środa, 25 października 2023



Chiny zmniejszają swoje udziały w amerykańskich obligacjach rządowych do najniższego poziomu od dwunastu lat. Były doradca chińskiego banku centralnego Yu Yongding, wypowiedział się już na ten temat na majowym forum w Pekinie. Wyraźnie zalecił Chinom dostosowanie swojego portfela aktywów zagranicznych do nowych realiów. Wezwał on do ograniczenia posiadania amerykańskich obligacji rządowych — zwłaszcza w obliczu rosnącego ryzyka konfliktu z USA.

W szczytowym momencie w listopadzie 2013 r. Chiny posiadały 1,32 bln dol. (5 bln 600 mld dol.) w amerykańskich obligacjach skarbowych. Od tamtej pory Chiny pozbyły się prawie 40 proc. z tej kwoty, z czego aż 28 proc. tylko od czasu objęcia urzędu przez Joe Bidena.

Według amerykańskiej agencji informacyjnej Bloomberg w sierpniu chińscy inwestorzy ponownie pozbyli się amerykańskich obligacji o wartości ponad 16 mld dol. (67 mld 820 mln zł). Obecnie Chiny posiadają amerykańskie obligacje rządowe o wartości zaledwie 805 mld dol. (3 mld 400 mln zł).

Duże banki i instytuty badań ekonomicznych zarejestrowały tę sprzedaż amerykańskich obligacji. Profesor Ferdinand Fichtner z Niemieckiego Instytutu Badań Ekonomicznych w Berlinie potwierdza, że Chińska Republika Ludowa żegna się z bliskimi powiązaniami z dolarem amerykańskim.

Departament Skarbu USA, który spłaca odsetki od amerykańskiego długu narodowego, mógłby przestać obsługiwać dług w przypadku konfliktu, a tym samym pozbawić Chiny dochodów z odsetek. Aktywa te zostałyby de facto zamrożone.

Zajęcie przez amerykańską Rezerwę Federalną około 300 mld dol. (1 bln 271 mld zł) rosyjskich aktywów — zamrożonych wkrótce po inwazji rosyjskiej armii na Ukrainę — dostarczyło Chińczykom materiału ilustrującego ich własną słabość.

"Bezpieczeństwo chińskiego środka przechowywania wartości stało się kwestią geopolityczną" — cytuje pekińskiego eksperta do spraw finansów gazeta "South China Morning Post".

Chiny rozwijają zatem własny system płatności elektronicznych, zwany Transgranicznym Systemem Płatności Międzybankowych, który działa od końca 2015 r. w konkurencji z zachodnim systemem płatniczym Swift, a obecnie odpowiada również za przepływy płatnicze dla rosyjskiej gospodarki.

W ten sposób Chiny uzyskują niezależność gospodarczą, co może pozwolić im na niezależne działania militarne – np. w kwestii Tajwanu.

Amerykanie odczuwają chińskie działania, ponieważ powodują one spadek cen obligacji rządowych. Rezerwa Federalna USA przeciwdziała wysokim stopom procentowym wynoszącym około 7,5 proc. dla 30-letnich amerykańskich obligacji skarbowych — przykładowo jest to o dobre dwa proc. więcej niż płaci się za niemieckie obligacje rządowe o tym samym terminie zapadalności.

Według amerykańskiej agencji informacyjnej Bloomberg w poniedziałek 23 października rentowność dziesięcioletnich amerykańskich obligacji skarbowych wzrosła powyżej poziomu pięciu proc. — po raz pierwszy od 2007 r.

"To szczyt trwającej od tygodni wyprzedaży na amerykańskim rynku obligacji" — skomentowała tę sytuację niemiecka gazeta Handelsblatt.

Dla Amerykanów wycofanie się Chińczyków przychodzi w najgorszym możliwym momencie, ponieważ kraj ten jest uzależniony od kredytów jak nigdy dotąd. Tylko do września tego roku deficyt budżetowy USA wzrósł o 23 proc. do około 1,7 bln dol. (7 bln 210 mld zł).

Oznacza to, że Stany Zjednoczone piętrzą górę długu w wysokości około 33,5 bln dol. (141 bln 960 mld zł). Wojny w Europie i na Bliskim Wschodzie, w połączeniu z wysokimi wydatkami na ustawę o redukcji inflacji, mogą prowadzić do tego, co eksperci nazywają "imperialnym przeciążeniem" — nadmierną ekspansją i rozciągnięciem uwagi światowego mocarstwa.

onet.pl

Prof. Antoni Dudek zaznacza, że nie ma nawet cienia wątpliwości – za nami kampania wyborcza, która była wielkim festiwalem populizmu.

– Chyba największym, jeśli liczyć to w miliardach obietnic i ich wartości. W tym sensie żadna poprzednia kampania nie była tak kosztowna – mówi Onetowi historyk i politolog Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Zdaniem naszego rozmówcy to był jednak tylko jeden wymiar kampanii. Później wyłonił się drugi, ważniejszy – plebiscyt na temat przedłużenia rządów Prawa i Sprawiedliwości.

– W tym momencie paradoksalnie to już nie była kampania na obietnice. Gdyby dalej taka trwała, to PiS dostałby chyba lepszy wynik. Chociaż trzeba przyznać, że najkosztowniejszą obietnicę złożyła Koalicja Obywatelska, a mianowicie podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł. Tak przynajmniej szacowali eksperci. Mimo to KO nie dostała pierwszego miejsca, a wybory wygrało PiS, właśnie dzięki temu, że było populistycznie najbardziej wiarygodne. Ostatecznie jednak przegrało, bo okazało się, że jednak mieliśmy do czynienia z plebiscytem – uważa ekspert.

Prof. Antoni Dudek zaznacza, że tak właśnie trzeba patrzeć na wyniki każdego ugrupowania, łącznie z Konfederacją. Różnica głosów jest dla PiS bezlitosna.

– Przecież nawet Konfederacja krzyczała, że nie będzie rządzić wspólnie z PiS-em. Zresztą PiS też nie mówił, że chce z kimkolwiek robić koalicję. To było dość kuriozalne, ale doprowadziło polską politykę do takiej polaryzacji, że tak naprawdę nikt nie brał pod uwagę nawet rozważania koalicji z rządzącymi – podkreśla.

PiS do końca liczyło na samodzielne rządy i robiło wszystko, by przekonać do takiego scenariusza jak największą liczbę Polaków. Problem w tym, że zbyt mocno postawiło na polaryzację społeczeństwa i przeszarżowało.

– To jest model uprawiania polityki przez Jarosława Kaczyńskiego. Mówił wprost, że PiS jest jedyną formacją patriotyczną – przypomina prof. Dudek.

– Poziom niekonsekwencji intelektualnej Kaczyńskiego jest niebywały na prostym poziomie logicznym. Jeżeli ciągle uważa, że PiS jest partią demokratyczną i sam jest zwolennikiem demokracji, to przecież zawsze w takiej sytuacji obok obozu władzy jest opozycja. Niby Kaczyński dopuszcza jej istnienie, ale zarazem ją dezawuuje, mówiąc, że to jest obca agentura, która właściwie powinna siedzieć w więzieniu, a nie w parlamencie. To naprawdę jest poziom zupełnej nielogiczności w atakach prezesa PiS i to nie tylko na Donalda Tuska. Oczywiście on był głównym bohaterem, ale w istocie rzeczy właściwie wszyscy byli w tym systemie Tuska jakimiś pacynkami, marionetkami czy "pożytecznymi idiotami" – dodaje.

Zbyt duży populizm i polaryzacja polskiej sceny politycznej to nie jedyne błędy, jakie w ostatniej kampanii popełnili liderzy obozu władzy. Zdaniem prof. Dudka PiS za bardzo skupiło się też na przekazie pełnym negatywnych aspektów.

– Pozytywne rzeczy były gdzieś daleko w cieniu. Warto zwrócić uwagę na to, że o takich sprawach mówiło się tylko na początku kampanii – podkreśla politolog UKSW.

– Gdy Jarosław Kaczyński na słynnym ulu programowym wyskoczył z "800 plus", nie było skoku sondażowego PiS-u, a później nastąpił marsz 4 czerwca, gdzie Kaczyński zobaczył gigantyczne tłumy idące za Tuskiem ulicami Warszawy. Wtedy się ewidentnie wystraszył i mam wrażenie, że zaczął wykonywać ruchy, których celem było zaostrzenie retoryki – dodaje.

To właśnie w tym okresie m.in. doszło do wymiany szefa sztabu wyborczego PiS – Tomasza Porębę zastąpił europoseł Joachim Brudziński. Wówczas też Jarosław Kaczyński miał podjąć decyzję o organizacji referendum. – To był potężny błąd PiS-u. Kaczyński dzięki referendum chciał jeszcze bardziej spolaryzować sytuację. Tak się stało, ale w sposób niekorzystny dla rządzących – uważa nasz rozmówca.

Prof. Antoni Dudek przyznaje, że zaskoczyła go nie tylko bardzo wysoka frekwencja w wyborach parlamentarnych, ale także niska w zorganizowanym w ten sam dzień referendum. Jego wyniki uważa za symboliczny.

