wtorek, 23 stycznia 2024



Ukraińskie drony po raz kolejny skutecznie zaatakowały obiekty przemysłowe położone w głębi Rosji. Najbardziej spektakularne uderzenie miało miejsce w nocy z 20 na 21 stycznia – doszło wówczas do trafienia zakładu przetwórstwa kondensatu gazowego w Ust-Łudze w obwodzie leningradzkim i do ogromnego pożaru. Obiekt ten należy do koncernu Novatek, a jego funkcjonowanie zostało wstrzymane na nieokreślony czas. Atak przyniósł firmie, której właściciele są blisko związani z Kremlem, znaczne straty finansowe, a w dalszej perspektywie może doprowadzić do powstania dużych problemów logistycznych. Poza terminalem w Ust-Łudze bezzałogowce zaatakowały w ostatnich dniach także obiekty w Petersburgu oraz w obwodach briańskim, orłowskim, smoleńskim i tulskim, w tym zakłady zbrojeniowe w Tule i zbiornik paliwowy w Klińcach. Uderzenia te świadczą o rosnących możliwościach ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego w zakresie produkcji dronów, które są w stanie skutecznie razić słabo osłonięte obiekty infrastruktury przemysłowej oddalone o ok. 1 tys. km.

(...)

Obrońcy systematycznie rozbudowują pododdziały dronów uderzeniowych. 16 stycznia porucznik Robert Browdi „Madziar” – jeden z najbardziej znanych ukraińskich operatorów bezpilotowców – ogłosił rozbudowę swojego pododdziału do szczebla batalionu. Odtąd 414 Samodzielny Batalion Dronów Uderzeniowych ma operować w ramach zgrupowania piechoty morskiej. O rozbudowie podobnych pododdziałów informują także inne jednostki, m.in. przebywająca na rotacji 3 Brygada Szturmowa. Świadczy to o wyciągnięciu przez Ukraińców wniosków z niepowodzenia ofensywy letniej w 2023 r. i zapoczątkowaniu przez nich systemowych zmian w organizacji armii, uwzględniających ogromny wzrost znaczenia bezzałogowców i systemów walki radioelektronicznej.

Zastępca szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Wadym Skibicki przyznał 17 stycznia, że obserwowane działania mobilizacyjne w Rosji są na tyle skuteczne, że przeciwnikowi udaje się uzupełniać na bieżąco poniesione straty. Odnosząc się do pogróżek Kremla, grożącego agresją na państwa bałtyckie, stwierdził, że rezerwy ludzkie i materiałowe agresora są niewystarczające, aby prowadzić operacje strategiczne na dwóch czy trzech kierunkach jednocześnie.

osw.waw.pl

poniedziałek, 22 stycznia 2024



Dochodzenie przeprowadzone przez rosyjską opozycję sugeruje, że rosyjskie elity mogły zaakceptować i zinternalizować wewnętrzne konsekwencje wojny Rosji na Ukrainie. Rosyjska opozycja „Wierstka”, cytując anonimowych rozmówców z rosyjskich elit, podała, że ​​rosyjskie elity coraz częściej narzekają, że wakacje w Rosji i za granicą w „przyjaznych krajach” stają się coraz droższe. Rozmówca Wiertki zauważył, że wiele rosyjskich elit zajmujących się sprawami wojskowymi i rządowymi pragnie szybkiego zakończenia wojny pod warunkiem uznania przez Ukrainę nielegalnej aneksji przez Rosję obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego, czego pragną elity. Rosja „wykończy” Ukrainę, aby Rosja mogła zająć się planowaniem nowej przyszłości w izolacji od Europy. "Wierstka" zacytowała rosyjskiego politologa Ilję Graszczenkowa, który zauważył, że nadchodzące wybory prezydenckie w Rosji w marcu 2024 r. nie elektryzują rosyjskich elit politycznych, jak liczyła Administracja Prezydenta, ponieważ większość rosyjskich elit postrzega wynik wyborów jako z góry ustalony i nie przewiduje większych zmian w tym zakresie. (...) Graszczenkow zauważył, że „nowe” elity, które doszły do ​​władzy w wyniku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, zdały sobie sprawę, że nie będą w stanie zdobyć większych wpływów, a „stare” elity rozumieją, że mają ograniczoną kontrolę polityczną. Wierstka określił nastroje rosyjskich elit jako „apatyczne”, co sugeruje, że wiele rosyjskich elit zinternalizowało i zaakceptowało społeczne konsekwencje wojny. ISW już wcześniej informowała o badaniach opinii publicznej w Rosji, które podobnie wykazały znaczny stopień internalizacji skutków wojny w kraju i poparcia dla niej.

understandingwar.org

piątek, 19 stycznia 2024



Chińskie restrykcje nakładane na prywatne firmy technologiczne mają twarz założyciela Alibaby – Jacka Ma, który swoimi wypowiedziami rozzłościł władze. Miliarder został przykładnie ukarany, a jego firmie mocno uszczuplono majątek. O represjach względem innych przedsiębiorstw aż tak wiele nie dyskutowano, co nie znaczy, że nie wystąpiły. Oberwało się nie tylko gigantom, czyli Baidu, Alibabie, Tencentowi, Xiaomi czy Didi, ale obostrzenia dopadły także wyglądające dość niewinnie Meituan (chiński Grupon) czy Xiaohongshu (chiński Instagram).

Prywatne firmy technologiczne w postrzeganiu Pekinu stanowią zagrożenie dla szeroko rozumianych wpływów partii na gospodarkę i społeczeństwo. Pod płaszczykiem sloganu „niekontrolowanej ekspansji kapitału” władze od dwóch lat na różne sposoby uprzykrzają im życie. Wstrzymywano bowiem emisje akcji na chińskich i zagranicznych parkietach. Nakładano kary za prowadzenie działań monopolistycznych. Odmawiano licencji na sprzedaż. Zakazywano fuzji, a nawet rejestracji nowych użytkowników. Firmy są zmuszane do przekazywania datków na rzecz funduszy tzw. „wspólnego dobrobytu”, co w rzeczywistości oznacza transfer środków z sektora prywatnego do podmiotów państwowych.

Restrykcje wprowadzane przez Pekin uderzyły bezpośrednio w majątki właścicieli firm. Niektórzy zostali pozbawieni udziałów w swoich własnych spółkach. Dla przykładu, wspomniany Jack Ma musiał zredukować udziały w Alibabie do około 5 proc. (był udziałowcem większościowym). Ograniczenia dotknęły też drobnych akcjonariuszy. Chińczycy w ostatnich latach ochoczo inwestują na giełdzie, a IPO spółek technologicznych mogło stać się dla wielu drogą do powiększenia majątku. Nierzadko zaciągali pożyczki na zakup akcji firm, które do niedawna uważano za pewniaki. Pekin wstrzymując emisje akcji, ukrócił możliwości szybkich zarobków z giełdy.

