wtorek, 2 lipca 2024



W ciągu ostatniego tygodnia Rosjanie kontynuowali działania zaczepne w Donbasie, w wolnym tempie wypierając Ukraińców z pozycji położonych na zachód i północ od Oczeretynego. Głównym celem atakujących w tym rejonie jest przecięcie trasy Pokrowsk–Konstantynówka, stanowiącej jeden z głównych szlaków zaopatrzeniowych dla zgrupowania ukraińskiego w obwodzie donieckim. Aktualnie droga ta jest oddzielona od wysuniętych pozycji rosyjskich o ok. 6 km, co czyni ją przejezdną, lecz leży ona w zasięgu ognia artylerii lufowej. Drugi, bardziej dalekosiężny cel rosyjskiej operacji w rejonie Oczeretynego to oskrzydlenie zgrupowania ukraińskiego, broniącego się w rejonie Nju-Jorku i Torećka w oparciu o fortyfikacje wybudowane wzdłuż linii rozgraniczenia z 2014 r.

W ostatnich dniach Rosjanie ponawiają także próby wyparcia Ukraińców z pozycji pod Torećkiem. Udało im się nieznacznie poprawić swoje położenie w rejonie wsi Piwdenne. Aktualnie agresor intensywnie ostrzeliwuje Torećk, Nju-Jork i okoliczne miejscowości, które do niedawna funkcjonowały względnie normalnie, był tam m.in. dostęp do energii elektrycznej i sieci komórkowej.

Trwają intensywne walki w rejonie Czasiw Jaru. Celem Rosjan jest zajęcie ostatnich ukraińskich punktów oporu, położonych na przedpolu tego miasta, na wschodnim brzegu kanału Doniec–Donbas. Samo miasto znajduje się pod intensywnymi ostrzałami artyleryjskimi, m.in. z użyciem pocisków termobarycznych wystrzeliwanych z systemów typu TOS.

W ostatnich dniach czerwca Ukraińcom udało się wypchnąć Rosjan z części pozycji, położonych w okolicy wsi Terny i Jampoliwka oraz w sąsiednich lasach nad Dońcem (pogranicze obwodów donieckiego i ługańskiego na północnym brzegu tej rzeki). Sukcesy te mają wyłącznie lokalny, taktyczny charakter, pozwalają jednak stabilizować front w tym rejonie i krzyżują rosyjskie plany w zakresie wypchnięcia sił ukraińskich za linię rzeki Żerebeć.

W ciągu ubiegłego tygodnia Rosjanie dokonali tylko jednego zmasowanego ataku powietrznego. W nocy z 26 na 27 czerwca użyli jednego pocisku hipersonicznego Kindżał, pięciu pocisków manewrujących różnych typów i 23 dronów uderzeniowych Shahed 131/136. Ukraińska obrona powietrzna zadeklarowała zestrzelenie wszystkich celów z wyjątkiem pocisku Kindżał. Poza tym agresor przeprowadził kilka punktowych uderzeń rakietowych, m.in. 29 czerwca na centrum miasta Wilnianśk w obwodzie zaporoskim, w wyniku którego zginęło siedmiu cywilów, w tym troje dzieci. 1 lipca doszło do ataku rakietowego na lotnisko wojskowe w Mirhorodzie. Strona rosyjska zadeklarowała zniszczenie bądź uszkodzenie kilku ukraińskich myśliwców Su-27.

Rosjanie intensywnie ostrzeliwali i bombardowali obszary przyfrontowe i przygraniczne. 30 czerwca – wskutek użycia kierowanych bomb lotniczych – zniszczony został terminal Nowej Poczty w Charkowie, a jedna osoba zginęła.

30 czerwca „The Washington Post” opublikował artykuł, w którym opisano 38 przypadków upadku rosyjskich bomb lotniczych na terenie obwodu biełgorodzkiego od kwietnia 2023 do kwietnia 2024 r. Dane te świadczą o problemach technicznych rosyjskiego lotnictwa i o ograniczonej celności bomb, używanych często przeciwko ukraińskim miastom położonym za linią frontu.

Nowy rodzaj wojsk w ukraińskich siłach zbrojnych. 25 czerwca prezydent Ukrainy zatwierdził decyzję Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony „O utworzeniu sił systemów bezzałogowych jako odrębnego rodzaju wojsk w strukturze Sił Zbrojnych Ukrainy”. Zgodnie z założeniami ma to zwiększyć zdolności armii w zakresie wykorzystania powietrznych, morskich i lądowych systemów bezzałogowych i zrobotyzowanych.

27 czerwca kapitan Robert Browdi „Madziar” poinformował o przekształceniu w pułk 414 Samodzielnego Batalionu Uderzeniowych Systemów Bezzałogowych. Jest to kolejny etap rozwoju tej struktury, powstałej w drodze ewolucji z niewielkiego oddziału ochotniczego, który wiosną 2022 r. rozpoczął eksperymentalne użycie dronów cywilnych na polu walki. Prawie wszyscy żołnierze pułku – na czele z dowódcą, w cywilu biznesmenem z branży rolniczej – są ochotnikami, którzy przed 24 lutego 2022 r. nie służyli zawodowo w wojsku. Oddział „Madziara” wykazuje się bardzo dużą efektywnością na polu bitwy. Od kilku miesięcy znajduje się w strukturze 30 Korpusu Piechoty Morskiej; działa nad dolnym Dnieprem oraz – od połowy maja – częściowo też w obwodzie charkowskim.

(...)

Migranci zarobkowi na front. 27 czerwca szef rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksandr Bastrykin oświadczył, że w wyniku obław zatrzymano ponad 30 tys. osób, które w ostatnich latach otrzymały obywatelstwo rosyjskie i unikały poboru do wojska. Jak dotąd do jednostek wojskowych skierowano ponad 10 tys. takich migrantów, większość z nich ma być zaangażowana w budowę fortyfikacji.

