sobota, 4 listopada 2023



Na okupowanym przez Izrael Zachodnim Brzegu Jordanu struktury bezpieczeństwa przeprowadzają aresztowania ludzi podejrzewanych o związki z Hamasem i innymi ugrupowaniami zbrojnymi. W Dżeninie zatrzymano też wysokiego rangą przedstawiciela rządzącej Autonomią Palestyńską partii Fatah. Równocześnie poza większymi miastami (w tzw. strefie C) pod osłoną armii dochodzi do ataków osadników żydowskich na ludność palestyńską – mają one zmusić ją do opuszczenia miejsc zamieszkania. Według informacji izraelskiej organizacji praw człowieka B’Tselem od 7 października w ich wyniku przejęto kilkanaście palestyńskich skupisk (wsi i osad). W wystąpieniu 25 października prezydent Joe Biden stwierdził, że ataki te muszą zostać zatrzymane, a winni – pociągnięci do odpowiedzialności. Od 7 października na Zachodnim Brzegu siły izraelskie zabiły ponad 130 osób. Śmierć części z nich nastąpiła w czasie wymiany ognia ze zbrojnymi grupami palestyńskimi, lecz udokumentowano także przypadki zabijania osób postronnych lub niestanowiących poważnego zagrożenia (np. rzucających kamieniami).

Stany Zjednoczone – najważniejszy sojusznik Izraela – udzielają temu państwu wsparcia wojskowo-sprzętowego (przede wszystkim w postaci amunicji i rakiet obrony powietrznej) oraz politycznego. 28 października rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA John Kirby oznajmił, że Waszyngton nie wyznacza władzom w Jerozolimie „czerwonych linii”. Jednocześnie rządzący USA w coraz większym stopniu – również w komunikatach oficjalnych – naciskają na stronę izraelską, aby ta podjęła działania w celu minimalizacji strat cywilnych (vide np. komunikat z 31 października po rozmowie sekretarza obrony Lloyda Austina z izraelskim odpowiednikiem Jo’awem Galantem). Oprócz tego Amerykanie konsekwentnie wzmacniają w regionie wschodniej części Basenu Morza Śródziemnego oraz Bliskiego Wschodu swój potencjał odstraszania (okręty marynarki wojennej, lotnictwo i systemy obrony powietrznej) oraz zasoby logistyczne na wypadek konieczności przeprowadzenia zarówno działań zbrojnych, jak i ewentualnej ewakuacji dużych grup ludności. Swoją obecność wojskową w regionie (przede wszystkim na Cyprze i w Jordanii) zwiększyły także Niemcy, Wielka Brytania, Kanada i Holandia. Dotyczy to przede wszystkim lotnictwa (transportowego i uderzeniowego) oraz sił specjalnych.

(...)

Wojna między Izraelem a Hamasem odbija się szerokim echem także w państwach UE, Wielkiej Brytanii i USA, gdzie dochodzi do masowych propalestyńskich demonstracji solidarnościowych, ale też fali incydentów o charakterze antysemickim (np. wykorzystywanie antysemickiej symboliki czy haseł, lecz także werbalne lub fizyczne napaści na przedstawicieli społeczności żydowskich).

Komentarz

Lawinowo rosnące straty ludzkie i zniszczenia materialne w Strefie Gazy, jak również zaostrzający się kryzys humanitarny na tym obszarze przesunęły uwagę światowej opinii publicznej z izraelskich ofiar ataku z 7 października na położenie palestyńskiej ludności cywilnej. Po stronie izraelskiej (a także wspólnot żydowskich na świecie) wywołuje to gniew, poczucie osamotnienia, ale też oskarżenia o mylenie skutku z przyczyną, a nawet o antysemityzm. Jednocześnie stopniowo ujawniane informacje ukazujące wyjątkowe okrucieństwo Hamasu umacniają zarówno w elicie politycznej, jak i w społeczeństwie izraelskim determinację do pokonania przeciwnika niezależnie od strat po drugiej stronie. W kompleksowym badaniu opinii publicznej Israel Democracy Institute, które dotyczyło postaw wobec zamachu 7 października i jego następstw, na pytanie o to, czy cierpienie palestyńskiej ludności cywilnej powinno zostać uwzględnione przy planowaniu odpowiedzi wojskowej, odpowiedź 48% żydowskich respondentów (w odróżnieniu od arabskich) brzmiała „nie”, a kolejnych 36% – „w niewielkim stopniu”. Podejście to widać także w sposobie prowadzenia działań przez IDF. Priorytetyzują one metody walki oszczędzające życie własnych żołnierzy (naloty, ostrzał artyleryjski) i przeprowadzają ataki skutkujące bardzo dużą liczbą strat cywilnych (vide ten na osiedle Dżabalija). Sytuacja ta jest w coraz większym stopniu problematyczna dla Waszyngtonu, który próbuje wykorzystać swoją wzmocnioną wskutek kompleksowego wsparcia pozycję względem władz izraelskich do moderowania ich odpowiedzi.

Izraelskie kierownictwo polityczne i wojskowe przygotowuje obywateli na długotrwałą wojnę w Gazie. Działania lądowe w Strefie są i będą prowadzone etapowo – tylko po uprzednim przygotowaniu gruntu poprzez naloty i ostrzał artyleryjski, aby minimalizować straty wśród własnych żołnierzy. Zarazem wciąż nie przedstawiono planu politycznego dla Gazy. Strona izraelska deklaruje, że jej cele to pokonanie Hamasu oraz trwałe usunięcie jakiegokolwiek zagrożenia z tego kierunku, lecz zarazem stwierdza, że nie zamierza długotrwale okupować Strefy ani brać odpowiedzialności za zarządzanie życiem ponad 2 mln żyjących tam Palestyńczyków. Z kolei artykułowane w izraelskim dyskursie publicznym (także przez osoby powiązane z obecnymi władzami lub sprawujące stanowiska rządowe w przeszłości) projekty wysiedlenia ludności palestyńskiej na należący do Egiptu półwysep Synaj po pierwsze miałyby charakter czystki etnicznej, a po drugie napotykają na kategoryczny sprzeciw państw arabskich (przede wszystkim samego Egiptu i Jordanii), a zatem nie wydają się realne. Mało prawdopodobne jest również, aby władze izraelskie zgodziły się na przyszłe przejęcie odpowiedzialności za Strefę przez struktury Autonomii Palestyńskiej. Odnowiłoby to bowiem dyskusje na temat utworzenia państwa palestyńskiego, czemu sprzeciwia się znaczna część izraelskiej prawicy i co przy obecnym całkowitym braku zaufania społecznego do jakiejkolwiek frakcji palestyńskiej natrafiłoby z pewnością na żywiołowy opór. Także pojawiające się (być może w charakterze balonu próbnego) projekty oddania Gazy w zarząd międzynarodowy i stabilizacji jej przez międzynarodowy kontyngent wojskowy wydają się mało osiągalne, m.in. dlatego że nie uwzględniają aspiracji narodowych samych Palestyńczyków ani ich prawa do samostanowienia.

osw.waw.pl


„Iran od rewolucji islamskiej (1979) i wprowadzenia w nim teokracji deklaruje chęć usunięcia Izraela z mapy Bliskiego Wschodu. Parę lat temu zapowiedział nawet, że wraz ze swoimi sojusznikami doprowadzi do tego do 2040 roku” – przypomina dr Piotrowski, który jest ekspertem ds. wojskowych i Iranu w PISM.

Iran nie może jednak najechać Izraela ze względu na swoje oddalenie od niego i brak nowoczesnych sił zbrojnych. Od wojny iracko-irańskiej (1980-1988) inwestuje natomiast w zdolności, które stwarzać mogą asymetryczne zagrożenia dla Izraela, takie jak libański Hezbollah i palestyński Hamas – wyjaśnia analityk.

Według niego nie ma obecnie przesłanek, że Iran chce bezpośrednio włączyć się w obecny konflikt, a Izrael i szczególnie Stany Zjednoczone mają wystarczający potencjał, by go od tego odstraszać. Po wyniszczającej wojnie z Irakiem nawet rządzący w Iranie kler unika konfliktu zbrojnego z Izraelem i USA – zaznacza dr Piotrowski.

„Obecne działania lotnictwa Izraela (intensywniejsze) i USA (na mniejszą skalę) w Syrii są także obliczone na uwiarygodnienie tego odstraszania. W nalotach giną głównie ochotnicy z Libanu, Iraku i Afganistanu, więc nie powoduje to większych i nie dających się przemilczeć strat wśród Strażników Rewolucji (żołnierzy irańskiej armii), którzy nimi dowodzą. Ataki z Libanu i Syrii na Izrael oraz na siły USA w Syrii i Iraku także nie są jeszcze w skali, która wymagałaby natychmiastowego odwetu, np. ataków na bazy Strażników w samym Iranie” – ocenia analityk.

„Przypuszczam też, że ani mocno uwikłany w syryjską wojnę domową Hezbollah, ani władze Iranu nie chciałby być teraz celem zmasowanego odwetu USA i Izraela. Doprowadzenie do takiego scenariusza z udziałem USA skończyłoby się katastrofą dla Hezbollahu i Libanu, a tym samym utraty jedynego i tak poważnego partnera Iranu w krajach arabskich” – dodaje badacz.

Zagrożenie dla Izraela stanowi jednak między innymi arsenał rakietowy Iranu, jego partnerów i zależnych od niego grup. „Chodzi mi tu o arsenał pocisków balistycznych i manewrujących o zasięgu 1500-2000 km, którymi na razie w największej ilości dysponuje tylko Iran, ale jak pokazały ostatni tydzień – także proirańska milicja Hutich z Jemenu” – wyjaśnia ekspert PISM.

Kolejnym zagrożeniem są jego zdaniem drony rozpoznawcze i kamikadze, które w ostatniej dekadzie Iran sprawdził w Jemenie, Iraku i Syrii, a od ponad roku dostarcza atakującej Ukrainę Rosji. Zagrożenie egzystencjalne dla Izraela, obecnie wciąż odległe, stanowić może też potencjalny irański arsenał jądrowy.

„Iran opanował cały cykl nuklearny dla produkcji uranu i plutonu, ma wzory chińskich głowic z Pakistanu, a od Korei Północnej wie, jak zamontować je na pociskach balistycznych. Po wyjściu (byłego prezydenta USA Donalda) Trumpa z tzw. umowy nuklearnej Iran znacząco zwiększył też produkcję uranu do kolejnych poziomów jego wzbogacania, przybliżając się do posiadania materiałów wystarczających dla uzbrojenia takich głowic” – wyjaśnia dr Piotrowski.

Jego zdaniem Iran wciąż liczy jednak na negocjacje w sprawie zniesienia sankcji nałożonych na niego przez USA w zamian za ograniczenie skali i charakteru swojego programu jądrowego. Ekspert nie spodziewa się też, aby Teheran zdecydował się na zmiany w programie jądrowym, dopóki żyje najwyższy przywódca duchowo-polityczny Iranu Ali Chamenei.

PAP

Minister Q: Leciałem z [Romanem] Abramowiczem do Turcji. Po drodze Abramowicz informował mnie, że się nie najlepiej czuje. Szczypały go oczy, swędziała twarz. Funkcjonował normalnie, ale ruchy i mowę miał spowolnione. Został czymś otruty. We Lwowie, przed przekroczeniem granicy z Polską, sprawdzono, czy był bezpieczny dla otoczenia. Obawiano się, że podano mu materiały radioaktywne tak jak Litwinience. Wstępna wersja zakładała, że otruła go rosyjska partia wojny, która nie chciała zakończenia inwazji.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: – Na początku marca [2023 r.] pojawiła się nadzieja na zawieszenie broni. Pośrednikiem w rozmowach między Ukraińcami a Rosjanami był oligarcha Roman Abramowicz. Zarekomendował go Zełenski. Ukraińcy poinformowali, że Abramowicz przyjedzie do Polski i stamtąd uda się do Turcji. Wiedziałem, że musimy być obecni w tych rozmowach. Obserwować je. Nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi w tej grze, ale nie mogliśmy dać po sobie poznać, że nie mamy wiedzy. Ukraińcy przestaliby nas szanować. Wschód wymaga udawania, że zawsze się jest silnym i wszystko się rozumie.