Kampania władz nie zakończyła się na uszczupleniu firmowych skarbców i ograniczeniu obywatelom możliwości wzbogacenia się. Prawdopodobnie ważniejsze od pieniędzy dla partii jest zachowanie pełnej kontroli nad firmami technologicznymi, co szybko odbiło się na ładzie korporacyjnym tych podmiotów. Pekin wprowadził swoich ludzi do spółek, a także stał się właścicielem specjalnych akcji (tzw. złota akcja), które przyznają spore możliwości oddziaływania na firmę, w tym opcję zgłaszania weta w przypadku strategicznych decyzji. Ponadto w wielu spółkach technologicznych (i nie tylko) funkcjonują komitety partyjne zrzeszające pracowników, którzy zapisali się do Komunistycznej Partii Chin. Chociaż firmy starają się uspakajać inwestorów, że ich powiązania z władzą są nieszkodliwe dla ich biznesów. Inwestorzy nie dają jednak wiary tym tłumaczeniom, co widać po spadkach notowań spółek.

Nie można pomijać jeszcze jednego aspektu kontroli Pekinu nad gigantami technologicznymi, jakim jest szeroki dostęp do danych, które zbierają platformy. Władze usilnie zachęcają obywateli, aby korzystali z nowych technologii. Obecnie szacuje się, że około miliard Chińczyków korzysta z Internetu. Zgromadzone przez największych graczy niejednokrotnie wrażliwe dane obywateli stanowią ogromną bazę, z której władze mogą korzystać na różne sposoby. I tak dla przykładu, krótkoterminowo pewne braki technologiczne w uczeniu maszynowym mogą równoważyć dużą ilością danych wejściowych, co daje sporą przewagę nad Zachodem.

(...)

Kolejny cios w chiński sektor technologiczny przyszedł z USA. Branża, niegdyś magnes dla amerykańskiego kapitału, obecnie doświadcza znacznego ograniczenia jego napływu z powodu eskalacji napięć geopolitycznych. W ciągu ostatnich dwóch lat inwestorzy ograniczyli zaangażowanie, co odbiło się na ogólnych nastrojach w gospodarce.

Waszyngton wydał w sierpniu zakaz nowych inwestycji amerykańskich w Chinach ukierunkowanych na AI, zaawansowane półprzewodniki i kwantowe technologie informacyjne. Obejmuje to wszelkie inwestycje portfelowe, private equity, venture capital, joint venture i inwestycje od podstaw. Oszacowano, że zeszłoroczne amerykańskie inwestycje bezpośrednie płynące do Chin osiągnęły najniższy pułap od dwóch dekad. Natomiast inwestycje wysokiego ryzyka spadły do najniższego poziomu w ostatniej dekadzie.

Nie oznacza to jednak, że Chiny przestały być atrakcyjne. Nadal przyciągają sporymi stopami zwrotu (w ostatnich 5 latach kształtowały się w okolicach 9 proc.). Przytłaczająca większość inwestycji przynosi zyski. Nawet jeżeli wyniki gospodarcze Kraju Środka już nie są tak spektakularne, to i tak będą wyższe niż w wielu krajach rozwiniętych. Chociaż inwestorzy amerykańscy mają ograniczone możliwości lokowania kapitału w branży technologicznej, to nadal pozostaje im szeroki wachlarz dynamicznie rozwijających się sektorów.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 17 stycznia 2024



Chiny to środek. Jest piątą, najważniejszą stroną świata, od niego rozchodzą się pozostałe cztery kierunki. Odpowiada za żywioł ziemi, symbolizowany kolorem żółtym, najwyżej cenionym. Chiny od zawsze miały leżeć w środku, być całym światem między czterema morzami. Centrum było chińskie, reszta świata peryferiami. Cywilizacja chińska rodziła się na Równinie Centralnej, mniej więcej w połowie drogi między Morzem Żółtym a Wyżyną Tybetańską. Dziś to prowincja Henan, a w starożytności to właśnie ten obszar zwany był Środkowym Królestwem, czyli Państwem Środka.

Ten rdzeń stopniowo rozszerzał na niemal wszystkie kierunki z wyjątkiem wschodu, gdzie wybrzeże morskie w dużej mierze zatrzymało chiński pochód. W czasach dynastii Han (202 p.n.e. – 220 n.e.), teren szeroko rozumianych Chin obejmował już mniej więcej większy obszar dzisiejszej "chińskiej" części ChRL (a więc bez Tybetu, Ujgurii, Mongolii i Mandżurii). W tym kształcie, z oczywistymi fluktuacjami – okresowa kontrola pograniczy Wielkiego Stepu, dzisiejszych Korei, Wietnamu i Yunnanu, korytarza Hexi, a także kilku pomniejszych terenów – powstał rozszerzony rdzeń cywilizacji chińskiej, uznany przez Chińczyków za centrum świata.

Chińskie przekonanie o byciu pępkiem świata wyrosło z kilka czynników. Choćby z braku nadmiernie atrakcyjnego sąsiedztwa. Patrząc historiozoficznie na dzieje Chin, aż do XIX wieku nie zetknęły się one z porównywalną dla siebie cywilizacją. Dopiero kolonialne wtargnięcie Zachodu otworzyło Chiny na regularny i stały kontakt z ekwiwalentną pod względem osiągnięć, mocy i żywotności cywilizacją. Wcześniej rzecz jasna Państwo Środka stykało się a to z Indiami, a to z muzułmanami, a to z kolei z europejskimi kupcami i jezuitami. Były to jednak kontakty sporadyczne i ograniczone, niemogące wpłynąć w istotny sposób na kształtowanie się chińskości.

Aż do epoki kolonialnej sąsiedzi Chin dzielili się w ich oczach na dwa rodzaje. Nomadów i pół nomadów, godnych strachu i pogardy, lecz na pewno nie szacunku: koczowników, stojących, według Chińczyków, na dużo niższym poziomie cywilizacyjnym, często zresztą chińszczących się pod wpływem Państwa Środka, co tylko ugruntowywało chińskie przekonanie o własnej wyższości. Oraz "półcywilizowanych" sąsiadów jak Koreańczycy, Japończycy i Wietnamczycy, całymi garściami czerpiących z chińskiego dorobku cywilizacyjnego. Te i inne narody przekształcały płynące z Państwa Środka wpływy na swoją modłę, tworząc własne, unikatowe kultury, jednak w oczach chińskich pozostawały tylko młodszymi braćmi, trochę jak Ukraina czy Białoruś dla Rosji. Tu również o żadnej równości mowy być nie mogło.

