niedziela, 28 lipca 2024



Nikołaj (imię zmienione na prośbę bohatera) jest zawodowym wojskowym. Pozostał mu niecały rok służby przed przejściem na emeryturę, kiedy Putin ogłosił początek "częściowej" mobilizacji. Wszystkie kontrakty automatycznie stały się bezterminowe.

Wiosną 2023 r. Nikołaj wraz z wieloma innymi oficerami został przeniesiony do jednej z dwóch nowych armii pancernych, które tworzyły się w Rosji. Próbował odmówić, pokłócił się z dowódcą jednostki i prawie został aresztowany przez żandarmerię wojskową. Zgodnie z prawem żołnierze mogą zostać przeniesieni na równorzędne stanowisko bez ich zgody, więc Nikołaj musiał się podporządkować i udać się do innego miejsca służby. Tam po raz pierwszy spotkał więźniów wcielonych do armii.

Niemal każdego dnia do jednostki przychodziło 20 ochotników z wyrokami. Z czasem ludzie skazani za morderstwa, gwałty na nieletnich i inne przestępstwa stali się większością w batalionie.

— Konsekwencje są całkowicie niekontrolowane. Po raz pierwszy zobaczyłem, że coś takiego jest możliwe w wojsku i byłem przerażony — mówi Nikołaj. Ochotnicy buntowali się, nie wykonywali rozkazów, nie wychodzili do formacji, pili o każdej porze dnia, bili się między sobą.

— Nigdy nie podniosłem ręki na innego wojskowego, nawet jeśli nie przestrzegał regulaminowych zasad. Są inne sposoby karania: wysłanie do jednostki, pisemna nagana, grzywna. To wszystko działa w przypadku zawodowych żołnierzy, ale człowiek z ulicy, który oprócz tego odsiedział wyrok za morderstwo, ma to gdzieś — mówi oficer w rozmowie z The Insider.

Inni zaczęli przywracać porządek. — Dowódca naszej jednostki przyprowadził do siebie cały pluton szturmowy złożony z Czeczenów i Rosjan — wspomina oficer. — Zrekrutował najbardziej wysportowanych i najlepiej wyszkolonych, niepijących i niepalących, z charakterem. Stworzył z nich "pluton karny". Mieli dowódcę, który otrzymywał rozkazy od pułkownika i rozdzielał je między swoich podwładnych.

Członkowie plutonu karnego nie tracili czasu na rozmowy. — Przychodzili do mojej kompanii bez pytania, zabierając byłych więźniów pod wpływem alkoholu. Jeśli nie byli bardzo pijani, tamci po prostu ich bili i przykuwali kajdankami do kaloryfera. Widziałem czterech pijaków skutych kajdankami i pobitych w zbrojowni. Niektórzy byli skuci przez dwa dni. Nie obchodziło ich, kim jesteś: dowódcą plutonu czy batalionu — nie wydadzą żołnierza i koniec — mówi Nikołaj.

Jeśli kara nie działała, członkowie plutonu wysyłali winnego do dołu. — Najdłuższy znany mi wyrok to trzy dni — dodaje. — Chłopaki wracali stamtąd z siniakami i śladami pobicia. Była jedna taka osoba z mojego plutonu, na pewno pięć osób z batalionu.

(...)

System wykorzystywania przez dowództwo oddziałów ochotniczych został zapożyczony z łagrów. Jeszcze kilka lat temu takie metody w wojsku byłyby uważane za coś, z czym należy się uporać. Kary pozasądowe były praktykowane tylko wśród kadyrowców lub na terytorium tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych, gdzie lokalna "milicja ludowa" działała zgodnie z kanonami zorganizowanych grup przestępczych i często rekrutowała przestępców w swoje szeregi. Jednak zawodowi wojskowi starali się trzymać porządku, do którego byli przyzwyczajeni.

Wszystko zmieniło się po masowej mobilizacji skazańców, którzy nie respektowali wojskowych regulaminów i nie byli przyzwyczajeni do dyscypliny.

W dzisiejszej armii "dobrowolni pomocnicy" otrzymują przywileje i ulgi. Główną nagrodą jest możliwość nieuczestniczenia w atakach na front, co znacznie zwiększa szanse na przeżycie. Nic więc dziwnego, że chętnych do wstąpienia w szeregi takich grup nie brakuje.

Jednym z powodów, dla których łagrowy porządek tak szybko się przyjął, jest ciągła praktyka "mięsnych ataków". Nie ma chętnych, więc dowódcy muszą stosować przemoc.

— W armii rosyjskiej istnieje obecnie podział. Jest główny trzon dowódców, specjalistów i "kompanii dowódcy". Jest też zbędna część personelu — zwykła piechota, która bierze udział w atakach. Pierwsza kategoria musi sprawić, by druga wykonała swoją pracę. W przeciwnym razie dowódcy i ich "służący" będą musieli szturmować sami, czego oczywiście nie chcą robić. Dlatego w najbliższej przyszłości przemoc nie zniknie — wyjaśnia Rusłan Lewiew, założyciel niezależnej organizacji śledczej Conflict Intelligence Team.

onet.pl


Orban oskarżył Polskę o doprowadzenie do zmiany układu sił w Europie przez osłabienie osi Berlin-Paryż na rzecz nowej konfiguracji: Londyn, Warszawa, Kijów, kraje bałtyckie i Skandynawia. W ten sposób osłabiona miała zostać także Grupa Wyszehradzka, która w interpretacji Orbana miała opierać się na uznaniu silnych Niemiec i Rosji i tworzyć trzecią ważną siłę – wybija z przemówienia Orbana portal Ukraińska Prawda. Miała to być według węgierskiego premiera realizacja „dawnego planu Polski”.

Według Orbana rozpoczęła się „zmiana systemu światowego”, a w nadchodzącym czasie dominującą potęgą świata będzie Azja. „Azja ma przewagę demograficzną, kapitałową i technologiczną. Trump pracuje nad znalezieniem amerykańskiej odpowiedzi na tę sytuację” – mówił Orban.

bankier.pl

piątek, 26 lipca 2024



Drugie w kolejności mamy słynne „Porozumienie generalne o współpracy, pomocy wzajemnej i wspólnych działaniach pomiędzy Głównym Zarządem Bezpieczeństwa Państwowego NKWD ZSRR i Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (Gestapo)”, które zdążyło się już znudzić specjalistom, ale wciąż porusza łatwowierną publiczność. Bardzo lubię ten tekst. Wracam do niego w momentach, o których Puszkin pisał: „Gdy myśli czarne cię ogarną, otwórz szampana lub poczytaj Wesele Figara”. 

Życie teraz nie jest łatwe, „czarne myśli” kołaczą się w głowie zbyt często, a żadna wątroba nie wytrzyma takiego obciążenia. Z kolei nieśmiertelna komedia Beaumarchais’go po prostu blednie w cieniu takich kwiatków: „Strony będą prowadziły walkę z degeneracją ludzkości w imię uzdrowienia białej rasy i stworzenia mechanizmów eugenicznych higieny rasowej. Rodzaje i formy degeneracji, które zostaną poddane sterylizacji i zniszczeniu, strony określiły w dodatkowym protokole nr 1, który stanowi integralną część niniejszego porozumienia”. W dodatkowym protokole nr 1 podano „rodzaje degeneracyjnych cech zwyrodnienia”, z którymi NKWD i gestapo miały wspólnie walczyć, a mianowicie: „rudzi, zezowaci,  kulawi i ułomni od urodzenia, posiadający wady wymowy – seplenienie, grasejowanie, jąkanie (wrodzone) – wiedźmy i czarownicy, szamani i jasnowidze, garbaci, karły, osoby mające duże znamiona oraz dużą liczbę małych znamion, przebarwienia skóry i różny kolor oczu itd.”
    
