piątek, 31 maja 2024



— Ta operacja według naszej informacji ma kryptonim "Przypływ". To rozwinięcie operacji, która na pierwszym etapie wojny hybrydowej z 2021 r. nosiła kryptonim "Śluza" — powiedział.

Zdaniem białoruskiego opozycjonisty destabilizacja sytuacji na granicy, ucieczka na Białoruś "szpiega Szmydta" oraz "werbowanie przez Białorusinów w Warszawie polskich obywateli w celu likwidacji jednego z liderów rosyjskiej opozycji to skoordynowane działania prowadzone przez służby specjalne Białorusi i Rosji".

— To jest część obowiązków Łukaszenki związanych z wojną, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Łukaszenka ma za zadanie destabilizować granicę i upokorzyć Polskę — powiedział Łatuszka.

Były ambasador Białorusi w Polsce powiedział też, że ze swoich źródeł miał informację o potencjalnych prowokacjach polegających na tym, że kilku oficerów białoruskiego GRU miałoby przedostać się na terytoria Polski i Litwy, by stamtąd zaatakować, nawet strzelając, białoruskich żołnierzy lub pograniczników. — Odpowiada za to szef grodzieńskiego oddziału KGB na Białorusi, który składa sprawozdania osobiście Łukaszence lub swojemu szefowi, generałowi Iwanowi Tertelowi, szefowi KGB Białorusi — powiedział.

Łatuszka podkreślił, że jako działacz białoruskiej opozycji odczuwa brak strategii Zachodu i konkretnych działań wobec Łukaszenki, przez co ten, w jego ocenie, czuje się bezkarny. — Dlatego ważne jest, by postawić zarzuty wszystkim osobom, które odpowiadają za kryzys migracyjny — powiedział i dodał, że należy także wydać nakaz aresztowania Łukaszenki za popełnione dotychczas zbrodnie wojenne.

PAP

czwartek, 30 maja 2024



Onkolog zajmujący się radioterapią David Gius nie szukał szkodliwych skutków diety ketogennej. Zamiast tego on i jego współpracownicy z Centrum Nauki o Zdrowiu Uniwersytetu Teksasu w San Antonio badali wpływ diety na p53, białko o silnym działaniu przeciwnowotworowym.

Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie - Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie.

Jedną z ról p53 jest organizowanie starzenia się komórek, informowanie zestresowanych, niesfornych komórek, aby przestały się dzielić, zanim spowodują problemy. Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie – mówi Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie. – Jeśli na przykład komórki macierzyste ulegają starzeniu, mogą osłabić zdolność tkanek do naprawy. Starzejące się komórki wydzielają również cząsteczki, które mogą wywołać stan zapalny i inne szkodliwe skutki.

Gius i jego zespół natknęli się na związek starzenia się, gdy poddali myszy wzbogaconej diecie ketogenicznej, w której około 90% kalorii pochodziło z tłuszczu. Grupa kontrolna gryzoni jadła żywność, w której tłuszcz dostarczał jedynie 17% kalorii. Po tym, jak myszy pozostawały na tej diecie przez 7 lub 21 dni, naukowcy przeanalizowali próbki tkanek z ich serc, nerek, wątroby i mózgu.

Zespół odkrył, że u zwierząt na diecie ketogennej wzrósł poziom białka p53. Naukowcy wykryli także wzrost innych cząsteczek wskazujących na obecność starzejących się komórek.

Naukowcy sprawdzili, czy komórki zniknęły po przejściu myszy na normalną dietę. Odkryli, że po 3-tygodniowej przerwie poziom starzejących się komórek prawie wrócił do normy. 

(...)

– Starzejące się komórki nie zawsze oznaczają, że tkanka jest niezdrowa, zauważa biolog komórkowy Yi Zhu z kliniki Majao. – Pomagają na przykład w gojeniu się ran. Zanim ktokolwiek będzie mógł stwierdzić, że diety ketogeniczne są niebezpieczne, badacze musieliby wykazać, że komórki faktycznie szkodzą myszom – mówi. – Samo wykazanie wzrostu starzenia się nie wystarczy, aby wykazać, że dieta jest szkodliwa – dodaje.

rp.pl

środa, 29 maja 2024



Ostatecznie najdłuższa bitwa I wojny światowej przyniosła nie więcej niż cztery kilometry zdobytego terenu. Jednak w 300-dniowej bitwie o fortyfikacje Verdun poległo około 300 tys. Niemców i Francuzów, a ponad 700 tys. z nich zostało rannych lub zaginęło, przy prawie równych stratach obu armii.

