środa, 14 sierpnia 2024



Rozmowa zaczęła się od tematu próby zamachu na życie Trumpa. Następnie rozpoczął on serię monologów na temat swoich przeciwników w wyścigu o Biały Dom, imigracji, inflacji, prawa i porządku, rolnictwa, swoich relacji z różnymi dyktatorami na świecie i groźby wojny nuklearnej.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych nie złapał jednak przynęty, gdy Musk próbował nakłonić go do zaatakowania Brukseli za jej stanowisko w sprawie dezinformacji (w ubiegłym roku wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova powiedziała, że spośród największych platform społecznościowych portal X jest najbardziej podatny na dezinformację — red.).

Musk odniósł się do listu otwartego skierowanego do niego przez Thierry'ego Bretona, cyfrowego "egzekutora" Unii Europejskiej. Przypomniał w nim miliarderowi o unijnych przepisach dotyczących promowania mowy nienawiści.

— Jest wiele prób cenzury i wymuszania cenzury, nawet na Amerykanach z innych krajów. Co o tym sądzisz? — zapytał Musk Trumpa.

Ten nie dał się jednak złapać. Zamiast tego rozpoczął tyradę na temat deficytu handlowego USA z UE. Powiedział, że "bardzo wykorzystują one [kraje unijne] Stany Zjednoczone w handlu" i że "nie są tak twardzi jak Chiny, ale są źli".

Następnie podjął temat pieniędzy, które UE przeznacza na pomoc Ukrainie. Porównał tę kwotę z wydatkami USA na ten cele. Nie mówił jednak, że Waszyngton powinien zmniejszyć rozmiary wsparcia finansowego, a wydawał się sugerować, że Bruksela powinna zwiększyć wielkość swojej pomocy świadczonej Ukrainie.

— Pytam: dlaczego nie zamierzają wyrównać [tej kwoty]? Dlaczego nie płacą tego, co my płacimy? Dlaczego Stany Zjednoczone płacą nieproporcjonalnie więcej za obronę Europy niż Europa? To nie ma sensu. To niesprawiedliwe i należy się tym zająć — powiedział Trump.

Następnie pochwalił Zełenskiego za rozmowę telefoniczną, którą odbył z nim w 2019 r. Doprowadziła ona do jego impeachementu — został wówczas oskarżony o próbę wpłynięcia na wybory w 2020 r. poprzez wywieranie nacisków na ukraińskiego przywódcę, aby ten wszczął dochodzenie w sprawie obecnego prezydenta Joego Bidena i jego syna Huntera.

— Szczerze mówiąc, nie ma nikogo, kto czułby się gorzej w związku z sytuacją w Ukrainie niż ja. Znam Zełenskiego. Był dla mnie bardzo honorowy. Kiedy przyszli z rosyjskim oszustwem i powiedzieli, że rozmawiałem z nim przez telefon, on stwierdził, że to była idealna rozmowa telefoniczna (w czasie tej rozmowy Trump próbował wymusić na Zełenskim wszczęcie dochodzenia przeciwko Hunterowi Bidenowi — red.).

Trump ponownie rozmawiał z Zełenskim w zeszłym miesiącu — po raz pierwszy od rozpoczęcia inwazji przez Rosję.

onet.pl


W sierpniu 2015 r. napisałem, rozważając możliwość, że być może Trump mógłby wygrać: "kiedy niezadowoleni wyborcy odkrywają moc, z której nie zdawali sobie sprawy, mogą nastąpić bardzo nieoczekiwane konsekwencje".

Nawet abstrahując od Trumpa, amerykańska opinia publiczna od dawna wykazuje chęć zerwania z "normalną" polityką. Oznacza to na przykład, że wyborcy w Kalifornii mogą — po raz pierwszy w historii — odwołać urzędującego gubernatora i umieścić na jego miejscu byłego kulturystę, aktora Arnolda Schwarzeneggera.

W 2016 r. wyborcy Trumpa powiedzieli: tak, możemy umieścić kandydata bez doświadczenia i kwalifikacji w Gabinecie Owalnym; tak, możemy zignorować ostrzeżenia prasy głównego nurtu; tak, możemy głosować za zmianą bardziej radykalną niż jakakolwiek w naszej historii.

Jednak w 2024 r. twierdzenia Trumpa o zmianie są znacznie mniej wiarygodne. Po pierwsze, Trump był już wcześniej w Białym Domu.

Po drugie, Trump wydaje się niezdolny do odłożenia na bok swojej porażki w 2020 r. Uparcie powraca do swoich fałszywych twierdzeń o kradzieży wyborów, nawet do tego stopnia, że atakuje niezwykle popularnego republikańskiego gubernatora Georgii. Cokolwiek to jest, to nie jest zmiana.

onet.pl/Politico



Entuzjazm wobec kandydatury Kamali Harris z internetu (o tym aspekcie można przeczytać w ostatniej części tego tekstu) przeniósł się do prawdziwego życia. Harris na wiece wynajmuje hangary, bo ludzie nie mieszczą się w mniejszych przestrzeniach. Do tłumów czekającego na płycie lotniska przylatuje wiceprezydenckim samolotem. Wygląda to jak materiał z trasy koncertowej Taylor Swift... albo z kampanii Trumpa sprzed czterech lat, kiedy sam, jako prezydent, latał na spotkania wyborcze Air Force One. W ostatnich dniach do stanów, które odwiedzała Harris, jeździł też JD Vance, kandydat na wiceprezydenta Trumpa. Ale na jego spotkania przychodziła - w porównaniu z wiecami Kamali - garstka osób.

Jak reaguje Trump? Nie bardzo umie sobie poradzić z wybuchem euforii wobec konkurentki. Do tego stopnia, że kłamliwie oskarżył sztab Harris o fabrykowanie zdjęć wiwatujących tłumów przy pomocy AI. "[Kamala] oszukuje na lotnisku", "nikogo tam nie ma" - pisał. Ale sam w ostatnich dniach raczej unikał dużych spotkań z wyborcami. W internecie mnożą się już teorie, co za tym stoi. Jedni zgadują, że Trump po zamachu w Pensylwanii żyje w paranoicznym strachu, że teraz wszyscy dybią na jego życie. Inni na odległość diagnozują zespół stresu pourazowego. Kiedy na konferencji prasowej w Mar-a-Lago Trump został bezpośrednio spytany o to, dlaczego częściej nie spotyka się z wyborcami, wypalił: "Głupie pytanie". A sztab Kamali bezlitośnie wykorzystuje niską aktywność przeciwnika. Wiralowo rozeszła się ta grafika z porównaniem liczby kampanijnych wieców. I widać, że ktoś poświęcił dużo czasu, żeby znaleźć takie zdjęcie Trumpa, na którym wygląda na jak najbardziej starego i zmęczonego.

Kampania Bidena była stonowana, elegancka i - jak pokazywały sondaże - średnio skuteczna. Sztab Harris nie bierze jeńców. Największą furorę robi dziś narracja, z której jako pierwszy zasłynął Tim Walz. "Oni są po prostu dziwni" - tak mówił Walz o trumpistach. To proste, mocne hasło, które doskonale się nadaje do internetowych ripost. I brzmi wiarygodnie, zwłaszcza wypowiadane przez kogoś, w kim nie ma dosłownie nic "dziwnego". Walz - mąż, ojciec, były żołnierz, wieloletni nauczyciel - wygląda i zachowuje się jak uosobienie miłego amerykańskiego taty z sitcomu.

Co na to republikanie? Wszelkie próby odwrócenia albo zneutralizowania retoryki Walza na razie kończą się fiaskiem. JD Vance w niedawnym wywiadzie zaczął komentować, że Walz podczas wiecu "dziwnie" przywitał się z żoną - i zrobił to, opisując, jak on sam, JD, przytula i całuje swoją. Przy innej okazji, zapytany, czy Trump ma poczucie humoru, powiedział, że tak, ma znakomite, bo wyśmiewa się ze wszystkich naokoło. Kamali Harris republikanie nadają wydumane ksywki - "Cum-Allah" albo "Kamabla" (to ostatnie to autorski pomysł Trumpa i nie, nikt nie wie, dlaczego tak). Na Walza wymyślili "Tampon Tim Walz" (chodzi o to, że jako gubernator Minnesoty wprowadził bezpłatne produkty menstruacyjne do szkolnych łazienek). Ale całkowicie oddolne hity też są. Jeden ze zwolenników Trumpa zaczął snuć na Twitterze teorie o "niezasymilowanych imigrantach z Niemiec" i "germanoidalnych Amerykanach", sugerując, że do nich właśnie należy Walz, w którego żyłach "nie płynie krew ojców założycieli". Czy to wszystko brzmi normalnie, czy też "dziwnie" - niech każdy sobie oceni sam.

Ani Trump, ani JD Vance, ani ich sztab, ani cywilni fani Trumpa nie wiedzą dziś, jak podejść do walki z teamem Harris-Walz. Minęły czasy, kiedy wystarczyło opowiadać o "Śpiącym Joe" i patrzeć, jak rosną sondażowe słupki. I Donald Trump o tym wie. Do tego stopnia, że napisał posta z rozbudowaną fantazją o tym, jak by to było, gdyby Biden powrócił. Niech to będzie puenta tego tekstu - i najlepszy dowód na to, jak dobrze demokraci wyszli na zmianie składu.

"Jakie są szanse na to, że Pokręcony Joe Biden, NAJGORSZY prezydent w historii USA, którego Prezydenturę Niekonstytucyjnie ukradli Kamabla, Barack HUSSEIN Obama, Szalona Nancy Pelosi, Chytry Adam Schiff, Zapłakany Chuck Schumer i inni na Zwariowanej Lewicy, ROZWALI Narodową Konwencję Demokratów i spróbuje z powrotem przejąć nominację, zaczynając od tego, że wyzwie mnie na jeszcze jedną DEBATĘ. On czuje, że popełnił tragiczną historyczną porażkę, przekazując Prezydenturę USA - ZAMACH STANU - ludziom, których najbardziej na Świecie nienawidzi, i chce jej z powrotem, TERAZ!!!"

gazeta.pl


Ludowy Bank Chin poinformował, że w trzecim kwartale 2023 r. po raz pierwszy od co najmniej 25 lat odnotowano odpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Dane te nie oddają jednak w pełni realnych procesów gospodarczych. Zagraniczne firmy od dawna cenią Chiny za atrakcyjne warunki prowadzenia działalności, choć w ostatnich latach klimat inwestycyjny w tym kraju pogarsza się za sprawą polityki wewnętrznej Pekinu oraz zaostrzenia rywalizacji z Waszyngtonem. ChRL pod panowaniem Xi Jinpinga nadała szczególny priorytet bezpieczeństwu gospodarczemu, wprowadzając szereg regulacji uderzających w zagranicznych inwestorów. Odpowiedź biznesu na narastające wyzwania – zachęcanego przez władze USA i UE do de-riskingu – jest jednak zróżnicowana. Niektóre firmy redukują inwestycje, aby zmniejszyć ryzyko wynikające z silnych powiązań z rynkiem chińskim, inne zwiększają nakłady, by umocnić i wyizolować lokalne operacje. Właściwe ustalenie proporcji stanowi wyzwanie, lecz ze złożonej mozaiki danych wyłania się obraz strukturalnego spadku inwestycji zagranicznych w Chinach. Wskaźniki ilustrujące to zjawisko mogą wprawdzie ulec w najbliższych latach koniunkturalnej poprawie, niemniej motywowane ekonomiczną kalkulacją i polityczną presją procesy strukturalne będą zapewne prowadzić do dalszego ograniczania inwestycji w Chinach w ramach stopniowej, szerokiej redukcji zależności zagranicznego biznesu od tamtejszej bazy przemysłowej.