Owa niezrównana, topornie zmajstrowana fałszywka kończy się tak: „Tekst porozumienia napisano w języku rosyjskim i niemieckim w jednym egzemplarzu, z których każdy posiada jednakową moc”. Podpisali tajemnicze porozumienie „szef Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego NKWD, komisarz bezpieczeństwa państwowego pierwszego stopnia L. Beria i szef IV Departamentu (Gestapo) Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników Rzeszy, brigadenführer SS H. Müller”.

Podano nawet dokładną minutę, o której doszło do tego wydarzenia historycznego: „Sporządzono w Moskwie, 11 listopada 1938 r., o godz. 15 min. 40”.

Te dzikie brednie wytrwale promował w mediach towarzysz W. Karpow, były przewodniczący Związku Pisarzy ZSRR, były deputowany Rady Najwyższej i były członek KC KPZR. Dzięki takiemu podpisowi byle jak sklecona fałszywka, niewarta nawet tego, żeby o niej wspominać, wywołała szeroką dyskusję, była wielokrotnie cytowana itd. Jednak Karpow nie jest autorem tekstu. W 1999 roku opublikował go niejaki G. Nazarow, działacz dobrze znany w wąskich kręgach ideowych bojowników z panoszeniem się europejskich wolnomularzy (czyli „żydomasonów”). „Dokument” ukazał się w czasopiśmie o znamiennym dla publikacji tego typu tytule, „Czudiesa i prikluczenija” („Cuda i przygody”, 1999, nr 10).

Nie wykluczam zresztą, że również Nazarow jedynie przepisał tekst, który wymyślił ktoś inny. Tak czy owak znalazłem to „Porozumienie generalne” z odsyłaczem do pisma „Pamiat'” (1999, nr 1).

(...)

A jednak współpraca NKWD z aparatem terroru faszystowskich Niemiec jest niepodważalnym faktem. Tylko że przedmiotem tej współpracy nie była walka z „rudymi, zezowatymi i ułomnymi”, a dużo bardziej istotne dla Hitlera i Stalina cele.

Po tym jak we wrześniu 1939 roku Wehrmacht i Armia Czerwona okupowały Polskę, dwa dyktatorskie reżimy stanęły w obliczu problemu walki z polskim ruchem oporu. Ta walka wymagała współpracy struktur bezpieczeństwa. Podstawą prawną do niej był tajny protokół dodatkowy Traktatu o przyjaźni i granicach, podpisanego w Moskwie 28 września 1939 roku. Oto pełny tekst tego protokołu:

Moskwa
28 września 1939 r.

Niżej podpisani upełnomocnieni przy zawarciu radziecko-niemieckiego traktatu o granicach i przyjaźni porozumieli się, jak następuje:
 
Obie strony nie dopuszczą na swych terytoriach do żadnej polskiej agitacji, która dotyczy terytorium drugiej strony. Będą tłumić wszelkie zaczątki takiej agitacji na swych terytoriach i będą się informować nawzajem o odpowiednich środkach podjętych do tego celu.

Z upoważnienia
Za Rząd Rzeszy Niemieckiej – J. Ribbentrop
Za Rząd ZSRR – W. Mołotow

Mark Sołonin - Pranie mózgu



Wypada stwierdzić, że polscy oficerowie zostali zamordowani z kilku istotnych powodów, głównie w imię ideologii, ale nie tylko. Ich wrogość do ustroju sowieckiego, patriotyzm, niezdolność do wyrzeczenia się przysięgi, jaką złożyli II Rzeczypospolitej, w dużym stopniu przyczyniły się do podjęcia decyzji o ich eksterminacji. Ale była też bardziej prozaiczna przyczyna: sowiecka machina terroru, czyli w praktyce infrastruktura NKWD, dość często nie była w stanie „zagospodarować” tak wielkiej liczby represjonowanych. Komendant obozu jenieckiego w Ostaszkowie Paweł Borisowiec odnotowywał w swym raporcie bardzo ciężkie warunki bytowe jeńców. Brakowało miejsc sypialnych. Oficerowie zmuszeni byli spać na zmianę, naprędce budowano prowizoryczne, kilkupiętrowe prycze. Pojawiły się trudności nawet z zaopatrzeniem w słomę do materaców i poduszek, brakowało pitnej wody. Także woda do mycia stanowiła w obozach prawdziwy luksus, właściwie nieosiągalny. Zachorowalność wśród jeńców była wysoka. Przewidywano, że już wkrótce, czyli zaraz po zakończeniu wojny z Finlandią, jaka toczyła się na przełomie lat 1939 i 1940, miejsca w obozach będą potrzebne dla dziesiątków, a może setek tysięcy jeńców fińskich. Wśród innych dość trywialnych, ale istotnych przyczyn mordowania Polaków znalazły się wysokie jak na ZSRS koszty przetrzymywania niepracujących więźniów, niebezpieczeństwo rozpowszechnienia wrogich informacji i nastrojów przez Polaków, a także ich nieprzydatność w sowieckich planach komunizacji Polski.

Zawiodła również kampania propagandowa zaadresowana do polskich jeńców. W obozach od piątej rano do północy nadawano sowieckie audycje radiowe. Gdzie tylko się dało rozwieszano plakaty gloryfikujące szczęśliwe życie w Związku Sowieckim. Codziennie pokazywano filmy sowieckie, takie jak Lenin w październiku, Czapajew czy Człowiek z karabinem. Prawie bez przerwy przed polskimi oficerami występowali propagandyści partyjni z referatami o konstytucji sowieckiej, o demokracji socjalistycznej, o stalinowskiej industrializacji itd.

Na Kremlu spodziewano się, że ten zmasowany atak propagandowy przyniesie skutek. Czy można to nazwać naiwnością? Stalinowski system totalitarny osiągnął najwyższy stopień podporządkowania mas, ich zniewolenia i ideologicznego ogłupienia. Indoktrynacja w dużym stopniu opierała się na strachu i na terrorze, w którego siłę Stalin i jego otoczenie bezkrytycznie wierzyli. Pod jego ciosami nawet najbardziej niezłomni bolszewicy-leninowcy przyznawali się do niewiarygodnych czynów, w zasadzie do wszystkiego, co im zarzucano. Polaków więzionych w obozach jenieckich też próbowano poddać podobnej „obróbce”, ale w tym wypadku ta taktyka, poza nielicznymi wyjątkami, zawiodła. Stalin poniekąd z konieczności wrócił zatem do metod z czasów wojny domowej, kiedy po zajęciu Krymu w 1920 roku masowo rozstrzeliwano „białych” oficerów, nienadających się zupełnie do realizacji planów budowy komunistycznego imperium.

(...)