Białoruś eskaluje napięcie. 29 czerwca zastępca Dowódcy Sił Operacji Specjalnych Białorusi pułkownik Wadzim Łukaszewicz oświadczył, że sytuację na granicy białorusko-ukraińskiej „charakteryzuje rosnące napięcie”. Wskazał, że Ukraina przemieszcza wojsko w rejony przygraniczne, w tym systemy artylerii rakietowej. Dzień później szef białoruskiego Sztabu Generalnego Pawieł Murawiejka dopuścił użycie taktycznej broni nuklearnej w sytuacji, kiedy zostanie zagrożona suwerenność i niepodległość Białorusi. Wojowniczą narrację Mińska wsparł rzecznik Władimira Putina Dmitrij Pieskow, który 1 lipca oświadczył, że przemieszczenie jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy do granicy z Białorusią niepokoi władze Rosji. W odpowiedzi rzecznik ukraińskiej służby granicznej Andrij Demczenko stwierdził, że wszelkie ukraińskie działania na granicy z Białorusią mają na celu ochronę przed agresywnymi działaniami wroga, m.in. poprzez budowę nowych fortyfikacji.

Kolejne umowy o współpracy w sferze bezpieczeństwa. 27 czerwca Ukraina podpisała umowę o współpracy w sferze bezpieczeństwa z Litwą. Wilno potwierdziło, że będzie się starać co roku zapewnić Kijowowi wsparcie finansowe w zakresie bezpieczeństwa i obrony w wysokości 0,25% rocznego PKB (dzień wcześniej litewska Rada Bezpieczeństwa Państwa podjęła decyzję w tej sprawie). Wskazano, że w 2024 r. litewska pomoc wojskowa dla Ukrainy sięgnęła już blisko 80 mln euro, w tym 35 mln euro przeznaczono na sfinansowanie czeskiej inicjatywy zakupów amunicji artyleryjskiej.

Tego samego dnia Ukraina zawarła z Estonią umowę o współpracy w zakresie bezpieczeństwa i długoterminowego wsparcia. W dokumencie potwierdzono, że wsparcie wojskowe Tallinna dla Kijowa wyniesie w br. ponad 100 mln euro. Podkreślono potrzebę zapewnienia utrzymania tego samego poziomu pomocy w kolejnych latach, czyli co najmniej 0,25% PKB rocznie w latach 2024–2027.

W Brukseli podpisano również dokument Wspólne zobowiązania w zakresie bezpieczeństwa Ukrainy i Unii Europejskiej. Ukraina w tym roku otrzyma finansowanie z Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju (EPF) w wysokości 5 mld euro – z przeznaczeniem na pomoc wojskową, w tym szkolenia. Dodatkowo 24 czerwca Rada UE zezwoliła na przeznaczenie pierwszej transzy zysków od zamrożonych rosyjskich aktywów (1,4 mld euro) na zakup nowego uzbrojenia i sprzętu wojskowego (UiSW) dla Ukrainy. W konkluzjach szczytu z 27 czerwca Rada Europejska wyraziła oczekiwanie, że do pierwszych wypłat dojdzie już tego lata. Ponadto UE potwierdziła przekazanie 50 mld euro na cele cywilne w latach 2024–2027 (7,9 mld euro zostało już wypłaconych) z Instrumentu na rzecz Ukrainy. W umowie zapowiedziano m.in. rozwój współpracy przemysłów obronnych państw UE z ukraińskimi firmami zbrojeniowymi, przeciwdziałanie zagrożeniom w cyberprzestrzeni i walkę z dezinformacją. Podkreślono, że UE zapewni strategiczne doradztwo i praktyczne wsparcie dla wysiłków reformatorskich zgodnie z międzynarodowymi zasadami dobrych rządów i praw człowieka. Ukraina zobowiązała się do przyjęcia i skutecznego wdrożenia takich reform. Zwrócono uwagę, że strony zintensyfikują działania na rzecz zapobiegania nielegalnemu obrotowi bronią i materiałami wybuchowymi.

Kijów zawarł już 20 umów o kooperacji w sferze bezpieczeństwa – z Wielką Brytanią, Niemcami, Francją, Danią, Kanadą, Włochami, Holandią, Finlandią, Łotwą, Hiszpanią, Belgią, Portugalią, Szwecją, Norwegią, Islandią, USA, Japonią, Litwą, Estonią i Unią Europejską.

osw.waw.pl

poniedziałek, 1 lipca 2024



Według "Financial Times" wszystko zależy od wyników drugiej tury wyborów, która została zaplanowana na 7 lipca. Wówczas Zjednoczenie Narodowe może nie zdobyć wystarczającej liczby mandatów, by powołać rząd. "Ale lekcja z pierwszej tury jest taka, że centrum we Francji nie utrzymało się pomimo żarliwych apeli Macrona o poparcie. Być może dzieje się tak dlatego, że dla milionów wyborców to sam Macron jest w dużej mierze problemem" - podkreślił brytyjski dziennik. 

Podobnego zdania jest "The Guardian", który zwrócił uwagę, że dla obecnego prezydenta Francji nie ma dobrego scenariusza. Jeżeli w przyszłym tygodniu partia Le Pen zwycięży i utworzy rząd, Macron "będzie musiał podzielić się władzą". Z kolei jeżeli tej większości nie uzyska, będzie miał "zawieszony" parlament niezdolny do stworzenia jakiejkolwiek większości, a co za tym idzie do rządzenia.

"Sueddeutsche Zeitung" ocenił, że wynik wyborów parlamentarnych we Francji jest "gorzką porażką dla Macrona". "Miał on nadzieję na powiększenie względnej większości swoich centrowych sił w izbie niższej dzięki przedterminowym wyborom. Teraz wydaje się to niezwykle mało prawdopodobne" - napisał niemiecki dziennik i podkreślił, że "jeżeli żaden z obozów nie zdobędzie w drugiej turze wyborów bezwzględnej większości, Francję czekają trudne negocjacje w celu utworzenia koalicji".