– Te niewiele ponad 40 proc. to jest górna granica ludzi, którzy dali się zwieźć PiS-owi. To jest niezwykle mało, to pokazuje jak cała reszta miała świadomość, że kto dotyka kartki referendalnej, ten de facto pomaga PiS-owi – mówi. – Można powiedzieć, że ci którzy wzięli udział w referendum, dopuszczali kolejne rządy PiS-u. To z jednej strony pokazuje, że PiS był jednak potężny, bo 40 proc. to gigantyczny wynik, ale nie przełożył się on na większość w Sejmie – dodaje.

Wiele osób zwróciło też uwagę na nieudaną zagrywkę Jarosława Kaczyńskiego, którą był start w wyborach nie z Warszawy a z Kielc. Prezes PiS co prawda zdobył tam najwięcej głosów, pobił historyczny rekord Przemysława Gosiewskiego, ale to była jedyna dobra informacja – w okręgu świętokrzyskim PiS miało do tej pory 10 mandatów, a teraz zdobyło tam zaledwie osiem.

– To nie zapisze się jakoś bardzo w naszej pamięci – mówi Onetowi prof. Dudek. – Bardziej chyba ludzie zapamiętają wynik Romana Giertycha, który będzie chyba pierwszym posłem w dziejach III RP, który w ogóle nie prowadził żadnej kampanii, poza internetową. Wiemy, że ani razu nie pojawił się w swoim okręgu, a i tak został wybrany. Oczywiście zawdzięcza to z jednej strony popularności i temu, że jest rozpoznawalną osobą z racji swojej wcześniejszej aktywności, a po drugie temu, że jednak PiS przegrało cały plebiscyt, o którym już wspomnieliśmy – dodaje.

Jednocześnie nasz rozmówca przyznaje, że największe zaskoczenie minionych wyborów parlamentarnych to wynik Trzeciej Drogi. Politolog UKSW również nie wykluczał, że ludzi Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysz w ogóle zabraknie w Sejmie.

– Ten dwucyfrowy wynik wziął się ze zjawiska "wyborców taktycznych" – uważa prof. Dudek. – Tak jak wielu wyborców zachowało się świadomie nie biorąc kartki referendalnej, tak również wielu, głównie kosztem Koalicji Obywatelskiej, zagłosowało taktycznie na Trzecią Drogę. Oni nie poparli wprost Tuska. W tej grupie byli też tzw. centrowi niezdecydowani. To byli ci, których Kaczyński wystraszył swoją ostrą, apokaliptyczną wręcz retoryką. Oni uznali, że Trzecia Droga jest optymalnym wyborem, bo jednak wciąż mają uraz do Tuska – dodaje.

O ile politycy Trzeciej Drogi mogą świętować, o tyle raczej jęki zawodu wciąż słychać z obozu Konfederacji. Nic dziwnego, skoro niektóre sondaże dawały temu ugrupowaniu nawet 15-proc. poparcie.

– Sądziłem, że Konfederacja będzie miała ostatecznie lepszy wynik. Moim zdaniem zaszkodziły jej dwie rzeczy – przekonuje ekspert.

– Pierwsza to jednak ogromny wzrost frekwencji. Konfederacja jest partią skrajną, a takie mają bardzo zdyscyplinowane elektoraty, które są np. aktywne w internecie, ale nie są zbyt liczne. Kiedy do urn wyborczych idzie więc bardzo dużo ludzi, to ich małe elektoraty toną w tej powodzi. Gdyby frekwencja była o 15 proc., a nawet jak się zdarzało o 20 proc. niższa, to nie obniżałaby się proporcjonalnie we wszystkich grupach wyborców. Można więc przypuszczać, że wyborcy Konfederacji stanowiliby wówczas większy odsetek głosujących – zaznacza.

Zdaniem prof. Dudka Konfederacji zaszkodziły też słowa i występy niektórych kandydatów, na czele z Januszem Korwinem-Mikke. – Nawet Bosak z Mentzenem przyznali, że nie pomogły im wypowiedzi Korwina, a także Brauna, chociaż jego w ostatniej fazie udało się wyciszyć. Wypowiedzi jednak zwłaszcza na temat kobiet wpłynęły na wyborców. Widać, że liderzy Konfederacji są wściekli i ja ich rozumiem. Stracili dużo głosów, dziś oczywiście nikt nie odpowie na pytanie ile, ale na pewno sporo – uważa ekspert.

onet.pl

wtorek, 24 października 2023


Charles Gati – historyk z solidną uniwersytecką pozycją, w młodości uczestnik powstania październikowego na Węgrzech, później od wielu lat w Stanach Zjednoczonych, opublikował kapitalną książkę o tym powstaniu. Skonfrontował wyobrażenia i politykę głównych aktorów sceny politycznej na Węgrzech oraz dwóch potęg zewnętrznych, Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych. Sięgnął do uprzednio niedostępnych źródeł, poradzieckich i amerykańskich, z dokumentacją CIA włącznie. Dokonał rzeczy niezwykle trudnej. Z pietyzmem złożył hołd bohaterom i ofiarom węgierskiego zrywu wyzwoleńczego, a jednocześnie w analizie i ocenie wydarzeń zachował naukowy dystans i poznawczy krytycyzm najwyższej próby. Jego ustalenia i hipotezy są nowatorskie i pouczające. Dzieło to nie ma nic wspólnego z typowymi dla naszych czasów kombatanckimi powiastkami „ku czci”, ale też świadczy o prawdziwym szacunku dla przeszłości, dla jej dokonań i doświadczeń. Można jedynie pozazdrościć.

Powstanie węgierskie zostało zdławione przez armię radziecką, jakby w repetycji dramatu 1849 r., kiedy to wojska cesarstwa rosyjskiego dowodzone przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza, „kniazia warszawskawo” i „grafa jerywanskawo”, pomaszerowały za Karpaty i „uśmierzyły” rewolucję węgierską. Gati sądzi, że w 1956 r. mogło być inaczej, że los Węgier nie był z góry przesądzony, że wiele szans nie zostało wykorzystanych. I wspiera to przekonanie poważnymi argumentami.

Radziecki postalinowski zespół przywódczy, uwikłany w wewnętrzne rywalizacje i walki sukcesyjne, w połowie lat 50. nie miał – według Gatiego – w sprawie państw zwasalizowanych skrystalizowanej polityki. Nie zamierzał demontować imperium, ale też odczuwał potrzebę dostosowania do nowych warunków, do innego już etapu zimnej wojny. W konfrontacji z węgierskim kryzysem szefowie Kremla nie od razu nastawiali się na brutalną interwencję, nie wykluczali eksperymentowania i ustępstw. Imre Nagy, wyrastający na przywódcę sił reformatorskich i narodowych, początkowo cieszył się ich zaufaniem. Szanse Węgier zwiększało położenie na uboczu od głównej linii radzieckich interesów strategicznych i na styku z titowską Jugosławią, z którą ZSRR właśnie normalizował swoje stosunki, dramatycznie zaostrzone w czasach stalinizmu.

Gatiego analizy ówczesnej polityki ZSRR odbiegają od najchętniej dziś lansowanych: „Ukształtowany przez Stalina system relacji między wątpliwymi sojusznikami skończył się niepowodzeniem, ponieważ polityczne i ekonomiczne koszty utrzymania imperium były ogromne… Podobnie jak terror wewnętrzny paraliżował funkcjonowanie elit, a konfrontacja z Zachodem szkodziła sowieckim interesom, także stalinowska dominacja nad innymi krajami komunistycznymi stała się ciężarem. Dla dobra interesów sowieckich należało ten balast zmniejszyć. A zatem zmiany były konieczne. Powinny one jednak wydawać się skromne i niepozorne, by nie naruszyć delikatnej równowagi sił w sowieckiej polityce. Gdyby w ciągu kilku lat wojska sowieckie wycofały się z Węgier, kraj mógłby ewoluować w tę stronę co gomułkowska Polska lub titowska Jugosławia…Węgry jednak nie chciały być drugą Polską… Imre Nagy nie był Gomułką, kardynał Mindszenty nie był Wyszyńskim, a Redakcją Węgierską RWE nie kierował Nowak.

30 października komuniści węgierscy nie rządzili swoim państwem… Dwa wydarzenia tego dnia w Budapeszcie – dokonany rano na placu republiki lincz na funkcjonariuszach urzędu bezpieczeństwa i popołudniowa deklaracja powrotu do systemu wielopartyjnego – najwyraźniej przekonały Chruszczowa, że Nagy i inni komuniści są zbyt słabi, by utrzymać porządek…”. Charles Gati wnikliwie zwraca uwagę na to, że Kreml w swej polityce wobec państw socjalistycznych brał pod uwagę dwa różne kryteria, dbał zarówno o „spójność bloku”, jak też liczył się ze „sprawnością reżimu”. Łatwiej tolerował nawet znaczne odrębności ustrojowe i dysydencje polityczne, jeśli rządzące narodowo-komunistyczne partie mocno trzymały w ręku ster rządów. Na ostatecznym stanowisku radzieckim wobec kryzysu węgierskiego zaważył – jak pisze – również „głęboko zakorzeniony w rosyjskiej kulturze politycznej strach przed rozruchami i zamieszkami”.