Przekonanie Stalina, że sojusz z III Rzeszą jest trwały i że kwestia polska została załatwiona raz na zawsze (lub na długo) skutkowało również zwalczaniem nastrojów antyniemieckich wśród oficerów polskich. W czasie przesłuchań padały zaś stwierdzenia, które budziły zaniepokojenie kierownictwa NKWD. Była w nich bowiem mowa o tym, że w końcowym okresie wojny polscy dowódcy uważali, że Armia Czerwona weszła na terytorium II Rzeczypospolitej jako sprzymierzeniec, aby pomóc w walce z Hitlerem. Dlatego świadomie prowadzili swoje jednostki na wschód, aby połączyć się z Armią Czerwoną i wspólnie walczyć przeciwko wojskom niemieckim. 

Wiarygodność tego rodzaju argumentacji jest wątpliwa. Ale niektórzy z polskich jeńców naiwnie uważali, że taka postawa może im ułatwić wyjście na wolność. Nie podejrzewali, że w początkowym okresie II wojny światowej głoszenie podobnych poglądów było traktowane w ZSRS jako poważne przestępstwo polityczne. Stalin bardzo dbał o swój wizerunek wiernego i lojalnego sojusznika Hitlera, zresztą w tym czasie w ogóle nie brał pod uwagę możliwości śmiertelnego starcia dwóch najpotężniejszych totalitaryzmów XX wieku. Dlatego wrogość polskich oficerów wobec III Rzeszy była dla władz sowieckich jeszcze jednym argumentem za tym, by się ich pozbyć.

Gwoli sprawiedliwości odnotujmy, że na wczesnym etapie wojny niektórzy wysoko postawieni urzędnicy w aparacie NKWD planowali łagodne rozwiązanie problemu więźniów polskich przetrzymywanych w obozach jenieckich. Stosunkowo miękkie stanowisko resortu było następstwem wielkiej czystki w szeregach sowieckich służb specjalnych, którą przeprowadzono po zakończeniu wielkiego terroru. Rok 1939 upłynął pod znakiem tzw. odwilży beriowskiej, charakteryzującej się złagodzeniem represji wobec społeczeństwa i ich nasileniem wobec jego prześladowców, z reguły wobec poprzedniego kierownictwa i szeregowych pracowników NKWD. Stalin świadomie chciał przerzucić odpowiedzialność za ludobójstwo na swych podwładnych.

W tej sytuacji 20 lutego Zarząd do spraw Jeńców Wojennych NKWD w specjalnym raporcie zaproponował łagodne, a przy tym całkiem logiczne rozwiązanie sprawy polskich jeńców wojennych i więźniów politycznych. Zakładano w nim zwolnienie do domu osób cywilnych, które przypadkowo dostały się do obozów, szeregowych policjantów, powołanych z rezerwy w czasie mobilizacji, szeregowych żołnierzy KOP, oficerów rezerwy, osób o pochodzeniu robotniczym i chłopskim, oficerów w podeszłym wieku, chorych, inwalidów itp. W obozach spośród około 30 tysięcy przetrzymywanych planowano nadal więzić jedynie 400–500 osób jako „wyraźnie kontrrewolucyjny element”, który należało postawić przed trybunałami wojskowymi. Tymczasem Stalin zadecydował inaczej.

Projekt uchwały Biura Politycznego KC WKP(b) w sprawie represji wobec przetrzymywanych w obozach jenieckich Polaków przygotował niedawno powołany na stanowisko szefa NKWD Ławrientij Beria. Był to koniec lutego 1940 roku, a Beria dopiero się przymierzał do roli wszechwładnego szefa instytucji terroru. Ledwie niecały rok wcześniej, w marcu 1939 roku, został wybrany na kandydata na członka Biura Politycznego. Zaproponowana przez niego likwidacja Polaków miała mu pomóc w karierze politycznej, chciał zrobić wrażenie na Stalinie. Zakładano, że eksterminacji poddanych zostanie 25.700 polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku, a także przetrzymywanych w więzieniach na byłych polskich Kresach Wschodnich. Formalnie decyzję o skazaniu ich na śmierć miała podjąć specjalna grupa NKWD, tzw. Osoboje Sowieszczanije, bez wysłuchania aresztowanych, bez przedstawienia im aktu oskarżenia, wyników śledztwa i dowodów winy.

Zaplanowana przez NKWD na polecenie Stalina zbrodnia była na tyle bezprecedensowa nawet w warunkach sowieckiego totalitarnego państwa, że kremlowski dyktator nie zdecydował się powiadomić o niej wszystkich członków swego najbliższego otoczenia. Z dziewięciu członków Biura Politycznego (ze Stalinem włącznie) wiedziało o niej jedynie pięciu najbardziej zaufanych. Podpisy na dokumencie zaś umieścili tylko Woroszyłow, Mołotow i Mikojan. Telefonicznie zamysł wymordowania Polaków poparli Kalinin i Kaganowicz.

Plan Berii dotyczący polskich jeńców i więźniów spotkał się z uznaniem Stalina jako rozwiązanie konieczne, ważny element dalszego wzmocnienia systemu totalitarnego, wreszcie jako niezbędny krok w przygotowaniu kraju do nieuniknionej wojny z imperializmem światowym. Wszystkie działania NKWD w sprawie polskich jeńców wojennych prowadzone były pod kierownictwem i ścisłym nadzorem samego Stalina. On jako pierwszy podpisał dokument nakazujący „specjalne potraktowanie” Polaków, osobiście poinformował niektórych innych członków Biura Politycznego o konieczności podjęcia takich działań. Skrupulatnie śledził też przebieg samej egzekucji.

(...)

W wypadku Polaków sprawa miała wymiar międzynarodowy. Dlatego egzekucje zdecydowano się przeprowadzić w ścisłej tajemnicy. Już od połowy marca przerwano wszelką korespondencję więźniów z rodzinami. Zaprzestano też ich przesłuchiwania. Ograniczono do niezbędnego minimum personel obozowy mający bezpośrednie kontakty z więźniami, jednocześnie wzmocniono posterunki NKWD wokół obozów. Zakazano przyznawania urlopów wszystkim tym, którzy brali bezpośredni udział w rozstrzeliwaniu jeńców. Zrobiono wszystko, co możliwe, aby los prawie 22 tysięcy osób nigdy nie został wyjaśniony. Zniszczono całą korespondencję rozstrzelanych, ich rzeczy osobiste. Na liczne zapytania rodzin standardowo odpowiadano, że dana osoba nie znajduje się w sowieckich obozach jenieckich albo że jej los jest nieznany. Prawda o zbrodni miała umrzeć razem z ofiarami.

(...)

Goebbels zadecydował o wykorzystaniu karty katyńskiej w wojnie propagandowej dopiero na początku 1943 roku. Przebieg walk sowiecko-niemieckich w latach 1941–1943 był dla III Rzeszy na tyle korzystny, że ujawnienie zbrodni popełnionej przez Sowietów wydawało się Niemcom po prostu zbędne. Dopiero Stalingrad i poważny kryzys w działaniach militarnych zmusiły kierownictwo nazistowskie do użycia „broni katyńskiej”. 

Skala i charakter zbrodni katyńskiej przerażają nawet na tle bezprecedensowych masowych zbrodni niemieckich. Jest to wyjątkowy akt, popełniony w imię ideologii i doraźnych celów politycznych. Nie bez podstaw Goebbels i jego współpracownicy liczyli na to, że Katyń zdoła wywrzeć realny wpływ na bieg II wojny światowej. Niewątpliwie rozumiał to również Stalin – człowiek, który do perfekcji opanował sztukę prowokacji politycznej i dla którego moralne było wszystko, co mogło posłużyć umocnieniu ustroju totalitarnego pod jego panowaniem. Dlatego skala i charakter jego akcji zafałszowującej w sprawie katyńskiej przerażają nie mniej niż sama zbrodnia.

