środa, 11 września 2024



Wprowadzenie do walki w rejonie Pokrowska ukraińskich rezerw doprowadziło do względnego ustabilizowania sytuacji. Obrońcy kontrolują Sełydowe, lecz starcia mają trwać na wschodnich krańcach tego miasta. Według części źródeł wznowione zostały walki o zajętą wcześniej przez Rosjan Hrodiwkę – miasteczko na wschód od Myrnohradu. Po kilkudniowej przerwie Rosjanie wyprowadzili nowe natarcie w kierunku zachodnim, rozpoczynając walki o Łysiwkę (między Pokrowskiem a Sełydowem). Jej zajęcie przez wojska rosyjskie znacznie utrudniłoby zaopatrzenie sił broniących Sełydowego oraz operujących na południe i wschód od tego miasta.

Pogłębia się oskrzydlenie sił ukraińskich na zachód od Doniecka. Część obrońców wycofała się, oddając ostatnie pozycje w zachodniej części Krasnohoriwki (walki o to miasto trwały pięć miesięcy) i rejon umocniony wokół wsi Newelśke. Ewakuację sił ukraińskich utrudniają rosyjskie postępy na zachodnim brzegu rzeki Wołcza, gdzie walki toczą się w pobliżu węzłowych miejscowości Ukrajinśk i Hirnyk, a także wzdłuż biegnącej równoleżnikowo rzeki Łozowa. Droga odwrotu ukraińskiego zgrupowania (jego pozostałości na zachód od Doniecka szacowane są na ok. 3 tys. żołnierzy) wiedzie przez ww. rzeki.

Rosjanie zintensyfikowali działania na południowy zachód od Doniecka, oskrzydlając Wuhłedar. Po zajęciu przez agresora leżącego na północ Wodianego zaopatrzenie miasta możliwe jest wyłącznie drogami gruntowymi. Sytuację obrońców utrudniają postępy rosyjskie na południe od Wuhłedaru (jednostki rosyjskie przekroczyły rzekę Kaszłahacz) oraz na zachód od tego miasta – trasą w kierunku Wełykiej Nowosiłki. Rosjanie zajęli tam Preczystiwkę, z której biegnie droga do Kurachowego, i podeszli pod Zołotą Nywę, skąd prowadzi droga do Pokrowska (obie w kierunku północnym). Siły agresora kontynuują również natarcie na zachód z zajętej wcześniej węzłowej Kostiantyniwki.

Siły ukraińskie krótkotrwale odzyskały pozycje w północnej części Nju-Jorku, czym umożliwiły ewakuację żołnierzy okrążonych na terenie zakładów chemicznych. Wypierając Ukraińców, wojska rosyjskie wkroczyły do leżącej pomiędzy Nju-Jorkiem a Torećkem Nelipiwki. Poczyniły też kolejne postępy w Torećku, zajmując kolejne kwartały we wschodniej części miasta, a także na zachód od Nju-Jorku.

Agresor wypiera siły ukraińskie z ostatnich pozycji na wschód od kanału Doniec–Donbas w rejonie Czasiw Jaru. Przekroczył kanał na północ od miasta, lecz w nim samym nie osiągnął znaczących postępów. Na północny wschód od Kupiańska Rosjanie opanowali ruiny wsi Syńkiwka, o które walki toczyły się z przerwami od lutego 2023 r. Poczynili również kolejne postępy na południowy wschód od miasta w kierunku rzeki Oskoł.

(...)

3 września dwa rosyjskie pociski Iskander-M uderzyły w budynek Wojskowego Instytutu Łączności w Połtawie, pełniącego obecnie funkcję jednego z centrów szkolenia armii ukraińskiej. Zginęło 55 ukraińskich wojskowych, a rany odniosło 328 (brak doniesień o ofiarach cywilnych). Akcję ratunkową zakończono 5 września, a w kolejnych dniach w następstwie odniesionych obrażeń zmarły jeszcze trzy osoby. Atak przyniósł największą jednorazową potwierdzoną liczbę ofiar (łącznie zabitych i rannych) od początku rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie.

Następnego dnia celem wrogich rakiet był Lwów. W miasto uderzyło kilka pocisków (m.in. hipersoniczne kindżały), a w wyniku upadku odłamków i fali uderzeniowej uszkodzonych zostało 188 budynków. Lokalne władze informowały o śmierci siedmiu i ranieniu ponad 60 mieszkańców. Do ataku z wykorzystaniem aż pięciu pocisków Iskander-M doszło 6 września w Pawłohradzie, gdzie jedna osoba zginęła, a 82 zostały ranne.

(...)

10 września Ukraina przeprowadziła kolejny zmasowany atak na terytorium FR. Rosjanie powiadomili o zniszczeniu 144 ukraińskich dronów, w tym 20 nad obwodem moskiewskim, a najwięcej – 72 – nad obwodem briańskim. Atakowane miały być lotniska i obiekty kompleksu paliwowo-energetycznego, nie ma jednak doniesień o zniszczeniach. 7 września ukraiński bezzałogowiec zniszczył skład amunicji w obwodzie woroneskim. Niepowodzeniem zakończyło się natomiast przeprowadzone 5 września uderzenie dronów nawodnych na Noworosyjsk.

(...)

7 września szef wywiadu wojskowego Kyryło Budanow wskazał, że komunikator Telegram, będący jednym z głównych źródeł informacji dla obywateli Ukrainy, stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego tego państwa. Dodał, że blokowanie komunikatora jest technicznie trudne, ale możliwe.

(...)

8 września irański deputowany do Zgromadzenia Konsultatywnego i członek parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej Ahmad Bakhshayesh Ardestani potwierdził, że Teheran oprócz dronów Shahed dostarcza Rosji rakiety balistyczne. 

osw.waw.pl


Przed operacją kurską konstelacja wojskowo-polityczna wielokrotnie prowadziła do bardzo niekorzystnych dla Kijowa formatów negocjacji i porozumień o zawieszeniu broni – czy to w warunkach dwu-, czy wielostronnych. Podpisane przez przyparty do ściany Kijów porozumienia: Mińsk I z 2014 r. i Mińsk II z 2015 r., a także kolejne rozmowy o sytuacji na Donbasie odbywały się w dużej mierze pod nieoficjalnym hasłem „pokoju w zamian za suwerenność”. Porozumienia mińskie przewidywały, że Kijów mógł rzeczywiście uzyskać porozumienie dla Ukrainy kontynentalnej i ostatecznie przywrócić kontrolę nad de facto okupowanymi przez Rosję częściami Zagłębia Donieckiego (Donbas). Jednak w ramach porozumień mińskich byłoby to możliwe tylko wtedy, gdyby Kijów pozwolił lokalnym pełnomocnikom Moskwy na wschodzie Ukrainy stać się legalnymi graczami w ukraińskiej polityce.

Narzędziem Kremla na lata 2014–2021 do realizacji tego neokolonialnego planu ponownego podporządkowania Ukrainy były pseudowybory w Donbasie, przewidziane w dwóch nierównych porozumieniach zawartych w Mińsku. Skrajny absurd sytuacji polegał na tym, że Kijów miał przeprowadzić lokalne i regionalne wybory na wschodnich terytoriach Ukrainy, które były i podczas procedury głosowania miały pozostawać pod faktyczną kontrolą Moskwy. Oczywiście taki spektakl zostałby zmanipulowany przez Kreml w podobny sposób, w jaki Putin przeprowadza swoje „wybory”. Suwerenność Ukrainy zostałaby ograniczona przez zainstalowanych w Donbasie rosyjskich pełnomocników z prawem weta. Tymczasem zaanektowany Półwysep Krymski został całkowicie wyłączony z dyskusji w Mińsku.