"Zagranie Macrona polegające na zarządzeniu przedterminowego głosowania po dotkliwej porażce z partią Le Pen w wyborach europejskich przyniosło spektakularne odwrotne skutki" - ocenił "The Daily Telegraph". Niedzielny wynik opisał jako "polityczne trzęsienie ziemi", które "po raz pierwszy od czasu współpracy reżimu Vichy z nazistowskimi Niemcami postawiło Francję na krawędzi przywództwa skrajnej prawicy". 

(...)

Najwięcej do powiedzenia w kwestii wyborów miał jednak francuski dziennik "Le Figaro". "Emmanuel Macron miał wszystko lub prawie wszystko: Pałac Elizejski i trzy lata przed sobą. Większość, z pewnością względna, ale mimo wszystko większość. Wąską, ale zaskakująco solidną bazę wyborczą. Nadszarpnięty wizerunek osobisty, ale niepodważalny autorytet. W Pałacu Elizejskim traci wszystko" - napisano w tekście przedstawiającym "aspekty kryzysu reżimu". Dziennik zarzucił Macronowi lekkomyślność, a jego strategię, która polegała na podzieleniu lewicy i odizolowaniu prawicy ocenił jako "szaloną".

Macron "chciał oddać głos narodowi". A więc "naród przemówił i to masowo - nigdy wcześniej nie było tak dużej frekwencji" - podkreślił "Le Figaro". Jak przyznał dziennik, we Francji zaczyna malować się "zupełnie nowy pejzaż polityczny", który przekłada się na swoistego rodzaju dylemat moralny nie tylko dla rządzących, ale także wyborców. Zdaniem francuskiego medium niektóre elementy programu prawicowej partii Le Pen mogą "budzić niepokój", jednak po przeciwnej stronie (skrajna prawica LFI) znajduje się: "islamo-lewica" oraz "klasowa nienawiść" i "antysemityzm". "To, co się odbywa, to nie dramat - co oznaczałoby walkę dobra ze złem. To jest w ścisłym sensie tego słowa - tragedia, gdy przeznaczenie, które każe wam wybierać, oferuje wam same złe wybory" - podkreślił "Le Figaro".

gazeta.pl

czwartek, 27 czerwca 2024



19 czerwca Rosjanie uderzyli od strony Gorłówki w kierunku Torećka, gdzie przebiegał ostatni w Donbasie nienaruszony jeszcze przez nich odcinek linii rozgraniczenia wojsk z 2014 r. W ciągu kilku dni przełamali pierwsze linie umocnień przeciwnika – wyszli na obrzeża stanowiących część aglomeracji torećkej Drużby i Piwnicznego (Kirowego) i zajęli leżącą pomiędzy nią a Gorłówką miejscowość Szumy. Torećk jako bezpośrednie zaplecze tego odcinka frontu stał się celem ataków lotniczych i ostrzału artyleryjskiego, co legło u podstaw decyzji o przyspieszonej ewakuacji jego mieszkańców. Postępy agresora na pozostałych odcinkach frontu w Donbasie, gdzie trwają najbardziej zacięte starcia, nie przyniosły znaczących zmian sytuacji – obrońcy wciąż utrzymują się w zachodniej części tzw. mikrorejonu Kanał w Czasiw Jarze, na obrzeżach Nowoołeksandriwki (według niektórych źródeł Rosjanie mieli odepchnąć siły ukraińskie i kontynuują natarcie w kierunku trasy Pokrowsk–Konstantynówka) oraz w północnej części Krasnohoriwki.

Ukraińcy kontratakowali w rejonie wsi Łypci na północ od Charkowa oraz na obrzeżach Wołczańska, gdzie uzyskali nieznaczne zdobycze terenowe. Z kolei w północnej części tego miasta kolejne rejony przeszły pod kontrolę najeźdźców. Próbę odbicia utraconych w maju terenów obrońcy podjęli po zapewnieniu sobie znacznej przewagi liczebnej nad agresorem – ich zgrupowanie szacowane jest obecnie na ok. 40 tys. żołnierzy wobec 10 tys. wojskowych wroga. Brak widocznych postępów i straty ponoszone przez siły ukraińskie w kolejnych szturmach na pozycje przeciwnika przyczyniły się jednak do otwartego wybuchu niezadowolenia. Jego wyrazem było złożenie 23 czerwca przez szefa sztabu brygady „Azow” Bohdana Krotewycza wniosku do Państwowego Biura Śledczego Ukrainy o ściganie wyższego rangą dowódcy, który „zabił więcej ukraińskich żołnierzy niż jakikolwiek generał rosyjski”. Zajmująca się kwestiami wojskowymi deputowana rządzącej partii Sługa Narodu Mariana Bezuhła ujawniła, że chodzi o mianowanego na dowódcę Połączonych Sił armii ukraińskiej w lutym br. generała Jurija Sodola. Miał on wcześniej wykazać się nieudolnością w Mariupolu, Krynkach, Awdijiwce i Oczeretynem. 24 czerwca wieczorem prezydent Wołodymyr Zełenski odwołał go i powołał na jego miejsce generała Andrija Hnatowa (obaj wywodzą się z piechoty morskiej, Hnatow uchodzi za protegowanego Sodola).

