środa, 10 kwietnia 2024



Najeźdźcy zintensyfikowali ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową na zapleczu frontu, a ich głównymi celami stały się Charków i Zaporoże. Od 4 do 8 kwietnia oba miasta oraz ich okolice atakowano prawie codziennie, przy czym to pierwsze – przeciętnie dwa razy na dobę (5 kwietnia trzykrotnie). W Zaporożu rosyjskie rakiety kilkukrotnie uderzyły w byłe zakłady Motor Sicz, a według niektórych źródeł także w ważnego przedwojennego producenta komponentów lotniczych – Progress. W obu miejscach serwisowane i naprawiane jest obecnie ciężkie uzbrojenie. Celami w Charkowie i Zaporożu miały być też montownie i magazyny dronów, a w pierwszym z tych miast – również skład amunicji (6 kwietnia).

Pomiędzy 5 a 9 kwietnia zniszczone bądź uszkodzone zostały podstacje wysokiego napięcia w pięciu obwodach: odeskim, charkowskim, dniepropetrowskim, połtawskim i lwowskim. W rejonie Odessy rakiety i drony agresora trafiły w infrastrukturę przyportową i „obiekt logistyczno-transportowy” (odpowiednio 6 i 8 kwietnia). 8 kwietnia uderzyły w obiekt infrastruktury krytycznej – najprawdopodobniej terminal naftowo-gazowy – w okolicach Zwiahela w obwodzie żytomierskim. Po ataku władze miasta zaapelowały do mieszkańców o nieopuszczanie domów w związku z możliwym zanieczyszczeniem powietrza. Łącznie od 4 do 9 kwietnia rano najeźdźcy mieli wykorzystać 43 rakiety i 126 „szahedów”. Obrońcy zadeklarowali zestrzelenie czterech rakiet i 106 dronów.

Zintensyfikowane pod koniec marca ataki na Charków przyczyniły się do znacznego pogorszenia sytuacji w mieście. Brak możliwości ustabilizowania dostaw prądu odbija się negatywnie nie tylko na pozostałych tam mieszkańcach, lecz przede wszystkim na potencjale obrońców. Charkowskie przedsiębiorstwa zbrojeniowe – choć w dużej mierze zniszczone trwającymi od dwóch lat atakami – wciąż zajmują się serwisowaniem i naprawą ciężkiego uzbrojenia. Trwałe niedobory energii czynią tę działalność o wiele trudniejszą. Podobne skutki przynoszą ostatnie wrogie uderzenia na Zaporoże, którego baza przemysłowa pełni rolę analogiczną do charkowskiej. Charków jest jednak kluczowym ośrodkiem przemysłowym pod ukraińską kontrolą na wschód od Dniepru i głównym zapleczem obrońców na wschodzie. O randze miasta świadczy fakt, że od początku kwietnia sytuacja w nim stanowiła dwukrotnie główny temat posiedzenia sztabu obrony („stawki”) pod przewodnictwem prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Podstawowy problem Kijowa to niemożność zorganizowania skutecznej obrony powietrznej Charkowa i pozostałych dużych ośrodków na bezpośrednim zapleczu frontu. W odróżnieniu od centralnej i zachodniej Ukrainy niszczona jest jedynie niewielka część atakujących je dronów kamikadze, a do zestrzeleń rakiet dochodzi sporadycznie. Ze względu na niewielką odległość od linii styczności (w przypadku Charkowa – również od granicy FR) zdecydowana większość pocisków – głównie z systemów S-300 i Iskander-M – trafia w atakowane cele jeszcze przed ogłoszeniem alarmu powietrznego. Krótkie trasy dolotu utrudniają pracę obronie powietrznej, przez co ułatwiają agresorowi jej niszczenie. Niespełniający swojej roli system ostrzegawczy skutkuje także częstymi ofiarami cywilnymi.

osw.waw.pl


Jak poinformowała rosyjska agencja prasowa TASS, Putin przypomniał ministrom, że zgodnie z Biblią Chrystus zobaczył dwóch rybaków nad brzegiem Jeziora Galilejskiego. - Jeden łowił ryby, drugi naprawiał sieć. I rzekł do nich: "Pójdźcie za mną, a uczynię was rybakami ludzi i rybakami ludzkich dusz". Stali się jego ewangelistami, jego uczniami - mówił Władimir Putin. Prezydent Rosji dodał, że "było to bardzo ważne podczas rozwijania się światowych religii".

Władimir Putin porównał zbawczą misję Chrystusa do działań rosyjskich władz, które jego zdaniem muszą bronić tradycyjnych wartości swojego kraju. - Okazuje się to nie mniej istotne teraz, kiedy jesteśmy zmuszeni bronić naszych tradycyjnych wartości, naszej kultury, naszej historii. Rezultaty tej pracy w znacznej mierze zadecydują o tym, jaka będzie Rosja w najbliższej i odległej przyszłości. I czy pozostanie taka, jaką sobie wyobrażamy - powiedział Putin.

Siergiej Czapnin z Centrum Studiów Prawosławnych Uniwersytetu Fordham skomentował wypowiedź Władimira Putina w rozmowie z portalem Agentstwo. Zdaniem eksperta Putin uważa "tradycyjne wartości" rosyjskie za "rodzaj uniwersalnej nadbudowy nad wszystkimi religiami w Rosji". - On oczywiście nie jest chrześcijaninem. Jego dość specyficzna religijność wiąże się przede wszystkim z wiarą w Rosję w szczególnym, być może nawet mistycznym, sensie, w jej wartość dla reszty świata i w jego szczególną misję jako głównego strażnika tej Rosji - stwierdził Siergiej Czapnin.

gazeta.pl


Gdyby nie częstotliwość wyszukiwania frazy "Zielona sukienka, Versace, Jennifer Lopez" to nie doczekalibyśmy się zakładki "Zdjęcia" w wyszukiwarce Google'a. Plotkę zresztą potwierdził sam Eric Schmidt, prezes międzynarodowego giganta.

onet.pl


Azerbejdżan od lat prowadzi zręczną politykę wobec Unii Europejskiej. Zamiast inwestować w relacje z instytucjami unijnymi, która mogłaby przycisnąć władze azerskie w sprawie niewywiązywania się z demokratyczno-prawnoczłowieczych zobowiązań, Baku tradycyjnie stawiało na rozbudowywanie stosunków bilateralnych z poszczególnymi państwami członkowskimi. Głównym punktem strategii była i jest polityka energetyczna. Budowanie wizerunku stabilnego partnera dla Europy i niezawodnego dostawcy ropy i gazu pozwoliło azerskim władzom w dużym stopniu uniknąć konsekwencji łamania praw człowieka i coraz większych represji wobec krytyków politycznych. Choć kiedyś wydawało się, że Azerbejdżan ma apetyt również na współpracę na poziomie politycznym, ostatnie lata zweryfikowały tę tezę.

Mimo deklaracji o chęci podpisania nowej umowy partnerskiej z Unią Europejską w ramach Partnerstwa Wschodniego Azerbejdżan nie wydaje się aktualnie zainteresowany kontynuowaniem negocjacji rozpoczętych jeszcze w 2017 roku. Rozmowy nie odbywają się od wielu miesięcy i piłka jest po stronie Baku.