W zapoczątkowanym pod koniec lat siedemdziesiątych okresie „reform i otwarcia” Chiny stały się jednym z największych odbiorców bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) na świecie. Włączenie do globalnych łańcuchów dostaw stało za wielkim sukcesem gospodarczym ChRL ostatnich dekad. Napływ kapitału nie tylko pozwolił stworzyć miliony miejsc pracy, lecz także wiązał się z transferem wiedzy, umiejętności i technologii, które stanowiły fundament rozwoju. Zarazem stopniowo rosło uzależnienie zagranicznego biznesu od Chin jako kluczowego miejsca produkcji oraz źródła dostaw, a w późniejszych latach – również ważnego rynku zbytu.

W momencie wzrostu napięcia na linii Waszyngton–Pekin stało się jasne, że zależność ekonomiczna od ChRL to istotny problem dla Zachodu, o implikacjach zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Prezydent USA Donald Trump zaczął nawoływać do tzw. decouplingu, czyli zerwania powiązań gospodarczych z Chinami. Postulat ten spotkał się z silnym sprzeciwem środowiska biznesowego, które przekonywało, że jego realizacja jest co najmniej nieopłacalna, o ile nie niemożliwa. W kolejnych latach, także w wypowiedziach liderów Unii Europejskiej, termin ten wyparło określenie de-riskingu, czyli bardziej punktowego identyfikowania i ograniczania potencjalnie niebezpiecznych zależności.

osw.waw.pl

wtorek, 13 sierpnia 2024



W tym czasie, jesienią 2019 r., González-Rubcow funkcjonuje już w Warszawie.

Nawiązuje relację z dziennikarką Natalią K. (nie wiemy, kiedy i gdzie dokładnie się poznają). Wynajmują mieszkanie w Warszawie, razem podróżują. Podobnie jak sam Pablo do tej pory – w rejony zapalne.

On publikuje w baskijskich lub hiszpańskich mediach (Gara, Público, laSexta), współpracuje też ze znanym na całym świecie Voice of America i Deutsche Welle. Ona – energiczna, znająca języki – relacjonuje wydarzenia z Polski i ze świata dla komercyjnych, głównie zagranicznych stacji. Od lat także jeździ do Donbasu i Ukrainy, na granicę polsko-białoruską, bywa w Nagornym Karabachu, w Senegalu, na Zachodnim Brzegu. Nie wiemy, w ilu podróżach biorą udział razem z Pablo od czasu, gdy są parą. Wiemy, że współpracują zawodowo.

„Uwierzyła mojej legendzie” – tak według  El Independiente miał powiedzieć  Pablo w jednej z rozmów, przechwyconej przez polskie służby.

Zaraz po przyjeździe do Polski González zaczyna się w Warszawie „legendować” towarzysko. Może dzięki temu rozpracować środowiska dziennikarzy i korespondentów, a także fotoreporterów i lewicujących aktywistów. Według jednego z naszych źródeł w służbach, w tym czasie usiłuje również budować relacje w biznesowym zapleczu prawicy. W 2019 r. występuje w panelu na Forum w Karpaczu. Temat? „Długi cień propagandy – wojna informacyjna z Ukrainą i Zachodem”. González przekonuje, że z Rosją trzeba prowadzić dialog, a sankcje są niepotrzebne.

(...)

Znają wszystkich i wszyscy ich znają. Przez warszawskie mieszkanie Natalii i Pablo przewijają się znajomi, w tym ze świata mediów. Językiem dyskusji często jest angielski. Wpadają korespondenci, przychodzą pogadać aktywiści. Opowiada jeden ze znajomych, który chce pozostać anonimowy: – Dzisiaj patrzę na to inaczej, ale czasem komuś  brakowało prądu w komórce czy w laptopie. Nie mówiąc o pracy na wyjeździe, tam zawsze dużo się działo, latały ładowarki, powerbanki. Teraz się zastanawiam, czy on mógł zasysać od nas jakieś dane, kogoś rozpracowywać. 

González chętnie jeździ na festiwale fotograficzne – w sieci znajdujemy jego zdjęcia z FotoCampu (2020 r.), z plakietką VIP, którą otrzymał jako „osoba towarzysząca” – Z perspektywy czasu nie dziwi mnie to, ponieważ na FotoCampie przewija się m.in. elita dziennikarzy i fotoreporterów – więc impreza może być wartościowa, jeśli chodzi o kontakty, informacje. Z tego co pamiętam, trzymał się raczej na uboczu – opowiada nam nieoficjalnie jeden z uczestników. Gonzaleza interesuje fotografia dokumentalna.

– Dzięki relacji z Natalią miał dostęp do różnych kontaktów, środowisk, chodził na piwo z korespondentami, budował relacje, wzbudzał zaufanie – pamięta inny z naszych rozmówców z kręgu Pablo i Natalii.

– Miły, nie do przepicia, poglądy lewicowe – charakteryzuje inny.

Znajomy Natalii i Pablo (jak wszyscy pozostali, chce pozostać anonimowy) wspomina: – Czasem nagrywał jakieś filmiki, wywiady, robił zdjęcia, mówił, że to dla hiszpańskich mediów. Nie wiem co z tego publikował, nie zwracaliśmy na to uwagi.

Pablo – przynajmniej ten z warszawskiej „legendy” GRU – to zagorzały fan Star Wars. Wielbiciel złowieszczego Imperium. To ciemna strona mocy, żartuje, walczyła o ład w Galaktyce.

Nikomu nie zapala się czerwona lampka choć to, co pisze González, gdy mieszka w Polsce, jest zastanawiające.

W 2019 r. pisze w Eulixe o rozczarowaniu Ukraińców Majdanem, o wyborach w Ukrainie (wspomina o możliwych oszustwach wyborczych), silnych podziałach i niepokojach w społeczeństwie. Analizuje wybory w Polsce i Hiszpanii, w 2020 r. publikuje tekst podważający historię II wojny światowej w sposób zgodny z narracją Kremla (utrzymującą, że Polska przyczyniła się do wojny prowadząc agresywną politykę wobec ZSRR). Artykuł kończy cytatem ze Stalina. Publikuje też analizę akcji otrucia Nawalnego – z hipotezą, że nie stali za tym Rosjanie (niedługo później Bellingcat ujawni skład komanda rosyjskich służb, które próbowało zabić Nawalnego nowiczokiem).

W jednym z wywiadów dla hiszpańskiego portalu bagatelizuje słynne śledztwo Fundacji Nawalnego o pałacu Putina, uznając je za „dziecinne i dla naiwnej publiczności”: „Nie mam wątpliwości, że prezydent Rosji ma wielu bogatych znajomych – ale czy ten pałac został opłacony z publicznych pieniędzy? Nie. Został kupiony przez prywatnych ludzi za ich własne pieniądze, które przypuszczalnie zarobili uczciwie, choć z przychylnością Kremla.”

W tym samym wywiadzie opowiada o nazistach w Ukrainie i o tym, że Polska nie chce silnej Ukrainy, bo marzy jej się „Polska od morza do morza”.

González jest skuteczny, udaje mu się opublikować tekst w prestiżowym polskim piśmie. W październiku 2020 r. wypuszcza w eulixe.com tekst o uchodźcach z Syrii w Górnym Karabachu, w tym samym czasie tekst na ten sam temat ukazuje się w „Tygodniku Powszechnym”. 

Sytuacja w Górnym Karabachu się wówczas zaostrza, na granicy z Armenią jest rosyjskie wojsko. Opowiada jeden z korespondentów, który spotkał Gonzáleza-Rubcowa w Stepanakercie: – Był miły, ale zachowywał się z dystansem. Przyjechał wcześniej, pokazał nam lokalną knajpę, bo trudno było dostać jedzenie. Pracował w Stepanakercie przez trzy dni, a później, co mnie bardzo zaskoczyło, nagle pojechał na spotkanie z premierem Armenii. To o tyle dziwne, że  sytuacja była gorąca i trudno było z kimkolwiek umówić się na wywiad.

Jesienią 2021 r. González dalej relacjonuje m.in. wojnę w Karabachu i protesty w Kazachstanie. Jeździ też pod granicę polsko-białoruską, relacjonuje kryzys uchodźczy i protesty kobiet, pojawia się na forum w Karpaczu (ponownie), wrzuca zdjęcie spod siedziby Radia Maryja i przeprowadza wywiad z ludźmi z Ordo Iuris. 

Na przełomie 2021 i 2022 r. wokół Gonzáleza-Rubcowa robi się gęsto. O jego działalności wiedzą już hiszpańskie służby, wie brytyjskie MI6 i polskie ABW. Sieć zaciska się, gdy na początku lutego 2022 r., krótko przed wojną, González w okolicach Donbasu zostaje zatrzymany przez ukraińskie SBU podczas nagrywania rzekomego wejścia na żywo w telewizji – kamera jest ustawiona w ten sposób, że w kadrze znajdują się wojskowy sprzęt i ukraińscy żołnierze. González o zatrzymaniu przez SBU napisze na swoim profilu na Twitterze

SBU zabiera mu paszport i telefon, każe jechać z linii frontu na przesłuchanie do Kijowa. Tam González-Rubcow dostaje wilczy bilet, ma natychmiast opuścić kraj i nie wracać na Ukrainę.

Wiemy, że na wiele miesięcy przed wybuchem wojny Natalia K. sama nabiera wątpliwości, czy jej partner nie współpracuje z rosyjskimi służbami (nie możemy ujawnić źródła tej informacji). Nie wiemy, co robi ze swoimi wątpliwościami. Gdy kilka dni temu chcemy ją o to dopytać, w odpowiedzi grozi, że jeśli ujawnimy jej nazwisko – zasypie nas kosztownymi pozwami (twierdzi, że reprezentuje ją wpływowy warszawski prawnik).

Od czasu zatrzymania pary w nocy z 27 na 28 lutego 2022 r. Natalia K. ma zarzut pomocnictwa w szpiegostwie, sprawa nie trafiła jednak do sądu. Czy powrót Pablo Gonzáleza-Rubcowa do Moskwy coś zmieni? Od rzecznika Prokuratury Krajowej dostajemy krótką odpowiedź: „Ma w tej sprawie zarzuty pomocnictwa do przestępstwa z art. 130 par. 1 kk. Postępowanie w tym zakresie jest normalnie kontynuowane.” (Na pytanie, co stanie się formalnie ze śledztwem w sprawie Gonzaleza po jego wymianie – prokuratura odmawia odpowiedzi). 