To, dlaczego Verdun, jedna z najsilniejszych francuskich fortec, stała się celem głównej niemieckiej ofensywy ("Unternehmen Gericht"), jest nadal kontrowersyjne. W swoich wspomnieniach niemiecki szef sztabu generalnego Erich von Falkenhayn mówił o "krwawiącej" bitwie, w której chciał zniszczyć francuskie rezerwy poprzez "białe wykrwawienie" i odniósł się do memorandum, w którym twierdzi, że przedstawił swoją strategię cesarzowi Wilhelmowi na Boże Narodzenie 1915 r.

(...)

Sporo historyków interpretuje to obecnie jako kamuflaż mający na celu przypisanie wyższego celu "Operacji Court" z perspektywy czasu, po tym, jak po kilku dniach stało się jasne, że pierwotny cel nie mógł zostać osiągnięty. Była to najwyraźniej próba ponownego poruszenia frontu zachodniego, który tkwił w martwym punkcie od jesieni 1914 r., poprzez ukierunkowane uderzenie w newralgiczny punkt, aby osiągnąć przełom operacyjny i zmusić Francję do negocjacji.

Kiedy ofensywa zatrzymała się po zaledwie kilku dniach, niemieckie dowództwo nie znalazło siły, by odwołać operację, ale zamiast tego rzuciło do walki coraz więcej żołnierzy. Po tym, jak Falkenhayn został zastąpiony pod koniec sierpnia, jego następcy Paul von Hindenburg i Erich Ludendorff przeszli na czysto defensywne podejście, ponieważ główna ofensywa angielsko-francuska nad Sommą i rosyjska ofensywa Brusiłowa w Galicji wyczerpały wszystkie rezerwy. Od tego momentu francuskie dowództwo robiło wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać utracony teren. Do połowy grudnia udało się to w dużej mierze osiągnąć, przynajmniej na wschodnim brzegu Mozy.

(...)

Procedura logistyczna tłumaczy odmienne spojrzenie na bitwę pod Verdun we Francji i w Niemczech. Francuskie dowództwo wysyłało na front rotacyjnie części niemal wszystkich francuskich dywizji, by po kilku dniach je zwolnić. Po udanej obronie pod koniec bitwy większość żołnierzy mogła więc poczuć się bohaterami narodu, a przede wszystkim głównodowodzący Philippe Pétain, który urósł do miana "zbawcy Verdun" (co dało mu "prestiż" przewodzenia kolaboracyjnemu rządowi Vichy z III Rzeszą w 1940 r.).

Niemcy natomiast pozostawili na froncie swoją piątą armię i tylko sporadycznie zastępowali poległych świeżymi rekrutami. Doprowadziło to do "wykrwawienia" i "szkieletyzacji" całych jednostek, których ocaleni postrzegali siebie jako "ofiary" pozostawione same sobie przez "ojczyznę". — Ten negatywny mit był już prefiguracją późniejszej legendy dźgnięcia w plecy — mówi historyk i specjalista od II wojny światowej Gerd Krumeich.

onet.pl/Die Welt

wtorek, 28 maja 2024



W Jednej Rosji odbyły się prawybory („primaries”), w których wybierano kandydatów. Ponieważ zarówno sam Putin, jak i jego partia nie przegrywają głosowań w Rosji, wybranie na kandydata oznacza prawie stuprocentową pewność znalezienia się w organie, do którego się kandyduje.

Ale spośród 103 byłych żołnierzy (zarówno zawodowych, jak i ochotników), którzy na wezwanie Putina chcieli zacząć tworzyć „nową elitę”, aktyw putinowskiej partii dopuścił prawdopodobnie tylko jednego – w Tatarstanie. Do obsadzenia w jesiennych wyborach regionalnych będzie 591 mandatów.

Od początku obecnego roku rosyjski lider kilkakrotnie mówił o powstającej „nowej elicie” kraju, złożonej z ludzi „obmytych krwią”, czyli „weteranów Specjalnej Operacji Wojskowej” (jak uporczywie, trzeci rok rosyjska propaganda nazywa wojnę z Ukrainą). Zarówno oni, jak i ich rodziny posiadają już znaczne przywileje materialne, wynoszące ich ponad lokalne społeczności.

W lutym, w orędziu przed Zgromadzeniem Federalnym Putin mówił o ludziach, którzy byli na wojnie (nie tylko o żołnierzach, ale i pracownikach tyłów): „główne kadry solidnej przyszłości naszego kraju”. Jeszcze na początku inwazji wśród rosyjskich urzędników średniego i wyższego szczebla była moda na wyjazdy na wojnę (a dokładniej na jej zaplecze, jako członkowie okupacyjnych władz). Uważano, że będzie to sprzyjało szybkiemu awansowi („wyniesieniu przez windę kariery” – jak mówią w Rosji).

