obrony. Żadna tarcza antyrakietowa nie będzie miała stuprocentowej skuteczności, więc przedarcie się kilku irańskich rakiet nie jest zaskoczeniem, ale to i tak bardzo dobry wynik jak na skalę ataku. Izraelczykom pomogli w jego osiągnięciu prawdopodobnie Amerykanie. Według nieoficjalnych informacji telewizji Fox News w operacji wzięły udział dwa niszczyciele US Navy operujące w pobliżu wybrzeży Izraela. Przy użyciu rakiet SM-3 i systemu AEIGS BMD miały strącić łącznie cztery irańskie rakiety balistyczne.

Jest też możliwe, że Izraelczykom pomogła zawodność irańskich pocisków. W poniedziałek rano amerykański dziennik "Wall Street Journal" napisał, powołując się na anonimowych informatorów w Pentagonie, że mniej więcej połowa irańskich rakiet balistycznych przeznaczonych do ataku doznało usterek i albo w ogóle nie wystartowało, albo nie doleciało do celu. Byłby to bardzo kiepski wynik, choć nie niemożliwy. Zawodność na poziomie kilkunastu procent nie jest niczym niezwykłym w rakietach balistycznych czy manewrujących, zwłaszcza takich, które nie były używane na dużą skalę i nie było okazji wychwycić niedoróbek. Tego rodzaju wynik osiągnęły choćby amerykańskie pociski manewrujące Tomahawk w operacji Pustynna Burza.

Irańczycy swoich rakiet średniego zasięgu nigdy jeszcze nie używali na taką skalę, są więc relatywnie słabo przetestowane. Mogli też użyć najstarszych posiadanych. Kilkadziesiąt procent zawodności nie jest nie do pomyślenia. Choć nie ma wątpliwości, że irańskie rakiety krótszego zasięgu działają. Irańczycy pokazali to choćby atakując bazę wojska USA w Iraku w 2020 roku. To były jednak rakiety o zasięgu kilkuset kilometrów. Do Izraela z Iranu jest ponad tysiąc. Po szczątkach i na nagraniu odpaleń opublikowanym przez Irańczyków zidentyfikowano pociski Emad, Ghadr i Kheybar-Shekan. Do tego prawdopodobnie Dezful. Wszystko broń zaprezentowana publicznie na przestrzeni ostatniej dekady. Wszystko sprzęt bazujący na pozyskanej z Korei Północnej technologii pocisku Nodong, czyli z kolei ewolucji radzieckich rakiet Elbrus (szerzej znanych jako SCUD).

Jeśli więc rzeczywiście poprawnie zadziałało około 60 irańskich pocisków, z czego cztery strącili Amerykanie, a kilka trafiło w bazy lotnicze Nevatim i Ramon (nieoficjalnie łącznie 9), to pozostałe około 45-50 musiało zostać strącone przez systemy Arrow-2 i -3. Jeśli twierdzenia "WSJ" o awaryjności są przesadzone, to skala przechwyceń musiała być większa, ponieważ pomimo upłynięcia dobrze ponad doby nie ma żadnych dowodów na więcej trafień niż te kilka w bazach lotniczych, z których cześć została nagrana przez okolicznych mieszkańców i do kilku przyznali się sami Izraelczycy. Na zdjęciach satelitarnych nie dostrzeżono na razie istotnych zniszczeń.

Niezależnie od tego ciągle mowa o najpoważniejszym starciu rakiet i systemów antyrakietowych w historii. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że chodzi o pełnoprawne systemy uzbrojenia, a nie proste pociski wystrzeliwane przez Palestyńczyków. Wcześniej systemy Arrow strąciły tylko w dwóch odrębnych incydentach po jednym pocisku balistycznym wystrzelonym przez Hutich z Jemenu. Ukraińcy strącili prawdopodobnie po maksymalnie kilka rakiet balistycznych krótkiego zasięgu w jednym starciu.