(...)

Ujawniając prawdę o Katyniu, Niemcy osiągnęli jeden konkretny cel: zerwanie polsko-sowieckich stosunków dyplomatycznych. Choć jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że działania niemieckie tylko przyspieszyły proces ciągłej erozji tych stosunków. Po wyprowadzeniu armii Andersa z terytorium Związku Sowieckiego Stalin coraz bardziej skłaniał się ku temu, by odrzucić koncepcję finlandyzacji Polski, ale też nie od razu zdecydował się na ostateczne zerwanie z polskim Londynem. Z jednej strony był już gotów spisać go na straty i przystąpić bez skrupułów do komunizacji Polski, z drugiej jednak taki gest mógł poważnie zagrozić jedności całej koalicji antyhitlerowskiej. A to z kolei wywarłoby niekorzystny wpływ na przebieg wojny.

(...)

Owa kampania dezinformacyjna na wyjątkowo szeroką skalę ruszyła już 15 kwietnia 1943 roku, kilka dni po tym, jak pojawiły się pierwsze doniesienia niemieckie na temat mordu katyńskiego. Następnego dnia sowiecka agencja informacyjna Sowinformbiuro opublikowała w „Prawdzie” i innych gazetach centralnych specjalne oświadczenie w tej sprawie. Niemieckie wiadomości o Katyniu określano jako „ohydne oszczerstwo”, „potworny wymysł” i „podłe kłamstwo”. W dniach 19 i 28 kwietnia na temat Katynia pisano w obszernych artykułach w „Prawdzie”, 21 kwietnia w „Izwestii”. Jako sprawców zbrodni wskazywano Niemców, w których ręce latem 1941 roku dostali się rzekomo polscy oficerowie. 25 kwietnia w liście do Churchilla Stalin osobiście informował brytyjskiego przywódcę o „zerwaniu stosunków dyplomatycznych z polskim rządem w Londynie”. Dopiero następnego dnia ambasadorowi Polski w Rosji Tadeuszowi Romerowi wręczono stosowną notę rządu sowieckiego.

(...)

Sowiecka kampania propagandowa doczekała się czynnego poparcia ze strony dwóch innych głównych członków koalicji antyhitlerowskiej: Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Zarówno Churchill, jak i Roosevelt, mimo że otrzymali prawdziwe informacje wywiadu o tym, kto rzeczywiście popełnił zbrodnię w Katyniu, naciskali na rząd Sikorskiego, aby ten uznał sprawę katyńską za prowokację hitlerowską służącą złamaniu jedności sojuszników. Churchill i brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden w swych wystąpieniach w Izbie Gmin podkreślali, że wierzą Stalinowi, a nie Niemcom, i że sprawę katyńską niemiecka propaganda chce wykorzystać w celu skompromitowania sowieckiego sojusznika.

(...)

Pod naciskiem Churchilla i Roosevelta generał Sikorski zdecydował się zrezygnować z wniosku do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o wyjaśnienie sprawy katyńskiej. Konflikt polsko-sowiecki próbowano załatwić polubownie. Stalin jednak już wyczuł słabość swych zachodnich sojuszników gotowych ofiarować mu Polskę w zamian za jedność koalicji antyhitlerowskiej.

Katyń stał się papierkiem lakmusowym, który jednoznacznie wskazał sowieckiemu dyktatorowi, że Polska została ostatecznie przekazana przez Zachód do jego strefy wpływów, że nikt w Waszyngtonie i Londynie nie zdecyduje się na zerwanie stosunków z ZSRS, aby bronić interesów Polski. Katyń spełnił zatem funkcję swoistego katalizatora rozprawy z Polskim Państwem Podziemnym i powojennej tragedii komunizacji Polski.

Nikolaj Iwanow - Komunizm po polsku

czwartek, 25 lipca 2024



Szybkie postępy Rosjan w rejonie wsi Progres i położonej kilka kilometrów dalej na północ Nowooleksandriwki przekreśliły nadzieję na to, że właśnie w tym regionie Ukraińcy mają przygotowaną drugą linię obrony na kierunku Pokrowskim. Miała ona być oparta głównie o bieg rzeki Wowcza i jej licznych rozlewisk. Jednak w rejonie Progresu i Nowooleksandriwki musiała być oparta o fortyfikacje polowe, których trochę widać z kosmosu. Na tej podstawie sądzono, że może Ukraińcy będą próbować zatrzymać tam Rosjan, po dość szybkim oddaniu im terenu dalej na wschód. (...) Niestety były to płonne nadzieje.

Rosjanie w ostatnich dniach bez wyraźnych problemów i zwalniania przeszli domniemaną linię umocnień. Uderzyli skutecznie w jej prawdopodobnie najsłabszy punkt, gdzie było relatywnie najmniej widocznych ukraińskich okopów. Znamienne jest zwłaszcza wzięcie wsi Progres i dalsze postępy już za nią. Ich tempo jak na tę fazę wojny jest szybkie, bo nawet po około kilometra w linii prostej dziennie. Rosjanie idą cały czas grzbietem niewielkiego wzniesienia i dalej na zachód teren zaczyna się obniżać. Ukraińcy będą musieli się tam teraz bronić. Kolejna widoczna z kosmosu linia umocnień ciągnie się około 4-6 kilometrów dalej na zachód od obecnej linii frontu. Być może Ukraińcy będą zmuszeni szybko się do niej cofnąć i jakoś ustabilizować sytuację, skoro aktualnie jest ona "krytyczna".

(...)

Kierunek Pokrowski nie jest jedynym, gdzie Rosjanie mają zauważalne sukcesy. Ukraińcom nie udało się całkowicie opanować sytuacji w rejonie Torecka. Rosyjskie wojsko rozszerza tam swoje włamania w rejonie miasta Nowy Jork i Zalizne. Oba są oddalone od siebie o około 5 kilometrów, a ukraińskie pozycje na tym obszarze zagrożone atakiem z trzech stron. Postępy na tym odcinku są jednak znacznie wolniejsze niż na kierunku Pokrowskim. Sytuacja jest z kategorii trudnych, ale nie krytycznych.

Postępy Rosjan są też widoczne na południe od Doniecka, w rejonie Wuhłedar - Konstantynówka. Ukraińcy od lata 2022 roku utrzymywali w tym rejonie znaczny występ niejako wbijający się w pozycje Rosjan w kierunku wschodnim. Aktualnie Rosjanie go likwidują, przybliżają się do drogi Wuhłedar - Konstantynówka. Za swoje postępy płacą drogo. Regularnie w sieci pojawiają się ukraińskie nagrania licznych zniszczonych ciężkich pojazdów. Dopiero co w środę 24 lipca jedna z doborowych ukraińskich brygad broniących tego odcinka, 79. desantowo-szturmowa, opublikowała wideo z odpierania bardzo dużego rosyjskiego ataku zmechanizowanego. Takiego, które są rzadko widywane, jeśli chodzi o ilość zaangażowanego ciężkiego sprzętu. Doliczono się 11 czołgów, 45 różnych innych pojazdów opancerzonych, 12 motocykli i około 200 żołnierzy. Rosjanie mieli zostać wcześnie wykryci i zatrzymani przez kombinację artylerii, broni przeciwpancernej, dronów oraz min. Według Ukraińców zniszczeniu uległo 6 czołgów, 7 innych pojazdów opancerzonych, wszystkie motocykle, około 40 Rosjan zginęło, a drugie tyle zostało rannych.