Rozmowy w Stambule w 2022 r. toczyły się pod nieoficjalnym hasłem „pokój w zamian za bezpieczeństwo”. Oznaczało to, że Moskwa była gotowa zakończyć swoją „specjalną operację wojskową” w Ukrainie, gdyby Kijów zgodził się na znaczne ograniczenia dotyczące obronności i udziału w międzynarodowych sojuszach. Oczywistym zamiarem Kremla było fundamentalne osłabienie bezpieczeństwa narodowego państwa ukraińskiego, odizolowanie go od partnerów zagranicznych i uczynienie go niezdolnym do obrony. Projekt umowy stambulskiej przewidywał, że chociaż Ukraina otrzymałaby gwarancje bezpieczeństwa, Rosja zachowałaby prawo weta umożliwiające blokowanie międzynarodowej pomocy dla Ukrainy. W rezultacie Ukraina stałaby się albo nową powojenną Finlandią, państwem satelickim podobnym do „republik ludowych” bloku sowieckiego, albo drugą Białorusią – a także łatwym łupem w rosyjskiej powtórnej inwazji. Fiasko rozmów w Stambule doprowadziło do nielegalnej aneksji przez Rosję czterech południowo-wschodnich regionów Ukrainy we wrześniu 2022 r.

W kolejnym etapie Rosja przeszła wobec Ukrainy do jeszcze bardziej nihilistycznej z prawnego punktu widzenia strategii „pokoju w zamian za ziemię”. Zgodnie z tą do niedawna rozpowszechnianą przez Kreml propozycją ugody Ukraina musiałaby nie tylko ograniczyć swoją suwerenność, ale także zgodzić się na aneksję przez Rosję okupowanych terytoriów ukraińskich. Ponadto Kreml zażądał od Kijowa przekazania Moskwie nieokupowanych części czterech „przyłączonych” do Rosji ukraińskich obwodów: ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego. Kreml oficjalnie i nieoficjalnie ostrzegł, że alternatywą dla tej propozycji jest kontynuowanie przez Rosję ludobójczej wojny aż do całkowitego unicestwienia Ukrainy – z bronią masowego rażenia lub bez niej.

Te rosyjskie koncepcje są od dziesięciu lat nieustannie promowane przez Kreml w różnych środkach masowego przekazu, na forach publicznych i w organizacjach międzynarodowych. W rezultacie zostały one przyjęte częściowo lub nawet otwarcie przez wiele stron trzecich. Wśród zwolenników rosyjskiego nihilizmu prawnego i normatywnego wobec Ukrainy znajdują się zarówno zachodnie grupy pacyfistyczne i samozwańczy „realiści”, jak i międzynarodowa radykalna prawica, a także różni przedstawiciele tak zwanego Globalnego Południa.

Z każdym rokiem od 2014, w którym rosyjska okupacja ukraińskich ziem trwa i się rozszerza, idea przynajmniej częściowego zrzeczenia się przez Ukrainę terytorium i/lub suwerenności staje się coraz bardziej popularna na całym świecie. Nawet mimo tego, że ustępstwa poczynione przez Mołdawię, Gruzję i Ukrainę w przeszłości nie pozwoliły na przywrócenie kontroli nad ich terytoriami państwowymi, jak to uzgodniono z Rosją. Te wcześniejsze umowy między Moskwą a jej byłymi koloniami również nie doprowadziły do pokoju w Europie. Niemniej jednak wiele, jeśli nie większość zachodnich i niezachodnich elit politycznych i intelektualnych postrzegało ukraińskie „kompromisy” jako drogę do zakończenia wojny i trwałego porozumienia.

Ponieważ Rosja odniosła pewien sukces militarny na wschodzie Ukrainy w 2024 r., na horyzoncie pojawiło się porozumienie – Mińsk III – z nowymi ograniczeniami integralności terytorialnej i niezależności politycznej Ukrainy. Działo się to w kontekście ciągłej międzynarodowej ignorancji w temacie niegdysiejszego irredentyzmu w Rosji, a także naiwności co do przyszłości rosyjskiego imperializmu. Wielu obserwatorów do dziś wierzy, że wrzucenie – po Naddniestrzu, Abchazji, „Osetii Południowej”, Krymie, Doniecku, Ługańsku, Zaporożu i Chersoniu – kolejnego kawałka ziemi do paszczy rosyjskiego krokodyla sprawi, że ten niezrozumiały gad w końcu się nasyci.

Od 6 sierpnia Kijów stara się zmienić tok tej dyskusji poprzez zdecydowane tworzenie nowych faktów w terenie. Za sprawą operacji w obwodzie kurskim Ukraina chce odejść od wątpliwych umów „suwerenność/bezpieczeństwo/ziemia za pokój” na rzecz bardziej intuicyjnej wymiany terytorium. Zgodnie z tym pomysłem jest więc gotowa zwrócić swoje zdobyte legalne w ostatnim czasie ziemie rosyjskie w zamian za zwolnienie przez Rosję ukraińskich terytoriów, które ta okupuje od 2014 r.

Stawia to Putina w trudnej sytuacji. Z jednej strony ciągła utrata przez Moskwę kontroli nad legalnym rosyjskim terytorium państwowym jest i będzie dla Kremla kłopotliwa, z drugiej zaś – zaanektowane ziemie wschodniej i południowej Ukrainy są oficjalnie, zgodnie z rosyjską konstytucją znowelizowaną w 2014 i 2022 r., własnością Rosji.

(...)

Władimir Putin i inni przedstawiciele rosyjskiego reżimu dali jasno do zrozumienia, że wtargnięcie Ukrainy do Rosji uniemożliwiło negocjacje. Ta zmiana dziesięcioletniego publicznego poparcia Kremla dla rosyjsko-ukraińskich rozmów pokojowych nie jest zaskoczeniem. W obecnej sytuacji zawieszenie broni nie oznacza już de facto kapitulacji Ukrainy pod pozorem dyplomatycznego porozumienia. Teraz negocjacje między Moskwą a Kijowem miałyby prawdziwy sens, ponieważ oba kraje mają terytoria do zyskania i stracenia. Rozmowy pokojowe straciły jednak swoją funkcję dla Kremla. Bo jak dotąd przewidywał on zakończenie wojny jedynie poprzez militarne lub dyplomatyczne zwycięstwo nad Ukrainą, a nie wzajemnie akceptowalną ugodę.

Rosja jest jednak gospodarczo i technologicznie silnie uzależniona od zagranicznego wsparcia, przede wszystkim od Chin. Niektórzy z kluczowych politycznych i gospodarczych sojuszników Rosji, takich jak Korea Północna, Iran czy Syria, są jednoznacznie zainteresowani zwycięstwem Rosji, jeśli nie kontynuacją wojny jako takiej. Inne kraje, mniej lub bardziej przyjazne Rosji, w tym Chiny, Indie czy Brazylia, mogą natomiast mieć sprzeczne interesy wewnętrzne i zagraniczne, sprzyjające albo kontynuacji wojny, albo osiągnięciu jak najszybszego pokoju.

new.org.pl


W ostatnim czasie pojawiło się wiele tekstów, których autorzy spekulują, dlaczego rosyjskie społeczeństwo jest tak obojętne na trwającą wojnę, w tym inwazję ukraińskich sił na Kursk. Jest również obojętne na wybory, które właśnie się zakończyły, nie przynosząc ani jednej niespodzianki, oraz na korupcję, która osiągnęła zupełnie nierealną skalę.

Badacze szukają przyczyn takiego stanu rzeczy w tym, że "w odpowiedzi na radykalne i znaczące zmiany w sytuacji zewnętrznej, które nam, obserwatorom, wydają się kolosalne, rosyjskie społeczeństwo ma tendencję do minimalizowania zmian w swoim sposobie życia, myślenia i odczuwania".

Być może to prawda, ale nie jest dla mnie do końca jasne, dlaczego powinniśmy mówić o "rosyjskim społeczeństwie". Wydaje się, jakby ono w ogóle nie istniało. Istnieje tylko zbiór ludzi, którzy są skrajnie wyobcowani od siebie nawzajem.

Ale w tym przypadku źródło obojętności wygląda inaczej — i znacznie bardziej racjonalnie i dokładnie.

We względnie normalnym (nie lubię tego słowa, ale nie będę teraz szukał innego) społeczeństwie człowiek zwraca największą uwagę na to, co go bezpośrednio dotyczy, a najmniejszą na to, co ma na niego ograniczony wpływ. To doprowadza do sytuacji, w której ludzie są przede wszystkim zainteresowani swoją rodziną, pracą, dochodami, materialnymi warunkami życia i perspektywami bezpieczeństwa socjalnego.