Azerbejdżan najwyraźniej osiadł na laurach, podpisując w 2022 roku memorandum z Unią Europejską na podwojenie dostaw gazu w przeciągu pięciu lat. Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę paradoksalnie pomogła Baku w pozycjonowaniu się na alternatywnego dostawcę energii. W latach 2021–2022 UE zwiększyła eksport azerskiego gazu o niemal 40 proc. W tej chwili jego udział w rynku unijnym wynosi 3,4 proc. Choć w skali całej Europy wydaje się to niewiele, dla niektórych krajów jest to już konkretny poziom dostaw – chociażby 40 proc. zapotrzebowań gazowych Bułgarii zaspokaja Azerbejdżan.

W ostatnich miesiącach spokój we wzajemnych stosunkach z Unią Europejską został jednak zaburzony. Po rozwiązaniu separatystycznej republiki Górskiego Karabachu i exodusie niemal wszystkich ormiańskich mieszkańców Azerbejdżan spotkał się z krytyką wielu stolic europejskich, co spowodowało ochłodzenie w relacjach i coraz więcej wątpliwości, czy Azerbejdżan może być stabilnym partnerem dla Europy.

W odpowiedzi na te negatywne opinie prorządowe media w Azerbejdżanie wzmocniły antyzachodnie treści. Nasilono krytykę unijnych oficjeli, stawiając na szali przyszłość wzajemnych stosunków. Z perspektywy Azerbejdżanu najlepszym scenariuszem jest kontynuacja biznesu z Europą przy jednoczesnym braku krytyki i pełnej autonomii w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Ale władzom w Baku będzie trudno osiągnąć ten cel w stu procentach, szczególnie w kwestii relacji z Armenią.

Na dywanik wezwany został również niedawno Petr Michalko, ambasador unijny, którego Azerowie skrytykowali za działalność unijnej misji cywilnej w Armenii w obszarach przygranicznych. Władze Azerbejdżanu zarzucają misji uprawianie tzw. dyplomacji lornetkowej i wykorzystywanie wizyt europejskich urzędników w Armenii do „szerzenia antyazerskiej propagandy”.

Mimo prężenia muskułów i coraz większej asertywności w dwustronnych relacjach w perspektywie długoterminowej władzom azerskim nie opłaca się jednak odwracać plecami do Europy. Najprawdopodobniej Azerowie będą tym samym usiłowali łagodzić konflikty.

– Alijew nie może sobie pozwolić na złe stosunki z Europą - podkreśla Altaj Goyushov, azerski historyk i profesor. – Dziewięćdziesiąt pięć procent twardych dochodów kraju pochodzi z ropy i gazu ziemnego. A głównymi odbiorcami są kraje zachodnie. Wielka Brytania, Włochy, Niemcy i Izrael są niezbędne dla przetrwania reżimu Alijewa. Cała strategia Alijewa opiera się na rozszerzaniu jego stosunków gospodarczych z Zachodem. Nawet przeciwko Francji są tylko słowa, żadnych konkretnych działań.

Wtóruje mu analityk europejskiego think-tanku European Policy Center Philipp Lausberg, który również w obliczu interesów energetycznych nie spodziewa się wielkich zmian na linii Bruksela-Baku.

– Ogólnie rzecz biorąc, to względy gospodarcze definiują stosunki dwustronne – twierdzi Lausberg. – Azerbejdżan dostarcza do UE relatywnie tani gaz w stałej cenie i jest to kwestia geostrategiczna, jeszcze bardziej umocniona po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Może dochodzić do sprzeczek dyplomatycznych z Francją, konfliktów w mediach społecznościowych, dezinformacji, ale myślę, że jest to na poziomie raczej symbolicznym. Taka retoryka pomaga rządom obu krajów służyć swoim odbiorcom i pokazać swoje racje, ale nie ma to żadnego przełożenia na relacje gospodarcze – tłumaczy Lausberg.

Analityk brukselskiego think-tanku dodaje, że kwestie bezpieczeństwa międzynarodowego dodatkowo działają jak hamulec dla Brukseli, dla której priorytetem aktualnie jest osiągnięcie długotrwałego porozumienia między Azerbejdżanem i Armenią.

– Unia Europejska nie może sobie pozwolić na kolejny konflikt w regionie i robi wszystko, aby prowadzić i wspierać działania pokojowe między Azerbejdżanem a Armenią – wyjaśnia Lausberg. – Nawet Niemcy ostatnio zaangażowały się w mediacje między Baku a Erywaniem. Exodus ludności ormiańskiej z Karabachu i nowy status quo zostały po cichu zaakceptowane. Obecnie Bruksela stara się, aby Azerbejdżan nie poszedł o krok dalej i nie uzależnił się od Rosji.

Rosja najprawdopodobniej dała zielone światło Alijewowi na odzyskanie terytoriów zajętych przez Armenię, ale nie oznacza to wcale, że władze Azerbejdżanu tańczą tak, jak im zagra Kreml. Choć z perspektywy europejskiej wydaje się, że interesy Azerbejdżanu i Rosji są zbieżne, w rzeczywistości sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Dobre relacje z Moskwą są wciąż ważnym filarem polityki zagranicznej Azerbejdżanu i Baku wyraźnie nie stroni od interesów z Rosją. Dla równowagi władze azerskie mocno jednak inwestują w partnerstwo z Turcją i interesy gospodarcze z Zachodem.

– Ilham Alijew wcale nie jest prorosyjski – anonimowo komentuje azerski dziennikarz. – Po prostu staje się coraz bardziej autorytarny, dlatego wydaje się, że wpada głębiej w objęcia Putina. Ale tak naprawdę Alijew jest bardzo niezależnym politykiem, który zręcznie rozgrywa wszystkie najważniejsze ośrodki polityczne: Waszyngton, Brukselę i Moskwę.

new.org.pl

wtorek, 9 kwietnia 2024



Jak napisał Deaton, wszystko rozbija się o nacisk, jaki w ostatnich dziesięcioleciach ekonomiści położyli na wydajność. Oznacza to odejście od norm stworzonych przez Adama Smitha, które uwzględniały etykę i ostateczny dobrobyt zaangażowanych ludzi. Noblista przypisuje to spadkowi zainteresowania "ekonomią dobrobytu", która zwraca uwagę na to, jak pieniądze przekładają się na dobrobyt.

Deaton stwierdził, że ekonomiści bazują na przestarzałych ideach związanych z ekonomią dobrobytu lub, co gorsza, w ogóle się jej nie uczą. Jednocześnie, jak mówi, w Stanach Zjednoczonych pojawiają się problemy społeczne, takie jak rosnące wskaźniki samobójstw i alkoholizmu oraz kryzys opioidowy. — Myślę, że pomimo powszechnego przekonania o tym, jak dobrze radzimy sobie gospodarczo, kraj jest w złym stanie. Dlatego jako ekonomista zastanawiam się teraz, jak powinienem nieco naprostować swoją praktykę ekonomiczną — powiedział Deaton. — Kilka rzeczy wiedziałem od samego początku. Jedną z nich było to, że dobrobyt to znacznie więcej niż tylko pieniądze — dodał.

(...)

Deaton w swoim artykule pisze, że "przez długi czas uważał związki zawodowe za utrapienie, które zakłócało ekonomiczną (i często osobistą) wydajność oraz że z zadowoleniem przyjął ich powolny upadek". Obecnie już tak nie uważa. (...)

Jego zdaniem panował wówczas konsensus, że działalność związków zawodowych nie była tak naprawdę potrzebna i że niezbędna ochrona pracowników już została wypracowana. Deaton zauważył jednak, że w ciągu ostatnich kilku dekad w Stanach Zjednoczonych osłabła pozycja związków zawodowych w prywatnych firmach, zwłaszcza wraz ze wzrostem liczby szkodliwych dla nich przepisów. Pracownicy zostali bez wsparcia wobec potęgi lobbingu korporacji i bogaczy.