Minister Z: – Była zgoda na wyjazd [ówczesnego doradcy prezydenta Dudy ds. zagranicznych Jakuba] Kumocha z Abramowiczem do Turcji. Przed wylotem do Ankary obawialiśmy się, że Turcja będzie naciskała na Ukrainę w sprawie natychmiastowego zakończenia konfliktu. Zełenski prosił nas wielokrotnie, żeby zapobiec wymuszeniu zawieszenia broni ze zdobyczami terytorialnymi Rosji. Pierwsze rozmowy z Abramowiczem to lotnisko w Rzeszowie. Zachowywał się skromnie bez epatowania bogactwem i wpływami. Chociaż w sumie on wtedy był na dnie. Mówił, że zależy mu na tym, aby nie zablokowano jego przejazdów po Europie. I że już ma nałożone sankcje na jachty i samoloty. Przekonywał, że jeśli to zostanie utrzymane, to on nie będzie mógł nic załatwić.

Minister Q: – Kierował się jedynie swoim interesem. Nic innego go nie interesowało. Pierwszy raz Kumoch i Przydacz towarzyszyli mu w drodze na Ukrainę. Drugi raz Kumoch leciał z nim do Turcji. Do Rzeszowa Abramowicza przywiózł Dworczyk, który rozmawiał z nim prawie cały czas o piłce nożnej, bo Abramowicz jest właścicielem Chelsea Londyn. Gdy odstawiałem Abramowicza na granicę za pierwszym razem, gdy jechał na Ukrainę, był całkowicie zdrowy. Podczas drugiego spotkania już w takiej dobrej formie nie był. Po drodze informował mnie, że się nie najlepiej czuje. On został czymś otruty. We Lwowie, przed przekroczeniem granicy z Polską, sprawdzono, czy był bezpieczny dla otoczenia. Obawiano się, że podano mu materiały radioaktywne tak jak Litwinience. Wstępna wersja zakładała, że otruła go rosyjska partia wojny, która nie chciała zakończenia inwazji. Ukraińcy stwierdzili, że nie był truty substancjami radioaktywnymi. Mógł lecieć do Turcji. Przed tym wszystkim Ukraińcy obfotografowali Abramowicza. Jak mówił Umierow (Rustem Umierow, obecnie minister obrony, wiosną 2022 r. człowiek do zadań specjalnych Zełenskiego), "nasi muszą wiedzieć, że on pracuje dla nas". Umierow i Kumoch w czasie wyjazdu mocno się zaprzyjaźnili.

Zbigniew Parafianowicz: Jak Abramowicz zachowywał się w czasie lotu? Czy jego stan się pogarszał?

Minister Q: – Po drodze objawy się nasilały. Szczypały go oczy, swędziała twarz. Funkcjonował normalnie, ale ruchy i mowę miał spowolnione. Po drodze opowiadał o Czukotce, on był kiedyś jej gubernatorem. Oligarcha powierzchnię mierzył we Francjach. Jak coś uznawał za duże, to mówił, że jest wielkości pięciu Francji. Na przykład opowiadał o jakimś pożarze, który strawił las równy "dwóm i pół Francjom". Nie trzymał wobec mnie dystansu. Nie rozmawialiśmy o twardej polityce. W Turcji zapadła decyzja, że Abramowicz musi zostać przebadany, bo czuje się coraz gorzej. Pojechał z Kumochem do szpitala. Za nimi kierujący polską placówką pułkownik Agencji Wywiadu Robert Trzeciak. Aby dowiedzieć się czegoś więcej. Trzeciak wkręcił się wszędzie, gdzie trzeba, i ustalił, co trzeba.

Zbigniew Parafianowicz: W gruncie rzeczy czemu miały służyć tamte rozmowy? Dziś wiadomo, że nic z nich nie wyszło. Były markowane.

Minister Q: – Do dziś nie mam pojęcia, co on i Ukraińcy robili w Ankarze, dlaczego go truli. Na pytanie po co ta misja, Abramowicz nic nie odpowiedział. Takie standardowe: "Aaaa, no rozmawiamy, rozumiesz, dyskutujemy". Mam wrażenie, że jemu chodziło o ochronę własnych pieniędzy i ratowanie życia. W sumie niczego się nie dowiedziałem. Pozytywne było to, że nie było mowy o bezwarunkowym zawieszeniu broni. Nikt o takiej głupocie nie myślał.

Zbigniew Parafianowicz: To po co wzięliśmy w tym udział?

Minister Q: – Trzeba wiedzieć. Trzeba mieć możliwość powiedzenia: "Byliśmy przy tym i wiemy, o co chodzi". Później do Dudy dzwonił w tej sprawie Zełenski. Mówił: "Bardzo dziękuję za wszystko, co robisz". Opowiedzieliśmy też Amerykanom o rozmowach. W takich sytuacjach nie można ściemniać. Nie można tworzyć legend. To nie buduje szacunku ani zaufania. Podobnie zaangażowaliśmy się w rozmowy ukraińsko-rosyjskie na terenie Białorusi. Tam latali nasi żołnierze – komandosi z Lublińca i GROM – jako ochrona. Śmigłowiec lądował, wsiadali Ukraińcy i lecieli naszym black hawkiem pilotowanym przez GROM i z obstawą z Lublińca na Białoruś. Temat rozmów na Białorusi nadzorował Dworczyk. Czasem latali również Kumoch i Przydacz. Dworczyk nawet latał na Białoruś razem z delegacją ukraińską.

Minister X: – Z dyskretnych misji z początku wojny ważna jest jeszcze wymiana Medwedczuka, oligarchy uznanego przez Ukraińców za zdrajcę. Erdoğan poinformował Dudę, że będzie wymiana jeńców ukraińskich za Medwedczuka. I Medwedczuk leciał do Moskwy przez Polskę.

Minister Z: – No i kwestia broni. Musieliśmy obchodzić MON, bo z nimi nic nie można było załatwić. Od samego początku. Ukraińcy jeszcze przed 24 lutego 2022 r. prosili o broń. Ale nie o ciężki sprzęt, chodziło o drobnicę, na przykład amunicję do moździerzy. Z tego wyszła draka, bo od wielu tygodni przygotowywaliśmy transport z tą amunicją, ale jakoś nam to nie wychodziło. Dopytywałem w Ministerstwie Obrony Narodowej, jak to się dzieje, że nie można ciężarówkami wysłać tego Ukraińcom. Każdy z oficerów zapewniał mnie, że swoje zrobił, polecenia wykonał perfekcyjnie. Wojsko działa odcinkowo. Każdy robi swój odcinek i nie odpowiada za ostateczny wynik. A jak doskonale wykonany odcinek nie składał się w spójną całość z innymi doskonale wykonanymi odcinkami, to już nie jest problem wojska i MON.

Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: – W sprawie tej amunicji do Morawieckiego dzwonił premier [Ukrainy] Szmyhal. Naciskał, aby zrobić to jak najszybciej. To nie był ciężki sprzęt, ale zależało im. Zbierali po świecie amunicję. Tymczasem my mocno z tym zamulaliśmy. Ostatecznie Morawiecki zlecił to Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, aby uniknąć MON-owskiej biurokracji. RARS bezpośrednio podlega premierowi, sprawy trafiły w ręce Dworczyka.

Minister Z: – Po trzech dniach od telefonu wszystko było w Jasionce pod Rzeszowem. 23 lutego, na dzień przed wojną, ukraiński antonow zawiózł na Ukrainę amunicję. To był ostatni lot do Kijowa. Cała akcja była ekspresowa. W sumie jednak obciążała ona nas. Fakt, że ciągnęło się to tygodniami, był kompromitujący. Już przed wojną wiedzieliśmy, że w razie problemów nasza wydolność nie będzie wielka.

Minister X: – Zawsze była potem awantura. Gdy załatwiony przez Dworczyka transport dotarł do Kijowa, ukraiński minister obrony Reznikow podziękował na Twitterze Błaszczakowi. A ten nie wiedział nic o żadnym transporcie. Bo przecież to robił RARS, a nie MON. No wściekł się. Zaczął wszystkich obdzwaniać. Skarżyć się, że jak to? Bez jego wiedzy i zgody. "Co to jest? Co to ma znaczyć?" – krzyczał. I on, i Kamiński wydają się spokojni. To pozory. Obaj w nerwach wyglądają inaczej. Szczególnie Kamiński, który jest radykalnym cholerykiem. On też miał wiele okazji, by zgłaszać pretensje, że Dworczyk robi coś bez jego wiedzy. Prawda jest jednak taka, że gdyby Dworczyk nie jechał po bandzie, to te transporty nigdy na Ukrainę by nie dotarły.

Minister Z: – Gdy wybuchła wojna, wcale nie było łatwiej z dostawami. Zagrożenie nie zmobilizowało nas. Do tego zapadła decyzja polityczna, że wszystkich naszych trzeba wycofać z Ukrainy. Żołnierzy, prawie wszystkich ludzi ze służb, każdego, kto mógłby dostać się do niewoli rosyjskiej, należało wycofać.

Minister X: – Pierwszego dnia wojny uświadomiliśmy sobie, że w Browarach pod Kijowem byli komandosi z Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Oni od 2014 r., czyli od aneksji Krymu i wojny z separatyzmem na Donbasie, razem z Amerykanami i Brytyjczykami budowali Ukraińcom siły specjalne. Pierwszego dnia wojny nasi żołnierze byli na Ukrainie. Umundurowani żołnierze państwa NATO byli na terenie państwa zaatakowanego przez Rosję. Gdy na Browary pod Kijowem zaczęły spadać pociski rosyjskie, oni tam byli. W kierunku tego miasta szły rosyjskie gwardyjskie kolumny pancerne z jednostki przeznaczonej do obrony Moskwy.

Wysokiej rangi polski oficer: – Oni zamiast wracać do Polski w pierwszym dniu wojny, pojechali w odwrotnym kierunku. Między innymi do Charkowa, ale też do miast na Donbasie, które kontrolowali Ukraińcy. Współpracowali z Brytyjczykami. Ewakuowali Polaków, ale również obcokrajowców. Przede wszystkim Brytyjczyków, z którymi mają bardzo dobre układy.

Minister X: – Namawialiśmy Błaszczaka, żeby pozwolił zostać komandosom na Ukrainie jak najdłużej. Oni też chcieli tam zostać jak najdłużej. Mieli zbierać dane wywiadowcze. Duda i Błaszczak uparli się jednak, by wracali. Nie można było doprowadzić do sytuacji, że polski żołnierz trafi do niewoli.

Wysokiej rangi polski oficer: – Później wypracowaliśmy formułę naszej obecności na Ukrainie. Po 2014 r. byliśmy na Donbasie w ramach pewnej procedury. Po 24 lutego 2022 r. po prostu wysyłano nas na płatne wolne. Politycy udawali, że tego nie widzą. W końcu zaczęli jednak naciskać, abyśmy wracali. To błąd. Powinniśmy od początku zbierać jak najwięcej informacji o tej wojnie. Jeśli kiedyś Rosjanie zaatakują Polskę, wojna będzie miała podobny schemat do tej prowadzonej na Ukrainie.

Minister X: – Bez ludzi nic się nie da zrobić. Od pierwszego dnia wojny powinno nas tam być jak najwięcej. I wojska, i służb, i dyplomatów. Inne państwa nie cackały się z tym. Pamiętam, jak w połowie marca byłem w Kijowie. Wracałem trasą żytomierską. To był czas, gdy w Buczy stali jeszcze Rosjanie, a trasa była szarą strefą. Można było natknąć się na Rosjan. Minęliśmy ostatni blokpost. Ukraińcy powiedzieli nam, że dalej jedziemy na własne ryzyko. No i kogo spotkaliśmy dalej? Ukraińskich żołnierzy i… brytyjskich specjalsów. Umundurowanych. Z bronią. Poruszali się z Ukraińcami samochodami ciężarowymi i terenowymi z radarami artyleryjskimi. Namierzali cele. Uczyli się tej wojny. Taki radar namierza miejsce upadku i wystrzelenia pocisków z moździerzy czy rakietowych.

Wysokiej rangi polski oficer: – Dyrektywy były jednak odwrotne. Przyjęto założenie, że jakikolwiek pobyt Polaków na Ukrainie będzie dla nas szkodliwy. My i tak oczywiście znaleźliśmy sposób, aby tam być. Tylko po co te kombinacje? Inne państwa nie korzystają z nich. Za każdym razem, gdy Kamiński albo Błaszczak odkrywali, że ktoś z naszych tam jest, darli się: "Wycofać ich natychmiast. Zaraz przez nich wybuchnie wojna. Zaraz Rosja nas zaatakuje".

Minister Z: – Oczywiście żadna wojna by nie wybuchła. Podczas wizyty Morawieckiego i Kaczyńskiego w Kijowie Amerykanie poprosili nas o przywiezienie z Kijowa ich dwóch rannych żołnierzy. Oni tam byli jako cywile. Ale wiadomo jacy cywile. Ci dwaj ranni Amerykanie wracali tym samym pociągiem, którym jechał Kaczyński z Morawieckim. Jeden nie miał nogi, lekarze musieli ją amputować.

Minister X: – Kolejnym dowodem, że uczestniczenie w tym, co się dzieje na Wschodzie, nie musi się kończyć wojną i incydentami, jest udział Dworczyka w lotach do Brześcia na Białoruś. On latał tam i woził ukraińską delegację podczas dwóch rund rozmów na początku wojny. W skład delegacji po stronie ukraińskiej wchodzili między innymi Reznikow, doradca Zełenskiego Mychajło Podolak i wiceszef MSZ Mykoła Toczycki. Dworczyk odebrał Reznikowa i resztę delegacji z dworca w Przemyślu. Zapakowali się do black hawka i odlecieli.

Minister Q: – Było tak, że podczas pierwszego lotu do Brześcia mieliśmy międzylądowania w Rzeszowie i Przemyślu. Startowaliśmy jeszcze przed świtem. Pilot wylądował najpierw na jakimś boisku. Ciemno było. Głucho. Okazało się, że pomyliliśmy punkt. Jeden z żołnierzy mówi do Dworczyka: "Panie ministrze, to nie tutaj". Drugi raz – to samo. Jakieś boisko. Brama zamknięta. Trafiliśmy tym śmigłowcem za trzecim razem.

Wojskowy: – Wysiedliśmy w Brześciu naprzeciw śmigłowców z czerwoną gwiazdą. Przywitaliśmy się z białoruskimi oficerami. Nie było atmosfery wrogości. Raczej był klimat podobny do przekazania jeńców. Nie miałem pewności, że Ukraińcy wrócą z tych rozmów.

Minister Q: – Toczycki po rozmowach zadzwonił na Signalu, abyśmy ich odebrali. Taka była nasza umowna procedura. Białorusini zabierali Ukraińców pod Homel. Później odstawiali ich do Brześcia. Za drugim razem odwożąc Ukraińców, lądowaliśmy w lesie.

Minister X: – Kluczowe było, żebyśmy mieli na piśmie zgodę Białorusinów, że oni się zgadzają na nasze wojskowe maszyny w ich przestrzeni powietrznej. Oni oczywiście na gębę zgadzali się na wszystko. Ale kto by im wtedy wierzył, w końcu minister obrony Białorusi na dzień przed wojną dał Reznikowowi oficerskie słowo honoru, że nikt na Ukrainę nie uderzy z Białorusi. Potrzebny był więc papier. Dostaliśmy go w ostatniej chwili. Tuż przed wlotem dwóch naszych maszyn w białoruską przestrzeń powietrzną. Wcześniej Ukraińcy sami dogadali się z Białorusinami co i jak. Oni mają między sobą dobre przeloty, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi.

Wojskowy: – Cała akcja trwała w sumie może z kilka godzin.

Minister X: – Po jednym z takich lotów GROM-owiec podszedł do Dworczyka i mu podziękował. Powiedział: "Ministrze, w końcu coś się k… dzieje". Wielu chciało takie rzeczy robić. GROM czy JWK Lubliniec tylko czekali na takie okazje.

Minister Z: – Politycznie zawsze słychać było śpiewkę: "To nieodpowiedzialne, niepaństwowe, groźne".

Minister X: – Wiedzieliśmy, że jak przyjdzie do grubych dostaw broni dla Ukrainy, będą kłopoty. Dostawy utkną w biurokracji. Znów będzie wielotygodniowy proces bez rezultatu.

Minister Z: – RARS miał już wtedy dość szerokie uprawnienia, by takie dostawy realizować. Na początku przyjęliśmy założenie, że kierowcami jeżdżącymi na Ukrainę będą Ukraińcy. Aby nikt się nie przypieprzył, że się narażamy.

Minister Q: – W jeden dzień, na początku wojny, kupiliśmy od wojska 80 tak zwanych żab. Zielonych ciężarówek. To były maszyny nieodebrane przez wojsko, bo miały jakieś drobne, nieistotne wady. Wojsko nie chciało zrobić odbioru, to skorzystaliśmy z okazji i je kupiliśmy. Te samochody przyjechały do Jasionki. Tam je załadowywaliśmy. Na początku one jeździły nawet niezarejestrowane. To były samochody nieistniejące. Wychodziliśmy z założenia: "albo na przypale, albo wcale".

Minister Z: – Początki dostaw broni i amunicji dla Ukraińców owocowały w incydenty. Raz jedna z ciężarówek wyjeżdżających z Jasionki pod Rzeszowem przechyliła się na zakręcie i przewróciła na bok. Z żaby wypadły na asfalt miny przeciwpancerne. Masa min przeciwpancernych.

Minister X: – O tym, jak trudne były początki, świadczą problemy z bayraktarami dla Ukrainy, które dostarczano przez Mińsk Mazowiecki do Jasionki. Prezydent dzwonił do Dworczyka i prosił, aby zorganizował kogoś do rozładunku, bo jest po osiemnastej i nie ma żołnierzy, którzy mogliby to zrobić. Wcześniej do Dudy zadzwonił Zełenski, aby go popędzić w sprawie tych bayraktarów. Zełenski na początku wojny często dzwonił do naszego prezydenta. Głównie po to, aby ten go rozmasował i wsparł psychicznie. Mieli naprawdę dobry kontakt. Tym razem Zełenski dzwonił, aby go pośpieszyć w sprawie bezzałogowców.

Minister Z: – W końcu zdecydowaliśmy z RARS-em, że trzeba stworzyć coś na wzór prywatnej firmy zatrudniającej żołnierzy i byłych funkcjonariuszy służb specjalnych. To nie miała być prywatna armia jak Grupa Wagnera czy Blackwater. Chodziło o ludzi, którzy mogliby działać na bazie kontraktu z państwem. Zarabiać, ale nie mieć tej całej biurokracji państwowej. To się udało.

Minister X: – Ludzie, którzy budowali tę firmę, wozili amunicję i broń takim charakterystycznym czarnym tirem z orłem. Kiedyś stali na Orlenie pod Rzeszowem. Wyglądali jak specjalsi. To był marzec. W Rzeszowie i okolicach kręciła się duża liczba wojska i służb. Nie tylko z Polski. Do ludzi z tej prywatnej firmy podszedł człowiek z ABW i pyta, skąd są. Chłopacy odpowiedzieli, że są z CBN-u. Wymyślili to na poczekaniu. Wiesz, co znaczy CBN? Czemu By Nie. To była odpowiedź, którą dali, gdy zaproponowano im utworzenie prywatnej firmy wojskowej. Na Orlenie uznali, że to dobry skrót, by zakpić z powagi ABW czy CBA.

Minister Q: – Powołaliśmy nową służbę specjalną. Kamiński nie był zadowolony. Bo oni byli dość skuteczni. CBN dowoził.

Minister X: – Jeździliśmy z nimi na przykład na wschód Ukrainy. Pod koniec kwietnia byliśmy w Charkowie. Zawoziliśmy RPG-7 dla tworzonych tam oddziałów ochotniczych. Dostarczyliśmy granatniki oddziałowi Stugna i Freikorps. Ten drugi był mocno brunatny. I zarazem skuteczny. Pytaliśmy ich, pod kim walczą. Kto nimi dowodzi? Jakie mają relacje z wojskiem? Wydawało się, że działają na własną rękę. Sami sobie wyznaczają zadania. Później HUR, wywiad wojskowy, wziął ich jednak pod swoje skrzydła, żeby nie było niebezpiecznie. Żeby czegoś nie odwalili.

Minister Q: – Jeden z tych z Freikorps to był jakiś totalny odjazd. Facet walczył w brunatnym oddziale, a w rzeczywistości był Żydem, który wrócił z Izraela, by bić się na wojnie. Miał za sobą staż w izraelskich siłach specjalnych. Był wytatuowany jak w "Awatarze".

Minister Z: – Generalnie CBN był bardzo użyteczny. Robili większość roboty. Sprowadzali sprzęt zdobyty na Rosjanach. Byli w stanie ściągnąć czołg T-72BM. Poprzez firmy handlujące bronią z kontaktami na Ukrainie kupowaliśmy ten złom, aby go analizować. CBN woził też pieniądze.

Minister X: – Konkluzja jest taka, że oni byli po prostu bardziej skuteczni niż państwo. We współpracy z państwem byli ważnym ogniwem wojny. Mieli wszystkie zalety sił i służb specjalnych i niewiele wad biurokracji, która walczy tylko o załatwienie sobie dupochronu. To jest nasz wojenny dorobek. Nauczyliśmy się korzystać i z takich narzędzi. W odniesieniu do Białorusi myśleliśmy o powołaniu firmy do prowadzenia wojny psychologicznej. Firmy złożonej ze specjalsów, którzy się w tym specjalizują, i z ludzi służb. Takie organizacje znacznie skracają czas reakcji.

onet.pl/Wydawnictwo Czerwone i Czarne


Chiny prowadzą coraz bardziej aktywną politykę międzynarodową, w tym w regionie Zatoki Perskiej. Z Iranem Kraj Środka łączy bilateralna współpraca. Jest on jednym z największych dostawców ropy do Chin – nie największym, ale bardzo istotnym. Chiny są również dla Iranu jednym z najważniejszych partnerów handlowych, będąc nie tylko importerem irańskiej ropy, ale i eksporterem tych produktów, których Iran, jako kraj objęty sankcjami, nie otrzymuje z innych źródeł lub ma znaczne trudności z ich pozyskaniem. Z pozostałymi państwami Zatoki Perskiej oraz całego Bliskiego Wschodu Chiny również prowadzą ożywioną wymianę gospodarczą, która w dalszej perspektywie stanowi źródło wpływów politycznych w regionie. Celem Pekinu jest ich wzmacnianie i rozszerzanie. 

Działalność ta jest szczególnie istotna w kontekście ograniczania przez Stany Zjednoczone swojej obecności i zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Państwa Zatoki Perskiej starają się bowiem wykorzystać tę sytuację, dążąc do rozbudowania swoich kontaktów międzynarodowych. Chcą zrównoważyć wpływy amerykańskie i europejskie, kierując swój wzrok ku Azji. Jednak Chiny nie są jeszcze na tyle silne, by państwa te musiały obawiać się popadnięcia w zależność od Pekinu. Jest on, rzecz jasna, bardzo ważnym importerem lokalnej ropy naftowej i szuka możliwości rozszerzania współpracy z regionem poprzez import tamtejszego LNG, trudno jednak mówić o uzależnieniu państw Zatoki Perskiej od ChRL. Uważam, że w najbliższej przyszłości taka sytuacja nie będzie miała miejsca. Pekin pozostaje ważnym graczem, staje się coraz bardziej wpływowy na Bliskim Wschodzie, ale jest daleki od uzyskania statusu hegemona, mogącego dyktować warunki tamtejszym państwom. 

Jednym z najważniejszych strategicznych celów Chin jest przekształcenie obowiązującego obecnie systemu międzynarodowego. ChRL dąży do zdetronizowania Stanów Zjednoczonych i zastąpienia ich w roli pierwszego mocarstwa świata. Ten nowy subsystem miałby opierać się przede wszystkim na Chinach i chińskiej gospodarce oraz na konsumpcji wewnętrznej. W interesie Państwa Środka jest w tym kontekście wspieranie rządów myślących w podobny, autorytarny sposób. Stworzenie międzynarodowej sieci, złożonej z takich podmiotów, byłoby znakomitym suplementem dla samych Chin. Pytanie, na które trudno w tym momencie znaleźć odpowiedź, brzmi: na ile taki plan jest realny, a na ile określić go można jako formę wewnętrznej mobilizacji do zmiany chińskiego modelu gospodarczego? 

Sprowadzenie państw Zatoki Perskiej do roli suplementu ChRL jest jednak nierealne. Kraje te dążą bowiem do większej samodzielności i uzyskania statusu jednego z centrów światowej gospodarki. Same mają swoje ambicje i niekoniecznie są one w pełni kompatybilne z ambicjami Pekinu. Dobrym przykładem na zobrazowanie tej sytuacji jest kwestia renminbi jako potencjalnej waluty rozliczeniowej w kontaktach handlowych państw Zatoki Perskiej z Chinami. Przyjęcie takiego modelu byłoby nieopłacalne z perspektywy eksporterów, mających ograniczone możliwości dalszego inwestowania kapitału pozyskanego od Chińczyków. Renminbi jako waluta niepewna – niewymienialna na rynkach innych niż chiński – mogłaby pełnić co prawda rolę środka rezerwowego, służącego eksporterom ropy znad Zatoki Perskiej do kupowania towarów w Chinach, jednak sami Chińczycy nie są tym w rzeczywistości zainteresowani. Za sprzedaż swoich produktów otrzymywaliby wtedy swą własną walutę, której nie mogliby zainwestować w krajach trzecich. Nagromadzony w ten sposób kapitał byłby bezużyteczny.

W tym miejscu uwidacznia się problem, który napotykają Chiny na drodze do realizacji swojego planu przekształcenia systemu światowego. Z jednej strony dążą do jego zmiany z powodu ambicji politycznych. Z drugiej jednak im bardziej podkopują ów system, którego integralną częścią jest przecież chińska gospodarka, tym bardziej szkodzą same sobie. Rodzi się więc pytanie: jeżeli Chińczycy mogliby osiągnąć sukces i przekształcić system międzynarodowy – to jak długo trwałby okres przejściowy, towarzyszący tak doniosłym zmianom, i w jakim stopniu jego negatywne oddziaływanie zaszkodziłoby samym Chinom? Tego nie sposób przewidzieć. 

Ostatnia wizyta Xi Jinpinga na Półwyspie Arabskim ma w kontekście dotychczasowych ustaleń duże znaczenie. Nasuwa się bowiem pytanie, w jakim stopniu szereg umów podpisanych np. między Chinami a Arabią Saudyjską, których treść nie jest nam do końca znana lub znamy ją jedynie ogólnikowo, wynika z próby rozbudowania przez państwa arabskie sieci wpływów i nawiązania relacji z ChRL jako alternatywą dla Zachodu, a do jakiego stopnia jest to chęć wykorzystania Chin instrumentalnie, by wynegocjować lepsze warunki współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Przyszłość pokaże, jaki będzie realny skutek tej współpracy. Moim zdaniem państwa Zatoki Perskiej testują dziś grunt pod przyszłe interesy. Sprawdzają, czy uda się im skutecznie lawirować między Chinami a USA, czerpiąc korzyści ze współpracy z obydwoma mocarstwami. Dążą do zdywersyfikowania swoich relacji w sieci. Jednak sytuacja, w której Chiny miałyby zastąpić Stany Zjednoczone, jest w moim przekonaniu po prostu niemożliwa. ChRL nie ma tak dużej zdolności do projektowania swojej siły w regionie. 

Z pewnością Xi Jinping odniósł dzięki wizycie na Półwyspie Arabskim sukces wizerunkowy. Umiejętne odegranie roli w swoistym teatrze politycznym jest częścią polityki międzynarodowej i przykuwa uwagę mediów. Dopiero czas pokaże jednak, czy wizyta prezydenta Chin przyczyni się do nawiązania rzeczywistej współpracy, z której płynąć będą wymierne korzyści dla obu stron. Dziś jeszcze nie da się tego stwierdzić, ponieważ zależy to od sytuacji wewnętrznej w samych Chinach, aktywności innych państw w regionie – głównie Stanów Zjednoczonych – a także od rozwoju napiętej relacji między Iranem a Arabią Saudyjską i państwami Zatoki Perskiej. Na niektóre z tych czynników Pekin nie ma żadnego wpływu.

wszystkoconajwazniejsze.pl

piątek, 3 listopada 2023



Pierwsza możliwość opiera się na założeniu, że mamy do czynienia z eskalacją ze strony Hamasu i wspierającego go Iranu, która okazała się silniejsza, niż zakładano, i teraz trzeba borykać się z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Można powiedzieć, że w tym scenariuszu Hamas padł ofiarą własnego sukcesu, do którego przyczyniły się błędy ze strony Izraela – błędy polityczne, za które odpowiada bezpośrednio Benjamin Netanjahu, oraz porażka izraelskiego wywiadu, za którą też, co najmniej pośrednio, jest odpowiedzialny premier. Niemniej Hamas zadał Izraelowi prawdopodobnie największy cios w jego dotychczasowej historii. Teraz Izrael musi odpowiedzieć totalnie, aby zachować zdolność odstraszania, ale też z powodów wewnętrznych – mieszkańcy Izraela muszą odzyskać wiarę, że państwo jest zdolne zapewnić im bezpieczeństwo i ochronę. Jeżeli Iran to rozumie i będzie chciał uniknąć konfrontacji nie tylko z Izraelem, ale też z USA, to będzie musiał poświęcić pionka (Hamas). Byłoby to o tyle łatwe, że jego głównym „zasobem” w regionie jest libański Hezbollahach. Oznaczałoby to, że następuje eliminacja Hamasu, co niestety musi przynieść poważne zniszczenia i ofiary w Gazie. Iran i państwa arabskie będą bliskowschodnim zwyczajem głośno lamentować i wygrażać „zepchnięciem Syjonistów do morza”, ale skończy się na przygranicznych utarczkach, które będą miały zaspokoić rozemocjonowaną arabską ulicę.

Jak zawsze istnieje też ryzyko, że nie uda się tego utrzymać pod kontrolą i będziemy mieli konflikt na skalę wydarzeń z 1973 roku. Jeżeli jednak wszystko pójdzie dobrze, to Pekin odniesie kilka realnych korzyści. Odłożone lub zamrożone zostaną relacje saudyjsko-izraelskie, a przez to odnowione relacje saudyjsko-amerykańskie. Propagandowo partia komunistyczna zyska idealną okazję do atakowania Zachodu i przede wszystkim Stanów Zjednoczonych za hipokryzję, że te oczekują potępienia Rosji za agresję na Ukrainę, ale same popierają brutalną wojnę Izraela. Chaos na Bliskim Wschodzie będzie też w chińskiej propagandzie dowodem na schyłek porządku światowego stworzonego przez Amerykanów.

Pekin uznaje się za przywódcę tzw. Globalnego Południa. W przypadku tego konfliktu ChRL zdobędzie więc dodatkowe wsparcie. Moim zdaniem błędne są jednak te głosy na Zachodzie, które mówią, że bardziej krytyczna postawa wobec Izraela mogłaby zmienić sytuację. Globalne Południe ma – często słusznie – pretensje wobec Północy (Zachodu) i nawet ostre potępienie przez Brukselę i Waszyngton Izraela tego nie zmieni. Mam wrażenie, że to przejaw podświadomego rasizmu – przekonania, że „kolorowi będą reagować emocjonalnie”. Nie, Globalne Południe działa równie cynicznie, jak Zachód i Wschód, więc wykorzystuje obecną sytuację – i wojnę na Ukrainie – do wywalczenia konkretnych ustępstw od rywalizujących Amerykanów i Chińczyków czy Rosjan.

Drugi scenariusz, o wiele gorszy dla Bliskiego Wschodu i dla świata, oparty jest na założeniu, że to dopiero początek. Uzasadniona wydaje się obawa, że w Teheranie uznano (przy cichej zgodzie Moskwy i Pekinu?), że to najlepszy moment na totalną konfrontację. To z kolei oznaczałoby, że Iran tylko czeka na zaangażowanie się armii izraelskiej w Gazie, aby rzucić Hezbollah na północną granicę. Przez Syrię i północny Irak od lat płynie pomoc dla libańskiej bojówki, a teraz mogą ruszyć także poważne siły „ochotników”. Wtedy konflikt szybko się rozleje na cały Bliski Wschód.

Chińczycy mogą liczyć w tym wypadku, że oprócz wszystkiego, co daje im pierwszy scenariusz, Zachód zostanie dodatkowo wciągnięty bezpośrednio lub pośrednio w konflikt. Pogrąży go on gospodarczo, wyczerpie zasoby militarne i zdestabilizuje wewnętrznie przynajmniej znaczną część Europy przez nową falę uchodźców. Zachód, jeżeli nawet przetrwa, wyjdzie z tego poważnie osłabiony do dalszej rywalizacji z Chinami i będzie skłócony z państwami arabskimi, które siłą rzeczy wejdą w chińską orbitę wpływów.

wszystkoconajwazniejsze.pl

1 listopada na łamach tygodnika „The Economist” ukazał się wywiad z naczelnym dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy Wałerijem Załużnym oraz jego autorski materiał, w których przyznał, że sytuacja na froncie znalazła się w „ślepym zaułku”, a żadna ze stron konfliktu nie jest w stanie przeprowadzić ofensywy. Wskazał, że jego osobistym błędem było prognozowanie szybkiego wyczerpania rosyjskich zdolności militarnych, w tym potencjału mobilizacyjnego. Opór przeciwnika spowodował, że ciągu trwającej pięć miesięcy kontrofensywy armia ukraińska posunęła się zaledwie o 17 kilometrów w głąb jego pozycji. Generał dodał, że obecna sytuacja przypomina wojnę pozycyjną z okresu I wojny światowej. Próby przełamania rosyjskich pozycji nie powiodły się z powodu utknięcia na polach minowych i skutecznego rozpoznania przez wroga zgrupowań sił ukraińskich, które pozwoliło na ich niszczenie. Kolejną przyczyną niepowodzenia było skierowanie do walki nowych brygad bez doświadczenia bojowego. Według Załużnego do przełamania impasu Ukraińcy potrzebują „nowych technologii”. Za priorytet uznał dostawy środków obrony powietrznej, m.in. samolotów myśliwskich, bezzałogowców, środków walki radioelektronicznej, sprzętu pozwalającego prowadzić ogień kontrbateryjny oraz urządzeń niezbędnych do neutralizacji min, w tym robotów saperskich. Stwierdził też, że Ukraina ma ograniczone możliwości szkolenia rezerw na swoim terytorium, a ponadto występują problemy z rotacją żołnierzy na linii frontu. Podkreślił, że partnerzy z NATO potrzebują co najmniej roku, a w niektórych przypadkach (np. samoloty myśliwskie) dwóch lat, aby zwiększyć zdolności produkcyjne sprzętu i amunicji.

Oceniając dotychczasową pomoc wojskową udzielaną przez USA, Załużny wskazał, że była ona wystarczająca jedynie do zahamowania rosyjskiej inwazji, lecz nie do wygrania wojny. Zwłoka w dostawach systemów rakietowych ATACMS i czołgów pozwoliła przeciwnikowi przegrupować się i zorganizować obronę. Dodał, że myśliwce F-16, które mają pojawić się na Ukrainie w przyszłym roku, mogą okazać się mniej przydatne ze względu na wzmocnienie przez Rosjan systemów obrony przeciwlotniczej S-400. W ocenie generała mimo trudnej sytuacji na froncie Ukraina nie ma innego wyjścia, jak tylko utrzymać inicjatywę na polu walki. Zwrócił uwagę, że długotrwała wojna pozycyjna może doprowadzić do wyczerpania zdolności obrońców do kontynuowania działań zbrojnych. Oznajmił, że Władimir Putin liczy na upadek morale społeczeństwa ukraińskiego i na zmniejszenie wsparcia ze strony Zachodu. W opinii Załużnego Rosja – choć poniosła ciężkie straty (ok. 150 tys. ludzi) – będzie jeszcze długo utrzymywała przewagę nad Ukrainą.

osw.waw.pl


W 2020 roku Stany Zjednoczone wprowadziły nowe przepisy, które zakazały eksportu amerykańskich technologii do wybranych chińskich przedsiębiorstw, zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio. Przepisy dotyczą producentów na na całym świecie, i zabraniają eksportu do części chińskich firm towarów i technologii, jeśli tylko do ich stworzenia wykorzystane zostały rozwiązania, technologie, maszyny lub oprogramowanie pochodzące z USA. To właśnie z tego powodu TSMC zaprzestało wówczas dostarczać procesory dla Huawei. Przepisy zostały następnie rozszerzone na CPU i GPU do obliczeń - w efekcie tego Nvidia musiała zaprzestać dostaw do Chin układów A100 i H100.

W zamian Nvidia przygotowała ich warianty o niższej wydajności o nazwie A800 i H800, spełniające wymogi restrykcji eksportowych, i dzięki temu mogła nadal sprzedawać je odbiorcom z Chin.

Tymczasem administracja USA zdecydowała się na kolejne zaostrzenie przepisów dot. eksportu technologii, oraz poinformowała pisemnie Nvidia, że począwszy od 16 listopada tego roku musi zakończyć dostawy procesorów A800 i H800 do Chin. Wprowadzone przepisy dotkną też karty GeForce RTX 4090, które oferują na tyle wysoką wydajność obliczeniową, że także ich dostawy do Chin staną się zakazane począwszy od 16 listopada.

twojepc.pl

Wydaje się jednak, że los Šamborskisa nie został przypieczętowany przez zbiegi okoliczności. Z miejsca urodzenia Šamborskisa jest mniej niż 20 kilometrów do przejścia granicznego w Kibartach (lit. Kybartai) i rzeki Liepona, która wyznacza granicę geopolityczną, kluczową dla plemion i narodów bałtyckich. Na przejściu tym na mocy pokoju mełneńskiego w 1422 roku ustanowiono granicę między Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem niemieckim. Owa granica między WKL a Prusami, carską Rosją i Niemcami, czy też, jak się ją czasem nazywa, Litwą Mniejszą (obszar północno-zachodniej Europy), i Litwą Większą (obszar Europy Środkowo-Wschodniej), pozostała niezmieniona przez pół tysiąclecia, a jej fragment (między jeziorem Wisztyniec [lit. Vištytis, niem. Wystiten] a Niemnem w pobliżu miejscowości Sudargas) pozostał niezmieniony do dziś i jest nazywany najstarszą granicą państwową w Europie. W tym czasie pozostali na Litwie Mniejszej Bałtowie zostali poddani masowym eksterminacjom – przeprowadzanym przez krzyżowców, carów, nazistów i Sowietów. Po wyginięciu mówiących ojczystym językiem Prusów w połowie XVIII wieku pozostali na ziemi królewieckiej Litwinów wymordowali Sowieci – zginęło wtedy do 330 tys. osób, z czego około 40% stanowili Litwini lub osoby o litewskim bądź pruskim pochodzeniu. Te czystki etniczne przeżyło jedynie kilkudziesięciu miejscowych Litwinów i Niemców.

(...)

Na Litwę uciekł potajemnie, ryzykując, że go schwytają, a nawet zastrzelą na granicy – przekroczył ten sam potok Liepona, który obecnie wyznacza granicę z administrowanym przez Rosję obwodem kaliningradzkim. „Nie jest zbyt szeroki i głęboki, można go przejść w bród” – mówi, uśmiechając się smutno. „Kiedy mieszkałem w obwodzie, byłem okazjonalnie zatrzymywany najpierw podczas przekraczania granicy, a później i w miejscu zamieszkania. Próbowali mnie zastraszyć: albo będę z nimi współpracował, albo wyjadę. Jedno z dwojga, trzeciej możliwości nie było. W końcu zabrali mi dokumenty, chociaż nigdy nie postawiono mi oficjalnie żadnych zarzutów. Wiedziałem, że wcześniej czy później się ze mną rozprawią”.

Niszczenie wszelkich przejawów litewskiej kultury w obwodzie, które rozpoczęło się po wyborze Putina na drugą kadencję prezydencką w 2004 roku, stopniowo się nasilało. „Jeden po drugim, nasi nauczyciele (Arūnas Urbaitis, Jonas Glinskis, Emilija Algaudė Bukontienė i inni) stali się osobami niepożądanymi w obwodzie: a to znajdowano u nich jakąś gazetę, książkę, a to ktoś na nich składał donos – i nie wolno im już było przekraczać granicy. Ta presja pokazała, że litewskość i język litewski nie są tu mile widziane, a szczególnie niepożądane jest pielęgnowanie pamięci historycznej, przypominanie ludziom, że była to Litwa Mniejsza lub Litwa Pruska. Z Moskwy wydano instrukcje, aby to wszystko wytępić i zniszczyć. Początkowo stosowano w tym celu w miarę cywilizowane metody, rychło jednak stawały się coraz bardziej bezczelne. Ostatecznie tablica upamiętniająca Vydūnasa w Tylży została zburzona, Stowarzyszenie Nauczycieli Języka Litewskiego Ziemi Królewieckiej zostało rozwiązane, a zespoły folklorystyczne zdelegalizowane. Nie zostało nam nic”.

Šamborskis mówi, że otrzymywał zaproszenia do FSB i inne oznaki „uwagi”. „Jadę do Gąbina (ros. Gusiew, lit. Gumbinė, niem. Gumbinnen) odwiedzić nauczycielkę Irenę, córkę zesłańców, i pół godziny po moim wyjeździe przychodzą do niej zamaskowani mężczyźni z OMON-u (obecnie Rosgwardia), przewracają do góry nogami cały dom, przeszukują komputer, zabierają dokumenty, zadają formalne pytania, straszą ją i ostatecznie wychodzą, rzucając na odchodnym, żeby przekazała mi pozdrowienia. Oczywiście dzwoni do mnie z płaczem: «Sigitas, zrób coś...». Cóż mogę zrobić? W podobny sposób przeszukano dom naszej przyjaciółki Liudmiły Gudonytė, córki Juozasa Gudonisa-Liktaravičiusa, międzywojennego litewskiego pilota i późniejszego partyzanta. U mnie z kolei znaleźli książeczkę pracy i żywo zainteresowali się tym, że jestem byłym pracownikiem sekretariatu Sąjūdisu. Zarekwirowali mi ten dokument”.

Przewodniczący litewskiej społeczności również został poddany „specjalnym metodom”. „Zdarzało się tak, że podczas przekraczania granicy odprowadzano cię na bok, wtedy przychodził ktoś z milicji i bez słowa wyjaśnienia cię zabierał. Wywozili cię gdzieś i wsadzali do celi. Cele FSB są bardzo interesujące, polecam je wszystkim, którzy nie lubią Litwy – mówi, uśmiechając się smutno. – Jest to pokój o powierzchni może trzech metrów kwadratowych, z żarówką zwisającą z sufitu, a zamiast tapet ściany są obklejone antylitewskimi, antykatolickimi i antynatowskimi tekstami i hasłami. Nie ma łóżka, nie ma czym się przykryć, jest tylko taboret przykręcony do podłogi metalowymi śrubami. I masz spędzić tam całą noc. Nie da się spać, bo podłoga nie jest drewniana. Co tu robić? Czytać… Przychodzą rano i pytają: przeczytałeś? Czy coś z tego zrozumiałeś? Odpowiadam: tak, oczywiście, wszystko zrozumiałem. No proszę, spryciarz z ciebie… To może być zabawne, ale kiedy zabierają ci wszystkie rzeczy, skanują telefon i prawdopodobnie instalują jakiś system śledzenia, nie wiesz, jak się zachowają. Może podrzucą narkotyki: potem przyjdą i je «znajdą», wniosą sprawę karną i wyślą do sanatorium za kratami na kilka lat. A może podadzą ci truciznę i nie pożyjesz długo”.

Šamborskis podejrzewa, że otrute mogły zostać dwie jego koleżanki: Danutė Norušaitė z Tylży, również pochodząca z małolitewskiej rodziny, córka Helgi Strėkaitė i Vincentasa Norušasa, budowniczego kościoła Zmartwychwstania Chrystusa w Tylży, konsekrowanego w 2000 roku, oraz Irena Tiriuba-Barilaitė, nauczycielka, która od 2001 roku prowadziła dziecięcy zespół folklorystyczny Nadruvėlė w Gąbinie. „Wokół Danutė zaczęli krążyć jacyś ludzie, którzy usilnie próbowali się z nią zaprzyjaźnić – kobiety, które przedstawiały się jako wnuczki zesłańców, ale wyglądały bardzo podejrzanie. Ostrzegłem ją również, by nie piła z nimi herbaty. Kilka miesięcy później zmarła nagle na zapalenie trzustki”. Irena, nauczycielka, również zmarła nagle w ten sam sposób. „Takie niewyjaśnione zgony, kiedy nasze najbardziej aktywne kobiety po pięćdziesiątce umierały jedna po drugiej bardzo szybko, rodzą pytania. Czy to tylko zbieg okoliczności? Nie sądzę” – mówi Šamborskis.

Atmosfera, która sprawiła, że bardziej aktywni Litwini poczuli się jak wrogowie władzy, przypomina wstęp do stalinowskiego terroru. „Różnica polega na tym, że oni nie stawiają pod murem do rozstrzału”. Jak powiedział mi strażnik graniczny z osobliwym poczuciem humoru: „Dawniej, Sigitasie Aloyzowiczu, zastrzeliliby cię tutaj na miejscu, ale teraz muszą się niestety z tobą cackać”. Chociaż kiedyś bardzo dobrze się dogadywaliśmy: ich służba graniczna dawała mi, jako Litwinowi, pozwolenie na przekraczanie granicy bez kolejki i nawet zapraszała mnie na swoje imprezy. Otrzymałem ponad sto listów dziękczynnych od burmistrzów różnych miast obwodu za dostarczoną im pomoc humanitarną i organizację imprez. Jestem honorowym obywatelem Czerniachowska. Ale wszystko wywróciło się do góry nogami – z dnia na dzień stałem się wrogiem”.

Jednak wśród Rosjan, nawet polityków, przewodniczący miejscowej litewskiej społeczności spotkał wielu, którzy próbowali mi pomóc. Po tym, jak podjął próby obrony przed terrorem za pomocą środków prawnych, z wdzięcznością wspomina wsparcie rzecznika praw człowieka Iriny Wierszyninej, profesora Jurija Matoczkina, który był gubernatorem za prezydentury Borysa Jelcyna, a także innych dość wpływowych osób: „Jest wielu dobrych ludzi i nie było nikogo, kto próbowałby zarobić na moim nieszczęściu. Ale ani im, ani najlepszemu prawnikowi w obwodzie kaliningradzkim nie udało się nic wskórać. Widziałem, że te wysiłki tylko rozwścieczyły FSB. Chcieli, żebym albo zgodził się pracować przeciwko Litwie i Litwinom, albo wyjechał. Kiedy zabrali mi dokumenty, nie miałem już litewskiego paszportu ani rosyjskich dokumentów. To była tylko kwestia czasu, zanim się ze mną rozprawią”.

Nielegalnie opuścić Rosję nie było łatwym zadaniem: „Nie jestem przemytnikiem, którym nikt by się nie interesował, czułem się śledzony. Gdyby mnie złapali, mogliby mnie zamknąć na lata i nie wiadomo, czy w ogóle nie zastrzeliliby na miejscu. Co więcej, litewska straż graniczna mogła mnie aresztować lub zrobić to samo, co z migrantami z Białorusi – wypchnąć z powrotem do Rosji. Należało ich jakoś ostrzec, powiedzieć, kim jestem i dlaczego nielegalnie przekraczam granicę. Musiałem zorganizować to wszystko potajemnie i wyjątkowo precyzyjnie: miałem wsparcie, pomogli mi penetrować drogę ucieczki, aby uniemożliwić śledzenie mnie, znajomi obserwowali z ukrycia, czy nikt za mną nie jedzie… Jestem wdzięczny naszym rodakom, że wciąż żyję i mi się udało. To są dzieci naszych partyzantów, ci, którzy nie zdradzą”.

(...)

Więźniowie polityczni zwolnieni z obozów Gułagu, którym sowieckie struktury represyjne uniemożliwiały powrót na Litwę, często osiedlali się w przygranicznych miejscowościach obwodu kaliningradzkiego, aby w ten sposób być bliżej swojej ojczyzny. „W naszym regionie mieszkało kilka tysięcy więźniów politycznych i zesłańców. Byli to przedstawiciele przedwojennej elity, których Sowieci uważali za swoich największych wrogów: byli wśród nich piloci niepodległej Litwy, inżynierowie, nauczyciele, oficerowie i podoficerowie. Bystrzy ludzie, którzy bardzo kochali Litwę” – wspomina Šamborskis.

Według niego to właśnie z tych peryferii, gdzie osiedlili się Litwini, którym nie pozwolono kiedyś wrócić do ojczyzny, większość mężczyzn została zabrana na front wojny w Ukrainie, kiedy jesienią 2022 roku ogłoszono mobilizację do armii rosyjskiej. Czy takie posunięcie nosi znamiona czystki etnicznej? „Tak samo jak w całej Rosji – do wojska zabierają przede wszystkim z obrzeży zamieszkanych przez te biedne małe narody. I unikają Moskwy, Petersburga czy w naszym przypadku regionalnego centrum Kaliningradu, aby nie wywoływać zamieszek. Elity nie chcą, by ich dzieci umierały. Mobilizują więc mieszkańców najbiedniejszych regionów, gdzie sytuacja gospodarcza jest zła, a bezrobocie wysokie. Przecież tych biedaków nikomu nie szkoda, dodatkowo jeśli wszyscy szepczą po kątach, że na pograniczu wciąż jest wielu Litwinów, to przede wszystkim stamtąd trzeba brać rekruta” – mówi przewodniczący litewskiej społeczności.

Tak więc wśród tych, którzy są wykorzystywani jako mięso armatnie w armii agresora, jest wielu młodych ludzi pochodzenia litewskiego. Według Šamborskisa około 11 tysięcy żołnierzy ze zmotoryzowanej jednostki strzeleckiej stacjonującej w Gąbinie zostało wysłanych do Ukrainy: „Byli to miejscowi chłopcy, poborowi, głównie z terenów przygranicznych, gdzie co czwarty ma chociaż kroplę litewskiej krwi, ponieważ jego dziadkowie byli Litwinami. Na tej podstawie możemy w przybliżeniu obliczyć, ilu chłopców pochodzenia litewskiego wywieziono z Gąbina. Wiemy, że ci żołnierze byli bici. Według ukraińskich danych połowa z nich zginęła, wielu zostało rannych, a ilu pozostało przy życiu, tego nikt nie wie. Pięćdziesięciu młodych mężczyzn zostało zmobilizowanych jesienią ubiegłego roku z granicznej miejscowości Eitkūnai (ros. Czernyszewskoje, niem. Eydtkuhnen), gdzie było wielu Litwinów i gdzie nadal jest wielu ludzi o litewskich korzeniach. Siedemnaścioro z nich miało pochodzenie litewskie. Są to dokładne dane. Nie wiadomo, ilu z nich jeszcze żyje. Wiem tylko, że przebywają w Ukrainie, a ich rodziny od kilku miesięcy nie mają żadnych wiadomości o swoich bliskich. Zabierane są im telefony. Rosja nie oszczędza swoich żołnierzy: hurra i do przodu! Do tego dochodzą najemnicy Wagnera i Czeczeni Kadyrowa – zastrzelą ich, jeśli spróbują zdezerterować”.

(...)

Potajemna ucieczka z Rosji teraz nie jest już możliwa, więc wyjeżdżają legalnie, przez jedyne obecnie otwarte przejście graniczne w Kibartach. „Jeśli chcą ci wręczyć powołanie poborowe po rosyjskiej stronie granicy, strażnicy pytają cię: czy masz bilet? Ów «bilet» oznacza sto euro włożone do paszportu. Łapówka dla straży granicznej, by nie wręczyła ci powołania do wojska na granicy i pozwoliła wyjechać. Na Litwie jest trudniej. Jak nie masz litewskiego paszportu lub pozwolenia na pobyt, jesteś przesłuchiwany przez bardzo długi czas, a twoje dokumenty są dokładnie sprawdzane. Jeśli nie masz zaświadczenia o litewskim pochodzeniu, wjazd na Litwę jest praktycznie niemożliwy. Czasami jadę na granicę, dzwonię do kierownika zmiany straży granicznej i mówię mu, że taki a taki na pewno przyjedzie, na pewno grozi mu pobór… W takich przypadkach wzywani są specjaliści z Departamentu Migracji, a swego rodzaju komisja decyduje, czy go wpuścić. Dana osoba musi wypełnić kwestionariusz, odpowiedzieć na pytanie «do kogo należy Krym?» oraz inne pytania dotyczące wojny w Ukrainie. W ten sposób niektórym udaje się przedostać na Litwę” – opowiada Šamborskis.

(...)

Według Šamborskisa mobilizacja do armii rosyjskiej w pewnym stopniu zmieniła nastroje w Kaliningradzie. Fala histerycznej nienawiści, która pojawiła się, gdy Litwa próbowała ograniczyć tranzyt do obwodu przez swoje terytorium, opadła: „W tym czasie wszyscy Litwini mieszkający w Kaliningradzie byli nazywani faszystami. Mówili, że «Litwa chce nas zniszczyć», że Polacy i Litwini to najgorsi wrogowie. Teraz Litwini nie są już atakowani bezpośrednio, ale złość została zastąpiona smutkiem i rozpaczą, jak mówią Rosjanie, smutą. Czymś innym było siedzenie na kanapie i mówienie, że popiera się tę wojnę, czymś innym jest ciągłe zastanawianie się, co stało się z ukochaną osobą, czy jeszcze żyje. Hurapatriotyzm powoli gaśnie”.

new.org.pl

czwartek, 2 listopada 2023


Aktywne działania ukraińskich wojsk w Obwodzie Chersońskim przyniosły efekty nie tylko na samym froncie. Skuteczne przeprawy Ukraińców przez Dniepr i utworzenie przyczółka na prawym brzegu rzeki na tyle rozwścieczyło Putina, że zaakceptował on zmiany najwyższych dowódców w trakcie toczonych walk. Swoje stanowisko utracił przede wszystkim dowodzący rosyjskim zgrupowaniem „Dniepr” generał pułkownik Oleg Makarewicz.

Oficjalnego powodu dymisji nie podano, jednak wszystko wskazuje na to, że odwołanie Makarewicza było związane z ostatnimi sukcesami Ukraińców w dorzeczu Dniepru. W rosyjskiej Wikipedii dodatkowo wskazano, że powodem usunięcia był „skrajny brak inicjatywy w dowodzeniu na tym kierunku (południowym - red.), nieznajomość sytuacji na miejscu oraz rozbieżność między rzeczywistym stanem a jego raportami”. Makarewiczowi nie pomogło nawet to, że był on uważany za pupilka Putina. Świadczyło o tym chociażby spotkanie z rosyjskim prezydentem podczas jego wizyty w południowo-wschodniej części Ukrainy w kwietniu 2023 roku.

Dodatkowo Makarewicz okazał się bezwzględny, zresztą nie tylko w odniesieniu do Ukraińców, ale również własnych żołnierzy. Jest on zresztą uznawany przez Ukraińców za zbrodniarza wojennego za wydanie 6 czerwca 2023 r. rozkazu wysadzenia tamy-elektrowni wodnej Kachowka, „powodując śmierć miejscowej ludności w wyniku zalania zaludnionych obszarów obwodu chersońskiego, zniszczenia domów, infrastruktury i obiektów rolniczych oraz doprowadzenie do katastrofy ekologicznej na dużą skalę”. Problemy mieli również rosyjscy żołnierze, którzy byli zalewani przez nadciągającą wodę na swoich stanowiskach bojowych.

Pomimo tych „zasług” obecnie informuje się jedynie, że Makarewicz został „przeniesiony do innego ważnego obszaru pracy”. Ze strony internetowej Minoborony wynika, że jest to stanowisko komendanta Akademii Sił Połączonych Sił Zbrojnych Rosji. Co ciekawe, z oficjalnego życiorysu Makarewicza usunięto informację, że brał on udział w tzw. specjalnej operacji wojskowej oraz że w jej trakcie, od kwietnia 2023 r., był dowódcą zgrupowania „Dniepr”.

Ostatecznie Agencja TASS 30 października 2023 r. potwierdziła plotki opublikowane na Telegramie, że miejsce Makarewicza zajął dowódca rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych (WDW) generał pułkownik Michaił Tieplinskij. Jest to stosunkowo młody generał (urodził się w 1969 r.). 

(...)

Awansowanie go na stanowisko dowódcy zgrupowania „Dniepr” uznano w rosyjskich mediach za sygnał przejścia do bardziej aktywnych działań w tamtym regionie. Miało to też „podnieść morale wśród spadochroniarzy”.

Jednak Ukraińcy pokrzyżowali te plany, i to dosyć skutecznie. Oczywiście według informacji przekazanych przez Minoboronę wiadomo, że „przekazanie spraw i objęcie stanowiska dowódcy grupy »Dniepr« odbyło się sprawnie”. Ruch pojazdów wojskowych i związana z tym aktywność radiowa nie umknęły uwadze Ukraińców. Zlokalizowali oni w mieście Geniczesk punkt stacjonowania sztabu zgrupowania „Dniepr” (m.in. na podstawie zdjęć z kwietniowej wizyty Putina), po czym zbombardowali go, najprawdopodobniej amerykańskimi rakietami MGM-140 ATACMS.

defence24.pl

środa, 1 listopada 2023


Grupa ekspertów Klubu Wałdajskiego, którymi kierowali Andriej Suszencow, dziekan wydziału stosunków międzynarodowych MGiMO oraz Wasilij Kaszin, dyrektor Centrum Kompleksowych Studiów Międzynarodowych i Europejskich moskiewskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej opublikowali raport poświęcony wojnie w nowej epoce i perspektywom powrotu „wielkich armii”(Wojna w nowej epoce: dlaczego wracają wielkie armie). Tytuł jest nieco mylący, bo w istocie mamy do czynienia z prognozą jak może zakończyć się wojna na Ukrainie, jakie będą tego konsekwencje dla globalnego układu sił i jakie podstawowe wnioski można wyciągnąć z dotychczasowego przebiegu rosyjsko – ukraińskiego konfliktu w wymiarze wojskowym. Mamy w Polsce skłonność do lekceważenia dokonań rosyjskich myślicieli strategicznych, uważamy to co piszą za propagandę, narrację oderwaną od rzeczywistości a w związku z tym niewartą uwagi. Niesłusznie. A potwierdzeniem tego jest właśnie nowy materiał Klubu Wałdajskiego który cechuje się precyzyjną i trudną do obalenia argumentacją.

Szukając analogii w przeszłości rosyjscy eksperci formułują opinię, że obecną wojnę na Ukrainie można jedynie porównywać z konfliktem w Korei. Inne, nawet wielkie i długotrwałe konflikty ostatniego 70-lecia, jakim było choćby starcie Iranu z Irakiem nie miały ani takiej skali, ani nie angażowały mocarstw „z pierwszego szeregu” ani ich wpływ na układ sił nie był tak istotny. Podobieństwa między obecną wojną a konfliktem koreańskim są, dla odmiany, uderzające. Po pierwsze i wówczas i obecnie wojna wybuchła w następstwie zaostrzającej się rywalizacji wielkich mocarstw. W obydwu przypadkach gra toczy się nie tylko o przyszłość państwa na obszarze którego trwają walki, ale również o przyszły kształt porządku światowego. Tak jak ZSRR uczestniczyło w wojnie w Korei (lotnictwo, dostawy sprzętu, zabezpieczenie tyłów) tak i Stany Zjednoczone są zaangażowane w wojnę na Ukrainie (zwiad, rozpoznanie, wywiad, pomoc wojskowa i ekonomiczna). Zarówno w czasie wojny koreańskiej jak i obecnie jednym z głównych przedmiotów troski zaangażowanych w nią mocarstw było i jest „kanalizowanie konfliktu” dbanie o to aby nie rozlał się on szerzej, nie wszedł w fazę eskalacji wertykalnej czy horyzontalnej. Zaangażowanie ZSRR w wojnę w Korei, choć wojskowo ograniczone miało na celu uniemożliwienie wojskom ONZ dowodzonym przez Amerykanów osiągnięcie stanu dominacji w przestrzeni powietrznej nad obszarem walk, co, gdyby się udało, oznaczałoby możliwość izolowania i zniszczenia sił północnokoreańskich. Amerykanie, wykorzystując swoją kosmiczną sieć zwiadu, rozpoznania i łączności, realizują na Ukrainie podobne cele, uniemożliwiając Federacji Rosyjskiej osiągnięcie dominacji w tej samej domenie, wzmacniają też ukraińskie zdolności do prowadzenia wojny lądowej. Dane wywiadowcze, które strona ukraińska pozyskuje od Amerykanów umożliwiają precyzyjny ostrzał artyleryjski, co powoduje, że stare, pochodzące jeszcze z czasów sowieckich systemy broni uzyskują nową jakość. Fakt zaangażowania antagonistycznego mocarstwa w wojnę nie jest też sekretem, Amerykanie w czasie wojny w Korei wiedzieli, że Stalin wspiera północnokoreańskich komunistów, dziś Putin i jego otoczenie doskonale orientują się w skali zaangażowania Zachodu. Wojna w Korei wybuchła w związku z nieprzezwyciężalnymi różnicami i agresywną polityką zarówno komunistycznej Północy, jak i prozachodniego Południa. Rosyjscy eksperci widzą również i w tym obszarze wyraźną analogię do wojny na Ukrainie. Jest jeszcze jeden element wspólny. Otóż w czasie wojny koreańskiej atak Północy poprzedzony był błędną, jak się w następstwie okazało, oceną sytuacji, zwłaszcza gotowości Południa do walki i stawiania oporu. Komuniści uważali, podobnie jak Putin i rosyjskie elity w przypadku Ukrainy, że „reżim” rezydujący w Seulu rozpadnie się w czasie kilku dni, niczym domek z kart. Nie docenili również gotowości Zachodu do zaangażowania się w konflikt. Wojna w Korei, z wojskowego punktu widzenia nie została rozstrzygnięta co nie zmienia faktu, że jeśli się weźmie pod uwagę geostrategiczne następstwa to  podobieństwa są uderzające. I w jednym i w drugim przypadku wielkie mocarstwo jądrowe zmuszone zostało do bezpośredniego wojskowego zaangażowania i utknęło w wojnie toczonej z teoretycznie słabszym, nie dysponującym bronią jądrową przeciwnikiem, który jest wspierany przez wielkie mocarstwo będące rywalem. W Korei w wojnie utknęły Stany Zjednoczone, których siły zbrojne poniosły znaczące straty (36 tys. zabitych, ponad 100 tys. rannych), na Ukrainie jest to Rosja. Rosyjscy Autorzy, choć nie piszą tego wprost, w sposób dość czytelny akcentują też jeszcze jedną analogię między wojną koreańską a ukraińską. Ich zdaniem nie dojdzie do eskalacji nuklearnej, bo rosyjska polityka jest w tym obszarze czytelna i ostrożna, odwołanie się do tego rodzaju argumentacji w roku 2022 roku, miało ich zdaniem jedynie na celu niedopuszczenie do wmieszania się NATO do wojny. Przypominają, że Kreml zaczął mówić o swym potencjale nuklearnym wtedy, kiedy zaczęto dyskutować ustanowienie strefy wolnej od lotów nad Ukrainą i obniżył poziom retoryki, kiedy ten pomysł zarzucono. To ich zdaniem, choć tę kwestię można dyskutować, stanowi dowód na to, że perspektywa eskalacji nuklearnej na Ukrainie nie jest wielka. Jeśli tak, to z rachunku sił, ale też z obserwacji tego co się dzieje na polu walki, z faktu, że od jesieni ubiegłego roku wojna weszła w fazę pozycyjną należy wyciągnąć wniosek, że na wzór konfliktu koreańskiego i w wypadku wojny ukraińskiej nie będziemy mieć do czynienia z przesądzającymi rozstrzygnięciami militarnymi.

Nie oznacza to, że taki stan rzeczy nie pociągnie za sobą następstw politycznych czy geostrategicznych. Również i na tym polu można mówić o analogiach między obydwoma wojnami. Jak piszą rosyjscy eksperci, konsekwencją niemożności pokonania przez Amerykanów komunistycznej Północy w toku wojny w Korei, była w gruncie rzeczy decyzja Waszyngtonu o podziale świata na dwa antagonistyczne bloki. Zmienił się stosunek Stanów Zjednoczonych do NATO, który to sojusz nie był traktowany poważnie do momentu wybuchu wojny na Półwyspie Koreańskim. Amerykanie po porażce (nie zrealizowali swoich pierwotnych planów) zrezygnowali też de facto z dążenia do ustanowienia swojej hegemonii w wymiarze globalnym, a z pewnością podjęliby taką próbę gdyby udało im się złamać opór komunistycznej Północy. Jak argumentują „Gdyby Stany Zjednoczone odniosły miażdżące zwycięstwo na Półwyspie Koreańskim, pokonując siły komunistyczne i jednocząc półwysep pod kontrolą reżimu w Seulu, powstaniu dwubiegunowego systemu można by zapobiec lub odłożyć na czas nieokreślony.” W sensie strategicznym jednak Amerykanie w Korei, choć udało im się minimalizować straty i utrzymać prozachodnią państwowość na południu, ponieśli porażkę. Jej konsekwencją był podział świata na dwa bloki polityczno – wojskowe i trwająca do końca lat 60-tych ekspansja polityczna ZSRR, także defensywna postawa Stanów Zjednoczonych.

Z takiej perspektywy należy też spojrzeć na strategiczne konsekwencje nierozstrzygniętej wojny na Ukrainie. Aby je naświetlić rosyjscy eksperci zwracają uwagę, co, ich zdaniem, było głównym geostrategicznym celem tej wojny. Z punktu widzenia Waszyngtonu, który zaczął dostrzegać, że w porównaniu z szybko rozwijającymi się Chinami słabnie konflikt miał w konsekwencji „wyeliminować Rosję” z grona liczących się rywali strategicznych. Przy czym rosyjscy eksperci wprowadzają w tym momencie ciekawe rozróżnienie. Otóż „strategiczne pokonanie” Moskwy nie miało, w ich opinii nastąpić w wyniku przegranej wojny, ale w efekcie działania sankcji, które miały doprowadzić do załamania się rosyjskiej gospodarki, wewnętrznej destabilizacji i przyjęcia w konsekwencji niekorzystnych warunków zakończenia konfliktu, czyli akceptacji porażki. Główny akcent kładziony jest w tym wypadku na oddziaływanie mechanizmów sankcyjnych co należy rozumieć jako odejście od uproszczonych, ale w Rosji popularnych wizji, w świetle których to Stany Zjednoczone „zmusiły” Putina do ataku. Tu raczej, choć nie wprost, wskazywana jest inna sekwencja wydarzeń. Otóż Kreml popełnił błąd strategiczny atakując Ukrainę, błąd polegający na niedocenieniu przeciwnika. Podobnie źle ocenili sytuację północnokoreańscy komuniści atakując ich zdaniem słabe i niezdolne do obrony południe. Kiedy okazało się, że wojna na Ukrainie nie będzie krótką inicjatywę strategiczną przejął Zachód, wzmacniając Kijów swą pomocą wojskową i nakładając na Rosję bezprecedensowe sankcje. To zdaniem Autorów raportu oznaczało w gruncie rzeczy drugą fazę wojny w której gra dotyczyła już nie Ukrainy, ale złamania Rosji. Tej drugiej fazy Zachód nie wygrał, bo Rosja wytrzymała napór, jej gospodarka okazała się bardziej odporną, otoczenie zewnętrzne, zwłaszcza kraje światowego południa otwarte na ekonomiczną współpracę. Jesienią ubiegłego roku, kiedy Moskwa ogłosiła i przeprowadziła częściową mobilizację wojna weszła w fazę kolejną, z wojskowego punktu widzenia walk pozycyjnych, politycznie i strategicznie przedłużającego się konfliktu bez szans na osiągnięcie przez którąś ze stron przewagi. Z tego opisu sytuacji rosyjscy eksperci wyciągają następujący wniosek:

„Niezależnie od tego, gdzie będzie przebiegała ostateczna granica (między Ukrainą a Rosją – MB) po zakończeniu specjalnej operacji wojskowej, można powiedzieć, że konflikt ukraiński stał się już poważną porażką strategiczną Stanów Zjednoczonych. Poniosły one już znaczne straty, ponieważ nie były w stanie powstrzymać Rosji przed rozpoczęciem specjalnej operacji wojskowej, doprowadzić jej do szybkiej porażki i uchronić swojego partnera, Ukrainę, przed ofiarami i zniszczeniami.”

Ta dyskusyjna teza, przede wszystkim jeśli chodzi o rekonstrukcję amerykańskich celów geostrategicznych, skłania rosyjskich ekspertów do sformułowania już mniej kontrowersyjnego wniosku. Otóż ich zdaniem, niezależnie od tego kiedy i jakim rezultatem zakończy się wojna to w jej następstwie Zachód będzie miał z Rosją raczej więcej problemów niż przed jej wybuchem. Rosja, co prawda nie była w stanie doprowadzić do obalenia wrogiego rządzącego obozu na Ukrainie, ale doprowadziła do znaczącego osłabienia państwa, takiego wyczerpania jego możliwości i potencjału, w tym demograficznego, że z geostrategicznego punktu widzenia dzisiaj bardziej należy ona do pasywów niż aktywów. Wojna najprawdopodobniej zakończy się „wariantem koreańskim”, co oznacza, że zarówno Rosja jak i Ameryka nie osiągną swoich głównych celów geostrategicznych. Ale utrzymująca się, nawet po zakończeniu konfliktu wrogość, będzie miała wpływ na perspektywę zaostrzenia sytuacji, włącznie ze scenariuszami wojennymi, w innych częściach świata. Ale jeśli analogie historyczne do których odwołują się eksperci Klubu Wałdajskiego są słuszne, to trzeba przypomnieć co napisali na temat politycznych i geostrategicznych skutków amerykańskiej porażki w Korei. Waszyngton miał zaakceptować dwublokowy układ w świecie, a ZSRR przejęło na kilkanaście lat inicjatywę. Nie piszą tego wprost, ale dość oczywistym wnioskiem, który można wysnuć z ich wywodów, jest ten, że po wyplątaniu się z wojny, Rosja, która poniosła w jej toku duże straty będzie mentalnie na pozycji defensywnej. Nadal będzie mocarstwem, jednak już znaczenie roztropniej angażującym się w nowe „awantury”. Tylko w przeciwieństwie do świata lat 50-tych ubiegłego stulecia obecny nie jest podzielony dwubiegunowo, teraz jest znacznie większa liczba globalnych graczy i to oni w wyniku wojny na Ukrainie zyskają.

Ten pogląd jest tym bardziej uzasadniony, że konflikt ukraiński ujawnił też nieoczekiwany kierunek ewolucji współczesnej sztuki wojennej. Staje się ona połączeniem ultranowoczesnych zdolności w zakresie rozpoznania, zwiadu, rekonesansu i łączności, czyli wszystkiego co wpływa na zwiększenie świadomości sytuacyjnej i tradycyjnych środków walki o których myślano, że odchodzą do historii. Masa, zarówno jeśli brać pod uwagę sprzęt jak i ludzi, zaczyna się liczyć na powrót. Trzeba będzie się przygotowywać do długich wojen, w których co prawda będzie walczyć się inaczej, w większym rozproszeniu, lepiej maskując swoje pozycje, ale które będą nie mniej wyczerpujące. Potrzeba będzie nie mniej amunicji i sprzętu co w wielkich wojnach przeszłości. Liczyć się będą również nowe umiejętności, co powoduje, że już obecnie zarówno armia ukraińska jak i rosyjska dysponują unikalną, bezcenną, w wymiarze globalnym, wiedzą. Jest jednak jedna zasadnicza różnica, która też się ujawniła w czasie tej wojny. Otóż Zachód w okresie globalizacji zlikwidował swój przemysł, dziś znacząca część jego PKB generują usługi, co ma niewielkie znaczenie jeśli mówimy o potencjale i zdolnościach do toczenia długotrwałych wojen na wyniszczenie. Najlepiej to widać porównując możliwości Rosji i 40 krajów Zachodu wspomagających w ramach formatu Ramstein Ukrainę. Co z tego, że wspierające Kijów państwa Zachodu kontrolują 44 % światowego PKB, a Rosja tylko 3,2 %, skoro w zakresie produkcji amunicji i sprzętu wojskowego to Moskwa jest w stanie szybciej zmobilizować swoje zasoby i póki co, ma przewagę? Rosyjscy eksperci są zdania, że lekcje wojny na Ukrainie, zarówno rozwój hiper-nowoczesnych zdolności sieciowych jak i operowania „masą” sprzętu i ludzi, których trzeba zmobilizować, wyszkolić i uzbroić, działać będzie w przyszłości na niekorzyść Zachodu. Światowe południe, Chiny, Rosja, nawet jeśli dysponują mniejszymi zasobami i są państwami biedniejszymi, to jednak mają większe zdolności w zakresie produkcji przemysłowej, większe zasoby ludzkie a w przypadku Rosji większe, zdobyte na wojnie, doświadczenie. Federacji Rosyjskie udało się też w realiach wojny przejść proces wewnętrznego zjednoczenia, unarodowienia elity, znalezienia nowej ideologii jednoczącej naród. W tym sensie będzie przeciwnikiem trudniejszym, bo doświadczonym, zjednoczonym i zdecydowanych do twardej rywalizacji. Niepowodzenie na Ukrainie w obecnych realiach rosyjskiej polityki nie musi oznaczać wewnętrznych turbulencji.

Z naszej perspektywy diagnozy formułowane przez rosyjskich ekspertów są i dobrą i złą wiadomością. Wygląda na to, że przygotowują oni rosyjskie audytorium na przyjęcie informacji o zakończeniu „specjalnej operacji” na Ukrainie bez osiągnięcie początkowych celów. To ta dobra wiadomość. Zła sprowadza się do tego, że ich zdaniem Rosja wychodzi z wojny skonsolidowana, gotowa do budowy wielkiej armii, dysponująca gospodarką będąca w stanie zaopatrzyć ją w niezbędny sprzęt. Wojny przyszłości, do których trzeba zacząć się przygotowywać będą przebiegały inaczej niż jeszcze do niedawno myślano.

„Konieczne będzie – piszą eksperci Klubu Wałdajskiego - znaczne ilościowe rozbudowanie nowoczesnych armii. Co więcej, konflikty takie jak ukraiński nie mogą, jak pokazały doświadczenia zarówno Rosji jak i Ukrainy, być toczone wyłącznie przez formacje wojskowe werbowane na zasadzie ochotniczej. Mobilizacja ludności do sił zbrojnych staje się nieunikniona, podobnie jak utrzymanie i rozszerzenie praktyki poboru obywateli do służby wojskowej.”

Wrócą armie masowe, wyposażone w nowoczesne technologie. Na to należy nałożyć inne zjawisko. Otóż rywalizujące o wpływy mocarstwa nie będą w stanie kontrolować całego świata. W tym sensie nie nastąpi epoka dwu czy trójblokowości. Obozy wokół największych państw będą istnieć nadal, podobnie jak i rosnąca grupa graczy średniej wielkości, którzy będą zawierać pragmatyczne, zmienne sojusze. To będzie powodowało większą destabilizację obszarów pogranicznych czy peryferyjnych gdzie z większą częstotliwością wybuchały będą konflikty zbrojne. Wielkie mocarstwa, chcąc uniknąć generalnego starcia będą raczej unikały bezpośredniego zaangażowania, co oznacza, że w generalnym planie wojny będą przypominały obecny konflikt rosyjsko – ukraiński. „Masę” będą dostarczać państwa znajdujące się w strefach zgniotu a mocarstwom wystarczy, dla osiągania ich celów geostrategicznych i utrzymywania chwiejnej równowagi, wspieranie swoich sojuszników w zakresie niektórych, zaawansowanych zdolności technologicznych. Będziemy innymi słowy żyć w zmilitaryzowanym świecie, w którym wojny regionalne mogą wybuchać częściej niż w przeszłości. Ryzyko starcia między wielkimi mocarstwami wzrośnie, dlatego też ich dyplomacje będą aktywniej działać na rzecz utrzymania równowagi.

wpolityce.pl

Rząd Niemiec podjął decyzję o tym, że nie dostarczy Ukrainie rakiet Taurus. Przyczyn jest zapewne kilka. Można o nich przeczytać w portalu politico.eu, który opublikował artykuł na ten temat. Dziennikarze powołują się w nim na opinię Fabiana Hoffmana, specjalisty pracującego na Uniwersytecie w Oslo, którego zdaniem jest to związane z faktem, że w rakietach Taurus zamontowany jest nowoczesny zapalnik PIMPF. Jakie to ma znaczenie? Na pierwszy rzut oka rakiety dostarczone już Ukrainie przez Francję i Wielką Brytanię, mowa o systemach Storm Shadow oraz SCALP i niemieckie są bardzo podobne. Mają po około 5 m długości, ważą, te pierwsze 1,3 tony a Taurusy 1,4 a ich głowice bojowe zawierają ok. 500 kg materiałów wybuchowych (odpowiednio 450 i 461 kg). Zasadnicza różnica związana jest z zapalnikiem. Rakiety dostarczone przez Brytyjczyków i Francuzów mają ich starszą wersję, w której opóźnienie między uderzeniem a detonacją materiału wybuchowego ustawia się „ręcznie”. W przypadku pocisków niemieckich zaaplikowano nowoczesne rozwiązanie i zapalnik Taurusów jak piszą dziennikarze „wykrywa puste przestrzenie i zlicza warstwy”, a to oznacza, że „rozpoznaje warstwy materiału i puste przestrzenie oraz może skuteczniej wysadzać w powietrze wielowarstwowe lub zakopane cele”.

Jakie to ma znaczenie? Zasadnicze i pozwala zrozumieć dlaczego Niemcy podjęli decyzję o niedostarczeniu rakiet Ukrainie. Otóż przy użyciu Storm Shadow bardzo trudno niszczyć cele w rodzaju Mostu Kerczeńskiego, bo należałoby doprowadzić do sytuacji kiedy trzy rakiety, jedna po drugiej, uderzą w ten sam punkt – czyli przęsło. Dwie pierwsze wybuchając odsłonią, ujmując sprawy w pewnym uproszczeniu, elementy konstrukcji nośnej a trzecia może zniszczyć konstrukcję nośną. Bez tego trudno mówić o trwałym wyeliminowaniu mostu z rosyjskiego systemu logistyki wojskowej. Inaczej jest w przypadku rakiet Taurus, w tym wypadku penetracja pierwszych warstw nie powoduje detonacji głowicy, co znakomicie ułatwia niszczenie trudnych, jakimi są właśnie mosty, celów. Ta techniczna charakterystyka pozwala nam zrozumieć polityczne motywy rządu Scholza, który mimo nacisków nie ustąpił i nie przekaże Taurusów Ukraińcom. Boris Pistorius uzasadniając decyzję powiedział, że zdaniem Berlina byłby to krok eskalacyjny. Innymi słowy Niemcy są zdania, że zaatakowanie i zniszczenie Mostu Kerczeńskiego, co pozwoliłoby na przeniesienie wojny na Krym, jest działaniem z ich punktu widzenia niepożądanym. Politico pisze też o tym, iż Berlin boi się tego, że nowoczesne konstrukcje wpadną w ręce Rosjan, co jest tym groźniejsze w sytuacji, kiedy planują używanie Taurusów jeszcze przez długie lata a nawet dziesięciolecia. Brytyjczycy i Francuzi nie mają z tym problemów, bo pracują już nad nowymi modelami co oznacza, że z ich perspektywy rakiety Storm Shadow/SCALP są już przestarzałe. To ważne argumenty, ale istotniejsza wydaje mi się motywacja polityczna. (...)

Warto przeczytać ostatni wywiad byłego kanclerza Schrödera dla Berliner Zeitung. Mówi on w nim wiele interesujących rzeczy, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na kilka. Po pierwsze, w pewnym momencie zgodził się z opinią przeprowadzających wywiad, którzy powiedzieli, że Olaf Scholz „jest większym schroderianinem niż się do tego przyznaje” (mehr Schröderianer). Chodzi tu oczywiście o linię polityczną byłego kanclerza Niemiec i wizję prezentowanych przezeń relacji europejskich, w tym z Rosją, oraz atlantyckich. Ta wizja jest dość czytelna, zresztą Schröder mówi o tym wprost. Po pierwsze, Europa ma inne interesy strategiczne niż Stany Zjednoczone i w związku z tym musi uprawiać politykę samodzielną, w tym doprowadzić do zakończenia wojny na Ukrainie. Po drugie, kwestie gospodarcze należy oddzielić od politycznych, zwłaszcza jeśli mówimy o stosunkach z Chinami i z Rosją. Gospodarki państw europejskich, w opinii byłego kanclerza, nie powinny być zmuszane do ograniczania więzi z Chinami, zarówno z tego względu, iż Ameryka sama tego nie robi, jak i dlatego, że to nie jest korzystna dla Europy opcja. To samo można powiedzieć o Rosji, z którą współpraca gospodarcza powinna zostać utrzymana. Schröder uważa zresztą, że i w tym przypadku Amerykanie utrzymują swą obecność w Rosji, oczekując od Europy aby się z niej wycofała. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo Europy Środkowej to jest pewien, że Putin nie zaatakuje NATO, a na dodatek wątpi w to, że Stany Zjednoczone będą w stanie w sposób skuteczny rywalizować jednocześnie z dwoma mocarstwami jądrowymi, czyli z Chinami i Rosją. Wyłania się z tego niezwerbalizowane, ale jednak czytelne przeświadczenie, że Ameryka chce rywalizować z Chinami i Rosją kosztem Europy, a na dodatek ma małe szanse na sukces. W takim ujęciu opowiedzenie się po stronie Waszyngtonu nie jest zapisaniem się do „obozu zwycięzców” ale ponoszenie niepotrzebnych kosztów. Właśnie dlatego Schröder optuje zarówno za pilnym zakończenie wojny na Ukrainie jak i mówi o potrzebie utrzymania wymiany handlowej, zarówno z Pekinem jak i z Moskwą.

Były kanclerz mówi też o swoim zaangażowaniu w rozmowy pokojowe, które miały miejsce w kwietniu ubiegłego roku i które mogły zakończyć wojnę. Jego zdaniem Kijów był gotowy na zawarcie porozumienia a Amerykanie zablokowali tę inicjatywę „nie pozwalając” Zełenskiemu na podpisanie parafowanych już umów. Podaje też 5 punktów tego porozumienia. Są one istotne dlatego, że nadal, jak wprost deklaruje, mogą one stać się filarami porozumienia kończącego wojnę. Schröder mówi o konkretnych warunkach jakie musiałaby, chcąc pokoju, spełnić Ukraina. Po pierwsze Kijów miałby „zdystansować się” od wizji członkostwa w NATO. Po drugie przywrócić państwowy status języka rosyjskiego. Po trzecie zgodzić się na status Donbasu, który miałby przypominać Południowy Tyrol. Chodzi w tym wypadku o pozostanie tej prowincji w składzie Ukrainy, ale miałaby ona uzyskać faktycznie status regionu autonomicznego (takie zapisy znajdowały się w tzw. Porozumieniach Mińskich - MB). Po czwarte gwarantami bezpieczeństwa Ukrainy miałaby być Rada Bezpieczeństwa ONZ, co oznacza, że również Chiny i Rosja. I po piąte wreszcie, należałoby w Kijowie zrezygnować z planów odzyskania Krymu.

wpolityce.pl