Najeźdźcy przeprowadzili kolejne – na mniejszą niż wcześniej skalę – ataki na ukraińską infrastrukturę energetyczną. 19 czerwca drony agresora uszkodziły instalacje energetyczne w obwodach kirowohradzkim i lwowskim (we Lwowie trafiony został też instytut naukowo-doświadczalny), dzień później rakiety i bezzałogowce – w dniepropetrowskim (w tym w Dnieprze), donieckim (trafiono elektrownię cieplną w Słowiańsku), kijowskim i winnickim, a 22 czerwca – w lwowskim i zaporoskim. W ostatnim z ataków uszkodzony miał zostać także Narodowy Instytut Techniczny Ropy i Gazu w Iwano-Frankiwsku. Na bezpośrednim zapleczu obrońców Rosjanie ponownie zintensyfikowali uderzenia na Charków, na który kierowane bomby lotnicze spadały w okresie 19–25 czerwca co najmniej raz dziennie (ataków nie odnotowano tylko 20 czerwca), przy czym 22 czerwca ofiarami byli cywile – dwie osoby zginęły, a 53 zostały ranne. Rakiety najeźdźców trzykrotnie uderzyły w Odessę i jej okolice (21, 22 i 24 czerwca) i dwukrotnie w Krzywy Róg (21 i 22 czerwca), gdzie najprawdopodobniej celami były magazyny wojskowe, jak również w lotniska w Mirhorodzie w obwodzie połtawskim (19 czerwca) i Wasylkowie w obwodzie kijowskim (23 czerwca). Ogółem od wieczora 18 czerwca do rana 25 czerwca agresor miał wykorzystać 51 rakiet, z których obrońcy deklarowali zestrzelenie 20. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych po raz kolejny ogłosiło stuprocentową skuteczność w zwalczaniu dronów Shahed (miało ich zostać zniszczonych 40), lecz w swoich sprawozdaniach nie uwzględniło lokalnych informacji o trafieniach i użyciu przez wroga większej liczby shahedów.

20 czerwca Rosjanie prawdopodobnie po raz pierwszy wykorzystali najcięższą, trzytonową bombę lotniczą M-54 (FAB-3000) w wersji z naprowadzanym modułem szybującym (ros. UMPK). Zaatakowano punkt dyslokacji sił przeciwnika w Łypciach na północ od Charkowa. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych oznajmiło, że do czasu zbadania szczątków nie jest w stanie potwierdzić tej informacji. W kolejnych dniach pojawiły się materiały filmowe z dwóch innych przypadków użycia FAB-3000 z UMPK. Produkcja tego wagomiaru bomb miała zostać wznowiona w Rosji w lutym br.

21 czerwca doszło do kolejnego zmasowanego ataku ukraińskich dronów na Krym i Kraj Krasnodarski, jednak nie potwierdzono, aby przyniósł on znaczące efekty. Rosjanie oświadczyli, że zestrzelili 114 dronów kamikadze (w tym 70 nad Krymem) oraz zniszczyli sześć dronów nawodnych. W trakcie odpierania ataku agresor zestrzelił własny śmigłowiec Ka-29, którego zadanie polegało na wykrywaniu i niszczeniu bezzałogowców nawodnych. Według strony ukraińskiej atakowane były rafinerie Afipska, Ilska, Krasnodarska i Astrachańska oraz stacje radiolokacyjne i obiekty walki radioelektronicznej. Jedyne potwierdzone trafienie odnotowano na lotnisku w Jejsku w Kraju Krasnodarskim – zdjęcia satelitarne wykazały uszkodzenia budynku koszar i pobliskiego hangaru. Natomiast według ukraińskiego Dowództwa Marynarki Wojennej na poligonie 726. Centrum Szkolenia Obrony Powietrznej w Kraju Krasnodarskim zniszczony został magazyn mieszczący 120 shahedów. Skuteczniejszy był przeprowadzony dzień wcześniej atak na obiekty rosyjskiej infrastruktury paliwowej. Doszło do pożaru zbiornika w rafinerii Afipskiej oraz dwóch zbiorników w płatonowskiej bazie paliwowej w obwodzie tambowskim, a także do uszkodzenia budynku i magazynu w enemskiej bazie paliwowej w Adygei.

W rezultacie nieudanego ukraińskiego ataku na Krym 23 czerwca jeden z pocisków ATACMS z głowicą kasetową eksplodował na wysokości plaży w okolicy Sewastopola, najprawdopodobniej wskutek zadziałania rosyjskiej obrony powietrznej. Zgodnie z lokalnymi danymi rosyjskimi zginęły cztery osoby, a 153 zostały ranne. Jedynym efektem wojskowym uderzenia były ślady pożarów na otwartym terenie Centrum Łączności Kosmicznej (40. Kompleksu Dowódczo-Pomiarowego Wojsk Powietrzno-Kosmicznych FR) koło Eupatorii. Moskwa postanowiła wykorzystać to wydarzenie do propagandowego uderzenia w Stany Zjednoczone, co spotkało się z odporem Waszyngtonu. Jego przedstawiciel stwierdził, że Kijów i tak minimalizuje straty wśród ludności cywilnej – nieporównywalnie względem Rosji. W zachodnich mediach (m.in. „The Times”) pojawiły się wątpliwości, czy duża liczba ofiar cywilnych w miejscu wypoczynku nie wpłynie na ponowne ograniczenie przez Zachód swobody wykorzystania przez stronę ukraińską przekazanego jej uzbrojenia.

osw.waw.pl

środa, 26 czerwca 2024



Nowy pakiet sankcji UE zabrania podmiotom unijnym, które „biorą udział w procesie kształtowania opinii publicznej”, w tym partiom politycznym, fundacjom, sojuszom, organizacjom pozarządowym, zespołom doradców i dostawcom usług medialnych w UE, przyjmowania darowizn, finansowania lub innych korzyści gospodarczych lub wsparcia „ze strony Rosji, bezpośrednio lub pośrednio”. UE jako powód podaje ciągłe kampanie propagandowe i dezinformacyjne Rosji mające na celu podważenie suwerenności i niepodległości Ukrainy, usprawiedliwienie wojny na Ukrainie i wywarcie wpływu na procesy demokratyczne w UE. (...) Rozporządzenie UE w sprawie sankcji definiuje te rosyjskie „bezpośrednie i pośrednie” podmioty niejasno jako „Rosję i jej pełnomocników”.

understandingwar.org


Na prawicy pierwsza reakcja to chaos, popłoch, rozgardiasz. Iść czy nie iść ze skrajnym Zjednoczeniem Narodowym? U szacownych Republikanów rozgrywają się dantejskie sceny po tym, jak prezes ogłasza, że on to by poszedł; siostrzenica Marine Le Pen wysłana na negocjacje z ciotką znienacka opuszcza własną partię, a jej szef ciska się w telewizji, że to zdrada, jakiej świat nie widział. Tymczasem lewicy udaje się porozumieć. Wystawia wspólnie szeroki blok - od Partii Socjalistycznej (tej, która dała Francji prezydentów Mitterranda i Hollande'a) po radykalną Francję Niepokorną Jeana-Luca Mélenchona. Są też m.in. Ekolodzy, Partia Komunistyczna, jest socjaldemokratyczne Miejsce Publiczne, które zdobyło 13,8 proc. w wyborach europarlamentarnych. Koalicję wspiera m.in. ugrupowanie rządzącej Paryżem Anne Hidalgo, liczne związki zawodowe, organizacje takie jak Greenpeace. Lista będzie się nazywać Nowy Front Ludowy. 