Nieco mniej interesują ich kwestie społeczne, infrastruktura, rozwój państwa, zachowanie dziedzictwa historycznego, środowisko i tak dalej.

Znacznie mniejszą wagę przywiązują natomiast do kwestii, takich jak polityka zagraniczna, doktryna obronna czy globalna równowaga sił. Taki podział uwagi utrzymuje dość solidny system społeczny i stabilizuje to, co można nazwać "społeczeństwem". To skoncentrowany na jednostce zbiór ludzi, których jedność powstaje w wyniku interakcji rzeczywistych indywidualnych interesów.

W sytuacji rosyjskiej mechanizm ten wygląda inaczej.

Zatomizowane jednostki są niemal całkowicie skoncentrowane na swoich osobistych interesach. Z jednej strony chcą zachować to, co osiągnęły (i dlatego większość ludzi nawet nie rozważa prób protestu obarczonych poważnymi problemami), z drugiej strony — osiągnąć lepsze warunki życia.

W tym układzie wojna i zaostrzanie reżimu nie zmieniają praktycznie niczego: czynią życie kilkuset tysięcy (jeśli dodać "niedogodności psychiczne" — kilku milionów) ludzi bardziej problematycznym. Ale większość dostaje szansę na dodatkowe zarobki, nowe źródła dochodu, różnego rodzaju pomoc ze strony władz. To właśnie skrajna racjonalność indywidualnych zachowań Rosjan pozwala państwu nie przejmować się ich hipotetycznym niezadowoleniem.

Ta sama atomizacja nie pociąga za sobą dbałości o przestrzeń społeczną — dlatego dla ludzi ważniejsze jest posiadanie własnego mieszkania niż środowisko miejskie; prywatny samochód niż dobre drogi; możliwość udania się do prywatnej kliniki niż standardowa opieka zdrowotna.

Pozwala to władzom kraść, ile chcą, i wyrzucać biliony rubli na bezsensowną wojnę: wydawanie pieniędzy na cele publiczne w imię zatomizowanego środowiska jest bezcelowe i przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. Brak jedności populacji na poziomie społecznym generuje pragnienie jakiejś abstrakcyjnej jedności, którą proponuje państwo. A to głosi wielkie cele i zadania, z których większość jest nierealna, ale nikogo to nie interesuje.

(...)

Czy ludzie czują niesprawiedliwość korupcji? Niewątpliwie. Czy wpływa ona bezpośrednio na ich interesy? Raczej nie niż tak, ponieważ w Rosji nie ma instrumentu zwiększania dobrobytu poprzez walkę. Jeśli będą mniej kraść, więcej pieniędzy zostanie wydanych na bomby i pociski spadające na Ukrainę, ale nie na szpitale w odległych regionach.

Czy ludzie uważają, że wojna jest zbrodnicza i niemoralna? Nie jest to wykluczone. Ale — z wyjątkiem mobilizacji w 2022 r. — nie zaszkodziła im w żaden sposób. A jeśli zaszkodzą niektóre z jej odległych konsekwencji, to wpłyną one na "społeczeństwo", które w tym kraju nie istnieje. W przypadku porażki może być konieczne wypłacenie reparacji Ukrainie. W przypadku zwycięstwa budowa na "nowych terytoriach" stanie się ważniejsza od budowania dróg, mostów i szpitali w samej Rosji. Ale nikt się tym nie przejmuje i nikt nie wierzy w cięcia emerytur i pensji.

Wszystko to wyjaśnia całkowitą niezdolność rosyjskiej opozycji do znalezienia jakiegokolwiek sposobu interakcji z ludnością. Wszystkie głoszone przez nią hasła dotyczą albo moralnych aspektów sytuacji (okrucieństwo wojny, znaczenie przywrócenia sprawiedliwości itp.), albo instytucji społecznych (walka z korupcją, demokracja, odpowiedzialność władz, równowaga w relacjach między ludźmi a państwem), podczas gdy Kreml jest zajęty rozdawaniem pieniędzy i głoszeniem nieosiągalnych celów geopolitycznych.

Albo bieda, albo katastrofalny upadek geopolitycznych marzeń może otrzeźwić ludzi, ale jak dotąd nie zaobserwowano żadnego z tych czynników (a tym bardziej obu jednocześnie). I właśnie dlatego stabilność Putina ma wszelkie szanse przetrwać nadchodzące dziesięciolecia.

onet.pl/The Moscow Times

wtorek, 10 września 2024



Od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie Węgry utrzymują zależność energetyczną od FR na niemal niezmienionym poziomie. Alternatywą w przypadku ropy są dostawy za pośrednictwem chorwackiego terminalu naftowego, które dziś pokrywają ok. 30% importu. Rząd w Budapeszcie nie czyni jednak wyraźnych kroków w celu ich zwiększenia. Podczas dyskusji o sankcjach przeciw Rosji w 2022 r. spółka MOL szacowała, że pełne dostosowanie rafinerii Százhalombatta pod Budapesztem do przetwarzania nierosyjskich gatunków ropy zajmie od dwóch do czterech lat, niemniej nie informuje obecnie, jakie osiągnięto dotąd postępy w tym zakresie. Strona węgierska podkreśla, że przepustowość rurociągu Adria (11 mln ton rocznie) jest niewystarczająca do pokrycia łącznego zapotrzebowania rafinerii na Węgrzech (8,1 mln ton) i Słowacji (6,1 mln ton), oraz wytyka nieukończoną modernizację jego ok. 80-kilometrowego odcinka Sisak–Virje. Budapeszt zarzuca stronie chorwackiej, że ta nałożyła po 2022 r. „pięciokrotnie wyższe opłaty od rynkowych”, co miałoby podważać wiarygodność Zagrzebia.

Zarówno rząd Chorwacji, jak i operator tamtejszej sieci przesyłowej odpierają węgierskie oskarżenia o niedostateczną przepustowość, wygórowane ceny i rzekomy brak wiarygodności Zagrzebia jako partnera. Przypominają o wieloletniej współpracy między spółkami JANAF i MOL, w ramach której obie strony wywiązywały się z wzajemnych zobowiązań, m.in. z ważnego do końca 2024 r. kontraktu (obejmującego także dostawy dla Slovnaftu) na transport 2,2 mln ton ropy.

Z nieoficjalnych źródeł chorwackiego „Forbesa” wynika, że Węgrom zaoferowano umowę długoterminową (najprawdopodobniej korzystniejszą finansowo), ale ci odmówili. Chorwaci podkreślają również, że dzięki zastosowaniu polimerów DRA, które redukują opory podczas przepływu ropy naftowej, rurociąg Adria jest w stanie na kierunku węgierskim transportować 14,3 mln ton surowca rocznie, tj. całość zapotrzebowania rafinerii na Węgrzech i Słowacji. Według prezesa JANAF-u węgierskie zarzuty są tym bardziej niewiarygodne, że w lutym 2023 r. przedstawiciele spółki MOL uczestniczyli w testach technicznych rurociągu, które pokazały, że na tym kierunku jego przepustowość wynosi 1,2 mln ton miesięcznie, co daje 14,4 mln ton ropy rocznie.

W ocenie JANAF-u oskarżenia Budapesztu o nadmierne opłaty to element taktyki negocjacyjnej grupy MOL. Według chorwackiej firmy cenę za transport ropy uzgadnia się w procesie negocjacji zgodnie z ustaloną (niejawną) metodologią, której podstawą jest długość i stopień wykorzystania przepustowości poszczególnych odcinków rurociągu. Z tego względu wysokość opłat w przypadku dostaw z terminalu chorwackiego powinna być dla Węgier opłacalna – rurociąg prowadzący do ich granicy liczy bowiem jedynie 289 km (podczas gdy odcinek Drużby przez Ukrainę prawie 700 km). Ponadto transport przez terytorium, na którym toczą się działania wojenne, wiąże się z ryzykiem wystąpienia przerw w dostawach.