Noblista widzi również dysproporcje między przedstawicielami rządu a pracownikami, w których imieniu mają przemawiać. Wskazuje, że chociaż większość Amerykanów nie ma wyższego wykształcenia, nie znajduje to odzwierciedlenia w salach Kongresu.

— W ekonomii nie ma zbyt wiele miejsca na władzę — powiedział Deaton. — W zasadzie nie rozmawiamy o tym zbyt często, ale historycy ciągle poruszają ten temat. Myślę, że powinniśmy więcej o tym myśleć. Uważam, że jednym z problemów bycia osobą z klasy robotniczej w dzisiejszej Ameryce jest to, że nie ma ona zbyt dużej władzy politycznej — ocenił.

Angus Deaton podkreśla, że w przeszłości związki zawodowe odgrywały ważną rolę społeczną. Wraz ze spadkiem odsetka pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych utrata poczucia przynależności przyczyniła się do obecnego kryzysu samotności w USA, zwłaszcza wśród mężczyzn. Noblista dostrzegł również zdolność związków zawodowych do zapewnienia podwyżek płac nie tylko pracownikom zrzeszonym w związkach zawodowych, ale także innym osobom wykonującym ten sam rodzaj pracy. Tu wskazuje na ostatni strajk United Auto Workers. Ekonomiści mogliby powiedzieć, że logicznym posunięciem w obliczu żądań wyższych płac dla pracowników byłoby produkowanie samochodów w Chinach, gdzie jest to tańsze. Tak się jednak nie stało.

— Okazuje się, że producenci mieli całkiem sporą marżę zysku, a strajk zmusił ich do podzielenia się nią z pracownikami. W ekonomii to stara zasada, obecnie mało praktykowana, że w rzeczywistości istnieje rezerwa, którą można przeznaczyć albo na zyski, albo na płace. Toczy się więc swoista walka klasowa o to, kto ją otrzyma — powiedział Deaton.

(...)

Deaton powiedział mi, że duży wpływ wywarł na niego ekonomista Dani Rodrik, który napisał książkę "Has Globalization Gone Too Far?" o tym, jak globalizacja może pogłębiać nierówności i podziały społeczne.

Deaton przywołuje tu tak zwany chiński szok, kiedy to Chiny po raz pierwszy stały się globalnym centrum handlu i industrializacji w latach 80. ubiegłego wieku. Wówczas argumentowano, że napływ tanich produktów był korzystny dla Ameryki, mimo że wiele osób straciło pracę w krajowych zakładach produkcyjnych.

— Chodzi o to, że ludzie, którzy stracili pracę, tracą pieniądze z powodu szoku chińskiego, ale reszta z nas otrzymuje tanie towary. Twierdzenie mówi, że wartość tego, co my zyskujemy, jest większa niż wartość tego, co oni tracą. Problem w tym, że to różni ludzie — powiedział.

Tańsze telewizory nie są w stanie zrekompensować utraty środków na utrzymanie rodziny. Z kolei dyrektorzy firm mogą czerpać korzyści zarówno z wyższych zysków, jak i tańszych towarów. Rodrik podkreślił, że ekonomiści mają rację: ci, którzy mają coś do zyskania w handlu, zyskują więcej, niż tracą przegrani.

Zysk ten odbywa się jednak kosztem redystrybucji, co niekoniecznie musi być zgodne z naszymi oczekiwaniami. — Obecnie standardowa recepta brzmi: "OK, możesz opodatkować tych, którzy zyskali i oddać to przegranym", na co ja odpowiadam: "Och, tak, a kiedy ostatnio to zrobiliście?" — powiedział Deaton.

(...)

W swoim artykule Deaton bez ogródek wypowiada się na temat imigracji: "Kiedyś zgadzałem się z opinią ekonomistów, że imigracja do USA to dobra rzecz, przynosząca ogromne korzyści migrantom i niewielkie lub żadne koszty dla krajowych pracowników o niskich kwalifikacjach. Teraz już tak nie uważam". Wyjaśnił mi, że nie ma na myśli obecnego kryzysu na granicy USA, który jest "swego rodzaju bałaganem", ale raczej chodzi mu o długoterminowy wpływ na nierówności.

— Wzrost nierówności wiąże się z imigracją — powiedział.

W swoim artykule pisze, że "nierówności były wysokie, gdy Ameryka była otwarta, były znacznie niższe, gdy granice były zamknięte i ponownie wzrosły po ustawie o imigracji i obywatelstwie z 1965 r., gdy odsetek osób urodzonych za granicą wzrósł z powrotem do poziomu z końca XIX w." Według Deatona choć pracodawcy "uwielbiają" imigrację ze względu na tanią siłę roboczą, to w przeszłości sprzeciwiali się jej pracownicy i związki zawodowe.

Angus Deaton twierdzi, że Wielka Migracja, kiedy to fala czarnoskórych Amerykanów przeniosła się z południowych stanów do północnych, hipotetycznie nie miałaby miejsca, gdyby istniała wówczas otwarta polityka imigracyjna. Jak zauważa noblista, fabryki w Chicago i innych miejscach chętnie zatrudniałyby imigrantów z Europy, ale nie było to już możliwe, więc pozwoliło to na zatrudnianie czarnoskórych Amerykanów.

— To zmieniło świat, a mogło do tego nie dojść, gdybyśmy mieli bardziej liberalną politykę imigracyjną — powiedział Deaton. Dodał, że irytuje go jeden ze współczesnych argumentów za imigracją. Wielu pracodawców obwinia brak imigracji za braki kadrowe, twierdząc, że nie mogą zatrudnić wystarczającej liczby pracowników bez napływu nowej siły roboczej. Deaton stwierdził, że "nie należy słuchać ludzi, którzy tak mówią, chyba że wspominają coś o wynagrodzeniach".

— Mówią, że żaden Amerykanin nie chce tego robić, więc potrzebujemy imigrantów — wyjaśnia. — Chodzi im o to, że żaden Amerykanin nie zrobi tego za wynagrodzenie, które płacimy imigrantom — dodał.

businessinsider.com.pl


Michał Misiura, Bankier.pl: Od 7 marca Unia Europejska rejestruje wszystkie samochody elektryczne sprowadzone z Chin. Czy nadchodzą cła na chińskie elektryki?

Jakub Jakóbowski, Ośrodek Studiów Wschodnich: Cła nadejdą, bo trudno wyobrazić sobie, żeby postępowanie prowadzone przez Komisję Europejską nie doszukało się głównego przewinienia, które bada, czyli subsydiowania produkcji. To jest oczywiście element znacznie szerszego problemu, na który zwraca uwagę nie tylko Komisja Europejska, ale też wiele państw unijnych i producentów. To chińska ekspansja przemysłowa, która teraz bardzo szybko się rozkręca.

Mówiąc w skrócie, Chiny spowalniają, bo nie mogą już budować tylu mieszkań i infrastruktury. Receptą ma nie być postawienie na konsumpcję, co radziło im wielu ekonomistów. Wygląda na to, że wielki strumień kapitału, którym dysponuje państwo, Chiny próbują wpompować teraz w przemysł, w tym w branże, które tradycyjnie były podstawą europejskiej konkurencyjności. Stąd starcie handlowe, które widzimy i które nabiera rozpędu, gdzie samochody elektryczne są teraz głównym polem bitwy.

(...)