Ważkie przyczyny niewykorzystania szans powstania węgierskiego Gati dostrzega więc w słabościach koncepcyjnych i pragmatycznych węgierskich aktorów sceny politycznej, przede wszystkim w nieobecności realpolitik. W kręgach kierowniczych rządzącej partii przeważała orientacja neostalinowska i nadzieja na opanowanie społecznego poruszenia siłą, i to radziecką. Frakcja reformatorska była słaba, doszła do władzy za późno i przez kilka kluczowych dni nie umiała ani skrystalizować swego stanowiska, ani zdyscyplinować swych zwolenników i sojuszników. Powstanie zbrojne wybuchło żywiołowo i rozwijało się niejako obok nowego, już reformatorskiego rządu Imre Nagya. Pozbawione jednolitego kierownictwa, zachowało żywiołowy charakter i formułowało spontanicznie, a częściowo pod wpływem RWE maksymalistyczne i pozbawione realizmu żądania.

Ruch miał rozmach i ideowe oblicze narodowego powstania, ale w organizacyjnych i politycznych formach nie wyszedł poza ramy potężnej ludowej rewolty. Nieprzypadkowo chyba w tytule swej książki Gati użył określenia „1956 Hungarian Revolt”, co w polskim wydaniu przełożono niezbyt ściśle, lecz bardziej poprawnie politycznie jako „powstanie”.

Gati nie oszczędza amerykańskiej polityki. Administracji Eisenhowera ma za złe przede wszystkim hipokryzję. W deklaracjach propagandowych głosiła ona politykę „wyzwalania” krajów zależnych od ZSRR, w rzeczywistości nigdy nie zamierzała jej realizować, a żadnych alternatywnych pomysłów i planów nawet wstępnie nie opracowała. Gati wysuwa sugestie, że zmarnowano wówczas szansę negocjowanego zakończenia zimnej wojny oraz zastąpienia uzależnienia państw Europy Środkowej przez ustanowienie tam reżimów przypominających jugosłowiański titoizm. Ta hipoteza chyba idzie zbyt daleko. Zimna wojna miała głębsze źródła i nie toczyła się wyłącznie o Europę Środkową. Jednak jakieś szanse na pewno zmarnowano.

Praca Gatiego jest wielką zachętą do niemodnych obecnie studiów porównawczych w zakresie historii bloku radzieckiego. Panuje prawie niepodzielnie propagandowa skłonność do generalizacji. Wszystko wrzuca się do jednego „totalitarnego” worka. Tymczasem właśnie w 1956 r. uderza odmienność sytuacji Węgier i Polski.

Przede wszystkim pod względem przebiegu wydarzeń i ich rezultatu. W Polsce inicjatywa wykorzystania pomyślnych okoliczności geopolitycznych dla zmniejszenia zależności od ZSRR i modernizacji oraz liberalizacji systemu wyszła z szeregów rządzącej partii. Wyłoniła się w niej potężna frakcja reformatorska, która w mniejszym lub większym stopniu utrzymała kontrolę wydarzeń, nawet w okresie silnego wzburzenia społecznego. Ulica nie rządziła tym procesem. Zaskakująco silne okazało się myślenie w kategoriach realizmu politycznego. Mierzono zamiary na siły i szanse.

Wydaje się jednak, że w grę wchodziły również różnice głębsze, nie tylko sytuacyjne, związane z kryzysem 1956 r. Ze źródłowo udokumentowanego opisu Charlesa Gatiego wynika, że węgierska partia komunistyczna zarządzana była z Kremla prawie bezpośrednio, jak w kraju inkorporowanym. Szefów tej partii wzywano na odprawy, besztano, dyktowano decyzje personalne. Jeszcze w lipcu 1956 r. Anastas Mikojan osobiście rekomendował komitetowi centralnemu węgierskiej partii kandydaturę Ernő Gerő na stanowisko pierwszego sekretarza. W przypadku Polski było to niemożliwe już od lata 1945 r., czyli od zakończenia wojny i powstania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Brutalne zbesztanie Bieruta przez Stalina w październiku 1944 r. nigdy się nie powtórzyło. Owszem, kierownictwo PPR i później PZPR jeździło do Moskwy „po rady” generalissimusa, ale nie traktowało ich jak rozkazów i też nie zawsze się do nich stosowało. Wbrew Stalinowi przeprowadzono nieudane referendum w 1946 r., inaczej, niż on sugerował, rozegrano wybory 1947 r. Nie posłuchano „rady”, aby funkcję premiera powierzyć Oskarowi Langemu.

Wbrew opinii Stalina utworzono Ministerstwo Ziem Odzyskanych i szefostwo tego resortu powierzono Gomułce. Przesiadywanie radzieckich przywódców w stolicy i bezpośrednie sterowanie miejscowymi sprawami było nie do pomyślenia nawet w okresie stalinowskim. Wyjątkowy przypadek pojawienia się Chruszczowa na obradach Komitetu Centralnego PZPR (6. plenum KC 20 marca 1956 r.) zakończył się awanturą z salą i opuszczeniem przezeń posiedzenia.

Zastanawiając się nad odmiennym zachowaniem się Kremla wobec Polski i Węgier nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wiąże się to z II wojną światową i jej zakończeniem. Węgry były państwem pokonanym, okupowanym i zarządzanym przez Związek Radziecki. Mimo zawarcia w 1947 r. traktatu pokojowego wiele z tego pozostało. Polska była państwem sojuszniczym i nawet zwasalizowana miała inną, mocniejszą pozycję. Nie pozostało to bez wpływu również na przebieg i wynik kryzysu roku 1956.

Niejako na marginesie książki Gatiego godzi się przypomnieć stosunek Władysława Gomułki do dramatycznego finału powstania węgierskiego i losu Imre Nagya. O zamiarze interwencji zbrojnej dowiedział się od Chruszczowa w czasie krótkiego spotkania w Brześciu 1 listopada. Przyjął to do wiadomości, ale podtrzymał zasadnicze stanowisko, że interwencja obcych wojsk „jest złem” w każdych warunkach. Nie miał zrozumienia dla polityki Imre Nagya przede wszystkim z pozycji realpolitik, obawiał się o los Polski. W odróżnieniu jednak od Tita, który pomógł władzom radzieckim w oszukańczym ujęciu Nagya i współtowarzyszy, Gomułka przez wiele miesięcy, jako jedyny przywódca państwowy w bloku radzieckim, podejmował zabiegi o uratowanie życia węgierskiego premiera. Interweniował bezpośrednio u Chruszczowa w maju 1957 r., także wielokrotnie kanałami dyplomatycznymi u Kadara. Wyrokiem i egzekucją Nagya w czerwcu 1958 r. był zaskoczony. Przez 10 dni zwlekał, zanim zdecydował się publicznie zaakceptować fakt dokonany.

pazdziernik56.pl

Tow. Gomułka: Wasz przyjazd jest ingerencją w nasze sprawy.

Tow. Chruszczow: Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Zachodnich.

Tow. Gomułka: Kto chce?

Tow. Chruszczow: Polska. Macie zamiar usunąć z Biura Politycznego tow. tow. Rokossowskiego, Jóźwiaka, Nowaka, Gierka, a wprowadzić – Morawskiego. Nie możemy do tego dopuścić i jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować.

Tow. Ochab: Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć.

Tow. Chruszczow: Ja tak nie powiedziałem, nie przekręcajcie. Chcecie popsuć naszą przyjaźń. Dla dobra naszych interesów, interesów całej międzynarodowej klasy robotniczej i przede wszystkim dla dobra Polski, nie możemy tego znosić.

Tow. Kaganowicz: Po to właśnie przyjechaliśmy, żeby przed faktem dokonanym porozmawiać z wami.

Tow. Gomułka: Naprawdę uważacie, że tylko ci towarzysze (Rokossowski i inni) są gwarancją przyjaźni z wami? My też nie chcemy jej naruszać.

Tow. tow. Kaganowicz i Mikojan: Nie, nie tylko oni są gwarancją przyjaźni, ale oni i wy razem.

Tow. Chruszczow: Zrozumcie, że nie przyjechaliśmy po to, żeby was wykorzystywać i coś wam zabrać. Nigdy nie wtrącaliśmy się do waszych spraw.

Tow. Gomułka: Chodzi o to, że skoro nie wtrącaliście się, to niech wszystko zostanie po staremu i teraz też się nie wtrącajcie.

Tow. Chruszczow: Chcecie postawić nas przed faktem dokonanym. Wasza prasa oskarża nas, właśnie teraz, że pod koniec wojny wywieźliśmy z Polski jakieś drobiazgi, a faktycznie Związek Radziecki zawsze pomagał i pomaga Polsce Ludowej.

Tow. Mikojan: Proponowaliśmy wam zwrot terenów z rudami uranu, ale odpowiedzi od was nie ma, chociaż minęło wiele miesięcy.

Tow. Chruszczow: Mógłbym wręczyć wam, drogi tow. Gomułka, listę osób, zjedzonych w latach 1946-47 podczas głodu na Ukrainie, gdy w tym samym czasie dawaliśmy wam zboże, dawaliśmy wam nie jego nadwyżki, a odrywaliśmy je od żywego ciała naszego narodu. Oto, jaki jest nasz stosunek do Polski.

