sobota, 1 czerwca 2024



Carpenter w wywiadzie dla ukraińskiej telewizji TSN zaznaczył, że ze względu na bezpieczeństwo operacyjne nie może ujawnić szczegółowych warunków, na jakich Ukraina może uderzyć na terytorium Rosji. Potwierdził jednak, że chodzi nie tylko o terytoria w pobliżu obwodu charkowskiego, ale także obwodu sumskiego.

– Dotyczy to całego regionu na północy, skąd siły rosyjskie ostrzeliwują Ukrainę. Wcześniej Rosjanie mogli stamtąd stosunkowo bezpiecznie prowadzić ogień, ale teraz siły ukraińskie mogą skorzystać z naszej amunicji i broni, aby im to udaremnić – powiedział przedstawiciel Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA.

Carpenter nie chciał powiedzieć, czy decyzja Waszyngtonu może rozszerzyć się na inne terytoria rosyjskie.

belsat.eu/PAP


Rosja oskarżana jest o drukowanie fałszywych pieniędzy na farmie na obrzeżach Bengaazi. Tam swoją bazę ma opozycyjny wobec Trypolisu generał Chalifa Haftar, dowodzący Libijską Armią Narodową, co najmniej od 2018 r. wspierany przez najemników rosyjskich.

Pod koniec kwietnia centralny bank Libii potwierdził i zaprezentował fałszywe banknoty o nominale 50 dinarów (około 10 dol.). Szacuje się, że na rynku libijskim pojawiło się ich kilka miliardów, odpowiadających wartości co najmniej 10 mld dol. Bank w tej sytuacji zdecydował o wycofaniu tego nominału do końca sierpnia.

Kreml nie pierwszy raz zalewa Libię fałszywą walutą. W latach 2016–2020 oddział centralnego banku Libii, działający we wschodniej części kraju, która jest pod kontrolą Haftara, zlecił rosyjskiej państwowej spółce Goznak wydrukowanie jego wersji dinara libijskiego, mimo że administracja Haftara nie miała dostępu do zabezpieczeń waluty, jak na przykład złota.

W 2019 r. z Rosji do wschodniego miasta portowego Tobruk wysłano prawie 4,5 mld fałszywych dinarów.

Rosja stara się zdobyć dominującą pozycję w Libii, aby kontrolować jak największe terytorium kraju, by stamtąd móc wpływać na sąsiednie kraje Afryki Północnej i zbudować pomost z południem, gdzie już ma swoje przyczółki w Mali, Burkina Faso i Nigrze. Kontrolując Libię, Rosja może też kontrolować przebiegające przez nią szlaki migracyjne z Afryki do Europy.

PAP


Na Tajwanie trwa kryzys polityczny wywołany przez partie opozycyjne: Kuomintang (KMT) i mniejsza Tajwańska Partia Ludowa (TPP). Mają one większość w Yuanie Ustawodawczym, ale nie tworzą rządu, ponieważ system konstytucyjny na Tajwanie jest oparty na modelu amerykańskim i przewiduje ścisły podział władzy. W efekcie premier i rząd są powoływani przez prezydenta wybieranego w powszechnych wyborach, a tym został zaprzysiężony w niedzielę Lai Ching-te z Demokratycznej Partii Postępu (DPP).

Jeszcze w piątek podczas maratońskiej sesji opozycja uchwaliła w pierwszym czytaniu (dzisiaj przegłosowano ją ostatecznie) ustawę rozszerzającą uprawnienia parlamentu. Proponowane zmiany wprowadzają m.in. karę do jednego roku więzienia dla urzędników państwowych za kłamstwa podczas przesłuchań parlamentarnych i wprowadzają wysokie grzywny dla tych, którzy nie współpracują w pełni z ustawodawcami. Problem w tym, że grzywny można nakładać wielokrotnie, wystarczy do tego pięciu posłów i nie ma żadnego nadzoru niezawisłego sądu nad całym prcesem. Wątpliwości budzi nie tylko szalony proces legislacyjny, czy fakt, że ustawę trzymano w tajemnicy do piątku, ale przede wszystkim jej zgodność z konstytucją i ścisłym trójpodziałem władzy – parlament nie tylko paraliżuje egzekutywę, ale też uzurpuje sobie funkcje sądownicze. W piątek doszło do przepychanek w izbie plenarnej, a przed parlamentem trwają też od piątku kilkudziesięciotysięczne protesty przeciwników ustawy, które rozszerzyły się między czasie na cały kraj.