Węgry na wszelkie sposoby usiłują jednak podtrzymać import z FR. Według zapowiedzi Budapesztu do połowy września ma zostać wypracowane rozwiązanie, które pozwoli wznowić tranzyt ropy Łukoilu przez Ukrainę. Rosyjski surowiec miałby ponownie trafiać do rafinerii na Węgrzech i Słowacji, a MOL stałby się jego właścicielem prawnym już od granicy rosyjsko-ukraińskiej, przy czym to w jego gestii będzie zapewnienie bezpieczeństwa przesyłu na tym odcinku. W praktyce generowałoby to dla węgierskiego koncernu dodatkowy koszt z tytułu ubezpieczenia w wysokości ok. 1,5 dolara za baryłkę.

osw.waw.pl


„Rzeczpospolita”: Mija miesiąc odkąd Ukraińcy weszli na teren obwodu kurskiego. Jak tę ofensywę można ocenić z militarnego punktu widzenia? Czy udało się w jej trakcie zrealizować jakieś ważne cele wojskowe?

Ppłk rez. Maciej Korowaj: Pod względem militarnym to jest pewnego rodzaju majstersztyk: przeprowadzono operację zaczepną, ofensywną, na terenie przeciwnika, nie dysponując de facto przewagą powietrzną. Przewagą powietrzną dysponuje Federacja Rosyjska – może nie jest to supremacja – ale de facto ma więcej możliwości uderzeń lotniczych. W takich warunkach prowadzenie operacji zaczepnej jest dosyć karkołomnym zadaniem. Tutaj Ukraińcy zastosowali bardzo ciekawe, nowatorskie rozwiązania militarne, które pozwoliły im uzyskać przede wszystkim zaskoczenie – o dziwo w takim środowisku przepełnionym informacją o polu walki i ruchach przeciwnika. Znaleziono najbardziej słaby punkt i w niego uderzono. Siły ukraińskie w początkowej fazie tej operacji prowadziły wojnę manewrową, niszcząc Rosjan na głębokich rubieżach, podchodzące siły były izolowane, te, które się broniły, były też izolowane, do momentu kiedy Rosjanie nie nasycili tego kierunku wszystkim czym mogli. Głównie były to jednostki złożone z żołnierzy poborowych, ale też rezerwy, które były dostępne na froncie południowym, tam gdzie jeszcze takie rezerwy były. Udało się Rosjanom nasycić ten kierunek wojskiem. Ale Ukraińcy nie zatrzymali się ze względu na to, że nie mogli dalej iść, tylko dlatego, że muszą cały czas działać w określonych warunkach i środowisku, gdzie działają określone środki walki radioelektronicznej, one też mają ograniczony zasięg, i ich obrona przeciwlotnicza, która musi przeganiać elementy przewagi rosyjskiej w powietrzu. Ukraińcy zeskalowali to uderzenie na tyle, na ile posiadali środków, aby ta operacja była dla nich jak najbardziej wydajna i zmusiła Rosjan do użycia na tym kierunku swoich rezerw.

Ja zakładałem, jeszcze rok temu, że Rosjanie przygotowują operację ofensywną na kierunku sumskim, a preludium do tego będzie seria kaskadowych operacji ofensywnych na froncie południowym. I od października zeszłego roku takie operacje Rosjanie prowadzą. Atakowali w kierunku Robotynego, w kierunku Marjinki, w kierunku Awdijiwki, Czasiw Jaru, Kremiennej. Te operacje przechodziły kaskadowo – jedna się zaczynała, druga, trzecia, czwarta, tak aby nacisk na całej długości na siły ukraińskie trwał. Dodatkowym uderzeniem było uderzenie na kierunku Charkowa i mocne uderzenie w kierunku Awdijiwki, która została zdobyta, a teraz uderzenie na kierunku Pokrowska. Takim ostatecznym uderzeniem miało być – ja zakładam – uderzenie w kierunku Sum, co by całkowicie rozwodniło siły i rezerwy ukraińskie. I gdzieś ten front mógłby im pęknąć. Takie były założenia gen. Walerija Gierasimowa (szef Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej, obecnie głównodowodzący siłami Rosji na Ukrainie – red.), który z premedytacją osłabił te siły, które broniły granicy, pozostawiając tam tylko bataliony straży granicznej Federalnej Służby Bezpieczeństwa i część jednostek mieszanych, złożonych z żołnierzy poborowych i kontraktowych, które odtwarzały gotowość bojową po walkach na froncie południowym. I wszystkie siły rzucił na tę kaskadową ofensywę, żeby Ukraińców wymęczyć. Gen. Ołeksandr Syrski (głównodowodzący siłami ukraińskimi – red.) stwierdził, że nie będzie rzucał rezerw i walczył na zasadach rosyjskich, nie będzie wypalał najlepszych jednostek w ciężkich, okopowych walkach, w których Rosjanie czują się dobrze i mają przewagę ogniową w artylerii i lotnictwie, tylko uderzył tam, gdzie są najsłabsi, na kierunku z którego mogło wyjść najbardziej śmiertelne uderzenie dla sił ukraińskich. Przeniósł walkę na teren Federacji Rosyjskiej – i te rezerwy, które mogły być przez Rosję użyte do operacji w kierunku Sum, są teraz uwiązane w walki obronne na terenie obwodu kurskiego. Gen. Syrski tą operacją zutylizował rezerwy, które mogły być użyte na innych kierunkach, a z drugiej strony zabezpieczył sobie kierunek, z którego mogło wyjść uderzenie na tyły armii ukraińskiej.

Jeśli spojrzymy na mapę to rzeczywiście tak by to wyglądało, front zostałby rozciągnięty być może na niemal 2 tys. km. W takim razie nawet to, że Rosjanie nie przerzucili zbyt wielu jednostek biorących udział w ofensywie na Pokrowsk do obrony obwodu kurskiego, nie oznacza, że ofensywa nie przyniosła oczekiwanych efektów militarnych?

Ale w tej chwili ofensywa rosyjska w kierunku Pokrowska stoi. Rosjanie zatrzymali się maksymalnie 6 km od progu Pokrowska i Myrhorodu. Teren jest dosyć płaski i nie ma tam miejscowości, na których można byłoby oprzeć uderzenie, Rosjanie zajmują dogodny teren, wysyłają grupy szturmowe w dużych ilościach, one zajmują teren i dopiero potem podciągają resztę sił. Rosjanie prowadzą tzw. bitwę ogniową – na samym kierunku operacji w kierunku Pokrowska mieli przewagę ogniową 10 do 1. W tej chwili, zgodnie z tym co mówi ukraiński Sztab Generalny, sam gen. Syrski w wielu wypowiedziach, jest to przewaga 2 do 1. Prawie o 80 proc. została zredukowana możliwość rażenia ogniowego przez siły Federacji Rosyjskiej na tym kierunku. Jakim cudem tego dokonano? No właśnie uderzeniem na obwód kurski i rozmyciem części rezerw i zasobów na kierunku kurskim. Nie zawsze chodzi o zniszczenie dział, ale też przeniesienie artylerii, przeniesienie logistyki itd. Rosjanie mogą mieć na tym kierunku dużo środków ogniowych, ale – ze względu na to, że prowadzą intensywne działania ogniowe na kierunku kurskim – muszą część artylerii, amunicji przerzucić tam. I równocześnie działa na kierunku pokrowskim mniej strzelają.

rp.pl


Latem ubiegłego roku władze rosyjskie, mając nadzieję na zwerbowanie jak największej ilości "mięsa armatniego" do wysłania na wojnę w Ukrainie, podniosły kwotę płatności za podpisanie kontraktu. Od początku roku średnia regionalna płatność wzrosła czterokrotnie i łącznie z częścią federalną osiągnęła 1 mln rubli (według aktualnego kursu 42 tys. zł).