(...)

Poza grupą znajomych pary, którzy są przekonani, że Natalia padła ofiarą nieszczęśliwej miłości, o śledztwie nikt nie słyszy. Po aresztowaniu Gonzáleza w nieformalnych rozmowach Natalia długo broni partnera, bagatelizuje ustalenia prokuratury, załatwia mężczyźnie książki do aresztu. 

Według hiszpańskiego El Independiente Natalia K. po zatrzymaniu nie wie, że Pablo nie ma rozwodu, że była żona z trójką dzieci jest nadal  oficjalną i aktualną żoną. Początkowo kobieta ma organizować nawet pieniądze na prawników dla Gonzáleza. Jej znajomi w nieoficjalnych rozmowach z FRONTSTORY.PL twierdzą , że dopiero w ostatnich miesiącach zaczyna odcinać się od szpiega GRU.

Jeszcze zimą 2022 r. Natalia K. wraca na pierwszą linię newsów. O swoich zarzutach nigdy publicznie nie wspomina – choć zabiera głos w ważnych debatach. Bywa w Sejmie, relacjonuje sytuację na granicy, uczestniczy w konferencji NATO, opowiada o sytuacji w Polsce dla czołowych zagranicznych mediów. 

Nic nie wskazuje na to że redakcje, dla których pracuje, wiedzą o tym, że ma zarzut w głośnej, szpiegowskiej aferze.

Po aresztowaniu polscy znajomi Gonzáleza długo mają wątpliwości co do jego winy  – zwłaszcza aktywiści, którzy na własnej skórze doświadczyli działań ziobrowej prokuratury. González trafia za kraty w momencie, gdy niezależni dziennikarze w Polsce są atakowani przez rząd, służby i propagandowe media. 

Wątpliwości podsyca fakt, że śledztwo się przedłuża, sprawa po dwóch latach wciąż nie trafia do sądu. Do części aktywistów, do zachodnich organizacji dziennikarskich trafia narracja o niesłusznie uwięzionym „hiszpańskim reporterze”.

Wkrótce po aresztowaniu w sieci rusza kampania #FreePablo: powstaje strona internetowa i konta w mediach społecznościowych, na których pojawiają się doniesienia o rzekomo bezpodstawnym aresztowaniu Gonzáleza. To operacja dezinformacyjna: ma „wyczyścić” wizerunek oficera GRU na Zachodzie, wśród dziennikarzy i intelektualistów (intelektualiści rzeczywiście podpiszą list w jego obronie), wprowadzić zamieszanie i niepewność.

Kampania jest skuteczna. Hiszpańskie media relacjonują sprawę, organizacje broniące praw dziennikarzy, z Reporterami bez Granic (RSF) na czele wydają gromkie oświadczenia. Kataloński parlament kontrolowany przez secesjonistów domaga się uwolnienia Gonzáleza, o Gonzáleza regularnie upominają się politycy hiszpańskiej skrajnej lewicy.

(...)

W kampanię w Hiszpanii zaangażowana jest oficjalna, hiszpańska partnerka Gonzáleza i matka trójki jego dzieci, Oihana Goiriena. Po zatrzymaniu Goiriena regularnie udziela wywiadów w mediach. Jak opisuje El Independiente, Goiriena co miesiąc otrzymuje przelewy z Moskwy od ojca Rubcowa. 

Ale realnym spiritus movens kampanii jest wpływowy prawnik Gonzáleza, Gonzalo Boye. Często pojawia się w sprawach z rosyjskimi wątkami w tle – jest adwokatem byłego premiera Carlosa Puigdemonta, który szukał wojskowego i finansowego wsparcia Rosji dla secesji Katalonii. 

Dziennikarskie śledztwo OCCRP ujawniło, że w przeddzień głosowania w sprawie niepodległości Katalonii w 2017 r. Puigdemont spotkał się w Barcelonie z Nikolau Sadovnikovem, który miał mu w imieniu Rosji zaoferować pomoc gospodarczą i wojskową dla niepodległej Katalonii w zamian m.in. za przepisy, które sprzyjałyby wykorzystaniu kryptowalut.

W Hiszpanii toczy się śledztwo w sprawie powiązań katalońskich separatystów z Kremlem – jest nim objęty zarówno Puidgemont, jak i prawnik Gonzalo Boye, który odwiedzał Gonzáleza w radomskim areszcie.

Po wymianie Gonzáleza Boye cieszył się w Russia Today, że doszło do „humanitarnej wymiany dziennikarzy”. Puidgemont pojawił się ostatnio w buzującej Katalonii na jeden dzień i zniknął – szuka go hiszpańska policja.

frontstory.pl

poniedziałek, 12 sierpnia 2024



Nic nie wskazuje na to (nawet przekaz propagandy), by obywatele zajętych przez Ukraińców terenów w jakikolwiek sposób podejmowali samodzielną walkę z siłami ukraińskimi i by w tym celu oddolnie się organizowali. Według rozproszonych informacji (głównie z sieci społecznościowych i mediów opozycyjnych) większość mieszkańców zdecydowała się na ewakuację, którą samodzielnie zorganizowali; towarzyszyły temu chaos i panika. Mniejsza część skorzystała z pomocy udzielanej przez władze lokalne, które nie przygotowały się odpowiednio do ewakuacji. W sieciach społecznościowych mieszkańcy skarżą się, że ich bliscy pozostali na zagrożonych terenach, ponieważ nikt nie zaoferował im pomocy. Pojawiły się również doniesienia o przypadkach maruderstwa i szabrowania porzuconych domostw przez nieokreślone „cygańskie bandy”.

(...)

Częsta postawa wśród ludności to publiczne obwinianie władz lokalnych o brak pomocy i apelowanie do Putina o zapewnienie bezpieczeństwa (m.in. przysłanie wojsk, odparcie ataku, udzielenie pomocy materialnej). Zgodnie ze świadomością i z doświadczeniem Rosjan apel do szefa państwa (w paradygmacie dobry car – źli bojarzy) jest jedyną skuteczną metodą zabiegania o rozwiązanie problemu, gdy systemowe drogi nie funkcjonują. Nie brakuje również społecznych głosów rozczarowania, że władze i media państwowe kłamią/dezinformują, twierdząc, że w zaatakowanych regionach wszystko wraca do normy i jest spokojnie. Na razie brakuje jednak refleksji na temat realnych przyczyn wtargnięcia Ukraińców, co przełożyłoby się doraźnie na bardziej krytyczną ocenę rozpętanej wojny i działań reżimu z Putinem na czele.

Atak na przygraniczny region z jednej strony wzmacnia antyukraińskie i antyzachodnie nastroje w społeczeństwie, za pomocą których Kreml mobilizuje obywateli do udziału w wojnie. Władze mogą je wykorzystać jako pretekst do kolejnej formalnej mobilizacji, której dotąd unikały. Z drugiej strony wtargnięcie Ukraińców w głąb Rosji jednoznacznie demonstruje słabość państwa, które nie potrafi zabezpieczyć granic, skalę zakłamania propagandy oraz obojętność wobec losów własnych obywateli. Może się to przekładać na stopniową erozję poparcia dla władz, skutkującą raczej chaosem i degradacją relacji społecznych, lecz nie zorganizowanym sprzeciwem wobec reżimu.

(...)

W odpowiedzi na amerykańskie deklaracje 7 sierpnia ambasador FR w Waszyngtonie Anatolij Antonow ocenił te wypowiedzi jako „naprawdę oburzające” i określił działania ukraińskie jako „akcję terrorystyczną”, w trakcie której amerykańska broń stała się „narzędziem mordowania zwykłych Rosjan”. Dodał też, że rosyjskie granice są „święte”, a USA powinny przerwać dostawy broni dla Kijowa i „powściągnąć neonazistów” z Sił Zbrojnych Ukrainy.

Również rzeczniczka MSZ FR Maria Zacharowa w komentarzu z 7 sierpnia uznała ukraińskie działania za „zmasowany atak terrorystyczny” mający „barbarzyński” charakter oraz oskarżyła siły ukraińskie o popełnienie „krwawych przestępstw” przeciwko ludności cywilnej. Ponadto zarzuciła Zachodowi „cyniczne milczenie” wobec rzekomych ukraińskich przestępstw, co jakoby „wzmacnia poczucie bezkarności ukraińskich neonazistów”, i wezwała społeczność międzynarodową do „zdecydowanego potępienia przestępczych działań kijowskiego reżimu”.

Reakcja rosyjskiej dyplomacji wskazuje, że ukraińską akcję zbrojną odebrano jako poważny cios w wizerunek FR, który wymagał natychmiastowej reakcji. Warto odnotować, że nie tylko nie spowodowała ona poważnych rosyjskich działań odwetowych wobec Ukrainy czy Zachodu, ale nawet nie wywołała rosyjskich pogróżek, w tym odwołujących się do gróźb eskalacji nuklearnej. Wyjątkiem były tu posty zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa FR Dmitrija Miedwiediewa, który wezwał do poszerzenia celów terytorialnych rosyjskiej agresji (m.in. na Kijów i Odessę), a w reakcji na udział niemieckich czołgów w ukraińskiej operacji zadeklarował, że „Rosja zrobi wszystko, aby dostarczyć nowe rosyjskie czołgi na [berliński] plac Republiki”.

Pokazuje to propagandowy charakter rzekomych rosyjskich „czerwonych linii”. Strategia FR polega na dyskredytacji ukraińskich działań poprzez przedstawianie ich jako skierowanych wyłącznie przeciwko ludności cywilnej. Ponadto rosyjska dyplomacja próbuje wykorzystać znaną obawę administracji Bidena przed eskalacją wojny, aby skłonić ją do restrykcyjnej interpretacji ogłoszonych przez nią „czerwonych linii” dotyczących użycia amerykańskiej broni.

osw.waw.pl


Zwracam uwagę, że Bortnikow był zaangażowany w negocjacje i udzielił gwarancji założycielowi PKW Wagnera, Jewgienijowi Prigożynowi, podczas buntu latem ubiegłego roku. Przemieszczenie się najemników z 1. Ochotniczego Korpusu szturmowego w rejon Kurska może świadczyć, że szef FSB na ich sile chce zawiązać rosyjską obronę tego kierunku, a nie jednostkach podległych pod Ministerstwo Obrony.

Dotychczas to kombinowane zgrupowanie WDW i rosyjska piechota morska nie ustępuje pola walecznym Ukraińcom. 

Zmiana dowodzenia na FSB nie wróży dobrze koordynacji działań wojska i rosyjskich jednostek wojsk ochrony pogranicza. Może jest to tylko nominacja formalna, a i tak wojsko będzie dowodziło? Raczej jestem septyczny. Bortnikow nie dałby się w to wmanewrować.