Wygląda, że Tajwan kroczy prosto w poważny kryzys polityczny i konstytucyjny. Spodziewano się, że KMT będzie utrudniać rządy DPP, ale to co się dzieje, sięga dalej niż większość obserwatorów oczekiwała i wychodzi poza ramy demokracji konstytucyjnej.

Moim zdaniem KMT ma kilka celów:

1. Sparaliżować rząd DPP i stworzyć instytucjonalny impas, za który obwinią DPP. To typowe leninowskie „im gorzej, tym lepiej”. Uważają, że wypłyną na chaosie.

2. Szukają sposobu na wyeliminowanie lub wchłonięcie TPP. Duopol KMT-DPP jest wygodny dla KMT i partia postrzega TPP jako element, który odebrał im prezydenturę. TTP została założona przez byłego burmistrza Nowego Tajpej Ko Wen-je, ale większość jej parlamentarzystów to byli politycy KMT z tylnych szeregów. Co więcej, jak głosi plotka, ich kampania wyborcza była finansowana przez Terry’ego Gou – miliardera i założyciela głównego dostawcy Apple firmy Foxconn. Gou starał się o nominację KMT na kandydata na prezydenturę, ale został wymanewrowany przez stare rekiny z KMT. Trudno powiedzieć w co gra teraz Gou. Jeżeli faktycznie ma w kieszeni posłów TPP, to może ich wykorzystać do zdobycia większych wpływów w KMT, lub chce doprowadzić do kryzysu w TPP, aby odebrać partię Ko – tego ewidentnie sytuacja już dawno przerosła. Jest jeszcze jedna opcja: patrz punkt trzeci. Jedno jest pewne, polaryzacja, którą nakręca teraz KMT, zaszkodzi właśnie TPP, która próbowała się pokazać, jako alternatywa dla DPP i KMT.

3. Są elementy w KMT, które w rzeczywistości realizują interes Pekinu. Celem tej „piątej kolumny” jest paraliż rządów na Tajwanie oraz powstrzymania zbrojeń i reform wojskowych. Długofalowo, ośmieszanie demokracji tajwańskiej w kraju i zagranicą oraz zdestabilizowanie państwa do tego stopnia, aby wyspa nie mogła się bronić.

zawielkimmurem.net

piątek, 31 maja 2024



— Ta operacja według naszej informacji ma kryptonim "Przypływ". To rozwinięcie operacji, która na pierwszym etapie wojny hybrydowej z 2021 r. nosiła kryptonim "Śluza" — powiedział.

Zdaniem białoruskiego opozycjonisty destabilizacja sytuacji na granicy, ucieczka na Białoruś "szpiega Szmydta" oraz "werbowanie przez Białorusinów w Warszawie polskich obywateli w celu likwidacji jednego z liderów rosyjskiej opozycji to skoordynowane działania prowadzone przez służby specjalne Białorusi i Rosji".

— To jest część obowiązków Łukaszenki związanych z wojną, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Łukaszenka ma za zadanie destabilizować granicę i upokorzyć Polskę — powiedział Łatuszka.

Były ambasador Białorusi w Polsce powiedział też, że ze swoich źródeł miał informację o potencjalnych prowokacjach polegających na tym, że kilku oficerów białoruskiego GRU miałoby przedostać się na terytoria Polski i Litwy, by stamtąd zaatakować, nawet strzelając, białoruskich żołnierzy lub pograniczników. — Odpowiada za to szef grodzieńskiego oddziału KGB na Białorusi, który składa sprawozdania osobiście Łukaszence lub swojemu szefowi, generałowi Iwanowi Tertelowi, szefowi KGB Białorusi — powiedział.