Uzupełnieniem irańskiego ataku pociskami balistycznymi średniego zasięgu było 170 dronów i 30 rakiet manewrujących. Część miała zostać wystrzelona przez proirańskie bojówki w Iraku i Hutich z Jemenu. Te pierwsze jako najwolniejsze i najtańsze najpewniej miały po prostu rozproszyć uwagę Izraelczyków, ewentualnie przy dużej dozie szczęścia w coś trafić. Te drugie, które lecą szybciej i są trudniejsze do przechwycenia, mogły mieć większą szansę dotrzeć do celu w ogólnym zamieszaniu. Nic z tego nie wyszło, ponieważ bardzo sprawnie zadziałało izraelskie, amerykańskie i brytyjskie lotnictwo.

Izraelczycy chwalą się, że żaden z atakujących obiektów nie przekroczył nawet granicy, co musi oznaczać strącenia nad morzem albo Arabią Saudyjską, Egiptem, Jordanią, Libanem lub Syrią. Nie ma konkretnych informacji na ten temat poza krótkim oświadczeniem Jordanii o tym, że wojsko królestwa zestrzeliło kilka obiektów latających, które naruszyły przestrzeń powietrzną kraju. Nieoficjalnie mowa też o tym, że Jordańczycy otworzyli ją dla izraelskich myśliwców, które w ten sposób mogły wcześniej zapolować na irańskie drony oraz rakiety. Syryjczyków o zgodę na coś takiego Izraelczycy na pewno nie pytali. Saudowie mogliby być przychylni z wrogości wobec Iranu.

Wobec skuteczności lotnictwa nie ma informacji o użyciu do odpierania ataku niższych szczebli izraelskiego systemu obrony powietrznej, czyli David's Sling (Proca Dawida) i Iron Dome (Żelazna Kopuła). Ten pierwszy ma móc przechwytywać rakiety balistyczne krótkiego zasięgu oraz samoloty, rakiety manewrujące i drony na dystansach do około stu kilometrów. Ten drugi to obrona na dystansach najkrótszych, rzędu kilku-kilkudziesięciu kilometrów przed rakietami najkrótszego zasięgu, oraz dronami i rakietami manewrującymi.

gazeta.pl

poniedziałek, 30 września 2024



Zgodnie z oświadczeniem Ministerstwa Obrony ChRL pocisk przenosił atrapę nuklearnej głowicy bojowej i „spadł na oczekiwane obszary morskie.” Dodano także, że test „był rutynowo ustalony” w rocznym planie szkolenia wojskowego. Pekin miał również „poinformować odpowiednie kraje z wyprzedzeniem”, podała chińska oficjalna agencja prasowa Xinhua w osobnej depeszy. Zgodnie z prawem międzynarodowym państwo przeprowadzające test powinno uprzedzić państwa znajdujące się na trasie pocisku, aby zapobiec wszczęciu alarmu przeciwrakietowego. NHK, powołując się na niezidentyfikowane źródło, poinformowało, że państwa, które zostały wcześniej powiadomione, to Australia i Stany Zjednoczone.

Nic nie wiemy oficjalnie jaką rakietę testowano. W mediach można znaleźć spekulacje, że był to test pocisku na paliwo stałe, DF-31 lub DF-41. DF-31 ma szacowany zasięg operacyjny od 7.000 do 11.700 km a DF-41 do 15.000 km i podobno może przenosić kilka niezależnie ukierunkowanych głowic.

Chiny w ostatnich latach przyspieszyły rozwój swojego arsenału rakietowego i nuklearnego. Modernizują środki przenoszenia oraz zwiększają liczbę głowic. W zależności od wielkości głowicy, Pekin teoretycznie może produkować od 40 do 80 głowic rocznie, ale nie mamy jak tego zweryfikować.

Siły Rakietowe ALW w przeszłości upubliczniały próby rakiet balistycznych krótszego zasięgu, ale potwierdzenie testów rakiet międzykontynentalnych jest rzadkie. Jeżeli agencje się nie mylą, to nie informowano o takim od czterdziestu czterech lat. Uważa się, że ostatni raz miało to miejsce w maju 1980 roku.