Tow. Mołotow: Uwzględniając szczególną wagę kwestii przyjaźni polsko-radzieckiej, nie możemy kierować się formalnym punktem widzenia na równoprawność. Nie bylibyśmy komunistami, gdybyśmy w obecnych warunkach tak postąpili.

Tow. Gomułka: Przedyskutujemy te kwestie i przyjdziemy do was za dwie, trzy godziny.

Tow. Kaganowicz: Dlaczego aż tak późno?

Tow. Chruszczow: Towarzyszu Gomułka, taki towarzysz jak Rokossowski zrobił dla wyzwolenia Polski nie mniej od każdego z was, a być może więcej. Odrzućcie emocje, wzburzone w wyniku naszej ostrej rozmowy i porozmawiajmy spokojnie. Zrozumcie, że bez Związku Radzieckiego Polska nie może zapewnić swojej niepodległości i nienaruszalności granic. A rewanżyści Zachodnich Niemiec są coraz bardziej zuchwali.

Tow. Gomułka: Pójdziemy już. Musimy przecież porozmawiać o początku plenum. Później wrócimy.

O godz. 12.00 rozmowy zostały wznowione. Uczestniczyli członkowie Biura Politycznego KC PZPR, tow. tow.: Gierek, Dworakowski, Zawadzki, Zambrowski, Z. Nowak, R. Nowak, Ochab, Rapacki, Rokossowski, Jóźwiak, Cyrankiewicz oraz zastępcy członków Biura Politycznego KC PZPR tow. tow.: Jędrychowski, Stawiński, Chełchowski. W rozmowie uczestniczył tow. Gomułka (dalej wykreślono słowa: Podczas rozmowy obecny był tow. Ponomarienko).

Ze strony radzieckiej w rozmowie uczestniczyli członkowie Prezydium KC KPZR tow. tow.: Kaganowicz, Mikojan, Mołotow, Chruszczow. Obecny był tow. Ponomarienko.

Spotkaniu przewodniczył tow. Ochab. Uczestnicy zdecydowali, że nie będzie ono oficjalnie protokołowane.

Tow. Ochab: Muszę powiedzieć, że nasi towarzysze są szczególnie zaniepokojeni uwagą tow. Chruszczowa o ingerencji. Trzeba wyjaśnić, o jakim ingerowaniu jest mowa.

Tow. Gomułka: Chcemy, żebyście przedstawili swoją ocenę sytuacji w Polsce i żebyście powiedzieli, co znaczy oświadczenie tow. Chruszczowa, że gotowi jesteście zdecydowanie interweniować, by nie dopuścić do naruszenia przyjaźni polsko-radzieckiej. Trudno byłoby mi pracować w takiej atmosferze. Jest to trudne dla większości naszych towarzyszy. Powiedzcie, tow. Chruszczow, co myślicie o tym, by stworzyć sprzyjającą atmosferę dla rozmów między nami, jak między komunistami.

(…)

pazdziernik56.pl

Przedstawiciele ukraińskich służb specjalnych potwierdzili dziennikarzom podejrzenia, że głównym celem ataku SBU na Darię Duginę był jej ojciec, filozof Aleksandr Dugin – podobnie jak córka ideolog rosyjskiego imperializmu i militaryzmu. Dugina zginęła w sierpniu 2022 r. w zamachu bombowym.

Rozmówcy Washington Post stwierdzili także, że FSB trafnie zidentyfikowało jako podejrzaną – 42-letnią Ukrainkę Natalię Wowk. Kobieta razem z córką wyjechały do Rosji jako uciekinierki wojenne z terenów zajętych przez Rosjan w lipcu 2022 roku. Wynajęła mieszkanie w Moskwie tym samym osiedlu co Dugina i przez dłuższy czas śledziła cel ataku.

Źródła amerykańskiej gazety podają również, że Wowk przemyciła bombę w tajnym schowku umieszczonym w przenośnej klatce dla zwierząt. Przewiozła ją załadowanym po sufit samochodzie, co również utrudniło wykrycie ładunku wybuchowego. Motywacją kobiety była częściowo zemsta za rosyjską okupację jej rodzinnego Mariupola. Rozmówcy nie chcieli wyjaśnić, czy służyła w SBU.

(...)

Domniemana autorka zamachu zdążyła wyjechać do Estonii. 


(...)

Operacje te mają budzić niepokój i mieszane oceny zarówno po stronie amerykańskiej, jak i wśród samych Ukraińców, którzy wskazywali, że są ważniejsze cele i że w przyszłości podobne operacje mogą wymknąć się spod kontroli.

– Jesteśmy świadkami narodzin służb wywiadowczych, które są jak [izraelski] Mossad w latach 70. – powiedział gazecie były przedstawiciel CIA, wskazując na izraelską służbę znaną z zabójstw poza granicami kraju.

Takie zdolności ukraińskich służb mają być również zasługą CIA, ze względu na duże wysiłki włożone w ich rozwój. Waszyngton miał wydać miliony dolarów m.in. na szkolenia z operacji za liniami wroga, zaawansowany sprzęt do wywiadu elektronicznego, czy nawet budowę nowych budynków HUR.

Zwłaszcza rozwój wywiadu wojskowego – służby młodszej i mniej obciążonej powiązaniami z Rosją i posowieckimi kadrami SBU – miał być szczególnym priorytetem USA. Stosunek CIA do SBU był bardziej nieufny, a na potrzeby tej współpracy stworzono wewnątrz służby dodatkowy, osobną i odizolowaną dyrekcję, nazwaną Dyrekcją V (kolejną stworzono do współpracy z brytyjskimi służbami).

– Obliczyliśmy, że HUR był mniejszą i bardziej elastyczną organizacją, gdzie mielibyśmy większy wpływ. HUR był naszym małym dzieckiem. Daliśmy im cały nowy sprzęt i szkolenia  – powiedział gazecie jeden z byłych funkcjonariuszy CIA.

Wsparcie to miało pozwolić Ukraińcom na przechwytywanie ogromnej ilości danych i rozmów rosyjskich wojskowych i funkcjonariuszy FSB oraz zbudowanie sieci agentów wewnątrz rosyjskich struktur. Ukraińcy mieli pozwalać Amerykanom zarówno na wgląd do danych, jak i dostęp do agentów. Amerykańskie i zachodnie służby miały też prawdopodobnie udział w stworzeniu małych morskich dronów, które Ukraina wykorzystała m.in. do ataku na Most Krymski.

Według WP szeroki dostęp Ukraińców do komunikacji rosyjskich żołnierzy i służb paradoksalnie przysłużył się jednak do ukraińskiego sceptycyzmu co do ryzyka pełnoskalowej inwazji w lutym 2022 r. Wynikało z nich bowiem, że podsłuchiwani Rosjanie nie wiedzieli nic na temat planowanej inwazji. USA w swoim osądzie bazowały na innym zestawie informacji, którymi początkowo nie dzieliły się z Ukraińcami.

belsat.eu/PAP

Na zdjęciach widać pociski kalibrów 122 mm oraz 152 mm, czyli dwóch podstawowych we wschodniej artylerii. Tych, których Rosjanie zużywają zdecydowanie najwięcej. Dotychczas nie było publicznie dostępnych zdjęć północnokoreańskiej amunicji artyleryjskiej w skrzyniach transportowych. Właściwie to w ogóle nie było zdjęć pocisków produkowanych przez to państwo. Styl napisów i opakowania ma jednak nie pozostawiać wątpliwości.

Zdjęcia publikowane przez Rosjan zbiegają się z informacjami pochodzącymi z innych źródeł na temat północnokoreańskich dostaw amunicji. Przy czym Amerykanie już od roku okresowo informowali o wsparciu rosyjskiego wojska przez Koreę Północną, jednak nie było na to publicznie dostępnych dowodów. Co więcej, te pojawiające się teraz, zbiegają się ze znaczną intensyfikacją kontaktów Moskwy i Pjongjangu na najwyższym szczeblu. Pod koniec lipca w Korei Północnej był rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu, we wrześniu Rosję odwiedził północnokoreański dyktator Kim Dzong Un, a rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow w październiku Koreę Północną. Intensyfikacja relacji dwustronnych ewidentnie wskazuje na zacieśnienie współpracy.

Oficjalnych informacji na ten temat jednak nie ma. Obie strony wypierają się kooperacji w zakresie dostaw amunicji. Poza zdjęciami wspomnianymi na wstępnie pojawił się jednak inny przekonujący dowód. To raport brytyjskiego think tanku RUSI, oparty głównie o serię zdjęć satelitarnych wykonanych nad wschodnim krańcem Azji. Widać na nich dwa porty, północnokoreański Rason i rosyjski Dunaj. Ten pierwszy mieści się na samym północnym skraju Korei Północnej w pobliżu granicy z Rosją i Chinami. Ten drugi tak naprawdę nie jest portem, ale starą i zapuszczoną bazą dla okrętów podwodnych, zbudowaną w czasach ZSRR kilkadziesiąt kilometrów od Władywostoku.

W ostatnich dniach sierpnia i na początku września w oba miejsca tchnięto nowe życie, za sprawą trzech rosyjskich statków Angaria, Maria i Lady R, które przypłynęły z wód okalających europejską część Rosji. Wszystkie są kontrolowane przez firmy powiązane z rosyjskim wojskiem i od lat wykonują zadania specjalne na jego rzecz, oraz na rzecz rosyjskiego handlu uzbrojeniem. Od końca sierpnia zaczęły kolejno wykonywać wahadłowe rejsy pomiędzy Rason i Dunaj, transportując kontenery. Wszystko z wyłączonymi transponderami ASI, które na statkach cywilnych zazwyczaj są włączone i podają ich pozycję. Ruchy trzech rosyjskich statków były jednak śledzone przez satelity. Łącznie zarejestrowano sześć ich rejsów na trasie Rason-Dunaj. Miały w ich trakcie przetransportować kilkaset kontenerów.

W Dunaj były one ładowane na wagony, na bocznicy mającej ostatecznie połączenie z koleją Transsyberyjską. Dalej ich ruchy trudno było śledzić przy użyciu cywilnych satelitów, jednak bardzo podobne kontenery (w dominujących niebieskich barwach, z dodatkiem czerwieni) zaobserwowano na prawie drugim krańcu Rosji. Dokładniej w składzie amunicji kilka kilometrów za obrzeżami miasta Tichorieck w kraju Krasnodarskim. W ostatnich miesiącach przeżył on gwałtowną rozbudowę. Obok tradycyjnych bunkrów amunicyjnych i hal wykopano liczne prowizoryczne zagłębienia otoczone wałami ziemnymi. Na zdjęciach satelitarnych widać, że kontenery zdjęte z pociągów są rozładowywane i w przygotowanych zagłębieniach pojawiają się jakieś obiekty, mogące być stertami skrzyń amunicyjnych.

Wszystko to dzieje się około 200 kilometrów w linii prostej od najbliższej przedwojennej granicy z Ukrainą. Blisko Donbasu, oraz drogi na Krym przez most nad Cieśniną Karczeńską, którym płynie istotna część zaopatrzenia dla rosyjskich wojsk na Zaporożu.

Analitycy RUSI nie byli w stanie dokładnie oszacować skali dostaw amunicji. Ocenili jedynie, że w ciągu nieco ponad miesiąca trzy statki przetransportowały co najmniej kilkaset kontenerów. Swoją opinię na ten temat wyraził publicznie odchodzący szef estońskiego wywiadu wojskowego, pułkownik Ants Kiviselg. - Doniesienia mówią o dostarczeniu do Tichoriecka do tysiąca morskich kontenerów. Każdy może pomieścić od 300 do 350 pocisków artyleryjskich. Czyli oznacza to dostawę około 300-350 tysięcy pocisków - mówił na konferencji prasowej, cytowany przez estońskiego nadawcę publicznego ERR.

Przy okazji Estończyk w interesujący sposób rozwinął ten wątek. Według oceny jego służby, Rosjanie aktualnie zużywają około 10 tysięcy sztuk amunicji artyleryjskiej dziennie. Co oznacza, że Korea Północna dostarczyła rosyjskiemu wojsku około miesięcznego zapasu. - Według naszych ocen, Rosja nadal ma około czterech milionów sztuk amunicji. To oznacza, że przy aktualnie dość niskim dziennym zużyciu na poziomie 10 tysięcy sztuk, pocisków artyleryjskich wystarczy im na nieco ponad rok - mówił Kiviselg. Jego zdaniem celem rosyjskiego dowództwa nie jest istotnie zwiększyć intensywność ostrzału, ale stworzyć odpowiednie zapasy do prowadzenia długotrwałej wojny o ograniczonej intensywności. - Dostawy z Korei Północnej wskazują, że Rosja planuje długą wojnę z Ukrainą i podejmuje konkretne kroki w celu przygotowania się do tego - stwierdził Estończyk.

Rosyjskie problemy z amunicją są obserwowane już od wielu miesięcy. W pierwszym roku wojny rosyjskie wojsko zużywało ją w ogromnych ilościach, najpewniej chcąc osiągnąć założone cele wojny jak najszybciej i licząc na zwycięstwo w krótkiej perspektywie czasu. W szczytowych momentach latem 2022 roku wystrzeliwanych dziennie miało być po nawet 70-80 tysięcy pocisków. Jesienią i zimą był ciągły spadek tej wartości. Wiosną tego roku Ukraińcy mówili już o około 15 tysiącach pocisków dziennie wystrzelonych w ich kierunku. Teraz uniwersalnie przyjętą liczbą jest około 10 tysięcy. To mniej więcej tyle samo ile aktualnie wystrzeliwują Ukraińcy, którzy od początku wojny mieli poważne problemy z amunicją artyleryjską. Jednak jej potężne zużycie przez Rosjan, liczone czasem nawet w milionach sztuk miesięcznie, w połączeniu z szybkim zużywaniem się luf dział, z którymi też są poważne problemy, oraz ze stratami w sprzęcie w wyniku walki, doprowadziło do znacznego osłabienia rosyjskiej artylerii. Z poziomu absolutnej dominacji nad Ukraińcami, do względnego parytetu, a miejscami nawet ukraińskiej przewagi dzięki lepszym parametrom zachodniej artylerii.

Spadek intensywności ognia po stronie Rosjan rodzi nieustannie pytania, kiedy mogą dojść do ściany w kwestii amunicji artyleryjskiej. Wypowiedź Kiviselga rzuca na to światło. Przy bardzo ograniczonym zużyciu nawet ponad rok. Ograniczanie zużycia oznacza jednak pozbawienie rosyjskiego wojska jednego z jego podstawowych atutów, czyli właśnie przewagi w masie artylerii, która dawała istotne wsparcie na froncie. Gdyby Rosjanie chcieli istotnie zintensyfikować ostrzał przy jakiejś próbie poważniejszej ofensywy, albo przy odpieraniu poważniejszego uderzenia Ukraińców, to poważny kryzys może nadejść wcześniej. Nie wspominając o tym, że rosyjscy żołnierze już od roku coraz bardziej narzekają na "głód pocisków". Z wielu odcinków frontu, nawet tych priorytetowych, regularnie napływają relacje o tym, jak to jest przydział po tylko po kilka pocisków dziennie na lufę i jak bardzo jest to niewystarczające.

W takich realiach dostawy do 350 tysięcy północnokoreańskich pocisków nie zmienią diametralnie sytuacji na froncie. Powiedział to we wrześniu wprost generał Mark Milley, były najważniejszy wojskowy USA, szef Kolegium Połączonych Sztabów. - Nie chcę bagatelizować faktu wsparcia z Korei Północnej, jednak wątpię, aby było ono decydujące - mówił. Głównym problemem Rosjan jest niewystarczająca skala ich własnej produkcji amunicji. Jest ona aktualnie szacowana na około dwa miliony sztuk rocznie. 167 tysięcy sztuk miesięcznie. Czyli o połowę mniej, niż faktyczne zużycie, nawet przy bardzo ograniczonym zużyciu.

gazeta.pl

poniedziałek, 23 października 2023


W Izraelu nadal trwają autopsje i identyfikacje ofiar Hamasu. Potwierdzają, że wielu wymordowanych cywilów przeszło przed śmiercią tortury, poinformował portal Jerusalem Post.

Szef instytutu medycyny sądowej Izraela Chen Kugel podał, że wiele ofiar spłonęło żywcem we własnych domach. „Wiemy, że spalono ich żywcem, ponieważ w ich tchawicach i gardłach znajdowała się sadza, co oznacza, że w chwili podpalenia nadal oddychali” - twierdzi Kugel. Najprawdopodobniej czad zabił wiele spośród ofiar.

Przedział wiekowy wymordowanych ofiar waha się od 3 miesięcy do ponad 80 lat. Wiele ciał, w tym dzieci, jest pozbawionych głów. Kugel podkreśla, że trudno ustalić, czy odcięto im głowy przed śmiercią, czy po niej, a także „czy odcięto je nożem, czy odstrzelono” – wyjaśnił.

Wiele szczątków ma rany postrzałowe na rękach, co pokazuje, że wymordowani usiłowali zasłonić się rękoma. Wiele innych, spalonych, pokazuje, że terroryści najpierw drutem krępowali ręce ofiar - a następnie podkładali ogień. Prześwietlenie jednych zwęglonych szczątków pokazało skrępowane ze sobą drutem dwie osoby - dorosłego i dziecka.

PAP


O 6.30 rano 7 października bojówki Brygad Izz Al-Din Al-Qassam, militarnego skrzydła HAMASU, oraz sojuszniczego Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, przystąpiły do operacji nazwanej „Nawałnica Al-Aksa” (też potop/burza), dokonując masowej infiltracji poza Strefę Gazy, na terytorium Izraela. Działania były przygotowywane od długiego czasu, ale były kompletnym zaskoczeniem dla służb Izraela, zarówno w skali operacyjnej, jak i taktycznej.

