piątek, 3 maja 2024


Daleko na północy Rosji w Zatoce Ura, dawnej bazie atomowych okrętów podwodnych, powstać miało rosyjskie eldorado gazowe. To tam największy prywatny koncern gazowy w Rosji i jednocześnie konkurent państwowego Gazpromu, firma Novatek, zlokalizował dwie najważniejsze instalacje do skraplania gazu ziemnego (LNG) i wysyłania go w świat: Yamal LNG i znajdującą się na drugim brzegu zatoki Arctic LNG 2.

To właśnie ta druga miała być największym zakładem upłynniania gazu w Rosji. Miała też wskrzesić topniejące w ogniu wojny marzenie Putina. Według ukutej przed najazdem na Ukrainę strategii (z zatwierdzonej 9 czerwca 2020 roku Strategii Energetycznej Federacji Rosyjskiej do 2035 roku) do 2035 roku Rosja miała produkować od 80 do nawet 140 mln ton LNG rocznie, z czego tylko w Arktyce do 91 mln ton. Inwestycje Novateku miały sprawić, że Rosja stanie się największym producentem gazu skroplonego na świecie.

Po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę Rosja, na przekór coraz bardziej dokuczliwym sankcjom, parła do realizacji projektu Arctic LNG 2 w pierwotnym kształcie, bo w nowych realiach geopolitycznych to transportowany drogą morską gaz stał się kluczowym surowcem. Po pierwsze, miał pokryć straty wynikające ze zmniejszonych dostaw na zachód Europy za pomocą rurociągów (Unia Europejska nałożyła bowiem na transportowany w ten sposób gaz sankcje, a na rosyjski LNG - nie). Po drugie, miał pomóc w ekspansji w kierunku Azji, głównie Chin i Indii.

Pierwotnie Arctic LNG 2 miał być wyposażony w trzy linie produkcyjne, a każda z nich miała upłynniać do 6,6 mln ton gazu rocznie. To dawałoby łączną moc produkowania 19,8 mln ton LNG rocznie z gazu pochodzącego ze złoża Utrienneje, znajdującego się na Półwyspie Gydańskim.

W planach była potężna infrastruktura umożliwiająca transport gazu. Jak podkreśla Grzegorz Kuczyński z Warsaw Institute, terminal miał obsługiwać dwa masowce jednocześnie i gazowce klasy lodołamaczy. Byłby oknem na Azję, ale również pomóc w usprawnieniu i zmniejszeniu kosztów transportu LNG do Europy. 

Problem w tym, że sankcje już doprowadziły do ograniczenia skali tego projektu. Novatek nie jest w stanie ukończyć inwestycji w takim kształcie, jak planował. Według doniesień rosyjskiego dziennika "Wiedomosti" i ustaleń agencji Reutersa ostatecznie konieczne będzie ograniczenie infrastruktury Arctic LNG 2 do dwóch linii produkcyjnych. To zaś wymiernie zmniejszy przepustowość do 13,2 mln ton rocznie. Choć Rosja wciąż utrzymuje retorykę sukcesu, redukcja mocy będzie oznaczać realne straty wpływów.

(...)

Z kolei Filip Rudnik z Ośrodka Studiów Wschodnich podkreśla, że decyzja o ograniczeniu mocy Arctic LNG 2 jest próbą dostosowania się do ograniczeń wynikających z amerykańskich sankcji, które zmusiły spółkę do wyhamowania tempa działalności.

"Produkcja była stopniowo zmniejszana. Ta negatywna tendencja odbija się na całej produkcji Novateku i notuje się spadek jej dynamiki wzrostu. Według oficjalnych danych w I kwartale 2024 roku zakład wyprodukował 21,12 mld m sześc. LNG, co oznacza niewielki wzrost o 1,2 proc. rok do roku" - wylicza Rudnik w analizie opublikowanej na stronie internetowej OSW.

"Amerykańskie sankcje uniemożliwiły transfer sześciu gazowców klasy Arc 7, które zbudowano w stoczni Hanwha w Korei Południowej. Trzy z nich przeznaczone były dla Sovkomflot, trzy pozostałe dla japońskich Mitsui OSK Lines, ale wszystkie miały służyć do transportu LNG produkowanego w zakładach Novateku" - tłumaczy Rudnik. "W obawie przed wtórnymi sankcjami stocznia zawiesiła także prace nad kolejnymi 10 statkami przeznaczonymi dla Arctic LNG 2" - wyjaśnia ekspert. Tymczasem Rosja potrzebuje co najmniej 13 takich jednostek do obsługi terminala arktycznego LNG.

money.pl

Pożar w Domu Związków Zawodowych był kulminacją konfrontacji na ulicach Odessy między zwolennikami zjednoczonej Ukrainy a prorosyjskimi aktywistami. W tym czasie Rosja zaanektowała już Krym. Uzbrojeni separatyści zajęli miasta w obwodach donieckim i ługańskim, zabijając urzędników państwowych i lokalnych aktywistów, którzy stawiali im opór. W kwietniu proklamowano Doniecką, Ługańską i Charkowską Republiki Ludowe, z których władze ukraińskie były w stanie szybko zlikwidować tylko tę ostatnią.

Do niepokojów doszło także w Odessie. Obóz prorosyjskiego ruchu Antymajdan stanął na Kulikowym Polu, placu przed Domem Związków Zawodowych. Na tym tle 2 maja kibice odeskiego klubu sportowego Czernomoriec i charkowskiego klubu Metalista postanowili zorganizować wspólny marsz "Za Zjednoczoną Ukrainę" przed meczem o mistrzostwo kraju w piłce nożnej. Do akcji przyłączyły się inne organizacje i aktywiści lokalnego Euromajdanu.

Według organizatorów demonstracji dzień wcześniej uzgodnili oni trasę z przedstawicielami Antymajdanu, by uniknąć starć. Ci z kolei obiecali nie organizować kontrdemonstracji. Jednak nie wszystkie siły prorosyjskie uznały te ustalenia.

Marsz "Za Zjednoczoną Ukrainę" rozpoczął się ok. godz. 15. Pierwsze starcia miały miejsce na placu Greckim, około 2,5 km od Domu Związków Zawodowych. Aktywiści obu stron rzucali w siebie kamieniami, środkami pirotechnicznymi i koktajlami Mołotowa, rozbijali witryny sklepowe, przystanki i samochody. Użyto również broni palnej. Zginęło sześć osób, w tym aktywista Euromajdanu Andriej Biriukow i członek skrajnie prawicowego ukraińskiego Prawego Sektora Igor Iwanow.

Masowe zamieszki w centrum Odessy trwały około sześciu godzin — i rozprzestrzeniły się na Kulikowe Pole. Kibice szturmowali miasteczko namiotowe aktywistów Antymajdanu. 300-350 aktywistów tego ruchu schroniło się w Domu Związków Zawodowych.