Rosyjskie posiłki wchodzą transzami i w ten sam sposób są utylizowane przez Operacyjną Grupę Manewrową SZU. Dotychczas nie udaje się Rosjanom skutecznie zatrzymać tej ukraińskiej taktyki. 

Widać wyraźnie że SZU dążą do bojów spotkaniowych z pochodzącymi siłami rosyjskim lub wolą je atakować gdy są w kolumnie zanim rozwiną swoje ugrupowanie bojowe lub przygotują pozycje obronne, a gdy są silnie umocnione - Ukraińcy omijają je pozostawiając do oczyszczania "rangersom", artylerii i dronom.

To bardzo frustruje dowódców rosyjskich, gdyż nie mogą sformatować odpowiedniej obrony do tej taktyki. Poszczególnie elementy rosyjskie biją się samotnie lub starają się samodzielnie trzymać obronę, a przez to nie koordynują działań z sąsiadami. 

Nadal wśród Rosjan występują problemy z łącznością i logistyką. W praktyce nie istnie rosyjska ewakuacja techniczna.  

Rosjanie przerzucili 50% wysiłku lotniczego z innych kierunków (poza pokorowskim) na wsparcie obrony kierunku kurskiego. 

x.com/Maciej_Korowaj


Na Białorusi pokazano wraki dronów, które rzekomo zostały zestrzelone przez białoruskie siły obrony powietrznej. Twierdzą, że drony te zostały wystrzelone z Ukrainy. Według ukraińskiego eksperta Iwana Stupaka najprawdopodobniej to jest ustawka. - To tylko płonący dron leżący na suchej trawie. Wygląda na to, że został przywieziony i rozrzucony na miejscu. Wydaje mi się, że Białorusini nawet nie wiedzą, jak zestrzelić drona. Nie mają doświadczenia. Powiesili wrak na drzewach, jednak po upadku drony eksplodują na ziemi. Wygląda na to, że wszystko było ustawione - mówi ekspert z Kijowa. 

Ekspert jest przekonany, że oświadczenia Łukaszenki o wzmocnieniu białoruskich jednostek na granicy z Ukrainą są próbą odwrócenia uwagi ukraińskiego dowództwa wojskowego od walk w obwodzie kurskim.

Oczekiwano, że ukraińskie dowództwo wojskowe przestraszy się tego ruchu i wycofa swoje siły z obwodu kurskiego z powrotem do obwodów czernihowskiego i kijowskiego. Dziś rano nasza straż graniczna poinformowała, że to był blef. Białoruskich czołgów nie ma na granicy. Łukaszenko pokazał ruch czołgów na nagraniu, ale w rzeczywistości straż graniczna ich tam nie widzi.

ukrayina.pl

niedziela, 11 sierpnia 2024



Jewhen Prykhodko: Jak blisko jesteśmy dziś negocjacji między Ukrainą a Rosją?

Daniel Szeligowski, /PISM - red./: Jesteśmy dosłownie na progu ewentualnych negocjacji. Ale chcę od razu wyjaśnić – mam na myśli negocjacje jako wyjaśnienie stanowisk stron, a nie jako prawdziwe negocjacje pokojowe. Obie strony chcą teraz pokazać Republikanom w USA, że są otwarte na rozmowy. Nie oznacza to jednak, że negocjacje zakończą się sukcesem. Przygotowanie to jedno, ale osiągnięcie porozumień ukraińsko-rosyjskich to zupełnie co innego.

EP: Kiedy takie spotkanie mogłoby się odbyć?

DS: Okno na to otworzy się późną jesienią 2024 roku – w przededniu lub już po wyborach prezydenckich w USA. Nie będzie to tete-a-tete, ale coś w rodzaju szczytu szwajcarskiego lub negocjacji w sprawie umowy zbożowej. Właśnie do tego dąży prezydent Wołodymyr Zełenski i jego otoczenie.

EP: A Putin?

DSH: Nie jest zbyt entuzjastycznie nastawiony do perspektywy negocjacji. Uważam, że Putin blefuje, gdy mówi, że chce rozmawiać. Jednak nawet przy takim blefie może dojść do spotkań, bo Rosja na tym skorzysta. Federacji Rosyjskiej nie podoba się format negocjacji w dużym kręgu. Im mniej krajów, tym lepiej i najlepiej – bez udziału Ukrainy. Np. negocjacje rosyjsko-amerykańskie za plecami Ukrainy.

EP: Kto jest najbardziej zainteresowany negocjacjami?

DS: Po obu stronach rośnie chęć, przede wszystkim na przerwę. Zarówno Ukraina, jak i Rosja ponoszą straty. Po stronie ukraińskiej straty te są bardziej dotkliwe. Federacja Rosyjska, mimo sukcesów operacyjnych na Donbasie, ma problemy z techniką, korzysta z coraz starszego sprzętu – ona też potrzebuje przerwy. Na froncie pojawia się broń z Korei Północnej – kolejny sygnał, że rosyjska machina wojskowa zawodzi. Chcę jednak podkreślić: potrzeba przerwy nie oznacza gotowości do poważnych negocjacji. Przede wszystkim jest to konieczność czasowego zatrzymania pożaru.

EP: Już tej jesieni?

DS: Uważam, że taka możliwość istnieje, a przerwa jest coraz bardziej potrzebna stronie ukraińskiej, ponieważ zbliża się zima, system energetyczny może nie wytrzymać nowego rosyjskiego ostrzału. Z drugiej strony, jeśli Rosja wierzy, że może dojść do porozumienia z potencjalną przyszłą administracją Trumpa, to Rosjanie również powinni wykazać taką wolę.

(...)

EP: Które kraje zachodnie wywierają największą presję na Ukrainę,  aby zmusić ją do negocjacji?

DS: Głównym zamysłem zbrojenia Ukrainy przez koalicję międzynarodową było od samego początku wzmocnienie pozycji negocjacyjnej Kijowa. Znane stwierdzenie „popieramy na tyle, na ile to konieczne” należy przetłumaczyć jako „popieramy na tyle, aż Ukraina wypracuje swoje stanowisko negocjacyjne”. Tak naprawdę niewiele jest krajów zachodnich, które naprawdę chcą zwycięstwa Ukrainy, czyli powrotu do granic z 1991 roku.

Większość krajów zachodnich się z tym nie zgadza. Sama myśl o wkraczaniu ukraińskich żołnierzy na Krym przeraża ich. Wywołuje to ich oburzenie i mówią o możliwym ataku nuklearnym Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Wtedy jakakolwiek poważna dyskusja z zachodnimi kolegami traci sens. Od początku wierzyli, że wszystko zakończy się negocjacjami.

EP: Jakie to kraje? USA, Niemcy, Francja?...

DS: Kwestia granic z 1991 r. nie jest już poważnie rozważana, ponieważ Ukraina nie ma potencjału, aby do nich wrócić – ani jutro, ani pojutrze. A zachodnia broń nie naprawi sytuacji. W Siłach Zbrojnych jest za mało ludzi i tego problemu nie da się rozwiązać w krótkim terminie. Na dłuższą metę tak. Rozpoczyna się więc pewien okres przejściowy w wojnie. I teraz pytanie: jaki powinien być ten okres przejściowy? Czy wojna będzie kontynuowana, tylko na mniejszą skalę? Czy to tylko rozwiązanie tymczasowe? Najlepiej, aby Ukraina sama decydowała o perspektywie okresu przejściowego, a nie zachodni sojusznicy. (...) trzeba już dziś przygotować się na nową fazę tej wojny w przyszłości.

EP: Czy osobiście wierzy Pan w pokój z Rosją?

DS: Nie! Ponieważ problem jest głębszy, nie ogranicza się wyłącznie do Putina. Problem leży w samym społeczeństwie rosyjskim i jego podejściu do Ukrainy. Rosjanie nie uznają ukraińskiej państwowości. Chęć podporządkowania sobie Ukrainy jest nieodłączną cechą nie tylko Putina, ale całej rosyjskiej elity i dużej części rosyjskiego społeczeństwa. Działania wojenne prędzej czy później ustaną, ale nie wierzę w pokój. Rosyjskie myślenie o Ukrainie nie ulegnie zmianie. Jedyną rzeczą, która może to zmienić, jest miażdżąca porażka militarna Rosji. Ale nie stanie się to dzisiaj, nie jutro i nie pojutrze. Przyczyna konfliktu nie została usunięta.

EP: Czy przeniesienie wojny na terytorium Federacji Rosyjskiej spowodowałoby zmianę myślenia Rosjan o Ukrainie?

DS: Tylko częściowo. Przeniesienie działań wojennych na terytorium Rosji zmieniłoby stosunek narodu rosyjskiego do samej wojny  , ale nie do Ukrainy. Część Rosjan opowiadałaby się za zakończeniem wojny, ale ich świadomość pozostała niezmieniona – nadal nie godzą się z faktem, że Ukraina jest suwerennym państwem.

EP: To, co  obecnie obserwujemy w obwodzie kurskim, to próba odwrócenia uwagi Rosjan od Donbasu lub wzmocnienia ukraińskiego stanowiska do ewentualnych negocjacji z Rosjanami?

DS: Myślę, że wszystko, co dzieje się na froncie latem i co będzie się działo na początku jesieni, jest próbą wzmocnienia pozycji negocjacyjnych obu stron. Rosjanie to robią w Donbasie. Ukraińcy są teraz w obwodzie kurskim. Te dwa argumenty (dotyczące negocjacji i wojskowego planu /Ukrainy wymuszenia - red./ wycofania sił rosyjskich z obwodu donieckiego nie wykluczają się. Mniej skłaniam się jednak ku drugiemu, militarnemu /powodowi/, gdyż Rosjanie mają wystarczające siły, aby stawić czoła ukraińskiej ofensywie i nie przerzucać wojsk z Donbasu. Po drugie, Ukraińcy podejmują duże ryzyko, mając jednocześnie niestabilną sytuację na froncie wschodnim, więc /najwyraźniej/ według ich obliczeń ryzyko to jest uzasadnione.

EP: Czy Zachód ma dzisiaj jakieś metody oddziaływania, aby zmusić Rosjan do zasiadania przy stole negocjacyjnym?

DS: Rosjanie nie będą prowadzić poważnych negocjacji, dopóki nie zostaną do tego zmuszeni. Nie ma sensu, aby zasiadali przy stole negocjacyjnym, dopóki ich sytuacja na froncie nie będzie zbyt trudna. Istnieją dwa główne scenariusze, w których Rosjanie pójdą do negocjacji: miażdżące porażki Federacji Rosyjskiej na froncie lub ogromne prawdopodobieństwo, że Zachód i Ukraina będą gotowe na znaczne ustępstwa. Inna opcja: jeśli Rosjanie będą mogli zyskać przewagę polityczną od USA lub Chin, udając zainteresowanie negocjacjami. Przykładowo, gdyby Donald Trump dał do zrozumienia Rosjanom, że od ich pojawienia się na szczycie będzie zależał przyszły rozwój stosunków amerykańsko-rosyjskich, delegacja rosyjska by przyjechała. Politycznie nic by ich to nie kosztowało. /Np./ Spotkania na Białorusi w 2022 roku. Rozmowy zawsze inicjuje ktoś, kto jest w gorszej sytuacji niż ten, kto jest do nich zaproszony. Ukraina rozpoczyna dziś negocjacje.