(...)

Od początku lipca Rosjanie dokonali też zauważalnego lokalnego postępu w rejonie wsi Piszczane daleko na północy, w rejonie Swatowe. Posunęli się naprzód o kilka kilometrów, wbijając się wąskim klinem w ukraińskie pozycje i zajmując samą miejscowość. Na tym kierunku zostało im około 8 kilometrów do rzeki Oskił, która jest strategicznym celem dla Rosjan. Nie ma jednak mowy o jakiejś nagłej szeroko zakrojonej ofensywie w tym miejscu. Do tej pory walki miały tu raczej lokalny charakter. 20 lipca pojawiło się nagranie rosyjskich żołnierzy wieszających flagę w centrum Piszczane i poruszających się swobodnie po jej ulicach.

Na innych kierunkach nie nastąpiły żadne znaczące wydarzenia. Na północ od Charkowa sytuacja pozostaje stabilna, Rosjanie nie są w stanie posunąć się naprzód. W rejonie Czasiw-Jar i szerzej Bachmutu mają drobne sukcesy, ale walki mają mniejszą skalę niż w rejonie Doniecka. Na Zaporożu trwają lokalne starcia, choć ze strony ukraińskiej pojawiły się plotki o szykowaniu nowej dużej rosyjskiej ofensywy w tym rejonie. Dowództwo ukraińskiego zgrupowania działającego na tym kierunku twierdzi jednak oficjalnie, że aktualnie nie widzi adekwatnych przygotowań.

Ogólna liczba raportowanych codziennie przez Ukraińców rosyjskich ataków spadła. Na przełomie czerwca i lipca było to regularnie w rejonie 120-150. Od połowy lipca jest to dość często nawet mniej niż 100 dziennie, zazwyczaj w przedziale 100-120. 

gazeta.pl


Podstawowym narzędziem stosowanym przez Stany Zjednoczone w celu zatrzymania chińskiej ekspansji w sektorze półprzewodników są ograniczenia eksportowe nakładane zarówno na podmioty z USA, jak i wszystkie zagraniczne firmy korzystające z amerykańskiej własności intelektualnej. Dotyczą one jednak wyłącznie zaawansowanych chipów – nie obejmują tych starszej generacji. Waszyngton opisuje swoje podejście frazą „małe podwórko z wysokim płotem” (ang. small yard, high fence). Polega ono na nakładaniu rygorystycznych obostrzeń na wybrane zaawansowane technologie o znacznym potencjale militarnym, czemu ma towarzyszyć zachowanie niezakłóconej wymiany gospodarczej w zakresie pozostałych.

„Podwórko” amerykańskich ograniczeń stopniowo się powiększa, a „płot” staje się coraz wyższy. Początkowo, jeszcze za prezydentury Donalda Trumpa, posunięcia Waszyngtonu skupiały się na uderzaniu w poszczególne chińskie firmy z tzw. Entity List, w tym m.in. Huaweia. Ogłoszone przez Biuro Przemysłu i Bezpieczeństwa Departamentu Handlu USA w 2022 r. pierwsze restrykcje eksportowe miały charakter generalny, dotyczyły wyłącznie czterech „wąskich gardeł” – obszarów, w których Pekin jest najsilniej zależny od Waszyngtonu. Chodzi o:
  • eksport zaawansowanych półprzewodników do ChRL,
  • sprzedaż oprogramowania, sprzętu i komponentów niezbędnych do rozwijania przez Chiny rodzimej produkcji tej technologii,
  • blokadę współpracy amerykańskich inżynierów i ekspertów (zarówno obywateli amerykańskich i rezydentów, jak i posiadaczy zielonych kart) z podmiotami chińskimi,
  • zobowiązanie wszystkich producentów nowoczesnych półprzewodników (również spoza Stanów Zjednoczonych) do przestrzegania nowych obostrzeń pod groźbą utraty dostępu do amerykańskich rozwiązań półprzewodnikowych.
W 2023 r. Departament Handlu USA zdecydował się zwiększyć presję na chińskie przedsiębiorstwa wytwarzające półprzewodniki, więc 17 października zaktualizował wspomniane przepisy. Poszerzył wówczas katalog procesorów objętych ograniczeniami oraz zwiększył zasięg geograficzny regulacji o 43 państwa i podmioty posiadające serwery w chmurze z siedzibą w krajach objętych przez USA embargiem na broń, aby utrudnić chińskim firmom nabywanie objętych restrykcjami procesorów za pośrednictwem państw trzecich. Ograniczył też spółkom z ChRL projektującym chipy możliwości wysyłania ich zaawansowanych projektów do międzynarodowych odlewni (np. TSMC)[4].

Na presję USA Pekin odpowiedział dalszym bezprecedensowym i niemal nieograniczonym wsparciem finansowym dla rodzimej branży półprzewodnikowej. Na trzecią już transzę zainicjowanego dekadę temu funduszu inwestycyjnego na rzecz rozwoju procesorów Big Fund władze centralne planują przeznaczyć 27 mld dolarów przy jednoczesnym utrzymywaniu rozbudowanego systemu subsydiów na poziomie lokalnym[5]. Jeszcze przed wejściem w życie ograniczeń eksportowych niezwykle obfite i stabilne źródła kapitału pozwoliły chińskim przedsiębiorstwom na zgromadzenie zapasów nowoczesnych półprzewodników, maszyn produkcyjnych i komponentów, a po częściowej utracie dostępu do zagranicznych technologii – kontynuowanie produkcji (mimo wyższych kosztów i spadku wydajności) oraz stosowanie zróżnicowanych metod omijania amerykańskich sankcji.

Za bezpośrednią przyczynę zaostrzenia przez Stany Zjednoczone ograniczeń eksportowych w 2023 r. należy uznać pięcie się chińskich podmiotów po drabinie technologicznej mimo starań Waszyngtonu. Było ono możliwe m.in. dzięki lukom w przepisach Departamentu Handlu USA, z których firmy z ChRL skrzętnie korzystały. Przykładowo iFlytek i SenseTime – przedsiębiorstwa specjalizujące się w technologii rozpoznawania mowy i twarzy, znajdujące się od 2019 r. na amerykańskiej czarnej liście w związku z wykorzystywaniem tamtejszych produktów przez władze w Pekinie do represjonowania mniejszości ujgurskiej w Sinciangu – po wprowadzeniu restrykcji wciąż miały dostęp do zaawansowanych półprzewodników (m.in. A100 i H100 amerykańskiej Nvidii) i mogły dzięki nim kontynuować prace nad przełomowymi usługami opartymi na AI.