We francuskim systemie szeroki blok się opłaca. Posłowie są wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych, a wybory mają dwie tury. Jeśli żaden kandydat nie wygra w pierwszej, to w kolejnej mierzą się ze sobą ci, którzy uzyskali dwa najwyższe wyniki (plus ewentualnie inni, jeśli zagłosowało na nich ponad 12,5 proc. zarejestrowanych wyborców; w praktyce najczęściej ścigają się dwie osoby). A to oznacza, że macroniści mają kłopot. Ta lewicowa koalicja niszczy im cały plan. 

Emmanuel Macron liczył na to, że w tydzień lewica nie zdąży się ze sobą dogadać - będzie startować rozproszona, a więc i głosy lewicowych wyborców rozłożą się na wiele małych formacji. W takim wypadku w drugiej turze w większości okręgów walczyłyby Zjednoczenie Narodowe i partia prezydenta. Macron mógłby jeszcze raz odkurzyć swój ulubiony sztandar herosa, obrońcy Republiki i czempiona demokracji, który jako jedyny potrafi utrzymać Le Pen z dala od władzy. Miałby szansę zebrać głosy i centrowych, i lewicowych, a może także części prawicowych wyborców. Ale teraz wygląda na to, że w wielu okręgach to lewica będzie bronić republikańskich wartości przed partią Bardelli i Le Pen. Według ostatniego sondażu realizowanego przez Ipsos Zjednoczenie Narodowe z przystawkami może liczyć na 35,5 proc. głosów. Front Ludowy - na 29,5 proc. Partia Macrona - tylko na 19,5 proc.

gazeta.pl

wtorek, 25 czerwca 2024



Na swoim tablecie otrzymuje wszystkie istotne informacje od ukraińskich zwiadowców w czasie rzeczywistym. — Widzimy, kiedy rosyjskie drony zbliżają się do miasta — wyjaśnia Nikola. Gdy tylko rozpozna, że bezzałogowce zbliżają się do określonego sektora, informuje o tym swoje zespoły w okolicy.

— Rosjanie wysyłają swoje drony głównie w nocy — mówi Nikola. Rosyjscy żołnierze nie wysyłają już rojów dronów, tak jak robili to dwa lata temu. Zamiast tego programują Szahidy tak, by omijały ukraińskie pozycje obrony przeciwlotniczej. A wysoce mobilne zespoły Nikoli muszą na to odpowiadać.

— Wojna to nauka. My uczymy się na ich błędach, a oni na naszych — mówi Nikola.

Jedną z lekcji jest to, że Ukraińcy wiedzą, że muszą być bardzo szybcy. Mają tylko krótki czas na złapanie Szahidów, które mogą latać z prędkością 250 km na godz.

Kamery termowizyjne, lasery i reflektory są pomocne, ale przede wszystkim to strzelec musi precyzyjnie strzelać z karabinu maszynowego do szybko poruszającego się celu. A to nie lada wyczyn.

Nikola spogląda na swój tablet, a na monitorze pojawia się kilka znaczków, które poruszają się w kierunku Charkowa. Są to rosyjskie drony zwiadowcze S350. Na horyzoncie inna jednostka strzela do celu powietrznego, jasna amunicja wyróżnia się na tle nocnego nieba.

Następnie ostrzał ustaje, a kilka sekund później słychać eksplozje. — Rosjanie ostrzeliwują tę pozycję amunicją kasetową — mówi Nikola. To był bardzo bolesny widok.

Niedługo potem ta sama sekwencja wydarzeń: ogień przeciwlotniczy rozświetla noc, kilka chwil później eksploduje amunicja kasetowa.

— Zawsze musimy szybko wycofywać się po misjach, abyśmy sami nie zostali trafieni — mówi Nikola.

Dzięki dronom rosyjscy najeźdźcy mają ogromną przewagę materialną. Z kolei szczególną siłą jednostki Nikoli jest jej spójność.

onet.pl/Bild


"Żaden inny temat poza migracją nie podniósł ostatnio temperatury politycznej na wschodzie tak bardzo, jak kompleks Rosja-Ukraina. Nawet jeśli mówienie o tym jest bolesne, to 34 lata po zjednoczeniu właśnie to pokazuje linię głębokiego podziału, która wciąż przebiega przez Niemcy. Milczenie lub odwracanie wzroku nie sprawi, że ten podział zniknie. Na długo przed rozpoczęciem (rosyjskiej) wojny sondaże wykazały, że na wschodzie zrozumienie dla Putina było większe, a sceptycyzm wobec NATO i USA był bardziej wyraźny. Wydaje się, że wojna nie doprowadziła do zbliżenia poglądów między wschodem a zachodem Niemiec, ale stała się motorem alienacji" – pisze Daniel Broessler.

Autor wyjaśnia, że nie chodzi tu o silniejsze czy słabsze pragnienie pokoju, bo każdy rozważny człowiek życzy Ukraińcom możliwie szybkiego zakończenia wojny.

"Różnice zaczynają się, gdy chodzi o prawo Ukraińców do samoobrony, o przyczyny wojny oraz o motywy wspierania (Ukrainy) przez państwa Zachodu. Tam, gdzie kiedyś było NRD, jest nieproporcjonalnie wielu zwolenników tezy, że Ukraina i NATO ponoszą przynajmniej częściową winę za wojnę, jeżeli nie całkowitą winę. Wydaje się, że w niektórych miejscach wyczerpały się rezerwy empatii dla ukraińskich ofiar wojny, co daje o sobie znać w formie głębokiej niechęci wobec ukraińskich odbiorców zasiłku obywatelskiego" – pisze komentator "SZ".

