niedziela, 18 lutego 2024



Pod osłoną dronów, komandosów i elitarnej 3. Brygady Szturmowej, 110. Brygada Zmechanizowana armii ukraińskiej wycofała się w piątek z Awdijiwki tym samym kończąc brutalną czteromiesięczną bitwę o ruiny miasta

Obrona Awdijiwki przez 110. Brygadę mogła kosztować ją większość jej przedwojennych sił liczących około 2 tys. osób. Jednak rosyjską armię kosztowała znacznie więcej.

W szturmie na Awdijiwkę, przemysłowe miasto osiem kilometrów na północny zachód od okupowanego przez Rosjan Doniecka, wzięło udział nie mniej niż 12 brygad z rosyjskich 2. i 41. połączonych armii.

Wygląda na to, że większość z tych brygad straciła przeważającą część swoich ludzi. W sumie rosyjskie ofiary — zabici i ranni — w Awdijiwce i okolicach mogą przekroczyć 30 tys. osób. W końcu, według amerykańskich analityków, 13 tys. Rosjan zostało zabitych lub rannych wokół miasta w ciągu zaledwie pierwszych sześciu tygodni 16-tygodniowej bitwy.

Wiele wskazuje na to, że wycofujący się Ukraińcy mogli oddać ostatnie poważne strzały w bitwie, celując w trzy rosyjskie myśliwce bombardujące, które najwyraźniej szykowały się do nalotu bombowego na ukraińską 110. Brygadę i sąsiednie jednostki.

Gdy na początku soboty niedobitki 110. Brygady uciekały na zachód, mijając jednostki osłaniające na skraju Awdijiwki, bateria rakiet ukraińskich sił powietrznych zestrzeliła co najmniej jeden — a prawdopodobnie kilka — rosyjskich myśliwców bombardujących Suchoj 100 km na wschód od Awdijiwki.

Na nagraniu widać tylko jeden z rosyjskich samolotów rozbijających się w pobliżu miasta Dyakove. Jednak dowódca ukraińskich sił powietrznych gen. broni Mykoła Oleszczuk twierdzi, że jego oddziały zestrzeliły trzy samoloty: jednoosobowy Sukohi Su-35 i dwa dwuosobowe Su-34.

Aby udowodnić rzekome zestrzelenia, Oleszczuk opublikował zrzut ekranu cyfrowej mapy wyświetlającej awaryjne radiolatarnie czterech rosyjskich lotników, którzy prawdopodobnie katapultowali się ze swoich uszkodzonych samolotów. "Jak widać, system działa!" napisał Oleszczuk.

Dla Ukraińców, którzy przeżyli kampanię w Awdijiwce, zestrzelenia miały wymiar osobisty. Rosyjskie Suchoje bezlitośnie bombardowały 110. Brygadę przez wiele tygodni. Odrzutowce zbliżały się do Awdijiwki od wschodu, wznosiły się wysoko i — z odległości 40 km — zrzucały naprowadzane satelitarnie bomby KAB. Niektóre z nich ważyły półtorej tony.

"Według różnych szacunków, od 37 do 42 bomb KAB zostało zrzuconych na Awdijiwkę w ciągu jednego dnia w tym tygodniu" - poinformowała 15 lutego ukraińska grupa analityczna Frontelligence Insight. "Pomimo swojej niedokładności, te wysoce niszczycielskie bomby powodują rozległe szkody ze względu na swój ładunek wybuchowy, prowadząc do uszkodzenia lub zniszczenia pobliskich budynków".

"Avdiivka to kraina KAB", napisał żołnierz 3. Brygady Szturmowej Egor Sugar. "Wygląda na to, że jest to największa liczba bomb lotniczych na takim kawałku ziemi w całym okresie istnienia ludzkości"

onet.pl/Forbes

Najpierw kilka słów o epizodzie z Borysem Nadieżdinem. Można założyć, że odpowiedzialni za przeprowadzenie „wyborów” urzędnicy Kremla dopuścili na wstępnym etapie polityka spoza grupy trzymającej władzę, aby uwiarygodnić przekaz o rzeczywistej alternatywie dla Putina. Bez akceptacji ludzi zawiadujących przygotowaniami do marcowego spektaklu nikt nie może się samodzielnie wspiąć na scenę. 

Na samym początku kampanii przekonała się o tym regionalna aktywistka i dziennikarka Jekatierina Duncowa. Po tym jak wygłosiła kilka słów krytyki pod adresem Putina i jego agresywnej polityki, ujęła się za niesłusznie skazanymi opozycjonistami i oznajmiła, że jest przeciwko wojnie, została wezwana do prokuratury, a konto, na którym chciała gromadzić pieniądze na kampanię, zostało zablokowane. Już w grudniu 2023 r. Centralna Komisja Wyborcza (CKW) oznajmiła, że złożone przez Duncową dokumenty zawierają liczne błędy, i odmówiła zgody na rejestrację, nie dopuszczając jej tym samym nawet do zbierania podpisów. Prokremlowskie tuby propagandowe hałaśliwie obszczekały Duncową, a posądzenie jej (bez żadnych dowodów) o korzystanie z pomocy finansowej emigracyjnego opozycjonisty i miliardera Michaiła Chodorkowskiego ostatecznie przypieczętowało los śmiałej kandydatki. I Duncowa zniknęła ze sceny. (...)