Aby pozyskać procesory objęte sankcjami, chińskie przedsiębiorstwa uciekały się do rozmaitych praktyk. W ChRL powstały liczne wspierane przez państwo klastry komputerowe, które od lat gromadziły chipy (m.in. Nvidii) i wynajmowały dostęp do technologii firmom znajdującym się na amerykańskiej Entity List. Wiele podmiotów korzystało z oferty dostawców usług w chmurze (ograniczeniami eksportowymi nie zostały bezpośrednio dotknięte m.in. Amazon i Microsoft). Tworzono też fasadowe spółki, którym regularnie zmieniano nazwy, co utrudniało śledzenie ostatecznych odbiorców półprzewodników. Ważną rolę odgrywał również przemyt, np. oznaczanie przesyłek z komponentami jako części odpadowe czy mocowanie dodatkowych chipów na płytkach. Tym samym choć kluczowe chińskie przedsiębiorstwa technologiczne formalnie nie były w stanie zakupić nowoczesnych procesorów bezpośrednio z USA, to wciąż miały do nich częściowy dostęp.

(...)

Przedsiębiorstwa z ChRL zachowują dostęp do nowoczesnych półprzewodników również dzięki zapasom zgromadzonym przed wejściem w życie restrykcji. Firmy te były bowiem dobrze przygotowane na zaostrzenie przez Stany Zjednoczone presji technologicznej. Posunięcia Białego Domu z października 2022 r. i 2023 r. nie zaskoczyły Pekinu. Nałożenie w 2018 r. rygorystycznych kontroli eksportowych na chińskiego giganta telekomunikacyjnego ZTE oraz sankcje na Huaweia i Fujian Jinhua, wstrzymanie przez holenderski rząd sprzedaży zagranicznej maszyn do litografii w ekstremalnym ultrafiolecie (extreme ultra violet, EUV) w 2019 r. czy wojna handlowa z USA uświadomiły władzom ChRL, że USA będą dążyły do odcinania jej od różnych gałęzi technologii, a na pierwszy ogień najpewniej pójdzie branża półprzewodników. Wówczas miejscowe spółki technologiczne w ramach przygotowań do tego wyzwania zaczęły zbierać zapasy zaawansowanych procesorów i sprzętu litograficznego. Przykładowo w 2019 r. Huawei wydał ok. 23,5 mld dolarów na zakup chipów, komponentów i materiałów – o 73% więcej niż rok wcześniej, a w 2020 r. chińskie firmy nabyły sprzęt litograficzny m.in. z Japonii, Korei Południowej i Tajwanu za prawie 32 mld dolarów (wzrost o 20% rok do roku). Zakupy te znacznie przekraczały potrzeby rynkowe i miały stanowić poduszkę bezpieczeństwa na wypadek kolejnych ograniczeń ze strony Stanów Zjednoczonych.

Zdolności do wytwarzania maszyn litograficznych do półprzewodników pozostają najsłabszym elementem planów rozwoju sektora procesorów w ChRL. Zapowiadana przez Shanghai Micro Electronics Equipment na 2023 r. premiera maszyny do produkcji chipów starszej generacji (28 nm) wciąż nie została potwierdzona. Mimo dążenia przez Pekin do samowystarczalności technologicznej szacuje się, że w ostatnich latach w ChRL powstało mniej niż 5% systemów litograficznych stosowanych w tamtejszych fabrykach.

Skoordynowane restrykcje eksportowe USA, Holandii i Japonii miały odciąć Chinom dostęp do podmiotów odpowiadających za ok. 80% światowej podaży sprzętu do wytwarzania półprzewodników (obok holenderskiego ASML chodzi tu m.in. o amerykańskie Applied Materials, KLA Co. i Lam Research, holenderski ASM czy japońskie Tokyo Electron, Canon i Nikon). Przedsiębiorstwa z ChRL skorzystały jednak z braku woli politycznej najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych – głównie Holandii – do szybkiego i skutecznego wdrożenia ograniczeń. Powolność w tym zakresie skutkowała istotnym ograniczeniem efektywności przepisów.

Holandia już w 2019 r. zakazała sprzedaży do Chin maszyn litograficznych do produkcji najbardziej zaawansowanych procesorów (EUV). W marcu 2023 r. potwierdziła też zamiar dołączenia do amerykańskich sankcji na część sprzętu starszego typu (deep ultra violet, DUV). Odnośna ustawa weszła jednak w życie dopiero we wrześniu. Mimo jej obowiązywania ASML do końca roku otrzymywał licencje eksportowe na sprzedaż do ChRL objętych ograniczeniami maszyn DUV. Podejście to pozwoliło jej zaopatrywać się w holenderski sprzęt w ilościach znacznie przekraczających potrzeby rynkowe. Przykładowo we wrześniu 2023 r. chiński import systemów litograficznych z tego kraju wzrósł o rekordowe 1850% rok do roku. ChRL wyrosła także na drugi co do wielkości rynek eksportowy dla ASML – w 2023 r. przypadało nań 26,3% sprzedaży spółki, a w rekordowym trzecim kwartale – nawet 46%. Firma dysponowała zresztą licencjami na dalszy zbyt niektórych maszyn DUV swoim chińskim klientom, ale cofnięto je na początku 2024 r. W wyniku nacisków Waszyngtonu ASML ma również wstrzymać serwisowanie części sprzętu DUV sprzedanego już podmiotom z ChRL.

Niespotykana presja USA na chiński sektor półprzewodnikowy oraz niewielkie zdolności ChRL do stworzenia własnych technologii i maszyn litograficznych nie zatrzymały postępu tamtejszych firm w wytwarzaniu nowoczesnych chipów. Świadczy o tym premiera smartfona Mate 60 Pro wyposażonego w wyprodukowany przez Semiconductor Manufacturing International Corporation (SMIC) zaawansowany procesor Kirin 9000s. Było to zapewne możliwe dzięki eksperymentowaniu z mniej wydajnymi i droższymi niż EUV technikami. Przykładowo wyprodukowanie półprzewodników w technologii 7 nm przy użyciu maszyny DUV wiąże się z wydajnością na wafel szacowaną na zaledwie 15% oraz trzy–czterokrotnym użyciem maszyny do wytworzenia jednego chipa. Oznacza to podwyższenie kosztów procesu, większą eksploatację sprzętu litograficznego oraz wzrost zużycia energii, co podważa rentowność masowej produkcji. Z jednej strony dostęp do niemal niewyczerpanego i stabilnego źródła kapitału z funduszy państwowych sprawia, że w odróżnieniu od zachodnich konkurentów chińskie przedsiębiorstwa nie zważają na efektywność kosztową. Tym samym mimo braku dostępu do najbardziej zaawansowanych maszyn (EUV i niektórych modeli DUV) mogą kontynuować droższe i mniej wydajne wytwarzanie nowoczesnych półprzewodników. Z drugiej jednak strony już teraz niedostępność komponentów do zagranicznego sprzętu litograficznego oraz niedobór inżynierów skutkują problemami w skalowaniu produkcji firm SMIC i Huawei. Stąd przykładowo w obliczu niedoboru rodzimych akceleratorów AI część głównych podmiotów technologicznych z ChRL, jak Alibaba, Baidu, ByteDance i Tencent, zwiększa zamówienia na chipy Nvidii.

Podczas gdy zdolności Chin w dziedzinie zaawansowanych półprzewodników pozostają przedmiotem gorącej debaty międzynarodowej, wątkiem zasługującym na pilną uwagę jest również dynamicznie rosnący potencjał tego państwa w zakresie produkcji chipów starszej generacji. Mimo ich znaczenia m.in. dla sektorów zbrojeniowego, motoryzacyjnego i medycznego nie zostały one dotychczas objęte ograniczeniami eksportowymi.