(...)

Z kolei "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (FAZ) relacjonuje dziś aktualną wizytę premier wschodnioniemieckiego landu Meklemburgia-Pomorze Przednie Manueli Schwesig w Kijowie. Schwesig pojechała do stolicy Ukrainy jako przewodnicząca Bundesratu, drugiej izby niemieckiego parlamentu. Ta polityk SPD była w przeszłości gorącą zwolenniczką projektu Nord Stream 2 i więzi gospodarczych z Rosją.

Tym bardziej znamienne jest to, że przed wyjazdem Schwesig oświadczyła: "Ukraina musi wygrać tę wojnę, a Rosji ta agresja nie może ujść na sucho". To odważniejsze słowa, niż te, które dotąd padały z ust kanclerza Olafa Scholza, który powtarza, że Rosja nie może wygrać, a Ukraina musi istnieć.

Jak pisze dziennikarz "FAZ" Julian Staib, rozpoczęta w poniedziałek (24.06) podróż do Kijowa to "osobisty punkt zwrotny" Manueli Schwesig, która "ostatecznie zrywa bliskie więzi swojego landu z Rosją". "Błędy niemieckiej, a w szczególności socjaldemokratycznej polityki wobec Rosji nigdzie nie są widoczne lepiej niż w Schwerinie" – pisze autor. Określa on miasto, będące stolicą Meklemburgii–Pomorza Przedniego "centrum niemieckich przyjaciół Rosji" i przypomina, że tam powstała wspierana przez Schwesig fundacja, której celem była pomoc w obejściu amerykańskich sankcji na gazociąg Nord Stream 2.

onet.pl/Deutsche Welle


Gdy pisałem o bitwie wołczańskiej prawie dwa tygodnie temu, Ukraińcy kontrolowali 70 proc. miasta, a Rosjanom nie udało się zdobyć północnej części miasta i nie oparli w całości swoich linii o rzekę Wołczję. W ostatnich dniach Ukraińcom udało się umocnić po północnej stronie rzeki, a tym samym zmusić Rosjan do przyjęcia niekorzystnych pozycji uniemożliwiających desant i stworzenie przyczółka. Gdyby Kijów dysponował potencjałem z września 2022 r., Rosjanie pod Wołczańskiem mogliby zostać nawet okrążeni. Obecnie ich jedynym atutem w bitwie są ciężkie bombardowania lotnicze.

Z nagrań zarejestrowanych przez drony wynika, że rosyjskie dowództwo oszczędza pojazdy. To oznacza, że piechota naciera osamotniona, i to także w rachitycznych oddziałach, by nie ściągać na siebie niszczącego ostrzału. 

(...)

Doszukując się w planach Władimira Putina iście makiawelistycznego charakteru wielu ekspertów od wojskowości uważa, że Charków był uderzeniem mylącym, a prawdziwym celem jest Donbas. Faktycznie Moskwa nakazała nacierać na kilku odcinkach frontu na tym teatrze działań. Większą aktywność wroga odnotowano na odcinku Toreck-Gorłówka, Czasiw Jar, oraz pod Awdijiwką.

Jeżeli natarcie Rosjan w Donbasie zostało faktycznie skoordynowane, a nie jest li tylko taktyczną inicjatywą zdolniejszych polowych dowódców, to mówimy o „korygowaniu” frontu przed możliwą letnią ofensywą. Dlaczego? Linia frontu Czasiw Jar-Gorłówka-Oczeretyne k. Awdijiwki zaczyna przypominać półksiężyc. Wysunięte na wschód od Konstantynówki ukraińskie pozycje skutecznie blokują Rosjanom przejęcie tego strategicznego węzła logistycznego. Moskwa będzie szukała uderzenia na północy i południu, by zagrozić tym pozycjom okrążeniem.

Wszelako do tego jest daleka droga, a obrońcy mają wiele atutów. Na wstępie należy zaznaczyć, że podobnie jak w Wołczańsku Rosjanie zajęli zaledwie przedmieścia Czasiw Jaru i są skutecznie powstrzymywani. Nie przebili się do Konstantynówki i nie zagrozili Ukraińcom od północy. Lepiej im poszło na awdijiwskim odcinku frontu, gdzie wypchnęli swoje linie dalej na zachód, za Oczeretyne, tworząc we froncie wybrzuszenie. 

defence24.pl


Po inwazji na Ukrainę praktycznie wszystkie główne struktury sportowe — Międzynarodowy Komitet Olimpijski i federacje różnych dyscyplin sportowych — nałożyły ograniczenia na udział Rosji. Gdzieniegdzie nazywa się to "reżimem zawieszenia" (jak w hokeju na lodzie), gdzie indziej przedłuża się sankcje "do czasu podjęcia innej decyzji" (jak w lekkoatletyce, gdzie Rosja jest objęta globalnym zakazem od 2016 r. z powodu skandali dopingowych).

Od jakiegoś czasu rosyjscy działacze sportowi powtarzają tę samą mantrę: nie można sobie wyobrazić światowego sportu bez Rosji. Organizatorzy turniejów będą naciskani przez nadawców telewizyjnych, którzy potrzebują wysokiej oglądalności — sami wrócą do nas, aby prosić o przebaczenie. Ale międzynarodowe zawody odbywają się jak zwykle.

Okazało się, że zawody bez rosyjskich sportowców nie doświadczyły żadnych wstrząsów, a w niektórych miejscach nastąpił boom — np. w łyżwiarstwie figurowym, gdzie przedstawiciele wielu krajów zdali sobie sprawę, że teraz mają szansę walczyć o medale. Nadawcy telewizyjni również nie wywierają na nikogo presji, a już na pewno nikt nie wzywa Rosji do powrotu.