Łatuszka podkreślił, że jako działacz białoruskiej opozycji odczuwa brak strategii Zachodu i konkretnych działań wobec Łukaszenki, przez co ten, w jego ocenie, czuje się bezkarny. — Dlatego ważne jest, by postawić zarzuty wszystkim osobom, które odpowiadają za kryzys migracyjny — powiedział i dodał, że należy także wydać nakaz aresztowania Łukaszenki za popełnione dotychczas zbrodnie wojenne.

PAP

czwartek, 30 maja 2024



Onkolog zajmujący się radioterapią David Gius nie szukał szkodliwych skutków diety ketogennej. Zamiast tego on i jego współpracownicy z Centrum Nauki o Zdrowiu Uniwersytetu Teksasu w San Antonio badali wpływ diety na p53, białko o silnym działaniu przeciwnowotworowym.

Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie - Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie.

Jedną z ról p53 jest organizowanie starzenia się komórek, informowanie zestresowanych, niesfornych komórek, aby przestały się dzielić, zanim spowodują problemy. Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie – mówi Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie. – Jeśli na przykład komórki macierzyste ulegają starzeniu, mogą osłabić zdolność tkanek do naprawy. Starzejące się komórki wydzielają również cząsteczki, które mogą wywołać stan zapalny i inne szkodliwe skutki.

Gius i jego zespół natknęli się na związek starzenia się, gdy poddali myszy wzbogaconej diecie ketogenicznej, w której około 90% kalorii pochodziło z tłuszczu. Grupa kontrolna gryzoni jadła żywność, w której tłuszcz dostarczał jedynie 17% kalorii. Po tym, jak myszy pozostawały na tej diecie przez 7 lub 21 dni, naukowcy przeanalizowali próbki tkanek z ich serc, nerek, wątroby i mózgu.

Zespół odkrył, że u zwierząt na diecie ketogennej wzrósł poziom białka p53. Naukowcy wykryli także wzrost innych cząsteczek wskazujących na obecność starzejących się komórek.

Naukowcy sprawdzili, czy komórki zniknęły po przejściu myszy na normalną dietę. Odkryli, że po 3-tygodniowej przerwie poziom starzejących się komórek prawie wrócił do normy. 

(...)

– Starzejące się komórki nie zawsze oznaczają, że tkanka jest niezdrowa, zauważa biolog komórkowy Yi Zhu z kliniki Majao. – Pomagają na przykład w gojeniu się ran. Zanim ktokolwiek będzie mógł stwierdzić, że diety ketogeniczne są niebezpieczne, badacze musieliby wykazać, że komórki faktycznie szkodzą myszom – mówi. – Samo wykazanie wzrostu starzenia się nie wystarczy, aby wykazać, że dieta jest szkodliwa – dodaje.

rp.pl

środa, 29 maja 2024



Ostatecznie najdłuższa bitwa I wojny światowej przyniosła nie więcej niż cztery kilometry zdobytego terenu. Jednak w 300-dniowej bitwie o fortyfikacje Verdun poległo około 300 tys. Niemców i Francuzów, a ponad 700 tys. z nich zostało rannych lub zaginęło, przy prawie równych stratach obu armii.

To, dlaczego Verdun, jedna z najsilniejszych francuskich fortec, stała się celem głównej niemieckiej ofensywy ("Unternehmen Gericht"), jest nadal kontrowersyjne. W swoich wspomnieniach niemiecki szef sztabu generalnego Erich von Falkenhayn mówił o "krwawiącej" bitwie, w której chciał zniszczyć francuskie rezerwy poprzez "białe wykrwawienie" i odniósł się do memorandum, w którym twierdzi, że przedstawił swoją strategię cesarzowi Wilhelmowi na Boże Narodzenie 1915 r.

(...)