Wojna handlowa między Unią Europejską i Chinami jest przesądzona?

Myślę, że ona już trwa. Po prostu wygląda inaczej niż amerykańsko-chińska wojna handlowa, która była bardzo medialna, pełna spektakularnych, głośnych ciosów wymierzanych sobie nawzajem, z Donaldem Trumpem, który na Twitterze rozpoczynał nowe awantury co trzy tygodnie. To europejskie starcie wciąż nie jest tak intensywne jak amerykańskie, nie mamy jeszcze tak dużego podniesienia ceł.

No ale jeśli spojrzeć na tę nudną europejską machinę biurokratyczną, to ona bardzo regularnie, co tydzień, dwa, wypluwa z siebie nowe postępowanie antydumpingowe. To nie jest tylko kwestia samochodów oczywiście. Nowe postępowanie antysubsydyjne są prowadzone właśnie na chińskie pociągi sprzedawane do Unii, są dyskutowane cła antysubsydyjne na fotowoltaikę (to jest zresztą już dawno przegrana europejska bitwa). Rozważa się cła na technologie wiatrowe. Różnego rodzaju komponenty. Można by mnożyć przykłady.

Sądzę, że taka pełzająca wojna handlowa to jest to, z czym mamy do czynienia. No i główne pytanie brzmi: czy ona wystrzeli i eskaluje, jeśli Chińczycy zdecydowaliby się na retorsje, na uderzenie w Europę. Wówczas to może nabrać dużo większej temperatury.

(...)

Pojawia się też pytanie o transformację w stronę zielonej energii. Czy nie jest czasem tak, że powodzenie unijnych planów wymaga komponentów z Chin?

Zdecydowanie tak i to jest jeden z największych bóli głowy i politycznych szpagatów, które obecna Komisja, ale i na przykład partia Zielonych w Niemczech, musi wykonywać. Bo z jednej strony mamy postawienie na bardzo ambitny projekt transformacji energetycznej albo szerzej transformacji klimatycznej, bo to nie jest tylko energetyka, ale też elektryfikacja znacznej części gospodarki, zmniejszanie śladu węglowego i tak dalej.

Rzeczywiście powiedziałbym, że w rosnącej liczbie branż Europa żyłuje wymagania dotyczące ekologii albo np. udziału energetyki odnawialnej w miksie i jedynym krajem, który konkurencyjnie jest w stanie pokryć ten popyt, są Chiny, które mają sporo przewag. Jedną z nich są subsydia i na to trzeba zwracać uwagę, ale też i skala, którą Chińczycy zdołali sobie zbudować, m.in. w fotowoltaice.

Mówiłem już o tym, że to jest przegrana bitwa Europy. Dokładnie 10 lat temu Komisja Europejska chciała wprowadzić cła na fotowoltaikę z Chin. Chciała ratować przemysł, kiedy był jeszcze silny w Europie, ale wówczas interesy niemieckiego automotive’u przeważyły i Angela Merkel po prostu ukręciła łeb tej inicjatywie. Dzisiaj, po dziesięciu latach, tak naprawdę nie ma co zbierać, ponad 90% podaży ogniw fotowoltaicznych w Unii pochodzi z Chin.

To jest ten scenariusz, na który wiele innych zielonych przemysłów w Europie patrzy i widzi, jak ta konkurencja chińska zaczyna ich podgryzać, napędzana wielką skalą, którą w Chinach można osiągnąć, napędzana subsydiami, które dostaje od rządu. To widmo zniszczenia kolejnych przemysłów istnieje. W ten sposób zaczyna mówić o sobie branża wiatrowa w Europie. Na pewno ta część automotive, która wchodzi w elektromobilność, i sądzę, że ten katalog będzie się jeszcze poszerzał.

Stąd ten szpagat. Jeśli chcemy szybko transformować gospodarkę, to mamy do dyspozycji głównie tanie chińskie technologie. Natomiast jeżeli chcielibyśmy przy okazji budować swój przemysł, żeby to Europa reformowała się na europejskich technologiach, to potrzeba po pierwsze odgrodzenia się od chińskiej konkurencji, często nieuczciwej, a po drugie zainwestowania dużych pieniędzy we własną bazę przemysłową. W tę stronę generalnie idzie polityka unijna, tylko zawsze jest kwestia, kto za to zapłaci. Są państwa takie jak Francja, które dążą do tego, żeby obudzić ten europejski przemysł. Ale są też państwa takie jak Niemcy czy Holandia, które najwięcej dokładają do unijnego budżetu i wcale nie chcą dzielić się tymi pieniędzmi.

Europa ma szansę zbudować przemysłową niezależność?

To jest ewidentnie kierunek, który Europie próbuje nadać Ursula von der Leyen, wsparta przez wielu istotnych graczy. Wszystko, co łączy się z niezależnością wojskową, technologiczną, gospodarczą, bliskie jest francuskim sercom. Jest też wiele mniejszych państw, które zaczyna się budzić. Ciekawym przykładem jest Holandia, która kojarzy się przecież z wolnym handlem i swobodą gospodarczą, a teraz bardzo silnie odcina się od Chin. Próbuje, szczególnie te technologie procesowe, które rozwija, chronić przed Chińczykami. Więc sądzę, że grupa państw, która chciałaby w tę stronę pchać Unię, rośnie.

(...)

Pekin dotuje i wspiera produkcję samochodów elektrycznych. To napędza gospodarkę. Ale jeszcze całkiem niedawno w podobny sposób sponsorował infrastrukturalne projekty i deweloperów. Czy Chiny nie padną ofiarą pompowania kolejnej branży? Tzn. czy sektor automotive w Państwie Środka może skończyć jak branża nieruchomości, gdy pieniądze przestaną płynąć?

Pytanie jest zasadne i nawiązuje do fundamentalnej charakterystyki chińskiej gospodarki. To nazywa się oficjalnie socjalizmem z chińską charakterystyką, w którym rzeczywiście te rynkowe bodźce nie działają tak samo jak u nas. Ja przywołam tylko taki cytat, który bardzo lubię, jednego z chińskim polityków gospodarczych z okresu reform i otwarcia Chen Yun, który mówił: “rynek jest jak ptak zamknięty w klatce centralnego planu”.

Rzeczywiście trochę tak to działa. Tak było np. w infrastrukturze i mieszkaniówce, chociaż tam znacznie bardziej żywiołowo, niż w przemyśle. Państwo tworzy pewne ramy do rozwoju sektora, stawia na konkurencję wewnątrz Chin (a ta jest zażarta), ale jednocześnie bodźce, którym odpowiadają te firmy, nie są stricte rynkowe. Jak widzimy, teraz w sektorze automotive spółki ścigają się na budowanie skali, na pozyskanie pracowników, na walkę o pozycję rynkową i zagarnięcie rynku, ale tam niekoniecznie ma miejsce rachunek ekonomiczny sensu stricte.

Dostęp do kapitału jest bardzo szeroki. Państwo oferuje go praktycznie każdemu, kto chce budować tego typu technologie. Podręcznikowo, czyli tak jak chcieliby tego planiści z Pekinu, schemat wygląda tak, że najpierw te subsydia dostarczamy, one powodują eksplozję mocy przemysłowych, setki firm wchodzą na rynek, a później gdy to obciążenie dla państwa i dla gospodarki jest zbyt duże, powinno się te subsydia ucinać. Tylko że w chińskich realiach nie zawsze wygląda to tak dobrze, bo wielu nadal o te subsydia zabiega. A chińskie władze miast i prowincji wciąż wspierają “swoich” pomimo Pekinu.