Niektórzy z nich wnieśli z ulicy do budynku resztki drewnianych barykad, a także kanistry i agregaty prądotwórcze z benzyną. Uczestnicy konfrontacji kontynuowali obrzucanie się koktajlami Mołotowa — i wkrótce w Domu Związków Zawodowych wybuchł pożar. Dziesiątki osób zostało uwięzionych w budynku. 32 osoby zmarły w wyniku zatrucia tlenkiem węgla, a 10 kolejnych wyskoczyło przez okna i zginęło. Ratownicy dotarli na miejsce dopiero pół godziny po wybuchu pożaru.

(...)

Przekształcenie bardzo realnego pożaru i śmierci bardzo realnych ludzi w mit rozpoczęło się niemal natychmiast po 2 maja 2014 r. Nieodzownym elementem propagandowego pompowania był kontrast między mieszkańcami Odessy, którzy rzekomo byli prorosyjscy i martwili się o status języka rosyjskiego w Ukrainie, a "faszystowskimi radykałami", którzy przybyli z Kijowa i Lwowa, by ich zabić. Nigdy wcześniej rosyjscy propagandyści nie używali dehumanizującej retoryki wobec Ukrainy tak chętnie i rażąco.

W rosyjskiej telewizji Dom Związków Zawodowych w Odessie został natychmiast porównany do Chatynia. Rosjanom wrzucono tak wiele różnych i często sprzecznych wersji tego, co się wydarzyło w Odessie, że widzowie nie mieli możliwości odróżnienia faktów od fikcji. Opowiadano, że członkowie Prawego Sektora szturmowali budynek, zabijając, gwałcąc, torturując i rozczłonkowując mężczyzn, kobiety i dzieci. Pożar został opisany jako "zaplanowana masakra" poprzedzona "rozkazem zniszczenia", a także jako "mord rytualny" i "specjalna operacja satanistyczna". Pojawiła się również historia o ciężarnej kobiecie rzekomo spalonej żywcem — analogiczna do fałszywki o ukrzyżowanym chłopcu, która pojawiła się kilka miesięcy później.

Badacze dezinformacji uważają, że to właśnie ta i podobne kampanie propagandowe normalizowały radykalne antyzachodnie i antyukraińskie postawy oraz promowały poparcie dla samozwańczych republik ludowych w obwodach donieckim i ługańskim. Wielu rosyjskich ochotników twierdzi, że to właśnie "Odeski Chatyn" przekonał ich do walki w Donbasie.

onet.pl

Ukraińcy otrzymali 31 Abramsów w wersji M1A1SA. Trafiły na stan 47. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej, która od lutego wykorzystywała czołgi na najtrudniejszym odcinku pod Awdijiwką i Berdyczami. Ukraińcy w ciągu dwóch miesięcy stracili prawdopodobnie cztery pojazdy. Dwa zostały poważnie uszkodzone i nie wiadomo, czy nadają się do remontu, a dwa kolejne uszkodzone i porzucone przez załogi. W tym przypadku bardzo trudno będzie odzyskać pojazdy, które utknęły na ziemi niczyjej.

26 lutego rosyjski bezzałogowiec trafił w magazyn amunicji jednego z Abramsów. Znajduje się on w tyle wieży. Uderzenie doprowadziło do zapłonu amunicji, jednak wóz w żaden inny sposób nie został uszkodzony. Spanikowana załoga opuściła pojazd i wycofała się. Wszystko wskazuje, że prócz wypalenia amunicji, wóz nie odniósł żadnych innych uszkodzeń i gdyby załoga nie spanikowała, mogłaby się bezpiecznie wycofać. Dopiero po porzuceniu pojazdu, Rosjanie kilka razy ponownie trafili bezbronny czołg.

Z kolei 3, 5 i 10 marca załogi porzuciły Abramsy, które zostały lekko uszkodzone. Jeden po wjechaniu na minę stracił gąsienicę, pozostałe dwa – trafione przeciwpancernymi pociskami kierowanymi 9M133 Kornet. W obu przypadkach nie doszło do przebicia pancerza burtowego, jednak załogi porzuciły pojazdy.

Być może wynika to z doświadczeń ukraińskich pancerniaków, którzy wcześniej służyli na czołgach radzieckiej konstrukcji. Dla nich takie ciosy byłyby najpewniej śmiertelne. Po penetracji kadłuba następuje reakcja łańcuchowa – eksplozja ładunków w nieosłoniętym pancerzem magazynie karuzelowym wyrywa z pojazdu wieżę, wyrzucając ją w powietrze.

Działa to dokładnie tak samo, jak w dziecięcych zabawkach – im większe ciśnienie, tym korek leci dalej. Skutki eksplozji amunicji widać na wielu nagraniach z frontu – wyrzucone z ogromną siłą wieże biją rekordy w wysokości i odległości lotu. Oczywiście załoga takiej maszyny ginęła natychmiast, chyba że eksplozja następowała już po opuszczeniu przez nią pojazdu.

Wspomniane już zachodnie rozwiązanie – amunicja w pancernym magazynie – zapobiega takim sytuacjom. Znakomitym przykładem działania systemu jest trafienie pojazdu z 26 lutego, który otrzymał bezpośrednie trafienie w magazyn amunicji, a mimo to załoga przeżyła.

Wynika to z zachodniej doktryny wojennej – załoga ma przeżyć, jej wyszkolenie jest kosztowne i czasochłonne. W przypadku ukraińskich Abramsów to się udało. Ba, trafione czołgi mimo zniszczeń wciąż nadawały się do bezpiecznego wycofania z pola walki. To, że do tego nie doszło, wynika z niskiego wyszkolenia ukraińskich pancerniaków i skandalicznych wręcz błędów w taktyce użycia czołgów.

Wielokrotnie na nagraniach można było zauważyć czołgi atakujące bez wsparcia bojowych wozów piechoty, a nawet bez samej piechoty. Umożliwia to podejście przeciwnikowi na niewielką odległość i odpalenie pocisku przeciwpancernego wprost w najsłabiej chronione boki i tył.

Na opublikowanych w sieci filmach wyraźnie widać, że Ukraińcy prowadzą ogień z nieprzygotowanych, odsłoniętych pozycji, nie zmieniają miejsca po oddanym strzale, narażając się na zniszczenie pojazdu.

26 kwietnia agencja prasowa Associated Press poinformowała, że 47. Brygada tymczasowo wycofała z walk pozostałe Abramsy ze względu na zagrożenie ze strony rosyjskich bezzałogowców i amunicji krążącej. Nieoficjalnie mówi się jednak, że głównym celem jest zmiana taktyki działania Abramsów na polu walki.

onet.pl

czwartek, 2 maja 2024


W pierwszym kwartale całkowity wolumen dochodów z ropy i gazu federalnego skarbu państwa osiągnął ponad 3 bln rubli (129 mld zł) i prawie podwoił poziom z ubiegłego roku (1,6 bln rubli, czyli ok. 68 mld zł). Jest to jednak w pełni wyjaśnione przez podatki od wydobycia ropy: przychody z podatku od odpraw naftowych wzrosły o 98 proc.

Tymczasem dochody z eksportu gazu zbliżyły się do poziomu najniższego w ciągu sześciu lat dostępnych statystyk ministerstwa finansów. Rosyjski skarb państwa otrzymał porównywalne kwoty — średnio nieco ponad 100 mld rubli (4 mld zł) na kwartał — tylko podczas pandemii w 2020 r., kiedy ceny gazu w Europie spadły do najniższych poziomów, a magazyny były przepełnione z powodu braku popytu.