(...)

Igrzyska odbywają się od ośmiu lat, z założenia co roku przy okazji szczytu BRICS w jednej dyscyplinie sportowej. W 2016 r. Indie zorganizowały turniej piłki nożnej dla dzieci. Rok później Chiny zabawiły wszystkich turniejem wushu taolu ("boksem z cieniem"). W 2018 r. Republika Południowej Afryki była gospodarzem turnieju piłki siatkowej kobiet. W związku z pandemią COVID-19 odbyły się internetowe rozgrywki szachowe i turniej breakdance.

Rosja od razu wyznaczyła te igrzyska jako alternatywę dla olimpiady. W tym roku postanowiła zorganizować turniej według programu jak najbardziej zbliżonego do olimpijskiego. W programie znalazło się 27 dyscyplin sportowych.

(...)

Międzynarodowy status Igrzysk BRICS jest kategorycznie kwestionowany przez MKOl. Kilka lat temu Światowe Stowarzyszenie Antydopingowe (WADA) zdecydowało, że Rosja odzyska prawo do organizacji międzynarodowych turniejów na swoim terytorium dopiero po otrzymaniu certyfikatu przez tamtejsze Krajowe Stowarzyszenie Antydopingowe (RUSADA). Strona rosyjska również podpisała się pod tą decyzją.

Ministerstwo finansów przeznaczyło 1,29 mld rubli (ok. 59 mln zł) na organizację igrzysk, a władze Tatarstanu wydały kolejne 4 mld rubli (183,5 mln zł) na przebudowę obiektów sportowych na potrzeby turnieju. Ale te kwoty i tak nie wystarczały.

— Czy wiesz, dlaczego nie pokazujemy ceremonii otwarcia Igrzysk BRICS? — mówi "Nowej Gaziecie" pod warunkiem zachowania anonimowości jeden z czołowych menedżerów Match TV, rosyjskiego kanału sportowego. — Nie ma ceremonii jako takiej. Postanowili nie zawracać sobie tym głowy. Wnoszone są flagi, ktoś wygłasza formułkę. Jak na zawodach szkolnych. I to jest otwarcie.

(...)

Są dyscypliny, w których rywalizuje dwóch zawodników, co oznacza, że przegrany ma zagwarantowane wejście na drugi stopień podium. A żeby w przyszłości protokoły ładnie wyglądały, organizatorzy dodają kilka europejskich krajów, których reprezentanci nigdy nie myśleli o przyjeździe.

Można się zastanawiać, jakim cudem gruzińska flaga pojawiła się na ceremonii wręczenia nagród wraz z flagami Abchazji i Osetii Południowej. Jak stwierdzili dyplomaci z Gruzji, żaden ich sportowiec nie pojechał do Kazania. Ale flaga i tak została wywieszona przed turniejem, a do protokołu zostały wpisane imiona i nazwiska dwóch gruzińskich zawodniczek, które w trakcie igrzysk przebywały w swoim kraju.

— To, czego nie rozumiem, to klasyfikacja medalowa, która mimo wszystko jest prowadzona — mówi Jewgienij Sliusarenko, redaktor naczelny portalu Sovsport. — Chcemy pokazać, że wygraliśmy igrzyska, a Rosja jest mistrzem Rosji? To tylko dewaluuje zwycięstwa, każdy normalny człowiek patrzy na tę tabelę i myśli: "Co to za medale z kartofla?".

(...)

Gazety sportowe w Rosji publikują program telewizyjny na dany dzień, składający się z dwóch turniejów: i Euro 2024, i Igrzysk BRICS. Zupełnie jak gdyby były to porównywalnie prestiżowe wydarzenia.

Jednak wszyscy komentatorzy, którzy mogliby w kompetentny i niekontrowersyjny sposób opisać to, co dzieje się w Kazaniu, zostali skierowani na prawdziwy turniej.

Dlatego nietrudno o skandal. Do komentowania został zatrudniony m.in. freelancer Władimir Iwanicki. Podczas występu rosyjskiego zapaśnika Kiryłła Kniazkowa popisał się następującymi słowami: "No spójrzcie, jaki piękny atleta. Prawdziwy pan młody. Tylko 20 lat. Dziewczyny, zwróćcie na niego uwagę. Ale tylko wtedy, gdy będzie to dobra para. Nie chcemy żadnych (i tu pada wulgarne określenie kobiety prowadzącej niemoralny tryb życia — red.), nam potrzeba dobrych genów."

Iwanicki musiał pożegnać się z fuchą komentatora.

onet.pl/Nowa Gazieta


Czytając nagłówki, można by uwierzyć, że kontrole eksportu mające na celu ograniczenie dostępu Rosji do zachodniej technologii nie działają. Sensacyjne historie szczegółowo opisujące, w jaki sposób Moskwa importuje najwyższej klasy zaawansowane technologicznie towary dla swojego wojska — z naruszeniem kontroli eksportu USA i UE — są wszędzie.

Te doniesienia są prawdziwe — i mają znaczenie. Są one również przydatne w podnoszeniu świadomości wśród decydentów politycznych na temat wielu luk prawnych, które należy naprawić, aby ograniczyć zdolność Moskwy do prowadzenia wojny przeciwko Ukrainie. Jednak te historie odzwierciedlają tylko część prawdy — a rzeczywistość może być mniej ponura, niż sugerują chwytliwe nagłówki.

Prawdę mówiąc, kontrole eksportu prawdopodobnie działają lepiej, niż mogłoby się wydawać.

Zacznijmy od szerszej perspektywy i danych, które nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet: w 2023 r. rosyjski import technologii najwyższej klasy (czytaj: wyprodukowanej na Zachodzie) spadł o 30-40 proc. w porównaniu z poziomem sprzed wojny. Oczywiście nie ma wątpliwości, że to nie wystarczy, aby zatrzymać rosyjską machinę wojenną, i że należy zrobić więcej — np. poprzez zmuszenie zachodnich instytucji finansowych do zwiększenia należytej staranności przy sprzedaży półprzewodników. Jednak tak gwałtowny spadek wcale nie jest nieistotny. Zwłaszcza gdy rosyjskie potrzeby w zakresie zaawansowanych technologii są wyższe niż kiedykolwiek.