EP: Wspomniał Pan o negocjacjach w 2022 r. Rosjanie zaproponowali wówczas Ukrainie nie pokój, lecz kapitulację. Czy nowe negocjacje nie będą takie same?

DSH: Na razie  wygląda na to, że tak właśnie będzie. Ale w porównaniu do marca 2022 r. Federacja Rosyjska nawet podniosła stawkę. Obecnie Rosjanie są jeszcze bardziej wymagający. Przedtem chcieli kapitulacji, teraz do tego dodano chęć zalegalizowania zdobyczy terytorialnych, czyli rozczłonkowania Ukrainy i usunięcia ukraińskiego rządu. Według Rosjan to, co oferowali w 2022 roku, to promocja, a to, co jest teraz, to cena regularna. Jedynym sposobem, aby wpłynąć na kalkulacje Federacji Rosyjskiej, jest jej porażka militarna. Nie ma innych opcji.

EP: Gdyby sprawa trafiła do negocjacji, czy istnieje coś, co stanowiłoby skuteczną gwarancję przed nowym atakiem Rosji?

DS: Każdy kraj ma swoje własne obliczenia. Polska nie raz podkreślała, że ​​tylko od Ukrainy powinno zależeć, na jakich warunkach chciałaby negocjować z Rosją i czy w ogóle tego chce. Na razie warunki te nie zostały jasno określone, poza bardzo wyraźną czerwoną linią (którą przecież często powtarza prezydent Zełenski) – żadnych ustępstw terytorialnych. Oznacza to, że Ukraina jest gotowa na jakiś kompromis, ale nie terytorialny.

Ale nie powinieneś też wpadać w pułapkę myślenia tunelowego: mówią, że kompromis jest zawsze lepszy niż brak kompromisu. Nie zgadzam się z tym. Zły kompromis może być gorszy niż jego brak. Jeżeli przyjąć, że Ukraina w najbliższej przyszłości nie odzyska terytorium z 1991 r., to w tzw. okresie przejściowym strony mogą osiągnąć pewne porozumienie. Jednak, jak pokazuje historia, porozumienia z Rosją zazwyczaj nie są dla Ukrainy korzystne. Na przykład porozumienia mińskie – związały ręce Ukrainie, ale nie związały rąk Rosji. Prowadzi to do naturalnego wniosku: dla Ukrainy najkorzystniej będzie, jeśli w okresie przejściowym strony nie podpiszą żadnych warunków. Przecież praktycznie nie ma narzędzi, aby zmusić Rosję do przestrzegania jakiegokolwiek porozumienia. Oznacza to, że faktyczne zamrożenie obecnej sytuacji jest dla Ukrainy dobrą opcją. Gorszym scenariuszem jest jednak formalne zamrożenie na mocy jakiegoś ukraińsko-rosyjskiego lub wielostronnego porozumienia. Najgorzej natomiast jest, gdy Ukrainie narzuca się porozumienie rosyjsko-ukraińskie, bo oznaczałoby to, że Ukraina jest tak słaba, że ​​nie jest w stanie się jemu oprzeć.

EP: Jak długo może trwać zamrożenie?

DS: Czasami najbardziej improwizowane rozwiązania okazują się najtrwalsze. Kluczem nie jest to, czy dojdzie do porozumienia, czy nie, czy nastąpi zawieszenie broni, czy nie. Najważniejsze dla Zachodu jest udzielenie Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Najgorsze jest to, że obecnie kraje zachodnie w ogóle nie dyskutują na ten temat.

EP: Dlaczego?

DS: Bo nikt nie chce ich dać. Koło się zamyka: Zachód twierdzi, że dopóki wojna będzie trwała, nie da żadnych gwarancji bezpieczeństwa, ale wojna będzie trwała, dopóki nie będzie gwarancji bezpieczeństwa. Zachodni przywódcy i większość moich zachodnich kolegów-analityków w ogóle nie rozumieją tej sytuacji. Ich zdaniem nie można mówić o gwarancjach bezpieczeństwa, dopóki nie będzie wiadomo, o jakich terytoriach ukraińskich mówimy. Uważam, że wręcz przeciwnie, musimy najpierw ustalić, jakie gwarancje bezpieczeństwa możemy udzielić Kijowowi, wtedy znając odpowiedź, władzom ukraińskim będzie znacznie łatwiej negocjować z Rosjanami, bo będą wiedziały, jakiego wsparcia mogą udzielić liczyć na zachodnich sojuszników.

W tej dyskusji pojawia się inny argument: mówią, że Rosjanie nie chcą zakończyć wojny, bo boją się, że wtedy Ukraina zostanie przyjęta do NATO. Argument ten należy interpretować odwrotnie: aby zmienić rosyjskie kalkulacje, konieczne jest przyjęcie Ukrainy do NATO już teraz, w przeciwnym razie Rosjanie nigdy nie zakończą tej wojny. Musimy zdecydować o gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy niezależnie od tego, co myślą o tym Rosjanie.

EP: Głównymi przeciwnikami przyjęcia Ukrainy do NATO są USA i Niemcy. Boją się (lub przeszkadza im) rosyjskocentryczne myślenie: co Rosjanie pomyślą i jak zareagują?

DS: Stanowisko amerykańsko-niemieckie (np. nie możemy przyjąć Ukrainy do NATO, bo wojna trwa i doprowadzi do eskalacji) jest tylko pretekstem. Korzeń to coś innego. Zachód nie chce przekraczać dwóch czerwonych linii. A to jest dalekie od dostaw broni na Ukrainę. Czerwone linie to gwarancje bezpieczeństwa i rosyjskie pieniądze. Teraz nie ma mowy o przystąpieniu Ukrainy do NATO, nie ma też mowy o konfiskacie rosyjskiego majątku. Zachód nie chce na to iść. Próbuje nawet ominąć te pytania. Przykładowo, zamiast przystąpić do NATO, istnieją dwustronne umowy (między Ukrainą a poszczególnymi państwami) o współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Nie dają jednak gwarancji bezpieczeństwa, choć tak to przedstawia ekipa Zełenskiego. Jeśli chodzi o zamrożone rosyjskie pieniądze, nie ma zgody na ich konfiskatę, zamiast tego podejmowane są próby zarabiania na nich odsetek.

EP: Dlaczego Zachód nie chce przekroczyć tych czerwonych linii?

DS: Wiele krajów  popierających Ukrainę od początku wierzyło, że wszystko zakończy się negocjacjami i kompromisem. Co? Teraz nie ma to dla nich znaczenia. Do kompromisu potrzebny jest piernikowy ludzik i bicz. Oznacza to, że zarówno gwarancje bezpieczeństwa, jak i rosyjskie aktywa to piernik w negocjacjach z Rosją. Dlatego Waszyngton i Berlin uważają, że jeśli Ukraina przystąpi do NATO, stracą jeden z pierników. Moim zdaniem wykluczenie możliwości członkostwa Ukrainy w NATO jest dla USA i Niemiec jednym z głównych elementów potencjalnego kompromisu z Rosją.

EP: Czy Waszyngton rozumie cenę takich kompromisów – bez mocnych gwarancji bezpieczeństwa Rosjanie zaatakują ponownie, ale z jeszcze większą siłą. Mogą pojechać dalej – do krajów bałtyckich, Polski.

DS: Duża część waszyngtońskiego establishmentu to rozumie, ale ma inne obliczenia. To, co dla nas jest świetną ceną, nie oznacza, że ​​dla nich jest to świetna cena. Dla nas wojna z Rosją jest kwestią egzystencjalną, ale dla Stanów Zjednoczonych jest to (w najlepszym przypadku) konflikt peryferyjny, w którym Stany Zjednoczone wspierają jedną ze stron, choć minimalnie. Pomoc USA dla Ukrainy stanowi niewielki procent amerykańskiego budżetu obronnego. Waszyngton koncentruje się na Chinach, a Rosja jest dla niego sprawą drugorzędną. Stosunki rosyjsko-amerykańskie nie ograniczają się do kwestii Ukrainy, są znacznie szersze. Federacja Rosyjska jest partnerem USA w sprawach kontroli zbrojeń, walki z terroryzmem i współpracy w dziedzinie technologii kosmicznych. USA oczywiście rozumieją cenę tej sprawy dla Ukrainy, ale liczą się też z własnymi korzyściami. Ich zdaniem armia rosyjska jest w takim stanie, że Europie nic nie zagraża. Z drugiej strony w amerykańskich elitach jest coraz więcej osób, które dobrze rozumieją, czym jest Rosja i jakie niesie ze sobą zagrożenie, ale są rozczarowane Europą. Myślą tak: jeśli kraje europejskie nie traktują poważnie rosyjskiego zagrożenia, dlaczego Amerykanie mieliby to zrobić?

EP: Kongres amerykański przez wiele miesięcy nie mógł głosować za pakietem pomocowym dla Ukrainy, potem na arenie międzynarodowej coraz głośniej zaczął brzmieć głos Emmanuela Macrona – nie wykluczył on możliwości wysłania jednostek francuskich na Ukrainę i bezpośrednio stwierdził, że Niemcy i USA są przeciwko Ukrainie w NATO. Dlaczego francuski prezydent jest teraz praktycznie niewidoczny?

DS: Teraz zajmuje się swoimi problemami, a nie Ukrainą. Jego pozycja polityczna we Francji została zachwiana – najpierw jego partia poniosła porażkę w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem rozwiązał parlament krajowy.

EP: Czyli nie jest prawdą, że podczas szczytu NATO w Waszyngtonie prezydent Biden dał Macronowi wyraźny sygnał, że nie powinien pozwalać sobie na takie wypowiedzi?

DS: Nie przeceniajmy roli państw. Biden nie może zadzwonić do innego prezydenta i powiedzieć mu, co ma robić. Nawet Zełenski nie słucha Bidena, a co dopiero Macron. Zmiana retoryki Macrona nie wynika z tego, że nagle zrozumiał, czym tak naprawdę jest Rosja. Ambicja odegrała tu rolę. Grupa Wagnera wypychająca Francuzów z Afryki zirytowała Macrona. W przypadku polityków, szczególnie tych z tak dużym ego, jest to katastrofa. Macron potraktował tę sytuację bardzo osobiście, dlatego działalność na wschodniej flance NATO na rzecz Ukrainy jest dla Francuzów okazją do zemsty na Putinie. Są przekonani, że jeśli będą naciskać na Rosjan w kontekście Ukrainy, zmusi ich to do wycofania części wojsk z Afryki. Taka jest kalkulacja Francuzów.

(...)

EP: Jedyną skuteczną gwarancją bezpieczeństwa dla Ukrainy jest członkostwo w NATO, ale z /pana/ odpowiedzi jasno wynika, że ​​jest to niemożliwe. Czy nie ma innych opcji?