Chiny nie brały więc wiele od krain ościennych. Odwrotnie: to tamte czerpały całymi garściami z Państwa Środka. Na tle sąsiadów jaśnieje spis osiągnięć cywilizacyjnych Chin. Wymyśliły papier, druk, proch, kompas, jedwab, porcelanę, herbatę, parasole, banknoty, akupunkturę… a może nawet piłkę nożną (cuju) i alkohol! Oraz setki innych dokonań ludzkości. Seria największych osiągnięć nauki i cywilizacji chińskiej wydawana przez Uniwersytet w Cambridge liczy sobie siedem tomów zawartych w dwudziestu siedmiu monografiach.

Nawet jeśli Chiny nie są najwspanialszą cywilizacją w dziejach, to na pewno jedną z kilku najważniejszych. Dla dalekowschodniej Azji były kluczowym, centralnym punktem odniesienia. To od nich promieniowały wzorce idące w niemal wszystkie kierunki, przede wszystkim do Korei, Japonii i Wietnamu. Chińskie znaki aż do XX w. były dla dalekowschodniej Azji tym czym łacina dla Europy. Znajomość wywodzących się z Chin kodów kulturowych, nawet jeśli w każdym innym państwie mocno przekształconych, pozostawała wyróżnikiem erudycji, wyznacznikiem statusu klasowego. Cywilizacyjnie Chiny były ongiś dla dalekowschodniej Azji tym, czym Ateny i Rzym dla Europy. Z tą różnicą, że nigdy nie upadły. Chłopi mogli wszczynać rebelie, obalać i fundować nowe dynastie, a barbarzyńcy najeżdżać i podbijać Państwo Środka, ale żadna wędrówka ludów nigdy nie unicestwiła Chin tak jak Rzymu. Nie było również miejscowej próby rebrandingu imperium à la Konstantynopol.

To właśnie z tych podstaw politycznych i cywilizacyjnych wyrósł sinocentryzm, czyli głębokie chińskie przekonanie o własnej wyższości. Chińczycy w intensywności swego szowinizmu kulturowego przebili znane europejskie przykłady narodowej bufonady, francuskie chociażby, i pod względem samochwalstwa światowo równać się mogą jedynie z równie nieznośną amerykańską manierą podkreślania swej wyjątkowości. Pierwsze przejawy chińskiego sinocentryzmu dają się odnaleźć już w XIV w. p.n.e. (!), ten szowinizm kulturowy ugruntował się w czasach Wiosen i Jesieni (771-476 p.n.e.), wzmocniło go utworzenie cesarstwa (III w.p.n.e.), podbudowała dynastia Han (III w.p.n.e.-III w.n.e.), a kontynuowali Tangowie (618-907, za ich czasów datuje się pierwszy w historii świata dekret rasistowski, wymierzony w nie-Chińczyków), Mingowie (1368-1644), a nawet Qingowie (1644-1912).

Z drugiej strony, politycznie Chiny były częściej jak Ateny niż jak Rzym. Przy całym swoim bezcennym wkładzie kulturowym w dzieje tej części świata, nigdy nie kontrolowały aż tak długo i tak bardzo dalekowschodniej Azji jak Rzym Europy. Pomimo ogromnego wpływu cywilizacyjnego, państwa dookoła nich najczęściej rządziły się same (choć mając baczenie na Państwo Środka), w praktyce ignorując chińskie pretensje do rządzenia wszystkim pod kopułą Niebios. Nierzadko zresztą same Chiny były podbijane, w części lub całości, przez sąsiednich koczowników, Xianbei, Kitanów, Mongołów czy Mandżurów. W Azji Wschodniej Państwo Środka zawsze było ważne, nie zawsze najważniejsze.

(...)

Po okrzepnięciu władzy komunistów chińskich po 1949 r. wzięto się za kwestię etniczną i rozwiązano ją administracyjnie. Wyróżniono najpierw 39 mniejszości narodowych, następnie 54, aż wreszcie w 1979 r. urzędowo ustalono liczbę 55 mniejszościowych grup etnicznych. Wraz z Chińczykami Han, stanowiącymi około 92 proc. populacji Chin, tworzą one dziś 56 oficjalnych narodowości Chińskiej Republiki Ludowej. Wśród tych 55 są liczniejsze mniejszości, jak Zhuang, Tybetańczycy, Ujgurzy czy Mongołowie; są chińscy muzułmanie Hui (czyta się "hłej"), nieróżniących się od Hanów niczym poza religią; są sąsiednie narody jak Koreańczycy, Kazachowie czy Kirgizi, częściowo zamieszkujące tereny ChRL; są wreszcie pomniejsze etniczności jak Bai, Yao, Lisu i wiele, wiele innych.

Ponieważ wszystkie te biedne mniejszości są na niższym etapie rozwoju, trzeba im, dla ich dobra, pomóc. W ramach miejscowej polityki afirmatywnej mniejszościom przyznano "punkty za pochodzenie": kwoty w administracji państwowej i na uczelniach, dofinansowanie etnicznych regionów z budżetu państwa (z czysto finansowego punktu widzenia, chińskie centrum łoży na niechińskie kresy), a ongiś również łagodniejszą wersję "polityki jednego dziecka", obecnie zniesionej w całym kraju. Te przywileje, nawiasem mówiąc, często irytują zwykłych Chińczyków Han, półgębkiem zarzucającym mniejszościom niesprawiedliwie uprzywilejowanie oraz niewdzięczność. Chińskie masy nie rozumieją wszakże mądrości kierownictwa partii dobrze wiedzącego, że te drobne wydatki niewiele państwo chińskie kosztują, politycznie nic nie zmieniają, za to dobrze wyglądają. Podczas obrad Ogólnochińskiego Zjazdu Przedstawicieli Ludowych (OZPL, pseudoparlament) chińskie media z lubością pokazują ubrane w tradycyjne stroje mniejszości etniczne, radośnie partycypujące w życiu wielkiej chińskiej rodziny, nie dodając rzecz jasna, że OZPL to czysta fikcja. Tam, gdzie jest realna władza, w KPCh, mniejszości są niedoszacowane, stanowiąc niecałe 7 proc. członków kompartii i nie mając praktycznie nikogo w ścisłym kierownictwie.

Większość z owych 55 grup mniejszościowych, głównie małe liczące po parę milionów etniczności, żyje w południowych prowincjach: Yunnanie, Guizhou czy Guangxi. Na południe przez wieki emigrowały spychane przez liczniejszych i silniejszych Chińczyków pomniejsze ludy. Mozaika tych plemion, grup etnicznych i narodów albo udała się dużo głębiej w dół kontynentu, jak Tajowie czy Birmańczycy, wyrywając się z uścisku chińskiego i zaludniając dzisiejsze Indochiny. Albo zatrzymała się w trudno dostępnych górach i wyżynach, tworzących dziś prowincje Yunnan, Guizhou i Guangxi, dogoniona dopiero w XIX i XX w. przez kolonizację chińską.