Ale obecnie nikomu to nie pomogło w oczach aktywistów putinowskiej partii w prawyborach. Najgorzej weterani wypadli w Moskwie, próbując zostać kandydatami do rady miejskiej. „W większości wypadków zajęli ostatnie albo przedostatnie miejsca, dostając sto razy mniej głosów niż zwycięzcy” – napisał niezależny portal Wiorstka, który dokonywał żmudnych podliczeń z obszaru całej Rosji.

Kogo wybierała partyjna nomenklatura najlepiej widać na przykładzie jednego z najbardziej znanych medialnie w Rosji weteranów. To Konstantin Ryżak, syn deputowanego parlamentu z formalnie opozycyjnej partii Sprawiedliwa Rosja (zawsze popierającej Putina) Nikołaja Ryżaka. Ojciec ponadto miał dodatkową wartość w oczach imperialnej publiczności - był generałem KGB.

Jednak prawybory wygrał też syn, ale piosenkarza Olega Gazmanowa, Rodion. Ojciec jest hołubiony przez rosyjską propagandę, śpiewa bowiem pod dyktando Kremla. Syn kagebisty dostał 34 głosy na „primaries”, a syn piosenkarza – 5186.

Nawet na okupowanych terenach Ukrainy (np. na Krymie czy w Sewastopolu) dawni separatyści donieccy (nie wszyscy później służyli w rosyjskiej armii przeciw Ukrainie, ale wszyscy mają status weteranów) ponieśli klęskę.

W całej Rosji putinowska partia ich odrzuciła, nie dopuszczając na pierwszy szczebel politycznej kariery jakim są mandaty w regionalnych parlamentach, czy radach dużych miast.

Już wcześniej obserwatorzy dziwili się, że przy okazji majowej rekonstrukcji rządu nawet jednej teki ministerialnej nie dostał weteran. – Putin nie mógł znaleźć spośród nich kogoś choćby na stanowisko ministra sportu? – dziwił się opozycyjny politolog, emigrant i były współpracownik Kremla Abbas Gałliamow.

Jego zdaniem jedynym powodem, dla którego obecnie pojawiła się ta setka kandydatów-weteranów była tylko „dodatkowa agitacja za wstępowaniem do wojska”. (...)

- Jasno widać, że sama w sobie ta publika nie ma żadnej wartości dla systemu sprawowania władzy. A system się zamknął: wszyscy są już na swoich miejscach (i nie wpuszczają nowych - red.). Gdyby Putin naprawdę wierzył w to wszystko, co sam mówił o „nowej elicie”, to przecież - gdy formował nowy gabinet ministrów - wprowadziłby tam jakiegoś weterana – dodał Gałliamow.

rp.pl


Rosyjscy analitycy są oszołomieni. Eksperci wojskowi z grupy "Starszije Eddy" (611 tys. subskrybentów na Telegramie) piszą, że Ukraińcom udało się "uderzyć w naszą rakietową stację wczesnego ostrzegania za pomocą wolno latających lekkich dronów typu samolotowego, nagrać wyniki uderzenia na zdjęciach i filmach wideo oraz opublikować wszystko w internecie".

Jednocześnie podkreślają, że "od roku" wojskowi alarmują, że armia rosyjska potrzebuje środków przeciwdziałania takim samolotom bezzałogowym.

Z kolei członkowie grupy "Rybar" (1,2 mln subskrybentów na Telegramie) są rozsierdzeni. Piszą, że drugi atak był "logiczną konsekwencją braku odpowiedniej reakcji na pierwszy atak". Rosyjska "bezczynność" miała ogromny "wpływ na wydarzenia", ponieważ "zachęciła" ukraińską armię do działań.

Rosjanie ostrzegają: "Jeśli nie będzie reakcji, użycie zachodniej broni rakietowej przez ukraińskie jednostki przeciwko starym rosyjskim terytoriom (tj. rosyjskim terytoriom nuklearnym – red.), w tym obiektom strategicznym, jest tylko kwestią czasu".

onet.pl


Według ustaleń SBU zatrzymany jest obywatelem kraju Azji Południowej, a na początku 2000 roku przybył do Ukrainy. Po zwiększeniu ataku Rosji na Ukrainę mężczyzna organizował nielegalny transport ludzi do krajów europejskich.

"Materiały SBU pomogły w ekstradycji do Polski biznesmena, który swoimi przestępczymi działaniami zaostrzył kryzys na granicy UE i Białorusi" - czytamy w komunikacie ukraińskich służb. Mężczyzna miał organizować masowy przemyt ludzi m.in. z Nepalu, Bangladeszu czy Pakistanu do Unii Europejskiej.

Według ustaleń SBU w zeszłym roku dzięki współpracy polskich i ukraińskich służb udało się zatrzymać część migrantów, którzy trafili do UE. W Chmielnickim zatrzymano z kolei organizatora całego przedsięwzięcia. Podczas przeszukania miejsca jego zamieszkania znaleziono sprzęt komunikacyjny, komputerowy oraz protokoły z dowodami prowadzonej działalności.

