środa, 22 maja 2024


W listopadzie /2022 - red./ portal The Bell ujawnił jednak, że założycielem Rybara jest 31-letni tłumacz wojskowy, Michaił Zwinczuk. Wcześniej był pracownik służby prasowej rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Jego najbliższym współpracownikiem miał być Denis Szczukin, programista z Moskwy.

W tym czasie między prokremlowskimi blogerami wojskowymi a zwierzchnikiem sił zbrojnych generałem Walerijem Gierasimowem doszło do otwartego konfliktu. Gierasimow był wściekły, bo korespondenci krytykowali ruchy armii. Choć współpraca między nimi a Ministerstwem Obrony była regularna, blogerzy pozwolili sobie na niezależność wobec przekazów z armii.

W efekcie Gierasimow zwrócił się do Roskomnadzoru (Federalna Służba ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej) z oficjalnym żądaniem sprawdzenia wpisów dziewięciu korespondentów wojskowych. Urzędnicy mieli się im przyjrzeć pod kątem „dyskredytowania” Sił Zbrojnych FR. Gdyby udowodniono im winę, groziłoby im nawet więzienie.

W oświadczeniu Gierasimow wskazał, kogo należy monitorować. Wymieniono: Igora Striełkowa, Siemiona Pegowa (kanał WarGonzo), Jurija Podolaka, Vladlena Tatarskiego, Siergieja Mardana, Igora Dimitriewa, Kristinę Potupczik, oraz autorów kanałów GreyZone i Rybar.

Blogerzy odebrali to jako niezasłużony atak, nie pierwszy zresztą, bo spór nabrzmiewał przynajmniej od września. Jednym ze skutków wszystkich tych zdarzeń było ujawnienie się Zwinczuka. Przyznał, że to on stoi za kanałem Rybar, a nawet udzielił wywiadu prywatnej rosyjskiej telewizji RTVI.

Dość szczegółowo opisał, jak funkcjonuje cały projekt. Jego słowa (nawet gdy zachowamy do nich dystans, Zwinczuk na pewno nie mówi pełnej prawdy o swojej działalności) dają znaczący wgląd w mechanizmy rosyjskiej wojny informacyjnej.

Przede wszystkim stwierdzenie, że Zwinczuk to były tłumacz wojskowy, w żadnej mierze nie oddaje jego przeszłości. To zawodowy oficer. Ukończył Akademię Wojskową Ministerstwa Obrony FR, a potem trafił do służb specjalnych. Był dowódcą grupy wywiadowczej. Potem, jak to opisał, zajmował się „pracą informacyjną i analityczną”. Może to oznaczać, że pracował także dla rosyjskiego wywiadu. Oficjalnie jako tłumacz służył w Syrii. Następnie pracował w służbach prasowych ministerstwa obrony. W 2019 roku miał przejść na emeryturę wojskową. I, jak zapewnia, wtedy właśnie rozpoczął „samodzielną” działalność informacyjna. Jednak „Rybara” założył w 2018 roku, czyli gdy był jeszcze czynnym oficerem.

Zwinczuk przyznał również, że w latach 2020-2021 (a właściwie do rozpoczęcia wojny w Ukrainie, jak pokazują archiwa internetowe) był felietonista portalu RIA FAN, należącego do grupy Jewgienija Prigożina. Zapewnił przy tym, że pracował tam jako niezależny ekspert, który od czasu do czasu wysyłał do redakcji swoje teksty.

(...)

20 grudnia prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin wydał dekret, którym powołał „grupę roboczą do spraw zapewnienia interakcji między władzami publicznymi i organizacjami w kwestiach szkolenia mobilizacyjnego, ochrony socjalnej i prawnej obywateli Federacji Rosyjskiej, biorących udział w specjalnej operacji wojskowej oraz członków ich rodzin". W skład grupy weszli rosyjscy deputowani, wysocy urzędnicy i kilku „dziennikarzy”, zapewne rekrutujących się z grona najbardziej zaufanych. Wśród nich — Michaił Zwinczuk. Tym samym mit jego niezależności prysł bezpowrotnie.

oko.press

Założyciel powiązanego z Kremlem kanału Rybar na Telegramie Michaił Zwinczuk udzielił nietypowo publicznego wywiadu, w którym skrytykował Ministerstwo Obrony Rosji (MON) i spekulował na temat możliwych zmian w MON. 18 maja Zwinczuk udzielił wywiadu rosyjskojęzycznej placówce RTVi  skupiającej się na diasporze, który koncentrował się na zastąpieniu byłego rosyjskiego ministra obrony i obecnego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji Siergieja Szojgu oraz korupcji w rosyjskim Ministerstwie Obrony. Zwinczuk skarżył się na biurokratyczne problemy rosyjskiego MON i twierdził, że niedawno mianowany minister obrony Rosji Andriej Biełousow będzie musiał rozpocząć wprowadzanie „pozytywnych zmian” w MON w ciągu trzech miesięcy, zanim ludzie „zaczną zadawać pytania”. Zwinczuk twierdził, że Biełousow prawdopodobnie zastąpi byłego wiceministra obrony Rosji Rusłana Tsalikowa, który podobno złożył Szojgu rezygnację na tydzień przed zastąpieniem Szojgu, ponieważ Calikow był „prawą ręką Szojgu”, a nie Biełousowa. Zwinczuk oświadczył także, że na swoich stanowiskach pozostaną wiceminister obrony Rosji Tatiana Szewcowa oraz wiceminister obrony Rosji i szef Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego MON Rosji Wiktor Goremykin. Rosyjskie źródło informacji, które wcześniej rzetelnie informowało o zmianach w rosyjskim dowództwie wojskowym, stwierdziło 14 maja, że ​​Szewcowa prawdopodobnie jednak zrezygnuje. Zwinczuk oświadczył, że posiada informację, że wiceminister obrony Rosji generał pułkownik Yunus-Bek Jewkurow opuści stanowisko, aby stanąć na czele Korpusu Afrykańskiego MON, a jego miejsce zajmie szef Zarządu Głównego Żandarmerii Wojskowej Rosji Siergiej Kuralenko.

