Newsweek: Czytając "Dwór czerwonego cara", nieraz zadajemy sobie pytanie: to naprawdę ten potwór, który wymordował miliony?
Simon Sebag Montefiore: Chciałem pokazać Stalina w zupełnie innym świetle. Do 1937 roku, kiedy rozpętał Wielki Terror, nie był wcale postrachem dla ludzi z własnego otoczenia. W rzeczywistości jego "dworzanie" byli z nim zżyci, czuli się ze Stalinem bardzo komfortowo. Tuż przed Wielkim Terrorem, zapraszał ich na obiad, niektórzy zapominali i pojawiali się z dwugodzinnym opóźnieniem. To wręcz nie do pomyślenia – gdyby dziś jakiś prezydent czy premier zaprosili nas na obiad, pojawilibyśmy się na czas. Ale Stalin i jego świta bardzo długo żyli w przyjacielskiej bliskości. Uważany był za zwykłego towarzysza (i to jest zresztą, jak sądzę, jeden z powodów, dla których wielu z nich zostało potem zabitych). Stalin pukał do ich drzwi i mówił: "Czy mogę napić się kawy, chodźmy obejrzeć film.
Patrzymy na niego jak na stuprocentowego potwora. Ale w rzeczywistości bywał wręcz wspaniałomyślny w stosunku do ludzi. Miał spore poczucie humoru i lubił towarzystwo. Chodził do domów swoich "dworzan" i sprawdzał, czy ogrzewanie jest wystarczająco dobre. Nawet czytał ich dzieciom do snu. Była w nim niesamowita dbałość o szczegóły w sprawach, które miały znaczenie dla ludzi. Był genialny w radzeniu sobie z ludźmi, a to ogromny talent.
Oczarował nawet Churchilla czy Roosevelta.
– Sądzę, że czarowi Stalinowi nie sposób było się oprzeć. Praktycznie niemożliwe jest znalezienie kogoś, kto się z nim spotkał, a potem nie doszedł do wniosku, że można z nim jakoś się dogadać.
A jaki był naprawdę?
– Kaganowicz, który był bardzo blisko Stalina, powiedział, że było 5 czy 6 Stalinów. Chruszczow, że mógł grać wiele ról i każda z nich była prawdziwa. Bywał subtelnym człowiekiem książek, ale też kompletnym bandytą i chamem, który nie miał żadnego szacunku dla ludzkiego życia. W najlepszym razie uważał czyjeś życie za użyteczne, a w najgorszym razie uważał życie milionów ludzi za zbędne...
Lubił mordować?
– Miał obsesję na punkcie egzekucji. I chociaż sam nigdy nie uczestniczył w rozstrzeliwaniach czy torturach, zawsze pytał, jak skazani reagowali w tym najważniejszym momencie.
Pod sam koniec życia, gdy już miał kłopoty z pamięcią, prowadził kampanię przeciwko własnym lekarzom żydowskiego pochodzenia. Kiedy medycy powiedzieli mu, że nie może tyle pracować, bo ma ciężką miażdżycę, kazał ich aresztować. Uznał to za próbę zamachu stanu. To było zgodne z jego logiką: bo jeśli będzie mniej pracować, mogą odebrać mu władzę...
Uwielbiał przeprowadzać czystki, kampanię terroru. Nigdy nie był szczęśliwszy, gdy zarządzał nową intrygą wymierzoną we "wrogów ludu".
– Było w nim mnóstwo nieufności i ostrożności. Na wszelki wypadek zawsze uderzał pierwszy w każdego, kto jego zdaniem mu zagrażał. A jednak dał się oszukać Hitlerowi i przez chwilę wydawało się, że utraci władzę, a ZSRR zostanie podbity.
Skąd tak wielka pomyłka Stalina?
– Jednemu ze swoich popleczników wyznał kiedyś, że jego wielkim błędem było myślenie, że Hitler jest niemal taki jak on sam – ostrożnym mężem stanu. Tymczasem Hitler był hazardzistą gotowym wszystko postawić na jedną kartę. Stalin myślał, że Hitler go nie zaatakuje wcale. A jeśli zaatakuje, to znacznie później.
W swojej bibliotece miał mnóstwo książek na temat historii Niemiec w XIX wieku – o Prusach czy Bismarcku. Było dla niego nie do pomyślenia, że można popełnić tak fatalny błąd, prowadząc wojnę na dwa fronty z Zachodem i Rosją. Po co Niemcy miałyby atakować? Skoro z góry było jasne, że utkną w bezkresnej Rosji.
Podkreśla pan, że brak mu było tego, co zwykle uważamy za charyzmę.
– Był świetny w manipulowaniu ludźmi, ale zdobył władzę jako antycharyzmatyczny przywódca. Przed śmiercią Lenin próbował zniszczyć obu swoich oczywistych następców, Trockiego i Stalina. Nic w tym dziwnego – jak każdy dyktator nie mógł sobie wyobrazić świata bez siebie. Ale ktoś musiał go zastąpić. Trocki był błyskotliwym mówcą. Ale prawie nikt mu nie ufał, bo był wyniosły, bardzo nierosyjski i uważał się za zbawcę. Stalin był znacznie lepszym politykiem – nie popisywał się, potrafił zdobyć zwolenników, ludzie mu ufali, potrafił budować machinę polityczną. Bardzo łatwo pozbył się Trockiego.