W mieszkaniu znaleziono również pieniądze, które prawdopodobnie pochodziły z przestępstwa. "Sprawca został poddany ekstradycji do Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie znajdował się na międzynarodowej liście osób poszukiwanych. Tam cudzoziemiec będzie ścigany za przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu europejskiemu" - podała SBU. Operacja została przeprowadzona pod nadzorem Prokuratury Generalnej, wraz z Prokuraturą Okręgową w Kijowie i Chmielnickim.

"'Szlak uchodźców' przebiegał przez terytorium Rosji i Białorusi, a następnie do Rzeczypospolitej Polskiej, omijając ustanowione punkty kontrolne. Do jego obsługi mężczyzna stworzył międzynarodową grupę przestępczą, w skład której wchodziło kilkadziesiąt osób z różnych krajów" - przekazała SBU.

Jak wynika z ustaleń ukraińskich służb, mężczyzna miał wydawać instrukcje, dotyczące tras transportu migrantów oraz ich czasowego pobytu. Do komunikacji używano popularnych komunikatorów. "Przestępcy próbowali 'rozproszyć' do stu nielegalnych imigrantów w różnych krajach europejskich, którzy zostali podzieleni na oddzielne grupy. Każda grupa miała swój własny cel i przywódcę" - podała SBU.

gazeta.pl

poniedziałek, 27 maja 2024



Jeśli chodzi o projekty gazowe, stanowisko Chin w sprawie udziału w nich zostało jasno nakreślone przez jednego z wicepremierów chińskiego rządu, gdy po raz kolejny przekonano go do wyrażenia zgody na ułożenie nowych tras gazociągów przez granicę podczas jego wizyty w Moskwie.

Według uczestników rozmów chiński gość powiedział, że współpraca gazowa powinna być "zintegrowana".

Poproszony o wyjaśnienie znaczenia tego terminu, powiedział, że udział chińskich firm w rosyjskim przemyśle gazowym jest możliwy, jeśli spełnione zostaną trzy warunki:
  • chińskie firmy będą mogły pracować nad poszukiwaniem i produkcją gazu w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły budować gazociągi w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły niezależnie eksportować swoją część wyprodukowanego gazu.
Rosja nie może spełnić żadnego z tych warunków bez zreformowania ram prawnych, które określają status monopolu Gazpromu, co uniemożliwia Chińczykom przejęcie (choćby tylko części) projektów gazowych, w które zaangażowany jest monopolista.

To, na co Chińczycy chętnie się zgodzili, to współpraca z Novatekiem w dwóch projektach dotyczących skroplonego gazu ziemnego: Yamal LNG i Arctic LNG-2. Tam otrzymują prawo własności i mogą niezależnie eksportować i sprzedawać swoją część produkcji na rynku światowym (29,9 proc. w konsorcjum Jamał LNG i 20 proc. w Arctic LNG-2).

Przejęcie aktywów produkcyjnych Gazpromu nie ma sensu dla Chińczyków. Gazprom sam, wykorzystując własne i państwowe fundusze, może produkować gaz, budować gazociągi i transportować ten gaz przez granicę z ChRL.

Jednocześnie zainteresowanie rosyjskiego kierownictwa "otwarciem nowych szlaków eksportowych na wschód" jest tak duże, że cena dostarczanego gazu nie pokrywa ani inwestycji kapitałowych w infrastrukturę, ani nawet kosztów operacyjnych produkcji i transportu.

onet.pl/The Moscow Times


Według danych Krajowej Administracji Energetycznej (NEA) do końca pierwszego kwartału tego roku moc magazynów energii w Chinach sięgnęła 35,3 GW. Oznacza to ponad dwukrotny (2,1) wzrost rok do roku. Podobnie jak w innych wypadkach wzrost napędzają regulacje i rządowe wsparcie.

Przede wszystkim to dotacje do budowy źródeł OZE, których niestabilność silnie wspiera zapotrzebowanie na magazynowanie energii, ale także wymogi regulacyjne. Przykładowo chińska prowincja Qinghai wymaga, by przy budowie źródeł wiatrowych wystawiać także magazyny, mające 10 proc. mocy budowanych wiatraków.

Najszybciej rozwijają się pod tym względem północno-zachodnie regiony Chin. Według NEA w roku 2023 zainstalowano tam 222 GW generacji OZE, zarówno wiatrowej jak i słonecznej. Zbudowało to wielkie zapotrzebowanie na magazynowanie energii i pozwoliło na zbudowanie w tym regionie magazynów o mocy 10,3 GW. Według NEA to 29,2 proc. wszystkich postawionych w kraju mocy magazynowania.