Jak przyznał rzecznik Cahalu, kontradmirał Daniel Hagari, dzień przed atakiem były sygnały ostrzegawcze ze źródeł wywiadowczych, że coś się dzieje, jednakże nic z tym nie zrobiono. „Nie było jednoznacznego ostrzeżenia. Ale w godzinach poprzedzających (atak) były pewne oznaki ze Strefy Gazy, oparte o różne sygnały ze źródeł wywiadowczych - powiedział Hagari. Sprawę miano analizować w sobotę, ale nie zdążono.

Mimo, że Hamas i ID miały potencjał do walki z wojskiem i siłami bezpieczeństwa Izraela, ich modus operandi opierał się na totalnym terrorze skierowanym przeciwko ludności cywilnej. Celem rajdów nie były wyłącznie obiekty wojskowe, chociaż i one były oczywiście atakowane, ale przede wszystkim ludność cywilna, którą zasadniczo mordowano, biorąc relatywnie niewielu jeńców cywilnych. Jak się wydaje, ze znanych dokumentów, jednym z głównych celów operacji było wzięcie jak największej ilości zakładników jako karty przetargowej w ewentualnych późniejszych negocjacjach.

Atak ok. 1-2 tys. bojowników, w tym z formacji uderzeniowej „Nukba”, biorąc pod uwagę wspomniany modus operandii, polegał na przekroczeniu pasa fortyfikacji granicznych, zaatakowaniu baz i posterunków wojskowych w pobliżu Strefy i wykonaniu rajdów na okoliczne kibuce. Rano centralne i południowe obszary Izraela stały się obiektem zmasowanego ataku rakietowego, którego skala momentami była poza zdolnościami zwalczania „Żelaznej Kopuły”, stąd część rakiet, chociaż wciąż stosunkowo niewielka, zaczęła eksplodować w zamieszkanych rejonach, przy czym straty od ostrzału rakietowego były relatywnie niskie. Pod osłoną ostrzału moździerzowo-rakietowego do ataku przeszły mobilne grupy bojowe Hamasu i ID.

Bojownicy operowali komandami różnych wielkości - czasami kilkuosobowymi, czasami kilkunastoosobowymi, wdzierając się na teren Izraela przez wysadzone wyłomy w barierze drogą powietrzną na paralotniach oraz drogą morską na szybkich łodziach w rejonie Zikim. Po zniszczeniu kamer obserwacyjnych w wielu miejscach dokonano wyłomu w barierze granicznej, którymi do swoich rejonów operacji runęły mobilne grupy bojowe na motocyklach, pick-upach i technicalach (uzbrojone pikapy z PK lub DszK). Gruby bojowe uzbrojone były w broń strzelecką rozmaitego pochodzenia, granaty i granatniki RPG-7, a grupy przeciwlotnicze miały naramienne wyrzutnie.

Zaskoczenie było zupełne. Jeden z wziętych do niewoli bojowników zeznał, że był zaskoczony, że za barierą nikt na nich nie czeka. Część grup miała do dyspozycji kilka godzin zanim zaatakowano ich w kontrataku, inni byli w stanie pieszo wrócić do Gazy prowadząc zakładników. Część grup bojowych skierowała się na cele wojskowe, np. lokalne bazy/posterunki wojskowe, część na posterunki policji, np. w Sderot, a jeszcze inni zaatakowali festiwal muzyczny w Reims i zwykłe kibuce, dokonując masakr i rzezi.

Kluczowe do powodzenia operacji było sforsowanie bariery ochronnej, która jest systemem fortyfikacji pod stałym monitoringiem. Operacje przekroczenia granicy planowano wiele miesięcy, cykliczne manifestacje przy granicy miały charakter odciągający uwagę, także w sensie dosłownym, bo być może wówczas, przy paleniu opon, puszczaniu płonących balonów, rzucaniu kamieniami i marszach wzdłuż muru przygotowywano zniszczenie środków obserwacji technicznej, wysadzenie bariery (betonowego muru) i zerwanie płotu.

Kamery w punktach obserwacji bariery niszczone były ogniem snajperów i z RPG. Jednostka odpowiadająca za monitoring bariery miała ograniczony skład, bowiem część żołnierzy z powodu Sukkotu i Szabasu była w domu, nie było żadnego ostrzeżenia, zaraz jednak utraciła wizję i możliwość monitorowania sytuacji, a zgłoszenia o przebijaniu wyłomów pozostały bez odpowiedzi. Dokonano wyłomów w co najmniej 20-30 miejscach bariery. Przez zajęte przejście graniczne Erez w północnej części Strefy Gazy na teren Izraela przeniknęły mobilne grupy Brygad Izz Al-Din Al-Qassam na motocyklach i pick-upach.

Mobilne komanda zaatakowały wiele kibuców, jak Beeri, Kfar Az, czy Sufa i okoliczne bazy wojskowe. Komando, w sile szacunkowej 10 terrorystów, wdarło się do Sderot, przejmując lokalny posterunek policji. Inne komando, ok. 20 bojowników, wtargnęło do kibuca Nahal-Oz, który został odbity dopiero po ok. 12 godzinach. Grupa uderzeniowa zajęła błyskawicznie pobliską bazę wojskową Nahal-Oz, biorąc co najmniej kilku jeńców za zakładników.

Ataki miały charakter rajdów, nie zamierzano utrzymywać zdobywanego terenu, nie istniała linia frontu, ponieważ grupy terrorystów były bardzo mobilne i często nieliczne ogniska walk wybuchały w wielu miejscach, w niektórych z nich walka miała jednakże bardziej zacięty charakter.

Symbolem taktycznego zaskoczenia mogą być porzucone czołgi Merkava i łatwo przejmowane posterunki i bazy z ustawionym w rzędach wozami pancernymi. Fiński analityk OSINT, Emil Kastehelmi, udokumentował straty Cahalu w sprzęcie pancernym pierwszego dnia wojny. Uszkodzenie przez bojowników co najmniej 6 czołgów Merkava Mk4 i kilkanaście transporterów (10 typu Achzarit, 5 M113 APC, 2 Namer), nie licząc lekkich pojazdów.

Ponieważ pierwsza faza ataku była zaskoczeniem na wszystkich poziomach, także taktycznym, siły Cahalu i siły bezpieczeństwa, znalazły się w głębokiej defensywie, ponosząc straty w ludziach i sprzęcie. Do walki przystąpiły regularne oddziały wojskowe Cahalu zaatakowane w bazach oraz służby bezpieczeństwa, przede wszystkim rozbudowanego aparatu policji. Jako pierwsze zareagowały elitarne jednostki antyterrorystyczne, kontrterrorystyczne i specjalne wojska i policji.

Ok. 9.45, generalny komisarz policji ogłosił, że na południu odnotowano 21 ognisk aktywności bojowników, do rejonu skierowano jednostki specjalne – elitarną jednostkę antyterrorystyczną Yamam i brygadę taktyczną Policji Granicznej Magav (jednostki specjalne: Yamam, Yamas, Samag, Matilan).

Bojownicy zaatakowali komisariaty policji w Sderot i Ofakim. Zginęło wielu policjantów i cywilnych, w wyniku operacji antyterrorystycznej posterunki odbito, ale akcje były niełatwe i długotrwałe. Jednostka antyterrorystyczna policji Yamam odbiła w Ofakim dwóch zakładników, likwidując 10 bojowników, a trzech antyterrorystów odniosło obrażenia. Odbicie posterunku policji w Sderot, zajętego prze dziesięciu bojowników, w efekcie akcji całkowicie zrujnowanego, trwało dziesięć godzin. W różnych akcjach tylko pierwszego dnia wojny zginęło co najmniej kilku antyterrorystów Yamam.

Późniejsze alarmy w Sderot, czy Ofakim, świadczące o aktywności bojowników dają obraz sytuacji, kiedy manewrowe działania grup rajdowych Hamas/ID powodowały, że ogniska starć pojawiały się nagle w różnych miejscach i równie szybko wygasały, kiedy bojownicy się wycofywali lub byli „neutralizowani”.

Do masakry cywilów, a potem do ciężkich walk, doszło m.in. w rejonie kibucu Kfar Aza. Równie ciężkie walki toczyły się w rejonie Sufa, czy Kerem Shalom, gdzie w zasadzce zginął dowódca Brygady „Nahal”, płk. Jonathan Steinberg, jadący na pozycje swoich pododdziałów. Z wyższych poległych oficerów można wspomnieć jeszcze dowódcę wielodomenowej jednostki specjalnej „Rafaim” (JW 888, lub jednostka „duchów”) płk. Roia Levy.

Cahal i siły bezpieczeństwa zaczęły reagować dość szybko, podnosząc gotowość bojową. Ok. 8 rano IDF ogłosiły gotowość do wojny, a w rejon Strefy Gazy zaczęto przerzucać jednostki specjalne policji i wojska: Yamam, Szaldag, Egoz, Duwdewan. Jednostki te przystąpiły do działań, w znacznej mierze antyterrorystycznych, szukając i zabijając islamskich terrorystów i nierzadko uwalniając zakładników. Pierwsze uderzenie przyjęła na siebie terytorialna dywizja piechoty „Gaza” (brygady północna Ha-Gefen i południowa Katif), w kolejnych godzinach w rejon walk zaczęły napływać dalsze siły Cahalu, m.in. bataliony brygad Spadochronowej, Golani czy Kfir. Brygada Kfir została podniesiona alarmem rano 7 października, a już (dopiero?) po południu awangarda brygady ześrodkowała się w rejonie Ofakim i dwoma grupami taktycznymi przystąpiła do działań bojowych. W rejonie kibuca Beeri brygada Kfir zlikwidowała ok. 10 bojowników.