Sporo historyków interpretuje to obecnie jako kamuflaż mający na celu przypisanie wyższego celu "Operacji Court" z perspektywy czasu, po tym, jak po kilku dniach stało się jasne, że pierwotny cel nie mógł zostać osiągnięty. Była to najwyraźniej próba ponownego poruszenia frontu zachodniego, który tkwił w martwym punkcie od jesieni 1914 r., poprzez ukierunkowane uderzenie w newralgiczny punkt, aby osiągnąć przełom operacyjny i zmusić Francję do negocjacji.

Kiedy ofensywa zatrzymała się po zaledwie kilku dniach, niemieckie dowództwo nie znalazło siły, by odwołać operację, ale zamiast tego rzuciło do walki coraz więcej żołnierzy. Po tym, jak Falkenhayn został zastąpiony pod koniec sierpnia, jego następcy Paul von Hindenburg i Erich Ludendorff przeszli na czysto defensywne podejście, ponieważ główna ofensywa angielsko-francuska nad Sommą i rosyjska ofensywa Brusiłowa w Galicji wyczerpały wszystkie rezerwy. Od tego momentu francuskie dowództwo robiło wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać utracony teren. Do połowy grudnia udało się to w dużej mierze osiągnąć, przynajmniej na wschodnim brzegu Mozy.

(...)

Procedura logistyczna tłumaczy odmienne spojrzenie na bitwę pod Verdun we Francji i w Niemczech. Francuskie dowództwo wysyłało na front rotacyjnie części niemal wszystkich francuskich dywizji, by po kilku dniach je zwolnić. Po udanej obronie pod koniec bitwy większość żołnierzy mogła więc poczuć się bohaterami narodu, a przede wszystkim głównodowodzący Philippe Pétain, który urósł do miana "zbawcy Verdun" (co dało mu "prestiż" przewodzenia kolaboracyjnemu rządowi Vichy z III Rzeszą w 1940 r.).

Niemcy natomiast pozostawili na froncie swoją piątą armię i tylko sporadycznie zastępowali poległych świeżymi rekrutami. Doprowadziło to do "wykrwawienia" i "szkieletyzacji" całych jednostek, których ocaleni postrzegali siebie jako "ofiary" pozostawione same sobie przez "ojczyznę". — Ten negatywny mit był już prefiguracją późniejszej legendy dźgnięcia w plecy — mówi historyk i specjalista od II wojny światowej Gerd Krumeich.

onet.pl/Die Welt

wtorek, 28 maja 2024



W Jednej Rosji odbyły się prawybory („primaries”), w których wybierano kandydatów. Ponieważ zarówno sam Putin, jak i jego partia nie przegrywają głosowań w Rosji, wybranie na kandydata oznacza prawie stuprocentową pewność znalezienia się w organie, do którego się kandyduje.

Ale spośród 103 byłych żołnierzy (zarówno zawodowych, jak i ochotników), którzy na wezwanie Putina chcieli zacząć tworzyć „nową elitę”, aktyw putinowskiej partii dopuścił prawdopodobnie tylko jednego – w Tatarstanie. Do obsadzenia w jesiennych wyborach regionalnych będzie 591 mandatów.

Od początku obecnego roku rosyjski lider kilkakrotnie mówił o powstającej „nowej elicie” kraju, złożonej z ludzi „obmytych krwią”, czyli „weteranów Specjalnej Operacji Wojskowej” (jak uporczywie, trzeci rok rosyjska propaganda nazywa wojnę z Ukrainą). Zarówno oni, jak i ich rodziny posiadają już znaczne przywileje materialne, wynoszące ich ponad lokalne społeczności.

W lutym, w orędziu przed Zgromadzeniem Federalnym Putin mówił o ludziach, którzy byli na wojnie (nie tylko o żołnierzach, ale i pracownikach tyłów): „główne kadry solidnej przyszłości naszego kraju”. Jeszcze na początku inwazji wśród rosyjskich urzędników średniego i wyższego szczebla była moda na wyjazdy na wojnę (a dokładniej na jej zaplecze, jako członkowie okupacyjnych władz). Uważano, że będzie to sprzyjało szybkiemu awansowi („wyniesieniu przez windę kariery” – jak mówią w Rosji).