- Wraz z uruchomieniem licznych projektów opartych na odnawialnych źródłach energii o mocy gigawatów w północno-zachodnich Chinach, lokalny system sieciowy musi zintegrować moce odnawialne, zoptymalizować moc wyjściową i rozwiązać problemy z nieciągłościami powodowanymi przez energię wiatrową i słoneczną - powiedział cytowany przez China Daily Deng Simeng, starszy analityk ds. odnawialnych źródeł energii i badań energetyki w globalnej firmie doradczej Rystad Energy.

Przyrost mocy energetyki odnawialnej jest przy tym obecnie wolniejszy niż rozbudowa magazynów. Według NEA w ubiegłym roku moce zainstalowane źródeł OZE wzrosły o 14,5 proc., sięgając 2,99 mld kW. Najszybciej rosną moce energetyki słonecznej, które po wzroście o 55 proc. sięgnęły 660 mln kW. W przypadku energetyki wiatrowej przyrost mocy sięgnął 21,5 proc. Wynosi ona obecnie 460 mln kW.

"Magazynowanie baterii, które wymaga mniejszych urządzeń, elastycznych lokalizacji i krótszych okresów budowy w porównaniu z energią wiatrową, słoneczną i innymi konwencjonalnymi źródłami energii, cieszy się dużym zainteresowaniem ze względu na swoją kluczową rolę i korzyści" - podaje NEA.

W pierwszym kwartale tego roku największe chińskie firmy energetyczne miały, według NEA, zainwestować w rozwój magazynów energii około 136,5 mld juanów (18,84 mld dolarów). Chińskie firmy inwestują przy tym nie tylko w magazynowanie oparte o baterie. China Daily podaje, że na opublikowanej w początku roku rządowej liście projektów pilotażowych znalazło się 56 pozycji, wśród których 17 dotyczyło magazynów opartych o baterie litowo-jonowe, ale było tam na przykład także 11 projektów opartych o sprężone powietrze.

W maju włączono do sieci energetycznej zbudowany kosztem niemal 1,5 mld juanów (210 mln dolarów) zakład magazynujący energię w postaci sprężonego powietrza, który China Daily określa jako największy tego typu magazyn energii na świecie. Ma on moc 300 MW.

Zakład może rozładowywać zmagazynowaną energię przez 6 godzin. Oferując rocznie 600 mln kWh ma on zapewnić energię dla potrzeb 200-300 tysięcy gospodarstw domowych.  

wnp.pl

niedziela, 26 maja 2024



Właśnie od niemieckiego sterowca wzięła się nazwa Hindenburg Research, agencji białego wywiadu, która tak definiuje swoją misję na rynku finansowym: „naświetlać katastrofy, za które winę ponosi człowiek i których można było uniknąć – zanim przyciągną więcej ofiar”. W Polsce zrobiło się o niej głośno 15 marca, kiedy opublikowała raport o LPP, ikonie polskiej giełdy, jednej z ulubionych spółek inwestorów. Zarzuciła jej, że wciąż prowadzi handel w Rosji, mimo że komunikowała wycofanie się z tego rynku tuż po najeździe Putina na Ukrainę.

– Dla niezorientowanych: Hindenburg Research to nie jest jakaś buda z kebabem z analizami, ale jeden z najbardziej znanych funduszy typu „short seller” – napisał wtedy na platformie X Konrad Ryczko, analityk DM BOŚ.

Hindenburg twierdzi, że deklarowana sprzedaż rosyjskiej części biznesu LPP do Chin była pozorna. W dużym skrócie tak widzi prawdę: biznes kupiła spółka z Dubaju założona na dzień przed ogłoszeniem porozumienia w sprawie transakcji, nieznane są nazwiska jej reprezentantów; rosyjskie sklepy są wciąż pod faktyczną kontrolą LPP, pojawiają się te same kolekcje, które dostępne są w Polsce, a kody kreskowe towarów są niby chińskie, lecz faktycznie fałszowane w celu potajemnego śledzenia ubrań przez systemy informatyczne. Hindenburg relacjonuje, że osoby z bliskiego otoczenia Marka Piechockiego przyznawały, że założyciela i prezesa „nie obchodziła jakaś tam tymczasowa wojna”, która krzyżowała mu plany silnej ekspansji w Rosji. Wskazuje też, że jedna z azjatyckich „firm przykrywek” została założona przez kluczowego członka Fundacji Semper Simul, która jest powiązana z Piechockim i jest głównym akcjonariuszem LPP.

Tym samym spora część przychodów LPP miałaby pochodzić „zza linii wroga”, choć spółka kreowała opinię, że tak dobrze idzie krajowy biznes – co inwestorzy doceniali, windując kurs akcji. Na skutek publikacji raportu Hindenburga kapitalizacja giganta odzieżowego, do którego należą marki Reserved, Sinsay, Cropp, House i Mohito, w jeden dzień stopniała z 33 mld zł do 21 mld zł. Inwestorzy stracili 36 proc.