Kibuc Sufa i pobliską bazę wojskową Sufa odbiła morska jednostka specjalna Shayetet 13, która potem operowała w rejonie Nir Oz. Jednostka weszła do akcji natychmiast, w oparciu o grupę alarmową, natomiast potem śmigłowcami przerzucono jeszcze rezerwy jednostki. Uznaje się, że w ciągu całego dnia Shayetet 13 zlikwidowała ok. 60 bojowników, 26 wzięła do niewoli, uwolniła ok. 250 zakładników. Koszty operacji były duże, w akcji jednostki zginął m.in. kmdr por. (ppłk) Eli Ginsburg, oficer Shayetet 13, a w latach 2020-2023 dowódca elitarnej jednostki kontrterrorystycznej LOTAR (JW 707).

Szybko zareagowały Siły Powietrzne – samoloty F-15, F-16 i F-35 przystąpiły do zmasowanych ataków na cele w Strefie Gazy. Wieczorem podano, że tylko pierwszego dnia zaatakowano ok. 150 celów w Gazie, zrzucając ok. 100 ton bomb. Był to dopiero początek równania kwartałów Gazy z powietrza. Do akcji z zastosowaniem pocisków Hellfire i działek 30 mm przystąpiły śmigłowe szturmowe AH-64, a CH-53 i UH-60 zaczęły loty ewakuacyjne (do godz. 20 wykonały 180 operacyjnych misji i ewakuowały ponad 180 rannych).

Pomijając aspekt strat wśród cywilów i skupiając się wyłącznie na militarnym wymiarze operacji „Nawałnica Al-Aksa” i „Żelazne Miecze” o skali walk mogą świadczyć straty obu stron. W chwili zakończenia kwerendy materiału do artykułu oficjalna lista zabitych żołnierzy Cahalu – wciąż otwarta i uzupełniana - zawierała 257 nazwisk, w tym ponad dwudziestu oficerów w stopniu pułkownika, podpułkownika i majora, a lista zabitych funkcjonariuszy policji i Magav kolejnych 48 nazwisk. Do tego dochodzi również co najmniej kilku funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa Szin Bet (Szabak). Członkowie samoobrony, czyli drużyn gotowości bojowej w kibucach, lokalnej formacji szybkiego reagowania (Kitat Konenut), które również weszły do walki w zaatakowanych kibucach, zaliczani byli do zabitych cywilów.

Do końca dnia zginęło dziesiątki żołnierzy i funkcjonariuszy, setki bojowników i setki cywilów. Według Cahalu tylko w rejonie Beeri odnaleziono jakoby 103 ciała bojowników. Część z nich została również wzięta do niewoli, tak jak grupa żołnierzy również została zakładnikami, wraz z porywanymi cywilami. 11 października Cahal informował, że w okolicach Strefy Gazy odnaleziono ciała około tysiąca zabitych terrorystów, a w rejonie bariery jest jeszcze kilkaset kolejnych (szacunkowo 800).

defence24.pl


Kryzys wokół Strefy Gazy przyczynił się do ogromnego wzmożenia politycznego i społecznego w Turcji. Od 7 października stanowisko tamtejszych władz zaostrza się i przybiera różne formy: od wezwań do deeskalacji, poprzez krytykę działań podejmowanych przez Izrael (oraz USA jako czynnika nasilającego konflikt), po jego potępienie w związku z oskarżeniem o zbombardowanie szpitala w Gazie. Obok ostrych wypowiedzi prezydenta podpisano bezprecedensową, popartą przez wszystkie siły polityczne w parlamencie deklarację potępiającą Izrael ze względu na jego domniemany atak na wspomniany szpital. Turcja ogłosiła również trzydniową żałobę narodową, a w parlamencie gościła delegacja Hamasu. Równocześnie przez kraj przetoczyła się fala propalestyńskich demonstracji, m.in. pod ambasadą i konsulatami Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, a także amerykańskimi bazami wojskowymi w İncirliku i Malatyi. W następstwie protestów Izrael ze względów bezpieczeństwa wycofał swój personel dyplomatyczny z Turcji oraz wezwał własnych obywateli do opuszczenia jej (USA zamknęły swój konsulat w Adanie i zaleciły ostrożność swoim obywatelom).

Jednocześnie Turcja rozpoczęła intensywną kampanię dyplomatyczną: minister spraw zagranicznych przeprowadził liczne rozmowy ze swoimi odpowiednikami w Stanach Zjednoczonych, Egipcie, Katarze, Arabii Saudyjskiej, Iranie i Libanie oraz wziął udział w spotkaniu Organizacji Współpracy Islamskiej w Dżuddzie, a prezydent dyskutował m.in. z prezydentem Rosji, kanclerzem Niemiec i premierem Zjednoczonego Królestwa. Ankara konsekwentnie wzywa do – wymierzonej głównie w Izrael – deeskalacji konfliktu – proponuje mediację, zwłaszcza w sprawie uwolnienia zagranicznych zakładników przetrzymywanych przez Hamas, oraz postuluje całościowe rozwiązanie sporu na podstawie rezolucji ONZ wzywającej do utworzenia państwa palestyńskiego ze stolicą w Jerozolimie Wschodniej.

Komentarz

Kwestia palestyńska jest tradycyjnie nośnym tematem w Turcji – na poziomie zarówno politycznym, jak i społecznym. W ostatnich dekadach jej sympatie ciążą w stronę palestyńską, co wiąże się m.in. z akcentowaniem bliskości kulturowej (religijnej i historycznej), krytycznym podejściem do prowadzonej z pozycji siły polityki Izraela i USA wobec regionu, wreszcie – ambicjami do nieformalnego przywództwa w świecie islamskim (i szerzej: na Globalnym Południu). Ankara utrzymuje kontakty z Hamasem, którego nie uznaje za organizację terrorystyczną. W 2010 r. po – zablokowanej przez Izrael (zginęło ośmioro obywateli tureckich) – kontrowersyjnej próbie dostarczenia przez Turcję pomocy humanitarnej do Gazy doszło do wieloletniego zamrożenia stosunków dyplomatycznych między oboma krajami. W ostatnich latach podjęły one jednak wiele działań na rzecz poprawy relacji. Dla Ankary były one krokiem w stronę normalizacji relacji z Bliskim Wschodem, elementem koniecznym do ocieplenia stosunków z Waszyngtonem i przestrzenią do współpracy w sferze energetycznej z Izraelem. W 2022 r. izraelska ambasador powróciła do Ankary, a na jesień br. zaplanowano wizytę premiera Izraela w Turcji. W ostatnich miesiącach Turcja uczyniła też wiele w celu zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi. Obecny kryzys oznacza ponowne zaostrzenie relacji na poziomie międzypaństwowym.

Pierwsze reakcje Turcji na kolejną odsłonę konfliktu izraelsko-palestyńskiego i ich ewolucja są typowe dla kursu Ankary w ostatnich latach. Próbuje ona (podobnie jak w odniesieniu do wojny na Ukrainie) kreować się na wpływowego mediatora reprezentującego interesy świata, zaniepokojonego tyleż potencjalnymi skutkami kryzysu wywołanego przez mocarstwa, co – w tym przypadku – jednostronną polityką Izraela oraz USA, de facto wspierających izraelską operację. Dodatkowym – obok nośności kwestii palestyńskiej w Turcji – impulsem do przyjęcia krytycznej postawy względem postępowania Waszyngtonu było zaostrzenie stosunków turecko-amerykańskich po zestrzeleniu tureckiego drona nad Syrią 5 października. Jednocześnie Ankara realnie obawia się eskalacji kryzysu na cały Bliski Wschód, co zagroziłoby m.in. trwającej poprawie jej współpracy politycznej i gospodarczej z państwami regionu (w warunkach kryzysu gospodarczego w Turcji). Szczególne zaniepokojenie musi budzić groźba rozszerzenia sporu o Iran w obliczu tlącego się kryzysu w Syrii oraz napięć na Kaukazie Południowym. W tym ostatnim przypadku Turcja obawia się konfliktu pomiędzy Iranem i Azerbejdżanem – jej kluczowym partnerem, jedocześnie ściśle kooperującym z Izraelem przeciw Iranowi. Baku zajęło wobec sytuacji w Strefie Gazy pozycję demonstracyjnie proizraelską.