Odcinając dostawy do większości krajów europejskich, Gazprom stracił swój największy rynek, z którym budował więzi przez dziesięciolecia. W ubiegłym roku jego eksport wyniósł zaledwie 69 mld m sześc. i był najniższy od 1985 r. W porównaniu z 2022 (100,9 mld m sześc.), który był już najgorszym rokiem w historii firmy, ilość gazu pompowanego za granicę spadła o kolejną jedną trzecią. W porównaniu z wynikami sprzed wojny (185 mld m sześc. w 2021 r.) eksport Gazpromu wzrósł trzykrotnie.

Dostawy do Europy spadły do 28 mld m sześc. — poziomu z drugiej połowy lat 70. ubiegłego wieku. A produkcja Gazpromu, która wyniosła zaledwie 404 mld m sześc., była najniższa w ciągu 34 lat istnienia firmy.

Według raportów Gazpromu w ubiegłym roku przychody koncernu spadły o jedną trzecią, zysk operacyjny o 80 proc., a jego podstawowa działalność — produkcja i sprzedaż gazu — stała się nierentowna. Przyniosło to firmie straty w wysokości 291 mld rubli (12 mld zł).

onet.pl


W Hermannsburgu (Dolna Saksonia) podpalono letni dom Armina Pappergera, szefa największej niemieckiej firmy zbrojeniowej Rheinmetall.

Do podpalenia przyznali się lewicowi ekstremiści. Nazwali firmę  Rheinmetall „jednym z beneficjentów tzw. punktu zwrotnego”. Tym terminem (Zeitenwende) niemiecki kanclerz Olaf Scholz nazywa wojnę na Ukrainie. Swoje działania ekstremiści  tłumaczą faktem, że niemiecka firma wzbogaca się kosztem konfliktu na Ukrainie.

„W nocy z 28 na 29 kwietnia 2024 r. zainstalowaliśmy urządzenie zapalające w letnim domu Armina Pappergera” – Bild cytuje oświadczenie radykałów opublikowane na platformie Indymedia.

Radykałowie uważają, że Rheinmetall celowo i sukcesywnie gromadzi „różne stare typy czołgów” i innego rodzaju uzbrojenia, które „można teraz sprzedać Ukrainie wraz z amunicją” zyskując na tym ogromne korzyści materialne. Zatem, jak piszą w oświadczeniu, „Rheinmetall planuje, produkuje i zabija nie tylko na skalę narodową”.

Radykałowie zażądali także uwolnienia z więzienia byłej członkini grupy terrorystycznej Frakcja Czerwonej Armii (RAF) Daniele Klette. (...)

rp.pl/Bild

Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości domaga się uznania za „organizację ekstremistyczną” Antyrosyjski Ruch Separatystyczny. Nikt o nim nie słyszał ani w Rosji, ani poza nią, nikt też nie widział śladów jego działalności.

Ale resort twierdzi, że to „międzynarodowy (!) ruch społeczny, który zajmuje się niszczeniem wielonarodowościowej jedności i terytorialnej integralności Rosji”.

Podobnie było jesienią ubiegłego roku z nieistniejącym „Międzynarodowym Ruchem Społecznym LGBT”, który nagle wykryły rosyjskie władze czy „Międzynarodowym Młodzieżowym Ruchem Kolumbajn” (od nazwy szkoły Columbine w amerykańskim stanie Kolorado, gdzie w 1999 roku doszło do jednej z największych szkolnych, masowych strzelanin – zginęło w niej 15 osób).

Moskwa uważa, że istnieje międzynarodowa organizacja „Kolumbajn”, która organizuje przemoc z użyciem broni w rosyjskich szkołach. Żaden z rosyjskich urzędników nigdy w życiu nie przyzna, że procesy społeczne – choćby z użyciem przemocy – powstają spontanicznie. Według Kremla, za każdym działaniem społecznym ktoś stoi, „pociąga za sznurki” i „wyjmuje kasztany z ognia cudzymi rękoma”.

Rosfinmonitoring, federalna agencja zajmująca się formalnie wyłącznie zwalczaniem prania brudnych pieniędzy wpisała na listę „organizacji ekstremistycznych i terrorystycznych” ruch „Ja/My Siergiej Furgał”. Takie hasło na plakietkach, nalepkach, transparentach (oraz hashtag w sieciach społecznościowych) umieszczali demonstranci w Chabarowsku nad Amurem, protestujący prawie codziennie przez rok (2019-20) przeciw aresztowaniu gubernatora Siergieja Furgała, który wygrał wybory ale został aresztowany na rozkaz Kremla.

Nikt nie widział jednak takiej organizacji (ani nad Amurem, ani w całej Rosji), protest był spontanicznie organizowany przez mieszkańców Chabarowska za pomocą internetu. Mimo to rosyjska prokuratura twierdzi, że „Ja/My Siergiej Furgał” „dążyła do zmiany władzy przemocą”, a w tym celu „rozpowszechniała wezwania do działalności ekstremistycznej i terrorystycznej, organizowani masowych rozruchów, dokonywania zamachów na przedstawicieli władz”.

- Można uznać za ekstremistyczną organizację całą określoną grupę (lub grupy) różnych aktywistów społecznych, czy ludzi których łączy jakiś wspólny cel. Jeśli nadal będą uczestniczyli w jakichś akcjach, łatwo ogłosić że są ekstremistami czy terrorystami – sądzi jeden rosyjskich prawników Maksim Oleniczew.

- W ten sposób następuję kryminalizacja jakiegokolwiek społecznego protestu – dodaje.

Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego teraz rosyjskie władze nagle zaczęły się publicznie obnosić ze swoim uwielbieniem dla teorii konspiracyjnych i czemu ma służyć prześladowanie nieistniejących organizacji.

Zwrócono jednak już uwagę, że „taki model działania okazał się bardzo efektywny”. Jesienią 2023 roku ogłoszono, że nieistniejący „Międzynarodowy Ruch Społeczny LGBT” jest „terrorystyczny i ekstremistyczny”. W ciągu pół roku zlikwidowano społeczną aktywność różnorodnych grup nieheteroseksualnych w Rosji: ich grupy samopomocowe, własne kluby i bary czy kancelarie prawne udzielające wsparcia.

(...)

Najnowszy wymysł Kremla („Antyrosyjski Ruch Separatystyczny”) pozostaje jednak zagadką: kogo i za co zamierzają rosyjskie władze sądzić pod zarzutem przynależności do niego.

- Prześladowani mogą być ludzie nie uznający przynależności do Rosji okupowanych terenów Ukrainy: Krymu, obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego czy chersońskiego – zastanawia się w rozmowie z niezależną „Nową Gazetą – Europa” prawniczka Anastasia Burakowa.

Od razu też dodaje, że ponieważ według tworzących prawo „Rosja nigdzie się nie kończy” dlatego „powodem dla prześladowań mogą być dowolne publikacje czy wypowiedzi, niezależnie od obywatelstwa ich autorów, miejsca ich zamieszkania czy używanego języka”.