(...)

Dotychczas Hindenburg wydał ponad 60 raportów. Jak wynika z danych Bloomberga, spośród 15 najbardziej medialnych spraw w pierwszym dniu po publikacji w przypadku 13 spółek kurs spadł, najczęściej dwucyfrowo. Jeśli spojrzeć na perspektywę 3-miesięczną, zniżkę odnotowało 9 spółek – zazwyczaj spadki się pogłębiły, sięgając nawet 80–90 proc. Większość z tych kursów już się nie podniosła. To oznacza, że Hindenburg często – choć nie zawsze – mógł mieć rację. Akcje LPP trochę odbiły i miesiąc po wybuchu afery utrzymywały się kilkanaście procent na minusie.

Ale taka agencja nie jest instytucją dobroczynną, która jedynie dostarcza światu „prawdy”. Gdy inni tracą, ona zyskuje. Tuż przed publikacją raportów zajmuje krótkie pozycje na akcjach danej spółki (czyli z nastawieniem na zarabianie na spadkach, stąd nazwa: short-seller). Może w jeden dzień zarobić kilkadziesiąt procent i zamknąć temat. W połowie marca na polskim rynku często można było usłyszeć pytanie: gdzie leży etyczna granica praktyk short-sellerów? Główny zarzut wobec nich to manipulacja rynkiem (raporty pisane są pod tezę, mogą być przesadzone), która dodatkowo negatywnie odbija się na dużej grupie „niewinnych inwestorów”, także tych zgromadzonych w funduszach. Do tego negatywny wpływ na pracowników, którzy w wyniku pogorszenia sytuacji spółki nieoczekiwanie tracą pracę.

– Short-sellerzy są potrzebni. To brutalna, ale skuteczna regulacja. Miarą etyki jest tu rynek, który z określoną siłą reaguje na publikowane informacje. A na- wet jeśli kurs odbija, bo inwestorzy dają kredyt zaufania, to problematyczny obszar jest naświetlony, spółka musi trzymać się na baczności, poprawić błędy. To też przestroga dla innych – mówi Rafał Zaorski, inwestor, najbardziej znany polski spekulant. – W USA to jest popularna i uznawana praktyka, tam tacy inwestorzy są chronieni wolnością konstytucyjną. U nas nadzorca od razu uznaje to za manipulację kursem i działanie na szkodę rynkowi. KNF działa jak PRL: próbuje ludziom przedsiębiorczym powiedzieć, że źle wpływają na rynek. Akurat Hindenburg nie musi się niczego obawiać, bo nie jest zarejestrowany w Polsce – tłumaczy.

(...)

Widać, że wybiera w przemyślany sposób. Przede wszystkim dotyka tematów krzykliwych, szokujących, źle przyswajalnych społecznie – które trafią do mainstreamu, wywołają masowe oburzenie i spotęgują giełdowe spadki.

– Sygnaliści dostarczają ci wstępne info, że w spółce są tajemnice. Jeśli pasuje ci tematyka, zaczynasz od zmapowania inwestorów. Musisz sprawdzić, czy będzie siła sprzedających: na przykład fundusze, które będą podążały za benchmarkiem albo fundusze algorytmiczne. I czy nie ma przypadkiem silnego udziału zamożnego właściciela, który by skupował akcje – opowiada osoba, która ma doświadczenie w takich działaniach. – Potem delegujesz ludzi, którzy najpierw analizują oficjalne dane, a następnie idą w teren. Wyciągają informacje ze źródeł niezależnych i z wewnątrz spółki. Kluczową rolę odgrywa miękki wpływ na ludzi. Często zespół wchodzi do firmy jako kontrahenci lub pracownicy – dodaje nasz rozmówca.

onet.pl/Forbes

sobota, 25 maja 2024



Luty 2022 r. Rosja dokonuje inwazji na Ukrainę. W tym czasie w zakładach Stellantis w Kałudze (PSMA RUS) wciąż jeszcze trwa produkcja samochodów. Z linii montażowych zjeżdżają m.in. dostawcze modele Citroena (m.in. Berlingo, Jumpy, Space Tourer), Opla (Zafira, Vivaro, Combo) i Peugeota (Traveller, Expert, Partner). Nie brakuje także aut osobowych. Z Kaługi wysyłano do salonów Citroeny C4, C5 Aircross czy Peugeoty 408 oraz Mitsubishi. Do czasu. Już w kwietniu 2022 r. władze koncernu Stellantis zamknęły fabrykę i ewakuowały swój zagraniczny personel.  