Ale obecnie nikomu to nie pomogło w oczach aktywistów putinowskiej partii w prawyborach. Najgorzej weterani wypadli w Moskwie, próbując zostać kandydatami do rady miejskiej. „W większości wypadków zajęli ostatnie albo przedostatnie miejsca, dostając sto razy mniej głosów niż zwycięzcy” – napisał niezależny portal Wiorstka, który dokonywał żmudnych podliczeń z obszaru całej Rosji.

Kogo wybierała partyjna nomenklatura najlepiej widać na przykładzie jednego z najbardziej znanych medialnie w Rosji weteranów. To Konstantin Ryżak, syn deputowanego parlamentu z formalnie opozycyjnej partii Sprawiedliwa Rosja (zawsze popierającej Putina) Nikołaja Ryżaka. Ojciec ponadto miał dodatkową wartość w oczach imperialnej publiczności - był generałem KGB.

Jednak prawybory wygrał też syn, ale piosenkarza Olega Gazmanowa, Rodion. Ojciec jest hołubiony przez rosyjską propagandę, śpiewa bowiem pod dyktando Kremla. Syn kagebisty dostał 34 głosy na „primaries”, a syn piosenkarza – 5186.

Nawet na okupowanych terenach Ukrainy (np. na Krymie czy w Sewastopolu) dawni separatyści donieccy (nie wszyscy później służyli w rosyjskiej armii przeciw Ukrainie, ale wszyscy mają status weteranów) ponieśli klęskę.

W całej Rosji putinowska partia ich odrzuciła, nie dopuszczając na pierwszy szczebel politycznej kariery jakim są mandaty w regionalnych parlamentach, czy radach dużych miast.

Już wcześniej obserwatorzy dziwili się, że przy okazji majowej rekonstrukcji rządu nawet jednej teki ministerialnej nie dostał weteran. – Putin nie mógł znaleźć spośród nich kogoś choćby na stanowisko ministra sportu? – dziwił się opozycyjny politolog, emigrant i były współpracownik Kremla Abbas Gałliamow.

Jego zdaniem jedynym powodem, dla którego obecnie pojawiła się ta setka kandydatów-weteranów była tylko „dodatkowa agitacja za wstępowaniem do wojska”. (...)

- Jasno widać, że sama w sobie ta publika nie ma żadnej wartości dla systemu sprawowania władzy. A system się zamknął: wszyscy są już na swoich miejscach (i nie wpuszczają nowych - red.). Gdyby Putin naprawdę wierzył w to wszystko, co sam mówił o „nowej elicie”, to przecież - gdy formował nowy gabinet ministrów - wprowadziłby tam jakiegoś weterana – dodał Gałliamow.

rp.pl


Rosyjscy analitycy są oszołomieni. Eksperci wojskowi z grupy "Starszije Eddy" (611 tys. subskrybentów na Telegramie) piszą, że Ukraińcom udało się "uderzyć w naszą rakietową stację wczesnego ostrzegania za pomocą wolno latających lekkich dronów typu samolotowego, nagrać wyniki uderzenia na zdjęciach i filmach wideo oraz opublikować wszystko w internecie".

Jednocześnie podkreślają, że "od roku" wojskowi alarmują, że armia rosyjska potrzebuje środków przeciwdziałania takim samolotom bezzałogowym.

Z kolei członkowie grupy "Rybar" (1,2 mln subskrybentów na Telegramie) są rozsierdzeni. Piszą, że drugi atak był "logiczną konsekwencją braku odpowiedniej reakcji na pierwszy atak". Rosyjska "bezczynność" miała ogromny "wpływ na wydarzenia", ponieważ "zachęciła" ukraińską armię do działań.

Rosjanie ostrzegają: "Jeśli nie będzie reakcji, użycie zachodniej broni rakietowej przez ukraińskie jednostki przeciwko starym rosyjskim terytoriom (tj. rosyjskim terytoriom nuklearnym – red.), w tym obiektom strategicznym, jest tylko kwestią czasu".

onet.pl


Według ustaleń SBU zatrzymany jest obywatelem kraju Azji Południowej, a na początku 2000 roku przybył do Ukrainy. Po zwiększeniu ataku Rosji na Ukrainę mężczyzna organizował nielegalny transport ludzi do krajów europejskich.