Jeżeli Kreml pozwoli wybranym prominentnym rosyjskim milbloggerom na nasilenie krytyki wobec rosyjskiego MON, może wzrosnąć presja społeczna na rzecz reform, które – jeśli zostaną wdrożone – wesprą rosyjski wysiłek wojenny na Ukrainie. Rosyjskie Ministerstwo Obrony przyznało /.../ w szczególności Zwińczukowi w grudniu 2023 r. za jego wysiłki na rzecz edukacji wojskowo-patriotycznej i pracy wojskowo-politycznej na rzecz rosyjskiej armii, a prezydent Rosji Władimir Putin przyznał Zwińczukowi rosyjski Order Zasługi dla Ojczyzny II klasy w listopadzie 2023 r. ISW w dalszym ciągu ocenia, że ​​przyznanie przez Kreml nagrody Zwinczukowi, którego kanał na Telegramie według stanu na 18 maja miało ponad 1,2 miliona obserwujących, było prawdopodobnie częścią szerszych wysiłków mających na celu przejęcie kontroli i przejęcie często krytycznej przestrzeni informacyjnej rosyjskich milblogerów. Rosyjscy milbloggerzy w dużej mierze ograniczyli swoją osobistą krytykę pod adresem Szojgu i rosyjskiego szefa Sztabu Generalnego, generała armii Walerego Gerasimowa po zbrojnym buncie Grupy Wagnera w czerwcu 2023 roku. Być może Zwinczuk próbuje wykorzystać swój publiczny wywiad do oceny reakcji Kremla na krytyczne głosy po zastąpieniu Szojgu na Biełousowa. Biorąc jednak pod uwagę powiązania Zwińczuka z Kremlem, Kreml mógł zlecić Zwińczukowi publiczną krytykę rosyjskiego MON, dyktując jednocześnie treść i dotkliwość jego wypowiedzi, co może wyznaczać akceptowalną granicę krytyki pod adresem MON. Jakiekolwiek ewentualne zezwolenie Kremla na wzmożoną krytykę rosyjskiego MON ze strony rosyjskich milbloggerów mogłoby doprowadzić do reform biurokratycznych, które poprawią skuteczność rosyjskich wysiłków wojennych na Ukrainie, zwłaszcza w połączeniu z zamiarami Biełousowa i Putina dotyczącymi mobilizacji rosyjskiej gospodarki i bazy przemysłu obronnego (DIB) do wspierania  przedłużającej się wojny na Ukrainie i ewentualne przygotowanie się do przyszłej konfrontacji z NATO.

understandingwar.org

(...) rosyjska dezinformacja jest jak matrioszka – przykrywa prawdę kolejnymi warstwami kłamstw. Według zespołu Antibot4Navalny powiązania między kontami na X, które biorą udział w tej akcji, także przypominają drewnianą lalkę, w której znajdują się kolejne lalki coraz mniejszych rozmiarów. Stąd nadana przez zespół nazwa kampanii – „Matrioszka”.

Pierwsze, co widzimy, to duża lalka – komentarz konta A proszący o sprawdzenie fejka podanego przez konto B – mniejszą lalkę. Następnie okazuje się, że konto B także prosiło o sprawdzenie innego fejka podanego przez jeszcze mniejszą lalkę – konto C. Może się okazać, że konto C także kiedyś prosiło o sprawdzenie jeszcze innego fejka podanego przez konto D itd., itd.

Z przekazanych nam danych Antibot4Navalny wynika, że najdłuższy taki ciąg łączył ze sobą sześć różnych profili. Może pojawić się pytanie – jaki jest cel tak złożonych kombinacji? Przecież równie dobrze jeden zespół kont mógłby tylko podawać fałszywe informacje, a drugi wyłącznie prosić o ich sprawdzenie. 

Według Antibot4Navalny potencjalny powód to ochrona kont przed zawieszeniem za publikowanie samych fałszywych informacji. Niewykluczone jednak, że celem jest zdobywanie obserwatorów zainteresowanych sprawdzaniem fałszywych informacji, a potem karmienie ich fejkami. Możliwe także, że autorzy akcji chcą przekonywać, że skoro te same osoby obalają fałszywe informacje i je podają, to nie wiadomo już, co jest prawdą.

Do prowadzenia kampanii dezinformacyjnych bywają używane fałszywe lub skradzione konta sterowane zarówno przez programy komputerowe (boty), jak i przez prawdziwe osoby (trolle). Przykładowo we wspomnianą akcję „Sobowtór” zaangażowane były boty podszywające się pod znane media. W przypadku „Matrioszki” również można podejrzewać, że mamy do czynienia z siecią fałszywych lub skradzionych profili.

(...)

Narzędzie AI Detector firmy Hive wykazuje, że zdjęcia profilowe niektórych z tych kont są wygenerowane przez sztuczną inteligencję (1, 2, 3). Poza tym niektóre mogą być wykradzione lub kupione – Antibot4Navalny zauważył, że jeden profil, który zaczął podawać fałszywe informacje, był niedługo przedtem wystawiony na sprzedaż.

O tym, że kontami kierują prawdziwe (być może zatrudnione do tego) osoby, a nie – programy, świadczy analiza ich aktywności. Jak ustalił na podstawie ponad 2000 wpisów zespół Antibot4Navalny, przerwy między wpisami jednego konta wynoszą najczęściej 45 sekund, gdy w przypadku prowadzonej przez boty kampanii „Sobowtór” wynosiły one maksymalnie 6 sekund. 

Ponadto zaangażowane w kampanię konta są aktywne często między 9:00 a 17:00, czyli w typowych godzinach pracy.

Nietrudno poznać, że profile zaangażowane w kampanię „Matrioszka” sprzyjają Kremlowi. Wystarczy spojrzeć na przykłady podawanych przez nie fałszywych informacji, które opisał AFP Factuel: ukraiński artysta przeciął wieżę Eiffla, graffiti w Los Angeles i Paryżu wyśmiewa Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainiec zrabował katakumby w Paryżu itp. Takie materiały mają psuć wizerunek Ukraińców lub udowadniać niechęć Zachodu do Ukrainy.

(...)

Na przykład fałszywa opowieść o Ukraińcach, którzy próbowali wyłudzić okup od rodziny osoby porwanej przez Hamas, była przedstawiona jako wiadomość niemieckiego radia WDR 1. Z kolei niepotwierdzona w żadnym innym źródle informacja o ukraińskim artyście, który wszczął awanturę podczas wystawy w Berlinie, przypominała materiał dziennika „Berliner Zeitung”.

O rosyjskim pochodzeniu wpisów świadczy jednak nie tylko sprzyjająca Rosji tematyka, lecz przede wszystkim wpadki językowe. Przykładowo wpis promujący fałszywą informację o graffiti przedstawiającym pluskwę zawierał zamiast angielskiego słowa „bedbug” rosyjskie „klop”. 

W innym miejscu nazwisko „Zełenska” przetłumaczono nie jako „Zelenska” tylko „Zelens-Koy” (rosyjski dopełniacz rodzaju żeńskiego). Z kolei angielskie słowo określające ukrytą wiadomość w jakimś materiale, a dosłownie oznaczające jajo wielkanocne, przetłumaczono nie jako „easter egg”, lecz jako „paschalka”, co także jest słowem rosyjskim.

(...)