Do grudnia 2023 r. w kompletnie wyposażonej fabryce (Stellantis pozostawił całą linię produkcyjną oraz niewykorzystane podzespoły do produkcji kilku modeli) nic się nie działo. Rosjanie szukali inwestorów, by wykorzystać zakłady i znaleźć pracę dla ponad 2,7 tys. pracowników. Nietrudno zgadnąć, gdzie znaleźli wsparcie. Pomoc przyszła z Chin. W ciągu ostatnich tygodni 2023 r. uruchomiono pilotażową produkcję 48 egzemplarzy. Wówczas jeszcze trzymano w tajemnicy informacje o marce i modelu. Oczywiście do czasu.

Po kilku miesiącach Rosjanie odkryli karty. Już w marcu pochwalili się, że w zakładach w Kałudze wznowiono produkcję popularnego SUVa. Po uzupełnieniu zapasów części ruszyła linia, na której powstaje Citroen C5 Aircross. Znamienne, że zakłady wznowiły wytwarzanie modelu bez wiedzy i zgody producenta. Reakcje Francji i Holandii były łatwe do przewidzenia. We francuskich mediach wspominano o szoku i bezczelnym fałszowaniu produktów oraz pirackich praktykach Rosjan.

A co na to najbardziej poszkodowany? Władze Stellantis (firma ma siedzibę w Amsterdamie) ograniczyły się do dość skromnego protestu i oświadczenia o utracie kontroli nad fabryką. Zapewne w tym czasie trwały zakulisowe rozmowy (dziennik Liberation informował, iż Stellantis przypomniał Chińczykom, iż nie mają prawa do eksportu części do C5 Aicross) z chińskim partnerem (Dongfeng). To on odpowiada za produkcję C5 Aicross w Chinach. Nie jest bowiem tajemnicą, że odpowiedniego wsparcia w postaci części i komponentów udzielił chiński państwowy koncern Dongfeng Motor. Francuscy dziennikarze alarmowali, że zespawane i pomalowane nadwozia Citroena C5 Aircross transportowano do Rosji koleją. Tę samą drogą wysyłano także pozostałe części.

Francuska bezradność stała się zachętą. Rosjanie wspólnie z Chińczykami poszli o krok dalej. W maju 2024 r. ruszyła sprzedaż nowych Citroenów składanych w Rosji. Prócz C5 Aircross można jednak także zamówić także inne fabrycznie nowe samochody z gamy koncernu Stellantis. Tak oto ofertę poszerzono o wytwarzane w Chinach trzy modele Peugeota (2008, 4008 i 5008) oraz Citroena C5X. Dostępne są nie tylko w dawnych salonach marki, ale także na nowej platformie internetowej, by zamawiać auta w trybie online. Nie każdy jednak może z niej skorzystać. Na początek ruszyła sprzedaż w Moskwie oraz w promieniu 250 km od rosyjskiej stolicy. I tak wystarczy, by wystarczająco dobrze wzbudzić wściekłość w Amsterdamie czy w Paryżu.

moto.pl


Joanna Gąska: Kiedy wybuchnie wojna, jaki korpus i jakie siły przyjdą na pomoc Polsce?

Szef Sztabu Dowództwa Sił Połączonych NATO w Brunssum gen. broni Krzysztof Król: - Chciałbym uspokoić. Żadna wojna na razie nie wybucha. Sojusz Północnoatlantycki i Polskie Siły Zbrojne przygotowują się do tego, żeby być permanentnie w gotowości do odparcia jakiegokolwiek ataku na Polskę. Najważniejsze jest budowanie zdolności i gotowości do obrony. Przez ostatnie dwa lata NATO buduje właściwe plany i przygotowuje się do ich potencjalnej egzekucji.

Nowa strategia NATO to nie tylko obrona, ale też odstraszanie. Co pan przez to rozumie? Jakie działania musi podjąć polska armia, żeby odstraszać?

- Najważniejsza zmiana, która zaszła w 2021 roku, kiedy NATO dowiedziało się, że Rosja ma bardzo agresywne plany, jeśli chodzi o Ukrainę, to przygotowywanie się do wdrożenia starej kultury NATO, czyli odstraszania, budowania zdolności do przesuwania sił na granie Sojuszu i budowanie zdolności do karania ewentualnego agresora. NATO jest też sojuszem nuklearnym. Tu chcę uspokoić. NATO było, jest i będzie sojuszem, który ma właściwie zbalansowaną zdolność, jeśli chodzi o wojska konwencjonalne i zdolności nuklearne.

Ta poetyka o zdolnościach nuklearnych, poetyka strachu i dominacji się powtarza. Od jakiegoś czasu wojska NATO wdrażają teorię odstraszania nuklearnego. Co to znaczy? Czy w tych szkoleniach uczestniczą żołnierze polscy?