Presja ze strony USA zmusiła władze ChRL do skupienia się na procesorach starszej generacji i rozwijania możliwości wytwórczych w tej niszy. Tamtejsze firmy dążą więc do zwiększenia udziału w międzynarodowym rynku mikrokontrolerów, procesorów analogowych czy półprzewodników wykorzystywanych w motoryzacji – czyli starszych, lecz powszechnie stosowanych technologii, w których liczy się zwłaszcza wspomniana efektywność kosztowa, a nie zaawansowanie.

Obecnie w ChRL zlokalizowane jest 27% mocy produkcyjnych dla półprzewodników 20–45 nm oraz ok. 30% dla tych 50–180 nm. Jej potencjał wynika z prężnego rozkwitu odlewni – choć większość procesorów starszej generacji projektuje się poza Chinami, to miejscowe odlewnie (m.in. SMIC i Hua Hong) dysponują ogromnymi możliwościami wytwórczymi. ChRL dąży też do ich dalszego zwiększania w odniesieniu do chipów starszej generacji. W 2024 r. ma tam powstawać o milion procesorów tego rodzaju miesięcznie więcej niż w 2023 r., co oznacza, że państwo to zamierza wytwarzać ich więcej niż reszta świata łącznie. Pekin zapowiada również uruchomienie do 2026 r. 32 nowych fabryk o tej specjalizacji, a budowa 22 z nich już się rozpoczęła. Jeśli wszystkie planowane zakłady zaczną pracować w ciągu najbliższych dwóch lat, to na przestrzeni 3–5 lat ChRL ma szansę osiągnąć pułap ok. 40% globalnej produkcji półprzewodników 20–40 nm i ponad 50% 50–180 nm.

osw.waw.pl


„Jesteśmy wszyscy zdeterminowani, aby wejść wspólnie w kampanię przed wyborami do Bundestagu i wygrać” – powiedział Scholz. Pytanie, czy nie zamierza wziąć przykładu z prezydenta USA Joe Bidena i zrezygnować z kandydowania, kanclerz zbył żartem: „Dziękuję za niezwykle sympatyczne i przyjazne pytanie”.

Wybory do Bundestagu odbędą się na jesieni przyszłego roku. W czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego SPD Scholza poniosła dotkliwą porażkę, zdobywając zaledwie 13,9 proc. wobec 30 proc. największej partii opozycyjnej - CDU. W opublikowanym na początku tygodnia sondażu, tylko jedna trzecia członków SPD uznała, że Scholz jest w przyszłorocznych wyborach właściwym kandydatem na kanclerza.

Na ostatnim przed przerwą wakacyjną spotkaniu z dziennikarzami, Scholz bagatelizował znaczenie sondaży. „Wyniki, które nie są dobre, są bodźcem do działania w celu uzyskania lepszych wyników” – mówił. Wśród sukcesów swojego rządu wymienił podwyższenie płacy minimalnej oraz gwarancję stabilnych emerytur. Zapewnił, że będzie kontynuował politykę modernizacji kraju. „Przed wyborami odwrócę niekorzystny trend w sondażach” – zapowiedział. Przekonam wyborców „czynami i jasnym kursem” – dodał.

PAP

środa, 24 lipca 2024



Rosja ma 2-3 razy więcej sprzętu wojskowego od Ukrainy. Od początku wojny podwoiła liczbę czołgów, potroiła liczebność systemów artyleryjskich i zwiększyła liczbę transporterów opancerzonych — z 4,5 tys. do 8,9 tys. Do tego liczba rosyjskich żołnierzy sięgnęła 520 tys., a celem Moskwy jest zwiększyć ją do końca roku do 690 tys. Takie liczby podał gen. Ołeksandr Syrski, naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy.

Nie podał odpowiednich liczb dla ukraińskiej armii. Stwierdził jednak, że rosyjska armia ponosi trzykrotnie wyższe straty od wojska ukraińskiego, a w niektórych regionach są one nawet wyższe. — Mają o wiele więcej zabitych — powiedział Syrski.

Na początku czerwca Władimir Putin powiedział, że nieodwracalne straty Sił Zbrojnych Ukrainy są pięciokrotnie wyższe niż straty rosyjskich sił zbrojnych. Brytyjski wywiad wojskowy ma jednak inne szacunki.

Z jego danych wynika, że maj i czerwiec były jednymi z najbardziej śmiercionośnych miesięcy dla rosyjskiej armii: traciła ona wówczas średnio ponad 1,1 tys. żołnierzy dziennie, co daje liczbę ok. 70 tys. w ciągu dwóch miesięcy. Admirał Tony Radakin, szef brytyjskiego sztabu obrony, stwierdził, że od początku wojny Rosja straciła 550 tys. wojskowych (mowa o zabitych i rannych).

Pod względem uzbrojenia ma jednak znaczną przewagę. Eksperci z brytyjskiego think tanku Royal United Defence Research Institute (RUSI) obliczyli, że od rozpoczęcia wojny udało jej się zwiększyć produkcję pocisków artyleryjskich kalibru 152 mm ponad pięciokrotnie, pocisków do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Grad ponad 15-krotnie, a pocisków manewrujących Ch-101 — najczęściej używanych przez wojsko rosyjskie w Ukrainie — o 7,5 razy.

Mało tego — według różnych szacunków w tym roku Kreml wyprodukuje ok. 1,5 tys. czołgów i 3 tys. innych pojazdów opancerzonych. W 85 proc. nie będą to jednak nowe pojazdy, a odpowiednio odnowione modele wyciągnięte z rosyjskich magazynów.

Mimo tej przewagi rosyjskiej armii udało się osiągnąć jedynie niewielkie taktyczne korzyści — podkreśla Syrski.

(...)

Stwierdził, że z racji tego, iż Rosja ma "przewagę powietrzną" i "bardzo silną" obronę powietrzną, możliwości myśliwców F-16, które wkrótce dotrą do Ukrainy od krajów zachodnich, będą ograniczone. Dlatego też Kijów coraz częściej i coraz bardziej skutecznie wykorzystuje drony. To z ich pomocą ukraińskie siły zaatakowały — zdaniem Syrskiego — ok. 200 obiektów infrastruktury krytycznej na terytorium Rosji, w tym fabryki, składy broni i magazyny ropy naftowej. 

onet.pl


Punktem wyjścia do tych pytań jest paradoksalna konstatacja (znów — całkowicie odwrotna od dominującej w Polsce), że napadając na Ukrainę, Rosja w istocie zademonstrowała, że wybiera Zachód, a nie, że się od Zachodu odwraca.

Widząc paranoiczną wrogość Rosji wobec Zachodu, zakładamy, że Rosja się od nas odwróciła. Tylko pozornie jest to prawdą, a nie półprawdą. W mojej ocenie Rosja napadła na Ukrainę po pierwsze dlatego, że taka była wewnątrzpolityczna potrzeba panującego dzisiaj w Rosji reżimu. Po drugie dlatego, że Rosją rządzą ludzie, którzy emocjonalnie nie pogodzili się z utratą imperium. I wreszcie po trzecie dlatego, że Rosjanie jakkolwiek udają przyjaźń z Chinami, to równocześnie doskonale rozumieją, że z Chińczykami nigdy nie będą w stanie się układać tak jak z Zachodem.