Słynący z herbaty i poetyckiej nazwy Yunnan ("na południe od chmur"), podobnie jak sąsiednie południowe prowincje są w pewnym sensie laboratorium tego, co Hanowie chcieliby zrobić z mniejszościami. Przez wieki obszary te były na końcu znanego Chińczykom świata, za górami i dżunglami, z masą przeróżnych ludów zamieszkujących kolejne wzgórza, pilnowanych przez rozproszone chińskie garnizony i osady na nizinach. To tam, często poza faktycznym zasięgiem cesarskich oczu, wybuchały rewolty i powstania, tam zsyłano dysydentów, tam uciekali banici. Właściwie dopiero od czasów Chińskiej Republiki Ludowej można mówić o realnej kontroli administracyjnej chińskiego centrum, postępującą wraz ze stopniową sinizacją i osadnictwem Han. W Yunnanie Chińczycy Han już stanowią większość.

Chińszczeniu sprzyja rozwój. Na początku XXI w. partyjni włodarze zorientowali się, że szybki acz nierównomierny, bo ograniczający się do wschodnich i południowych wybrzeży, resztę kraju pozostawiwszy na uboczu rozwój ekonomiczny Chin generuje niebezpieczne nierówności regionalne i społeczne, mogące skutkować wybuchem niezadowolenia groźnym dla partii. A na terenach mniejszości etnicznych separatyzmem, traktowanym w ChRL od czasów upadku ZSRR ze śmiertelną powagą. Odpowiedzią na to wyzwanie był stymulowany przez państwo rozwój, przede wszystkim inwestycje w infrastrukturę i usługi. To zadziałało. Autostrady oplotły biedniejsze prowincje, przecinając pasma górskie. Powstały nowe mosty i wiadukty. W miastach nastąpił boom budowlany, pochłaniający stary świat. W miejscach turystycznych postawiono hotele i restauracje, przynosząc ze sobą masy turystów, a więc i kapitału. Przykładowo PKB Yunnanu wzrosło z ok. 24 mld dol. na początku XXI w. do ponad 355 mld dol. w 2020 r. Rozwój gospodarczy, widoczny gołym okiem niemal w każdej sferze życia sprawił, że region przestał być zaściankiem.

W 2006 r. odwiedziłem słynny ze swojej starówki Lijiang matriarchalnego ludu Naxi oraz miasto Dali ludu Bai, znane w historii z królestwa Nanzhao (jego wojowie założyli Birmę), a dzisiaj z jeziora i z piwa. Już wówczas zaczynała się komercjalizacja tych miejsc, mające je wkrótce całkowicie wchłonąć i przemienić w turystyczne cepelie. Gdy wróciłem do Lijiangu i Dali w 2013 r., miasteczka przypominały już Wenecję czy Florencję w szczycie sezonu. Stało się to dzięki kolonizacji kapitałowej. Firmy Chińczyków Han przybyły, wykupiły ziemię, zbudowały drogi, hotele, restauracje i sklepy z pamiątkami w których zatrudniły miejscowych z mniejszości etnicznych. Po przygotowaniu bazy, na masową skalę pojawił się przemysł turystyczny, a spragnieni "autentyczności", "prawdziwej egzotyki" i "tajemniczych miejsc" Chińczycy Han masowo ruszyli oglądać "kolorowe", "egzotyczne" i "prymitywne" ludy mniejszościowe. Zatrzymują się w kiczowatych hotelach i restauracjach w stylu quasi-lokalnym, kupują lokalne (acz wyprodukowane w fabrykach nad wybrzeżem) souveniry i uczęszczają na masowe pokazy tradycyjnych (choć dawno już porzuconych) ludowych pieśni i tańca. To dla nich mniejszości w swoich barwnych strojach, niczym niewinne dzieci, radośnie tańczą, śpiewają i śmieją się. Cieszą się z bycia częścią Chin, z tego, że nowocześni Hanowie, przedstawiciele wyższej cywilizacji pokażą im drogę rozwoju. W taki sposób podbudowany sinocentryzmem chiński przemysł turystyczny powtarza najgorsze wzorce zachodniej turystyki z wieków XIX-tego i XX-tego, traktując niechińskie ludy w stereotypizującym duchu. To chińska wersja sposobu w jaki kiedyś w kolonializmie Europejczycy czy Amerykanie opisywali podbite azjatyckie i afrykańskie społeczności, dlatego fachowo nazywa się to "orientalnym orientalizmem" albo "wewnętrznym orientalizmem".

Dla mniejszości lepszy rydz niż nic, turystyka to jedna z dwóch głównych dróg rozwoju, alternatywą jest wyjazd za pracą i karierą na chińskie wybrzeże razem z resztą liu dong ren kou, "pływającej populacji", czyli prawie 300 mln gastarbeiterów wewnętrznych z chińskiego interioru pracujących w bogatych wschodnich i południowych prowincjach. Mniejszościom lepiej rozwijać w oparciu o model wewnętrznego kolonializmu, niż wcale. Nikt zresztą ich o zdanie nie pyta, a protesty mogłyby się źle skończyć.

Tak to działa na południu, prawdziwej mozaice małych etniczności i narodów, uczynionej obecnie swoistym laboratorium chińskiej polityki narodowościowej, sprowadzającym się do prostego podziału. Zasymilować, ustandaryzować wszystko pod hański wzór pod hasłem rozwoju i postępu, a nie idącą z duchem czasu resztę zdegradować do roli kolorowego dodatku, barwnej atrakcji turystycznej.

onet.pl/Michał Lubina - Chiński obwarzanek. Od Tajwanu po Tybet, czyli jak Chiny tworzą imperium

wtorek, 16 stycznia 2024



We współczesnym świecie wojna jest dużym zagrożeniem i wyzwaniem dla demokracji, które nie czerpią z niej żadnych korzyści, a ponoszą jedynie straty. To zasadniczo odróżnia demokracje od dyktatur, które – jak nietrudno się domyślić – wiele zyskują na konfliktach zbrojnych. /??? - red./

Stany Zjednoczone próbowały powstrzymać Putina, a nawet dały Ukrainie – dzięki działaniom prezydenta Zełenskiego – znacznie więcej broni, niż pierwotnie planowały. Niewątpliwie liczyły na to, że podczas letniej ofensywy w 2023 r. Siły Zbrojne Ukrainy odetną korytarz lądowy na Krym, co sprawi, że główny nabytek Putina będzie zagrożony i zmusi rosyjskiego prezydenta do negocjacji.