(...)

Turcja może i jest dobrze znana z łamania zasad, ale według mediów głównego nurtu nie może się równać z Chinami. Amerykańscy urzędnicy uważają, że w zeszłym roku chińskie firmy były odpowiedzialne za 90 proc. importu mikroprocesorów do Rosji.

Jest jednak pewien haczyk: amerykańskie kontrole eksportu od kilku lat ograniczają dostęp Chin do zachodnich półprzewodników, co oznacza, że chiński eksport półprzewodników do Rosji jest w większości produkowany w Chinach, a zatem nie podlega zachodnim kontrolom eksportu.

Innymi słowy: Pekin chętnie wspiera Moskwę — i interesy chińskich firm — ale to jeszcze nie znaczy, że zachodnie kontrole eksportu nie działają.

Także inni sąsiedzi Rosji są postrzegani jako gracze naginający zasady, jeśli chodzi o towary zaawansowane technologicznie, ponieważ handel między gospodarkami UE a krajami takimi jak Kazachstan, Armenia czy Kirgistan gwałtownie wzrósł od czasu pełnej inwazji Moskwy na Ukrainę. Zgodnie z tą narracją podejrzane europejskie firmy eksportują dziesiątki zakazanych gadżetów do tych małych gospodarek. Po dotarciu do, powiedzmy, Kirgistanu towary te są przepakowywane i wysyłane do Rosji z naruszeniem kontroli eksportu.

Oczywiście — takie sieci obejścia istnieją i powinny zostać zamknięte. Jednak nadmierne koncentrowanie się na tych przypadkach ma dwie poważne wady. Po pierwsze, przepływy handlowe między Europą a sąsiadami Rosji są zbyt małe, by można było je uznać za przełomowe. To prawda, że eksport z Niemiec do Kirgistanu w latach 2021-2023 wzrósł 13-krotnie, ale w liczbach bezwzględnych w ubiegłym roku wyniósł zaledwie 800 mln dol. (ok. 3,23 mld zł).

Wystarczy spojrzeć na Armenię, by przekonać się, że to skupienie się na sumach, a nie "oszałamiających" stopach wzrostu, ma więcej sensu. Pomimo wzrostu o 150 proc. od 2021 r. niemiecki eksport do Armenii w 2023 r. wyniósł zaledwie 546 mln dol. (ok. 2,2 mld zł). Dla porównania — rosyjski import towarów zaawansowanych technologicznie osiągnął w 2021 r. wartość 34 mld dol., a jego zapotrzebowanie na zaawansowane technologie jest obecnie prawdopodobnie znacznie wyższe. Takie dostawy są więc kroplą w morzu w porównaniu z potrzebami Rosji.

Po drugie, taki przemyt niekoniecznie jest głównym powodem boomu handlowego między Europą a sąsiadami Rosji. Rzeczywistość maluje się w jaśniejszych barwach. Analiza przeprowadzona przez Bloomberg pokazuje, że tylko 7 proc. wzrostu eksportu z Kazachstanu do Rosji w ub.r. było związane z produktami podlegającymi zachodniej kontroli eksportu. Rosnące więzi handlowe Europy z Azją Środkową wynikają głównie z tego, że firmy z UE przekierowują handel niesankcjonowanymi towarami przez Azję Środkową z powodu ograniczeń w połączeniach transportowych z Rosją.

onet.pl


Takie ataki przypominają końcówkę lat 90. i początek XXI wieku, kiedy doszło do radykalizacji bojowników walczących o niepodległość Czeczenii, a zamachy organizowano zarówno na Kaukazie, jak i w Moskwie — pisze AFP.

Rosja zdołała w pewnym stopniu wytępić grupy kaukaskich dżihadystów, ale odkąd obsesją Władimira Putina stała się Ukraina, czego kulminacją była inwazja w 2022 r., Moskwa przestała zwracać uwagę na zagrożenie, jakie stanowią islamiści.

- Dysfunkcja rosyjskich władz jest oczywista, są zajęte innymi misjami, związanymi z "operacją specjalną" na Ukrainie i na Zachodzie", które są teraz przedstawiane jako żywotne zagrożenie dla Rosji — mówi AFP Grigorij Szwiedow, redaktor naczelny niezależnego portalu Kawkaskij Uzieł (Kaukaski węzeł), określanego w Rosji jako "agent zagraniczny".

Szwiedow uważa, że ataki w Dagestanie są sygnałem, iż na całym rosyjskim Kaukazie "sytuacja jest wybuchowa", jednak Moskwa woli uważać, że problemem jest Ukraina, "a nie terroryści, którzy wyrośli w Dagestanie". Istnieje zatem ryzyko, że Rosja nie doceni skali zagrożenia ze strony islamistów — dodaje.

Aleksandr Baunow z Centrum Rosji i Eurazji ośrodka Carnegie zwraca uwagę, że agresja Rosji na Ukrainę mocno nadwerężyła współpracę Rosji z Zachodem, jeśli chodzi o wymianę informacji wywiadowczych dotyczących islamskich grup terrorystycznych.

- Wojna w Ukrainie skomplikowała i ograniczyła do minimum" współpracę wywiadów, choć wcześniej "przez prawie trzy dekady wymieniano się informacjami na temat radykalnych islamistów — uważa Baunow. - To, co się dzieje na Kaukazie, jest nowym świadectwem tego, że reżim utracił kontrolę na pewnymi strefami — podkreśla.

Agresja na Ukrainę wprowadziła chaos w rosyjskich siłach bezpieczeństwa i siłach porządkowych, doprowadziła też do zniszczenia różnych ośrodków zarządzania i to jest "główną przyczyną", dla której znów dochodzi do zamachów terrorystycznych w Rosji — ocenia Baunow.

onet.pl/PAP