DS: Oczywiście, że tak. Ale każdy, kto publicznie twierdzi, że NATO nie jest jedyną gwarancją bezpieczeństwa Ukrainy, jest potępiany w dyskusjach publicznych, ponieważ stoi w sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem Ukrainy. Jedną z opcji jest scenariusz koreański, dwustronne gwarancje. Tylko że jest to źle rozumiane, bo ten scenariusz jest zwykle postrzegany w kontekście terytorialnym, a nie w kontekście gwarancji. (...) Scenariusz koreański zakłada obecność wojsk amerykańskich na terytorium Ukrainy. Wielu amerykańskich żołnierzy stanowi poważną gwarancję bezpieczeństwa dla Ukrainy.

EP: Ale czy Amerykanie się na to zgodzą?

DS: Amerykanie nie płoną pożądaniem, ale pan pyta, czy istnieje alternatywa dla członkostwa w NATO. Odpowiadam więc – jest. Być może obecność wojsk amerykańskich jest nawet lepszą gwarancją bezpieczeństwa niż członkostwo w NATO. Ponieważ przystąpienie Ukrainy do Sojuszu nie oznacza jeszcze, że wojsko amerykańskie znajdzie się na terytorium Ukrainy lub pojawi się tam w przypadku nowej agresji. W kontekście scenariusza koreańskiego mogą to być nie tylko wojska amerykańskie, ale także siły innych państw, pod warunkiem, że wyłoni się odpowiednia koalicja, która się na to zgodzi.

EP: Czy Polska by w tym brała udział?

DS: W marcu 2022 r., kiedy trwały negocjacje rosyjsko-ukraińskie, Polska znalazła się w gronie krajów, które były gotowe udzielić Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa.

EP: I wysłać wojska na Ukrainę?

DS: Traktat rosyjsko-ukraiński nie opisywał dokładnie, w jaki sposób. Ale kiedy mówimy o gwarancjach bezpieczeństwa, oczywiste jest, że mówimy o zaangażowaniu sił zbrojnych. W projekcie rosyjsko-ukraińskiego porozumienia na rok 2022 obok Polski gwarantami bezpieczeństwa były Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, Turcja i kilka innych krajów. Co jakiś czas zmieniała się ich liczba. Obecnie Polska pod pewnymi warunkami byłaby gotowa udzielić Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa, ale kluczowe jest to, czy USA zapewnią gwarancje bezpieczeństwa. Jeśli nie, to ta konstrukcja w ogóle nie będzie miała sensu. Jeśli wśród gwarantów nie będzie Amerykanów, Rosjanie nie potraktują tego poważnie.

EP: Czy możemy przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja w przypadku wygranej Donalda Trumpa?

DSH: Teraz wiemy już,  co mniej więcej planują Trump i jego zespół. Za pomocą bicza i piernikowego ludzika chcą doprowadzić Ukrainę i Rosję do stołu negocjacyjnego. Zełenski to rozumie, dlatego sygnalizują gotowość do negocjacji. Jest to bardzo pragmatyczne podejście. Piernik jest otwarcie na stole – pod rządami Trumpa Stany Zjednoczone mogą zwiększyć pomoc wojskową. Bicz — jeśli Ukraińcy nie zgodzą się na negocjacje, Amerykanie całkowicie wstrzymają pomoc wojskową. Środowisko Trumpa jasno to zakomunikowało. Zamiast tego Amerykanie nie wiedzą, co dalej robić po rozpoczęciu negocjacji. Potencjalna przyszła administracja Trumpa nie może zmusić Rosjan do ustępstw, chyba że zostaną pokonani militarnie na froncie.

EP: A co jeśli Kamala Harris wygra?

DS: Będzie kontynuować politykę Joe Bidena. Jej administracja zrobi także wszystko, aby wojna zakończyła się negocjacjami. Zakładam, że będą realizować strategię unikania eskalacji z Rosją.

EP: Obecnie istnieje kilka formuł pokojowych – chińsko-brazylijska, Johnson, afrykańska, prezydent Zełenski. Czy któraś z nich zostanie uwzględniona w ewentualnych negocjacjach?

DS: Jeśli strona ukraińska zgłosi gotowość do negocjacji, musi przedstawić pewne warunki wejścia, bo inaczej ktoś to za nią zrobi. Formuła Zełenskiego nakreśla te warunki, choć osobiście jestem wobec niej sceptyczny, gdyż jest bardzo chaotyczna. Jest w tym jednak podstawa – najpierw Rosjanie opuszczają terytorium Ukrainy, a dopiero potem możemy mówić o negocjacjach. Oznacza to, że formuła Zełenskiego wyraźnie wskazuje na możliwość rozmów, ale kluczowe jest to, kiedy — po odejściu Rosjan. Stąd moje rozróżnienie pomiędzy negocjacjami – wyjaśnianiem stanowisk stron, a negocjacjami – czyli poważnymi dyskusjami o zawarciu pokoju.

W pewnym momencie formuła Zełenskiego ograniczyła także rozpowszechnianie innych planów pokojowych, z których każdy prowadzi do ustępstw terytorialnych ze strony Ukrainy. Wszyscy dyskutują teraz o planie ukraińskim. Nawet jeśli na dzień dzisiejszy nie uda się tego zrealizować, to już samo to, że wszyscy mówią o stanowisku Ukrainy, jest w jej rękach. Na szczycie w Szwajcarii Ukraińcy zaryzykowali – postanowili przetestować poparcie dla tej formuły. Okazało się, że uczucie nie było tak szerokie, jak mogłoby się wydawać. Plan był następujący: zachodni przywódcy poprą formułę Zełenskiego, a Ukraińcy przedstawią ją Rosjanom. Jednak reprezentacja krajów zachodnich nie była do końca taka, jakiej chciał Kijów. W szczególności nie przyjechał Joe Biden. Pojawił się problem, skoro poparcie dla formuły Zełenskiego nie jest tak mocne, jak się wydawało, to dlaczego Rosjanie mieliby się na to zgodzić? Być może jesienią nastąpią zmiany w formule i Ukraińcy będą musieli przekonać o jej wykonalności zarówno Republikanów, jak i Demokratów.

Z drugiej strony istnieje plan chińsko-brazylijski jako kontroferta. Uważam, że jego rola jest dziś niedoceniana, choć wokół niego można stworzyć alternatywną koalicję międzynarodową. Najprawdopodobniej zatem utworzą się dwa obozy – ukraiński i, relatywnie rzecz ujmując, chiński, i powstaną jesienią, czyli przed wyborami prezydenckimi w USA. Jesień będzie pełna /wrażeń/. Na razie obie strony budują swoją pozycję negocjacyjną na linii frontu.

novapolshcha.pl

sobota, 10 sierpnia 2024



Warto na koniec krótko wspomnieć o dalszych wojennych losach 93 BZ i 4 DPanc. - bohaterów dwóch tekstów na tym blogu poświęconych działaniom wojennym w południowej części obwodu sumskiego. W oparciu o nadwyżkowych rezerwistów 93 BZ jeszcze w marcu 2022 r.  utworzyła - podobnie jak inne ukraińskie jednostki zmech. - dodatkowy, w jej przypadku piąty batalion strzelców, wyposażony w opancerzone transportery kołowe różnych typów. Na bazie zdobytego na 200 Brygadzie Strzelców Zmotoryzowanych oraz 4 DPanc. sprzętu pancernego sformowano także dodatkową kompanię czołgów. Ta powiększyła się do całego batalionu pancernego po zdobyciu kolejnych czołgów pod Izium, w efekcie ukraińskiej ofensywy w obwodzie charkowskim we wrześniu 2022 r., w której 93 BZ brała aktywny udział. W szczycie swojej potęgi w październiku 2022 r. 93 BZ składała się z 5 batalionów zmech., 2 batalionów czołgów oraz batalionu zapasowego i był najsilniejszą jednostką armii ukraińskiej, niewiele ustępując 2 DZ, będącej największą jednostką wojsk lądowych FR. Wydaje się jednak, że po wielomiesięcznych walkach pod Bachmutem, ukraińska brygada wróciła latem 2023 r. do swojego pierwotnego składu, a więc batalionu czołgów i czterech batalionów piechoty.

Zgoła odmiennie potoczyły się wojenne losy 4 DPanc. Pod koniec marca 2022 r. - po wycofaniu z obwodu sumskiego - większa cześć dywizji wróciła do garnizonu w Naro - Fomińsku. Na front w rejonie Izium skierowano zaś relatywnie niewielką grupę bojową, w składzie batalionu zmech. i batalionu czołgów, opartą w dużym stopniu o nowo przyjętych do wojska rezerwistów, którzy sami zgodzili się na kontrakty, w ramach pierwszej ochotniczej fali mobilizacji. Grupa ta walczyła w rejonie Izium do mniej więcej początku lipca 2022 r., a następnie została wycofana na odpoczynek. W drugiej połowie sierpnia dowództwo 4 DPanc. skierowało na front w obwodzie charkowskim kolejną grupę bojową w sile dwóch batalionów czołgów, dwóch batalionów zmech. i batalionu dział samobieżnych. Co ciekawe tym razem była oparta o 12 Pułk Czołgów, wcześniej nie widziany na froncie na Ukrainie. Niemal natychmiast po rozmieszczeniu w rejonie Izium, grupa bojowa 4 DPanc. trafiła na ofensywę ukraińską, w wyniku której uległa częściowo rozbiciu i została wycofana do Rosji. Od listopada 2022 r. dywizja w systemie rotacyjnym utrzymywała stale na Ukrainie grupę bojową w sile batalionu czołgów i batalionu zmech. Jej miejscem rozmieszczenia był zawsze front w rejonie Swatowo - Kreminna.

thorkillblog.blogspot.com


Według strony ukraińskiej  24 lutego 2022 r. w rejonie lotniska Antonowa w Hostomelu  stacjonowała grupa bojowa 4 Brygady Szybkiego Reagowania Gwardii Narodowej (4 BSR) licząca około 300 żołnierzy. W jej skład oprócz kompanii manewrowej piechoty wyposażonej w pojazdy typu MRAP wchodził także pluton obrony plot uzbrojony w wyrzutnie MANPADS typu Igła oraz działka Zu-23-2. Pozostali żołnierze należeli do batalionu szkolnego, złożonego z niedawno powołanych do wojska poborowych.

Rankiem 24 lutego gdy rosyjski atak na lotnisko się rozpoczął, żołnierze gwardii narodowej podjęli walkę z kolejnymi falami desantowanych ze śmigłowców rosyjskich żołnierzy VDV, zestrzeliwując m.in. 4 śmigłowce, w tym dwa Mi-8 na płycie lotniska i rozbijając rzekomo kompletnie całą pierwszą fale desantu przy pomocy okopanych na skraju pasa startowego działek Zu-23-2. Z czasem jednak zostali zmuszeni do wycofania z terenu lotniska przez kolejne lądujące grupy desantowe w kierunku miejscowości Hostomel.