Dlaczego teraz zdecydowano się na poinformowanie opinii publicznej? Po pierwsze, we worek będzie 75 rocznica powołania ChRL, więc to dobra okazja na spektakularne fajerwerki. Przy słabnącej gospodarce – (...) – podbijanie nacjonalistycznej piłeczki jest więc próbą ucieczki do przodu. Drugi powód to konieczność zaprzeczenia plotkom, że źle się dzieje w siłach rakietowych. Nie dość, że była w nich czystka to jeszcze zachodnie media kpiły, że korupcja w armii sięga tak głęboko, że w rakietach zamiast paliwa jest woda (fake news).

zawielkimmurem.net


Niszczyciel Sazanami przeszedł cieśninę razem australijskimi i nowozelandzkimi jednostkami. Według doniesień agencyjnych trzy państwa planują wspólne manewry na Morzu Południowochińskim, ale z tego co wiem, nie ma oficjalnego potwierdzenia.

18 września lotniskowiec Liaoning w towarzystwie dwóch niszczycieli po raz pierwszy przeszedł między dwiema japońskimi wyspami Yonaguni i Iriomote w archipelagu Riukiu. Tokio stwierdziło, że okręty wpłynęły do jego strefy przyległej – 12 mil morskich od granicy morza terytorialnego, i nazwało incydent „całkowicie niedopuszczalnym.” Pekin stwierdził, że wszystko odbyło się zgodnie prawem międzynarodowym. Trzeba uczciwie przyznać, że to prawda. Sama droga wodna między wyspami ma szerokość 35 mil morskich, ale zgodnie z prawem międzynarodowym okręty innych państwa mogą przechodzić przez strefę przyległą.

Dzisiaj japońskie media, powołując się anonimowe źródła rządowe, twierdzą, że premier Fumio Kishida polecił przejście przez Cieśninę Tajwańską w obawie, że bezczynność po wtargnięciu Chin na terytorium Japonii może zachęcić Pekin do podjęcia bardziej asertywnych działań.

I to też prawda. Nic nie zachęca tak do agresji jak słabość, kunktatorstwo i brak odpowiedzi.

zawielkimmurem.net


Faktycznie, na papierze to wszystko wygląda pięknie, ale porównywanie tego do programu stymulacyjnego z 2008 roku, jest pomyłką. Wtedy Pekin wlał do gospodarki zawrotną sumę 586 mld USD. W 2008 PKB ChRL wynosiła 4,59 bln USD, (...). W 2023 roku PKB Chin wyniósł 17,88 bln USD, więc te 142 mld USD to śmieszna suma. W 2008 chińska gospodarka miała też możliwość zwiększania zadłużenia. Zadłużenie sektorów niefinansowych wynosiło wtedy 139% PKB, w 2023 było to prawie 300% – pewnie jest już dawno więcej, ale oficjalne statystyki trzymają się poniżej psychologicznego progu 300%.

Co więcej, w 2008 roku problemy miały przede wszystkim charakter zewnętrzny. To globalna gospodarka zwalniała po „wysypaniu się” amerykańskiego sektora pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka. Dzisiaj problemy chińskiej gospodarki mają źródła wewnętrzne i charakter strukturalny, które zostały pogłębione przez program stymulacyjny 2008 roku. Nie waham się napisać, że Chiny wręcz teraz płacą cenę za ówczesny brak reform i gaszenie problemów gotówką.

Suche statystyki jednak nie pokazują najważniejszego problemu, jakim są złe nastroje. Strategia „zero COVID” i brutalne lockdowny stanowiły szok dla chińskiej klasy średniej. Do tego dochodzi wciąż zacieśniana kontrola społeczna, polityzacja wszystkiego, obsesja bezpieczeństwa, rugowanie sektora prywatnego i przejmowanie najbardziej dochodowych przedsiębiorstw prywatnych przez państwowe spółki, wbrew zapowiedziom maleje dostęp prywatnych przedsiębiorców do finansowania w państwowych bankach itd. Mógłbym tak wymieniać bez końca, ale sięgnijmy głębiej. Zastyga wertykalna mobilność społeczna. Ludzie stracili nadzieję na poprawę poziomu życia nie tylko swojego, ale też swoich dzieci. Pozycja społeczna jest coraz częściej dziedziczona, a szanse na awans społeczno-ekonomiczny gwałtownie zostały ograniczone. Ścieżka edukacyjna została praktycznie zabetonowana przez wyższe eszelony wielkomiejskiej klasy średniej. Dorzućmy do tego problemy demograficzne i szybko przyśpieszające starzenie się populacji. To nie są problemy, które mogą rozwiązać jednorazowa pomoc pieniężna dla sierot lub 142 mld USD wrzucone w czarną dziurę, jaką stanowią przedsiębiorstwa państwowe.