Ale obecnie nikomu nie jest do żartów. – Zagrożone są wszelkie ruchy narodowe w republikach narodowościowych (w Rosji jest 27 regionów stworzonych na bazie narodowej: republik czy obwodów-red.), zrzeszenia Nieńców, Baszkirów, Tatarów i innych narodów mieszkających w Rosji. (…) Jakiekolwiek wypowiedzi o żyjących w Rosji narodach i narodowościach i ich historii, jeśli nie spodobają się urzędnikom, mogą zostać uznane za „ekstremistyczne” – mówi Burakowa.

 Ale nie jest wykluczone, że teraz będą w Rosji karać nawet za użycie słów „okupowane” czy „anektowane” terytoria w stosunku do części Ukrainy zajętej przez rosyjską armię.

rp.pl

Siły rosyjskie pogłębiły i poszerzyły wyłom w ugrupowaniu ukraińskim w rejonie Oczeretynego (obrońcy utrzymują się na wschodnich obrzeżach), zajmując leżące na południe od niego Sołowjowe i Nowobachmutiwkę. Opanowały także Nowokałynowe (6 km na wschód od Oczeretynego), tworząc pomiędzy oboma miastami „worek”, w którym znajdują się pozostałe w tym rejonie siły ukraińskie. Najbliższy punkt oparcia obrońców stanowi Archanhelśke, leżące w obniżeniu na północ od wymienionych miejscowości. W rejonie Oczeretynego Rosjanie mają trzykrotną przewagę liczebną – 10 tys. żołnierzy vs. 3 tys. obrońców. Nominalnie Ukraińcy wciąż dysponują zgrupowaniem silniejszym, liczącym siedem brygad (w pełni ukompletowane liczyłyby ok. 30 tys. żołnierzy), wobec jednej dywizji i dwóch brygad rosyjskich (20–25 tys. żołnierzy), niemniej każda z ukraińskich brygad jest zdolna wystawić najwyżej jeden batalion. Oznacza to, że Rosjanie kierują do walki około połowy zgrupowania (uwzględniając jego nominalną liczebność), natomiast Ukraińcy ok. 10% stanu wyjściowego, co wskazuje na skrajne wyczerpanie obrońców.

W Krasnohoriwce Rosjanie opanowali większość rejonu przemysłowego na południu miasta, a walki przeniosły się do jego centrum. Również na północno-wschodnich obrzeżach udało im się przełamać obronę, co grozi Ukraińcom uderzeniem na miasto z nowego kierunku, a na zachód od Awdijiwki wyparły obrońców z wsi Semeniwka i Berdyczi, umacniając się tym samym na zachodnim brzegu rzeki Durna.

Po wielotygodniowej przerwie zaktywizowało się zgrupowanie agresora na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Na południowy wschód od Kupiańska siły ukraińskie zostały wyparte z części pozycji, z kolei na południowy zachód od Swatowego Rosjanie mieli osiągnąć obrzeża Makijiwki nad rzeką Żerebeć. Na południe od Orichiwa w obwodzie zaporoskim jednostki rosyjskie miały wyprzeć obrońców z Robotynego, którego zajęcie w sierpniu 2023 r. stanowiło kulminacyjny moment ukraińskiej ofensywy, nadal jednak trwają walki na jego północnych obrzeżach. Nie przyniosły natomiast rezultatu dalsze rosyjskie ataki w rejonie Czasiw Jaru, do którego Ukraińcy skierowali kolejne wzmocnienia.

Mimo widocznych postępów na froncie nie widać oznak, aby Rosjanie budowali zgrupowanie ofensywne mające przekuć sukces taktyczny w operacyjny. W dalszym ciągu ich głównym celem pozostaje maksymalne rozproszenie i wyczerpanie obrońców, a postępy terenowe są tego rezultatem. Doniesienia z rejonu Oczeretynego wskazują, że przynajmniej część jednostek ukraińskich została zdekompletowana w stopniu wykluczającym ich użycie zgodnie z nominalnym stanem osobowym. Kwestią otwartą pozostaje, na ile jest to spowodowane wykruszaniem się personelu i niemożliwością jego uzupełnienia, a na ile niedoborem amunicji i wyposażenia. Dodatkowy problem stanowi niedostatek ufortyfikowanych pozycji obronnych. Przykład Czasiw Jaru potwierdza, że do skutecznego powstrzymywania agresora niezbędne są zarówno rotacja i wzmacnianie walczących wojsk, jak i wcześniej przygotowane linie obrony. W rejonach, w których dowództwo ukraińskie nie wykazało dostatecznej determinacji w kwestii zorganizowania obrony i nie dysponuje odpowiednimi rezerwami, postępy rosyjskie są zdecydowanie szybsze niż w poprzednich miesiącach.

osw.waw.pl

środa, 1 maja 2024


Oto jak to działa. Wyobraź sobie kobietę o imieniu Marcela. Ma telefon Google Pixel z zainstalowaną aplikacją Weather Channel. Wychodząc na zewnątrz, żeby pobiegać, widzi zachmurzone niebo. Marcela otwiera więc aplikację, aby sprawdzić, czy prognoza przewiduje deszcz.

Klikając niebieską ikonę Weather Channel, Marcela wywołuje szaleństwo działań cyfrowych, których celem jest zaprezentowanie jej spersonalizowanej reklamy. Zaczyna się od podmiotu zwanego giełdą reklamową, czyli w zasadzie ogromnego rynku, na którym miliardy urządzeń mobilnych i komputerów powiadamiają scentralizowany serwer, gdy tylko dostępna jest wolna przestrzeń reklamowa.

W mgnieniu oka aplikacja Weather Channel udostępnia tej giełdzie reklam mnóstwo danych, w tym adres IP telefonu Marceli, wersję Androida, na którym działa, operatora oraz szereg danych technicznych na temat sposobu, w jaki telefon jest skonfigurowany, aż do rozdzielczości ustawionej rozdzielczości ekranu. Co najcenniejsze, aplikacja udostępnia dokładne współrzędne GPS telefonu Marceli oraz pseudonimowy numer identyfikacyjny reklamowy przypisany jej przez Google, zwany AAID. (Na urządzeniach Apple nazywa się to identyfikatorem IDFA.)

Dla laika identyfikator reklamowy to ciąg bełkotu, coś w rodzaju bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912. Dla reklamodawców to kopalnia złota. Wiedzą, że bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 posiada urządzenie Google Pixel z aplikacją Nike Run Club. Wiedzą, że bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 często odwiedza Runnersworld.com. I wiedzą, że bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 pożąda pary nowych butów wyścigowych Vaporfly. Wiedzą o tym, ponieważ Nike, Runnersworld.com i Google są podłączone do tego samego ekosystemu reklamowego, a wszystkie mają na celu zrozumienie zainteresowań konsumentów.

