sobota, 14 października 2023


To pierwsza tak poważna rosyjska próba działań ofensywnych od końca zimy. Do ataku ruszyły całe kolumny ciężkiego sprzętu w stylu niewidzianym od ataków na Wuhłedar ponad pół roku temu. Skończyły w podobnym stylu. W znakomitej większości rozbite ogniem Ukraińców.

Uderzenie rozpoczęło się 10 października rano, w ten wtorek. Wyszło z dwóch kierunków, ewidentnie obliczone na wzięcie Awdijiwki w kleszcze i jej okrążenie. To ogromne niezrealizowane pragnienie Rosjan już od ponad roku. Awdijiwka jest cierniem w ich boku właściwie od początku inwazji. Ukraińcy silnie ufortyfikowali to miasto i jego okolice w latach 2015-2022. Jest ich najbliższym okupowanego Doniecka dużym punktem oporu. Według Rosjan Awdijiwka i jej okolice służą Ukraińcom jako baza do prowadzenia terrorystycznego ostrzału centrum tegoż miasta. Jej zdobycie i odepchnięcie dalej ukraińskiego wojska jest więc potrzebą propagandową, albo wręcz ambicjonalną. Dla tych, którzy wierzą w terrorystyczne ostrzały Ukraińców, potrzeba jest dodatkowo moralna. Ukraińskie wojsko jak na złość nie chce jednak oddać Awdijiwki. Pomimo niezliczonych prób i dziesiątek tysięcy zabitych w atakach.

Rosjanie zyskali dotychczas tyle, że miasto jest okrążone w połowie. Jeszcze na początku wojny wiosną 2022 roku udało im się przełamać ukraińskie linie obronne kilkanaście kilometrów dalej na północ w rejonie miejscowości Werchniotorećke. Zostali zatrzymaniu na kolejnej linii i do dzisiaj praktycznie nie mieli dalszych postępów, ale dzięki pierwszemu sukcesowi stworzyli północny nawis nad Awdijiwką. Od południa nie mieli takich sukcesów, zdołali jedynie posunąć się o około 2,5 kilometra w linii prostej z terenu lotniska w Doniecku, mijając wsie Optyne i Wodziane. Ukraińcy w sierpniu odrzucili ich tam na około kilometr, pozbawiając wielu bardzo krwawo okupionych zdobyczy. Występ, w którym jest Awdijiwka, ma w efekcie około 10 kilometrów szerokości u nasady.

Teraz Rosjanie bardzo starają się go zwęzić lub zamknąć. Nagrania z ukraińskich dronów pokazują niewidziane od dawna duże kolumny sprzętu opancerzonego, próbującego 10 października rano uderzać z rejonu Werchniotorećkie na zachód, przez linię kolejową ku wsi Stepowe, oraz na północ z Opytne i Wodziane. Wcześniej, w nocy z 9 na 10 października Ukraińcy donosili o gwałtownej nawale artyleryjskiej, niewidzianej na froncie już od wielu miesięcy. Wyjątkowo silnemu ostrzałowi Awdijiwki i całej okolicy towarzyszyły równie wyjątkowo silne naloty. Rosjanie ewidentnie chcieli wyrządzić maksymalne szkody obrońcom siedzącym na dobrze ufortyfikowanych pozycjach.

Skuteczność intensywnego ostrzału miała być jednak ograniczona. Sami rosyjscy blogerzy (zwłaszcza ochotnik o pseudonimie Murz, który walczy w Donbasie od 2014 roku) pisali o żałosnej celności artylerii ze względu na zużycie luf i kiepskiej jakości amunicję z nowej wojennej produkcji. Efektem miało być tak zwane "oranie pól", a nie celny ostrzał ukraińskich punktów oporu. Jakieś szkody musiały być jednak nieuniknione przy takim natężeniu ognia. Większe wyrządziły na pewno naprowadzane bomby lotnicze, które miały spadać wyjątkowo gęsto.