"Materiały SBU pomogły w ekstradycji do Polski biznesmena, który swoimi przestępczymi działaniami zaostrzył kryzys na granicy UE i Białorusi" - czytamy w komunikacie ukraińskich służb. Mężczyzna miał organizować masowy przemyt ludzi m.in. z Nepalu, Bangladeszu czy Pakistanu do Unii Europejskiej.

Według ustaleń SBU w zeszłym roku dzięki współpracy polskich i ukraińskich służb udało się zatrzymać część migrantów, którzy trafili do UE. W Chmielnickim zatrzymano z kolei organizatora całego przedsięwzięcia. Podczas przeszukania miejsca jego zamieszkania znaleziono sprzęt komunikacyjny, komputerowy oraz protokoły z dowodami prowadzonej działalności.

W mieszkaniu znaleziono również pieniądze, które prawdopodobnie pochodziły z przestępstwa. "Sprawca został poddany ekstradycji do Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie znajdował się na międzynarodowej liście osób poszukiwanych. Tam cudzoziemiec będzie ścigany za przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu europejskiemu" - podała SBU. Operacja została przeprowadzona pod nadzorem Prokuratury Generalnej, wraz z Prokuraturą Okręgową w Kijowie i Chmielnickim.

"'Szlak uchodźców' przebiegał przez terytorium Rosji i Białorusi, a następnie do Rzeczypospolitej Polskiej, omijając ustanowione punkty kontrolne. Do jego obsługi mężczyzna stworzył międzynarodową grupę przestępczą, w skład której wchodziło kilkadziesiąt osób z różnych krajów" - przekazała SBU.

Jak wynika z ustaleń ukraińskich służb, mężczyzna miał wydawać instrukcje, dotyczące tras transportu migrantów oraz ich czasowego pobytu. Do komunikacji używano popularnych komunikatorów. "Przestępcy próbowali 'rozproszyć' do stu nielegalnych imigrantów w różnych krajach europejskich, którzy zostali podzieleni na oddzielne grupy. Każda grupa miała swój własny cel i przywódcę" - podała SBU.

gazeta.pl

poniedziałek, 27 maja 2024



Jeśli chodzi o projekty gazowe, stanowisko Chin w sprawie udziału w nich zostało jasno nakreślone przez jednego z wicepremierów chińskiego rządu, gdy po raz kolejny przekonano go do wyrażenia zgody na ułożenie nowych tras gazociągów przez granicę podczas jego wizyty w Moskwie.

Według uczestników rozmów chiński gość powiedział, że współpraca gazowa powinna być "zintegrowana".

Poproszony o wyjaśnienie znaczenia tego terminu, powiedział, że udział chińskich firm w rosyjskim przemyśle gazowym jest możliwy, jeśli spełnione zostaną trzy warunki:
  • chińskie firmy będą mogły pracować nad poszukiwaniem i produkcją gazu w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły budować gazociągi w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły niezależnie eksportować swoją część wyprodukowanego gazu.
Rosja nie może spełnić żadnego z tych warunków bez zreformowania ram prawnych, które określają status monopolu Gazpromu, co uniemożliwia Chińczykom przejęcie (choćby tylko części) projektów gazowych, w które zaangażowany jest monopolista.

To, na co Chińczycy chętnie się zgodzili, to współpraca z Novatekiem w dwóch projektach dotyczących skroplonego gazu ziemnego: Yamal LNG i Arctic LNG-2. Tam otrzymują prawo własności i mogą niezależnie eksportować i sprzedawać swoją część produkcji na rynku światowym (29,9 proc. w konsorcjum Jamał LNG i 20 proc. w Arctic LNG-2).

Przejęcie aktywów produkcyjnych Gazpromu nie ma sensu dla Chińczyków. Gazprom sam, wykorzystując własne i państwowe fundusze, może produkować gaz, budować gazociągi i transportować ten gaz przez granicę z ChRL.