Czym był dla niego marksizm?
– Był bardzo praktycznym politykiem, ale był też marksistą od wczesnych lat i nigdy nie przestał w to wierzyć. Jego władza zawsze miała jakiś cel, a tym celem było zwycięstwo rewolucji marksistowskiej. Myślał w sposób imperialny, ale nie kłóciło się to z jego marksizmem. Tworzył co prawda tradycyjne rosyjskie imperium, ale robił to dla komunistycznej rewolucji. Aby uczynić ją bezpieczniejszą.
Romanowowie myśleli o władzy w kategoriach dynastii. Stalinowi nie przyszłoby to do głowy. Jego pierwszy syn Jakow popełnił samobójstwo w niewoli, gdy Stalin nie chciał go wymienić na niemieckich jeńców. Drugiego syna – Wasilija – rozpieszczał, a jednocześnie ostentacyjnie nim gardził.
– Wasilij był typowym synem dyktatora. W połowie kompletnie zastraszony, nieradzący sobie z własnym pochodzeniem. A w drugiej połowie mały tyran zastraszający innych.
Wasilij nieustanie pił. Miotał się i żądał spełnienia swoich wszystkich zachcianek, powołując się na nazwisko. "Jestem Stalin, jestem Wasilij Stalin, musicie to zrobić" – pisał. Aż w końcu zainterweniował jego ojciec. Zbeształ Wasilija: "Nie jesteś Stalinem. Stalin to władza radziecka. Stalin jest tym, co piszą w gazetach. Stalin to wyobrażenie Związku Radzieckiego. Nawet ja nie jestem Stalinem". To bardzo interesujące – pokazuje, do jakiego stopnia Stalin wierzył w mistycyzm władzy.
A jak postrzegał samego siebie? Za kogo się uważał?
– Za marksistowskiego dyktatora i rosyjskiego cara. Przewidział, że Rosjanie wybaczą mu masowe morderstwa, jeśli docenią jego motywacje – pokonanie hitlerowskich najeźdźców, stworzenie mocarstwa (co zresztą potwierdzają dzisiejsze oceny Stalina w Rosji). Mówił "dworzanom: "Wspaniałą rzeczą w radzieckim modelu rządów jest to, że załatwiamy sprawy szybko – przelewając krew". A Eisensteinowi, gdy ten kręcił biografię Iwana Groźnego, nakazał: "Musisz wyjaśnić, dlaczego Iwan musiał być okrutny". Uważał (podobnie jak dziś Putin), że autokracja wsparta przymusem jest najlepszym sposobem rządzenia Rosją.
Uwielbiał wodzić fajką po swoim imperium na mapach: "No, nie poszło nam tak źle". Kiedy ambasador USA Averell Harriman pochwalił go za zajęcie Berlina w 1945 roku, odpowiedział: "Tak, ale Aleksander I dotarł do Paryża".
Czuł się absolutnie wyjątkowy. Uwielbiał oglądać westerny z Johnem Wayne'em w roli głównej, ponieważ dokładnie tak widział siebie: jako kowboja, zawsze samotnego, bez rodziny, obarczonego misją, i dlatego spędził powojenne lata, oglądając western za westernem, kierując ZSRR ze swojego prywatnego kina na Kremlu.
Ten wszechpotężny człowiek swoje ostatnie chwile spędził, leżąc we własnej urynie.
– 28 lutego 1953 r. odbyło się spotkanie u czerwonego cara. Bardzo dużo pito, Stalin wypytywał, czy lekarze, których oskarżono o zdradę, przyznali się już, że są członkami syjonistycznego spisku. Wszystko skończyło się nad ranem. "Dworzanie" czekali na wieści od Stalina, ale tym razem się nie odezwał. Nie wiedzieli, że doznał udaru. Był przytomny, ale leżał w piżamie w kałuży własnego moczu i nie mógł się ruszyć. Ochroniarze przenieśli go na sofę. Zadzwonili do Berii, Chruszczowa i Malenkowa, mówiąc, że Stalin jest chory i trzeba wezwać doktora. Ale tamci bali się przyjść i w rezultacie spędził 12 godzin we własnym moczu. Gdy w końcu przyszli, długo kłócili się, kto ma wejść pierwszy. Malenkow był tak przerażony, że na wszelki wypadek zdjął buty, żeby nie robić hałasu. Postanowili czekać do rana. I dopiero wtedy wezwali lekarza, który postawił diagnozę.
Kiedy Stalin zamknął oczy, Beria myślał, że nie żyje, i powiedział: "Umieraj, ty odrażający starcze". Ale nagle powieki Stalina poruszyły się i Beria rzucił się na kolana. Całował jego rękę, mówił: "Towarzyszu Stalin, tęsknimy za waszym powrotem. Wrócicie, będziecie nam przewodzić". Tym zachowaniem przeraził pozostałych. I ściągnął na siebie wyrok śmierci.
newsweek.pl