Nocą tego samego dnia około godziny 21:00 czasu kijowskiego, po przegrupowaniu i po przygotowaniu artyleryjskim, oddziały 4 BSR wsparte pododdziałami 72 Brygady Zmechanizowanej oraz 95 Samodzielnej Brygady Desantowo - Szturmowej przeprowadziły skomasowany kontratak z trzech kierunków, z nie podawanych nigdy w tej narracji podstaw wyjściowych. W jego wyniku opanowano rzekomo budynki biurowe firmy Antonow wraz z wieżą kontrolną, hangar w którym znajdował się An-225 Mrija oraz drugi mniejszy znajdujący się tuż obok, a także południową część pasa startowego lotniska. 

Według innych źródeł powodzenie miało być całkowite i zajęto cały teren lotniska a resztki rosyjskich spadochroniarzy wycofały się do jakiegoś nigdy dokładnie sprecyzowanego „pobliskiego lasu”. Następnego dnia (25 lutego) gdy okazało się ze do rosyjskich desantowców dotarła pierwsza pomoc "z zewnątrz", w postaci jednostek zmechanizowanych nadciągających z Czarnobyla, wojska ukraińskie bez walki wycofały się z lotniska w kierunku Irpina, na tworzoną główną linię obrony Kijowa od strony północnej, opartą o dolinę rzeki Irpień.

Ostatecznie według narracji strony ukraińskiej kontruderzenie z nocy z 24 na 25 lutego w skali taktycznej przyniosło tylko chwilowe powodzenie, miało jednak osiągnąć wielki sukces operacyjny. Zmusiło rzekomo Rosjan do zrezygnowania z prób przetransportowania drogą lotniczą za pomocą samolotów transportowych Ił-76 kolejnych batalionów VDV. Dzięki temu uratowano Kijów przed szybkim zajęciem, co w konsekwencji w dłuższym terminie doprowadziło do fiaska całej operacji „zgrupowania V” wojsk  rosyjskich i jego odwrotu na Białoruś pod koniec marca 2022 r.

Wersja rosyjska

Według strony rosyjskiej operacja zajęcia lotniska w Hostomelu rozpoczęła się około godziny 10:00 czasu kijowskiego. Wtedy to z rejonu homelskiego - z tamtejszych przygotowanych lotnisk polowych - wyleciało zgrupowania śmigłowcowe liczące około 50 maszyn: transportowych Mi-8AMTSz oraz wspierających je szturmowych Ka-52 i Mi-24P. Na śmigłowcach transportowych przewożono liczącą około 300 żołnierzy grupę bojową, złożoną ze spadochroniarzy 31 Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej oraz żołnierzy 45 Brygady Specnazu. Rosyjskie śmigłowce poruszając się wzdłuż Dniepru dotarły w okolice lotniska Hostomel około godziny 10:20. Następnie po krótkim wsparciu ogniowym wykonanym przez Ka-52 na cele na terenie lotniska, Mi-8 desantowały żołnierzy rosyjskich. Ci po kilku godzinnej walce oczyścili teren lotniska z nieprzyjaciela, przejmując nad nim pełną kontrolę.

Następnie zgodnie z rosyjskim planami operacyjnymi, rosyjscy spadochroniarze zajęli pozycje obronne wokół lotniska, czekając na pojawienie się nadjeżdżających z rejonu Czarnobyla kolumn zmechanizowanych, należących do Armii "V". Celem operacji desantowej Rosjan od początku było bowiem wyłącznie zdezorganizowanie obrony ukraińskiej na północnych przedpolach Kijowa i tym samym ułatwienie dotarcia do przedmieść stolicy jednostkom pancerno-zmechanizowanym spod granicy białoruskiej. Rosyjskie dowództwo nie planowało nigdy używać zdobytego lotniska jako kanału przerzutu dalszych żołnierzy drogą powietrzną, przy wykorzystaniu samolotów transportowych IŁ-76.
 
W nocy z 24 na 25 lutego na pozycje obronne żołnierzy VDV w rejonie lotniska, przeprowadzono kilka niewielkich kontruderzeń wojsk ukraińskich, które zostały jednak odparte. Ostateczne przebicie się wojsk głównej kolumny pancerno-zmechanizowanej spod Czarnobyla i połączenie z rosyjskimi obrońcami Hostomela nastąpiło 25 lutego. Tym samym właśnie wtedy zakończyła się zasadnicza część operacji desantowej. Według strony rosyjskiej osiągnęła ona wszystkie zakładane cele i zakończyła się pełnym sukcesem w skali taktycznej i operacyjnej.

(...)

Wersja wydarzeń autora oparta na analizie dostępnych materiałów wizualnych oraz innych informacji.

Bitwa o lotnisko Antonowa w Hostomelu rozpoczęła się około godziny 10.20 czasu kijowskiego. Wtedy to nad lotnisko dotarły z Białorusi pierwsze śmigłowce Ka-52 z grupy liczącej łącznie około 20 maszyn i rozpoczęły jego ostrzał, skupiając się głównie na okolicach pasa postojowego i budynkach garnizonu 4 Brygady Szybkiego Reagowania (4 BSR). Wkrótce za nimi nadleciało około 20 śmigłowców transportowych Mi-8AMTSz, mających na pokładach pododdziały 31 Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej oraz 45 Samodzielnej Gwardyjskiej Brygady Specjalnego Przeznaczenia, liczące łącznie około 250 żołnierzy. 

Rosyjski oddział desantowy podzielony został na trzy grupy bojowe. Zadaniem pierwszej było zajęcie budynku administracyjnego koncernu Antonow, wraz z położoną na jego dachu wieżą kontrolną lotniska (...) oraz obu pobliskich hangarów lotniczych (...). Zadaniem grupy drugiej było zajęcie kompleksu niewielkich budynków i magazynów, położonych pomiędzy wieżą kontrolną a garnizonem Gwardii Narodowej (...). Trzecia grupa miała zająć rejon mini–poligonu wojskowego (...), oraz przylegające do niego magazyny wojskowe, a następnie atakować wzdłuż ulicy Avtoshialkowej, aby zająć dwa apartamentowce należące do nowego kompleksu mieszkaniowego pracowników koncernu Antonowa (...). Ostatecznym celem działań tej grupy miało być zabezpieczenie rejonu głównej bramy wjazdowej do lotniska oraz pobliskiego wjazdu do kompleksu mieszkalnego i koszar 4 BSR, znajdującego się przy torach kolejowych (...).

Po stronie ukraińskiej szeroko rozumianego terenu lotniska broniło około 300 żołnierzy należących do 4 BSR. Około 200 z nich stanowili niedawno powołani do służby wojskowej 18 letni poborowi, którzy zaledwie dwa miesiące wcześniej zakończyli szkolenie podstawowe (unitarne). Pozostała grupa około 100 członków personelu 4 BSR była doświadczonymi żołnierzami kontraktowymi, służącymi w tzw. kompanii manewrowej - pododdziale wyposażonym w pojazdy typu MRAP i samochody ciężarowe Bogdan w odmianie transportera piechoty - przewidzianej do przeprowadzania szybkich działań manewrowych.  

W momencie rosyjskiego ataku na lotnisko Antonowa wszyscy żołnierze poborowi znajdowali się w pobliskich koszarach tej brygady (numer 7 na mapie powyżej), natomiast około 30-40 osobowy oddział z kompanii manewrowej, przebywał w rejonie mini-poligonu (na mapie powyżej numer 1). Dodatkowo w rejonie budynku administracyjnego koncernu Antonowa z wieżą kontrolną na dachu (numer 6), znajdowała się trzecie grupa licząca około 20 żołnierzy kompanii manewrowej. Materiały wizualne absolutnie nie potwierdzają istnienia na terenie lotniska jakichkolwiek umocnień polowych, stanowisk plot z działkami Zu-23-2, czy większej liczby ukraińskich żołnierzy w rejonie płyty postojowej czy pasa startowego lotniska.

Zgodnie z opublikowanymi materiałami wizualnymi, rosyjskie grupy bojowe numer 1 oraz 2 zostały desantowane ze śmigłowców wprost na płytę postojowa lotniska, (...). Natychmiast po desancie obie te grupy rozwinęły się w szyk bojowy i rozpoczęły atak na wyznaczone, opisane wyżej cele. Podobny przebieg miał desant trzeciej grupy bojowej, który odbył się w tym samym czasie przy północno-wschodnim skraju lotniska, mniej więcej na tych współrzędnych: 50.5984, 30.2005, niedaleko mini-poligonu oznaczonego na mapie wyżej numerem 1. Sam moment desantu tej grupy bojowej przebiegł także bez żadnych komplikacji, praktycznie bez oporu ze strony ukraińskich żołnierzy. 

Opowieści strony ukraińskiej o kompletnym rozbiciu którejś z tych grup bojowych i zniszczeniu dwóch śmigłowców transportowych Mi-8 na płycie postojowej lotniska, nie znajdują żadnego potwierdzenia w istniejącym materiale wizualnym oraz znalezionych później wrakach śmigłowców. Oba znalezione na płycie lotniska po odwrocie wojsk rosyjskich w kwietniu 2022 r. maszyny, zostały zniszczone dużo później przez samych Rosjan, na co są dowody wizualne. Jedyne stracone przez Rosjan podczas samej operacji śmigłowce to 3 Ka-52, z których dwa zostały zestrzelone MANPADS-ami, natomiast trzeci zmuszony do awaryjnego lądowania w wyniku usterki technicznej. Oprócz tego w trakcie przelotu rosyjskiej grupy śmigłowcowej wzdłuż Dniepru w kierunku lotniska Antonowa, została ona ostrzelana rakietami MANPADS przez nieustaloną ukraińską jednostkę plot, w wyniku czego dwa śmigłowce (Mi-24P i Mi-35) zostały trafione i wpadły do Dniepru. Łącznie więc w trakcie operacji desantowej na Hostomel, rosyjska śmigłowcowa grupa straciła pięć maszyn.

Według autora tego tekstu, atak wszystkich trzech wskazanych wyżej rosyjskich grup bojowych na opisane wyżej kolejne cele operacji, przebiegał beż żadnych komplikacji i praktycznie bez większego oporu ze strony wojsk ukraińskich. Wszystko wskazuje, że gwardziści z 4 BSR już na samym początku operacji desantowej w większości po prostu uciekli z terenu lotniska i pobliskich koszar, pozostawiając cały swój ciężki sprzęt. Z opublikowanego materiału wizualnego z kamer osobistych rosyjskich żołnierzy wynika, że jedyne miejsce gdzie doszło do dłuższej wymiany ognia z żołnierzami 4 BSR, to okolice budynku biurowego koncernu Antonowa (numer 6 na mapie) oraz zamkniętego hangaru lotniczego (numer 5 na mapie). W trakcie rosyjskiej operacji desantowej teren lotniska był także bombardowany przez dwa ukraińskie Su-24M, jeden z nich został zestrzelony w trakcie tych działań. Według oceny autora tego tekstu około godziny 13.00 czasu kijowskiego całe lotnisko Antonowa wraz z przylegającymi do niego terenami i kompleksami wojskowymi, znajdowało się już pod pełną kontrolą Rosjan, a wszystkie zakładane cele każdej z grup bojowych zostały osiągnięte.