Oczywiście, na jakiś czas wskaźniki makroekonomiczne drgną, ale po dwóch, trzech kwartałach okaże się, że problemy strukturalne zostały i optymizm rynków się skończy. Przypominam, jak krótkie było odbicie gospodarcze w Chinach po zniesieniu rygorów pandemicznych, a co pisały wtedy te same gazety, piejące w zachwycie nad dzisiejszym programem stymulacyjnym.

zawielkimmurem.net

niedziela, 29 września 2024



Prawdą jest, że Grupa Wagnera pojawia się w wielu państwach na zaproszenie rządów afrykańskich, a to sprawia, że ich obecność na kontynencie jest legitymizowana. Wagner pozostaje przedłużeniem obecności Rosji i jej siłą w Afryce, gdzie główne cele to: sprzedaż broni; pozyskiwanie surowców; wypieranie wpływów Zachodu; utrzymywanie chaosu wpływającego destrukcyjnie na UE, w tym wspieranie nielegalnej migracji; budowanie koalicji państw „trzeciego świata” wokół BRICS, by osłabić dominację USA; zdobywanie globalnego poparcia państw i przedstawianie swojej wersji wydarzeń w konflikcie z Ukrainą i Zachodem; rozbudowa infrastruktury w wybranych regionach Afryki, także militarnej.

Obecnie Grupa Wagnera przechodzi swego rodzaju „rebranding” z uwagi na pojawiające się oferty współpracy, niestabilność rządów w wielu krajach Afryki, a także możliwości samych Wagnerowców (którzy oferują dużo gorsze usługi niż np. elitarne CzWK Patriot). Po zabezpieczeniu władzy ich sojuszników w Afryce, m.in. w Mali, Burkina Faso, Nigru i RŚA, jednym z flagowych projektów jest tzw. zabezpieczanie przetrwania reżimów. To oznacza, że w zamian za dostęp do surowców Wagnerowcy utrzymują przy władzy prezydentów lub szefów junt. To nie tylko zmiana po śmierci Prigożyna, ale także element dywersyfikacji polityki na Afrykę, gdzie inwestycje stają się mniej ważne, a bardziej istotne pozostaje przejmowanie kapitału. Zatem rosyjski modus operandi polega na utrzymywaniu obecności wojskowej, co ma być finansowane z działalności gospodarczej w ramach koncesji wydobywczych. To pozwala na uzyskiwanie funduszy również na działalność międzynarodową i finansowanie obecności Rosji nie tylko w Afryce, ale również w innych regionach (m.in. Syria i Ukraina). W tym samym czasie, Kreml wypiera z rynku surowcowego kraje Zachodu; m.in. Kanadę z Mali i Francję z Nigru. Rosyjskie zaangażowanie ma utrudniać budowanie współpracy z krajami afrykańskimi i w tym samym czasie  odciągać uwagę np. od kwestii ukraińskiej i Bliskiego Wschodu.

Kreml nie może sobie pozwolić na rozproszenie swoich najemników (zarówno z Grupy Wagnera, jak i innych), ponieważ będą oni szukać zatrudnienia u innych pracodawców, albo obrócą się przeciw Moskwie; jak to miało miejsce podczas buntu Prigożyna. Dlatego jednoczenie ich, poprzez wykorzystanie doświadczenia i potencjału Wagnerowców, ma pozwolić na wzmocnienie rosyjskiej obecności nie tylko w Afryce, ale także i na Białorusi.

(...)