Rosyjskie elity są dziś obsesyjnie antyzachodnie, ale widzą też, że z powodu braku reform gospodarczych, kończącej się renty surowcowej i z racji problemów demograficznych, Rosja będzie już jedynie słabnąć. Wbrew temu bowiem, co sądzi się często w Polsce, elity te nie straciły kontaktu z rzeczywistością.

Napadając na Ukrainę, Rosja de facto próbowała zmusić Zachód do uznania jej wczorajszego statusu i ułożyć sobie relacje z Zachodem na swoich warunkach. Moskwa zachowywała się jak chuligan, który próbuje wstąpić do ekskluzywnego klubu, ale zarazem otwiera sobie drzwi do niego kopniakiem. Tyle że za ukraińskimi drzwiami stał Zachód i drzwi uderzyły Moskwę w czoło.

onet.pl


Co pana zdaniem jest fundamentalne w tej palecie pomysłów zawartych w projekcie?

Paradoksalnie to, czego w projekcie nie ma, czyli zwiększenie liczby inspektorów. Nas jest zaledwie około 1500. To zdecydowanie za mało, żeby działać skutecznie. Liczba skarg jest duża, a ich napływ w związku z ochroną sygnalistów będzie jeszcze większy. Potrzebny jest też większy budżet, bez pieniędzy nie będziemy mieli fachowców. Nabory pracowników nie idą tak, jak byśmy oczekiwali. Sama praca jest bardzo obciążająca psychicznie.

Wiem, jak trudno jest wchodzić na zakład pracy. Tam nie witają nas chlebem i solą. Skarżący również miewają pretensje. Nie jest tak, że wszyscy pracownicy oczekują, że damy im umowę o pracę. Ludzie często nie są zainteresowani legalizacją zatrudnienia. Wiele osób się śmieje, że jak wchodzimy na budowę, to ona od razu pustoszeje.

Bo wolą pracować "na czarno"?

Inna jest rzeczywistość dużych miast, a inna reszty Polski. Wiele osób pracuje na czarno z wyboru, bo może dodatkowo korzystać ze świadczeń socjalnych. Mamy mężczyzn niepłacących alimentów, którzy również nie są zainteresowani legalną pracą. Z kolei młode osoby często nie wierzą, że dostaną emeryturę, a do ręki otrzymują od razu odczuwalnie więcej. I powiedzmy sobie szczerze, na te wszystkie zjawiska jest przyzwolenie społeczne. To nie jest tak, że ktoś jest z tego powodu piętnowany. Przeciwnie, często jest uważany za bohatera, bo mniej płaci państwu.

PIP ma szacunki, ile osób może pracować "na czarno"?

Tak naprawdę, to nikt nie wie, ile osób pracuje w szarej strefie gospodarki. Wszelkie dane liczbowe w tym zakresie mają charakter szacunkowy.

No więc jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, poziom zatrudnienia nieformalnego w ciągu ostatnich lat uległ znacznemu obniżeniu - z 880 tys. osób w 2017 r., co stanowiło 5,4 proc. ogółu pracujących, do 324 tys. w 2022 r., tj. 2,0 proc. pracujących.

Te procentowe szacunki pokrywają się z danymi Państwowej Inspekcji Pracy. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę osób, które w toku naszych kontroli uznano w 2023 r. za pracujące nielegalnie (15,7 tys. obywateli Polski oraz 6,6 tys. cudzoziemców) i odniesiemy to do ogólnej liczby osób, których legalność pracy weryfikowano, to otrzymamy podobny wskaźnik.

money.pl


Historia kryzysu mieszkaniowego w Rosji rozpoczyna się wiosną 2020 roku, kiedy władze państwa wprowadzają preferencyjne kredyty hipoteczne dla obywateli kupujących mieszkania w nowych budynkach. W ten sposób chciano wesprzeć rynek nieruchomości i budownictwo, które ucierpiało przez pandemię COVID-19. 

(...)

Program dotowanych hipotek został skonstruowany w taki sposób, że banki zawierały z Rosjanami umowy na kredyty oprocentowane na 6%, podczas gdy państwo dopłacało różnicę do referencyjnej stopy procentowej. W momencie wprowadzenia programu wynosiła ona ok. 8%.

Wolumen pożyczek hipotecznych nie wzrósł przez to od razu. Licznik zaczął kręcić się na zwiększonych obrotach dopiero po 22 lutego 2022 roku. Po wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie sankcje zaciskają się coraz szczelniejszym kordonem dookoła rosyjskiej gospodarki: rubel traci na wartości, następuje tąpnięcie na giełdzie, rośnie inflacja, obce waluty znikają z kantorów. Rosjanie nie mają gdzie lokować swoich oszczędności i zwracają się w kierunku rynku nieruchomości. Jednocześnie w tym samym czasie Bank Rosji zaczyna podnosić stopy procentowe.

Z ok. 2% dopłacanych przez państwo do kredytów hipotecznych Rosjan po dwóch latach od ataku na Kijów zrobiło się 10%, bo referencyjna stopa procentowa wzrosła do 16%. Banki udzielają pożyczek na 16-20%, obywatele płacą 6%, a Kreml pokrywa różnicę i otrzymuje coraz wyższe rachunki. Ministerstwo Finansów Rosji wydało już na dopłaty ok. pół biliona rubli (ok. 22,5 mld zł).

(...)

Z szacunków Moskiewskiego Instytutu Ekonomii Miast wynika, że w latach 2020-2023 ceny mieszkań w największych rosyjskich miastach wzrosły średnio o 172%. Według danych Sberbanku ceny za metr kwadratowy na rynku pierwotnym w całej Rosji wzrosły w tym czasie o 104%, a na rynku wtórnym o 72%. Według oficjalnych danych skumulowana inflacja w Rosji sięgnęła przez ten okres ok. 30%. 

Sytuacja nie wygląda lepiej na rynku wynajmu. Według rosyjskiej firmy z branży nieruchomości "Etazhi" w 2023 roku koszt wynajmu mieszkania z jedną sypialną wzrósł w Rosji średnio o 31%. Największy wzrost cen dotknął regiony w środkowej Rosji i na Syberii. Za małe mieszkanie w standardzie ZSRR mieszkańcy Krasnojarska płacili w zeszłym roku 47,9% więcej niż w 2022 roku. W Czelabińsku stawki poszły w górę o 46,3%, a w Wołgogradzie o 38,9%.

Według "The Economist" prezes rosyjskiego banku centralnego Elwira Nabiullina zaczęła naciskać na władze, żeby ograniczyć lub zakończyć dotacje. W rezultacie jej działań w grudniu 2023 roku państwo zwiększyło minimalną kaucję klasyfikującą do otrzymania dopłat z 20% do 30%. Na początku lipca 2024 roku Kreml zawiesił program dotyczący mieszkań w nowych blokach. Pozostały jedynie dopłaty do kredytów w niektórych regionach. 

(...)

W 2023 roku rosyjscy deweloperzy zbudowali nowe mieszkania o łącznej powierzchni 110 mln metrów kwadratowych, podczas gdy średnia z wcześniejszych lat wynosiła ok. 59 mln metrów kwadratowych. Według "Izwiestii" brak stymulacji popytu ze strony rządu doprowadzi do bankructwa wielu z nich. Brak dopłat uderzy też w interesy banków. Według rosyjskich analityków, na których powołuje się "The Economist", liczba nowych hipotek może spaść o około 50% w drugiej połowie roku.

bankier.pl