Niezależnie od tego ukraińska obrona wytrzymała pierwsze silne ataki Rosjan. Rosyjskie kolumny wpadały w tradycyjne zasadzki w postaci pól minowych osłanianych przez zespoły z wyrzutniami rakiet przeciwpancernych. Swoje dokładała ukraińska artyleria. Ukraińcy twierdzą, że czegoś takiego nie widzieli od dawna, może nawet od początku wojny. Dziesiątkowane masy czołgów i bojowych wozów piechoty próbujących pchać się naprzód wąskimi trasami.

Oficjalne ukraińskie statystyki rosyjskich strat bojowych opublikowane 11 października wyglądały wręcz nieprawdopodobnie. Od miesięcy jest to zazwyczaj od kilku do może kilkunastu czołgów i innych pojazdów opancerzonych dziennie. Tak tego dnia zaraportowano jednak 34 czołgi i 91 innych pojazdów opancerzonych. 12 października odpowiednio 42 i 44. Następnego dnia 26 i 49. Razem oznacza to 102 czołgi i 184 inne pojazdy opancerzone. Nawet jeśli przyjmiemy te liczby za umiarkowanie wiarygodne, jako oficjalny przekaz walczącej strony, po czym podzielimy przez dwa, to i tak uzyskujemy niezwykle wysokie straty jak na trzy dni walk. Poziom niewidziany od pierwszej fazy wojny zimą i wiosną 2022 roku. Dodatkowo Ukraińcy twierdzą, że Rosjanie stracili w tych trzech dniach niemal trzy tysiące ludzi. Nawet przy podobnych założeniach jak powyżej, to i tak oznacza bardzo wysoki poziom strat.

Jak ucierpieli Ukraińcy, tego nie sposób powiedzieć. Tak jak jest dużo nagrań rosyjskich ataków oraz strat, tak prawie nie ma tych przedstawiających straty ukraińskie. Ukraińcy piszą, że sytuacja jest trudna, bo Rosjanie rzucili do ataku naprawdę duże siły. Ma być jednak pod kontrolą. Nie ma dowodów na jakieś istotne postępy Rosjan w terenie. Na południowym kierunku szara strefa może powiększyła się o kilometr. Na północnym Rosjanie prawdopodobnie posunęli się kilkaset metrów naprzód i zbliżyli się do linii kolejowej, będącej osią ukraińskiej obrony. W samej Awdijiwce zacięte dwudniowe walki o dużą hałdę górującą nad północną częścią miasta miały się skończyć porażką Rosjan. Za wcześnie jeszcze na ogłaszanie pełnego sukcesu Ukraińców w obronie, jednak jak na trzy dni ataków o takiej skali, to zyski Rosjan są zupełnie niewspółmierne do strat.

Choć wszystko wskazuje na nieudaną rosyjską operację, to sam fakt zorganizowania tak dużego ataku mówi wiele o stanie ich wojska. W sytuacji kiedy bronią się na Zaporożu i w rejonie Bachmutu oraz próbują atakować na północy w rejonie Swatowe i Kupiańska, byli w stanie zgromadzić naprawdę poważne siły do uderzenia na Awdijiwkę. Oznacza to, że nie ma mowy o wyczerpywaniu się rosyjskich rezerw, albo o gonieniu resztką sił. Rosyjskie dowództwo musiałoby być po prostu głupie, żeby koncentrować takie zasoby (nie tylko ludzi i sprzęt, ale też amunicję do artylerii) do ataku na Awdijiwkę, gdyby w innych punktach zapalnych frontu sytuacja była bliska załamaniu. Rosjanie muszą się więc czuć względnie komfortowo, aby ryzykować coś takiego. Rzucając duże siły do ataku na Awdijiwkę najpewniej liczą też na zmuszenie Ukraińców do wzmocnienia tego odcinka. Czyli zabrania sił z tych, gdzie trwają ukraińskie działania ofensywne (Zaporoże i Bachmut). Być może Rosjanie będą próbowali zrobić z Awdijiwki drugi Bachmut, czyli miejsce do wyczerpywania zasobów Ukraińców w wyniszczających walkach o częściowo okrążone miasto. Rosyjskie siły w tym rejonie są najgorszej jakości na całym froncie, straty nie będą więc czymś bardzo bolesnym. Tak samo jak w Bachmucie jesienią i zimą, gdzie do wyniszczających walk pchano w znacznej mierze byłych więźniów i poborowych, po trupach których szli naprzód żołnierze z elitarnych oddziałów powietrznodesantowych i najlepsi najemnicy grupy Wagnera.