Kiedy jednak okazało się, że armia rosyjska okopała się na swoich pozycjach, koszty przedsięwzięcia dla Stanów Zjednoczonych stały się nieracjonalnie wysokie. Pomoc Ukrainie zmieniła się z dobrowolnego wsparcia w zobowiązanie, którego politycy próbują pozbyć się przed wyborami.

Jednocześnie nie widać żadnych oznak zmuszania Ukrainy do zawarcia pokoju, poza ograniczeniem dostaw broni. Można założyć, że w przypadku zintensyfikowania ataków wojsk rosyjskich Zachód dostarczy broń w ilości, która nie pozwoli Putinowi na dokonanie przełomu. To strategia charakterystyczna dla demokracji — jest ona bowiem zaprojektowana w taki sposób, że pozwala podejmować decyzje w dowolnym momencie — tak, by zminimalizować ryzyko polityczne dla rządzących.

W XVIII lub XIX w. państwo znajdujące się na miejscu Ukrainy po krótkim bohaterskim oporze zostałoby szybko pokonane. W dzisiejszych czasach Ukraina, która wciąż walczy głównie dzięki wsparciu innych państw, będzie bronić się tak długo, aż obie strony wykończą się nawzajem.

Równocześnie politycy obu stron nie będą w stanie ani przeprowadzić mobilizacji na dużą skalę (spotkałoby się to z wielkim sprzeciwem społeczeństwa), ani wystąpić z propozycją zawarcia pokoju (zostaliby za to odwołani ze stanowisk), ani zreformować kraju i jego gospodarki (wojna to nie czas na zmiany gospodarcze).

W takich warunkach Putin będzie nadal atakował, wierząc w to, że zwycięstwo jest już na horyzoncie – a ten horyzont będzie się stale oddalał. Ukraińscy przywódcy nie będą mogli nawet wspomnieć o propozycji zakończenia wojny, ponieważ zostaną odwołani ze stanowisk i okrzyknięci agentami Kremla. Zamiast tego będą w nieskończoność obiecywać wyborcom upadek Rosji i powrót do granic z 1991 r.

Najbardziej odbije się to na ukraińskiej armii, ale ta nie ma wielkiego wyboru. Przewrót wojskowy położyłby kres dalszej pomocy dla Ukrainy, a poddanie się doprowadziłoby do katastrofy.

Putin już dawno dał jasno do zrozumienia, jak postrzega sąsiedni kraj. Nie uważa walczących o niepodległość Ukraińców za przeciwników wojskowych – według niego są oni przestępcami i nazistami, których należy głodzić, torturować i poddawać pokazowym procesom. Gdyby nie ta skrajna postawa, historia tej wojny mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Z drugiej jednak strony – bez niej może w ogóle nie doszłoby do konfliktu zbrojnego.

onet.pl/Nowa Gazieta


Obecnie, gdy wojska rosyjskie w dalszym ciągu próbują odrobić straty na terenie wschodniej Ukrainy, „Bundeswehra przygotowuje się na dramatyczny scenariusz: hybrydowy, poważny atak Rosji na wschodnią flankę NATO” – stwierdził Bild, powołując się na wewnętrzny, niejawny dokument niemieckiego resortu obrony. Przedstawiono w nim szczegółowy scenariusz potencjalnego rozwoju konfliktu pomiędzy agresorem (Rosją) a krajami Zachodu.

Stopniowa eskalacja konfliktu może skutkować „rychłym wybuchem wojny” latem 2025 roku.

Scenariusz Bundeswehry, obejmujący już luty bieżącego roku, przewiduje kolejną falę mobilizacji w Rosji – powołanie dodatkowych 200 tys. żołnierzy. Zapoczątkować ma to wiosenną ofensywę Kremla, czemu towarzyszyć będzie coraz słabsze poparcie Zachodu dla Ukrainy. Dzięki temu już od czerwca 2024 roku „Rosja będzie stopniowo wypierać armię ukraińską”.

– Zgodnie ze scenariuszem początkowo niejawny, a później coraz bardziej otwarty atak Rosji na Zachód rozpocznie się w lipcu – podkreślił Bild.

Będą to „poważne ataki cybernetyczne i inne formy wojny hybrydowej, głównie w krajach bałtyckich”, co doprowadzi do nowych kryzysów.

Rosja rozpocznie też „podżeganie przeciwko rosyjskim mniejszościom etnicznym w Estonii, Łotwie i Litwie”. Będzie to mogła wykorzystać jako pretekst do rozpoczęcia we wrześniu na terenie zachodniej Rosji i Białorusi zakrojonych na szeroką skalę ćwiczeń Zapad 2024, z udziałem 50 tys. żołnierzy. Podobnie jak w 2021 roku, Rosja wykorzysta „rzekome manewry na Białorusi” do masowego gromadzenia wojsk na granicy z Polską i Litwą.

Z dokumentu Bundeswehry wynika, że w październiku Rosja przemieści wojska i rakiety średniego zasięgu do Kaliningradu, stosując przy tym „propagandowe kłamstwa o zbliżającym się ataku ze strony NATO” – dodał Bild.

Kolejnym celem Kremla będzie zdobycie strategicznego dla NATO tzw. przesmyku suwalskiego – wąskiego korytarza polsko-litewskiego między Białorusią a Kaliningradem. Środkiem do osiągnięcia tego celu przez Rosję może być wywołanie na tym obszarze od grudnia 2024 „konfliktu granicznego” i „zamieszek, w wyniku których zginie wiele osób”.

Jak podkreśla Bild, będzie to moment, gdy USA tuż po wyborach prezydenckich będą pozbawione przez kilka tygodni przywódcy.

W styczniu 2025 roku podczas specjalnego posiedzenia Rady NATO Polska i kraje bałtyckie zgłoszą rosnące zagrożenie ze strony Rosji. Rosyjska propaganda odwróci tę sytuację, uznając siebie za stronę zagrożoną, i wykorzysta to jako pretekst do rozmieszczenia dodatkowych sił wojskowych bliżej granic z krajami bałtyckimi i na Białorusi do marca 2025 r.

W maju 2025 r. zgodnie ze scenariuszem Bundeswehry NATO podejmie decyzję o „środkach wiarygodnego odstraszania”, aby zapobiec rosyjskiemu atakowi na Przesmyk Suwalski od strony Białorusi i Kaliningradu. W efekcie naczelne dowództwo NATO może nakazać przerzucenie na wschodnią flankę 300 tys. żołnierzy, w tym 30 tys. żołnierzy Bundeswehry.