W kontekście stabilności rządów i możliwe zamachy stanu w Afryce, które mogą być przyczynkiem do zaangażowania Grupy Wagnera, ich liczba malała od lat 90. XX w., po czym od 2020 roku jest zauważalny znaczący wzrost. Wojskowi stojący za zamachami stanu, aby usprawiedliwić swoje działania, wskazują na błędy popełnione przez obalonych przywódców: słabe rządy i autorytaryzm, powszechna korupcja i nepotyzm, zła sytuacja gospodarcza oraz pogarszający się stan bezpieczeństwa. Prawdą jest, że co najmniej jeden z tych czynników jest obecny w przypadku większości zamachów stanu w Afryce. Co jednak kluczowe, nowa władza (junta) po pewnym czasie realizuje w pełni swoje interesy, często wojskowe, zapominając lub nie chcąc pamiętać o przyczynach zamachu, którego sami się dopuścili. Jest to nieustanna walka o wpływy. Oprócz tego równie często, aby podtrzymać swoją władzę, potrzebują wsparcia z zewnątrz i mogą decydować się na usługi oferowane przez Grupę Wagnera. W takim ujęciu rośnie rola Unii Afrykańskiej i innych organizacji regionalnych, które pomogą w naprawie sytuacji wewnętrznej państwa, które ma niestabilne rządy (w myśl hasła: „African solutions for African problems”). To jednak – ponownie – wiąże się z ingerencją z zewnątrz, co może podważać suwerenność państwa i stąd są bardzo ograniczone środki do reagowania, żeby „odwrócić” zamach stanu.

(...)

Obecnie doszło do takiego poziomu obaw o wejście rosyjskich najemników do jakiegokolwiek kraju afrykańskiego, że gdy dochodzi do zamachu lub jest jego próba (jak m.in. w 2023 roku w Sudanie, Nigrze, Gabonie, czy Sierra Leone), od razu pojawiają się pytania o wątek rosyjski. To demonstruje, jak bardzo obawiamy się zaangażowania Rosji, a tak nie powinno być. Często jest to kilkunastu instruktorów lub najemników wchodzących do kraju, który zrywa z Zachodem, postrzegając Grupę Wagnera jako wartościową alternatywę. Nie można przypisywać Moskwie całego splendoru i ogromnych umiejętności w kontekście kolejnego angażowania najemników, gdyż często jest to dynamiczny proces, który nie jest w pełni kontrolowany przez Kreml. Mozambik był porażką, w Mali Wagner wcale nie rośnie w siłę, a np. RŚA jest przypadkiem, gdzie wciąż można rozmawiać z prezydentem Touadérą. Przy powielających się konfliktach i rosnących w siłę grupach terrorystycznych Wagner może mieć problem ze wzmacnianiem swojej roli.

Najemnicy realizują doraźne cele Moskwy, od tłumienia antyrządowych zamieszek w przyjaznych krajach Afryki, poprzez ochronę osób (zarówno przedstawicieli rosyjskich, jak i lokalnych np. prezydenta Republiki Środkowoafrykańskiej) oraz obiektów (np. kopalni złota), aż po fizyczną eliminację przeciwników. Co ważne, Rosja zachowuje możliwość udziału w konfliktach regionalnych, unikając jednocześnie odpowiedzialności prawnej za działania podejmowane przez poszczególne grupy najemników.

dr Aleksander Olech - Wagner w Afryce

sobota, 28 września 2024



Co przed rozmową z Zełenskim powiedział Trump: - To zaszczyt spotkać się z prezydentem Ukrainy, sporo przeszedł, prawie nikt w historii nie przeszedł tyle, co on - stwierdził były prezydent USA, kandydat w tegorocznych wyborach. - W pewnym momencie ta wojna musi się skończyć. On przeszedł przez piekło, jego kraj przeszedł przez piekło - podkreślał.

Jak o celu spotkania wypowiedział się Zełenski: - Jest sporo wyzwań w Ukrainie i w Stanach Zjednoczonych, o których chciałbym z panem porozmawiać. Myślę, że oboje uważamy, że wojna w Ukrainie musi być zatrzymana i Putin nie może wygrać. Ukraińcy muszą przetrwać. Chciałbym przedyskutować z panem plan na zwycięstwo - zaznaczył ukraiński polityk. - To ważne, by podzielić się planem, krokami na to, jak można wesprzeć Ukrainę. Musimy to zdecydować teraz, bo w listopadzie Amerykanie wybiorą prezydenta. (...) Postanowiłem się spotkać z obojgiem kandydatów - podkreślił.