Myślę, że akurat w chińskim sektorze elektryków upadki będą mniej spektakularne niż w mieszkaniówce. To też nie ta skala makroekonomiczne, ale upadki już się zaczynają. Słabsze firmy, które nie zbudowały skali i technologii i nie są konkurencyjne, powoli odpadają od peletonu i są pochłaniane przez większe firmy. Inaczej niż w przypadku mieszkaniówki Chińczycy ze swoimi samochodami elektrycznymi mają przed sobą teoretycznie otwarty cały świat.

Pas i szlak miał być sposobem na wypchnięcie przegrzanego sektora budowlanego na zewnątrz. To nie udało się do końca, nie w takiej skali, jakiej Chińczycy potrzebowali. Natomiast w teorii, jeśli chodzi o sektor samochodowy, jeśli świat pozostanie otwarty na chińskie auta, to możliwość budowy skali jest znacznie, znacznie szersza, bo firmy mogą eksportować za granicę. O ile zagranica się od tych samochodów nie odetnie.

Jakie inne branże są teraz szczególnie hojnie dotowane przez Chiny? Na co może przestawić się wajcha z pieniędzmi z Pekinu?

Tematem, na który zwracamy teraz uwagę - mogę zareklamować wstępnie tekst Pauliny Uznańskiej, która będzie o tym pisać na łamach OSW - jest sektor procesorów. Tych bardziej dojrzałych linii technologicznych, nie najmniejszych, najbardziej zaawansowanych, układów, w których Amerykanie próbują Chińczyków bardzo mocno ograniczać. Chodzi o starsze, czyli większe, procesory montowane w sprzęcie AGD, w samochodach, w rozwiązaniach Internet of Things.

Tam już de facto mamy do czynienia z tą samą historią. Mówi się o tym, że w ciągu kilku lat, w tych starszych procesorach czy może raczej mniej zaawansowanych technologicznie, Chińczycy mogą być dokładnie w tym samym miejscu, w którym są dzisiaj z samochodami elektrycznymi czy z fotowoltaiką. Liczba instalowanych fabryk dzisiaj w Chinach wskazuje, że za kilka lat ich podaż będzie gigantyczna.

Świat stanie znów przed trudnymi wyborami, np. patrząc na nasze podwórko, czy opłaca się budować fabrykę procesorów w Dreźnie, która ma zasilać niemiecki automotive i może też mieć jakiś łańcuch dostaw w Europie Środkowej, czy może po prostu ceny procesorów z tego przegrzanego, subsydiowanego chińskiego rynku będą tak niskie, że niemieckie firmy będą kupowały je z Chin, zwiększając swoją zależność od kolejnej branży. To są moim zdaniem bardzo prawdopodobne scenariusze.

Amerykańskie embargo na najbardziej zaawansowane półprzewodniki, któremu są poddawane Chiny, działa i jest skuteczne?

Generalnie lekcja z ostatnich lat sankcji na Chiny i na Rosję jest taka, że wszelkie systemy sankcyjne są bardzo porowate w realiach globalnych, więc te państwa bez przerwy poszukują jakichś prób obejścia. Wydaje mi się, że jeszcze chwili potrzeba, żeby ocenić to w całości, bo jesteśmy mniej więcej rok z hakiem od wprowadzenia tej najbardziej restrykcyjnej rundy ograniczeń na chińskie procesory wdrożonej przez Amerykanów.

Natomiast z grubsza wydaje mi się, że w tej logice, w której działali Amerykanie, szczególnie za Bidena, nazywanej “small yard and high fence” (małe poletko, ale wysoki płot) - to na tym małym poletku najbardziej zaawansowanych technologii rzeczywiście mają pewne sukcesy. Ograniczyli dostęp Chińczyków do procesorów wykorzystywanych do trenowania sztucznej inteligencji. Pewne rodzaje chipów się przedostają, pewne firmy próbują to dostarczać, ale generalnie wygląda na to, że pewne spowolnienie postępu tam zaszło.

To są jednak tematy, które moim zdaniem dla Europy mają trochę drugorzędne znaczenie, bo podczas gdy Amerykanie, Koreańczycy, Tajwańczycy skupiają się na tych nowych granicach w postępie technologicznym, tych najbardziej zaawansowanych rzeczach, bo tam są też obecni, Chińczycy koncentrują się coraz mocniej na bardziej dojrzałych technologiach, w których Amerykanie się nie specjalizują i nie ma to dla nich tak strategicznej wartości.

Chińczycy zwracają się w stronę starszych procesorów i technologiach, których akurat się potrzebują i które produkują Europejczycy. Więc czy ja bym powiedział, że amerykańska polityka jest skuteczna? Tak, ale tylko obszarach, które Amerykanie zdefiniowali jako strategiczne dla siebie. Natomiast wygląda na to, że nie dotyczy to całego sektora procesorów w Chinach, który jest znacznie większy i o którym pewnie jeszcze usłyszymy w najbliższych latach.

bankier.pl

W Strefie Gazy:

- zginęło 33.137 Palestyńczyków, w tym ponad 13 tys. dzieci. Wśród ofiar jest 484 medyków i 224 pracowników organizacji pomocowych. Zabito co najmniej 95 dziennikarzy.

- rannych zostało 75.815 Palestyńczyków

- 55,9 proc. budynków jest uszkodzonych lub kompletnie zniszczonych, odsetek zniszczonych domów mieszkalnych to około 60 proc., szkół - 90 proc. Działa tylko 10 spośród 36 szpitali.

- 1,1 mln Palestyńczyków grozi głód; 31 proc. dzieci w wieku poniżej 2 lat jest niedożywionych.

- 1,7 mln Palestyńczyków musiało opuścić swoje domy (70 proc. populacji)

Na Zachodnim Brzegu:

- zginęło 456 Palestyńczyków, a 4.750 zostało rannych

W Libanie:

- zginęło 343 ludzi, w tym około 280 bojowników organizacji terrorystycznych, w tym głównie członków Hezbollahu

W Izraelu:

- zginęło ponad 1,2 tys. cywilów i ponad 580 żołnierzy

- rannych zostało 4.834 cywilów i 1.549 żołnierzy

- 90 tys. osób musiało opuścić swoje domy (niespełna 1 proc. populacji)

- liczba zakładników porwanych przez Hamas - 253; uwolnionych - 123; zginęło - 36 zakładników. 

PAP

poniedziałek, 8 kwietnia 2024


Oleg Orłow, współzałożyciel i współprzewodniczący Memoriału, nagrodzonego Pokojową Nagrodą Nobla, został skazany pod koniec lutego br. na karę 2,5 roku łagru za „dyskredytację armii rosyjskiej”. Wyrok orzeczony wobec Olega Orłowa jest przyznaniem się władz do tego, że ścierpieć nie mogą nikogo, kto w oczy mówi (pisze) prawdę o istocie putinizmu, o jego zbrodniach. Żarna machiny przymusu obracają się coraz szybciej, zgniatając kolejne wysepki niezależnego myślenia. Zaraz po orzeczeniu wyroku Orłowowi – podobnie jak pozostałym skazańcom – zaproponowano podpisanie kontraktu i wyjazd na linię frontu. „Nie zgadzam się” – napisał Orłow.

Dziś Orłow kończy 71 lat. Jest obecnie poddawany wysublimowanej torturze. W oczekiwaniu na apelację skazany wyraził życzenie (zagwarantowane prawem) zapoznania się z materiałami sprawy i protokołami rozpraw. Skoro sobie życzysz – to proszę bardzo, możesz się zapoznawać – odpowiedział system i wdrożył egzekucję: codzienny harmonogram pracy z dokumentami – pisze „Nowa Gazeta. Europa”.