– To, czy Rosję odstraszy to rozmieszczenie sił przez NATO, pozostaje otwartą kwestią w scenariuszu Bundeswehry – stwierdził Bild.

belsat.eu/PAP

poniedziałek, 15 stycznia 2024



Tatiana Klimenko kierująca oddziałem toksykologii w instytucie psychiatrii imienia Serbskiego zwraca uwagę w rozmowie z Kommiersantem, że w ciągu ostatnich 15 lat w Rosji wprowadzono różne ograniczenia sprzedaży alkoholu – ze względu na wiek kupujących, czas i miejsce handlu. Według niej, środki te “w połączeniu z systematyczną polityką informacyjną” doprowadziły do dwukrotnego zmniejszenia spożycia alkoholu na mieszkańca. W rezultacie, według Ministerstwa Zdrowia, w ciągu 15 lat wskaźnik zgonów z powodu zatrucia alkoholem spadł o ponad 53 procent – z 15 do 7 przypadków na 100 000 osób.

Ministerstwo Zdrowia przyznało jednak, że podczas pandemii koronawirusa “trend w kierunku zmniejszenia spożycia alkoholu i zgonów związanych z alkoholem” został “przełamany”. Powodem był “stres związany z pandemią”, a także nieduży wzrost jego ceny w porównaniu z inflacją.

Rusłan Isajew, psychiatra, narkolog i szef kliniki narkologiczno-psychiatrycznej, dodaje, że “wstrząsy społeczno-gospodarcze, zwiększone konfrontacje geopolityczne i presja sankcji” “nieco zatrzymały” pozytywną dynamikę redukcji spożycia alkoholu w ostatnich latach. Według niego, wyraźny wzrost liczby przypadków psychozy alkoholowej i wniosków o leczenie odwykowe odnotowano szczególnie na początku pandemii.

belsat.eu/Kommersant


Raper Vavio został aresztowany na dwa tygodnie, a następnie zmobilizowany do armii. Wielu uczestników, z samą organizatorką na czele, otrzymało solidne grzywny. Otrzymali też od urzędu skarbowego trzy dni na wyjaśnienie problemów podatkowych, a potem zaczęły się kontrole.

Znany piosenkarz Filip Kirkorow kajał się przed kamerą i twierdził, że na imprezę trafił przypadkiem, nie wiedząc o jej charakterze. Później i tak został wykasowany z noworocznego show w rosyjskim TV. Kirkorowa wycięto również z przygotowywanej do premiery komedii pt. „Iwan Wasilewicz wszystko zmienia”. Film jest na nowo montowany. W filmie grała również pochodząca z Ukrainy piosenkarka Anna Asti, która także wzięła udział w „nagiej imprezie”. Jej postaci doprawiono w montażu okulary i ucharakteryzowano, by nie dało się jej poznać. Asti traci pozwolenia na kolejne koncerty.

Teraz w areszcie znalazł się Tesli. Prawdopodobnie, podobnie jak Vacio, będzie ukarany za „propagandę LGBT”, która w Rosji jest zakazana. W zorganizowanej, medialnej nagonce na rozwiązłość i nagość jest jednak coś więcej. Już od pewnego czasu Władimir Putin stara się przekonać Rosjan i świat, że jest promotorem idei konserwatywnej i zwalcza rozwiązłość, która jego zdaniem napływa z Zachodu i demoralizuje Rosję.

(...)

Histeria, jaka zapanowała w aparacie propagandy Kremla i służbach po „gołej imprezie” pokazuje, że władza sprawę potraktowała poważnie. I postanowiła publicznie osądzić i napiętnować ostentacyjną seksualność. Sprawa z imprezą wygląda o tyle zagadkowo, że zaproszenie na nią dostało więcej celebrytów, ale nie wszyscy przyszli. M.in. raper Timati, celebrytka Tina Kandelaki, czy Swietłana Bondarczuk, była żona reżysera Fiodora Bondarczuka. Wielu z nich spotykało się wcześniej z Jekateriną Mizuliną, szefową tzw. Ligi Bezpiecznego Internetu, czyli okołokremlowskiej organizacji zajmującej się ściganiem deprawacji i nieprawomyślności w sieci, a w rzeczywistości donoszeniem władzy i rozpętywaniem nagonek.

Na „gołej imprezie” były dzieci rosyjskiej elity, synowie i córki oligarchów, polityków, celebryci grzejący się w cieple kremlowski telewizji i zarabiający na udziale w opłacanych przez władzę show, koncertach itp. Moskwa znana jest od lat 90. z szalonych imprez, na których nagość, hektolitry alkoholu, narkotyki i obsceniczne sceny nagrywane i wrzucane do sieci są normą. Do tej pory nikogo to nie szokowało.

W latach 90. do klubów ze striptizem lubił chodzić Putin. Szczególnie upodobał sobie „Łunę”, znany klub w jego rodzinnym Petersburgu. Na imprezie z nagimi tancerkami Putin, wówczas premier, był w grudniu 1999r., kilka dni przed abdykacją Borysa Jelcyna. Zresztą w tamtym czasie striptiz stał się na tyle popularny, że zagościł „pod strzechy”. Striptizerki do dziś są zamawiane w Rosji na wesela, czy wszelkie imprezy okolicznościowe.

(...)

Ostentacyjna, ale i fasadowa religijność zaczęła mieszać się z nacjonalizmem i imperializmem tworząc wreszcie upragnioną przez Putina ideologię dla Rosji. Zarówno Aleksandr Prochanow, jak i Aleksandr Dugin, a więc współcześni już ideolodzy rosyjskiego imperializmu, podszytego przekonaniem o wyjątkowości i misyjnej roli Rosji, przekonują o konieczności moralnej odnowy. Dla Putina taki zestaw poglądów stał się wyjątkowo użyteczny. Był konfrontacyjny wobec Zachodu, a więc zaczął pełnić rolę „nowego komunizmu” z czasów zimnej wojny. Ideologii, którą można odgradzać się od „zgniłego Zachodu”, a jednocześnie szukać jej zwolenników na tymże Zachodzie. I tak przecież się stało. Bo radykalna prawica zaczęła podziwiać putinowski konserwatyzm. Nie mając pojęcia o tym, jak w rzeczywistości daleka od ideałów konserwatystów jest współczesna Rosja.

W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy ubiegłego roku w Rosji odbyło się 400 tys. rozwodów. Rok wcześniej rozwiodło się 700 tys. par. Liczba rozwodów rośnie od trzech lat. Np. w 2021r. na 923 tys. zawartych małżeństw przypadało 644 tys. rozwodów. Pod tym względem Rosja negatywnie wybija się na tle krajów europejskich. W Polsce np. na sto zawartych małżeństw przypada 35,6 rozwodów. Rosja jest bliżej europejskich rekordzistów: Portugalii (72 rozwody) czy Hiszpanii (57). Tyle, że w odróżnieniu od Portugalii, to rosyjskie władze głoszą, że ich kraj jest wzorem moralności dla świata zachodniego.