Być może osoby odpowiedzialne za kampanię „Matrioszka” chcą wykorzystać w praktyce żartobliwe prawo Brandoliniego inaczej zwane „zasadą asymetrii bzdur”. W oryginale podanym przez włoskiego programistę Alberto Brandoliniego brzmi ono: „Ilość energii potrzebna do obalenia bzdury jest o rząd wielkości większa niż ilość energii potrzebnej do jej wyprodukowania”.

Gdy bzdur do wyjaśnienia będzie zbyt wiele, może nam zabraknąć sił i środków. Antibot4Navalny ostrzega, że w każdej chwili liczba zgłoszeń kierowanych do fact-checkerów może zostać zwiększona dziesięciokrotnie. Wystarczą do tego kolejne fałszywe konta i odpowiednia moc obliczeniowa, a to stosunkowo tanie i łatwo dostępne zasoby. 

demagog.org.pl

wtorek, 21 maja 2024


W styczniu 2024 roku Łobowa, Ołeksijewycz i Honduł udały się na spotkanie z szefem Biura Prezydenta Ukrainy Andrijem Jermakiem i szefem Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy (HUR) Kyryłem Budanowem, gdzie przedstawiciele władz odpowiadali na pytania rodzin ofiar wybuchu w Ołeniwce. Jak wspomina Ołeksijewycz, Jermak i Budanow powiedzieli wtedy, że krewni obrońców Azowstalu „nie wiedzą, jakie były gwarancje, kiedy żołnierze opuszczali Azowstal, kto negocjował [oddanie się do niewoli] i jak to się stało”, a rodziny żołnierzy „nie są gotowe usłyszeć tej prawdy”.

Jednocześnie szef Biura Prezydenta i szef HUR obiecali, że jeśli rodziny obrońców zechcą „usłyszeć tę prawdę”, to zorganizowane zostanie osobne spotkanie dla ograniczonej liczby osób i bez kamer. Ostatecznie takie spotkanie się nie odbyło się, choć, jak zauważają żony obrońców Azowstalu, minęły ponad cztery miesiące.

belsat.eu

Ekspert zapytany o to, czy w jego ocenie za ostatnimi pożarami w Polsce mogą stać służby rosyjskie, stwierdził, że to bardzo mało prawdopodobne.

- Biorąc charakter wojny, która toczy się za naszą wschodnią granicą, nie można oczywiście niczego wykluczyć, jednak prawdopodobieństwo, że to działanie służby, jest nikłe - podkreślił gość Szymona Kępki. Jak zauważył, podwyższenie temperatur wpływa na zwiększenie palności tych składowisk.- Takie składowiska są przykładem ludzkiej pazerności i podłości. One w ogóle nie powinny istnieć - dodał oburzony.

Gość TOK FM zwrócił uwagę na ważny szczegół. Odpady, które trafiają na składowiska, są zwykle nieodpowiednio przechowywane. Pojemniki pod wpływem temperatury - latem upałów, a w zimie mrozów - rozszczelniają się. Często nie wiadomo także, co się w znajduje. - Jeśli pojemniki się rozszczelnią, może dojść do zmieszania tych substancji i materiałów, a te mogą w wyniki takiego procesu prowadzić do samozapłonu - podkreślił gen. Grosset. 

Jako przykład bardzo niebezpiecznego składowiska odpadów podał to znajdujące się w Wołominie, gdzie znajduje się ok. 20 tys. ton różnego rodzaju materiałów niebezpiecznych. - To jest tak zwana Puszka Pandory, strach pomyśleć, co by się stało, gdyby doszło tam do zapłonu - wyjaśnił. 

W ocenie eksperta lekka histeria, która powstała wokół wojny hybrydowej z Rosją, sprawia, że część właścicieli składowisk odpadów może chcieć to wykorzystać.

tokfm.pl

Bandy zamaskowanych zbirów czaiły się nocą w uliczkach Tbilisi, polując na prozachodnich aktywistów. Gruzini, którzy sprzeciwili się rosyjskiej ustawie o "agentach zagranicznych", stali się celem tysięcy nękających telefonów w ramach skoordynowanej kampanii zastraszania. W ramach jej prorządowi radykaliści grożą członkom rodziny, w tym osobom starszym i dzieciom, przeciwników ustawy. Następnego dnia prozachodni aktywiści zobaczyli, że ich domy, biura i pojazdy zostały pomalowane sprayem z groźbami przemocy lub oklejone plakatami ogłaszającymi ich "wrogami ludu".

— Jesteśmy zszokowani. Nie widzieliśmy takich represji od lat 90. — mówi były dyplomata, Gia Japaridze, odnosząc się do wojny domowej w Gruzji po upadku Związku Radzieckiego. 8 maja Japaridze trafił do szpitala ze wstrząsem mózgu po tym, jak pięciu zamaskowanych mężczyzn zaatakowało go, gdy wychodził z przyjęcia.

— Gdy mnie bili, ciągle powtarzali: "To za sprzeciwianie się rosyjskiemu prawu" — dodaje.

(...)

— Wcześniej byli bardzo ostrożni, ponieważ wiedzieli, że Zachód ich obserwuje. Jednak odkąd Rosjanie zaczęli sobie lepiej radzić w Ukrainie, prorosyjscy aktywiści poczuli się swobodniej. Wiedzą też, że Stany Zjednoczone i Europa są zbyt rozproszone, by cokolwiek z tym teraz zrobić — tłumaczy politolog z Uniwersytetu Stanforda, Francis Fukuyama.

(...)

— Mam bardzo złe przeczucie. Od 25 lat jestem dziennikarką śledczą. Byłam nękana przez trzy poprzednie rządy, ale nigdy wcześniej w ten sposób — mówi prześladowana dziennikarka, Nino Zuriaszvili. Pokazała zdjęcia wulgarnych określeń wymalowanych czerwoną farbą na jej samochodzie oraz plakaty, które wisiały na jej drzwiach wejściowych, z jej podobizną podpisaną, jako "zagraniczna niewolnica pieniędzy". W jednym z anonimowych telefonów mężczyzna groził jej za nazwanie gruzińskiej ustawy o "zagranicznych agentach" rosyjskim prawem.

(...)

Bandy proputinowskich działaczy już trzykrotnie próbowały osaczyć lidera prozachodniej partii Girchi, Zuraba Japaridze. Udało mu się tego uniknąć tylko dlatego, że miał pozwolenie na broń i wystrzelił w powietrze, aby odstraszyć napastników.

onet.pl/Politico

niedziela, 19 maja 2024


Meduza: Jak ten wizerunek ma się do rzeczywistości?

Temur Umariow: W rzeczywistości nawet w tym aspekcie nic nowego nie wydarzyło się od początku wojny. Moskwa i Pekin nadal nieufnie nazywają się nawzajem sojusznikami. W rzeczywistości powody tego pozostają takie same, chociaż wojna uczyniła je bardziej przekonującymi.

Jakie są te powody?

Ani Rosja, ani Chiny nie chcą zrobić kroku w kierunku siebie nawzajem jako sojuszników, ponieważ wiąże się to z dużym ryzykiem. Chiny nie mogą wpływać na decyzje podejmowane przez Władimira Putina i jego otoczenie i obawiają się, że jeśli nazwą się sojusznikiem Rosji, będą musiały ingerować w konflikty, w które wcale nie chcą się angażować.

Takie samo stanowisko zajmuje Rosja. Rozumie, że Chiny mają skomplikowane stosunki z Indiami i Wietnamem, [że istnieje] konflikt terytorialny na Morzu Południowochińskim, problem Tajwanu. Są to dość ryzykowne i chwiejne tematy, w których Rosja nie chce zajmować jednoznacznego stanowiska. Przynajmniej na razie woli pozostać neutralna w tych kwestiach.

W przedostatnim wspólnym oświadczeniu wydanym po wizycie Władimira Putina w Pekinie [w lutym 2022 r.] w przededniu Igrzysk Olimpijskich znalazło się słynne zdanie, że Rosję i Chiny łączy "przyjaźń bez granic". Wszyscy wówczas interpretowali to jako ogłoszenie sojuszu, że Rosja i Chiny są teraz zdecydowanie razem przeciwko całemu światu. W rzeczywistości fraza ta, choć wyglądała bardzo patetycznie, była po prostu próbą uniknięcia słowa "sojusz".

Jeśli spojrzymy na najnowsze wspólne oświadczenie podpisane po wizycie Xi Jinpinga w Moskwie w 2023 r., nie ma tam "przyjaźni bez granic". Mówi się tylko o "partnerstwie".

Czy są jakieś inne zmiany w stosunkach?

Jedyną dużą zmianą od początku wojny jest rosnąca nierównowaga w tych stosunkach. Rosja staje się zależna od Chin w coraz większym stopniu. Stało się tak, ponieważ w wielu aspektach Rosja nie ma już innych alternatyw. Jeśli wcześniej mogła zrównoważyć chińską obecność [w gospodarce] z europejską (na przykład na rynku energii), teraz jest to niemożliwe. Teraz Rosji pozostały tylko Chiny. Jednocześnie Chiny mają wiele możliwości rozwoju swoich stosunków [międzynarodowych].

(...)

Nie tak dawno "Financial Times" napisał, że handel zagraniczny Chin obecnie się odradza, w szczególności dzięki eksportowi do Rosji. W 2023 r. Rosja stała się piątym co do wielkości partnerem handlowym Chin, awansując z dziewiątego miejsca w 2020 r. Jakie problemy są obecnie szczególnie dotkliwe dla chińskiej gospodarki? I w jaki sposób Rosja pomaga je rozwiązać?

Handel z Rosją naprawdę rośnie. Częściowo ten czynnik pozwolił Chinom poprawić swój handel zagraniczny od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Koronawirus uderzył w tę sferę dość mocno, Państwo Środka nie zniosło kwarantanny przez bardzo długi czas, obawiając się powtórki horroru, przez który przeszedł Wuhan. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że problemy chińskiej gospodarki to nie tylko handel — handel nie jest obecnie głównym motorem gospodarki.

Chiny nie produkują już dóbr konsumpcyjnych, ale przechodzą do bardziej wyrafinowanych sektorów globalnej produkcji. Od ok. 2007 r. Chiny starają się przeorientować swoją gospodarkę w kierunku konsumpcji krajowej, tak aby głównym motorem wzrostu była populacja i jej inwestycje. Jest to trudne, ponieważ zaangażowanie państwa w gospodarkę kraju jest bardzo wysokie.

Aby osiągnąć swój cel, chińskie władze muszą przejść transformację strukturalną, w szczególności polityczną. Jest to o tyle trudne, że w ciągu kilkunastu lat istnienia chińskiej gospodarki [w obecnym kształcie] wyłoniły się całe grupy elit, które nie chcą niczego zmieniać

Udział Rosji w tych procesach jest niezwykle niski; nie może ona w żaden sposób wpływać na konsumpcję wewnętrzną w Chinach. Częściowo pomogła przywrócić handel, ale nie może rozwiązać wszystkich innych kryzysów chińskiej gospodarki.

Na początku naszej rozmowy powiedział pan, że jednym z głównych trendów jest rosnąca zależność Rosji od Chin. Co Pekin sądzi o takiej pozycji Moskwy?

Kreml był zależny od Państwa Środka już wcześniej, ale po rozpoczęciu wojny zależność ta stała się znacznie bardziej zauważalna. Widać to w asortymencie chińskich towarów w rosyjskich sklepach. Najbardziej oczywistym przykładem są marki samochodów z Chin, które stały się popularne po tym, jak ceny europejskich marek stały się nieosiągalne dla przeciętnego nabywcy. To samo dzieje się na rynku smartfonów.

Jednocześnie nie twierdziłbym, że Chiny będą teraz aktywnie inwestować w rosyjską gospodarkę i że chińscy producenci telefonów zaczną teraz budować swoje fabryki w Rosji. Pekin postrzega Moskwę jako krótkoterminowy rynek o bardzo wysokim popycie — ale nie jako strategiczną okazję inwestycyjną. Inwestycje zawsze polegają na planowaniu długoterminowym, a w Rosji, jak wiemy, niemożliwe jest teraz planowanie nawet na rok do przodu, ponieważ nikt nie wie, co będzie dalej.

W połowie marca br. dziennikarze "The Moscow Times" i pracownicy organizacji non-profit Arctida opublikowali dochodzenie w sprawie tego, jak europejskie firmy nadal dostarczały sprzęt do rosyjskiego projektu Arctic LNG 2, dostarczając swoje produkty o wartości setek milionów euro w celu obejścia sankcji. Według ich danych europejski sprzęt dla Arctic LNG 2 jest importowany głównie z Chin. Jak pan myśli, dlaczego Chiny są zaangażowane w szarą strefę i mroczny eksport dla Rosji?

Z zewnątrz może się to wydawać tajnym planem, paktem między Xi Jinpingiem a Putinem, ale rzeczywistość, jak widzę, jest znacznie bardziej prozaiczna.

Po pierwsze, Chiny nie są jedynym krajem zaangażowanym w reeksport do Rosji. Zaangażowane są kraje Azji Środkowej, Turcja i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Widzą one ogromny popyt na niektóre towary w Rosji i zdają sobie sprawę, że można go łatwo zaspokoić bez żadnego ryzyka, zwłaszcza jeśli nie mówimy o towarach podwójnego zastosowania.

Wydaje mi się, że w tej kwestii [handlu] wszyscy są bardzo ostrożni w dostarczaniu Rosji towarów niezbędnych do prowadzenia wojny — niektórych elementów celowników, dronów itp. Tylko Korea Północna i Iran mogą to robić publicznie i bezpośrednio. Wszystko inne, tj. towary, które są oficjalnie niedostępne w Rosji i nie są związane z wojną, to szara strefa, w której nie zawsze jest jasne, co dokładnie narusza reżim sankcji. Każdy przedsiębiorca działa tak, jak chce. Nie widzę w tym nic politycznego. Jest to raczej czysto pragmatyczne pragnienie zarabiania pieniędzy.

onet.pl

Milan Jaros: Czy nie jest pan zbytnim optymistą? Włoska premier Giorgia Meloni powiedziała niedawno, że wojna trwa zbyt długo, że wszyscy są nią zmęczeni. Z zewnątrz wydaje się, że w USA też jest coraz więcej takich osób.

Timothy Snyder: Wśród amerykańskiej elity politycznej nadal istnieje bardzo wyraźna większość popierająca Ukrainę — zarówno w Senacie, jak i w Izbie Reprezentantów. W rzeczywistości nie ma kwestii w amerykańskiej polityce, co do której istniałby większy konsensus. Problem leży po stronie kilku bardzo zdeterminowanych republikanów, którzy ciężko pracują nad tym, by wstrzymać dostawy pomocy dla Kijowa. Ze względu na liczebność w Izbie Reprezentantów są oni w stanie blokować rząd USA i swoich partyjnych kolegów oraz robić inne ekstremalne rzeczy. To niewątpliwie daje im silną pozycję. Problemem nie jest więc utrata poparcia większości — a silna zorganizowana mniejszość i nasz system, który daje im większą wagę, niż mają w rzeczywistości.

Podczas wrześniowej wizyty w USA prezydent Zełenski został zapytany przez senatorów z Partii Demokratycznej o to, co by się stało, gdyby Stany Zjednoczone przestały wspierać Ukrainę. Odpowiedział, że Ukraina by przegrała. Czy ten scenariusz jest realny?

Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz, o której czasami zapomina się w Europie. Jest to przede wszystkim wojna europejska i Europejczycy muszą ją wygrać. I są do tego dobrze przygotowani. Żaden Europejczyk, oczywiście poza Ukraińcami, nie musi walczyć. Europa musi tylko sfinansować tę wojnę — a jej przewaga gospodarcza nad Rosją jest ogromna. Czasami słyszę z Europy, że Amerykanie nie wspierają Ukrainy wystarczająco lub nie będą tego robić w przyszłości. To najgorsza europejska tradycja, w której całą odpowiedzialność za wszystko, co dobre i złe, zrzuca się na Amerykanów.

Uważam, że administracja Bidena od początku prowadzi właściwą politykę wobec tej wojny. Tuż po jej wybuchu prezydent USA powiedział europejskim sojusznikom: "zrobimy, co w naszej mocy, ale nie możemy tego zrobić bez was, potrzebujemy was tam". To właściwe podejście. Berlin, Paryż, Londyn i Warszawa powinny być w stanie poradzić sobie bez nas — niezależnie od tego, czy Trump będzie w przyszłości w Białym Domu, czy nie.

To europejska wojna, ale nie można jej wygrać bez Stanów Zjednoczonych.

Nie do końca się z tym zgadzam. Niemcy subtelnie zwiększają swoją pomoc dla Ukrainy. Nowy polski rząd, który jest wyraźnie proukraiński, również jest zwiastunem pewnych zmian. Wierzę, że w przeciwieństwie do poprzedniej władzy, znajdzie on nowe sposoby na świadczenie skutecznej pomocy Ukrainie. Nie chcę jednak uciekać od Trumpa. 

(...)

"The Economist" pisze, że wojna w Ukrainie może potrwać przez kolejne pięć lat i stwierdza, że ani Rosja, ani Ukraina nie są skłonne do ustępstw, które doprowadziłyby do zakończenia konfliktu. Jak pana zdaniem dalej potoczą się wydarzenia?

Jako historyk muszę powiedzieć, że wojna to naprawdę nieprzewidywalne zjawisko. Musimy być powściągliwi w snuciu jakichkolwiek scenariuszy. Nieco większą pewność możemy mieć co do tego, jak ona się skończy — wojny dobiegają końca, gdy jedna ze stron doświadcza większej presji politycznej, niż jest w stanie znieść. Niekoniecznie musi stracić całe swoje terytorium.

Amerykanie przegrali w Wietnamie nie dlatego, że stracili całe kontrolowane przez siebie terytorium. Nie było to również spowodowane niemożnością dalszego finansowania wojny. Amerykanie przegrali w Wietnamie, ponieważ politycznie było to dla nich zbyt wiele. Tak zwykle kończą się wojny i tak zakończy się i ta — jedna lub druga strona nie będzie już w stanie poradzić sobie politycznie.

Teraz chodzi o to, kto pierwszy poniesie porażkę.

Myślę, że bardziej prawdopodobne jest, że będzie to Rosja, a nie Ukraina. Rosyjski system polityczny wydaje się silny i odporny, ale jeśli przypomnimy sobie marsz Prigożyna na Moskwę, widzimy, że w każdej chwili może tam dojść do zamachu stanu. Rosyjski system jest bardzo nieprzewidywalny. Ma tę cechę, którą mają wszystkie dyktatury — wygląda stabilnie, aż nagle okazuje się, że to tylko pozory. Myślę, że wojna zakończy się, gdy presja na obecny reżim w Rosji stanie się zbyt duża. Pytanie tylko, co ją wywoła.

onet.pl

Ta historia zaczyna się jakieś 20 lat temu, gdy Chiny postanowiły, że ich gospodarka dogoni świat w branży motoryzacyjnej. Pekin postawił wtedy na rodzącą się dopiero technologię napędu w stu procentach elektrycznego. Przez dwie dekady chiński rząd inwestował w ten projekt gigantyczne publiczne pieniądze, ściągał do fabryk i pracowni projektowych fachowe kadry z Zachodu, swoich inżynierów kształcił na najlepszych na świecie uczelniach i rozwijał technologię czasami metodami dalekimi od uczciwych.

W ten sposób Chiny dojechały do miejsca, w którym są dzisiaj. Tylko jeden z koncernów, BYD, wyprodukował w ubiegłym roku 3 mln elektryków. Z tego ćwierć miliona sprzedał na świecie. Przegonił Teslę i został liderem w swoim segmencie w Tajlandii, Meksyku czy Brazylii. W Japonii, krainie nowoczesnej motoryzacji, co piąty importowany samochód jest marki BYD. Nic dziwnego, bo w ubiegłym roku Chiny przegoniły Japonię w kategorii największy na świecie eksporter samochodów. Chińskie koncerny sprzedały za granicę prawie 5 mln aut, o blisko 60 proc. więcej niż rok wcześniej. Dlatego w portach buduje się specjalistyczne nabrzeża z rampami do załadunku samochodów. A marki motoryzacyjne zamawiają nowe statki do ich przewozu. W tym roku na wodzie ma stanąć co najmniej 30 nowych. Każdy może zabrać za jednym zamachem nawet 7 tys. samochodów i wykonać wiele kursów transoceanicznych. Na przykład do Europy.

Dlatego w europejskich portach zapychają się nabrzeża, place i parkingi, na których stawiane są sprowadzone z Chin auta. Ich liczba jest tak wielka, że porty zgłaszają problemy z rozładowaniem korków i wynajmują place na zewnątrz, by uporać się z klęską urodzaju. Bo chińskich aut jest więcej niż możliwości logistycznych rozwiezienia ich po starym kontynencie. Gardło okazało się wąskie, choć apetyty wielkie. Chińczycy walczą o europejski rynek, bo na swoim się już nie mieszczą. Ich potencjał produkcji samochodów na baterie znacznie przewyższa możliwości chińskich konsumentów. Kto miał kupić auto na prąd, już to zrobił. Wymieni je za kilka lat, a finansowany przez państwo przemysł nie może czekać z produkcją. Z taśm fabryk zjeżdżają tysiące elektryków, na które chętnych trzeba znaleźć za granicą. Stawką jest sukces chińskiej gospodarki. Faktyczny i propagandowy. Za wszelką cenę.

(...)

Amerykanie sięgnęli w walce z chińskim przeciwnikiem, po większy niż do tej pory kaliber - podnieśli cła. I to jak! Z 25 proc. do 100 proc. na chińskie samochody elektryczne. Wzrosną też cła na półprzewodniki, baterie, akumulatory, panele słoneczne, niektóre minerały, stal, aluminium oraz dźwigi i artykuły medyczne. A to znaczy, że chiński samochód elektryczny po zapłaceniu za niego cła będzie w USA kosztował niemal dwa razy więcej niż teraz. I przestanie być atrakcyjnym, tanim zakupem. Amerykanie chronią w ten sposób swój rynek przed zalewem chińskich aut, z którymi nie są w stanie konkurować cenowo. Zaś amerykański przemysł, zwłaszcza motoryzacyjny dostaje ekstra czas na technologiczny pościg za liderami. I to w stosunkowo komfortowej sytuacji, gdy tylko 2 proc. amerykańskiego importu to elektryki z Chin.

tokfm.pl

sobota, 18 maja 2024


Według doniesień siły rosyjskie wykorzystały znaczny potencjał walki elektronicznej (EW) do wsparcia znaczących taktycznie zysków w pierwszych dniach ograniczonej operacji ofensywnej w północnym obwodzie charkowskim. The Washington Post doniósł 17 maja, że elementy ukraińskiej brygady działające w północnym obwodzie charkowskim utraciły połączenie z dronami i systemami komunikacyjnymi z powodu intensywnego zakłócania rosyjskiego EW, gdy 10 maja siły rosyjskie rozpoczęły wtargnięcie do obwodu charkowskiego. Washington Post doniósł, że ukraińscy żołnierze oświadczyli, że rosyjskie zagłuszanie EW całkowicie zakłóciło satelitarne połączenie internetowe sił ukraińskich za pośrednictwem urządzeń Starlink, co podobno jest pierwszym przypadkiem, w którym rosyjski EW całkowicie przerwał ukraińskie połączenie Starlink od rozpoczęcia inwazji na pełną skalę. Ukraiński żołnierz powiedział Washington Post, że te zakłócenia zmusiły siły ukraińskie do komunikowania się wyłącznie za pośrednictwem radia i telefonu i uniemożliwiły siłom ukraińskim prowadzenie podstawowego rozpoznania. Siły rosyjskie i ukraińskie biorą udział w wyścigu ofensywno-obronnym obejmującym systemy EW i adaptacje przeciw EW, i godnym uwagi jest, że siły rosyjskie były w stanie osiągnąć tak powszechny efekt dzięki swoim zdolnościom EW w północnym obwodzie charkowskim. Siły rosyjskie mogły poczekać z rozmieszczeniem nowej adaptacji EW, aby wywołać powszechne zakłócenia na początku swojej ograniczonej operacji ofensywnej w północnym obwodzie charkowskim. 

Wyżsi dowódcy wojskowi NATO potwierdzili (..), że siły rosyjskie nie mają wystarczających sił, aby osiągnąć „strategiczny przełom” na Ukrainie. Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO na Europę i dowódca Dowództwa Stanów Zjednoczonych w Europie generał Christopher Cavoli oświadczył 16 maja, że ​​siły rosyjskie nie posiadają niezbędnej liczby żołnierzy ani umiejętności do prowadzenia operacji na skalę niezbędną do osiągnięcia i wykorzystania przełomu na szczeblu strategicznym na Ukrainie, i wyraził pewność, że siły ukraińskie „utrzymają linię” w pobliżu Charkowa. Cavoli zauważył, że państwa członkowskie NATO nie zaobserwowały, by siły rosyjskie gromadziły zasoby wymagane do takiego przełomu, co dodatkowo potwierdza niedawne oceny ISW, według których jest mało prawdopodobne, aby siły rosyjskie osiągnęły operacyjnie znaczące zyski przeciwko lepiej zaopatrzonym siłom ukraińskim podczas rosyjskiej letniej ofensywy. Dowódcy NATO wskazali jednak również, że siły rosyjskie przygotowują się do długoterminowego wysiłku wojennego. Cavoli stwierdził, że siły rosyjskie poprawiły się w niektórych nieokreślonych obszarach, ale nie poprawiły się w innych, mimo to rosyjskie wojsko udowodniło, że jest organizacją uczącą się. Przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, admirał Rob Bauer stwierdził, że rosyjska baza przemysłowa obronna (DIB) jest bardziej wydajna niż zachodnia baza przemysłowa DIB, ale siły rosyjskie w dalszym ciągu mają trudności z jakością żołnierzy i wyszkoleniem (...).

understandingwar.org

piątek, 17 maja 2024


Kirył Martynow: Jak to się stało, że zostałeś autorem jednego z najbardziej znanych kanałów kontrpropagandowych ("Na froncie Zzzzzzzzzzz bez zmian") i zajmujesz się analizą tak specyficznego materiału?

Iwan Filippow: Od pierwszych dni wojny czytałem kanały Z (chodzi o kanały tzw. korespondentów wojennych szerzących propagandowe narracje dotyczące agresji w Ukrainie — red.). Wyłaniający się z nich obraz wojny bardzo różnił się od tego, który przedstawiały oficjalne wiadomości. Czasami pojawiały się tam bardzo ostre teksty — wysyłałem je często do moich znajomych na czacie.