„Dzień w dzień Orłow jest przewożony z aresztu śledczego wcześnie rano do budynku sądu, gdzie może czytać materiały, wraca do aresztu po północy. Większość czasu Orłow spędza w okratowanym samochodzie, potem w również okratowanej poczekalni sądu, wreszcie jest konwojowany do sali sądowej, gdzie może zapoznać się z dokumentacją. Siedzi tam w klatce, konwojenci nie spuszczają go z oka. Potem ponownie trafia do poczekalni, gdzie oczekuje na transport. Samochód krąży po Moskwie czasem kilka godzin, rozwożąc aresztantów po oddalonych od siebie aresztach śledczych”.

I tak dzień w dzień. Orłow poskarżył się adwokatowi, że na skutek rygoru, jakiemu jest poddawany, traci słuch i jest nieustannie przeziębiony. „A jeszcze przecież nie trafił do łagru” – konkluduje gazeta.

tygodnikpowszechny.pl

Znamienny jest w tym kontekście przypadek Dmitrija Kolkera. Naukowiec, kierownik laboratorium optycznych technologii kwantowych Uniwersytetu Nowosybirskiego, 30 czerwca został aresztowany w Nowosybirsku na oddziale szpitalnym, gdzie był leczony (ciężka choroba nowotworowa). Postawiono mu zarzut zdrady państwa – w 2018 r. miał on podczas wykładów w Chinach zdradzić chińskim studentom jakieś tajemnice rosyjskiego państwa. Kolker nie był ani obywatelskim aktywistą, ani nie miał dostępu do utajnionych danych (zresztą tematyka i zakres zagranicznych wykładów są ściśle kontrolowane i zatwierdzane przez odpowiednie czynniki). Po przewiezieniu do aresztu śledczego Lefortowo w Moskwie Kolker zmarł. Miał 54 lata. W Nowosybirsku w miasteczku uniwersyteckim współpracownicy Kolkera ustanowili spontanicznie memoriał na jego cześć. Policja niemal natychmiast uprzątnęła wieńce i kwiaty.

Historyk Andriej Zubow (od lat na emigracji) poświęcił temu, co się stało z Kolkerem, obszerny wpis na Facebooku, który zatytułował „Wielki terror”. To kilka fragmentów: „Aresztowanie doktora nauk matematyczno-fizycznych Kolkera to świadectwo braku człowieczeństwa. Ale cel aresztowania umierającego człowieka był inny: to zastraszenie naukowców. Przestępcza organizacja wywodząca się z Czeka zdaje się nam mówić: nic nas nie powstrzyma. W warunkach ciężkiej, zbrodniczej wojny w Ukrainie władze Rosji potrzebują milczenia przeciwników reżimu i zachwyconych okrzyków wszystkich pozostałych. (…) „Gdyby Rosja nie napadła na Ukrainę, to Ukraina napadłaby na Rosję” – w ten zwyrodniały pogląd wierzą miliony. „Zachodowi potrzebne są nasze bogactwa” – biedna prowincja wierzy również w to. „Rosjanie nigdy nie napadali, a tylko się bronili. I teraz bronią się przed Zachodem, który zawsze nas nienawidził” – (…) i temu hasłu ludzie wierzą. A kto nie wierzy, powinien milczeć. W przeciwnym razie – sąd i rozprawa, więzienia i łagry, tortury i śmierć. Aresztowania idą na dziesiątki, grzywny zasądza się tysiącami. Nauczyliśmy się, że Wielki Terror to lata 1937-1938 i kula w potylicę dla setek tysięcy niewinnych oskarżonych. Ale celem terroru nie jest zabójstwo. Celem terroru jest zastraszenie. Aby nikt się nie wychylał, milczał pokornie, aby nikt głowy nie śmiał podnieść. Jeżeli taki cel można osiągnąć bez likwidacji „materiału ludzkiego” – tym lepiej. Czy putinowcy osiągają ten cel w Rosji? Tak, osiągają. Społeczeństwo milczy. Nawet bliscy ludzie boją się dzielić między sobą swoimi myślami. (…) Czy to jeszcze długo potrwa? Potrwa dopóty, dopóki władza będzie się znajdować w rękach partii wojny”.

tygodnikpowszechny.pl

niedziela, 7 kwietnia 2024


W chińskich komunikatach dotyczących przebiegu poszczególnych spotkań eksponowano przede wszystkim (pozorną) neutralność Pekinu, który opowiada się za jak najszybszym zakończeniem konfliktu i gotowość do pełnienia roli mediatora. Większość rozmówców chińskiego dyplomaty miało również wyrażać „wdzięczność” Chinom za zaangażowanie się w wysiłki na rzecz pokoju i rozmów.

W tym duchu utrzymana była również informacja nt. pierwszego spotkania w Moskwie, gdzie 2 marca Li Hui rozmawiał z wiceministrem spraw zagranicznych Michaiłem Galuzinem, którego zapewnił o gotowości Chin do mediacji między Rosją, Ukrainą i pozostałymi stronami. Natomiast wg informacji rosyjskiego MSZ, w przebiegającej w przyjaznej atmosferze rozmowie wskazano, że „jakakolwiek dyskusja na temat politycznego i dyplomatycznego rozwiązania [konfliktu] jest niemożliwa bez udziału Rosji i uwzględnienia jej interesów bezpieczeństwa. Jednocześnie zauważono, że ultimatum stawiane Rosji przez Kijów i Zachód oraz związane z nim formy ,,dialogu” tylko podważają perspektywy ugody i nie mogą służyć jako podstawa rozwiązania [konfliktu]”. Rosyjski punkt widzenia w dużym stopniu nakreślił przebieg dalszych rozmów w Europie, w których Li Hui powielał stanowisko Moskwy.

4 marca w Brukseli wysłannik chińskiego rządu rozmawiał z przedstawicielami Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESSZ) Michaelem Siebertem i  Niclasem Kvarnströmem. Chińskie MSZ w krótkim komunikacie poinformowało jedynie o „wymianie poglądów” w sprawie Ukrainy, co wskazuje na poważną różnicę zdań w tej kwestii. Li Hui miał również wyrazić stanowczy sprzeciw wobec wpisania chińskich firm na listę sankcji przeciw Rosji i wezwał do bezwarunkowego ich usunięcia z tejże listy. Jednak treść chińskiego komunikatu znacząco różniła się od informacji przedstawionej przez UE –  urzędnicy ESSZ poinformowali chińskiego dyplomatę, że suwerenność i integralność terytorialna Ukrainy musi być podstawowym warunkiem jakichkolwiek rozstrzygnięć końcowych. Zwrócono również uwagę, że rosyjska wojna jest zagrożeniem egzystencjalnym dla UE, a chińska postawa wobec wojny ma negatywny wpływ na relacje z UE. Ponadto wyrażono oczekiwanie, że Chiny natychmiast wezwą Rosję do bezwarunkowego wycofania wojska i sprzętu z całego terytorium Ukrainy w jej międzynarodowo uznanych granicach. UE nalega również, aby Chiny zaprzestały dostarczania urządzeń i technologii podwójnego zastosowania, wykorzystywanych przez rosyjski przemysłowi zbrojeniowy.