Reklamodawcy wykorzystują te informacje podczas kształtowania i wdrażania swoich reklam. Załóżmy, że Nike i Brooks, inna marka butów do biegania, próbują dotrzeć do miłośniczek biegania w określonym przedziale dochodów lub w określonych kodach pocztowych. W oparciu o ogromne ilości danych, które mogą pobrać z eteru, mogą zbudować „odbiorcę” – zasadniczo ogromną listę identyfikatorów reklam klientów, o których wiadomo lub podejrzewa się, że interesują się rynkiem butów do biegania. Następnie podczas natychmiastowej, zautomatyzowanej aukcji prowadzonej w czasie rzeczywistym reklamodawcy informują cyfrową giełdę reklam, ile są skłonni zapłacić, aby dotrzeć do konsumentów za każdym razem, gdy ładują aplikację lub stronę internetową.

Istnieją pewne ograniczenia i zabezpieczenia dotyczące wszystkich tych danych. Technicznie rzecz biorąc, użytkownik może zresetować przypisany mu numer identyfikacyjny wyświetlania reklam (choć niewiele osób to robi lub nawet wie, że taki posiada). Użytkownicy mają pewną kontrolę nad tym, co udostępniają, za pośrednictwem ustawień aplikacji. Jeśli konsumenci nie zezwolą aplikacji, której używają, na dostęp do GPS, giełda reklam nie będzie mogła na przykład pobrać lokalizacji GPS telefonu. (A przynajmniej nie powinno. Nie wszystkie aplikacje przestrzegają zasad i czasami nie są odpowiednio sprawdzane, gdy znajdą się w sklepach z aplikacjami).

Co więcej, platformy licytacji Ad Exchange dokładają minimalnej staranności w stosunku do setek, a nawet tysięcy podmiotów obecnych na ich serwerach. Dzięki temu nawet przegrywający licytanci nadal mają dostęp do wszystkich danych konsumentów, które pobrano z telefonu podczas zapytania o ofertę. Na tym zbudowano cały model biznesowy: pobieranie danych z sieci licytacyjnych w czasie rzeczywistym, pakowanie ich i odsprzedaż, aby pomóc firmom zrozumieć zachowania konsumentów.

Geolokalizacja to najcenniejsza część danych komercyjnych pobieranych z tych urządzeń. Zrozumienie ruchu telefonów to obecnie branża warta wiele miliardów dolarów. Można go używać do wyświetlania reklam ukierunkowanych na podstawie lokalizacji, na przykład dla sieci restauracji, która chce wyświetlać reklamy kierowane osobom w pobliżu. Można go wykorzystać do pomiaru zachowań konsumentów i skuteczności reklamy. Ile osób zobaczyło reklamę, a następnie odwiedziło sklep? Analitykę można wykorzystać do planowania i podejmowania decyzji inwestycyjnych. Gdzie najlepiej umieścić nowy sklep? Czy będzie wystarczający ruch pieszy, aby utrzymać taki biznes? Czy liczba osób odwiedzających danego sprzedawcę będzie w tym miesiącu rosnąć czy spadać i co to oznacza dla ceny akcji tego sprzedawcy?

Ale tego rodzaju dane przydadzą się do czegoś innego. Ma niezwykły potencjał nadzoru. Dlaczego? Ponieważ to, co robimy na świecie za pomocą naszych urządzeń, nie może być tak naprawdę anonimowe. Fakt, że reklamodawcy znają Marcelę jako bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 i obserwują, jak porusza się po świecie online i offline, prawie nie zapewnia jej ochrony prywatności. Podsumowując, jej nawyki i rutyna są dla niej wyjątkowe. Nasz ruch w świecie rzeczywistym jest bardzo specyficzny i osobisty dla każdego z nas.

wired.com

Kaczyński nie chciał być naiwny. Nie chciał postępować jak większość jego własnej inteligenckiej grupy, która ledwie minął 1989 r., uznała, że jedynym problemem jest tłum, który chce chleba, nie reform, oraz chybotliwa scena partyjna. Cała reszta miała być doskonała, demokracja, państwo, prawo, elity. Do tego świata Kaczyński wdarł się z ważnymi pytaniami.

Czemu komunizm upadł tak łatwo? Czy na pewno upadł? Czy pozostawił w Polsce ludzi wobec Moskwy lojalnych? Czy można wierzyć dawnym generałom? Dawnym dyplomatom? Czy w ogólności można wierzyć postkomunistom? Czy tacy ludzie stanowią dobry materiał do budowy nowego państwa? Czy nie lepiej wziąć ludzi nowych, choćby z ulicy?

Czemu ludzie starego sytemu biorą całą własność? Przez lata nomenklaturę, czyli dyrektorów państwowych firm, uważano za najgłupszych ludzi w systemie, teraz nagle stali się fachowcami. Czemu nie zmieniamy prawników? Przecież wiadomo, że prawo to prawnicy. Na podstawie tej samej konstytucji amerykańscy prawnicy dowodzili, że niewolnictwo jest normalne, aby potem na podstawie tej samej konstytucji uznać je za nienormalne. Co pokazywało, że od litery prawa ważniejsze jest to, w co wierzy sędzia stosujący prawo. Skoro pozostaną sędziowie komunistyczni, pozostaną praktyki komunistyczne.

To, co mówił Kaczyński, wprowadzało ożywczy ferment. Liderów tamtej epoki nie dało się słuchać. Mazowiecki i Geremek, prywatnie bystrzy ludzie, publicznie mówili nie tylko okrągłymi zdaniami, ale przede wszystkim głupimi zdaniami. W ich intencji miały to być uspokajające masy slogany, było odwrotnie. Kiedy mówili o postkomunistach, że nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, że kultura demokratyczna, że etos, że standardy, ciarki przechodziły po plechach.

– Oni nic nie rozumieją – to była pierwsza myśl, jaka przychodziła do głowy – na wielkiej politycznej wojnie zachowują się jak obłąkani, jeden podszedł do wroga, włożył kwiatek w lufę, drugi dał broszurkę o pacyfizmie.

Sceptycyzm Kaczyńskiego wobec tego, co mówią liberalne elity, był zasadny. Zagrożenie związane z byłymi komunistami było realne. Ale od początku budziło zdziwienie, że opisując komunistyczne zagrożenie, Kaczyński nie bije w komunistów. Obiektem krytyki byli wyłącznie inteligenccy przeciwnicy plus Wałęsa. Kwaśniewski, Miller, Oleksy nigdy nie pojawiali się w jego diagnozach, nawet gdy w pełni sformułował diagnozę postkomunistycznego układu, a postkomuniści przejęli pełnię władzy nad państwem.

Nadal skupiał się wyłącznie na liderach liberalnych elit. Skanował rzeczywistość nie pod kątem tego, co robi układ, ale co źle zrobiła solidarnościowa inteligencja. Problemy postkomunistycznego państwa interesowały go, o ile były winami związanymi z inteligencką diagnozą.

Potwierdził to fakt, że samego układu nigdy nie opisał, postkomunistyczny układ pozostał wyłącznie metaforą zła. Nie wiadomo było, jakie siły społeczne składają się na niego, jakie sektory państwa i gospodarki kontrolują, jakie panują w układzie wewnętrzne hierarchie.

Było sporo mglistych uwag o dawnych służbach, o bankach, o agenturalnych powiązaniach, o WSI, ale nie tak się opisuje grupę rządzącą realiami. Kaczyński mówił tak okrągło, tak zdawkowo, jakby układ miał siedzibę na Marsie. Do dziś trudno zrozumieć, czemu prawica zadowoliła się takim półproduktem.