O ile sama liczba rozwodów nie musi świadczyć, że jest inaczej, to znacznie gorzej w Rosji jest z innymi zjawiskami społecznymi, które raczej nie mówią nic dobrego o moralności. Np. z danych WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) w Rosji na 1000 urodzeń dokonano 351 aborcji. Prawo aborcyjne w Rosji od czasów ZSRR jest liberalne i nadal jest to metoda uznawana za antykoncepcję. Od trzech lat w Rosji znowu rośnie plaga narkomanii i liczba zgonów spowodowanych narkotykami. 6 proc. Rosjan regularnie zażywa narkotyki. Liczba narkomanów szacowana jest na 1,8 mln. W ciągu ostatnich 2-3 lat liczba Rosjan umierających z powodu narkotyków oscyluje wokół 10 tys. rocznie. Dzieje się tak mimo drakońskiego prawa antynarkotykowego i ogromnych kar za posiadanie nawet niewielkich ilości zakazanych substancji.

Nie ma aktualnych danych, ale jeszcze w 2018r. liczbę prostytutek w Rosji oceniano na 1,5 mln. Podobnie, jak w przypadku narkotyków, prawo wobec prostytucji jest surowe, ale tylko pozornie. W rzeczywistości nawet w prowincjonalnych miastach pełno jest agencji towarzyskich, saun, klubów, a internet zalany jest stronami z ogłoszeniami oferującymi seks za pieniądze.

belsat.eu


Parada awarii zaczęła się jeszcze w grudniu – sieci ciepłownicze wysiadły w Kazaniu, Bracku, Chabarowsku i wielu innych miejscowościach. A zaraz po Nowym Roku zamarzło kilka osiedli w Jekaterynburgu. Stara kotłownia okazała się niegotowa na sezon grzewczy, administracja postanowiła ją zatem wyremontować, a na czas prac naprawczych ogrzewanie wyłączono w dzielnicy Czkałowskiej – w trzech tysiącach domów kaloryfery zamieniły się w lodowce. We Władywostoku na skutek awarii sieci ciepłowniczej kilka tysięcy mieszkańców zostało bez ciepła. W dwudziestostopniowe mrozy posłuszeństwa odmówiła sieć w Penzie, gdzie zabrakło ogrzewania nie tylko w blokach mieszkalnych, ale także w szpitalu. W Nowosybirsku gorąca woda, mająca dostarczyć ciepło do domów, wylała się na ulice: „Wyłączyli ogrzewanie w domach, włączyli ogrzewanie na dworze” – podsumowują kąśliwie mieszkańcy w mediach społecznościowych.

I tak dalej: awarie, awarie, awarie od Kraju Nadmorskiego na Dalekim Wschodzie, przez Syberię, do centralnych regionów. „Podobne rzeczy dzieją się w całej Rosji co rok, gdy tylko spada temperatura. Rosjanie są do tego przyzwyczajeni” – pisze ze stoickim spokojem „Nowa Gazeta. Europa”. Jest zima, więc musi być zimno. Tym razem jednak liczba i zakres niesprawności infrastruktury daleko wyszły poza zwykłe ramy. Na dodatek największe awarie zdarzyły się w bezpośrednim sąsiedztwie Moskwy, a nawet w stolicy. I to zainteresowało nie tylko władze lokalne, ale sam Kreml.

Najgorsza sytuacja jest w podmoskiewskim Podolsku – mieście liczącym milion mieszkańców. Awaria kotłowni pozbawiła ciepła całą dzielnicę – Klimowsk (170 budynków mieszkalnych, szkoły, przedszkola, szpital), podczas gdy temperatura nocą spadała do -28 stopni. Mieszkańcy próbowali dogrzewać się elektrycznymi grzejnikami, co pociągało za sobą przeciążenia linii energetycznych i odłączenia prądu. Katastrofa zaczęła się 2 stycznia. W Rosji od 31 grudnia do połowy stycznia trwa sezon urlopowy, większość instytucji nie pracuje. Przedstawiciele władz obwodu moskiewskiego też gremialnie wyruszyli pod palmy lub na narty, dopiero po kilku dniach wrócili w trybie pilnym do domu. Podobno dowiedzieli się o klęsce z mediów społecznościowych. W Podolsku i kilkunastu innych podmoskiewskich miejscowościach, które też zamarzają, otworzono po kilku dniach zaimprowizowane punkty, w których mieszkańcy mogą się ogrzać i napić herbaty. Ci, którzy nie mają szans dostać się do takich punktów, zbierają się na podwórkach i palą ogniska, wokół których tańczą w korowodach dla rozgrzewki.

Ciekawe, czy przemrożeni Rosjanie pamiętają propagandowe filmiki Gazpromu, który dwa lata temu z satysfakcją przewidywał, że europejskie miasta pozbawione rosyjskiego gazu zamarzną jedno po drugim. Jak pisze ekspert ds. gospodarczych Maksim Błant: „Priorytetem państwa rosyjskiego jest teraz nie wyremontowanie przestarzałej infrastruktury ciepłowniczej w rosyjskich miastach, lecz zniszczenie ciągle jeszcze sprawnej infrastruktury krytycznej sąsiedniego państwa”. Wydatki rosyjskiego budżetu na regularne ostrzały ukraińskiej infrastruktury są co najmniej dwukrotnie wyższe niż na remont rosyjskich sieci ciepłowniczych.

Wracając do sytuacji w Podolsku – kotłownia, która miała zapewnić ciepło w domach mieszkańców Klimowska, jest zlokalizowana na terenie miejscowych zakładów produkujących amunicję. Natomiast ten strategiczny obiekt okazał się… prywatną fabryką. Właścicielem większościowego pakietu akcji zakładów, pozyskanego w wyniku machinacji, jest gangster noszący dźwięczny pseudonim „Meksykanin” (jakiś czas temu nawiał za granicę) i jego ludzie.

Produkowana w zakładach amunicja przeznaczona jest głównie dla specjalnych formacji MSW, wywiadu i kontrwywiadu oraz Federalnej Służby Ochrony, odpowiadającej za bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie. Współwłaścicielem zakładów z ramienia państwa jest korporacja Rostech, na której czele stoi przyjaciel Putina jeszcze z czasów drezdeńskich, Siergiej Czemiezow. W zarządzie zasiadali m.in. zięć reżysera Nikity Michałkowa, Albert Bakow, pułkownik FSB Igor Kusznikow i były osobisty ochroniarz Putina, Igor Rudyka. Historia zakładów na przestrzeni ostatnich dwudziestu kilku lat to jedna wielka kronika kryminalna, obfitująca w afery finansowe, oszustwa, ucieczki, wojny gangów, oraz doskonały przykład przenikania się i splatania świata polityki, biznesu i kryminału.