Podobne rozbieżności informacyjne można zaobserwować po konsultacjach Li Huia z wiceministrem spraw zagranicznych RP Teofilem Bartoszewskim 6 marca w Warszawie. Zdawkowy komunikat strony chińskiej, kładący nacisk na wdzięczność Polski za zaangażowanie się Pekinu w mediacje, kontrastował z informacją polskiego MSZ, akcentującą krytykę chińskiego wsparcia dla Rosji i brak przyzwolenia na jakiekolwiek próby usprawiedliwiania agresji ,,uzasadnionymi obawami bezpieczeństwa”. Jednocześnie minister Bartoszewski docenił sprzeciw Chin wobec rosyjskich gróźb nuklearnych, wyrażając nadzieję na konkretne działania Pekinu na forum międzynarodowym w tym zakresie.

Jeszcze większą asymetrią charakteryzują się chińskie i ukraińskie komunikaty dotyczące konsultacji Li Huia w Kijowie, z udziałem m.in. wpływowego szefa gabinetu prezydenta Zełenskiego Andrija Jermaka, wicepremier i minister gospodarki Julią Swiridenko, ministra spraw zagranicznych Dmytro Kułeby oraz przedstawicieli armii i służb wywiadowczych. Odnosząc się do trwającego zaledwie pół dnia pobytu Li Huia, władze Chin poinformowały jedynie o „szczerych i przyjacielskich rozmowach nt. kryzysu ukraińskiego”. Natomiast wg obszernego sprawozdania kancelarii prezydenta Ukrainy, chińskiego dyplomatę zapoznano z sytuacją na froncie, funkcjonowaniem „korytarza zbożowego”, ochroną jeńców cywilnych, kwestią powrotu ukraińskich dzieci deportowanych przez Rosję i zagrożeniami związanymi z zajęciem przez Rosję Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej (ZPJ). Ponadto, chińskiej delegacji przedstawiono szczątki północnokoreańskiej rakiety oraz inne elementy uzbrojenia dostarczanego Moskwie przez państwa trzecie.

Należy odnotować, że strona ukraińska nie krytykowała bezpośrednio Chin za wspieranie Rosji, zamiast tego formułując postulaty, których faktycznym adresatem był Kreml, m.in.  w zakresie zakończenia deportacji ukraińskich dzieci do Rosji, wymiany jeńców wojennych, udzieleniu Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa nuklearnego, czy opuszczenia ZPJ. Narracja ta wskazuje, że choć Kijów nie ma złudzeń odnośnie do chińskiego parasola nad Kremlem w czasie wojny, to jednocześnie nie może sobie pozwolić na to, żeby Pekin stały się jego wrogiem. Wskazówką w tym względzie jest nieoczekiwane odwołanie przez prezydenta Zełeńskiego szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksija Daniłowa. Jego nagła dymisja wiązana jest z dosadną krytyką Li Huia i chińskich propozycji pokojowych, którą 19 marca ukraiński polityk wygłosił publicznie.

Pod koniec tournée Li Hui odwiedził Niemcy i Francję, które w ogóle nie opublikowały komunikatów na temat spotkań z chińskim wysłannikiem, co można interpretować jako dowód na wyraźną różnicę zdań. W rozmowie z sekretarzem stanu w MSZ RFN Thomasem Baggerem, Li Hui  zadeklarował, że Chiny są skłonne do współpracy przy organizacji konferencji pokojowej, ale „w odpowiednim czasie”  i „z równym udziałem wszystkich stron”. Innymi słowy, chiński dyplomata dał do zrozumienia, że bez przedstawicieli Rosji, Pekin nie usiądzie do rozmów w sprawie Ukrainy. Warto odnotować, że Thomas Bagger to były ambasador RFN w Polsce, który w ub. roku przekonywał na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że „imperialna wojna Rosji” wyznaczyła przełom w polityce Berlina – w sytuacji, gdy „bezpieczeństwo w Europie musi być w przewidywalnym czasie organizowane przeciw Rosji, a nie z Rosją”.

Z kolei na spotkaniu w Paryżu, 11 marca, Li Hui próbował odwoływać się do francuskiej nostalgii za „autonomią strategiczną”, wskazując, że „Chiny i Francja, jako dwa niezależne i ważne państwa o globalnym oddziaływaniu”, powinny kształtować pokojowy i stabilny świat wielobiegunowy oraz zapewnił, że Pekin chce utrzymywać z Paryżem ścisłą komunikację w sprawie „kryzysu ukraińskiego”. Pomimo że przedstawiciele francuskich władz zapewniają, że nie zaprzestaną wspierania Ukrainy, to należy odnotować, że również Władimir Putin nie wyklucza, że Francja może odegrać rolę w negocjacjach pokojowych.

Choć w przeciwieństwie do ub. roku w agendzie drugiej rundy konsultacji Li Huia w Moskwie nie znalazło się spotkanie się z ministrem spraw zagranicznych Sergiejem Ławrowem i wiceministrem Andriejem Rudenką, to do rozmów w tym gronie doszło dwa tygodnie później, gdy chiński dyplomata odwiedził Rosję ponownie, tym razem jako obserwator wyborów prezydenckich, które w chińskim komunikacie uznano za „demokratyczne, transparentne i uczciwe”. W rozmowie z Li Hui, 18 marca, Sergiej Ławrow opowiedział się za rozwiązaniem konfliktu na drodze negocjacji, ale pod pewnymi warunkami: Rosja nie będzie uczestniczyć w wydarzeniach promujących „propozycje Zełeńskiego” (10-punktowy plan pokojowy), a rozpoczęcie procesu negocjacyjnego powinny być poprzedzone powrotem Kijowa do rozmów z Moskwą, wstrzymaniem (zachodnich) dostaw uzbrojenia do Ukrainy oraz uznaniem „uzasadnionych interesów Rosji”.

W ten sposób druga misja Li Huia rozpoczęła się i de facto zakończyła się w Rosji, określając chińskie stanowisko w czasie rozmów z pozostałymi stronami. Wobec odzyskania inicjatywy na froncie, Moskwa postawiła publicznie warunki, które obecnie utrudniają (a wręcz wykluczają) dalszą „chińską grę pozorów” i angażowanie się Chin w jakiekolwiek inicjatywy pokojowe podejmowane przez Ukrainę i jej sojuszników, które Pekin mógł wykorzystywać np. jako element nacisku na UE w sporze nt. dostępu do rynku samochodów elektrycznych.

Na brak wymiernych efektów działań Li Huia wydaje się również wskazywać fakt, że – w przeciwieństwie do ubiegłego roku – po powrocie dyplomaty do Chin nie zorganizowano „otwartej” konferencji prasowej, a jedynie briefing dla zagranicznych dyplomatów i przedstawicieli mediów. Zgodnie z krótką informacją, Li Hui poinformował, że zaangażowanie Chin w „dyplomację wahadłową” jest doceniane przez wszystkie strony, a jego rozmówcy mieli wyrazić nadzieję, że Chiny jako stały członek Rady Bezpieczeństw ONZ i przyjaciel zarówno Rosji, jak i Ukrainy, jeszcze konstruktywniej zaangażują się w polityczne rozwiązanie „kryzysu ukraińskiego”. Podsumowując efekty swej drugiej misji dyplomatycznej Li powiedział, że ,,każda ze stron obstaje przy swoim stanowisku i istnieje znaczna różnica w rozumieniu zagadnień rozmów pokojowych”.

obserwatormiedzynarodowy.pl

Głównym powodem rewizji dotychczasowej logiki działania PI-Ch /Państwa Islamskiego Chorasanu/ jest zapewne drastyczny spadek potencjału organizacji po umocnieniu się w Afganistanie talibów po 2021 r. Dodatkowy – jak się wydaje – impuls do wprowadzenia zmian dała destabilizacja sytuacji na Bliskim Wschodzie po wybuchu konfliktu w Gazie (październik 2023 r.). Pierwsza okoliczność zmusza PI-Ch do szukania oparcia i budowy własnej pozycji poza Afganistanem. Druga przyniosła perspektywę aktywizacji islamskich radykałów oraz ich sympatyków i sponsorów[3]. W efekcie nastąpiło ożywienie PI (zamachy terrorystyczne) za granicą, które daje nadzieję na zwiększenie jego rangi oraz wzrost zainteresowania donatorów i ochotników.