Pod koniec lipca Władimir Putin podwoił zryczałtowaną płatność za podpisanie umowy z ministerstwem obrony do 400 tys. rubli (17 tys. zł). Od tego czasu 47 rosyjskich regionów również zwiększyło swój udział. Obecnie płatności regionalne wynoszą średnio 596 tys. rubli (29 tys. zł), czyli ponad trzykrotnie więcej niż pod koniec ubiegłego roku. W 15 regionach kwota płatności regionalnych osiągnęła 1 mln lub więcej. W Moskwie, Sankt Petersburgu i Karaczajo-Czerkiesji wraz z wypłatą federalną nowi pracownicy kontraktowi otrzymają łącznie 2 mln rubli (85 tys. zł).

Od lipca 2023 r. do czerwca 2024 r. wypłaty dla uczestników inwazji na Ukrainę, w tym wypłaty w przypadku obrażeń i śmierci, osiągnęły łącznie 3 bln rubli (128 mld zł). To prawie jedna trzecia rekordowego budżetu wojskowego Rosji od czasów radzieckich, a także ok. 8 proc. budżetu federalnego i ok. 1,5 proc. rosyjskiego PKB.

onet.pl

poniedziałek, 9 września 2024



Włodarze na szczeblu państwowym i regionalnym nie narzuciliby tak łatwo swojej kleptokracji, gdyby napotkali mocniejszy opór ze strony społecznej. Przez wieki wśród Rosjan panowała powszechna nieufność wobec tych, którzy byli u władzy – od caratu przez okres komunizmu normą było, że rosyjskie rodziny zakładały, iż rząd w stolicy to pasożyt żerujący na ludziach, sądy zaś wypaczają sprawiedliwość na korzyść potężnych i bogatych. W konsekwencji Rosjanie zaufanie pokładali przede wszystkim w krewnych i sprawdzonych przyjaciołach. Kiedy carscy urzędnicy zjawiali się po podatki i rekruta, czymś zrozumiałym było, że chłopi ukrywali, co tylko mogli, a kiedy szlachta dopominała się nadmiernych świadczeń od podległych sobie chłopów, ci powszechnie fałszowali rzeczywistą obfitość zbiorów. Skłonność do takiego migania się bądź też zachowań wprost nielegalnych jeszcze wzrosła w czasach dyktatury komunistycznej. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych system komunistyczny się rozpadł, a w Rosji wprowadzono dziki kapitalizm gospodarczy, naturalną reakcją obywateli było raz jeszcze obdarzenie zaufaniem rodzin i przyjaciół, nie zaś rządu, który pozwolił się namnożyć tak zwanym oligarchom. Poczucie niezadowolenia i rozpaczy przybierało na sile, w miarę jak ludzie starali się walczyć ze skutkami zaistniałej depresji gospodarczej.

Mało co w tym było nieuniknione, jeszcze mniej zaś celowe. Rządzący w ostatniej dekadzie XX wieku wytyczali ścieżkę ku wyjściu z mroku, przy czym nie mieli zbyt wielu pewnych źródeł światła. Prędko jednak wykorzystali sytuację, która pozwalała im na kształtowanie polityki zgodnie z własnym interesem, co zaskoczyło wyłącznie tych, którzy przeceniali szanse na wprowadzenie w kraju zdrowej demokracji oraz rządów prawa. Rosyjskie społeczeństwo w ostatniej dekadzie XX wieku miało dość politycznej retoryki, na polityków patrzyło z nieufnością, bez reszty zaś skupiało się na tym, jak zarobić na chleb i nie stracić pracy. Spadła liczba demonstracji. Rozruchy stały się rzadkością. 

Władza wiedziała, jak ważne jest, by mieć oko zarówno na nastroje społeczne, jak i na rozwój wypadków w najwyższych kręgach politycznych i biznesowych. Rozumiano, co się może stać, gdy notowania opinii publicznej się pogorszą. W późnych latach osiemdziesiątych Gorbaczow nie miał konkurencji, lecz w 1990 roku sondaże wskazały gwałtowny spadek jego popularności, który okazał się nieodwracalny. Jelcyn w latach 1990‒1991 wzbudził falę podziwu, lecz przez kolejne lata dekady coraz bardziej tracił szacunek ludzi. Gorbaczow i Jelcyn napili się z kielicha admiracji, a następnie zadławili jej niesmacznymi fusami. Obydwu przyszło zmierzyć się z kryzysem, który niespodziewanie okazał się nie do przezwyciężenia, i obydwaj musieli oddać władzę. Ci, których Putin i jego ekipa obsypali względami w postaci ministerstw, korporacji bądź też państwowych projektów, jak najbardziej mogą obrócić się przeciwko swoim dobroczyńcom. Media, które obecnie otaczają ich uwielbieniem, w mgnieniu oka mogą się przełączyć w tryb zaczepny.

Kiedy w jednym czasie wzbiera niezadowolenie elit oraz rozczarowanie społeczeństwa, tak jak to było za Gorbaczowa i za Jelcyna (a także za Mikołaja II w 1917 roku), wówczas pojawia się intensywna presja na przywódcę, aby odszedł. Na Kremlu nie ustają w wysiłkach, by śledzić rozwój potencjalnie niebezpiecznych opinii. W czasach radzieckich służyły temu KGB oraz struktury istniejące przed jego utworzeniem. Tajna policja miała własny interes w wyolbrzymianiu zagrożeń dla stabilności politycznej państwa, toteż komunistyczne kierownictwo nigdy nie mogło do końca wierzyć w wiarygodność jej raportów.

Otwarte badanie opinii publicznej przebiegało nierówno aż do 1987 roku, kiedy to Gorbaczow zezwolił na założenie Wszechzwiązkowego Centrum Badania Opinii Publicznej przez uznanych socjologów Tatjanę Zasławską i Borysa Gruszyna. Bieżącą pracą ośrodka, przemianowanego w 1992 roku na Rosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej i znanego pod rosyjskojęzycznym skrótem WCIOM, zarządzał Jurij Lewada, który ustanowił wysokie standardy, włączając techniki badania i analiz z innych krajów świata, wskutek czego politycy niekiedy musieli czytać niepochlebne doniesienia o tym, co ludzie o nich myślą. W działania WCIOM nie wtrącano się do 2003 roku, kiedy to rząd zmienił system jego finansowania. Sfrustrowany Lewada, przekonany, że ministrowie sprzeciwili się w ten sposób niepokojącym doniesieniom o opiniach na temat walk w Czeczenii, zrezygnował z funkcji i założył własne Centrum Lewady. W 2006 roku zmarł. Centrum Lewady zachowało niezależność, wpadło jednak w tarapaty, w niewielkiej części było bowiem finansowane ze środków z zagranicy, czym naraziło się na wpisanie na listę „agentów zagranicy”. Decyzja o rezygnacji z takiej formy wsparcia i tak nie uchroniła ośrodka przed złą wolą resortu sprawiedliwości – w 2016 roku, na krótko przed wyborami do Dumy, zaliczono go do instytucji „pełniących zadanie agenta zagranicy”, co dowodziło nieustającego wyczulenia Kremla na kwestię badania opinii publicznej. 

Putin określił swój coroczny program telewizyjny Bezpośrednie połączenie z telefonami od widzów mianem barometru opinii publicznej, okazale tytułując go „najpotężniejszym sondażem socjologicznym”, i wraz ze swoim zespołem stara się, by podczas publicznych wystąpień nie dochodziło do jakichkolwiek nieprzyjemności. I choć jego ludzie niekiedy zapalczywie protestują przeciwko badaniom Centrum Lewady, to jednocześnie polegają na informacjach dostarczanych przez kompetentnych badaczy. Nie oznacza to bynajmniej, by wyniki badań sondażowych były w pełni zadowalające – obecna Rosja nie jest już krajem, w którym każdy byłby gotów swobodnie wyrażać krytyczną opinię wobec kierownictwa. Osoby odbierające telefon od sondażowni muszą się dobrze zastanowić nad odpowiedzią na pytanie, czy mogą polegać na Putinie. Wspomnieniami łatwo sięgają czasów, kiedy każdy obywatel radziecki, który dawał wyraz dezaprobacie wobec władz, pakował się w poważne kłopoty. Choć obecnie sytuacja nie przedstawia się aż tak groźnie, to wielu respondentów i tak zawaha się przed powiedzeniem czegoś, co mogłoby się szkodliwie odbić na ich zatrudnieniu bądź warunkach mieszkaniowych. Mimo to trudno uznać, by niedokładność wyników sondaży była więcej niż magrinalna.

Pomimo bezceremonialnego potraktowania przez władze Centrum Lewady w dalszym ciągu zapewnia użyteczny wgląd w kształtowanie się rosyjskiej opinii publicznej. W styczniu 2018 roku ośrodek spytał o sprawy, które wzbudzały u ludzi największe poruszenie. Odpowiedzi dowodziły wyraźnego zaniepokojenia podstawowymi warunkami bytowymi. Największe zmartwienie, wskazane przez 68 procent ankietowanych, stanowiły podwyżki cen. W następnej kolejności wspominano o powszechnej biedzie (47 procent) i wzroście bezrobocia (40 procent). Takie wyniki, o ile stanowią miarodajne odzwierciedlenie rzeczywistości, zdają się ukazywać, że ludzie arzekają na kwestie najbardziej bezpośrednio dotykające ich samych oraz ich rodzin. Czynniki, które mogą uznać za przyczynę zaistnienia takiej sytuacji, wymieniają na dalszych pozycjach – na przykład łapownictwo i korupcję wskazało zaledwie 38 procent respondentów. Jeszcze mniej respondentów wspominało o kurczącym się dostępie do opieki zdrowotnej oraz edukacji. 

Wina samego Putina jest kwestią dyskusyjną. Dwie trzecie obywateli uważa, że osobiście odpowiada za utrzymującą się korupcję, panuje przy tym powszechny sceptycyzm co do możliwości jej wyplenienia. Lecz zaledwie 6 procent zarzuca mu nieuczciwość. Generalnie jego reputacja nie doznaje uszczerbku – wychodzi na to, że inni, owszem, są skorumpowani, ale on nie. Dlaczego? Ponad połowa respondentów wyraziła przekonanie, że po prostu jest jej nieświadom i że doradcy ją przed nim ukrywają.

Wyniki w sondażach i osobiste sukcesy wyborcze na przestrzeni lat bynajmniej nie zapewniły Putinowi ochrony przed niebezpieczeństwem wzbudzenia gwałtownej reakcji negatywnej. W 2011 roku jego popularność poważnie spadła, gdy oznajmił, że ma zamiar po raz kolejny ubiegać się o prezydenturę, a premierem z powrotem uczynić Miedwiediewa. Po objęciu urzędu w 2012 roku jego popularność ciągle nie wzrastała, a w styczniu 2013 roku zanurkowała do 62 procent – w ten oto sposób przychodziło mu płacić za machlojki wokół urzędu prezydenta, jak również za niepewny stan rosyjskiej gospodarki po ogólnoświatowej recesji z lat 2007‒2008. W miarę pogarszania się warunków na rynku pracy kierownictwo ściągało na siebie społeczną dezaprobatę, lecz nawet olbrzymia przepaść między najbogatszymi mieszkańcami Rosji a tymi najbiedniejszymi wywoływała niezadowolenie zaledwie trzeciej części respondentów.

Dlatego też w 2012 roku zdecydował się na wydanie jedenastu „dekretów majowych” jeszcze w dniu inauguracji swojej trzeciej kadencji prezydenckiej. Choć opozycji udało się zorganizować protesty w Moskwie i wielu innych dużych ośrodkach miejskich, w wyborach odniósł zdecydowane zwycięstwo, co wywołało powszechne wrażenie, że cieszy się teraz pozycją nie do ruszenia, lecz on sam tak tego nie widział. Swymi dekretami chciał udowodnić, że jego administracja będzie się troszczyła o interesy ludzi, zarazem budując nowoczesną gospodarkę i społeczeństwo. Zwrócono uwagę, że obiecał podnieść wynagrodzenia nauczycielom i lekarzom – zdawał sobie sprawę, że znaczna część protestujących wywodziła się z grona pracowników umysłowych. Zobowiązał się również do podniesienia stypendiów studenckich. Choć i tym razem podkreślił potrzebę poprawy gotowości bojowej sił zbrojnych, to w swoich zapowiedziach skupił się przede wszystkim na opiece zdrowotnej, mieszkalnictwie, uczciwości w administracji oraz na szkolnictwie. Aby ubiec poważniejsze niepokoje, Putin był zmuszony włączyć do programu swojej kadencji większą dozę empatii.

Wiedział jednak, że mało kto wczyta się w treść poza nagłówkami. Wprowadzenie tych dekretów w życie oznaczałoby gruntowną odmianę warunków życia wszystkich Rosjan, tyle że każdy, kto przyjrzał się szczegółom, musiał uznać je za nierealistyczne albo wręcz utopijne. Rok później w kręgach władzy pojawiło się już zaniepokojenie. Minister finansów Anton Siłuanow przypomniał członkom gabinetu, że przychody z eksportu ropy i gazu nie wystarczają do pokrycia oficjalnych obietnic zwiększenia wydatkowania. Zgodził się z nim minister rozwoju gospodarczego Aleksiej Ulukajew, który zasygnalizował trudności, jakie napotykały rządowe programy socjalne.

Lecz to nie dekrety majowe, a aneksja Krymu najbardziej dopomogła Putinowi w odzyskaniu popularności, która w czerwcu 2015 roku osiągnęła szczytowy poziom 89 procent. Na krótko przed wyborami prezydenckimi w 2018 roku wciąż notował bezpieczne 71 procent poparcia. W przeszłości zdarzały się znacznie wyraźniejsze tąpnięcia jego notowań: w sierpniu 2000 roku spadły do 65 procent, co było konsekwencją tragedii okrętu podwodnego Kursk, jak również oznaką narastającego zaniepokojenia społecznego w związku z wojną w Czeczenii, wielu Rosjan przypominało sobie bowiem wcześniejszą wojnę z 1994 roku i obawiało się, że rosyjska armia ponownie wpakuje się w tarapaty, a tysiące żołnierzy przypłaci to życiem. Do innych spadków dochodziło jeszcze w późniejszych latach, przede wszystkim przy oblężeniu szkoły w Biesłanie w 2004 roku.

Większość Rosjan żywiła też przekonanie, że wprowadzone przez Zachód sankcje gospodarcze stanowiły element nieustającej kampanii mającej na celu osłabienie i upokorzenie Rosji. Jesienią 2014 roku tego zdania było siedmioro na dziesięcioro Rosjan, a odsetek ten w kolejnych latach nie ulegał zmianie. Zachodnie obiekcje wobec działań militarnych Rosji uznawało za nieuzasadnione 60 procent respondentów. 

Robert Service - Na Kremlu wiecznie zima


Donald Trump ostrzegł, że wyśle do więzienia urzędników, których uważa za oszustów. "Gdy wygram, ci, którzy oszukali, zostaną pociągnięci do odpowiedzialności z całą surowością prawa, co obejmie długoterminowe wyroki więzienia, aby ta niegodziwość wymiaru sprawiedliwości się nie powtórzyła" - napisał były prezydent USA, cytowany przez "The Guardian".

Polityk wymienił, że jego ostrzeżenie dotyczy prawników, działaczy politycznych, darczyńców, nielegalnych wyborców i skorumpowanych urzędników wyborczych. "Osoby zamieszane w nieuczciwe zachowanie zostaną wytropione, złapane i osądzone na poziomie, niestety, nigdy wcześniej niewidzianym w naszym kraju" - zaznaczył Donald Trump. Jak przypomnieli dziennikarze CNN, nie ma dowodów potwierdzających, że wybory prezydenckie w 2020 roku zostały sfałszowane. Tego zdania byli zarówno sędziowie, jak i były prokurator generalny USA William Barr z Partii Republikańskiej.

gazeta.pl


Gościni TOK FM zastanawiała się również nad tym, co rzeczywiście w Polsce robił Paweł Rubcow i jaką rolę miał odegrać. Przyznała, że ma pewne wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście był on szpiegiem. Podkreśliła, że nie został za to skazany. - Sam fakt, że uczestniczył w wymianie szpiegów, nie jest jeszcze stuprocentową, moim zdaniem, przesłanką do tego, żeby ocenić, że był szpiegiem. Dlaczego? Dlatego, że mógł być wysłany (do Polski) po prostu jako osoba, która robi szum i zamieszanie - stwierdziła.

Przekonywała, że "prawdziwy szpieg nigdy nie nosiłby ze sobą dwóch paszportów". - To jest podstawa działania każdej osoby, która jest przeszkolona do pracy szpiegowskiej. Nie nosimy ze sobą żadnych rzeczy, które by udowadniały, że nasza legenda jest nieprawdziwa. Jeżeli jego legendą działalności było to, że był dziennikarzem freelancerem i miał nawiązywać relacje w środowisku dziennikarskim, to dlaczego miał w domu dwa paszporty? Dlaczego miał coś, co w sposób najbardziej banalny mogło ujawniać, że ma dwie tożsamości? - pytała. Jak dodała, tej zagadki możemy nigdy nie wyjaśnić.

Wyjaśniając, na czym mogła polegać działalność Pawła Rubcowa, użyła pojęcia agentura proxy. - Pamiętajmy, że działalność prowadzona przez obcy wywiad, szczególnie po wybuchu wojny na Ukrainie, ze strony rosyjskich służb specjalnych, ma również na celu tworzenie po prostu chaosu, budowanie poczucia zagrożenia w społeczeństwie, budowanie przekonania, że państwo nie jest w stanie dać nam elementarnego poczucia codziennego bezpieczeństwa - wyjaśniała.

Jej zdaniem właśnie wprowadzanie takiego niepokoju mogło być zadaniem Rubcowa. - Wiemy o tym, że on publikował artykuły popierające działania rosyjskie, tłumaczące zachowanie Rosji na arenie międzynarodowej, nie tylko w Polsce, ale również w Hiszpanii. Więc raczej byłaby to taka agentura proxy - tania agentura, którą można wykorzystać do niezbyt skomplikowanych działań - powiedziała i dodała, że nie ma dowodów (bądź nie zostały one ujawnione), by Rubcow dotarł do kogokolwiek, kto ma realny wpływ na sytuację w Polsce. 

tokfm.pl

niedziela, 8 września 2024



Jakub Biernat, Bielat: - Czy Rosja idzie chińską drogą w blokowaniu niewygodnych treści w internecie i czy można już mówić o stworzeniu czegoś na kształt Great Russian Firewall?

Ksenia Jermoszyna, badaczka francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNRS), rosyjska opozycjonistka i cyberaktywistka: - Od czasów wprowadzenia w Rosji tzw. ustawy Jarowej (zainicjowanej przez rosyjską deputowaną Irinę Jarową - belsat.eu) znanej jako ustawa o „suwerennym internecie”, Rosja jest porównywana z Chinami w tym względzie. Częściowo się z tym zgadzam, a częściowo nie.

- Dlaczego?

- W Chinach internet był zaprojektowany w inny sposób i zbudowany wokół niego sektor gospodarczy i infrastruktura bardzo różniła się od rosyjskiej. Tam od razu państwo miało kontrolę nad węzłami Sieci łączącymi ją ze światem. W Rosji internet rozwijał się spontanicznie, panował pozytywny chaos. Z miejsca pojawiło się wielu dostawców, powstał konkurencyjny rynek, który zapewnił dobrą jakość usług. I gdy państwo zabrało się za próby kontroli, zderzyło się z decentralizowaną siecią, dużą ilością połączeń transgranicznych. W 2018 r. było wiadomo o 60 takich punktach, a było ich znacznie więcej. Teraz ich liczba maleje, rosyjskie władze na taki chaotyczny system starały się “naciągnąć” system kontroli. I by zbliżyć się do chińskiego modelu, musiały wiele się natrudzić. Trzeba było zmusić tych licznych dostawców do wdrożenia nowych praw.

- Jak prawnie i technicznie wyglądał ten proces?

- W 2012 r. gdy pojawiły się pierwsze czarne listy stron zakazanych, dostawcy wykonywali nowe prawo po swojemu. Blokada stron była bardzo nieharmoniczna: niektórzy w ogóle nie blokowali, inni używali rozmaitych sposobów blokady czy to za pomocą dodatkowych urządzeń, czy na poziomie skryptu. W 2019 r. państwo zderzyło się w czasie pierwszych blokad Telegramu z oporem ze strony dostawców, zresztą zupełnie apolitycznych. Okazało się, że funkcjonuje mnóstwo sposobów na obejście blokad. Władze więc nałożyły na nich obowiązek instalowania urządzeń dla DPI (głębokiej inspekcji pakietów - służących do analizowania przesyłanych treści internetowych - belsat.eu).

Władze zrozumiały także, że by zbliżyć się do chińskiego modelu, muszą zająć się także  transgranicznymi punktami dostępu i dowiedzieć się, jacy dostawcy z nich korzystają. W tych punktach także ustanowiono urządzenia DPI, podobnie jak na głównych węzłach sieci tzw. IX (Internet Exchange) wewnątrz kraju. W efekcie tych działań osiągnięto podobny poziom filtrowania przesyłanych danych jak w Chinach, choć w inny sposób.

- A co ten system odróżnia od chińskiego?

- Różnica jest zasadnicza. Przepływ informacji wewnątrz Chin nie jest szczególnie kontrolowany. Tam blokada następuje głównie według listy słów kluczowych. Badałam, jak wygląda to w przypadku Wechat – czyli tzw. superaplikacji (superapp), która łączy komunikator ze sklepem internetowym i wieloma innymi usługami. W Chinach, inaczej niż w Rosji, prawie wszyscy używają rodzimych aplikacji i jest łatwiej kontrolować ich zawartość. Rosja obecnie dąży do czegoś podobnego, zastępując zagraniczne serwisy krajowymi. Trwa więc faktyczny proces sinoizacji internetu w Rosji.

(...)

- A czy Putin ma jakieś pojęcie na temat technologii, czy w ogóle korzysta z internetu?

- Z tego co widzę w mediach i słyszałam od dostawców, Putin jest technosceptykiem, Nie ufa technologiom internetu i się ich boi. Uważa, że są niebezpieczne i sam się stara powstrzymywać od internetowej aktywności. Jest wyznawcą tej kagiebowskiej narracji, że internetowi nie można ufać, bo dookoła są wrogowie i stąd się biorą prawa do zwiększania kontroli. Rosyjskie władze dążą więc do stworzenia swojej Sieci, w której będą mieli swoje treści i będzie się ona opierała na innych wartościach niż sieć stworzona przez Amerykanów.

- Tylko jak to wykonać praktycznie? 

- Badam teraz kwestię państwowego standardu szyfrowania GOST-Szyfr, który obecnie wprowadzany jest w Rosji. Różni się on znacznie od standardów międzynarodowych. Władze chcąc się odciąć od świata, zaczynają posługiwać się swoimi certyfikatami szyfrowania. Tych szyfrów używa się na Gosusługach (odp. E-obywatela - belsat.eu), w przeglądarce Yandex, na stronach instytucji państwowych. Powstał więc już cały równoległy internet oparty na tym standardzie.

(...)

- Telegram jest anonimowy, jak określić w ogóle, które kanały są niezależne, a które zależne od Kremla?

- Telegram jest medium, gdzie toczy się wiele operacji psychologicznych tzw. PsyOps. Od kilku lat jest aktualny temat dekolonizacji wewnątrz Rosji. Lokalne narody i grupy etniczne np. Baszkirzy, Buriaci, widząc, co się stało z Ukrainą, również domagają się odłączenia od Rosji. Razem z kolegami zrobiliśmy olbrzymią analizę kilkudziesięciu tysięcy kanałów poświęconych tej tematyce. I wśród nich są i oryginalne kanały, a są kremlowskie, które tylko podszywają się pod ten ruch. I widać całą ich sieć. Ktoś we władzach zauważył problem i postanowił zareagować. Powstają nawet fejkowe-fejkowe kanały - imitacje już nie tylko oryginalnych kanałów, ale także tych kremlowskich. 

- Przypomina to nieco działania carskiej Ochrany, które tworzyły kontrolowane przez siebie rewolucyjne komórki…

- To dobre porównanie. Pojawiają się różne dziwne i kontrowersyjne inicjatywy, które mają za zadanie przyciągnąć do siebie ludzi. Jest np. coś takiego, jak „Państwo mężczyzn”, taka antyfeministyczna subkultura. Przyciąga ona młodzież – wykorzystując emocje i tworząc wielkie audytorium. A jej celem jest głośny w Rosji feministyczny ruch antywojenny. Powstaje więc kontrprojekt, niby niepolityczny, a będący instrumentem propagandy.

belsat.eu


"Opinia publiczna na Zachodzie się zmienia, bardzo szybko i bardzo zacnie" – cieszyła się 25 lutego tego roku Margarita Simonian, naczelna telewizji RT (to cytat z aktu oskarżenia). Choć od ponad dwóch lat RT nie ma prawa nadawać swoich propagandowych programów na terenie Zachodu, nie znaczy to, że nie nie wpływa na to, co i jak myślą obywatele krajów, które nałożyły sankcje. Simonian wyjaśniała na ekranie, że choć od czasu napaści Rosji na Ukrainę sama RT nadawać nie może, to zbudowała "potężną sieć, całe imperium tajnych projektów, które urabiają opinię publiczną, przekazując prawdę zachodnim odbiorcom."

Jednym z takich tajnych projektów jest amerykańskie dzieło Kostii i Leny. Kałasznikow to obywatel Rosji i pracownik RT, wiceszef "działu projektów w mediach cyfrowych". Afanasjewa to również Rosjanka i pracowniczka RT – producentka zajmująca się sprawami zagranicznymi.

W akcie oskarżenia zanonimizowano nazwy spółek i nazwiska większości amerykańskich kontaktów Kostii i Leny, ale też zostawiono dość śladów, by szybko rozszyfrować, co jest czym i kto jest kim. W operacji RT kluczowa była agencja Tenet Media z Tennessee – prokurator był tak uprzejmy, że zacytował w akcie oskarżenia jej dokładne motto, więc rozszyfrowanie tej zagadki poszło błyskawicznie. Dzięki temu wiadomo też od razu, kim byli Założyciel 1 i Założyciel 2, czyli twórcy Tenet Media. To Lauren Chen, konserwatywna influencerka z YouTube’a i jej mąż Liam Donovan.

Tenet Media reklamuje się jako siedziba "nieustraszonych głosów". W istocie to agencja zarządzająca konstelacją prawicowych gwiazd YouTube’a TikToka czy X (dawnego Twittera), bezwstydnie wychwalających Trumpa i ośmieszających najpierw Bidena, a teraz Kamalę Harris. Obsługuje m.in. Lauren Southern, kanadyjską dziennikarkę i dokumentalistkę, Tima Poola, autora podcastu "Culture War", Taylera Hansena (chwali się, że dokumentował wydarzenia na Kapitolu w 2020 r. i że jego filmy często podawał dalej Trump), youtubera Matta Christiansena, Dave’a Rubina (kanał polityczny The Rubin Report na YouTube) czy Benny’ego Johnsona, autora prawicowego podcastu "The Benny Show", wcześniej związanego m.in. z Newsmax TV czy TheBlaze.

Pełną wiedzę o pochodzeniu pieniędzy od Leny i Kostii mieli właściciele agencji. Jak podkreśla prokurator, już od marca 2021 r. przez blisko rok Lauren Chen tworzyła filmy, wpisy w mediach społecznościowych i teksty na podstawie umowy, którą jej kanadyjska firma zawarła z ANO TV-Novosti, spółką-matką RT. Treści ukazywały się na jej kanałach społecznościowych bez żadnych odniesień do RT. Firma Chen wystawiła Rosjanom rachunki za 217 filmików. Co więcej, napisała 25 felietonów, które ukazały się na stronie RT – oczywiście bez wzmianki, że to teksty opłacone przez Rosjan. W pandemii Chen i Donovan byli nawet oficjalnie wymieniani na stronach RT jako współpracownicy, ale skarżyli się, że utrudnia im to pracę w Ameryce. Do maja 2022 r. Donovan współpracował też z niemiecką filią RT o nazwie Ruptly GmbH. W cytowanej w akcie oskarżenia korespondencji w serwisie Discord Chen i Donovan pisali np.: "No, Ruscy zapłacili. Możemy wystawić im fakturę za kolejny miesiąc". Słowem, doskonale wiedzieli, kto im płaci i za co.

Inaczej rzecz się miała z częścią influencerów, których przygarnęła pod swe skrzydła agencja Tenet Media. Chen założyła spółkę 19 stycznia 2022 r., sama określa ją jako amerykańską filię swojej kanadyjskiej spółki – tej, która zawierała umowy z ANO TV-Novosti. Tenet Media produkuje filmy i wpisy w mediach społecznościowych: na YouTube, TikToku, X, Facebooku, Instagramie i Rumble. Całość, poza założycielami, obsługują trzy osoby, wspomagane przez firmę zewnętrzną, w której pracowali m.in. Kałasznikow i Afanasjewa. I choć rosyjskie wpływy widać tu gołym okiem, nikt oczywiście nie zgłosił tego w Departamencie Sprawiedliwości (zgodnie z wymogami amerykańskiej ustawy o agentach zagranicznych).

Z opisu w akcie oskarżenia wynika, że nawiązywanie kontaktu z twórcami Tenet Media przez Kostię i Lenę przypominało wyrafinowaną grę pozorów, tyle że najwyraźniej obie strony wiedziały, że to tylko gra. Wszak Chen i Donovan mieli już za sobą pracę dla Rosjan i wystawianie faktur bez żadnych zahamowań.

Spektakl zaczął się pod koniec 2022 r., kiedy do współpracy z Chen zgłosił się niejaki "Eduard Grigoriann" i jego dwie współpracowniczki. Urodzony w Brukseli bankier, syn Belgijki i Francuza o ormiańskich korzeniach, miał się dorobić jako doradca inwestycyjny w zachodnich bankach, a teraz chciał wspomóc debatę publiczną po właściwej stronie i wyłożyć pieniądze na stworzenie kanału na YouTube. Szukał do niego gwiazd i gotów był dobrze zapłacić za poszukiwania (8 tys. dol. miesięcznie). Snuł też plany pokaźnych wydatków za każdy odcinek internetowego show (nawet 100 tys. dol.).

Oczywiście żadnego Grigorianna nie było, a udawał go Kałasznikow, w czym wspomagała go Afanasjewa, grając w sieci dwie asystentki. Nawet jeśli Chen podejrzewała, że rzutki bankier z Brukseli nie istnieje, to bez oporów grała w grę, w której dostawała 8 tys. dol. miesięcznie za pośrednictwo (za pośrednictwem spółek-wydmuszek z Czech i Węgier) oraz procent od podpisanej umowy. A sumy w tych umowach były niemałe. Asystentki "Grigorianna" podały konkretne nazwiska gwiazd prawicowego internetu (najprawdopodobniej to Dave Rubin – 2,4 mln subskrybentów na YT i Tim Pool – 1,3 mln subskrybentów). Chen informowała, że jeden z nich zażąda zapewne 2 mln dol. rocznie, a drugi "bliżej 5 mln dol.". Nawet takie wygórowane stawki nie odstraszyły ormiańskiego mecenasa. Kilka miesięcy później "Grigoriann" za pośrednictwem Chen podpisał umowy z oboma influenserami. Był wprawdzie pewien problem, bo jeden z komentatorów nabrał podejrzeń co do tajemniczego sponsora, o którym nie mógł nic znaleźć w sieci, ale przestał dociekać, kiedy zobaczył screenshot z prymitywnie podrobionego profilu "Grigorianna", którego główną ozdobą było stockowe zdjęcie jakiegoś modela na pokładzie prywatnego odrzutowca. I tak podejrzliwi internetowi tropiciele spisków dali się ograć jak dzieci.

onet.pl