Putin postanowił rozciąć węzeł gordyjski, w jaki splotły się sprzeczne interesy grających o zakłady stron, i kazał fabrykę znacjonalizować.

(...)

Putin ograniczył się do zapewnienia, że ukarze winnych. Jeżeli za awarie polecą głowy, to na niższych szczeblach. Nikt przecież nie rozliczy Putina za 24 lata nieudolnych rządów, w wyniku których ludzie nadal żyją w fatalnych warunkach, a pieniądze z budżetu zamiast na remonty przestarzałych instalacji wydawane są na imperialną wojnę Putina.

Prezydent nie wybrał się osobiście z wizytą do zamarzających miast – wczoraj po raz pierwszy w historii swoich rządów niespodziewanie pojechał z liczną świtą na Czukotkę. Telewizja pokazała, jak z zadumą na twarzy ogląda cieplarnię, w której rosną ogórki i pomidory. I nikt tu nie marznie.

tygodnikpowszechny.pl


Scenariusz serialu oparty został na dokumentalnej książce Roberta Garajewa „Słowo pacana. Kryminalny Tatarstan 1970–2010” (2022). Autor, który sam należał do młodzieżowego gangu, opisuje ewolucję subkultury, która wpisała się w krajobraz Rosji jako jeden z czynników definiujących jej współczesny ustrój. Dla polskiego ucha słowo „pacan” brzmi niepoważnie, bo odnosi się do kogoś niemądrego, kogo nazywa się po prostu debilem czy idiotą. W języku rosyjskim jest odwrotnie, stąd trudność w przekładzie znaczenia „pacana” na polski. Bo w oryginale słowo to pojawiło się na początku XX wieku, prawdopodobnie gdzieś na ukraińskim wybrzeżu Morza Czarnego, i oznaczało młodego bandytę. We współczesnym rosyjskim jego znaczenie i użycie się rozpowszechniło i może oznaczać „kolesia”, „ziomala” czy „gościa”, czyli swojego człowieka, niekoniecznie w kontekście przynależności do jednej subkulturowej grupy. W serialu słowo „pacan” ma jednak ściśle określone znacznie bandyckie. Oznacza kogoś, kto nie jest „czuszpanem”, czyli frajerem, i jest członkiem danej grupy – czy jak jest to nazwane w serialu – „kantory”.

Pomijając językowe meandry bandyckiego socjolektu, trzeba podkreślić znaczenie tej subkultury dla współczesnej Rosji. Dzisiejsze traumatyczne wspomnienia lat 90., jako czasu ekonomicznego upadku i biedy, rozkładu instytucji państwa i niekontrolowanej przemocy to nic innego jak pamięć czasu, kiedy subkultura bandycka stała się w Rosji mainstreamem. W polityce, gospodarce czy w sądach przestało wtedy obowiązywać tradycyjne prawo, a jego miejsce zajęły „poniatia” – niepisany kodeks zaczerpnięty ze świata kryminalnego, w którym miejsce paragrafów zajmuje „słowo pacana”. 

(...)

Michaił Epstein, znany rosyjski intelektualista, w 2017 roku opublikował tekst w „Nowej Gaziecie” zatytułowany „Goppolityka i inne gopy. O tym, jak dresiarstwo (gopota) opanowuje państwo”. Tutaj znowu napotykamy trudność w przekładzie słowa gopota. Gop to polskie hop, słowo oznaczające skok, ale też uderzenie. W rosyjskim slangu występuje pojęcie gop-stop – uliczny rabunek dokonany znienacka. Stąd pojęcie gopnik – na oznaczenie miejskiego chuligana, drobnego złodziejaszka, spokrewnionego z polskim dresiarzem. Epstein twierdzi, że od 2012 roku, czyli od powrotu Putina na stołek prezydenta, rozwija się w Rosji nowy ustrój, w zasadzie styl polityczno-społeczny, który najlepiej oddaje właśnie słowo gop. Mamy więc do czynienia z goppolityką, gopdyplomacją, gopdziennikarstwem, gopreligijnością, gopsztuką i całą masą innych gopów. Ich przykłady widać wszędzie: kradzież Krymu wbrew prawu międzynarodowemu, Ławrow na konferencji w Arabii Saudyjskiej stękający do mikrofonu: „Debile, kurwa”, dziennikarze nawołujący do użycia broni jądrowej, patriarcha zachęcający do morderstw, komediowy hit kinowy, w którym dokonuje się gwałtu na nieprzytomnej kobiecie. Te przejawy gopoty w Rosji mają jeden korzeń, a jest nim według Epsteina nienawiść do wszystkiego co kulturalne, porządne, to fascynacja poniżeniem, strachem oraz nieopanowany popęd do bezinteresownej agresji. Jak pisze, modus operandi gopoty to zdradzić, oszukać, sprzedać, zagrabić. (...)

new.org.pl

niedziela, 14 stycznia 2024



W Petersburgu na koncercie najpopularniejszy w Rosji wokalista SHAMAN wykonał swój wielki hit „Ja russkij”. W trakcie refrenu do wykonawcy podszedł asystent, który wniósł na scenę czarną walizeczkę. W walizeczce był czerwony guzik. SHAMAN z animuszem go nacisnął, nad sceną podniosły się pióropusze sztucznych ogni. Publiczność wiwatowała. Telewizja wyemitowała petersburski koncert (odbył się we wrześniu) w Dniu Jedności Narodowej 4 listopada. Trick z guzikiem zwrócił uwagę nie tylko w Rosji, ale i za granicą.

(...)

Temat broni atomowej od czasu do czasu jest międlony przez uczestników codziennych seansów nienawiści w rosyjskiej telewizji. „Na to jest szczupak, żeby karaś miał się na baczności” – mówi rosyjskie porzekadło, cytowane kiedyś przez Putina. Nuklearny szczupak jest więc regularnie wypuszczany na arenę. Ostatnio Duma Państwowa w trybie iście ekspresowym przepuściła przez swoje posłuszne żarna wypowiedzenie ratyfikacji traktatu o zakazie prób z bronią jądrową, a Putin równie ekspresowo podpisał ten akt. Kilka dni później agencje rozpowszechniły wieść, że nowy okręt podwodny o napędzie atomowym „Cesarz Aleksander III” przeprowadził udaną próbę z balistyczną rakietą „Buława” (...). Szczupak robi swoje, karasie na Zachodzie powinny drżeć.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl