niedziela, 24 grudnia 2023



Początek głębszego zainteresowania Rosją we Francji można w miarę dokładnie określić rokiem 1709, a więc datą wygranej przez Piotra I bitwy pod Połtawą. Pokonując potężną Szwecję Karola XII – głównego, obok Polski, północnego sojusznika Ludwika XIV – car rosyjski zagwarantował sobie mocarstwową pozycję wśród europejskich potęg. Natomiast militarystyczny absolutyzm „króla Słońce” uległ, u progu XVIII w., naturalnej erozji, ustępując miejsca mniej zhierarchizowanemu systemowi społeczno-politycznemu, opartemu na wybieralnych zgromadzeniach przedstawicielskich. Przemiany w kulturze wysokiej i nauce, a także rewolucja w technice oraz taktyce wojskowej przyczyniły się do przekształcenia monarchii typu feudalnego w absolutystyczny system władzy oświeconej. Stało się też oczywiste, że po Reformacji i wojnach religijnych nie da się już przywrócić jedności chrześcijaństwa i, usankcjonowanej przez Boga, absolutnej władzy królewskiej. Droga do tego, co Alexis de Tocqueville nazwie demokracją, stała przed Francją otworem.

Tymczasem w Rosji trwał w najlepsze system patrymonialny, oparty na samodzierżawiu, podporządkowaniu kościoła, wpisaniu w „tabelę rang”, społeczeństwa, likwidacji opozycji możnych (bojarów) przy równoczesnym utrzymaniu niewolnictwa. Mimo natarczywej propagandy i symbolicznych gestów (obcinanie bród, przeniesienie stolicy państwa z Moskwy do Petersburga, etc.) reforma Piotrowa nigdy nie zrównała imperium carów z oświeconą Europą, a tym bardziej nie dokonała i nie wprowadziła do porządku społeczno-politycznego rewolucyjnej zmiany typu Novus ordo sœculorum. Ustrój patrymonialny, zainicjowany przez Iwana III Srogiego, utrwalony przez jego wnuka Iwana IV Groźnego, a później skutecznie „ulepszany” przez Romanowów (w okresie panowania tej dynastii dziennie Rosji „przybywało” ok. 140 km² powierzchni) został, owszem, zreformowany przez Piotra I, ale przecież istnieje wyraźne kontinuum między jego pierwotną, samodzierżawną wersją z dawnych epok a udoskonalonymi wcieleniami piotrowymi (głównie w sferze wojskowości i propagandy). Ta ciągłość przetrwa nieprzerwanie aż do 1917 roku.

Warto w tym miejscu przywołać termin Alberta Lortholary’ego „miraż rosyjski” określający swego rodzaju fascynację zafałszowanym, iluzorycznym, czy wręcz nieistniejącym – a przecież obecnym w społecznym imaginarium wielu Francuzów – „zwidowym” obrazem północnego kolosa. Myślicielem, który wprowadził, skodyfikował i rozpowszechnił na ogromną skalę taką właśnie wykładnię imperium carów był Wolter. Poświęcił on bez mała trzydzieści lat na opracowanie swojego opus vitae pt. L’Histoire de l’empire de Russie sous Pierre le Grand (Historia imperium Rosji za czasów Piotra Wielkiego) (1759/1763), będącego połączeniem osobliwego makiawelizmu z wyrafinowaną propagandą polityczną. Warto przyjrzeć się bliżej i wyjaśnić na czym polega „geniusz” tej wolteriańskiej rusofili stosowanej.

Książka Historia imperium Rosji za czasów Piotra Wielkiego ma dwie zasadnicze skazy czyniące z niej bardziej twór propagandowy niż – jakby tego sobie życzył Wolter – traktat historyczny. Pierwszy zarzut, jaki można sformułować wobec publicysty francuskiego to przyjęcie fałszywej tezy czyniącej z Piotra I twórcę „nowej Rosji”. Car-reformator miał rzekomo ustanowić w swoim imperium jakąś nową erę, początek absolutny, Novus ordo sœculorum, czy punkt zero historii. Drugim fałszerstwem, jakiego się dopuścił francuski dziejopis to uczynienie z tej „nowej Rosji” państwa oświeconego, które nie tylko dogoniło cywilizacyjnie Europę, ale nawet pod pewnymi względami ją prześcignęło – głównie w sferze duchowej, podporządkowując Kościół Państwu. Myśl wolteriańska opiera się tutaj na dwóch filarach: kluczowej roli jednostki w historii społeczno-politycznej danego kraju oraz wyjątkowej pozycji, jaką posiada cywilizacja w dziejach Europy. Car reformator wprowadza nowy ład w swoim imperium sam, otoczony prymitywnym ludem. Akt twórczy nie należy w tym przypadku do Boga, ale do oświeconego despoty. Historia staje się i dopełnia z woli jednego człowieka – lud pozostaje pasywny i niedojrzały. Wolter posunie się nawet do zaakceptowania politycznego zniewolenia: marzył o „republice filozofów”, której główną zasadą byłoby „najwyższe przywództwo intelektualne” cara. Był głęboko przekonany, że wszelka władza polityczna powinna należeć do jednego monarchy i że wszelkie „umowy społeczne” między księciem a ludem muszą prędzej czy później doprowadzić do ruiny państwa. Nadmiar wolności może popchnąć kraj w kierunku anarchii; osłabiony i zżarty od środka bratobójczymi walkami staje się taki kraj łatwym łupem silnych sąsiadów, którzy – zgodnie z doktryną Machtstaat Samuela von Pufendorfa – podporządkują go sobie i narzucą mu swoje prawa. Ogromne sukcesy i zdobycze Piotra I uczą, że można stworzyć potężny twór imperialny, całkowicie zniewalając lud. Zdaniem Woltera Rosja jest jedyną potęgą, która może w pełni zrealizować taką politykę podboju, zbawienną – jak sądził – dla zachodnioeuropejskiej cywilizacji.

(...)

W zderzeniu utopii z ideą postępu fantazmatyczna przestrzeń imaginacyjna przeciwstawiona jest tutaj czasoprzestrzeni historii. A przecież historia może również okazać się „obietnicą utopii”. Wystarczy dobrać odpowiednią strategię słowa, wymyślić skuteczną propagandę, aby otworzyć przed masami iluzję świetlanej przyszłości. Wielkim mistrzem takiej strategii, jej genialnym twórcą w Rosji był właśnie Wolter. Jego, oparty na silnej jednostce, model postępu dziejowego połączony z misją cywilizacyjną Rosji stworzył podwaliny zafałszowanej interpretacji historii, jej historiozoficzny – czy wręcz mesjanistyczny – bubel. Autor Traktatu o tolerancji twierdzi, że powołanie do życia nowego państwa rosyjskiego było „największym wydarzeniem dla Europy”, albowiem odtąd Rosjanie mogą „wpływać, mimo olbrzymich odległości, na losy Niemiec, Francji czy Hiszpanii”. Wolter przypisuje Rosji rolę arbitra i kreatora nowego porządku na ziemi: „Rosjanie zwyciężyli Turków i Tatarów, podbili Krym i ustanowili tu prawa, a także wśród dwudziestu innych ludów; stali się prawodawcą narodów, których Europa nawet nie znała z nazwy”. Krucjata przeciwko barbarzyństwu, ciemnocie i fanatyzmowi prowadzona pod egidą Rosji i jej armii ma przynieść postęp, wolność, tolerancję i „wyzwolić ludzki ród”. Nie ulega wątpliwości, że usługi, jakie oddał Wolter Rosji w jej ideologicznej ekspansji w Europie, są ogromne. Nie tylko „opracował” na użytek carów i narzucił Europie Zachodniej model Rosji oświeconej, lecz także przypisał potędze jej władców ważną, dziejową misję cywilizacyjną. 

teologiapolityczna.pl

sobota, 23 grudnia 2023



Osobom obserwującym wojnę w Ukrainie z zachodnioeuropejskiego dystansu jego nazwisko mówi niewiele albo nie jest znane wcale. Ale dla Ukraińców to jedna z najbardziej rozpoznawalnych osób w dzisiejszej przestrzeni publicznej. Po rozpoczęciu działań wojennych w lutym 2022 roku Arestowycz, jako tzw. zewnętrzny doradca Kancelarii Prezydenta ds. komunikacji, stał się faktycznie rzecznikiem ukraińskiego oporu przeciwko okupantowi. Nie jest do końca jasne umocowanie jego posady.

Najprościej można powiedzieć, że pracował w prezydenckim biurze na zasadach outsourcingu, będąc kimś w rodzaju doradcy przy doradcy prezydenta Zelenskiego. Faktycznie zajmował się prowadzeniem codziennych briefingów, podczas których informował o sytuacji na froncie. Ale ważniejsze dla jego rozpoznawalności i wpływu społecznego były codzienne streamy na kanale YT Feigin Live. To tam, wspólnie z rosyjskim opozycjonistą na emigracji i dawnym obrońcą Pussy Riot – Markiem Feiginem, stworzył duet, który co wieczór oglądała milionowa publika, chcąca się dowiedzieć, co się dzieje w okupowanym przez rosyjską armię kraju. I to właśnie podczas tych programów zaczął budować się mit Arestowycza jako człowieka z insajdem w gabinetach samego Zelenskiego, jednocześnie wojskowego eksperta z informatorami w sztabie generalnym. Przede wszystkim jednak – zbiorowego terapeuty Ukraińców, podczas cowieczornych seansów spokojnym głosem i po rosyjsku przekonującego widzów, że „najwyżej za dwa – trzy tygodnie” Rosja poniesie klęskę i zostawi Ukrainę w spokoju.

Żeby zrozumieć, o jakim masowym wpływie mówimy, wystarczy przytoczyć dane statystyczne Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii z lipca 2022 roku. Badani w Ukrainie, pytani o to, od kogo otrzymują informacje o sytuacji w kraju, wskazywali Arestowycza jako trzeciego – po Zelenskim i armii. Wyprzedzał on nawet naczelnego dowódcę sił zbrojnych Walerija Załużnego. Z kolei w pytaniu o tzw. lidera opinii, czyli osobę, która przekazuje najbardziej wiarygodne informacje w Ukrainie, Arestowycz (14%) ustępował tylko Zelenskiemu (29%)KIIS. Jest rzeczą naturalną, że w sytuacji agresywnego ataku obywatele skupiają się wokół przywódcy kraju i pokładają nadzieję w armii. W tym przypadku obywatele Ukrainy skupili się także wokół nieumocowanego oficjalnie w administracji prezydenta rzecznika prasowego i blogera. Siłę oddziaływania spokojnego głosu Arestowycza w tych najtrudniejszych miesiącach w Ukrainie można porównać tylko do magicznego oddziaływania Kaszpirowskiego, który po nagłym zniknięciu najpotężniejszego państwa świata przez ekran telewizora leczył traumy posowieckich sierot.

Arestowycz oczywiście nie wyskoczył jak filip z konopi, bo był obecny w przestrzeni medialnej Ukrainy na długo przed 24 lutego 2022 roku. Jest to bowiem człowiek wielu talentów. Nie będziemy szczegółowo śledzić jego pokrętnej biografii. Na początek krótka lista. Arestowycz przedstawia się jako psycholog, filozof, oficer ukraińskiej armii z doświadczeniem bojowym po ataku Rosji w 2014 roku, kiedy walczył w oddziałach zwiadu w Donbasie. Wcześniej służył w GUR, czyli w Głównym Zarządzie Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Założył agencję eventową, szkołę myślenia Apeiron, oferującą kursy filozofii, psychologii, retoryki. Jest blogerem, ekspertem ds. wojskowych, ekspertem ds. międzynarodowych. Poza tym jako aktor występował w reklamach, serialach i filmach. Zagrał m.in. kobiecą postać Lusię i nieprzychylni komentatorzy do dziś nadają mu uszczypliwie taki przydomek. Wszystko to drobnica. Kariera Arestowycza nabrała tempa, gdy w 2020 roku były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma zaprosił go do Trójstronnej Grupy Kontaktowej, oferując posadę doradcy ds. komunikacji oraz rzecznika delegacji ukraińskiej. I w ten sposób pod koniec 2020 roku Arestowycz trafił do Biura Prezydenta jako zewnętrzny doradca szefa biura Andrija Jermaka. Dalszy szlak Arestowicza już jest nam znany: wybuch pełnoskalowej wojny, jego grupowa terapia narodowa na YouTube, a w końcu ogłoszenie swojej kandydatury w wyborach prezydenckich.

Powróćmy do głównego pytania: dlaczego postać Arestowycza tak elektryzuje Ukraińców i Rosjan jednocześnie? Zacznijmy od niejednoznaczności w jego biografii. Pierwsza pojawia się około 2005 roku, a więc w czasie po pomarańczowej rewolucji, kiedy Arestowycz został zastępcą Dmytra Korchynskiego na stanowisku przewodniczącego partii Bractwo. Trudno jest wytłumaczyć, czym ona była – wystarczy powiedzieć, że głosiła idee teokratyzmu i faszyzmu, a sama siebie opisuje jako partię Jezusa Chrystusa, narodowo-chrześcijańską sieć i wspólnotę rewolucyjną. Po 2005 roku występowała przeciwko zbliżeniu Ukrainy z NATO i UE i właśnie wtedy nawiązała współpracę z Międzynarodowym Ruchem Euroazjatyckim, kierowanym przez Aleksandra Dugina, nazywanego dziś filozofem Putina. Z tego czasu pochodzą nagrania ze wspólnej konferencji prasowej Dugina z ukraińską delegacją pt. „Rola Zachodu w pomarańczowej rewolucji, strategia euroazjatycka na Ukrainie i przeciwdziałanie pomarańczowej dżumie w Rosji”. W prezydium zasiedli dwaj główni faszyści Rosji i Ukrainy wraz z Arestowyczem jako zastępcą jednego z nich. W czasie konferencji on też dostał głos i zaczął bredzić coś o wpływie ery Wodnika na procesy społeczne i kolorze pomarańczowym jako technologii politycznej znanej od czasów Lutra.

Po pewnym czasie drogi ukraińskiej partii z rosyjskim euroazjatyzmem się rozeszły, ale fakt współpracy pozostał. Pytany po kilku latach o ten epizod Arestowycz odpowiadał w sposób, który następnie stał się charakterystyczny dla konstrukcji jego autowizerunku. Mianowicie, odpierając zarzuty, Arestowycz tworzył mit siebie jako „człowieka, który wie”, człowieka znającego kulisy deep state, swego rodzaju nadczłowieka. W przypadku konferencji w Moskwie tłumaczy, że mówił co mówił, bo był tam niejako służbowo, jako współpracownik GUR, rozpracowujący radykalne środowiska.

Mamy więc sytuację, kiedy prawdopodobny kandydat prezydencki w 2024 roku w Ukrainie w 2005 roku współtworzył radykalną faszystowską partię, która przeciwstawiała się pomarańczowej rewolucji i współpracowała z ruchem ideologicznym w Rosji, odpowiedzialnym za stworzenie ideologicznych podstaw jej wojennej agresji w 2014 roku. Niejednoznaczności tej sytuacji dodają komentarze przełożonych Arestowycza z tamtego czasu, którzy pamiętają go raczej jako mało ważnego gryzipiórka, oczarowanego euroazjatyckimi ideami Dugina, niż agenta pracującego undercover.

Podobne nieścisłości pojawiają się w przypadku jego wojskowej kariery. Arestowycz twierdzi, że po agresji na Ukrainę, w latach 2018–2019 aktywnie walczył w Donbasie, dowodząc oddziałem zwiadowców, i zaliczył kilkadziesiąt bojowych wyjść za linię wroga. Jego opowieści o przedzieraniu się przez pola minowe to gotowy scenariusz hollywoodzkiego hitu. Także tutaj pojawiają się niejasności. Zastępca dowódcy operacji specjalnych Serhij Krywonos w 2020 roku twierdził, że Arestowycz niczym i nikim nie dowodził i wprost zarzuca mu wyprowadzenie swoich towarzyszy na miny. Tym niemniej utrzymanie wizerunku aktywnego i bohaterskiego uczestnika działań bojowych pozostaje dla Arestowycza szczególnie ważne, bo już od długiego czasu jego występy jako wojennego eksperta, absolwenta szkoły wojskowej, który połączył teorię z praktyką, uwierzytelniają go przed widzami i wyborcami.

Arestowyczowi wyraźnie chodziło o heroizację własnej biografii i uwiarygodnienie się w roli komentatora wojennego. Po ugruntowaniu tej pozycji i zdobyciu takiej rozpoznawalności w kraju, że tylko nowo narodzeni nie wiedzieli, kim on jest, Arestowycz zaczął ewoluować i przestał mieścić się w formacie zewnętrznego doradcy biura prezydenta. To wtedy nastąpił zbieg kilku okoliczności, które w efekcie doprowadziły do jego politycznej wolty. Podczas jednego z wieczornych streamów Arestowycz komentował nocny atak rakietowy na blok mieszkalny, gdzie zginęli cywile. Nagle stwierdził, że za tragedię odpowiedzialna jest obrona przeciwrakietowa Ukrainy, która zbiła rosyjską rakietę nad blokiem. Komentarz spowodował konsternację widzów i współprowadzącego, bo nie był spójny z oficjalnymi komunikatami armii. W konsekwencji Arestowycz musiał zrezygnować z posady w biurze prezydenta. Po pewnym czasie rozstał się także z Markiem Fejginem i jego kanałem YT, który przyniósł mu sławę.

Tak rozpoczął się marsz Arestowycza na pozycję otwartego przeciwnika, a może i wroga Zelenskiego.

Rozstanie Arestowycza z Zelenskim odbywało się po rosyjsku. W dosłownym sensie, bo komunikuje się on ze swoimi widzami głównie w tym języku. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to w końcu wciąż dość powszechnie używany w Kijowie język, gdyby nie to, że pracując jako vloger i komentator w ukraińskim segmencie internetu, Arestowycz wykorzystuje do tego przede wszystkim rosyjskie kanały. To wydaje się jakimś rodzajem spójnej strategii komunikacyjnej, bo kiedy na początku listopada ogłaszał swój start w przyszłych wyborach prezydenckich, zrobił to w trzech rosyjskich portalach i kanałach YouTube, czyli w Meduzie, kanale YT związanej z „Nową Gazietą” publicystki Julii Latyninej i kanale opozycjonisty Chodorkowski Live. Mało tego, o jego przejściu do opozycji w stosunku do Zelenskiego skrupulatnie informowały oficjalne i propagandowe strony informacyjne w Rosji. Komentowali je także czołowi rosyjscy publicyści po opozycyjnej stronie politycznego spektrum.

W tym samym czasie w Telegramie (także rosyjskim komunikatorze) Arestowycz opublikował swój program. Ważniejsze jego punkty dotyczące wojny to: przejście na froncie do strategicznej obrony; rotacja żołnierzy i zezwolenie na opuszczenie kraju dla tych, którzy zobowiążą się wrócić w razie mobilizacji; aktywne zabieganie o wstąpienia do NATO wraz z zaprzestaniem walki zbrojnej o odzyskanie terenów zajętych przez Rosję na moment akcesji do Sojuszu i zobowiązanie do odzyskania ich drogą dyplomatyczną. W sumie sposób przedstawienia i zawartość postulatów kampanijnych Arestowycza wyglądają tak, jakby były kierowane do wyborcy głosującego nie w tych wyborach, w których polityk zamierza startować.

Ukraińcy zdają sobie sprawę, że jakiekolwiek negocjacje pokojowe z Putinem i zamrożenie frontu sprzyjają Rosji, dając jej czas na transformację gospodarki w kierunku modelu wojennego, przygotowanie poborowych i restrukturyzację zarządzania armią. Innymi słowy, negocjować pokój z Putinem można tylko z pozycji siły i obiektywnych sukcesów na froncie. W tym sensie Arestowycz konstruuje swoje postulaty zgodnie z linią Kremla. Do tego dochodzi jeszcze czynnik dezintegracyjny, ukryty w postulatach.

Faktyczna rezygnacja z okupowanych terytoriów Ukrainy i odłożenie ich odzyskania na święte nigdy antagonizuje tę część społeczeństwa, która zapłaciła najwyższą cenę utraty bliskiego w wojnie, przeciwko tym, którzy byliby skłonni do oddania części kraju w zamian za spokój. To w ogóle podważa cały wysiłek zbrojnego oporu, na jaki zdobyli się Ukraińcy. Dla wielu, w tym pewnie i dla Arestowycza, jest jasne, że apetytów Rosjan na zniszczenie Ukrainy nie da się już zatrzymać pokojowymi negocjacjami, bo wcześniej czy później znowu pójdą z wojną na zachód. Tak więc pod kogo Arestowycz kroił swoje tezy wyborcze?

Mogłoby się wydawać, że Arestowycz pomylił wyborców, ale to nieprawda. Polityk świadomie kieruje swoje postulaty nie do Ukraińców, a do Rosjan. Bo przecież skrajnie niepolityczna jest sytuacja, w której polityk wprost obraża swoich wyborców, nazywając ich w zależności od okazji: durniami, osłami, lokajami, analfabetami, zjebami (dolbojoby), mówi „poszedł na chuj” do oponenta, który zwrócił mu uwagę na używanie rosyjskiego języka. Jednym z ciekawszych sposobów na przekonanie do oddania głosu na niego była fraza, skierowana wprost do wyborców: „Pomyślcie, co będzie, zjeby durne, jak na mnie nie zagłosujecie? Jak wojna się skończy, ja będę jadł homary na jachcie na Oceania Spokojnym i będę prowadził seminaria, a co będzie z wami? Ruszcie swoją durną głową!”.

Arestowycz działa jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Powyżej była próbka komunikacji z Ukraińcami. Za to w rozmowach z dziennikarzami, które kierowane są do rosyjskiej publiki, Arestowycz przechodzi przemianę z obraźliwego chama w szukającego konsensusu… człowieka sowieckiego. Najwyraźniej było to widać w rozmowie z Dmitrijem Bykowem, rosyjskim pisarzem przebywającym na emigracji w Stanach Zjednoczonych, który latem 2022 roku zawitał do Kijowa. Wtedy panowie porozmawiali nieco o geopolityce i zgodzili się co do tego, że do dzisiaj nie stworzono niczego lepszego niż Związek Sowiecki i że to nikt inny, a Ukraińcy stworzyli imperium rosyjskie i Związek Sowiecki. Było też o dialektyce, bo według rozmówców cechą człowieka sowieckiego jest przede wszystkim to, że jest antysowiecki. Arestowicz okazał się w rozmowie bardzo autorefleksyjny i nazwał siebie typem psychicznym ucznia sowieckiego, co uznał za rzecz bardzo dobrą, której nie należy zmieniać.

Po półtora roku i po wolcie politycznej Arestowycza Bykow znowu zabrał głos w sprawie swojego przyjaciela i jego prezydenckich ambicji. W jednym z wywiadów uznał za oczywiste, że rozmowy pokojowe z Rosją spowodują jej wzmocnienie i nie zatrzymają agresji. Jednak ten postulat w programie Arestowycza ocenia diametralnie inaczej. Mówi, że Arestowycz to wspaniały człowiek, że jest jego fanem i że absolutnie podoba mu się jego program i zachowanie. To wprost wymarzony sparingpartner dla Zelenskiego. Mało tego – byłoby bezgranicznym szczęściem dla Ukrainy, gdyby Arestowycz został nowym prezydentem. Dlaczego? Bo według Rosjanina ten ma zadatki na mądrego i autorytarnego lidera, czyli prawdziwego prezydenta typu wodzowskiego. Brzmi jak kuriozum, ale Bykow żałuje jedynie, że szanse Arestowycza na zostanie prezydentem są niskie, bo z jednej strony ma taką przywarę, jak mania wielkości (tutaj Bykow uśmiecha się dobrotliwie), a z drugiej – trudno jest przeprowadzić wybory w czasie wojny. Pean Bykowa ku chwale przyjaciela można zestawić z reakcją kremlowskiej prasy na ogłoszenie prezydenckich planów Arestowycza. Jedna z największych rosyjskich szczujni, „Moskiewski Komsomolec”, pisze tak: „Arestowycz ma rację, rozumie sytuację i koryguje swój plan na bieżąco (…), on jedynie wygląda na idiotę. Ale nie. To mądry, cyniczny i bardzo wykształcony polittechnolog”.

Konsensus „dobrych” i „złych” Rosjan co do Arestowycza jest spójny z tezą, że jego program polityczny wcale nie jest skierowany do ukraińskich wyborców. Arestowycz mówi z Rosjanami, po rosyjsku i do Rosjan albo do ich proxy w Ukrainie. W jego mówieniu po rosyjsku nie chodzi tylko o formalną stronę języka. Arestowycz jest bliski Rosjanom różnych orientacji, bo mówi ich kodem kulturowym, jego wyobraźnia operuje w tym samym świecie znaczeń, co rosyjska, i w tym sensie mówi po rosyjsku w dwójnasób.

Można zresztą pokazać, jak to działa. Po politycznej wolcie Arestowycz ogłaszał swój program, nie będąc już w Ukrainie, gdzie prokuratura prowadzi przeciwko niemu kilka śledztw. Obecnie znajduje się w USA i stamtąd łączy się z widzami swoich streamów. W ukraińskim segmencie YT występuje na kanale Golovanova, niedawno prorosyjskiego dziennikarza z kanałów Medwedczuka, obecnie grającego nawróconego patriotę. W jednym z ostatnich wywiadów odniósł się do pytania, czy zamierza wrócić i fizycznie stanąć w szranki wyborcze. Stwierdził, że nie wróci, bo przed nim było już czterech wielkich, którzy wrócili. Mówi: mieliśmy Nawalnego, Niemcowa, Saakaszwilego i Koboleva. Nie chce skończyć jak oni, bo zna wszystkie sekrety krwiożerczego reżimu Zelenskiego. „Wielka czwórka”, do której porównuje się Aresotwycz, tylko marginalnie odnosi się do Ukrainy (Kobolev to skorumpowany były szef Naftohazu Ukrainy). Arestowycz na emigracji widzi siebie w kontekście polityków największego formatu, bo są to najwięksi przeciwnicy polityczni największego polityka świata – Putina. Było ich trzech (Ukrainiec jest tutaj tylko na okrasę), zostało dwóch, a teraz jest Arestowycz. Kontekst wielkich porównań na tym się nie kończy. W rozmowie dementowane są podejrzenia, że za Arestowyczem stoi Chodorkowski, który miałby finansować przyszłą kampanię Arestowycza. Polityk zaprzecza – mówi, że zarabia ponad 120 tysięcy dolarów miesięcznie i nie potrzebuje sponsora. Ale nie wytrzymuje i dodaje: a co złego byłoby w tym, gdyby finansował go największy na całym świecie wróg Putina?

W tym wywiadzie, udzielanym z waszyngtońskiego pokoju hotelowego, Arestowycz prezentuje się jakby był w stanie manii (też politycznej) i rozkręca się z każdym zdaniem. Chodorkowski mógłby być jego sponsorem, ale nie jest, bo on, Arestowycz, jest nacystą, a we wszystkich jego charakterystykach jest napisane: „Nie poddaje się kierowaniu”. To znaczy, że widzi więcej i dalej niż zwykli ludzie. Tak było też w armii – tam też był sam sobie dowódcą, bali się go i szanowali, bo trzymał się zasady: niech twój dowódca widzi w twoich oczach swoją śmierć. Teraz, będąc w Waszyngtonie, już pierwszego dnia spotkał się z dwunastoma senatorami i jest tutaj nie tak sobie, tylko lobbuje ogromny pakiet pomocy wojennej dla Ukrainy. W jakim charakterze spotyka się z senatorami? W charakterze Arestowycza oczywiście! I nie jest tak, że to on się wprasza, bo to jego zapraszają. W tajemnicy oczywiście, dlatego się tym nie chwali, jak inni Ukraińcy. A gdzie teraz jest? Jest tam i tu – jest wszędzie – odpowiada.

new.org.pl

piątek, 22 grudnia 2023


Już w połowie wiosny 2022 roku stało się jasne, że oczekiwania Rosji związane z inwazją na Ukrainę nie były uzasadnione. Blitzkrieg nie wypalił, zginęło dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy. Następnie Kreml zwrócił się o pomoc do Jewgienija Prigożyna i jego najemniczej Grupy Wagnera. Oligarcha nazywany „kucharzem Putina” był niegdyś właścicielem firmy cateringowej obsługującej Kreml.

Grupa Wagnera zaczęła odnosić sukcesy na froncie i zyskiwać popularność wśród Rosjan i elit politycznych. Dziennikarze amerykańskiej gazety piszą, że ten stan rzeczy zaniepokoił Patruszewa. Od lata 2022 roku zaczął ostrzegać Putina, że rosnące wpływy Prigożyna i jego najemników stanowią zagrożenie dla Kremla.

Początkowo rosyjski prezydent miał go zignorować, ponieważ wagnerowcy okazali się skuteczni na froncie. Wszystko zmieniło się jednak jesienią 2022 roku.  Prigożyn rzekomo zadzwonił do Putina, zbeształ prezydenta i w dosadny sposób zażądał większej ilości amunicji, gdyż brak pocisków doprowadził do dużych strat jego najemników. Źródło WSJ podało, że Patruszew był w tym momencie w biurze Putina. Po rozmowie szef Rady Bezpieczeństwa po raz kolejny powiedział prezydentowi, że Prigożyn stał się niebezpieczny, bo przestał szanować kremlowskie władze. Tym razem Putin go posłuchał.

Do grudnia 2022 roku Putin przestał odpowiadać na apele Prigożyna i ignorował jego publiczne i prywatne prośby o zwiększenie dostaw dla najemników. Brak odpowiedzi skłonił szefa Grupy Wagnera do publicznego nagłośnienia konfliktów z kierownictwem Ministerstwa Obrony.

Latem 2023 roku Prigożyn i 25 tysięcy jego najemników ruszyli w stronę Moskwy w spektakularnym  „Marszu Sprawiedliwości”. WSJ podaje, Putina znajdował się wtedy poza stolicą – w jednej ze swoich „letnich rezydencji”. Patruszew wziął na siebie inicjatywę likwidacji zagrożenia.

Szef Rady Bezpieczeństwa wezwał sympatyzujących z Prigożynem oficerów armii rosyjskiej i poprosił ich, aby nakłonili go do zaprzestania buntu. Według publikacji szef wagnerowców zignorował pięć wezwań Kremla do zaprzestania działań.

Patruszew próbował także pozyskać wsparcie Kazachstanu. Poprosił prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, by wysłał do Rosji swoich żołnierzy, w przypadku gdyby armia rosyjska nie była w stanie powstrzymać najemników. Patruszew miał stwierdzić, że kazachskie władze powinny się odwdzięczyć za pomoc w stłumieniu zamieszek w styczniu 2022 roku. Wtedy to do Kazachstanu przybyły siły ODKB, czyli sojuszu wojskowego pod egidą Rosji. Kazachski prezydent miał mu jednak odmówić.

Roli mediatora między Prigożynem a Kremlem wziął na siebie Alaksander Łukaszenka, który po sześciu telefonach do Putina i szafa buntowników zdołał przekonać tego ostatniego do odwrotu. Prigożynowi zaproponowano bezpieczny wyjazd na Białoruś, na co się zgodził.

Na początku sierpnia Patruszew polecił swojemu przybocznemu opracować plan zabicia Prigożyna. O planach poinformowano Putinowi, który nie wyraził sprzeciwu.

Kilka tygodni później, po podróży po Afryce, Prigożyn wrócił do Rosji. 23 sierpnia wraz z dowódcą Grupy Wagnera Dmitrijem Utkinem ps. Wagner i pięcioma  współpracownikami wsiadł do prywatnego samolotu na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo, skąd wylecieli Petersburga. Przed odlotem samolot został sprawdzony przez inspektorów bezpieczeństwa. Według WSJ właśnie w tym momencie podłożono bombę. Pół godziny później, gdy samolot leciał w pobliżu wsi Kużenkino, bomba eksplodowała, zabijając, nie tylko szefa Grupy Wagnera i jego ludzi, ale też trójkę członków załogi. Rosyjski oligarcha i szef najemniczej grupy zginał dwa miesiące po wywołanym przez siebie buncie.

belsat.eu

czwartek, 21 grudnia 2023


19 grudnia wicepremier ds. odbudowy Ukrainy i minister infrastruktury Ołeksandr Kubrakow poinformował, że w ciągu czterech miesięcy funkcjonowania ukraińskiego korytarza na Morzu Czarnym udało się nim wyeksportować 10 mln ton towarów, z czego blisko 5 mln ton przypadło na produkty rolne. W tym okresie porty w Odessie, Czarnomorsku i Piwdennem przyjęły 337 statków, a kolejnych 79 ma zostać obsłużonych w najbliższym czasie. 11 stycznia Turcja, Bułgaria i Rumunia planują podpisać porozumienie w sprawie rozminowywania zachodniej części akwenu Morza Czarnego. Kijów ma również otrzymać z Wielkiej Brytanii dwa niszczyciele min.

Komentarz

Po tym jak 17 lipca Rosja wycofała się z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej (zob. Rosyjska gra z Zachodem: Moskwa wycofuje się z umowy zbożowej), w sierpniu Ukraina zaproponowała wytyczenie nowej trasy biegnącej wzdłuż jej wód terytorialnych w kierunku Rumunii. W pierwszych tygodniach ze szlaku skorzystało pięć statków, które stały zablokowane od początku wojny, a od 16 września do portów zaczęły przypływać nowe jednostki i ich liczba systematycznie rosła: w ciągu pierwszych 30 dni było ich 31, a przez kolejne półtora miesiąca – już 170.

Uruchomienie nowego korytarza wpłynęło pozytywnie na eksport ukraińskiej produkcji rolnej, który w listopadzie osiągnął najwyższy od sześciu miesięcy poziom (zob. wykres). Ponadto, w przeciwieństwie do poprzedniego korytarza zbożowego, wykorzystanie nowej trasy nie jest ograniczone wyłącznie do eksportu żywności, lecz służy ona także do sprzedaży zagranicznej innych towarów, przede wszystkim rudy żelaza i wyrobów hutniczych. Potencjalnie pozwoli to Ukrainie na zwiększenie produkcji przemysłowej w tym sektorze, który przed wojną był zorientowany głównie na eksport i uzależniony od drogi morskiej.

Najpoważniejsze wyzwania związane z nowym szlakiem dotyczą bezpieczeństwa. Rosja nie zaprzestaje ataków na ukraińską infrastrukturę portową, a w listopadzie miał miejsce przypadek trafienia rakietą w statek pod banderą Liberii, do czego doszło w chwili, gdy wpływał on do jednego z portów. Mimo ofiar incydent nie doprowadził do sparaliżowania ruchu na nowej trasie. Poza bezpośrednimi atakami problemem są pływające miny, dlatego trójstronna inicjatywa rozminowywania zachodniej części Morza Czarnego ma istotne znaczenie dla zwiększenia bezpieczeństwa żeglugi.

Rosyjska Flota Czarnomorska (RFCz) ma ograniczone możliwości sparaliżowania ruchu statków na prawie 200-kilometrowym odcinku ukraińskich wód terytorialnych (od okolic Odessy do delty Dunaju). W obliczu ukraińskich uderzeń rakietowych w krymskie porty oraz ataków dronów morskich w ciągu 2023 r. agresor skoncentrował przeważającą część swoich okrętów wojennych w Noworosyjsku, prawie 600 km w linii prostej od Odessy. Dystans ten nie pozwala na użycie podstawowych środków rażenia stosowanych zazwyczaj przeciw statkom handlowym, z wyjątkiem drogich i deficytowych pocisków manewrujących typu Oniks i Kalibr. Z kolei w obawie przed ukraińskimi pociskami przeciwokrętowymi i obroną przeciwlotniczą Rosjanie unikają operowania na morzu i w powietrzu na zachód od Sewastopola. Wszystko to sprawia, że bezpośrednie uderzenia okrętów i samolotów bojowych RFCz na statki pływające nowym korytarzem są obarczone dużym ryzykiem. Zagrażać mogą im jednak drony morskie, których wprowadzenie do służby agresor ostatnio zapowiedział.

osw.waw.pl

W dniach 19–22 grudnia na całym froncie trwały walki pozycyjne, które nie zmieniły w istotny sposób położenia obu armii. Najintensywniejsze starcia miały miejsce w rejonie Bachmutu, Awdijiwki i Marjinki. Na południe od tej ostatniej miejscowości – w Nowomychajliwce i jej okolicy – Rosjanie próbują zająć pozycje ukraińskie, tworzące klin wbijający się w ich ugrupowanie na głębokość ok. 4 km.

W nocy z 19 na 20 grudnia najeźdźcy zaatakowali Ukrainę 19 dronami typu Shahed 131/136. Zgodnie z komunikatem Ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 18 z nich. Po raz kolejny agresor użył także rakiet przeciwlotniczych S-300, atakując obiekty cywilne położone w obwodzie charkowskim. Według ukraińskiej administracji dwie rakiety spadły na zajezdnię komunikacji miejskiej w Charkowie, a kolejne dwie na zabudowania wsi Odradne w rejonie kupiańskim, nie powodując jednak strat w ludziach. Następnej nocy Rosjanie znów zaatakowali bezzałogowcami Shahed 131/136 – ukraińska obrona przeciwlotnicza miała wykazać się dużą skutecznością, zestrzeliwując 34 z 35 użytych dronów. Wieczorem 21 grudnia doszło też do skutecznego ataku rakietowego na Zaporoże, przy czym ukraińska administracja nie podała informacji na temat typu zastosowanych rakiet oraz strat. W nocy z 21 na 22 grudnia Rosjanie użyli 28 bezzałogowców Shahed 131/136, z których 24 miała zestrzelić ukraińska obrona przeciwlotnicza. Główny atak został skierowany na obwody chersoński, mikołajowski i odeski, gdzie część dronów trafiła w spichlerze i inne niesprecyzowane obiekty infrastruktury.

W nocy z 19 na 20 grudnia Ukraińcy zaatakowali (prawdopodobnie za pomocą rakiet Storm Shadow/SCALP, ewentualnie w kombinacji z dronami) dwa obiekty położone na Krymie: punkt łączności Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Soniacznohirśkem koło Ałuszty oraz centrum łączności kosmicznej w Witynem koło Eupatorii. Brakuje jednak szczegółowych i wiarygodnych doniesień pozwalających ocenić skalę strat.

(...)

Prezydent Wołodymyr Zełenski zapewnił 19 grudnia, że nie podpisze ustawy umożliwiającej obowiązkową mobilizację kobiet. Zastrzegł także, że decyzję o obniżeniu wieku mobilizacyjnego z 27 do 25 lat podejmie po rozważeniu „wszystkich argumentów”. Przyznał, że dowództwo wojskowe złożyło propozycję zmobilizowania nawet pół miliona mężczyzn, jednak oprócz ryzykowania życia żołnierzy taki krok pociągnąłby też za sobą konieczność poniesienia kosztu w wysokości 500 mld hrywien (ponad 13 mld dolarów). W związku z tym zwrócił się do premiera i resortu finansów, aby ocenili czy takie wydatki są możliwe. Według Zełenskiego konieczne jest precyzyjne zaplanowanie mobilizacji i dopilnowanie zasad rotacji żołnierzy na froncie. Odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy zamierza zwolnić głównodowodzącego generała Wałerija Załużnego, odpowiedział, że „utrzymuje z nim kontakty robocze” i planuje z nim nadal współpracować.

21 grudnia w wywiadzie dla niemieckiego dziennika „Bild” minister obrony Ukrainy Rustem Umierow powiedział, że wszyscy ukraińscy mężczyźni w wieku od 25 do 60 lat powinni otrzymać wezwanie do stawienia się w komisjach wojskowych. Będzie to również dotyczyło przebywających poza granicami kraju, a uchylenie się od rejestracji będzie karane. Dzień później resort obrony wydał komunikat, w którym stwierdzono, że Umierow jedynie wezwał wszystkich zdolnych do służby do wstąpienia do armii, a kary za niestawiennictwo nie są obecnie rozważane.

(...)

20 grudnia przedstawiciel Państwowej Służby Granicznej we Lwowie Ihor Matwijczuk stwierdził, że codziennie zachodnią granicę państwa przekracza 6 tys. mężczyzn w wieku poborowym, z których ok. 200 to kierowcy ciężarówek. Jego zdaniem w ostatnim czasie wzrosła liczba mężczyzn poślubiających wielodzietne matki lub sprawujących opiekę nad osobami niepełnosprawnymi, co pozwala im na opuszczenie kraju. Dodał, że duży odsetek wyjeżdżających za granicę posiada orzeczenia o niezdolności do służby wojskowej. We wrześniu br. dziennikarze portalu NGL.media poinformowali o ponad 2 tys. mężczyzn, którzy wyjechali za granicę z zezwoleniami lwowskiej administracji obwodowej przeznaczonymi dla kierowców ciężarówek. Większość z nich nie powróciła do kraju.

osw.waw.pl

środa, 20 grudnia 2023


Marszałek Szymon Hołownia wygasił mandaty obu byłych ministrów, ale ci i tak pojawili się w ławach Prawa i Sprawiedliwości i brali udział w głosowaniach. Mariusz Kamiński wykonał w stronę sejmowej większości gest Kozakiewicza, który oznacza, mówiąc bardzo delikatnie, "nic mi nie zrobicie". Ale to wyłącznie dobra mina do złej gry. Przepisy wprowadzone przez PiS są dość jasne: mandaty wygasić należało i byli ministrowie nie są już posłami. Oliwy do ognia dolały jeszcze krążące gdzieś w kuluarach informacje, że nowa większość "znalazła sposób na Glapę" i że niebawem "wezmą się za niego". Nikt nie wie, ile w tych plotkach jest prawdy, ale wszyscy nagle zaczęli się bać.

Wśród polityków PiS, z którymi rozmawiamy, powszechna jest autentyczna wiara w to, że Telewizji Polskiej trzeba bronić jak niepodległości. Kiedy zagłębić się w powody tej wiary, odcedzić propagandę, w którą politycy PiS najwyraźniej sami uwierzyli, odrzucić zdziwienie tym, że tym razem Tusk nie żartował i że rozliczenia będą, a jak trzeba będzie, to Tusk włączy turbo dopalacz, okazuje się, że u podłoża tej wiary leży zwykły strach przed zniknięciem z politycznej sceny. Nie chodzi tu nawet o polityków przy Wiejskiej, którzy teraz tak tłumnie dyżurują w holu i na korytarzach Woronicza. Chodzi o polityków w regionach, dla których redakcje lokalne TVP3 były narzędziem kampanii, wewnątrzpartyjnych rozgrywek i politycznego lansu.

— W TVP Info wszyscy i tak nigdy by się nie zmieścili. Dlatego wielu kolegów wybierało programy u siebie w regionach — tłumaczą politycy prawicy, a ich polityczni konkurenci opowiadają sobie anegdoty o tym, jak pani poseł z PiS zabraniała lokalnej ekipie TVP obsługiwać wydarzenia z udziałem "spadochroniarza z Warszawy".

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nagle zdali sobie sprawę, że bez machiny TVP zostają po prostu na lodzie. Przed nimi dwie kampanie. Ta do samorządu to zawsze największy indywidualny wysiłek dla polityków, bo konkurencja jest tutaj największa i dobrze mieć "swoje", a przynajmniej zaprzyjaźnione media lokalne.

Polska Press pod skrzydłami Orlenu nie zamieniła się w prężne regionalne, opiniotwórcze gazety. Wręcz przeciwnie. Przez całą kampanię wyborczą na okładkach "Gazety Olsztyńskiej", "Krakowskiej" czy "Głosu Wielkopolskiego", można było zobaczyć ustawki z konkretnymi politykami PiS, na których stawiała redakcja. Ale za chwilę te ustawki też odejdą do przeszłości, bo zapewne nie później niż w lutym zmieni się prezes Orlenu, a to oznacza natychmiastową zmianę linii programowej Polska Press. W Polskim Radiu też zmiany i nagle np. w Radio Zachód na antenę nie zostają wpuszczeni prowadzący sprzyjający PiS.

Nagle bez ostrzeżenia politycy PiS tracą wszystkie swoje medialne przyczółki. I o ile jeszcze pierwszy i drugi rząd jakoś sobie poradzą, bo za chwilę zaczną bywać w nowej TVP, przeproszą się z TVN 24 i będą zabiegać o wizyty w Polsacie, to dalsze rzędy są w bardzo kłopotliwej sytuacji. Nagle do wielu dopiero dotarły i bardzo prawdziwe stały się słowa Marcina Wolskiego z wieczoru wyborczego w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, że bez telewizji "nas nie ma".

Nerwy wynikają także z tego, że już przed "bitwą o TVP" było gorąco, a retoryka między największymi partiami się zaostrzała. Teraz porównania do generała Jaruzelskiego, stanu wojennego, a nawet Hitlera padają co kilka minut. W tej atmosferze prowadzenie pozytywnej kampanii wyborczej, która zacznie się już niebawem, może być po prostu niemożliwe. Wielokrotnie w ciągu ostatnich tygodni słyszeliśmy od polityków PiS, że nie wiedzą, jaka właściwie jest strategia partii. Z jednej strony wydawało się, że przed wyborami było za ostro i zbyt monotematycznie, a z drugiej strony kurs wciąż się zaostrza.

— Idziemy dokładnie tym samym torem, co przed wyborami do Sejmu, tylko jeszcze ostrzej. A w mniejszych miasteczkach często współpraca z resztą sceny politycznej układa się znacznie lepiej niż w Warszawie. Tylko jak tu coś układać, skoro wszyscy są zdrajcami, faszystami i siepaczami Łukaszenki... — mówi nasz rozmówca.

onet.pl

wtorek, 19 grudnia 2023


Jeśli chcemy zrozumieć ostatnie niezrównoważone zachowania Muska, powinniśmy zrozumieć powody, którymi kierował się w przeszłości. Przenieśmy się więc z powrotem do jazdy bez trzymanki, która miała miejsce w 2018 r. Musk postawił przyszłość Tesli na Modelu 3. Przy planowanej cenie początkowej wynoszącej 30 tys. dol. samochód miał sprawić, że pojazdy elektryczne będą dostępne dla kierowców, którzy nie mogli sobie pozwolić na wysokie ceny. Inwestorzy Tesli stali się jednak coraz bardziej zaniepokojeni, gdy model utknął w czymś, co Musk określił mianem "piekła produkcyjnego".

Na Musku wyraźnie ciążyła presja, by wypuścić Model 3, a on nie był w tej kwestii subtelny. Podczas rozmowy dotyczącej zysków Tesli za pierwszy kwartał, uciął podstawowe pytanie finansowe jednego z analityków, mówiąc, że "nudne, głupie pytania nie są fajne". Był tak sfrustrowany, że całkowicie porzucił analityków i zaczął odpowiadać na pytania fanów zamieszczane na YouTube. Ostatecznie błagał nawet sceptycznych inwestorów Tesli, aby sprzedali akcje. Kiedy Musk jest najbardziej żądny gotówki, ma skłonność do gryzienia ręki, która go karmi.

W tym czasie Musk stał się również bardziej aktywny na Twitterze, często z różnymi efektami. Kiedy zawodowy nurek skarżył się, że Musk odwraca uwagę od wysiłków na rzecz ratowania dziecięcej drużyny piłkarskiej, która została uwięziona w jaskini w Tajlandii, Musk nazwał nurka "pedofilem" i nękał go na Twitterze. Korzystał z platformy, by narzekać na media, atakować inwestorów obstawiających akcje Tesli, a nawet tweetował, że wykupi akcje Tesli po cenie 420 dol. za akcję, chociaż nie było takiej umowy. Tesla była, jak później przyznał Musk, "bliska śmierci", a letnie "piekło produkcyjne" miało wkrótce zamienić się w jesienne "piekło logistyczne".

Zbawieniem dla Tesli okazała się Komunistyczna Partia Chin. W 2019 r., gdy z Tesli uciekało kierownictwo, a firma nadal traciła gotówkę, Musk zawarł umowę na budowę fabryki w Szanghaju. Gigafabryka w Szanghaju została otwarta po zaledwie 168 dniach roboczych od uzyskania pozwolenia. Sceptyczni obserwatorzy, w tym ja, byli zaskoczeni. To, czego nie doceniliśmy, to oszałamiająca motywacja KPCh, która agresywnie dąży do osiągnięcia wyznaczonego celu. Kiedy partia powiedziała, że Tesla może zbudować fabrykę, oznaczało to, że ma to się stać natychmiast.

Musk przyznał, że bez Chin Tesla nie stałaby się "prawdziwą firmą samochodową". Uniknął zagłady, zaczął się uspokajać i skupiać na innych projektach, takich jak Starlink. Jasne, nadal szalał na Twitterze, ale przynajmniej nie wydzierał się na łamach "Rolling Stone" o tym, jak bardzo potrzebuje dziewczyny, by być szczęśliwym. Wreszcie wydawało się, że wszechświat Muska znalazł jakąś szaloną równowagę.

Zasadniczo, po przetrwaniu sytuacji, w której człowiek jest bliski upadku, można wyciągnąć dwa różne wnioski. Może nauczyć się większej ostrożności lub stwierdzić, że jest niezniszczalny i kusić los. Chyba nie muszę wam mówić, którą ścieżkę wybrał Musk.

Możecie mówić o nim, co chcecie, ale Elon Musk ma ambicje. Na początku 2022 r., znajdując się na szczycie, Musk zdecydował, że jest w stanie samodzielnie "naprawić" całą koncepcję wolności słowa. A biorąc pod uwagę, że jest całkowicie uzależniony od uwielbienia, jakie otrzymuje na Twitterze, pomyślał, że właśnie tam zacznie.

Wszyscy znamy tę historię. Na początku 2022 r. Musk zaczął budować udziały w Twitterze, a następnie zaoferował jego całkowite wykupienie. Zaproponował tak absurdalnie wysoką cenę, że zarząd nie mógł odmówić. Konsorcjum banków, na czele z Morgan Stanley, pożyczyło mu dużą część pieniędzy. I wreszcie, po próbie, a następnie niepowodzeniu w odstąpieniu od umowy, kupił Twittera. Niedługo po sfinalizowaniu transakcji Musk wyczerpał wszystkie pomysły na ożywienie platformy i musiał radzić sobie z wściekłymi byłymi pracownikami, sceptycznymi reklamodawcami, okropną nową nazwą i ogromnym długiem wobec Wall Street.

Obecnie niektórzy analitycy, tacy jak Vicki Bryan, CEO firmy badawczej Bond Angle, podejrzewają, że Twitter wydaje znacznie więcej, niż jest w stanie zarobić lub pożyczyć.

"Biorąc pod uwagę, że firma nadal spala gotówkę i od 1 mld 300 mln do 1 mld 500 mln dol. rocznych odsetek należnych w ciągu ostatniego roku, spodziewam się, że Twitter będzie żył na pożyczonym czasie" — napisała Bryan w nocie do klientów. Powiedziała, że nawet jeśli Twitter skorzystał z pożyczek dostępnych na początku roku, firma może już prawie nie mieć żadnych innych opcji. "Rok się skończył, więc gotówka Twittera może być prawie — jeśli nie już — całkowicie wyczerpana, podobnie jak możliwości, jakie ma Elon Musk" — napisała Bryan.

Ze względu na sposób, w jaki działa Musk, kłopoty firmy stanowią zagrożenie dla całego jego imperium biznesowego. Pomimo bycia drugą najbogatszą osobą na świecie, Musk posiada zaskakująco mało gotówki. Nie pobiera pensji od Tesli i chociaż posiada ok. 20 proc. udziałów, dokumenty publiczne złożone w marcu pokazują, że ok. 63 proc. tych udziałów jest "zastawionych jako zabezpieczenie niektórych osobistych długów". No wiecie, chodzi np. o prywatne odrzutowce.

Z tego powodu ciągłe wykorzystywanie akcji Tesli do pozyskiwania gotówki staje się kłopotliwe. Jeśli akcje Tesli spadną poniżej pewnego poziomu, banki mogą wezwać do spłaty tych osobistych pożyczek, stawiając Muska na celowniku. A najszybszym sposobem, aby akcje Tesli spadły z klifu, jest to, że inwestorzy dowiedzą się o dużej sprzedaży Muska. A najłatwiejszym sposobem na wypełnienie dziury w bilansie Twittera jest niestety sprzedaż akcji Tesli. Rozumiecie, dlaczego może to stanowić problem.

Czasami, gdy jest mu naprawdę ciężko, Musk pożycza pieniądze od SpaceX, prywatnej firmy, która straciła łącznie 1 mld 500 mln dol. w 2021 i 2022 r. Pożyczył od tej firmy 1 mld dol., gdy kupił Twittera. Spłacił pożyczkę w ciągu miesiąca, ale musiał sprzedać akcje Tesli o wartości 4 mld dol. Wykorzystując swoje bogactwo i władzę, Musk ukształtował sobie odrębną rzeczywistość, w której nie ma żadnych realnych konsekwencji podejmowanego przez niego ryzyka, ale utrzymanie Twittera, to znaczy X, z dnia na dzień coraz bardziej przekracza wszelkie granice.

Wszystkie te działania pochłaniające pieniądze, począwszy od umowy z Twitterem aż do chwili obecnej, nie mogły skumulować się w gorszym momencie. Przez dziesięciolecia Musk prowadził działalność w warunkach stabilnej gospodarki, w której stopy procentowe były bliskie zeru. Musk kupił Twittera w momencie, gdy banki centralne na całym świecie zaczęły podnosić stopy procentowe w celu walki z inflacją. Oznacza to, że koszt obsługi jego długu staje się coraz wyższy, a to utrudnia mu uzyskanie nowych pożyczek. Jest to zmiana tak dramatyczna, że może stworzyć dziurę we wszechświecie, przez którą rzeczywistość Muska wpadnie do naszej.

Niewiele pomagają mu też perspektywy biznesowe Tesli. Udział firmy w rynku pojazdów elektrycznych spadł wraz z pojawieniem się konkurentów. Nowi gracze skłonili Muska do obniżenia cen samochodów na początku 2023 r. W rezultacie spadła rentowność Tesli. Firma planuje rozszerzyć swoje możliwości produkcyjne, ale nie planuje odświeżenia swojej starzejącej się floty pojazdów. Chyba że uwierzymy w sukces Cybertucka, choć większość tego nie robi. W zeszłym miesiącu Tesla zorganizowała imprezę z okazji dostawy dziesięciu Cybertrucków. Dziesięciu. Najtańszy model, wyceniony na 60 tys. dol., będzie dostępny dopiero w 2025 r. Bryan powiedziała mi, że spodziewa się, że Musk będzie nadal wyprowadzał pieniądze z Tesli, ale pytanie brzmi: ile dokładnie będzie pieniędzy do wyprowadzenia? I jak długo będzie musiał to robić?

— Czekamy tylko, aż Elon da za wygraną — powiedziała Bryan. Jej zdaniem, bazującym na ponad 30-letnim doświadczeniu w inwestowaniu w zagrożone aktywa, jakikolwiek kapitał własny w firmie został już roztrwoniony przez wybryki Muska. Jeśli chodzi o dług, banki nie były w stanie pozbyć się go za 85 centów za dolara, a ona uważa, że będą miały szczęście, jeśli dostaną 40 centów. Według wszystkich źródeł Twitter ma problem kredytowy, a Bryan twierdzi, że wymaga to standardowego rozwiązania restrukturyzacyjnego: bankructwa. Kiedy Musk zmęczy się pożyczaniem od jednej osoby, aby spłacić pieniądze pożyczone od kogoś innego, nie będzie w stanie spłacić pożyczek zaciągniętych na Twittera. Wówczas konsorcjum banków, które jest właścicielem długu, może przyspieszyć spłatę. Standardowe umowy kredytowe zawierają klauzule, które pozwalają pożyczkodawcom zmusić pożyczkobiorcę do spłaty całej niespłaconej pożyczki, jeśli nie zostaną spełnione określone wymagania (takie jak płatności). Po przekroczeniu tego progu Twitter może ogłosić bankructwo.

— Istnieją pieniądze, które podpalono i które nigdy nie wrócą — powiedziała Bryan. — W przypadku Twittera prowadzimy działania ratunkowe. W przypadku restrukturyzacji, gdyby nie było Elona, ludzie mogliby się tym zająć. Mogliby stwierdzić, że Elon nie zrobił niczego, czego nie dałoby się odwrócić i zaoferować natychmiastową pomoc — dodała.

Czy to wystarczy, aby uratować Twitter/X? Być może nie, ale to jedyna i zarazem największa nadzieja firmy.

Wall Street powinno się wstydzić. Według raportów banki posiadające dług Twittera spodziewają się już 2 mld dol. straty, gdy w końcu uda im się go sprzedać. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Od samego początku twierdziłam, że w tym twitterowym interesie nie było ani pieniędzy, ani żadnych reguł. Musk zawsze zamierzał przekształcić Twittera w odbicie swojego wąskiego punktu widzenia, jego "Ziemi", jak to ujął podczas swojej maniakalnej paplaniny w Dealbook, a nie w miejsce dla przeciętnego użytkownika. Nigdy nie oczekiwałam, że jego wielbiciele to zrozumieją, ale oczekiwałam, że pojmą to bankierzy, którzy powinni rozumieć, kto i za co płaci w branży medialnej. Ostatecznie istnieje realna szansa, że inwestorzy z Wall Street staną się właścicielami chaotycznego bałaganu, jakim stał się Twitter/X. Jednym z niewielu dobrodziejstw płynących z tego fiaska jest to, że kiedy to się stanie, przynajmniej będą wiedzieć, czego nie powinni robić.

businessinsider.com.pl

poniedziałek, 18 grudnia 2023


Grzegorz Sroczyński: "Jeśli Putin zdobędzie Ukrainę, nie zatrzyma się na niej i zaatakuje jakieś państwo NATO" - mówi prezydent Joe Biden. "Musimy się przygotować na bardzo złe wiadomości" – mówi sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Z kolei Donald Trump - który prowadzi w sondażach - zapowiada, że dogada się z Putinem, by "Rosja coś przejęła" i przerwie "niekończący się strumień środków dla Ukrainy". Co my właściwie tu w Polsce mamy robić z tak ponurymi komunikatami?

Robert Kuraszkiewicz: Nie możemy panikować. To nie jest bardzo ważne dla przebiegu wojny, czy wygra Trump. 

Jak to nie jest? On grozi, że się na to wszystko wypnie.

Jeśli w ogóle wygra, to za rok. A dla wojny najważniejsze, czy USA i Unia Europejska teraz w ciągu najbliższych paru tygodni przegłosują kolejne miliardowe pakiety wsparcia dla Ukrainy. Stawiam straszną tezę, że Putin może tę wojnę wygrać tylko w 2024 roku. Później wyczerpią się elementy rosyjskiej przewagi finansowo-gospodarczej. Teraz Putin ma wrażenie, że odzyskał kontrolę nad wojną.

Ma wrażenie, czy odzyskał?

Z wierzchu jest nieźle, ale potencjał Rosji się wyczerpuje.

Już to słyszałem cały rok od poważnych zachodnich publicystów. A potem okazuje się, że PKB Rosji mimo sankcji urósł, tak samo dochody z ropy.

Okej. Putinowi rzeczywiście udało się wykorzystać dziury w sankcjach, a gospodarka Rosji przestawiona na tory wojenne sprawia wrażenie, jakby się odbiła. Nawet pensje tam rosną, pieniądze płyną do zaniedbanych regionów, gdzie ruszyła produkcja wojenna. Ale to się będzie wyczerpywać, bo Putin nie ma zapasów. Naprawdę to teraz decydują się losy wojny i przyszłość Europy. Bez tej decyzji finansowej - gdyby Zachód uchwalił jedynie jakąś pomoc humanitarną i jakieś drobnostki w uzbrojeniu - mniej więcej w marcu 2024 roku nastąpi implozja państwa ukraińskiego. Ukraina jest obecnie utrzymywana z pieniędzy Zachodu i nie ma zdolności prowadzenia wojny, jeśli jej budżet nie będzie nadal finansowany przez nas. Koniec kropka. Jeśli finansowanie się skończy, Ukraina nie ma szans wytrzymać na froncie.

Skoro wszyscy wiedzą, że bez pomocy Ukraina szybko padnie, to jak to możliwe, że trwają tak idiotyczne targi wokół kolejnych pakietów? W USA o nowe pieniądze dla Ukrainy kłótnia w Kongresie trwa od tygodni i końca nie widać. Zełenski błaga, a Biden rozkłada ręce.

To kolejny dowód na to, że Ukraina i los Europy nie są traktowane jako pierwszorzędna sprawa dla USA. Bo gdyby tak było, nie mielibyśmy tego rodzaju wahań i pomoc dla Ukrainy nie byłaby elementem partyjnej gry. Co republikanie chcą wytargować od Bidena w zamian za zgodę na 60 mld dolarów dla Kijowa? Zaostrzenie polityki migracyjnej i rozbudowę muru na granicy z Meksykiem. Gdyby Ukraina rzeczywiście była priorytetem, nie byłoby takich targów. To oczywiście nie oznacza, że los Europy jest błahy dla USA, chodzi mi raczej o to, że na mapie amerykańskich priorytetów globalnych stanowimy ważne miejsce, ale już nie krytyczne. I z tego należy w Polsce wyciągnąć wnioski.

Wnioski jakie?

Dbajmy o sojusz z Ameryką, ale musimy zrozumieć, że najważniejsze dla Polski są kwestie europejskie. Bo niezależnie od stanu relacji polsko-amerykańskich, albo się uzbroimy i wzmocnimy jako Europa, albo tego parasola amerykańskiego i tak nie wystarczy w przyszłości.

Bo Trump go zwinie?

Nie. Trump jedynie kanalizuje wszystkie nasz lęki, łatwo mówić: "O rety, znów przyjdzie Trump". A tymczasem jakaś forma wycofania się Ameryki z Europy i tak będzie - z Trumpem czy bez niego. Ameryka i tak zwróci oczy gdzie indziej. Obecne konflikty w Kongresie właśnie to pokazują.

Czyli co dokładnie z tego dla nas wynika?

Że klucz do realizacji polskich interesów narodowych leży teraz w Unii Europejskiej, a nie w Stanach. Polska przez kilkaset lat - myślę o Pierwszej Rzeczpospolitej - była ryglem przeciwko ekspansji rosyjskiej na kontynencie. Potem nasze państwo upadło, rygiel zniknął i Rosja szła dalej na Zachód. Krajom Europy Zachodniej warto to przypominać.

Że jesteśmy ryglem?

Byliśmy. Dzisiaj tego nie powtórzymy. Nawet gdyby pisowskie plany wielkiej armii zostały zrealizowane, to i tak ta armia nie będzie miała zdolności obrony Europy przed Rosją. Do ochrony przed Rosją służą struktury europejskie - lepsze czy gorsze - ale nic innego nie ma. W Europie nastąpił przełom polegający na tym, że główne państwa Zachodu, takie jak Niemcy i Francja, zdają już sobie sprawę, że jeśli Rosji się nie powstrzyma, to ona zawsze będzie destabilizowała Europę. Całą Europę, nie tylko jej wschód. Będzie niszczyła europejską gospodarkę i konkurencyjność europejskich towarów. Mówiąc brutalnie: jeśli Ukraina przegra i stanie się państwem upadłym tuż przy granicach Unii, to destabilizacja będzie nieustanna i będzie generować koszty, a niemieckie towary przestaną być konkurencyjne na świecie. W polskim interesie leży wspieranie właśnie takiej argumentacji: nie chodzi tylko o Ukrainę, nie chodzi tylko o polskie bezpieczeństwo, bezpieczeństwo państw nadbałtyckich, chodzi o całą Europę, bo jeśli nie zbudujemy stabilnej granicy na wschodzie i stabilnej Ukrainy, to projekt europejski nieustannie będzie podlegał erozji przez Rosję, a gospodarka całego kontynentu będzie się nieustannie osuwać.

(...)

A wariant negatywny na 2024 rok jest jaki? Nie udaje się uzyskać zgody na nowy pakiet pomocy w USA, tak samo w Europie, bo Węgrzy blokują, Kijów nie dostaje wsparcia, w marcu czy w połowie roku następuje implozja Ukrainy, Rosjanie przełamują linie na froncie i co? Idą dalej z buta do Polski? Do państw bałtyckich?

Spokojnie. Nie idą. W perspektywie krótkiej - kilku lat - taki wariant uważam za nieprawdopodobny. Nie mają siły. W tym fatalnym wariancie rozwoju wypadków można zakładać, że Rosjanie zajmą większą część Ukrainy, a reszta stanie się państwem upadłym i celowo niestabilnym. Będziemy musieli też przyjąć wiele milionów imigrantów. Rosjanie wiedzą, że nie mają zdolności okupowania całej Ukrainy, zajmą tereny na wschód od Dniepru, a reszta państwa ukraińskiego stanie się nieprzewidywalnym kadłubkiem.

Gdzie szaleją watażkowie, którzy co chwilę będą wymyślać jakieś prowokacje, przekraczać granicę Polski, strzelać w jakimś miasteczku i wracać do siebie. A Putin będzie mówił: ojej, to nie ja. 

Mniej więcej.

Gdyby jednak miało dojść do wojny Rosji z NATO to kiedy?

Nie wiem. Gdybym teraz coś powiedział, to byłaby bardziej wróżba niż prognoza. Odpowiem inaczej: nie znoszę przedstawiania Putina jako szaleńca w bunkrze. To jest ktoś, z kim się w niczym nie zgadzam, zbrodniarz wojenny, ale jednocześnie to człowiek, który myśli na chłodno. Gdyby Ukraina padła w przyszłym roku, to późniejszy rozwój wypadków będzie funkcją bieżącej sytuacji, a nie gotowego już teraz planu. Putin myśli o sobie w kategoriach cara, który chce odbudować imperium rosyjskie jako równorzędne państwo w koncercie mocarstw. I tak będzie grał, jak mu sytuacja pozwoli. Jeśli wojska rosyjskie odsapną, odbudują siłę, a jednocześnie pojawi się jakaś wyraźna dezorganizacja w NATO czy w Unii Europejskiej, to być może Kreml podejmie ryzyko akcji na przykład w Estonii - tam przecież jest dużo "pokrzywdzonych Rosjan", których można bronić. Ale nie uważam, żeby to był scenariusz podstawowy.

Dlaczego?

Bo to nie jest tak, że Europa nic nie robi. My oczywiście strasznie tu na wszystko narzekamy, media Zachodu nieustannie są krytyczne, ale dzieje się sporo. Będziemy to oceniać za kilka lat, na ile się zrealizują programy zbrojeniowe, które są wdrażane. Media komentują, że za wolno, za mało, ale procesy inwestycyjne w Unii zostały uruchomione, a zbrojeniówka działa tak, że kilka lat trzeba, żeby się rozruszała. Więc nie jest prawdą, że czekamy z założonymi rękami, chociaż takie pisanie jest teraz modne w publicystyce.

Czyli kiedy major Fiszer z "Polityki" twierdzi, że Rosjanie po zdobyciu Ukrainy natychmiast pójdą dalej i zatrzymają się dopiero na linii Wisły, to przesadza?

Nie zakładam takiego scenariusza.

Ale jeśli wybory w USA wygra Trump, to leżymy?

Zostawmy już tego Trumpa, bo on stał się istnym chochołem. Na pewno leżymy, jeśli w ciągu paru tygodni nie zostanie podjęta decyzja o finansowym wsparciu Ukrainy. To by radykalnie ograniczyło zdolność Kijowa do prowadzenia wojny. Jeśli nawet w listopadzie 2024 wygra Trump, to zanim obejmie urząd, będzie styczeń 2025.

A najważniejszy dla Ukrainy i tak jest 2024 rok?

Tak. Jeśli będzie wsparcie, to oni ustoją, a Rosja zacznie słabnąć. I stanie się to, zanim ewentualnie Trump zdąży namieszać. Natomiast nawet jeśli Biden wygra drugą kadencję, to Europa i tam musi wymyśleć mechanizm zwalczania Rosji bardziej samodzielnie. 

Bez Ameryki?

Nie bez Ameryki! To nie są zero-jedynkowe schematy. Przy innej obecności Ameryki, mniejszej. To nie jest tak, że Amerykanie zabiorą zabawki i znikną, ale po prostu będą mniej się angażować.

Trump mówi, że właśnie zabierze zabawki.

Dużo rzeczy mówi, a potem nie robi. Powtórzę: Europa tak czy inaczej przestaje być krytycznym miejscem dla interesów amerykańskich niezależnie od tego, kto wygra wybory prezydenckie. To oczywiście może falować, Amerykanie mogą tu być mniej lub bardziej zaangażowani, ale jest różnica między ważnym miejscem a krytyczny miejscem. Bliski Wschód w latach 90. był przez Stany traktowany jako region krytyczny dla bezpieczeństwa, a dzisiaj Bliski Wschód jest dla Amerykanów ważnym elementem gospodarki światowej. I dlatego są tam obecni. Co się zmieniło? Ameryka stała się w pełni niezależna energetycznie. Odkryli łupki, mają z tych łupków gaz, w październiku tego roku osiągnęli historyczny rekord produkcji 14 mln baryłek dziennie ropy naftowej. Żaden kraj na świecie tyle nigdy nie produkował, ani Rosja, ani Arabia Saudyjska do takich liczb się nie zbliżyły. Bliski Wschód z całą tą swoją ropą już nie jest miejscem krytycznym dla USA. I Europa też już nie jest.

Przecież wszyscy żeście pisali - zajmujący się polityką międzynarodową i geopolityką - że Amerykanie patrzą na wojnę w Ukrainie jak na zastępcze starcie z Chinami. I dlatego jest to dla nich takie ważne.

Owszem. Amerykanie tak na to patrzyli, ale w jakimś sensie efekt osłabienia Rosji i sygnału dla Chin już osiągnęli. Rosja dzisiaj jest strategicznie dużo słabsza, coraz bardziej uzależniona od innych i to jest odczytywane we wszystkich stolicach świata. Kiedy Rosja proponuje krajom Azji Centralnej swoje warunki w sprawie gazociągów, to oni tego nie przyjmują, bo mają zaplecze chińskie i mogą Rosję lekceważyć. Nawet dla Iranu Rosja jest czymś innym niż jeszcze niedawno, stan relacji się zmienił, z Arabią Saudyjską podobnie, dzisiaj to Putin tam przyjeżdża dowiedzieć się, jak ma być, a nie odwrotnie, to nie on mówi, jak ma być. I to jest globalna nauczka dla innych.

Kraje agresywne dostały sygnał, że takie zachowanie jak Putina nie popłaca?

Na razie. Bo wiedzą, że korzystna sytuacja Rosji jest fałszywa, a na pewno chwilowa. Putin rzeczywiście ustał, nie padł, poradził sobie z sankcjami, ale jest zależny od całego szeregu okoliczności. Wystarczy, że jeden element układanki wypadnie mu z rąk.

Jaki na przykład element?

Na przykład Arabia Saudyjska przestanie walczyć o wysoką cenę ropy na światowych rynkach. Oni zawsze wpadali w taki cykl decyzji, że kiedy z powodu wysokich cen tracili rynek, to potem przesuwali wajchę i obniżali ceny. Dzisiaj ropa jest po 74 dolarów - mówię o ropie brent - i Saudowie tego pilnują, ale jeżeli gospodarka chińska nie ruszy z kopyta, nie zacznie zasysać więcej surowców, a nic nie wskazuje, żeby w Chinach miało nadejść wielkie odbicie gospodarki, jeśli jednocześnie nie będzie nowych kryzysów globalnych, które zagrożą rynkom surowcowym, to cena będzie miała tendencję obniżkową i Putin przestanie zarabiać.

No ale przecież właśnie trwa kryzys na Bliskim Wschodzie.

To zabrzmi niepięknie, ale kryzys na Bliskim Wschodzie wszyscy już zaakceptowali. Rozeznali się, że żaden wielki gracz się w to nie włączy, bo gdyby ktoś miał się włączyć, już by to nastąpiło. Plan Hamasu się nie udał. Wywołali spodziewaną reakcję Izraela, ale mimo obrazów ginących ludzi i ofiar cywilnych, świat arabski nie poszedł na wojnę, mocarstwa regionalne nic nie zrobiły. Na szczycie Ligii Arabskiej wydusili z siebie coś w stylu, że Żydów oczywiście dobrze byłoby zabić, no ale co my możemy zrobić. Więc cena ropy nie będzie szaleć i nabijać Rosji funduszy na wojnę.

Co kombinują Niemcy?

Chyba sami nie wiedzą. Nie wolno lekceważyć ani obśmiewać zmian, które w Niemczech zachodzą. PiS się w takim obśmiewaniu specjalizował, że ten cały ich "Zeitenwende", czyli "punkt zwrotny" zadeklarowany przez kanclerza Scholza i inwestycje w obronę przed Rosją, to totalny niewypał. Tak nie jest. Niemcy konsekwentnie idą w kierunku zbrojeń i chcą, żeby Ukraina zwyciężyła i była częścią Europy.

Już nie wrócą do współpracy z Rosją? Nie będzie już gadania, że biznes jak zwykle?

Nie. Strategiczna podstawa uzależnienia Niemiec od Rosji zniknęła na zawsze. Tego nie ma.

Bo gazu z Rosji nie ma?

Oczywiście. Z powodu ewolucji na rynkach gazu i rozwoju technologii LNG w 2025 roku pojawi się nadpodaż globalna gazu skroplonego, zostanie oddanych kilka wielkich inwestycji, więc ceny gazu wysyłanego statkami do Europy będą spadać. Również niemieckie elity przestawiły się mentalnie, więc dawny stan stosunków niemiecko-rosyjskich nie wróci. Z naszej polskiej perspektywy Niemcy przez dekady trzymały się fatalnie błędnego założenia, że współpraca z Rosją to czynnik pokoju i stabilizacji w Europie. To się zmieniło, Niemcy się z tym pożegnali, co prawda Angela Merkel na emeryturze głośno tego nie przyzna, ale chyba nawet ona przyjęła tę zmianę do wiadomości. Natomiast to nie znaczy, że w Niemczech wszystko gra. Oni mają wielki kłopot z budową nowego modelu gospodarczego po odcięciu od tanich rosyjskich surowców, nie bardzo wiedzą, jak wyjść z tej sytuacji, dyskutują o powrocie do energetyki atomowej, ale to wielki znak zapytania, jak oni wybrną z tych kłopotów i rozruszają swoją wielką gospodarkę. I nie ma tu drugiego dna, że oni coś kombinują, ukrywają przed resztą Europy. Po prostu sami nie wiedzą.

W "Nowej Konfederacji" napisał pan o Niemcach tak: "W kontekście wojny na Ukrainie Niemcy stosują swoją starą praktykę. Najpierw niechętnie robią to, co muszą, a następnie, jeśli jakiś proces uważają za nieunikniony, starają się go kształtować zgodnie z własnym interesem i zdefiniowanymi oczekiwaniami. Tak było w przypadku wprowadzenia euro czy – na mniejszą skalę – z KPO. Teraz Niemcy zauważyli, że wojna na Ukrainie może być elementem, który pozwoli im zbudować Unię bardziej zgodną z własnymi wyobrażeniami".

No tak. Bardziej zgodną z własnym wyobrażeniami, czyli bardziej scentralizowaną.

I co dalej? Polska prawica - nie tylko pisowska, ale też konserwatywna część PO - dokładnie tego się boi, że Niemcy przy okazji chapną jeszcze więcej władzy w Unii.

Owszem. I jako konserwatysta też nie podskakuję z radości. Tyle że okoliczności się radykalnie zmieniły. Projekt europejski jest obecnie podstawowym narzędziem, które może rozwiązać sytuację na Ukrainie korzystnie dla Polski. I nie będzie to żaden "Izrael europejski" w postaci sojuszu Ukraina-Ameryka, ani żaden sojusz polsko-ukraińsko-amerykański, jak się marzyło PiS-owi, to od początku było myślenie nierealne. Jedynym realnym modelem trwałego rozwiązania problemu ukraińskiego jest - powtórzę - wzmocniona Unia Europejska, a w związku z tym niezbędna jest jakaś konsolidacja polityki europejskiej, jakaś reforma i jakaś centralizacja. I, oczywiście, Niemcy razem z Francuzami to wykorzystują. Zacytuję jednego z doradców prezydenta Macrona: "My Francuzi zawsze myśleliśmy, że istnieje sprzeczność między rozszerzeniem Unii a pogłębieniem integracji. Ukraina pokazała, że można osiągnąć pogłębienie przez rozszerzenie".

(...)

Czyli główna pańska rada dla polskich elit byłaby taka, żebyśmy zrozumieli, że klucz do rozwiązania sytuacji w Ukrainie leży w Europie?

Tak. A nie w USA. Trump nam to tylko wyostrzył, ale w jakimś sensie można go traktować jako szansę: skoro za rok grozi nam powrót Trumpa, to tym bardziej wzmocnijmy Europę i tym bardziej rozmawiajmy z Niemcami, jak uprawnić struktury unijne.

Bo nie żyjemy w świecie sprzed 24 lutego 2022 roku, kiedy można było uprawiać konserwatywne myślenie - wspólne dla PO i PiS - że Unia ma być luźna, inaczej Niemcy nam na głowę wejdą?

Klucz naszego bezpieczeństwa leży w Europie, a nie w USA - o to mi cały czas chodzi. I najlepiej byłoby dla Polski, jeśli wykorzystamy tę paskudną sytuację do wzmocnienia naszej pozycji w Europie. Co nas wzmocni? Kooperacja z głównymi państwami. A jakie są te główne? Wiadomo. Dawniej można było mówić: Niemcom nie ufajmy, bo oni kolaborują z Putinem, budują Nord Stream, nie idźmy z nimi w różnych sprawach, bo nas zdradzają. I to była częściowo prawda. Ale teraz ta podstawa nieufności zniknęła. Nie ma już niemieckiej kolaboracji z Rosją. Można oczywiście nieustannie im to wypominać i pokazywać, jak bardzo mieliśmy rację - my, Polacy! - część naszej klasy politycznej uwielbia to robić, ale to nie ma wiele sensu i po jakimś czasie zaczyna tylko irytować resztę klubu. Siadając dziś do układania się z Niemcami nie siadamy już z krajem, który jest rozsadnikiem rosyjskich interesów w Europie, tylko z krajem, który przejrzał na oczy. Trzeba więc wciągnąć Niemcy w stabilizację Europy Środkowo-Wschodniej najsilniej jak się da. Oczywiście warto pamiętać, że Niemcy mają wpisany w swój sposób działania egoizm, czyli zbyt często uważają, że co dla nich dobre, jest też dobre dla wszystkich. I to nie zniknie.

(...)

Jest pan pesymistą czy optymistą?

Jeśli chodzi o przebieg wojny? Optymistą.

Za pięć lat gdzie będziemy?

Zakładam, że Rosja zostanie wypchnięta z Europy.

Wypchnięta z Ukrainy? Z całej?

Jeśli Ukraina potrafiłaby dojść do Morza Azowskiego, to Zachód i tak by wymuszał odpuszczenie Krymu czy Donbasu, to jest ten element dealu z Rosją, który Zachód byłby w stanie zaakceptować w każdej chwili. Amerykanie zakładali, że teraz - na jesieni i w zimie - będą już trwać rozmowy pokojowe, tylko problem, że Ukraińcy osiągnęli tak mało w swojej ofensywie, że plan upadł. Horyzont końca wojny obejmował koniec tego roku, miała być już nowa układanka polityczna.

I to byłoby fair? Oddać Krym i Donbas?

Byłoby to realne politycznie i byłoby sukcesem Ukrainy, bo dawałoby możliwość budowy samodzielnego państwa ukraińskiego zdolnego do rozwoju i wejścia do Unii, a potem do NATO.

gazeta.pl

niedziela, 17 grudnia 2023


Władimir Putin nie wykazuje żadnych oznak refleksji, co do skutków, jakie ponosi Rosja w wywołanej przez niego wojnie. Widać to było szczególnie w czasie prezydenckiej konferencji prądowej, która została zorganizowana 14 grudnia 2023 roku w Gostinym Dworie w Moskwie. Jest to okresowo organizowane spotkanie z dziennikarzami i „przypadkowymi” obywatelami będącymi na miejscu, jak również „spontanicznie” łączącymi się poprzez Internet. Pytania były zresztą zbierane przez dwa tygodnie i tak wybierane, by dać pretekst do propagandowej oceny sytuacji w Rosji i na świecie.
Putin w trybie „bez pytań” zaczął od wyjaśnień jak Federacja Rosyjska „kwitnie” w wyniku wojny. Potwierdził przede wszystkim, że w gospodarce istnieje w Rosji duży margines bezpieczeństwa, który nie tylko daje poczucie pewności, ale również pozwala iść naprzód. Taki margines zapewniają według niego:
  • duża konsolidacja społeczeństwa rosyjskiego;
  • stabilność systemu finansowego i gospodarczego kraju;
  • zwiększenie możliwości rosyjskiego komponentu bezpieczeństwa: armii i agencji bezpieczeństwa.
Putin był wyraźnie przygotowany na to pytanie, mając konkretne cyfry na potwierdzenie swojej opinii. Wskazał m.in. na:
  • wzrost produktu krajowego brutto, który do końca 2023 ma wynieść 3,5 procent (w 2022 roku było to 2,1 procent);
  • nadal dużą inflację (od 7,5 do 8%) z pocieszeniem, że „Bank Centralny i rząd podejmują niezbędne środki” (m.in. poprzez podniesienie głównej stopy procentowej);
  • wzrost produkcji przemysłowej w skali roku do 3,6%, a w przemyśle wytwórczym do 7,5%;
  • wzrost zysku przedsiębiorstw o 24%;
  • dochód rosyjskich banków wynoszący ponad 3 biliony rubli (ok. 33 miliardy USD);
  • wzrost płac realnych o 8% i planowany wzrost płacy minimalnej o 18%;
  • spadek bezrobocia do 2,9%;
  • spadek długu publicznego z 46 do 32 miliardów dolarów;
  • zmniejszenie prywatnego zadłużenia zagranicznego z 337 miliardów dolarów do 297 miliardów dolarów (co według Putina oznacza, że spłata długów „przebiega rytmicznie, często nawet przed terminem”);
  • wzrost średniego wieku życia Rosjan, który w 2021 roku wynosił 70,06 lat, w 2022 roku – 72,73 lat a w 2023 ma wynieść 74 lata. 
defence24.pl

piątek, 15 grudnia 2023


Kreml w dalszym ciągu forsował operację informacyjną, zgodnie z którą Ukraina nie miałaby innego wyboru, jak tylko poddać się maksymalistycznym żądaniom Rosji, gdyby Zachód zaprzestał dostarczania Ukrainie pomocy wojskowej, i ożywił narrację o „czerwonej linii”, którą rutynowo promował bezpośrednio przed rozpoczęciem działań inwazji na pełną skalę. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził 13 grudnia, że ​​sytuacja militarna i polityczna staje się dla Ukrainy coraz bardziej niekorzystna i że „reżim kijowski naprawdę dobrze wie”, co musi zrobić, aby rozwiązać tę sytuację. Pieskow dodał, że ukraińscy urzędnicy również doskonale wiedzą, gdzie Ukraina „przekroczyła czerwone linie”. Wyraźne użycie przez Pieskowa ram „czerwonych linii” jest bezpośrednim nawiązaniem do retoryki ultimatum stosowanej na przełomie 2021 i 2022 r., którą Kreml próbował zmusić Zachód do poświęcenia suwerenności Ukrainy i stworzenia warunków dla rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę. Oświadczenie Pieskowa prawdopodobnie ma na celu obwinienie Ukrainy za to, że nie negocjowała na ekstremistycznych warunkach Rosji, aby zdecydowanie sprzymierzyć się z Rosją i pozbawić się suwerennego prawa do swobodnego wyboru własnych sojuszy i partnerstw – co jest głównym żądaniem, które Kreml forsował w swoich ultimatum pod koniec 2021 roku. ISW oceniła 13 grudnia, że ​​Kreml zaczął w coraz większym stopniu forsować operacje informacyjne dotyczące granic i terytoriów Ukrainy, aby nakłonić społeczność międzynarodową do porzucenia kluczowych elementów suwerenności Ukrainy: jej integralności terytorialnej określonej w 1991 r. oraz prawa do tworzenia sojuszy i partnerstw międzynarodowych jego wybór.

Kreml forsuje dodatkowo operację informacyjną, której celem jest przekształcenie spersonalizowanych ataków na prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i obecnych ukraińskich przywódców w uogólnione ataki na którykolwiek prozachodni rząd Ukrainy. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa sugerowała 12 grudnia, że ​​zastąpienie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przez Zachód – co jest w całości rosyjską operacją informacyjną – ostatecznie nie „zmieni sytuacji w konflikcie ukraińskim”, ponieważ ukraińscy urzędnicy są nie są postaciami „niezależnymi” i są zachodnimi „marionetkami”. Narracja, że ​​Ukraina jest zachodnim „państwem marionetkowym”, jest dla Kremla standardem, ale ewoluująca narracja, która rozpoczęła się od dziwacznych rosyjskich twierdzeń, że Zachód przygotowywał się do zastąpienia Zełenskiego, stwarza teraz Rosji warunki do odrzucenia legitymacji każdego ukraińskiego rządu, który nie jest prorosyjski. Propaganda Kremla często fałszywie przedstawiała Zełenskiego jako obecnego inicjatora rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę, a nowa kampania informacyjna będzie wspierać wysiłki Kremla na rzecz domagania się jego prawa do określenia, który ukraiński rząd jest akceptowalnym partnerem do negocjacji. 

understandingwar.org

środa, 13 grudnia 2023


Według doniesień społeczność wywiadowcza Stanów Zjednoczonych 12 grudnia podzieliła się z Kongresem odtajnioną oceną wywiadu, w której wywiad amerykański ocenił, że rosyjskie operacje ofensywne na wschodniej Ukrainie mają na celu osłabienie zachodniego wsparcia dla Ukrainy, ale przyniosły jedynie ciężkie straty rosyjskie i brak znaczących operacyjnie zysków na rosyjskim polu bitwy. (...) Rzeczniczka Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA Andrienne Watson stwierdziła, że ​​od rozpoczęcia operacji ofensywnych w październiku 2023 r. siły rosyjskie poniosły ponad 13.000 ofiar i straciły 220 wozów bojowych wzdłuż osi Awdijiwka-Nowopawliwka (kierunek Awdijewka przez zachodni obwód doniecki). Dodala ponadto, że Rosja zdaje się wierzyć, że militarny „impas” w okresie zimowym osłabi poparcie Zachodu dla Ukrainy i da siłom rosyjskim przewagę pomimo wysokich strat rosyjskich i utrzymujących się w Rosji niedoborów wyszkolonego personelu, amunicji i sprzętu. ISW oceniło, że siły rosyjskie próbują odzyskać inicjatywę na poziomie teatru działań na Ukrainie co najmniej od połowy listopada 2023 roku i obecnie prawdopodobnie zaangażowały się w operacje ofensywne na wielu sektorach frontu w okresie najtrudniejszych warunków pogodowych sezonu jesienno-zimowego, starając się przejąć i utrzymać inicjatywę.

Siły rosyjskie mogą prowadzić kosztowne operacje ofensywne w czasie niesprzyjającym manewrom naziemnym, aby zgrać potencjalną zmianę inicjatywy na polu bitwy z toczącymi się na Zachodzie rozmowami na temat dalszego wsparcia dla Ukrainy. Siły rosyjskie rozpoczęły 10 października szeroko zakrojoną ofensywę w celu zajęcia Awdijiwki, a następnie zintensyfikowały lokalne operacje ofensywne w innych częściach wschodniej Ukrainy, podczas gdy siły ukraińskie zaczęły z własnej woli ograniczać operacje kontrofensywne. Rosyjskie dowództwo wojskowe nie zdecydowało się czekać z przygotowaniami do działań ofensywnych później tej zimy lub wiosną 2024 roku ze względu na zmniejszenie tempa ukraińskich kontrofensyw, jak to miało miejsce między udanymi ukraińskimi kontrofensywami latem i jesienią 2022 roku a nieudaną rosyjską ofensywą na zimę-wiosnę 2023 r. Decyzja rosyjskiego dowództwa wojskowego o rozpoczęciu działań ofensywnych jesienią 2023 roku mogła być oportunistyczną reakcją na dostrzegalne osłabienie poparcia Zachodu dla Ukrainy. Nasilenie zachodnich dyskusji na temat kontynuacji pomocy wojskowej dla Ukrainy po stosunkowo udanych rosyjskich operacjach obronnych w obwodzie zaporoskim było przewidywalne i mogło zostać uwzględnione w obliczeniach rosyjskiego dowództwa. Kreml organizuje od dawna operacje informacyjne mające na celu odstraszenie zachodniej pomocy bezpieczeństwa dla Ukrainy, a rosyjskie dowództwo mogło stwierdzić, że te operacje informacyjne przynoszą coraz większe korzyści i że rosyjskie wysiłki wojskowe mające na celu przejęcie inicjatywy mogą wywołać dalsze zachodnie debaty na temat pomocy dla Ukrainy.

Siły rosyjskie rutynowo przeprowadzały operacje wojskowe na Ukrainie, których celem było kształtowanie zachowań Zachodu, zamiast osiągania celów operacyjnych na polu bitwy, a ocena wywiadu USA, że trwające rosyjskie operacje ofensywne nie mają bezpośredniego celu operacyjnego i wojskowego, jest całkowicie wiarygodna. Siły rosyjskie nie przejęły jeszcze inicjatywy na całej Ukrainie, ale siły rosyjskie mogą próbować realizować bezpośredni cel operacyjny, jeśli przejmą inicjatywę. (...)

Wywiad USA ocenił także, że wojna na Ukrainie zdewastowała przedwojenną armię rosyjską, choć Rosja częściowo zrekompensowała te straty i w dalszym ciągu przygotowuje się do długiej wojny na Ukrainie. Odtajniona ocena wywiadu stwierdzała, że ​​siły rosyjskie straciły 87 procent całkowitej liczby przedwojennych żołnierzy lądowych w czynnej służbie i dwie trzecie czołgów znajdujących się na wyposażeniu przed 24 lutego 2022 r. Odtajniona ocena wywiadu podaje, że siły rosyjskie straciły 315.000 z 360.000 personelu, 2.200 z 3.500 czołgów i 4.400 z 13.600 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych, które brały udział w inwazji na Ukrainę na pełną skalę. Z oceny wynikało, że pod koniec listopada 2023 roku rosyjskie siły lądowe utraciły ponad jedną czwartą przedinwazyjnych zapasów sprzętu wojskowego, co zmniejszyło złożoność i skalę rosyjskich działań ofensywnych na Ukrainie. 

Rosyjscy przywódcy podjęli jednak szeroko zakrojone działania w zakresie generowania sił, aby zrównoważyć straty w sile roboczej, a we wrześniu 2023 r. ukraiński wywiad podał, że siły rosyjskie liczyły na okupowanej Ukrainie 420.000 personelu. Częściowa mobilizacja rozpoczęła się we wrześniu 2022 r., a trwające rosyjskie wysiłki w zakresie kryptomobilizacji najprawdopodobniej zrównoważyły ​​rosyjskie straty zgłaszane przez wywiad USA, chociaż nowy rosyjski personel prawdopodobnie ma mniejsze zdolności bojowe niż ten, którego zastąpił. Rosyjskie dowództwo wojskowe prowadzi także długoterminowe wysiłki w zakresie restrukturyzacji i ekspansji w celu utworzenia rezerw strategicznych i przygotowania się na potencjalną przyszłą wojnę konwencjonalną na dużą skalę przeciwko NATO, chociaż krótko- i średnioterminowe zapotrzebowanie Ukrainy na siłę roboczą prawdopodobnie osłabi te wysiłki. Rosja stopniowo mobilizuje swoją bazę przemysłu obronnego (DIB), aby zaradzić stratom materiałowym na Ukrainie i podtrzymać przedłużający się wysiłek wojenny, choć nic nie wskazuje na to, aby Rosja poczyniła znaczące postępy w kompensowaniu strat w pojazdach opancerzonych na Ukrainie.

understandingwar.org