W pewnym momencie powiedzieli mi: "Wania, jeśli jeszcze raz wyślesz te bzdury, to cię stąd wyrzucimy". Założyłem więc osobny kanał, na którym mógłbym to wszystko umieszczać. Pojawili się subskrybenci, a ja zacząłem pracować z tym materiałem w bardziej systematyczny sposób. Teraz ta analiza zajmuje mi około dwóch i pół godziny dziennie. Monitoruję ok. 200 kanałów Z i wrzucam 6-7 publikacji każdego dnia.

Czego nie wiemy o tzw. rosyjskich korespondentach wojennych? Jakie szczegóły w ich postrzeganiu świata nam umykają, gdy koncentrujemy się na oczywistych aspektach ich propagandy?

A co dla ciebie jest oczywiste?

Przekaz sprowadzający się do jednego: zawsze byliśmy krzywdzeni, więc musimy się zemścić. Teraz przez tę wojnę staniemy się silniejsi. Mamy wiele problemów, ale razem damy radę.

Rzeczywiście tak można w skrócie przedstawić ich przekonania. Co jest mniej oczywiste? Po pierwsze — nie potrafią sprecyzować celu wojny. Nie mają wspólnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego walczą. Niektórzy oczywiście powtarzają oficjalne słowa, mówią o "denazyfikacji", "demilitaryzacji" i innych bzdurach. Po tym jednak zaczynają się niuanse. Są tacy, którzy podważają ukraińską państwowość czy odrębność języka. Inni wręcz przeciwnie — uważają, że państwo ukraińskie istnieje i ma odrębny język, ale jest tylko "zła Ukraina" i ta właściwa — czyli rosyjska.

Interesujące jest to, jak w ogóle pojawiła się ta przestrzeń w Telegramie. Istnieje ogromny mechanizm propagandy państwowej — "Komsomolskaja Prawda", RIA Novosti i wiele innych oficjalnych — czyli rządowych — publikacji, przedstawiających jedyny słuszny obraz "specjalnej operacji wojskowej". Dlaczego więc Rosjanie potrzebowali jeszcze osobnych kanałów na Telegramie? Otóż niektórzy z tych, którzy popierają wojnę, nagle zdali sobie sprawę z tego, że są okłamywani w telewizji. Zaczęli więc szukać innych źródeł informacji. Sądząc po dynamice, z jaką ta przestrzeń rośnie, można stwierdzić, że coraz więcej ludzi w Rosji szuka innych niż oficjalne źródeł informacji.

Nawet najbardziej lojalne kanały Z przedstawiają obraz wojny, który różni się od obrazu telewizyjnego — nie tylko pod tym względem, że kanały wojskowe mają mniej lub bardziej adekwatną ocenę strat armii rosyjskiej. Publikują potworne nagrania wideo, filmy przedstawiające rosyjskich wojskowych idących przez pola śmierci. Publikują spalone kolumny sprzętu, cmentarzyska pojazdów opancerzonych, których jest wiele.

Regularnie piszą o nierozwiązanych i nierozwiązywalnych problemach rosyjskiej armii, o których milczy telewizja. O problemach z zaopatrzeniem, z organizacją wojskowej biurokracji. Wprost mówią o tym, że armii brakuje transportu, pancerzy, ochotników do walki.

I jeszcze jedna ważna kwestia — twórcy tych kanałów sami zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo są marginalizowani i jak niewiele znaczą.

Ta społeczność wie, że w Rosji jest bardzo niewielu ludzi, którzy świadomie popierają wojnę. To jest ich główny temat.

Ekonomista Władisław Inoziemcew twierdzi, że po raz pierwszy od czasów cara Aleksieja Michajłowicza w Rosji stworzona została masowa armia najemników, w której głównym mechanizmem angażowania ludzi w wojnę są wysokie płatności. Czy kanały Z są zaniepokojone tym rozdźwiękiem między prawdziwymi motywacjami ludzi do pójścia na wojnę a sposobem, w jaki jest to przedstawiane przez oficjalną propagandę nazywającą najemników altruistycznymi bohaterami?

Istnieje pewna liczba tematów, które kanały Z na Telegramie wolą ignorować lub bardzo ostrożnie omijać. A nawet jeśli je poruszają, nigdy nie dochodzą do ostatecznej konkluzji. Jednym z tych tematów są właśnie pieniądze.

W zeszłym roku kanał Sanctuary Channel Eight napisał w jednym z tekstów, że front trzyma się obecnie na dwóch rzeczach: chciwości i strachu. Strachu żołnierzy przed tym, że trafią do karceru za odmowę wykonywania rozkazów, albo za dezercję i chęć zarobienia jak największej ilości pieniędzy. Bardzo często piszą oni na Telegramie o problemach z wypłatami, o tym, że trzeba dostarczyć wiele dokumentów, jak niechętnie państwo daje pieniądze.

Rzeczą, która mnie w pewnym momencie autentycznie zszokowała, był fakt, że kiedy armia rosyjska posuwa się do przodu, buduje ziemianki i fortyfikacje, robi to wszystko na własny koszt. Ministerstwo obrony może coś dać lub nie. Żołnierze sami naprawiają sprzęt — nie tylko wojskowy, ale i cywilny. Jedna jednostka poprosiła kiedyś o przysłanie jej dużej liczby ubrań, argumentując, że ma trzy zestawy do zmiany, ale są one przesiąknięte trupią trucizną — bo jest wiele ofiar śmiertelnych.

(...)

Na początku wojny Rosja deklarowała, że Kijów upadnie w ciągu trzech dni. Wszyscy oglądali przemówienia generała Igora Konaszenkowa, który teraz gdzieś zniknął. Pamiętam jego zdanie w stylu: "ostatnie neonazistowskie bandy uciekają przed naszymi nacierającymi wojskami w swoich banderowskich samochodach". Jak zmieniło się nastawienie tzw. korespondentów wojennych do ukraińskiej armii w trzecim roku wojny?

Czy można spotkać się z szacunkiem? Można, ale takich wpisów nie ma dużo. Czy jest więcej szacunku w porównaniu z pierwszymi dniami wojny? Nie, teraz jest więcej czystej nienawiści. I zmęczenia. Był taki moment, kiedy kanały Prigożyna rozpowszechniały narrację: "tak, jesteśmy w stanie wojny, tak, zabijemy was, ale jesteście godnymi przeciwnikami". Miało to związek z tym, co Prigożyn mówił w wywiadach. Odnosił się z pewnym szacunkiem do Sił Zbrojnych Ukrainy.

W pewnym momencie — również na początku wojny — autorzy kanałów propagandowych na Telegramie musieli wymyślić jakieś wytłumaczenie dla sukcesów ukraińskiej armii. Postanowili wyjaśnić je stwierdzeniem, że "ukraińskie wojsko walczy dobrze, ponieważ jego żołnierze są Rosjanami".

Ten motyw można znaleźć także dziś, ale teraz pojawia się więcej obelg.

Czy piszą coś o dezercji? Dostrzegają w ogóle taki problem?

Jest kilka kanałów, które o tym piszą, przyznają, że są pojedyncze formacje, które odmawiają wykonywania rozkazów. Rok temu pisali o tym jednak bardziej szczegółowo. Teraz niektóre rzeczy się znormalizowały. Przykładowo rok temu raczej nie pisali o stratach wagnerowców towarzyszących szturmowi na Bachmut. Teraz liczba 15 tys. zabitych podczas jakiegoś ataku stała się czymś powszechnym, nikt nie poświęca temu większej uwagi. /jednocześnie/ Wpisy o nowych ofiarach spotykają się teraz ze znacznie ostrzejszą reakcją — więc jest ich mniej. Dezercja jest gorącym tematem, jest mniej postów na jej temat.

Co sądzą o możliwym szturmie na Charków? Czy zdają sobie sprawę z ceny, jaką za to zapłacą?

Tak, najbardziej boją się teraz prawdziwego, pospiesznego szturmu na Charków, przeprowadzonego bez przygotowania. Boją się też tych, którzy do tego szturmu nawołują. Nie chcą, żeby do niego doszło. Piszą, że trzeba najpierw zebrać rezerwy, ogromną liczbę ludzi. Że nie da się tego zrobić bez mobilizacji. A tego tematu nawet nie zaczynają, bo od razu pojawiają się nieprzyjemne pytania — co zrobimy z pierwszą falą zmobilizowanych ludzi, jeśli nastąpi nowa mobilizacja? Czy pozwolimy im wrócić do domów?

Nieuchronnie dochodzą do odpowiedzi, że tak, oczywiście, pierwsza fala zmobilizowanych ludzi jest fizycznie niezdolna do walki, ponieważ ludzkie ciało po prostu nie jest przystosowane do tak wielu tak długich obciążeń. Ale co, jeśli zmobilizowani wrócą do domu i opowiedzą wszystko, co widzieli na froncie? Ich historie będą radykalnie różnić się od obrazów pokazywanych w telewizji.

Istnieje duże podobieństwo między wojną w Afganistanie a obecną rzeczywistością. Dziesięć lat temu byłem zdumiony, że poza wspomnieniami praktycznie nie ma książek w języku rosyjskim o opowiadających o konflikcie w tym kraju.

Nie ma też praktycznie żadnych filmów. W Ameryce, która również toczyła niesprawiedliwe wojny, stały się one przedmiotem refleksji. Amerykańskie kino bez końca zastanawia się nad tematem złych wojen. To próba odpowiedzi na pytania: jacy jesteśmy? Jak ta wojna na nas wpłynęła? Dlaczego się w nią zaangażowaliśmy? Gdzie popełniliśmy błąd i czego nas ona może nauczyć? Rosjanie nie mieli takiej refleksji dotyczącej wojny w Afganistanie. Powstały o niej góra trzy filmy, półtorej powieści i kilka bardzo niskiej jakości książek z gatunku literatury faktu. W popularnych mediach nie ma refleksji na temat ostatnich wojen rosyjskich — jeśli by była, nie pozwoliłaby władzom tak łatwo rozpocząć potwornej wojny w Ukrainie.

Rozmawiałem z ludźmi w Rosji, którzy wierzą w to, że pewnego dnia wszystko wróci do przedwojennej normy, że teraz muszą po prostu przeczekać, uporać się z tą anomalią. Czy uważasz, że zmiany, które zaszły w rosyjskim społeczeństwie w ciągu tych ponad dwóch lat są jeszcze odwracalne?

Bardzo chciałbym, żeby mieli rację, ale obawiam się, że nie mają. Wystarczy spojrzeć na konsekwencje wspomnianej wojny afgańskiej czy dwóch wojen czeczeńskich. Już pierwszy rok wojny w Ukrainie przewyższył pod kątem ofiar czy ludzi dotkniętych traumą te trzy wojny razem wzięte. Boję się wyobrażać sobie, co się stanie, gdy ta agresja się skończy. Nie sądzę, by po tak strasznej wojnie można było tak po prostu wrócić do sytuacji sprzed wojny.

Co więc stanie się z Rosją?

Rosyjskie społeczeństwo żyje teraz w bańce informacyjnej. Nawet ci, którzy śledzą wojnę, nie widzą wszystkich potwornych rzeczy, które ona generuje. Powiedzmy, że jutro wojna się kończy. Pół miliona ludzi wraca z frontu i zaczyna opowiadać o tym, co widzieli. Kreml nie będzie w stanie ich wszystkich powstrzymać. Podejście społeczeństwa rosyjskiego do wojny szybko ulegnie zmianie — bo historie, które będą słyszeć od żołnierzy, będą dalekie od chwalebnych zwycięstw, niezależnie od tego, kto wygra.

Wierzę, że rosyjskie społeczeństwo jest zdolne do pozytywnych zmian. Wierzę, że nastąpi moment akceptacji, moment skruchy. Mam nadzieję, że tego dożyjemy. Że w pewnym momencie społeczeństwo rosyjskie zda sobie sprawę z tego, co zrobiło.

Wydaje się, że wniosek, jaki rosyjskie społeczeństwo wyciągnęło z pierwszej wojny czeczeńskiej, był taki, że druga wojna czeczeńska nie jest wcale złym pomysłem.

Z tej wojny wyciągnięto fundamentalny wniosek na temat przywództwa w kraju — nie na temat samej wojny, dlaczego Rosja się w nią zaangażowała, o co w niej chodziło i czy była słuszna, czy nie. Wszyscy wiedzieli o błędach popełnionych przez ministerstwo obrony. Zobaczymy, jak będzie tym razem. Ci, którzy wrócą z wojny w Ukrainie, z pewnością będą mieli o czym opowiadać — to gigantyczna beczka prochu pod rosyjskim społeczeństwem.

Obawiam się, że będą powielać propagandę — że w to wszystko wciągnęli ich skorumpowani generałowie i cyniczne zachodnie rządy, więc nie mają innego wyjścia, jak tylko opracować plan zemsty. Uraza po tej wojnie może być znacznie silniejsza niż uraza z lat 90.

W kanałach propagandowych na Telegramie widać inną narrację. Sprowadza się ona do tego, że nawet za duże pieniądze nie warto wracać na front. Jeden z autorów pisze: "Pytałem znajomych, którym udało się wyrwać. Mówili, że za żadne pieniądze, nigdy więcej nie zbliżą się na odległość strzału armatniego do czegokolwiek związanego z rosyjską armią".

onet.pl/Nowa Gazieta