Układy, owszem, istnieją. Postkomunistyczne również. Ale wtedy je widać. Kiedy mówimy o układzie, stworzonym wokół Jelcyna, czy potem wokół Putina, mamy przed oczami wyraźne portrety społeczne, polityczne, ekonomiczne. Nazwiska, zasoby, kryminalne powiązania. Nie wiemy wszystkiego, nie wiemy nawet jednej setnej, ale wiemy wystarczająco dużo, aby sprawnie analizować zjawisko. Podobnie dużo wiemy o układzie w Ukrainie za czasów Janukowycza. Albo o układzie na Węgrzech wokół Orbana.

Brak precyzji w opisie polskiego układu można było zrozumieć na początku lat 90., kiedy układ ponoć się rodził. Ale po piętnastu latach rzekomej hegemonii nie miało to sensu. Hegel mówił: "Istota musi się przejawiać". Nie może być tak, że coś jest istotą rzeczywistości, jej władcą, jej motorem, jej tworzywem, a nikt tego nie widzi, nikt nie wie nawet, jak to może wyglądać. To polityczna metafizyka, to mit.

I tak właśnie było. Pojęcie układu zostało skonstruowane nie po to, żeby ujawnić praktyki postkomunistów, ale żeby podważyć kompetencje umysłowe i moralne Geremka, Michnika i Mazowieckiego. Zakres i treść pojęcia układu z czasem będą się zmieniać, ale jego istotą pozostanie oskarżenie liderów liberalnej inteligencji. Konkretem, prawdą o pierwszej epoce III RP było to, że Polska tkwiła w błocie do kostek. Błocie korupcji, bezkarności, bezwolności. Racjonalnym oskarżeniem elit było stwierdzenie: stoicie po kostki w błocie, a udajecie, że go nie ma. Ale Kaczyńskiemu było za mało, dowodził, że błoto sięga po szyję.

Prawdziwe schody zaczęły się wtedy, gdy Kaczyński przedstawiał swoją diagnozę godziny zero. Lepszego początku III RP, który opierać się miał na bardziej realistycznym rozumieniu demokracji, rynku i prawa. Pojawiły się diagnozy, które pokochała prawica i nie tylko, również inteligenckie centrum.

Pierwsza wielka teza Kaczyńskiego, kładąca lepszy fundament, brzmiała: do zbudowania autentycznej demokracji zabrakło zburzenia Bastylii. Zabrakło osądzenia systemu. Zabrakło wyraźnej granicy. Zabrakło społecznego przeżycia, moralnej rewolucji. Zdrowy system polityczny musi się oprzeć na mocnych symbolach, na kilku wyrazistych moralnych gestach. Musi dobitnie intronizować swoje wartości, musi sprawić, aby te wartości ze stolicy rozbłysły na cały kraj, dając wszystkim sygnał, że zaczęło się nowe. Inaczej demokracja zwiędnie, zanim zdoła wyrosnąć.

Kłopot był jeden, żadna realna demokracja tak nie powstała. Odwrotnie, wszystkie narodziły się w paskudnych warunkach, zwykle dużo gorszych niż w Polsce po 1989 r. Tworzyły się w epokach wielkiej smuty, po przegranych wojnach, po narodowych upokorzeniach, po hańbie kolaboracji, po nierozliczonych zbrodniach i nierozliczonych autorytarnych reżimach. Po II wojnie tak się tworzyła demokracja japońska, niemiecka, tak się odnawiała francuska, włoska. Bez osądzenia elit, bez społecznego entuzjazmu, bez chęci na moralne samooczyszczenie, bez nadziei na sprawiedliwszą przyszłość.

Tworzenie demokracji miało logikę wyczołgiwania się z kryzysu, a jedynym wysiłkiem, do jakiego były zdolne złamane społeczeństwa, było rzucenie się w wir pracy. Odsetek byłych nazistów w wielu sektorach niemieckiego państwa był większy niż w Trzeciej Rzeszy. Demokracja austriacka była horrorem, nie rozliczyła nikogo, była budowana przez byłych nazistów, hiszpańska przez byłych faszystów.

W żadnym z tych krajów nie zburzono Bastylii. W żadnym nie było rewolucji moralnej, odwrotnie, społeczeństwa były sponiewierane i zdemoralizowane. Nikt niczego nie budował na prawdzie, na rozliczeniach, ale na kłamstwach, obłudzie i zapomnieniu. Niemcy swoją przeszłość zaczną rozliczać dopiero w drugim pokoleniu, dwadzieścia lat po wojnie. Cała opowieść Kaczyńskiego o warunkach budowy zdrowej demokracji nie miała nic wspólnego z realiami, była wyłącznie inteligencką projekcją.

Druga wielka teza na temat zdrowego fundamentu III RP głosiła, że potrzebna była nowa struktura społeczna, wprowadzająca równowagę sił, w szczególności równowagę własności. Kaczyński dowodził, że sprawiedliwe zasady w państwie, czyli prawo, oraz uczciwe reguły w gospodarce, czyli rynek, mogą powstać i zadziałać tylko w przypadku równowagi graczy. Brzmiało to przekonująco, realistycznie, nienaiwnie, więc prawicowa inteligencja w to uwierzyła.

Kłopot w tym, że ani jeden kraj nie zbudował kapitalizmu w ten sposób. Kapitalizm wszędzie powstawał w dziki sposób, nie znał innej drogi, wszędzie rodził się w brutalnej logice eksploatacji, grabieży, nierównowagi, monopolu.

Najciekawszym fragmentem drugiej tezy Kaczyńskiego były uwagi na temat postkomunistycznego kapitału. Dramatycznie przestrzelone. Uważał, że ten kapitał jest tak wielki, że wszystko – demokracja, prawo, rynek – jest parawanem dla jego brutalnej dominacji.

Kłopot w tym, że to nie była Kompania Wschodnioindyjska ani rosyjscy oligarchowie posiadający największe na świecie złoża surowców naturalnych. Choć nomenklaturowa elita kradła, jak mogła, nie miała majątku pozwalającego na społeczną hegemonię. Kaczyński miał rację: za dużo czerwonych było na starcie, za dużo służb, za wielkie łupy wpadały im w ręce, choćby banki.

Ale nawet w przypadku największych czerwonych fortun ich pułapy były nisko osadzone. Podobnie było z politykami, byli głodni, ale na zwykłą miarę, wystarczał im poziom korupcji typowy dla polityków we Francji czy w Niemczech – łapówki pozwalające na spore mieszkanie, nic więcej. Ciągle zatem błoto po kostki, nie wyżej. Gdyby postkomunistyczny kapitał był taki jak w opowieściach Kaczyńskiego, Sojusz nigdy by nie przegrał wyborów. Nie powstały fortuny takie jak na Ukrainie, nie powstały nawet takie jak w Czechach.