Tylko w ostatnich miesiącach PI-Ch – zgodnie z własnymi deklaracjami i oficjalną linią władz – przeprowadziło ataki na dużą skalę: w irańskim Kermanie przy okazji obchodów rocznicy śmierci Ghasema Solejmaniego (3 stycznia, 94 ofiary śmiertelne) oraz na katolicki kościół w Stambule (28 stycznia, jeden zabity), wreszcie – wzięło odpowiedzialność za atak na Crocus City Hall w Krasnogorsku (22 marca, co najmniej 139 ofiar śmiertelnych). Każdy z nich wpisuje się w priorytety ideologiczne ugrupowania: Iran jest państwem szyickim, wszystkie zaatakowane kraje zwalczają obecnie PI w Syrii lub Afganistanie oraz na własnym terenie, wszystkie należą też do grona pogańskich lub heretyckich wrogów kalifatu.

Pośrednim wskaźnikiem aktywności PI-Ch jest skala aresztowań podejrzanych o związki z nim. Miały one miejsce m.in. w Iranie (seria latem 2023 r.), Niemczech (lipiec/sierpień 2023 r., a następnie w grudniu 2023 r. – planowany zamach w Kolonii – i marcu 2024 r. – planowany atak na szwedzki parlament), Rosji (m.in. likwidacja dwóch Kazachów oskarżanych o przygotowanie ataków na moskiewską synagogę w przededniu zamachu z 22 marca), a zwłaszcza Turcji (od czerwca 2023 r. aresztowano 692 osoby podejrzane o związki z PI i PI-Ch, w tym 40 po zamachu w Krasnogorsku).

Ataki przeprowadzone przez PI-Ch budziły i budzą pewne wątpliwości co do realnej odpowiedzialności ugrupowania za nie. Według oficjalnej linii Iranu i Rosji działania organizacji miałyby być inspirowane przez USA i Izrael (zamach w Kermanie) oraz USA i Ukrainę (zamach w Krasnogorsku). Dopuszcza się scenariusz, w którym odpowiedzialność za drugą z tych tragedii ponoszą struktury siłowe FR – byłaby ona przejawem zaostrzającej się rozgrywki w ścisłych elitach państwa. W przypadku tego ataku szczególne wątpliwości rodzą: łatwość, z jaką do niego doszło, profesjonalizm sprawców w jego trakcie kontrastujący z ich rażącą nieporadnością podczas ucieczki, dyskusyjne okoliczności ich schwytania, dowody na uczestnictwo w ataku osób przedstawianych jako terroryści czy wiarygodność zeznań składanych w efekcie (sfilmowanych) tortur. Część alternatywnych teorii dotyczących zamachów ma charakter skrajnie polityczny i propagandowy, inne opierają się na trudnych lub niemożliwych do udowodnienia spekulacjach. Żadna z nich nie neguje jednoznacznie choćby instrumentalnego udziału PI-Ch w atakach w Kermanie, Stambule i – zasadniczo – Krasnogorsku. Nie da się natomiast przesądzać o szczegółach tych wydarzeń. Niezmiennie realna pozostaje ewentualność rozgrywania czy kanalizowania działalności organizacji lub wspierania jej przez służby specjalne graczy zewnętrznych. Niełatwo jednak podważyć wzrost ambicji i sprawczości PI-Ch oraz jego „sukces” polityczny i wizerunkowy w kręgach radykalnego islamu.

(...)

Obecną sytuację wyróżnia nadreprezentacja wśród zamachowców PI-Ch Tadżyków (oprócz nich sporadycznie zatrzymywano Uzbeków, Kazachów, Kirgizów czy Turkmenów). Samo zaangażowanie przedstawicieli regionu w ruchy radykalne nie jest nowością. Na stosunkowo ograniczoną skalę radykalizm islamski ujawnił się w Azji Centralnej przy okazji m.in. wojny domowej w Tadżykistanie (1992–1997), aktywności Islamskiego Ruchu Uzbekistanu i Islamskiej Unii Dżihadu oraz sporadycznych zamachów terrorystycznych w tej części świata (ich ostatnia fala miała miejsce w 2016 r.). Od 2 tys. do 5 tys. osób z regionu było zaangażowanych w Państwo Islamskie oraz pokrewne organizacje w latach 2011–2019 w Syrii i Iraku. Ludzie stamtąd pochodzący przeprowadzali ataki terrorystyczne w USA (2013), Turcji (2015, 2016, 2017), Szwecji i Rosji (2017) oraz uczestniczyli w przygotowaniach do udaremnionych zamachów w RFN. Radykalny islam miał w Azji Centralnej podglebie kulturowe i społeczno-polityczne – wydawał się jedną z odpowiedzi na złą sytuację gospodarczą i autorytarny charakter tamtejszych reżimów – lecz nigdzie nie nabrał dojrzałej formy i nie zyskał szerszej akceptacji społecznej. Istotnymi elementami ograniczającymi jego rozwój niezmiennie pozostawały silny w Azji Centralnej konserwatyzm społeczny oraz obsesyjne wyczulenie na ten problem i rozbudowany aparat bezpieczeństwa miejscowych reżimów.

Specyfika problemu – co skutecznie wykorzystuje PI-Ch – wydaje się leżeć w masowych migracjach zarobkowych z regionu, zwłaszcza do Rosji. Paradoksalnie to właśnie tam radykalizują się m.in. Tadżycy. Kraj ten zapewnia łatwiejszy dostęp do treści radykalnych, brak tam tradycyjnych elementów kontroli społecznej, ekstremizmowi przychodzi też w sukurs frustracja związana z wyobcowaniem i trudnościami z adaptacją do nowego środowiska. Poważnym problemem pozostaje poczucie dyskryminacji ze strony rosyjskich władz i struktur siłowych oraz miejscowej ludności. Zaostrzył się on po agresji FR na Ukrainę – migranci są przymuszani do służby wojskowej w siłach zbrojnych albo wysyłani na terytoria okupowane. Jak dotąd niemal wszyscy centralnoazjatyccy zamachowcy zradykalizowali się właśnie w czasie pobytu w Rosji. Na mniejszą skalę problem dotyczy Turcji, która również stanowi cel migracji zarobkowych (lecz tam w większym stopniu udają się przedstawiciele turkijskich narodów regionu), a przy tym jest eksponowana na wpływ ekstremistów z Syrii i Iraku oraz Europy Zachodniej. Tadżycy i ich sąsiedzi wydają się świadomie wytypowani przez PI-Ch jako grupa wyalienowana i sfrustrowana, podatna zarówno na skrajną wersję islamu, jak i na wizję doraźnych korzyści finansowych, a zarazem dostępna kulturowo i językowo dla tadżyckich (i uzbeckich) kadr organizacji w Afganistanie.

osw.waw.pl