Były prezydent Donald Trump wspomniał o Władimirze Putinie. - Mamy bardzo dobre relacje [z Zełenskim - red.], mam również bardzo dobre relacje z prezydentem Putinem. Myślę, że rozwiążemy to bardzo szybko - powiedział. - Mam nadzieję, że nasze relacje są jednak lepsze - zareagował Zełenski żartobliwie. - Do tanga trzeba dwojga. Dzisiaj będzie dobre spotkanie. Sam fakt, że spotykamy się, jest bardzo dobrym znakiem. (...) Jeżeli wygramy, to jeszcze na długo przed 20 stycznia, kiedy obejmę prezydenturę, będziemy mogli opracować rozwiązanie, które będzie dobre dla obu stron - zapowiedział Donald Trump.

gazeta.pl


Hassan Nasrallah nie żyje: "Hassan Nasrallah, sekretarz generalny Hezbollahu, dołączył do swoich wielkich, nieśmiertelnych towarzyszy-męczenników, którym przewodził przez około 30 lat" - przekazał Hezbollah w sobotnim oświadczeniu. Wcześniej Siły Obronne Izraela podały na portalu X, że "Hassan Nasrallah nie będzie już mógł terroryzować świata". 64-letni libański polityk był przywódcą Hezbollahu od 1992 r. Został liderem organizacji po tym, jak jej poprzedni lider Abbas al-Musawi zginął w izraelskim ataku helikopterowym. 

(...)

W piątek Izrael przeprowadził atak na Bejrut, którego celem był właśnie m.in. przywódca Hezbollahu. Ze wstępnych doniesień medialnych wynikało, że polityk nie zginął, później jednak pojawiły się informacje, że z przywódcą Hezbollahu nie można było się skontaktować. W piątkowym ataku zginęło co najmniej sześć osób, 91 zostało rannych. Izrael kontynuował też naloty w nocy z piątku na sobotę. Izraelskie siły przekazały również w sobotę, że zginęli m.in. Muhammad Ali Ismail (dowódca jednostki rakietowej Hezbollahu w południowym Libanie) oraz jego zastępca Hussein Ahmad Ismail.

gazeta.pl/IAR


Co wydarzyło się w ONZ? Netanjahu mówił, że nie planował wizyty w siedzibie ONZ, ale zdecydował się na przyjazd, by sprostować "kłamstwa i oszczerstwa", które jego zdaniem padały podczas obrad organizacji. - A prawda jest taka: Izrael szuka pokoju. Izrael pragnie pokoju. Izrael zaprowadzał pokój i zaprowadzi go ponownie. Ale mierzymy się z okrutnymi wrogami, którzy chcą naszego unicestwienia i musimy się przed nimi bronić - mówił. Jeszcze zanim Netanjahu rozpoczął przemówienie sala w znacznej mierze opustoszała, delegacje demonstracyjnie wychodziły z obrad. Owacje zgotowała mu natomiast zasiadająca na galerii izraelska grupa z żoną premiera na czele.

Netanjahu o Strefie Gazy: Polityk przekonywał, że Izrael jest "niesłusznie oskarżany o ludobójstwo, kiedy broni się przed wrogami, którzy chcą dokonać ludobójstwa" Izraelczyków. Powtarzał również tezy ze swojego wywiadu dla "Time" o tym, że żadna armia świata nie robiła tyle, co armia Izraela, by ograniczyć liczbę cywilnych ofiar. - Nie szczędzimy wysiłków w tym szlachetnym dążeniu - mówił. Tymczasem dotychczas Izrael zabił ok. 41,5 tysiąca Palestyńczyków w Strefie Gazy (ok. 12 tys. ofiar to dzieci), ok. 96 tys. osób zostało rannych.

Oskarżenia w stosunku do ONZ: Netanjahu oskarżał ONZ, że stała się "godna pogardy w oczach porządnych ludzi na całym świecie", "domem ciemności" i "bagnem antysemickiej żółci".

Premier Izraela o ataku na Liban: Netanjahu twierdził, że Izrael "został zmuszony, by się bronić" na siedmiu frontach. Przekonywał zebranych, że Hezbollah wystrzeliwuje rakiety ze szkół, szpitali i prywatnych domów. To właśnie z siedziby ONZ w Nowym Jorku Netanjahu autoryzował atak na Bejrut. Polityk przedstawił ponadto dwie mapy. "Błogosławieństwo" zakłada, że "Izrael i jego arabscy partnerzy stworzą most lądowy, łączący Azję z Europą". A "Przekleństwo" to "mapa terroru, który Iran stworzył i narzucił od Oceanu Indyjskiego do Morza Śródziemnego"

gazeta.pl