Nadieżdin wszedł do gry miękko, bez ostrych wypowiedzi. Ale nawet niekonfrontacyjne sformułowania dotyczące chęci zakończenia wojny w Ukrainie czy uwolnienia opozycjonistów siedzących w łagrach wystarczyły, by zaktywizować tę część elektoratu, która nie chce głosować na Putina. Pod sztabami Nadieżdina ustawiły się długie kolejki ludzi pragnących złożyć podpis na listach poparcia (na marginesie: kolejek pod sztabami Putina nikt na oczy nie widział; do CKW przywieziono pudła zawierające podobno 2 mln podpisów, niektórzy spekulowali, że pudła były puste).

Zdjęcia kolejek „za Nadieżdina” trafiły nie tylko do rosyjskich, ale i światowych mediów i ożywiły zainteresowanie nudnym oficjalnym przedstawieniem. Popularność polityka rosła, on sam z każdym dniem się rozkręcał – m.in. udzielał wywiadów, w których opowiadał się za zakończeniem wojny. Zebrał ponad 200 tys. podpisów w całym kraju. Do rejestracji w charakterze kandydata wystarczy 100 tys. i tyle ich złożono. Przy dopuszczalnym limicie 5 proc. nieważnych podpisów CKW zakwestionowała 15 proc., czasem pod mocno naciąganymi powodami. Np. literówka w nazwie miasta Rostów nad Domem (zamiast Donem) wystarczyła, aby taki podpis wyeliminować.

Klamka zapadła: Nadieżdin nie wystartuje. Decydenci odpowiedzialni za bezkolizyjny przebieg „wyborów” wolą nie ryzykować – ranking niszowego polityka zaczął zbyt szybko i zbyt niepokojąco rosnąć. Zamawiane przez jego sztab sondaże dawały mu nawet 10 proc. poparcia. Pozostali kandydaci nie stanowią zagrożenia dla założonych w planie 80 proc. dla Putina.

(...)

Kto zajmie opuszczone przez Nadieżdina miejsce „tego drugiego”? 10 lutego związana z Kremlem sondażownia WCIOM opublikowała pierwszy ranking kandydatów: listę otwiera Władimir Putin z 75-procentowym poparciem, na drugim miejscu znajduje się Władisław Dawankow z partii Nowi Ludzie z 5-procentowym poparciem, dwie pozostałe pozycje zajęli bezbarwni koncesjonowani kandydaci z ramienia Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (Leonid Słucki) i Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej (Nikołaj Charitonow) – po 4 procent.

tygodnikpowszechny.pl

sobota, 17 lutego 2024


Jeśli Putin zwracał się do amerykańskich, a konkretniej republikańskich elit, to co miał im ciekawego do powiedzenia? W dużym skrócie Putin stwierdził, że są pewne procesy naturalne jak to, że słońce świeci. I takim procesem jest wybijanie się różnych krajów – na przykład zrzeszonych w BRICS – z ich ludzkim i gospodarczym potencjałem oraz ich aspiracje do odpowiadającego ich ambicjom statusu międzynarodowego. Polityka USA jest głupia, krótkowzroczna, może Stany nie najgorzej sobie radzą gospodarczo w ostatnich latach, ale dolar jako waluta międzynarodowych rozliczeń to porażka, zresztą wystarczy spojrzeć na Rosję, która w minionym roku miała najlepsze w Europie wskaźniki gospodarcze mimo sankcji i restrykcji. Czas amerykańskiej dominacji się kończy, pytanie do tamtejszych elit brzmi zatem, czy chcą twardego, czy miękkiego lądowania? Rosja może pomóc z miękkim, jest gotowa na dialog. Po prostu idźcie po rozum do głowy, zacznijcie szanować nasz kraj i nasze interesy.

(...)