Bardzo szybko okazało się, że dominującą rolę ma kapitał zachodni, co dla polskiej gospodarki wcale nie było lepsze. Już w drugiej połowie lat 90. Jadwiga Staniszkis sygnalizowała, że polityczna barwa własności przestała mieć znaczenie, że czerwony kapitał nie jest już balastem, ale aktywem, jedynym kapitałem lokalnym. I że problemem nie jest to, że jest zbyt wielki, ale że jest zbyt mały. Polski biznes mówił to samo: dawniej państwo pomagało przynajmniej czerwonym, teraz nie pomaga nikomu. Cały tort pomocy zagarniają zagraniczni gracze.

Trzecia wielka teza na temat nowego początku dotyczyła państwa. Owego sławnego "nowego państwa", które można było ustanowić po 1990 r. i które mogło przeprowadzić Polaków ponad błotem transformacji. Kaczyński opowiadał o tym państwie bardzo dużo, stanowi ono rdzeń jego przemyśleń sprzed 2005 r., najważniejszy element jego politycznej mitologii.

Dla prawicowych elit "nowe państwo" stanowiło sztandar, ale też zaklęcie, które wystarczy wypowiedzieć. Coś w rodzaju "Niech się stanie" albo "Sezamie, otwórz się". Coś z góry udanego, co na pewno nastąpi, kiedy zaklęcie wypowiemy.

Kaczyński opowiadał, czym miało być "nowe państwo", poprzez opis zadań, których miało się podjąć. Miało uczciwie rozdzielić własność, miało zwalczyć korupcję, zaprowadzić skuteczny ład prawny. Nowe państwo miało odwołać dawne elity i powołać nowe. Znacznie lepsze. Najważniejszym aktem nowego państwa miała być zmiana struktury społecznej. Czyli ci, którzy byli górą, będą teraz dołem, ci którzy byli dołem, będą teraz górą.

Kaczyński twierdził, że nowe państwo mogło ulepić nowe społeczeństwo. Dać mu nowe hierarchie, ale też nowe poglądy. Inny ład medialny oraz instytucje kultury miały podyktować pożądane poglądy. W opisie Kaczyńskiego skumulowana wola nowego państwa nie znała granic. Mówił, że opisuje państwo, ale tak naprawdę opisywał Boga. To była skrajnie nierealistyczna wiara w moce polityki.

Kaczyński poległ, opisując polską rzeczywistość. Wszystkie jego diagnozy były chybione. W jego opowieściach było mnóstwo trafnych obserwacji cząstkowych, ale wszystkie wnioski ogólne były fałszywe. Wielki realizm szczegółu zderzył się z kompletnym irrealizmem ogółu. Do tego dochodziła całkowita asymetria wzroku, Kaczyński widział wyłącznie mechanizmy hamujące rozwój, a przegapił wszystkie mechanizmy rozwojowe, które jak wiemy, były radykalnie silniejsze.

Czemu tak inteligentny człowiek pomylił się tak bardzo? Czemu widział tylko defekty, a nie widział porządkującej ręki, która pracowała silniej niż te defekty? Czemu widział dezorganizującą rękę układu, a nie widział porządkującej ręki Zachodu? Czemu nie dostrzegł najważniejszego wydarzenia epoki, czyli owczego pędu społeczeństwa ku demokracji i Zachodowi, nawet u takich grup jak postkomuniści? Mówiąc brutalnie – czemu widział wszystko poza realną Polską, rozwijającą się w zawrotnym tempie?

Bo wiecznie patrzył w złą stronę. Na elity. Skanował ich wąskie horyzonty, ich miałkie teorie. A nie widział rzeczy najważniejszej, że polski statek płynie w dobrą stronę. Spisywał listę wad kapitana, nie widząc potężnego prądu historii pchającego nas wiecznie we właściwym kierunku.

Robert Krasowski - Klucz do Kaczyńskiego

wtorek, 30 kwietnia 2024


"Nikt nie powinien mieć wątpliwości co do armii i marynarki wojennej" — apeluje Tulenkow na końcu książki. I nic dziwnego, bo wcześniejsze 200 stron upływa mu na nieustannej dyskredytacji rosyjskich sił zbrojnych. Przyznaje nawet, że armia rosyjska jest pod wieloma względami gorsza od ukraińskiej: "jesteśmy jak dzikusy z epoki wojen kolonialnych, z łukami i strzałami przeciwko Maximom (to aluzja do karabinu maszynowego Maxim z końca XIX w., który był używany przez Europejczyków w koloniach – red.) białych sahibów (grzecznościowy zwrot pod adresem Europejczyków w kolonialnych Indiach – red.)".

Tulenkow nie skąpi nam opisu degrengolady w rosyjskim wojsku. Już podczas przygotowań na tyłach frontu autor doświadczył kradzieży, braku wody i okropnego jedzenia. Po przybyciu pierwszy raz na linię frontu zorientował się, że dowódca nie wiedział, gdzie jest wróg, a przybyli z nim żołnierze byli jak stado owiec. Generalnie rosyjscy dowódcy nie słuchają żołnierzy i wysyłają ich na rzeź; nakazują też ostrzały artyleryjskie pozycji, gdzie mogą znajdować się rosyjscy żołnierze lub zniszczenie jakiegoś czołgu bez sprawdzenia, czy to swój, czy obcy. Co gorsza jednostki wsparcia – takie jak artyleria — nie spieszą się z pomocą w odparciu ukraińskiego ataku.

Autor nie szczędzi opisów kompletnego braku dyscypliny w jednostkach: "pijaństwo, grabieże, kłótnie, kompletny brak dyscypliny i — co najważniejsze — brak dowódców". Brak pomocy dla rannych graniczy z sabotażem: "wyładowaliśmy rannych na odległej leśnej polanie. Tam zajął się nimi lekarz wojskowy pomagając im najlepiej jak potrafił w warunkach polowych. A oni godzinami czekali na przyjazd sprzętu, który miał ich zabrać. Niektórzy umierali tam, nie doczekawszy transportu".

Najgorsi według Tulenkowa byli oficerowie.

"Wyżsi rangą dowódcy postrzegali nas jako dwunożne bydło pociągowe i nawet nie ukrywali swojego nastawienia. Byliśmy dla nich czymś w rodzaju hiwich (sowieccy cywile, którzy podczas II wojny światowej pomagali jednostkom niemieckim; słowo podchodzi od niem. "Hilfswillige", czyli "chętni do pomocy" — red.) w dywizji piechoty Wehrmachtu".

Jednym z takich przełożonych był były oficer Rosgwardii, który w towarzystwie szydził ze swoich podwładnych — dla przykładu bijąc za słabe przygotowanie fizyczne 65-letniego ochotnika, który poszedł na front, aby zdobyć pieniądze dla wnuczki. Tulenkow pisze jednak o nim ciepło, ponieważ członek Rosgwardii niemal codziennie wyjeżdżał na misje bojowe.

Autor raczy nas też karykaturalnym obrazem pewnego dowódcy sztabowego: przystrzyżonego, ubranego w drogi mundur, który nie nosił hełmu, po ojcowsku rozmawiał z żołnierzami, namawiał ich do niebrania jeńców i sprowadzał do sztabu prostytutki – a sam kradł rzeczy poległych i bał się iść na linię frontu. Jak na ironię po jednej z nieudanych operacji został ukarany zesłaniem do okopów.