- Strategia odstraszania nuklearnego i konwencjonalnego została przyjęta przez wszystkie państwa NATO. Nazywamy to strategią elastycznego odstraszania, czyli pokazywania naszemu potencjalnemu przeciwnikowi naszych zdolności, możliwości i woli użycia wszystkich środków, które mamy w arsenale, żeby bronić każdego członka Sojuszu. Polska jest najlepszym przykładem. NATO już kilka miesięcy przed agresją Rosji na Ukrainę i po agresji, prowadziła szereg operacji w przestrzeni powietrznej i na terytorium Polski, żeby dawać Rosji jasny sygnał: atak na członka NATO rozpocznie kolejną wojnę. NATO się nie wycofa o metr z terytorium członków Sojuszu.

Miecz i tarcza – co to jest w kontekście Polski?

- Wiele mówiłem na temat tarczy i miecza. W kontekście Polski tarcza to wojska konwencjonalne. Ustalenia ze szczytu w Madrycie i w Wilnie w 2023 roku są takie, że NATO zdecydowało o rozbudowie swoich zdolności konwencjonalnych, o budowie wojsk lądowych, które będą dyslokowane na wschodniej flance NATO: krajach bałtyckich, Polsce, Słowacji, Węgrzech, Rumunii i Bułgarii. Do tego budowa zdolności sił powietrznych, marynarki wojennej, budowa zdolności do działania w wymiarze cybernetycznym. To wszystko będzie tworzyć operacje wielodomenowe.

Czy w polityce odstraszania musi być obecna proporcjonalna odpowiedź w kontekście liczebności armii? To konieczne by odstraszać? Nie mamy tak licznej populacji w Polsce, przegrywamy z Rosją. Potencjał militarny jest konieczny by odstraszać?

- Tu bym wrócił do doświadczeń NATO z lat Zimnej Wojny. Wtedy my byliśmy po tej złej stronie. W latach 60., 70. i 80. NATO nie zbudowało identycznych sił, jakie mieli Rosjanie i nigdy nie chciało takich zbudować. NATO zbudowało doktrynę opartą na zdolności i jakości tych sił. Nie to, ile będzie czołgów, ale co one będą potrafiły zrobić, na jakich dystansach razić, z jaką celnością, jaka będzie amunicja. Na przykład samoloty: czy będzie to jednorazówka, jak w Układzie Warszawskim? Tam piloci szkolili się tylko do realizacji jednego rodzaju zadań. Piloci samolotów NATO w tym samym czasie szkolili się do realizacji kilku zadań. To różnica podejścia.

To nowa kultura operacyjna?

- Tak. Nowe podejście. Budujemy jakość, ale też ilość, jaka jest nam potrzebna, by odstraszyć przeciwnika.

Ta kultura operacyjna to nie tylko zbrojenie i szkolenie żołnierzy, ale też wojna kognitywna. Jak pan widzi potencjał Polski? Jaką wojnę kognitywną prowadzi obecnie Rosja z zachodem?

- Nie da się ukryć, że odstraszanie jest zjawiskiem społecznym. Ono z jednej strony polega na tym, że komunikujemy nasze zdolności i wolę walki z przeciwnikiem. Także komunikujemy poprzez pokazywanie, że jesteśmy zdolni broni naszych domów, zapewnić bezpieczeństwo każdej rodzinie, każdemu obywatelowi. Kierujemy również komunikację do nas samych. To jest budowanie spójności społecznej. Jednym z elementów Zimnej Wojny było to, że państwa NATO-wskie zdecydowały, iż będą się nie tylko przygotowywać do wojny, ale też realizować wszystkie zadania poniżej progu wojny. Była to walka z dezinformacją, partiami opłacanymi przez Kreml, budowanie siatki wywiadowczej, siatki wpływów, siatki decydentów rosyjskich. Na stronie internetowej Rand - brytyjskiego ośrodka analiz można znaleźć informację dotyczącą wstępnej oceny tego, jak Ukraina była kompletnie nieprzygotowana na wojnę z Rosją pod względem wojny poniżej progu.

Co to znaczy?

- Rosjanie byli w stanie doprowadzić do sytuacji, w której szpiedzy, rosyjscy oficerowie wywiadu zajmowali bardzo wysokie stanowiska w strukturach. Są nazwiska tych ludzi. Oni werbowali sobie siatkę Ukraińców, którzy nawet nie byli świadomi, że pracują na korzyść Rosji. Tak samo było w trakcie Zimnej Wojny. Rosjanie mają wielkie doświadczenie w prowadzeniu wojny różnymi metodami: wywiad, kontrwywiad, wywiad ekonomiczny, pozyskiwanie informacji o społeczeństwie. Nie tylko przez wojsko, ale przez firmy współpracujące z wojskiem.

radiokrakow.pl