Ale nie, Putin uważa, że Rosja przyszłość już wygrała, a USA ją przegrały, więc nie potrzebuje mizdrzyć się do Trumpa, ograniczając się tylko do stwierdzenia, że owszem, zna go. Dużo wylewniejszy był wobec Georga W. Busha, a kiedy ostatni raz rozmawiał z Bidenem, nawet nie pamięta. Carlsona, Amerykanina z krwi i kości, zaskoczyło, że ktoś może nie pamiętać rozmowy z samym prezydentem USA, ale Putin z uśmiechem odparł, że ma dużo spraw na głowie, nie o wszystkim musi pamiętać.

krytykapolityczna.pl

W Rosji, owszem, giną ludzie, którzy nie wywodzą się z kręgu opozycji, ale są to co najwyżej menadżerowie zarządzający majątkiem elity. Rosyjska elita władzy jest tak silnie powiązana więzami biznesowymi, rodzinnymi, zawodowymi i koleżeńskimi, że mordowanie — tak jak to czynił Stalin w stosunku do swoich współpracowników — ludzi z kręgu jest de facto wykluczone. Putin jest mordercą, ale ani nie morduje na taką skalę jak Stalin, ani nie ma też takiej swobody w mordowaniu jak Stalin. Takich jak Aleksiej Nawalny mordować oczywiście może, bo ich los nikogo w elicie nie obchodzi.

Inaczej niż Stalin Putin musi co jakiś czas przeprowadzać — będące oczywiście całkowitą fikcją — ale jednak pro forma odbywające się — wybory. Śmierć Nawalnego to swego rodzaju baner reklamowy w ramach kampanii wyborczej, w której Putin musiał przypomnieć ludowi i elicie, kto jest carem (Stalin przypominać nie musiał).

onet.pl

Były prezydent USA Donald Trump musi zapłacić 354,9 mln dolarów kary za zawyżenie swojego majątku w celu wprowadzenia w błąd pożyczkodawców - orzekł w piątek nowojorski sąd. Na Trumpa został też nałożony trzyletni zakaz pełnienia funkcji kierowniczych w korporacjach działających w Nowym Jorku.

W akcie oskarżenia przeciwko Donaldowi Trumpowi i jego firmom stwierdzono, że polityk miał zawyżać majątek netto o 3,6 miliarda dolarów rocznie przez dekadę. Miało to na celu oszukanie bankierów, którzy mieli w ten sposób oferować lepsze warunki pożyczki. Oprócz byłego prezydenta USA, na ławie oskarżonych zasiedli jego dwaj synowie: Don Junior i Eric. Na nich sąd nałożył kary w wysokości po 4 mln dolarów.

Jak wskazuje Reuters, sędzia Arthur Engoron stwierdził w orzeczeniu, że Donald Trump i inne osoby oskarżone w tej sprawie "nie potrafią przyznać się do błędu, jaki popełniły". "Ich całkowity brak skruchy i wyrzutów sumienia graniczy z patologią" - dodał. Agencja przypomina też, że podczas składania zeznań w listopadzie Trump przyznał, że wartości niektórych jego nieruchomości były niezgodne z rzeczywistością. Zaznaczał jednak, że to banki powinny być bardziej staranne.

"Ten werdykt jest oczywistą niesprawiedliwością - prostą i oczywistą. Jest to kulminacja wieloletniego, podsycanego politycznie polowania na czarownice, którego celem było 'pokonanie Donalda Trumpa'. (...) Niezliczone godziny zeznań dowiodły, że nie było żadnego wykroczenia, żadnego przestępstwa i żadnej ofiary" - skomentowała na portalu X Alina Habba, prawniczka Donalda Trumpa. Jednocześnie wyraziła nadzieję, że sąd apelacyjny uchyli ten wyrok.

"Pozwólcie, że wyjaśnię jedną rzecz: nie chodzi tylko o Donalda Trumpa - jeśli ta decyzja się utrzyma, będzie to sygnał dla każdego Amerykanina, że Nowy Jork nie jest już otwarty dla biznesu" - podkreślała Habba.

Były prezydent USA Donald Trump musi zapłacić 354,9 mln dolarów kary za zawyżenie swojego majątku w celu wprowadzenia w błąd pożyczkodawców - orzekł w piątek nowojorski sąd. Na Trumpa został też nałożony trzyletni zakaz pełnienia funkcji kierowniczych w korporacjach działających w Nowym Jorku.

gazeta.pl/IAR

czwartek, 15 lutego 2024


Obserwator Finansowy: Jaka jest kondycja niemieckiego rolnictwa? Czy dochody tamtejszych rolników spadają? Według raportu Bundesregierung na temat polityki rolnej z 2023 r., w ciągu ostatniej dekady w Niemczech upadało średnio dziesięć gospodarstw rolnych dziennie…

Stephan von Cramon-Taubadel: Proces zmiany strukturalnej w niemieckim rolnictwie trwa od wielu dekad. To jest potężna, złożona przemiana. Po II wojnie światowej na terenie RFN istniało około 2 mln gospodarstw rolnych, dziś jest ich około 250 tys. Co roku ich liczba spada o około 3 proc. Dzieje się to bez względu na to, co robi rząd. Ten może być zielony, czerwony, jakikolwiek, a zmiana i tak postępuje.

Głównymi siłami napędzającymi to zjawisko są czynniki demograficzne oraz technologiczne. Niemałą rolę ogrywają także ogólna majętność społeczeństwa oraz zarobki w innych branżach. Powiedźmy sobie szczerze, że generalnie w rolnictwie nie zarabia się jakoś świetnie, a przy tym to jest dość skomplikowany biznes wymagający poświęceń.