Jednocześnie zainteresowanie rosyjskiego kierownictwa "otwarciem nowych szlaków eksportowych na wschód" jest tak duże, że cena dostarczanego gazu nie pokrywa ani inwestycji kapitałowych w infrastrukturę, ani nawet kosztów operacyjnych produkcji i transportu.

onet.pl/The Moscow Times


Według danych Krajowej Administracji Energetycznej (NEA) do końca pierwszego kwartału tego roku moc magazynów energii w Chinach sięgnęła 35,3 GW. Oznacza to ponad dwukrotny (2,1) wzrost rok do roku. Podobnie jak w innych wypadkach wzrost napędzają regulacje i rządowe wsparcie.

Przede wszystkim to dotacje do budowy źródeł OZE, których niestabilność silnie wspiera zapotrzebowanie na magazynowanie energii, ale także wymogi regulacyjne. Przykładowo chińska prowincja Qinghai wymaga, by przy budowie źródeł wiatrowych wystawiać także magazyny, mające 10 proc. mocy budowanych wiatraków.

Najszybciej rozwijają się pod tym względem północno-zachodnie regiony Chin. Według NEA w roku 2023 zainstalowano tam 222 GW generacji OZE, zarówno wiatrowej jak i słonecznej. Zbudowało to wielkie zapotrzebowanie na magazynowanie energii i pozwoliło na zbudowanie w tym regionie magazynów o mocy 10,3 GW. Według NEA to 29,2 proc. wszystkich postawionych w kraju mocy magazynowania.

- Wraz z uruchomieniem licznych projektów opartych na odnawialnych źródłach energii o mocy gigawatów w północno-zachodnich Chinach, lokalny system sieciowy musi zintegrować moce odnawialne, zoptymalizować moc wyjściową i rozwiązać problemy z nieciągłościami powodowanymi przez energię wiatrową i słoneczną - powiedział cytowany przez China Daily Deng Simeng, starszy analityk ds. odnawialnych źródeł energii i badań energetyki w globalnej firmie doradczej Rystad Energy.

Przyrost mocy energetyki odnawialnej jest przy tym obecnie wolniejszy niż rozbudowa magazynów. Według NEA w ubiegłym roku moce zainstalowane źródeł OZE wzrosły o 14,5 proc., sięgając 2,99 mld kW. Najszybciej rosną moce energetyki słonecznej, które po wzroście o 55 proc. sięgnęły 660 mln kW. W przypadku energetyki wiatrowej przyrost mocy sięgnął 21,5 proc. Wynosi ona obecnie 460 mln kW.

"Magazynowanie baterii, które wymaga mniejszych urządzeń, elastycznych lokalizacji i krótszych okresów budowy w porównaniu z energią wiatrową, słoneczną i innymi konwencjonalnymi źródłami energii, cieszy się dużym zainteresowaniem ze względu na swoją kluczową rolę i korzyści" - podaje NEA.

W pierwszym kwartale tego roku największe chińskie firmy energetyczne miały, według NEA, zainwestować w rozwój magazynów energii około 136,5 mld juanów (18,84 mld dolarów). Chińskie firmy inwestują przy tym nie tylko w magazynowanie oparte o baterie. China Daily podaje, że na opublikowanej w początku roku rządowej liście projektów pilotażowych znalazło się 56 pozycji, wśród których 17 dotyczyło magazynów opartych o baterie litowo-jonowe, ale było tam na przykład także 11 projektów opartych o sprężone powietrze.

W maju włączono do sieci energetycznej zbudowany kosztem niemal 1,5 mld juanów (210 mln dolarów) zakład magazynujący energię w postaci sprężonego powietrza, który China Daily określa jako największy tego typu magazyn energii na świecie. Ma on moc 300 MW.

Zakład może rozładowywać zmagazynowaną energię przez 6 godzin. Oferując rocznie 600 mln kWh ma on zapewnić energię dla potrzeb 200-300 tysięcy gospodarstw domowych.  

wnp.pl