Około godziny później na miejscu wydarzeń pojawia się dziennikarz CNN-u Matthew Chance i rozpoczyna słynną już dzisiaj relacje na żywo, (...). Powstają dwa materiały filmowe, oba nagrane w okolicach przejazdu kolejowego, przy drodze do głównej bramy wejściowej, (...). Oba jego nagrania - wejścia na żywo -  w pełni potwierdzają rosyjską wersje wydarzeń i udowadniają, że około godziny 15 - 16.00 czasu kijowskiego wojska rosyjskie całkowicie kontrolowały cały teren lotniska Antonowa oraz przylegający do niego kompleks koszar, magazynów garnizonu 4 Brygady Szybkiego Reagowania i pobliskie mini-osiedle mieszkalne. Co więcej jasno wskazują, że w tamtym momencie w pobliżu lotniska nie było żadnych większych oddziałów ukraińskich.

Tak tamte wydarzenie relacjonował Matthew Chance już po czasie, z dystansu, w grudniu 2022 r. na antenie CNN podczas specjalnego programu wspomnieniowego poświęconego pierwszym dniom wojny na Ukrainie:


"Pamiętam taką sytuacje, pojechałem do Hostomela w okolice lotniska Antonowa. Tam spotkałem żołnierzy. Podchodzę więc do ich dowódcy i pytam się gdzie są Rosjanie. A ten patrzy się na mnie zdezorientowany i odpowiada:

- Jak to gdzie są Rosjanie? O co ci chodzi?
A ja zacząłem mu wyjaśniać:
- Wiesz zaraz będę nadawać na żywo w CNN i będę chciał powiedzieć widzom gdzie dotarły wojska rosyjskie."  
Ten popatrzył na mnie dziwnie i odpowiedział.
- Gdzie są Rosjanie? My jesteśmy Rosjanami.

W tym momencie zorientowałem się że przypadkiem przekroczyliśmy linie frontu."

Warto zwrócić uwagę na tę relacje, pokazuje ona bowiem, że około godziny 16.00 czasu kijowskiego - w rejonie lotniska od strony południowej i wschodniej - nie było żadnych większych oddziałów ukraińskich, nie było zorganizowanej linii obrony, a także przygotowanego i zabezpieczonego odpowiednio zaplecza frontu w postaci punktów kontrolnych na drogach dojazdowych. Wszystko to niecałe 6 godzin przed rzekomym rozpoczęciem wielkiego kontruderzenia wojsk ukraińskich na lotnisko. Ataku który miał być według narracji ukraińskiej, przeprowadzony z trzech kierunków, przez kilka różnych oddziałów. Jednostek które tego dnia albo znajdowały się 20-30 km dalej na wschód od tego miejsca jak batalionowa grupa bojowa (bgb) 72 Brygady Zmechanizowanej, która zajmowała pozycje obronne w rejonie lotniska Boryspol na wschodnich przedmieściach Kijowa, albo batalion 95 Samodzielnej Brygady Desantowo - Szturmowej, który stacjonował w rejonie Żytomierza, około 100 km na zachód w linii prostej od miejsca ataku. Na miejscu w pobliżu Hostomela znajdowała się jedynie batalionowa grupa bojowa 1 Prezydenckiej Brygady Operacyjnej Gwardii Narodowej.

Wszystkie te dowody wizualne, relacje świadków wydarzeń oraz wnioski oparte na analizie informacji, jasno wskazują, że żadnego kontruderzenie ukraińskiego z nocy 24 na 25 lutego po prostu nie było. Co ciekawe niektóre źródła ukraińskie, przywoływane choćby w tekście "Desant na Hostomel" z miesięcznika Nowa Technika Wojskowa, także potwierdzają brak tego ataku. Oto jedna z relacji rzekomego ukraińskiego uczestnika tych wydarzeń Anatolija Charchenki, przytoczona we wspomnianym wyżej artykule:

„zadaniem było niewpuszczenie Iłów na lotnisko...Zadanie zostało wykonane trochę inaczej niż powinno być, jednak samolotów nie wpuszczono - po prostu zaorano lotnisko {ogniem artylerii - red.} i nie pozwolono im wylądować”.

(...)

W rzeczywistości jednak żadnego kontruderzenia w nocy z 24 na 25 lutego 2022 r. nie było. Strona ukraińska nie była w stanie tego dnia czasowo i organizacyjnie go przygotować i  przeprowadzić, nie miała na to gotowych do działań jednostek w pobliżu lotniska. Dlatego ograniczyła się tej nocy do odizolowania płytkim kordonem dozorowym - złożonym z oddziałów wojsk specjalnych z 3 Pułku Specjalnego Przeznaczenia oraz żołnierzy Prezydenckiej Brygady Operacyjnej - terenów wokół niego. Następnie przy pomocy rozmieszczonego na płn. przedmieściach Kijowa dywizjonu armat samobieżnych 2S7 Pion z 43 Brygady Artylerii, rozpoczęła ostrzał pasa startowego oraz budynków należących do infrastruktury lotniska. W jego trakcie prawdopodobnie zniszczono hangar wraz ze znajdującym się w nim samolotem An-225 Mrija. Z opublikowanych 28 lutego w internecie zdjęć satelitarnych terenu lotniska, będących w posiadaniu autora, wynika jednak że uszkodzenia samego pasa startowego były minimalne i mógł on spokojnie przyjmować samoloty transportowe Ił-76, gdyby oczywiście Rosjanie faktycznie chcieli tam nimi lądować.

O tym co się działo w rejonie lotniska Antonowa 25 lutego wiemy niewiele. Materiałów wizualnych z tego dnia praktycznie nie ma. Jedynie na filmie numer 1 z powyższej rozpiski, pochodzącym z kamer osobistych rosyjskich żołnierzy, znajduje się kilka krótkich materiałów video nagranych tego dnia. Na ich podstawie można stwierdzić, że w panował tam generalnie spokój. Strona ukraińska ograniczała się jedynie do sporadycznego ostrzału terenu lotniska z armat samobieżnych Pion. Być może dochodziło także do niewielkich starć z wykonującymi zadania przesłonowe pododdziałami ukraińskich wojsk specjalnych. Według analizy autora opartej na materiałach wizualnych, jedna z niewielkich grup bojowych z 3 Pułku Specjalnego Przeznaczenia rankiem utrzymywała przesłonę na drodze w pobliżu wioski Lublanka. Około godziny 07:00 czasu kijowskiego z Dymeru zaczęły nadciągać rosyjskie kolumny zmechanizowane. Oddział SOF ostrzelał z zasadzki jedną z nich, a następnie wycofał się w kierunku tworzonej głównej linii obronnej armii ukraińskiej, położonej wzdłuż rzeki Irpień.  

Tego dnia około godziny 07:30 czasu lokalnego do lotniska Antonowa dotarły rzuty kołowo-zmechanizowane 31 Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej i 45 Brygady Specnazu. Ich żołnierzy oraz sprzęt rozmieszczono na płycie postojowej lotniska oraz hangarach i budynku administracyjnym koncernu Antonowa. Przydzielony do tej ostatniej brygady czeczeński oddział specjalny „Alfa” SOBR z Groznego, rozpoczął przeszukiwanie budynków i magazynów garnizonu 4 Brygady Szybkiego Reagowania. 

Z wydarzenia tego powstał zbiór materiałów video (filmy z numeru 3 spisu źródeł pierwotnych). Dzięki niemu wiadomo, że żołnierze ukraińskiej gwardii narodowej wycofując się w pośpiechu dzień wcześniej z terenu garnizonu, pozostawili w nim nietknięty praktycznie cały swój ciężki sprzęt. Czeczeni znaleźli na terenie bazy: 5 czołgów T-64BW, 6 kołowych pojazdów opancerzonych typu MRAP (5x Varta, 1x Novator), 3 transportery opancerzone BTR-3,a także działka Zu-23-2, przenośne wyrzutnie AT typu Fagot, wyrzutnie MANPADS typu Igła i co najmniej kilkaset sztuk broni strzeleckiej. 

Wreszcie Rosjanie znaleźli w magazynach bazy około 1 tysiąca ukraińskich sortów mundurowych z insygniami Gwardii Narodowej. (...)

ak wspomniano już krótko wyżej, strona ukraińska 25 lutego zajęta była pospiesznym tworzeniem linii obrony Kijowa od strony północnej opartej o rzekę Irpień. Do jej obsadzenia do stolicy kierowano z innych rejonu kraju regularne i improwizowane jednostki wojskowe, żeby stworzyć przynajmniej szkielet obrony na tej rzece. Z okolic Żytomierza nadeszły transportem kołowym pododdziały 95 Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej, natomiast z Białej Cerkwi przerzucono pospiesznie podniesiony do stanów wojennych 2 batalion zmech. 72 Brygady Zmechanizowanej, złożony z dużym stopniu z rezerwistów i ochotników. Dołączył on tam do części pododdziałów 1 batalionu tej brygady. Obok nich pozycję obsadziły oddziały 1 Prezydenckiej Brygady Operacyjnej Gwardii Narodowej, Specjalnego Pułku Policji "Kijów", 112 Kijowskiej Brygady Obrony Terytorialnej i 114 Brygady Obrony Terytorialnej. W ramach tej ostatniej brygady utworzono tego dnia Irpiński batalion OT, poprzez rozdanie broni ochotnikom z Irpinia i Buczy. Większość z nich nie miała wcześniej żadnego przeszkolenia wojskowego. 

Ostatecznie należy ocenić, że to pospiesznie utworzone tego dnia ukraińskie zgrupowanie, składało się w większości z jednostek nowo sformowanych, przez co tworzący je żołnierze nie znali się między sobą, nie było więc zgrania i zespolenia oddziałów. Brakowało w nim także środków łączności i ciężkiej broni. Jak improwizowana i różnorodna pod względem wartości bojowej była wówczas ta grupa operacyjna broniąca linii rzeki Irpień, świadczy najlepiej fakt, że następnego dnia (26 lutego), oddała praktycznie bez walki całe przedpole swojej głównej linii obronnej. Wojska rosyjskiej zajęły tego dnia niemal bez oporu ze strony przeciwnika miejscowości: Bucza i Vorzel, a także centralną część Hostomela (północna i zachodnia zajęte zostały jeszcze 25 lutego). Jedynie w Buczy po krótkiej walce rozbito formowaną tam kompanię obrony terytorialnej. Jej wzięci do niewoli tego dnia żołnierze zostali rozstrzelani później przez Rosjan w ramach tzw. masakry w Buczy. Kolejnego dnia (27 lutego) wojska rosyjskie wykonały uderzenie na Irpin, rozpoczynając - trwającą aż do końca marca 2022 r. - bitwę nad Irpieniem, zakończoną ostatecznie zwycięstwem Ukrainy.

thorkillblog.blogspot.com