Prognozy niektórych niemieckich banków rolnych zakładają, że tempo spadku liczby gospodarstw przyspieszy. Do 2040 r. w Niemczech ma ich zostać około 100 tys.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że istnieje takie zjawisko? Ale z punktu widzenia gospodarki jako całości, to zjawisko ma głęboki sens, jest w pewnym sensie usprawiedliwione.

obserwatorfinansowy.pl

W okolicy Bachmutu batalion Pereswiet znalazł się we wrześniu 2023 r. (wcześniej jednostka walczyła w okolicach Doniecka).

— Wymyślają zadania na bieżąco — twierdzi Jewgienij Nikołajenko. — Pędziliśmy na Ukraińców, ale tam nie docieraliśmy, bo powstrzymywała nas ich artyleria — i nie było się gdzie schować. Szliśmy na ślepo z karabinami maszynowymi, ale nawet ich nie potrzebowaliśmy: bo po prostu tam nie docieraliśmy.

W ostatnich miesiącach Pereswiet próbował zdobyć fortyfikację wznoszącą się na zachód od Kliszczijiwki, tzw. Łysią Górę. Wioska jest kontrolowana przez Siły Zbrojne Ukrainy, ale wojska rosyjska w grudniu 2023 r. zdobyły wschodnia część wzniesienia. Od tego czasu trwają tam ciężkie walki — ten odcinek frontu jest często nazywany "najgorętszym miejscem" na całym kierunku.

Jewgienij Nikołajenko opisuje to miejsce w następujący sposób: — To pole o szerokości około półtora kilometra, gdzie widać cię ze wszystkich stron — a dookoła kratery po pociskach. Jak na Księżycu. Ukraińcy miażdżą tam [pociskami], atakują pociskami z góry, rozsypują na ziemi mnóstwo "sztuczek" — "płatków" i "żarówek" (petarda ze specjalnym wypełnieniem, jak się na nią nadepnie, urywa nogę). Biegasz między nimi jak wiewiórka.

Po tym dodaje: — Co 10 sekund dochodzi tam do ostrzału z użyciem broni kasetowej, do tego w grę wchodzą moździerze. Przy tym wszystkim musisz siedzieć na otwartym polu — wszystko dlatego, że przełożeni już wcześniej donieśli, że Pereswiet zdobył tam przyczółek. Mówiliśmy: "nigdy wcześniej tam nie byliśmy! A oni na to: "no to teraz tam będziecie". I wysłali nas.

Według Nikołajenki straty w 3 Korpusie Armijnym, w skład którego wchodzi Pereswiet, mogą sięgać 80 proc. stanu osobowego. Oznacza to, że można mówić o tysiącach zabitych (Meduzie nie udało się niezależnie potwierdzić tej informacji).

— 3 Korpus to w ogóle ludobójstwo. Tylko na "Łysej Górze" zginęło ponad tysiąc naszych ludzi. Wszędzie tam leżą kawałki ich szczątków, nikt ich nie zbiera. Niektóre zwłoki są już wysuszone jak mumie. Są też jednak świeższe trupy. Stare leżą na nowych. Nikt ich k**wa nie potrzebuje — mówi Nikołajenko.

— Od września [2023 r.] nie wolno ich zabierać. Gdy ktoś próbuje, krzyczą: "nie zwracaj na nie uwagi, idź dalej!". Nie wstyd wam, k**wa, za siebie? Dlaczego zbieracie tam kupę trupów? Zabierzcie je, k**wa! Do cholery, tam leży człowiek. Jest już wysuszony, pod jego ubraniem znajdują się same kości. Trup z zegarkiem na ręku — dodaje. — Przychodzisz tu po to, by umrzeć. By dołączyć do kolekcji.

onet.pl

wtorek, 13 lutego 2024


Podobne ahistoryczne bzdury Putin przedstawił m.in. w eseju, który opublikował latem 2021 r. Pisał w nim, że "Rosjanie i Ukraińcy" są "jednym narodem", ponieważ "Rosjanie, a także Ukraińcy i Białorusini" są "spadkobiercami starożytnej Rosji, która była największym państwem w Europie". To "państwo" miał założyć książę Ruryk w 862 r.

W IX w. w Europie nie było państwowości w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Istniały feudalne struktury, które opierał się na powiązaniach między jednostkami na różnych szczeblach władzy.

Co więcej, Ruryk prawdopodobnie nie był etnicznym Rosjaninem, ale Waregiem — wodzem wikingów. Tak przynajmniej opisuje go staroruska "Kronika Nestora", główne źródło historyczne mówiące o powstaniu Nowogrodu i Rusi Kijowskiej.

Carlson nie znał tych faktów.

Następnie Putin przeniósł się w swojej opowieści do połowy XVII w. "Teraz opowiem wam, co wydarzyło się później" — powiedział. Stwierdził, że ludzie, którzy w tym okresie "rządzili tą częścią terytorium Rosji" (chodziło mu o dzisiejszą Ukrainę — red.) zwrócili się do Moskwy, która się nimi "zaopiekowała".

W tym momencie Putin kazał podać sobie teczkę.

"Żebyś nie myślał, że zmyślam. Dam ci te dokumenty" — powiedział, wręczając folder najwyraźniej zawierający kopie listów od kozackiego przywódcy Bohdana Chmielnickiego.

Przywódca kozackiego powstania w 1648 r. zaproponował ówczesnemu władcy Moskwy Aleksemu I sojusz. Car zgodził się, a Kozacy dnieprzańscy oraz ludność Kijowa i innych miast przysięgli mu wierność (wydarzenie to przeszło do historii jako ugoda perejasławska — red.). Rezultatem była trwająca kilka lat wojna rosyjsko-polska.

W rzeczywistości było to powstanie kozackie przeciwko zwierzchnictwu Rzeczypospolitej. W słowach Putina brzmiało to jednak zupełnie inaczej. W jego narracji Chmielnicki poprosił o przejście "pod silną rękę moskiewskiego cara". Dla Putina był to decydujący krok na drodze do rzekomego zjednoczenia wszystkich "rosyjskich" narodów.

Ten przykład pokazuje, jak działa polityka historyczna Putina. Wyszukuje on wydarzenia z przeszłości, które rzekomo pasują do jego imperialistycznego nacjonalizmu, zamazuje ich kontekst, a następnie udaje, że istnieją dowody, które potwierdzają tę zniekształconą interpretację.

Jego hasła wygłoszone podczas rozmowy z Tuckerem Carlsonem wpisują się w ten schemat. Putin stwierdził na przykład, że naród ukraiński był tylko wymysłem austriackiego sztabu generalnego pod koniec XIX w., który miał "osłabić potencjalnego wroga", czyli Rosję.

Takie fakty, jak choćby takie jak trzy rozbiory Polski: z 1771, 1793 i 1795 r., które zmusiły Polaków do podporządkowania się moskiewskim carom, a także Prusom i Habsburgom, w narracji Putina kompletnie nie istnieją.

Szczególnie zawiłe były wygłoszone przez Putina tyrady na temat II wojny światowej. Według niego winę za jej wybuch ponosi odrodzone w 1918 r. państwo polskie. Szef Kremla oskarżył Warszawę o to, że najpierw "kolaborowała" z Hitlerem, a następnie odmówiła zgody na przemarsz wojsk radzieckich do zachodniej granicy Polski w 1938 r. Jego zdaniem miały one pomóc Czechosłowacji zaatakowanej przez Trzecią Rzeszę (chodził o układ monachijski zezwalający Hitlerowi na aneksję części tego kraju — red).

O pakcie Hitlera ze Stalinem Putin wspomniał tylko pokrótce. Stwierdził, że oddał on Rosji "część terytorium" Polski — w tym wspomniał o zachodniej Ukrainie. Dzięki temu — zdaniem Putina —"Rosja, która wówczas nazywała się ZSRR, odzyskała swoje historyczne terytoria".

Nie raczył przyznać, że był to czwarty, szczególnie brutalny podział Polski.

onet.pl/Die Welt

poniedziałek, 12 lutego 2024


Na wiecu wyborczym w Karolinie Południowej Donald Trump zrelacjonował jego spotkanie z "prezydentem dużego kraju". Według słów Trumpa ten prezydent miał go zapytać, czy USA obroniłyby kraj przed rosyjską agresją, gdyby ten nie płacił wystarczających pieniędzy na obronność. "Odpowiedziałem: nie, nie broniłbym was. A nawet zachęcałbym, żeby [Rosjanie — red.] robili, co im się podoba. Musicie płacić, musicie płacić rachunki" – powiedział wtedy Trump. Te słowa wywołały oburzenie w Polsce i w całej Europie.

Wypowiedź Trumpa wymaga pewnego objaśnienia. Kiedy republikański kandydat na prezydenta USA mówi o "płaceniu", to nie chodzi mu o jakieś wyimaginowane liczby, ale bardzo konkretne kwoty, które zostały określone na 27. szczycie NATO w Walii w 2014 r. W tzw. Planie gotowości zapisano wtedy, że państwa członkowskie sojuszu Atlantyckiego powinny zwiększyć wydatki na obronę do 2 proc. PKB w ciągu 10 lat.

Nie dość, że właśnie mija 10 lat od szczytu w Walii, to od dwóch lat na naszym kontynencie trwa najkrwawszy konflikt od czasów II wojny światowej. Europejskie gospodarki powinny na pełnych obrotach pompować pieniądze w swoje przemysły obronne, aby te produkowały jak największe ilości broni. Wydatki na obronność od dawna powinny być znacznie wyższe niż owe 2 proc. ustalone w Walii. A jak wygląda sytuacja?

Europejskie państwa graniczące z Rosją, Białorusią i Ukrainą w komplecie wypełniają warunek 2 proc. PKB na obronność. W tym gronie najlepiej stoi Polska z 3,9 proc. PKB na te cele. Jeśli jednak chodzi o resztę krajów, to 2 proc. PKB przekraczają jedynie Wielka Brytania i Grecja. Największa europejska gospodarka, Niemcy, są poziomie 1,6 proc. i oficjalnie przyznają, że Bundeswehra znajduje się w kiepskim stanie i może będzie gotowa do wojny za pięć lat. Inne duże kraje kontynentu oscylują wokół niemieckiej liczby.

onet.pl

niedziela, 11 lutego 2024


Oświadczenie MSZ ws. 10 kłamstw prezydenta Władimira Putina nt. Polski i Ukrainy, których nie prostował Tucker Carlson (wywiad z dnia 8 lutego 2024 r.)

1. Polska współpracowała/kolaborowała z hitlerowskimi Niemcami.

Przed II wojną światową polska dyplomacja starała się utrzymywać dobrosąsiedzkie relacje z Niemcami. Nie było mowy o wejściu Polski w jakikolwiek sojusz militarny z Hitlerem. Polska w okresie międzywojennym znajdowała się między dwoma agresywnymi sąsiadami: Niemcami i Rosją, które nie uznawały w praktyce prawa narodu polskiego do samodzielnego państwa. W Berlinie w 1934 roku została podpisana polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy, która miała gwarantować rozwiązywanie sporów środkami pokojowymi. Ale wcześniej, w 1932 roku, podpisany został analogiczny pakt o nieagresji z ZSRS.

2. Polacy zmusili Hitlera do rozpoczęcia z nimi II wojny światowej. Dlaczego II wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 roku właśnie od Polski? Była niechętna do współpracy. Hitlerowi nie pozostało nic innego w realizacji swoich planów [jak] zacząć od Polski.

II RP odrzuciła żądania Hitlera, a także propozycję sojuszu polsko – niemieckiego wymierzonego w ZSRS. To hitlerowskie Niemcy i władze sowieckie 23 sierpnia 1939 roku podpisały porozumienie przeciwko Polsce (tzw. pakt Ribbentrop – Mołotow), które umożliwiło Niemcom przeprowadzenie agresji na Polskę 1 września 1939 roku. Rosja sowiecka i hitlerowskie Niemcy zgodnie współpracowali do czerwca 1941 roku.

3. Polska stała się ofiarą polityki prowadzonej wobec Czechosłowacji, ponieważ na mocy słynnych protokołów Ribbentrop-Mołotow część tych terytoriów przypadła Rosji, w tym Zachodnia Ukraina.

Polska nie brała udziału, ani nie była stroną Układu Monachijskiego (30 września 1938 roku), który de facto mocno ograniczał suwerenność Czechosłowacji. Polskie żądania dotyczące Zaolzia zostały wysunięte po podpisaniu Układu Monachijskiego.

4. W ten sposób Rosja, pod nazwą Związku Radzieckiego, powróciła na swoje historyczne terytoria.

ZSRS wcielił tereny wschodnie II RP w wyniku agresji zbrojnej (17 września 1939 roku) w momencie kiedy Polska walczyła z inwazją niemiecką. Był to cios w plecy zadany polskiemu państwu. Przeprowadzone przez Sowietów tzw. referenda ludowe na polskich kresach zostały przeprowadzone w atmosferze terroru i fałszerstw. Lwów oraz tereny ówczesnych województw lwowskiego i stanisławowskiego (dzisiejsza Zachodnia Ukraina) nigdy nie należały do Imperium Rosyjskiego. Wileńszczyzna również nie była historycznie częścią Rosji.

5. Ukraina to de facto sztuczny twór stworzony przez Lenina i Stalina.

Współczesna Ukraina jako państwo powstała dzięki ukraińskiemu ruchowi narodowemu. Bolszewicy jej nie stworzyli a jedynie podbili część jej terytorium czyniąc z niej jedną z radzieckich republik. Ukraina powstała dzięki woli samych Ukraińców.

6. Lewy brzeg Dniepru, łącznie z Kijowem, to historycznie ziemie rosyjskie.

Kijów – był stolicą historyczną Rusi, a Moskwa wówczas nie istniała. W 1991 roku Ukraina stała się niepodległym państwem z międzynarodowo uznanymi granicami.

7. Idea Ukraińców jako odrębnej nacji pojawiła się w Polsce.

Proces samookreślenia się Ukraińców jako odrębnej grupy etnicznej odbywał się równolegle z analogicznymi procesami zachodzącymi w XIX-wiecznej Europie. Nikt sztucznie nie „wymyślił” narodu ukraińskiego.

8. Na terytorium Ukrainy tworzono bazy NATO.

Na terytorium Ukrainy nie ma baz NATO.

9. W Ukrainie dwukrotnie doszło do zamachów stanu, których celem było sztuczne zerwanie więzi z Rosją.

W Pomarańczowej Rewolucji naród ukraiński nie zgodził się na fałszerstwa wyborcze. Organizacja kolejnej tury głosowania pozwoliła wyłonić prezydenta Wiktora Juszczenkę, który faktycznie zdobył większość głosów. Po Rewolucji Godności w wyborach prezydenckich demokratycznie zwyciężył prezydent Petro Poroszenko.

10. W 2014 roku Moskwa zmuszona była wziąć Krym w obronę ponieważ był zagrożony.

W 2014 roku nie było żadnego zagrożenia dla Krymu. Rewolucja Godności doprowadziła do zmiany władzy pokojowo, na drodze demokratycznych wyborów. Rosyjskie „zielone ludziki” pojawiły się na Krymie by zdestabilizować sytuację w Ukrainie. 

gov.pl

sobota, 10 lutego 2024


Wieczorem 8 lutego prezydent Wołodymyr Zełenski wydał dekret zwalniający generała Wałerija Załużnego ze stanowiska naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU). Na jego miejsce mianował generała pułkownika Ołeksandra Syrskiego, dotychczas dowódcę Wojsk Lądowych oraz operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Chortyca (zob. Aneks).

Zełenski nie podał bezpośredniej przyczyny odwołania generała Załużnego i wprost nie obarczył go odpowiedzialnością za porażki czy błędy w dowodzeniu. W wypowiedziach z ostatnich dni prezydent Ukrainy wspomniał jedynie, że armia potrzebuje nowego podejścia do wojny z Rosją oraz zmian, w tym personalnych, na najwyższych stanowiskach dowódczych. Odwołanie naczelnego dowódcy jest wyłączną prerogatywą prezydenta, sprawującego w świetle konstytucji funkcję zwierzchnika sił zbrojnych w czasie pokoju i wojny.

Komentarz
  • Decyzja Zełenskiego spotkała się z niezrozumieniem czy nawet krytyką ze strony znacznej części żołnierzy, wolontariuszy współpracujących z armią i opinii publicznej. Dominuje zarzut o brak wyczerpującego uzasadnienia tej decyzji, podjętej w celu odsunięcia niezależnego i obdarzonego ogromnym autorytetem społecznym generała, a potencjalnie także groźnego konkurenta politycznego. Załużny, będący dotąd symbolem walki armii i całego narodu z rosyjską agresją, cieszy się bardzo dużym zaufaniem społecznym – większym niż wszyscy politycy, łącznie z Zełenskim. Popularność dotychczasowego naczelnego dowódcy, w odróżnieniu od prezydenta, nie uległa erozji nawet po fiasku ofensywy latem 2023 r. Według sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii z końca ub.r. Załużnemu ufa 88% społeczeństwa, podczas gdy Zełenskiemu – 62%.
  • Dymisja Załużnego była spodziewana – doniesienia o takiej decyzji w ciągu ostatniego tygodnia zintensyfikowały się, zaś irytacja z powodu działań naczelnego dowódcy narastała w otoczeniu prezydenta od kilku miesięcy. Negatywnie przyjęto wywiad Załużnego dla „The Economist” z 1 listopada ub.r., w którym de facto przyznał fiasko ukraińskiej ofensywy. Niezadowolenie wywoływała także jego krytyka działań władz cywilnych odpowiedzialnych za organizację zaplecza walczącej armii, w tym zdystansowanie się od pierwszego projektu ustawy o mobilizacji z grudnia, a ostatnio również zarzuty przedstawione w artykule dla CNN 1 lutego o częściową monopolizację przemysłu obronnego i niedoskonałe ustawodawstwo, prowadzące do problemów z produkcją broni.
  • Prezydent Zełenski od ponad roku, tj. od udanych operacji zaczepnych w obwodach charkowskim i chersońskim jesienią 2022 r., systematycznie podkopywał pozycję naczelnego dowódcy, naruszając zasadę jedności dowodzenia i hierarchii w SZU. Dokonywał on tego przez kontaktowanie się z podkomendnymi Załużnego – z generałem Syrskim na czele – za jego plecami, wydając im bezpośrednio polecenia czy dokonując zmian personalnych bez uzgodnienia z naczelnym dowódcą (przykładem jest odwołanie dowódcy Sił Operacji Specjalnych generała Wiktora Chorenki w listopadzie). Działania prezydenta doprowadziły do pogorszenia jego relacji z Załużnym, który unikał otwartego konfliktu z ośrodkiem prezydenckim.
  • Efektem polityki Zełenskiego jest podział armii na konkurujące ze sobą frakcje, dysponujące dużym stopniem autonomii i bezpośrednimi związkami z Biurem Prezydenta. Za najważniejsze z nich uznawane były dotąd dwa największe zgrupowania operacyjno-strategiczne: Tauryda (obejmujące front od okolic Zaporoża do Awdijiwki włącznie) oraz Chortyca (od granicy pod Kupiańskiem do okolic Gorłówki). Pierwsze było dotąd podporządkowane bezpośrednio Załużnemu i dowodzone przez lojalnych wobec niego generałów; drugie, dowodzone przez generała Syrskiego, miało opinie bliższego bardziej prezydentowi niż naczelnemu dowódcy. Kwestią otwartą pozostaje, do jakiego stopnia Zełenski da Syrskiemu wolną rękę w kwestiach personalnych i pozwoli mu odbudować hierarchiczną strukturę dowodzenia, ograniczając się do sprawowania ogólnego nadzoru nad SZU i koordynacji całej polityki obronnej państwa (tj. zagadnień mobilizacji, zaopatrzenia armii, przemysłu zbrojeniowego, pozyskiwania pomocy z zagranicy, służb specjalnych itp.).
  • Dymisja Załużnego odbywa się w trudnym dla Ukrainy okresie wojny, gdy armia na całym froncie broni się przed przeważającymi siłami rosyjskimi i grozi jej utrata Awdijiwki, stanowiącej kluczową pozycję na froncie w Donbasie. SZU borykają się przy tym z ostrym kryzysem sprzętowym i amunicyjnym, a także z deficytem ludzi, przybierającym w niektórych oddziałach piechoty katastrofalne rozmiary. Moment na dymisję naczelnego dowódcy jest zły także z powodu napięć, jakie wywołuje nowy projekt ustawy o mobilizacji. Jednocześnie należy uznać za mało prawdopodobne, aby zmiany na najwyższych stanowiskach w armii wprowadziły chaos, który poderwie jej zdolności bojowe i przyczyni się do załamania na froncie.
  • Generał Syrski to jeden z najbardziej doświadczonych dowódców ukraińskich. Nie jest on postacią medialną, brakuje mu też – pomimo dowodzenia w zwycięskich operacjach zaczepnych w obwodzie charkowskim w 2022 r. – autorytetu i popularności w wojsku, jakimi cieszy się generał Załużny. W armii uznawany jest za dowódcę, który nie liczy się z życiem żołnierzy i gotów jest nim szafować dla realizacji postawionego zadania. Szczególnie krytykuje się go za chaotyczne dowodzenie oraz złe przygotowanie do obrony Sołedaru i Bachmutu na przełomie 2022 i 2023 r. Pozycja generała Syrskiego jako naczelnego dowódcy w dużym stopniu będzie zależała od tego, czy zdecyduje się on na pozbawienie funkcji generałów uważanych za ludzi Załużnego i jakimi współpracownikami się otoczy. Kluczowe będą zmiany na stanowiskach dowódców zgrupowań operacyjno-strategicznych i podległych im grup operacyjnych – należy się ich spodziewać w najbliższych dniach.

Aneks. Sylwetka Ołeksandra Syrskiego

Urodzony 26 lipca 1965 r. w Nowinkach w obwodzie włodzimierskim w Rosji. Jego rodzice są Rosjanami, a ojciec jest emerytem wojskowym. Służbę wojskową rozpoczął w 1986 r. Ukończył Moskiewską Wojskową Wyższą Szkołę Dowódczą. Od niepodległości Ukrainy w 1991 r. służy w armii ukraińskiej, a jego kariera objęła wszystkie etapy awansu – od dowódcy plutonu po zastępcę szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy. W 1996 r. ukończył z wyróżnieniem Akademię Sił Zbrojnych Ukrainy (kurs operacyjno-taktyczny), a w 2005 r. – Akademię Obrony Narodowej Ukrainy (kurs operacyjno-strategiczny).

Po wybuchu konfliktu zbrojnego na wschodniej Ukrainie wiosną 2014 r. Syrski pełnił różne funkcje w dowództwie operacji antyterrorystycznej w obwodach donieckim i ługańskim. Brał udział w dowodzeniu operacjami pod Debalcewem i kierował wycofaniem sił ukraińskich spod tego miasta zimą 2015 r. W 2016 r. stanął na czele Połączonego Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych Ukrainy, które koordynowało działania w Donbasie, a w 2017 r. został mianowany dowódcą „operacji antyterrorystycznej na wschodniej Ukrainie”. 5 sierpnia 2019 r. Zełenski mianował go Dowódcą Wojsk Lądowych.

Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji Syrski dowodził grupą sił obrony Kijowa. 5 kwietnia 2022 r. otrzymał tytuł Bohatera Ukrainy. We wrześniu tego roku skutecznie kierował kontrofensywą w obwodzie charkowskim.

osw.waw.pl