Istotnym punktem odniesienia dla polityki Ankary jest postawa tureckiego społeczeństwa i tamtejszych elit. W przypadku ich części (w tym zwolenników partii islamskich, obecnych w parlamencie z list zarówno AKP, jak i opozycji) kształtuje ją silne poczucie wspólnoty religijnej i historycznej z Palestyńczykami. Opinię większości Turków determinują silnie zakorzenione obawy przed zachodnim (w aktualnych warunkach – amerykańskim) neoimperializmem. Tradycyjnie mocno akcentowany jest – również w mediach – wymiar moralny i humanitarny kryzysu. Siła tych postaw znalazła odbicie w bezprecedensowej wspólnej deklaracji wszystkich sił parlamentarnych (konserwatywnych, nacjonalistycznych oraz kurdyjskiej lewicy), ostrych wypowiedziach liderów partii opozycyjnych, zarzucających Izraelowi zbrodnie przeciw ludzkości (Kemal Kılıçdaroğlu, lider CHP) czy porównujących premiera tego państwa do Hitlera (Meral Akşener, liderka İYİ), a także manifestacyjnym udziale syna prezydenta w demonstracjach oraz w nagłośnieniu konieczności udzielania pomocy humanitarnej Gazie przez zięcia przywódcy – Selçuka Bayraktara. Wyrazem postawy społeczeństwa były masowe protesty w tureckich miastach. W ich trakcie m.in. próbowano zająć konsulat izraelski w Stambule oraz zablokować amerykańskie instalacje wojskowe (stację radarową Kürecik k. Malatyi).

W najbliższej przyszłości należy spodziewać się utrzymania obecnych trendów: narastającej krytyki Izraela, jak również nagłaśniania prób mediacji, nawoływania do deeskalacji, podkreślania humanitarnego wymiaru konfliktu oraz potrzeby jego politycznego rozwiązania zakładającego utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego. Przyniosą one zapewne znaczne ochłodzenie relacji Turcji z Izraelem, a także z USA – choć zapewne bez chęci wywołania w nich poważnego kryzysu – oraz intensywne poszukiwanie wspólnego frontu z państwami Bliskiego Wschodu – przede wszystkim Arabią Saudyjską i Egiptem. Bardzo dużym wyzwaniem dla Turcji byłoby rozszerzenie konfliktu w Gazie na region, zwłaszcza bezpośrednie zaangażowanie weń Iranu – głównie ze względu na potencjalne konsekwencje dla Kaukazu Południowego.

osw.waw.pl


Docenić?

Taka partia jak Platforma ma pewien problem w sytuacji, kiedy klasa ludowa może sobie pozwolić prawie na to samo, co klasa średnia. Bo doły w Polsce doszlusowały do średniaków, płaca minimalna rośnie szybciej niż płaca przeciętna, nastąpiło względne spłaszczenie dochodów i może to rodzić dyskomfort klasowy. Mówiąc trochę złośliwie, trzeba by teraz zacząć czytać książki, wypełniać nimi półki, żeby się jakoś odróżnić od dołów. I ja rozumiem tę emocję. Uważam zresztą, że da się dopieścić klasę średnią bez wygrażania dołom i bez opowieści o „likwidowaniu rozdawnictwa". Ale pieniądze na ewentualne obniżki podatków dla klasy średniej trzeba znaleźć u najbogatszych.

Na razie Hołownia ogłasza: „W niedzielę 15 października skończyło się w Polsce rozdawnictwo".

Bo część klasy średniej chce takie rzeczy słyszeć. Jego koledzy twierdzą, że chodziło o rozdawnictwo dla swoich pociotków, czyli że coś innego chciał powiedzieć.

Z kolei Petru w RMF mówi tak: „Ograniczenie 800 plus dałoby możliwość sfinansowania podwyżek wynagrodzenia nauczycieli".

Wcale nie ma dylematu: albo 800 plus, albo podwyżki dla nauczycieli. Ja bym w każdym razie takiego dylematu nie miał, gdybym rządził. Sytuacja budżetowa pozwala na to i na to. Przecież 800 plus to tak naprawdę 500 plus po uwzględnieniu inflacji. To nie jest nowa góra pieniędzy, tylko w gruncie rzeczy waloryzacja. Utrzymujemy wartość tego świadczenia z 2016 roku, tak samo jak 30 procent podwyżki dla nauczycieli to nie będzie żadna dodatkowa manna z nieba, tylko głównie rekompensata inflacyjna. Daleko tu do mitycznego rozdawnictwa. Powtórzę: teraz jest fatalny moment na cięcia, bo igramy z poważnym osłabieniem koniunktury. 

Zacytował pan w mediach społecznościowych polskiego ekonomistę Michała Kaleckiego, który niemal sto lat temu pisał tak: „W tej sytuacji prawdopodobnie sformuje się blok wielkiego kapitału i interesów rentierskich, i blok ten znajdzie niejednego ekonomistę, który orzeknie, że sytuacja jest wybitnie niezdrowa. Nacisk wszystkich sił, a szczególnie wielkiego kapitału, skłoni zapewne rząd do powrotu do tradycyjnej polityki unikania deficytu budżetowego".

Rolę tych kapitanów przemysłu z klasycznych prac Kaleckiego pełnią teraz rynki finansowe. I teraz one naciskają na oszczędności.

Właściwie dlaczego?

Kalecki też stawiał to pytanie: dlaczego w gospodarczej grze wielkiemu kapitałowi tak bardzo zależy na budżetowych oszczędnościach i zaciskaniu pasa? Można się dziwić, bo przecież biznesowi powinno zależeć na pobudzaniu gospodarki, wtedy zyski rosną. Kalecki tłumaczy to tym, że kapitanowie przemysłu - takiego używa określenia - lubią mieć dyscyplinę w gospodarce. A nie ma dyscypliny bez bezrobocia, bo jak o pracę łatwo to panuje bezhołowie i warcholstwo wśród pracowników, którzy mogą sobie wybierać swoich przedsiębiorców.

Niedawno po internecie krążył wywiad z Timem Gurnerem, australijskim multimilionerem. Wywołał ogromne kontrowersje. „W mojej opinii bezrobocie powinno wzrosnąć o 40-50 procent" - mówi Gurner. „Musimy zobaczyć cierpienie w gospodarce, musimy przypomnieć ludziom, że oni pracują dla pracodawcy, a nie odwrotnie. Teraz pracownik uważa, że to pracodawca ma ogromne szczęście, że ma pracownika, więc musimy zabić taką postawę". To świetny cytat, który wiele pokazuje: chodzi o to, żeby pracownicy na dole zostali zdyscyplinowani. Gurner to modelowa postać z prac Kaleckiego, wręcz chochoł, który świetnie ilustruje klasyczne teorie polskiego ekonomisty.

gazeta.pl

niedziela, 22 października 2023


Wstrząsy na Bliskim Wschodzie są częścią łańcucha regionalnych wojen i konfliktów: Górski Karabach, Ukraina, a teraz Izrael. Porządek świata przestał być stabilny, chwieje się na naszych oczach.

Wszystkie te wojny rodzą się z przeszłych konfliktów, które nigdy nie zostały właściwie rozwiązane. Na przykład wiele osób chce, aby wojna w Ukrainie wkrótce się skończyła. Ale o wiele ważniejsze jest, aby zakończyć ją w taki sposób, aby nie wybuchła ponownie. Obecnie doświadczamy skutków 30 lat niechlujnego rozwiązywania konfliktów.

Dlaczego właśnie teraz wszystkie te konflikty wybuchają niemal jednocześnie?

Po pierwsze, wciąż odczuwamy skutki pandemii, zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym.

Po drugie, stosunki międzynarodowe zmieniły się w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W przeszłości Rosja i Chiny nie były zainteresowane konfliktem w Strefie Gazy. Teraz mamy Władimira Putina, który wzywa Izrael do powściągliwości — chociaż Rosja i Izrael mają zasadniczo dobre stosunki. Ani Pekin, ani Moskwa nie potępiły ataku Hamasu jako aktu terroryzmu.

Jest dokładnie tak, jak w latach 70.: konflikty regionalne są częścią większej całości geopolitycznej. Właśnie ta świadomość przeraża wiele osób — to, co obecnie dzieje się na świecie, jest znacznie większe od nich samych. Ale strach może okazać się pożyteczny.

W jaki sposób?

Dzięki niemu możesz zdać sobie sprawę, jakiej przyszłości próbujesz zapobiec. Zachowanie niemal wszystkich aktorów na Bliskim Wschodzie wskazuje, że pomyśleli oni o tym, że wszystko może pójść naprawdę źle. I dlatego dążą w innym kierunku — obrali kurs na przyszłość, w której ten najgorszy scenariusz się nie wydarzy.

Czy obecna sytuacja na świecie przeraża wielu ludzi także dlatego, że, w przeciwieństwie do przeszłości, nie ma już stabilnych biegunów — takich jak USA i Związek Radziecki? Zamiast nich mamy szereg aktorów, którzy działają nieprzewidywalnie.

To analiza retrospektywna. Po zakończeniu zimnej wojny okazało się, że rzeczywiście miała ona stabilizujący wpływ. Ale gdy trwała, ludzie żyli w ciągłym poczuciu balansowania na krawędzi wojny nuklearnej. Jeśli dziś zapytamy o to osoby starsze, uznają, że był to straszny czas.

Drugą kwestią są nasze zachowania związane z dostępem do informacji. Podczas gdy nasi dziadkowie mogli słuchać radia raz dziennie, dziś tkwimy w centrum wydarzeń w Gazie przez cały dzień. Nawet nasza świadomość jest częścią pola bitwy. Organizacje takie jak Hamas wykorzystują to do szerzenia strachu.

onet.pl/Die Welt