Tulenkow wyraźnie nie lubi tych, którzy okazują jakąkolwiek słabość. Szczególnie irytują go żołnierze, którzy zostali zmobilizowani — nazywa ich "mobikami". Byli cywile, mężczyźni w wieku 30 lub 40 lat (a nawet starsi), którzy często nie zamierzają dzielnie wypełniać swoich obowiązków.

Na przykład pewnego razu do walki wysłanych zostało siedmiu skazańców. Jeden zginął, dwóch uciekło. Na tyłach była cała kompania "mobików".

"Ale mobiki siedzą skuleni pod ścianą okopu i ściskają swoje karabiny. Na sugestię naszego dowódcy, aby nam pomóc, odwracają wzrok: »to nie nasze zadanie«".

Tulenkow nisko ocenia też ich walory bojowe. Twierdzi wręcz, że gdyby do ich okopu wpadli Ukraińcy, nawet nie próbowaliby nic zrobić: "uciekliby gromadą, tratując się nawzajem, gubiąc broń i sprzęt" — pisze Tulenkow.

Być może źródłem niechęci jest refleksja, jaką Tulenkow dzieli się pod koniec książki, kiedy roztoczył już przed czytelnikiem heroiczny obraz oddziałów "Szturm Z" wysyłanych do samego piekła. Pisze wtedy, że czasem odnosił wrażenie, iż dowództwo starało się zachować życie tylko tych zmobilizowanych — fikcyjnego "ajtisznika z Wołgogradu" (ajtisznik, od ang. IT, czyli "technologie informacyjne", to potoczne określenie na informatyka w języku rosyjskim – red.), który ma żonę i dzieci.

Kolejnym wątkiem jest "pięćsetka", czyli dezerterzy. Nie ci, którzy jawnie uciekli — ale ci, którzy odmówili wyjazdu na misję, "zgubili się" w ostatniej chwili lub uchylali od wykonania zadań.

Pod koniec książki Tulenkow opisuje epizod, w którym sam brał udział. Podczas jednego z wypadów na wrogie pozycje dowódca uciekł, inny żołnierz upił się i zgubił karabin, a zastępca dowódcy (narkoman) postanowił nie wykonać zadania bojowego. Udał więc, że stacja łączności nie działa, a następnie wrócił na rosyjskie pozycje, przynosząc ze sobą dla niepoznaki znalezioną w lesie broń jako ukraińskie trofeum.

onet.pl

Szczyt społecznej piramidy zajmują Władimir Putin i starannie wyselekcjonowani ludzie z jego najbliższego otoczenia. Również członkowie jego rodziny. Ich życie i majątki są ściśle chronioną tajemnicą. Od czasu do czasu dziennikarzom śledczym udaje się zajrzeć za kulisy i dotrzeć do informacji o jachtach, rezydencjach, winnicach i innych przejawach zamiłowania do luksusu członków klasy panującej.

(...)

Na wojnie w sposób pośredni lub bezpośredni zarabiają również czołowi przedstawiciele elity biznesowej. Jak wynika z materiałów publikowanych przez „Forbesa”, na liście najbogatszych ludzi planety – których majątki szacowane są na co najmniej miliard dolarów – znalazło się 125 Rosjan (w zeszłym roku było 110). Łączna wartość majątków rosyjskich miliarderów w ciągu roku zwiększyła się z 505 do 576,8 mld USD. Sankcje sobie, a interesy sobie. Z gry na warunkach ustanowionych przez Kreml (pełne podporządkowanie władzy politycznej, realizowanie jej interesów, dzielenie się zyskami) wyłamały się nieliczne jednostki – rosyjski świat biznesu popiera Putina, nie ryzykuje podejmowania samodzielnej gry, zgrzyta zębami na nowe ograniczenia, ale zagryza uzdę i ciągnie rydwan władcy dalej. Żadnych niepotrzebnych ruchów, żadnych deklaracji politycznych, zwłaszcza tych krytycznych wobec państwa. Pieniądze lubią ciszę. Nawet gdy tuż obok rozrywają się pociski, biznes tego nie komentuje.

Pierwsze miejsce wśród najbogatszych Rosjan zajął Wagit Alekpierow – 28,6 mld, firma Łukoil; kolejne: rodzina Michelsonów – 27,4 mld, firma Novatek; Władimir Lisin – 26,6 mld, metalurgia, przewozy; rodzina Mordaszowów – 25,5 mld, ropa, gaz, bankowość, wydobycie złota itd.; Władimir Potanin – 23,7 mld, firma Nornikiel, holding Interros (pełna lista tutaj). Od lat te same nazwiska, raz trochę w górę, raz trochę w dół, w zależności od zwyżki lub spadku notowań na giełdzie.

Ale jest wyjątek. Na ósmym miejscu został sklasyfikowany z majątkiem 15,5 mld dolarów Paweł Durow, założyciel i właściciel komunikatora Telegram – Durow mieszka za granicą i nie przynależy do „rodzinki” putinowskich krezusów, obsługujących interesy Kremla. Ostatnio udzielił wywiadu Tuckerowi Carlsonowi, amerykańskiemu lobbyście (temu, który w lutym przeprowadził głośny wywiad z Putinem). W rozmowie wyjaśnił: „Zaproponowano mi dwa warianty: albo podporządkować się wymaganiom władz, albo wyjechać z kraju. Wybrałem drugi wariant”. Durow odciął się od rosyjskiego państwa, które, jego zdaniem, wywiera ogromny nacisk na sferę biznesu.

Zejdźmy z polityczno-biznesowych wyżyn, by zlustrować to, co się dzieje z tymi, co nie mają szans na wpisanie na listę „Forbesa”. Osią, wokół której obraca się życie wielu Rosjan, jest wojna. Jednym podcięła skrzydła i zmusiła do wyjazdu z kraju, innym dała zajęcie i uchyliła okienko niewielkich, bo niewielkich, ale jednak możliwości zmian. Motywacją dla wielu z tych, którzy sami zgłaszają się, by iść powojować z Ukrainą, są pieniądze wypłacane przez ministerstwo obrony. Ludzie z prowincji, niemający przez lata pracy albo zarabiający niewiele, podpisują kontrakty, aby zarobionymi na krwi środkami spłacić kredyt albo kupić wymarzony samochód.

Nie wszystkim udaje się zrealizować marzenia. Dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Kobieta z Ałtaju skarży się, że za odszkodowanie za śmierć starszego syna, który zginął na ukraińskim froncie, nie udało się zrobić remontu rozwalającego się domu: wystarczyło tylko na wymianę okien. Miejscowi urzędnicy odwiedzają kobietę, ściskają jej rękę, na ścianie domu przymocowali tablicę pamiątkową na cześć poległego. Ale mówią, że pomóc z remontem nie mogą: w lokalnym budżecie nie ma na to pieniędzy. „W lokalnym budżecie są pieniądze tylko na zapewnienie mieszkań dzieciom urzędników” – dopowiada komentator. Nadzieją matki jest młodszy syn: „Może gdy pójdzie walczyć, to zarobi chociaż na wymianę dachu”.

tygodnikpowszechny.pl