(...)

gazeta.pl

środa, 11 października 2023



Ostatnie dni to okres intensywnych walk pomiędzy Izraelem a bojownikami Hamasu. Do prowadzenia działań wojennych są wykorzystywane różne rodzaje broni. W ostatnim czasie na serwisie X (dawniej Twitter) pojawiły się informacje, wskazujące na wykorzystywanie przez Siły Powietrzne Izraela bomb niekierowanych M117. Źródła opisują, że broń jest używana przez izraelskie wojsko do walki w Strefie Gazy, lecz na obszarach gdzie nie ma ludności cywilnej.

Warto podkreślić, że bomby M117 są amerykańskiej produkcji i zostały skonstruowane na początku lat 50. XX wieku. Dziennikarz Babak Taghavee zwraca także uwagę na fakt, że Izrael posiada obecnie tysiące tego rodzaju bomb. M117 to lotnicze środki bojowe o masie 340 kg, które są wykorzystywane od wielu lat przez amerykańską armię (obecnie głównie dla ciężkich bombowców np. B-52), a także były używane masowo podczas wojny w Korei, Zatoce Perskiej oraz w Wietnamie.

M117 to bomby ogólnego przeznaczenia, które mogą być używane w kilku różnych konfiguracjach. Urządzenie detonujące stanowią dwa zapalniki: nosowy i ogonowy.

defence24.pl

Najnowsze wyniki badań opinii publicznej, zleconych przez administrację Władimira Putina, potwierdziły, że na okupowanym przez Rosję Półwyspie Krymskim szybko narastają nastroje antyrosyjskie - poinformował ukraiński rządowy portal wojskowy Centrum Narodowego Sprzeciwu.

Konsekwencją tego sondażu było wezwanie na rozmowy do Moskwy okupacyjnego namiestnika Krymu Siergieja Aksjonowa. Gubernator tłumaczył się, że przyczyną takiego stanu rzeczy są problemy ekonomiczne, a wysokie ceny podstawowych produktów żywnościowych i lekarstw to skutek zachodnich sankcji nałożonych na Rosję. W rzeczywistości pogorszenie warunków życia na Krymie wynika jednak z przeorientowania całej gospodarki półwyspu na potrzeby wojskowe, związane z rosyjską inwazją na Ukrainę - czytamy na łamach serwisu.

Przykładowo, niedobór niektórych medykamentów to konsekwencja tego, że opieka lekarska świadczona jest na Krymie głównie rannym rosyjskim żołnierzom. Mobilizacja na wojnę z Ukrainą doprowadziła tam natomiast do poważnego deficytu siły roboczej. W sektorze rolnym ten deficyt wynosi już 77 proc. - oznajmił rządowy portal.

onet.pl

Oficjalne stanowisko w sprawie ataku terrorystycznego Hamasu na terytorium Izraela zajęło jak dotąd jedynie Ministerstwo Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej. 7 października rzeczniczka resortu Maria Zacharowa wyraziła „bardzo poważne zatroskanie gwałtownym zaostrzeniem sytuacji w strefie konfliktu palestyńsko-izraelskiego” i wezwała strony do natychmiastowego zawieszenia broni, rezygnacji z przemocy i zorganizowania przy pomocy społeczności międzynarodowej rokowań w celu ustanowienia pokoju na Bliskim Wschodzie. Za eskalację pośrednio obwiniła sam Izrael, wskazując, że stanowi ona „bezpośrednią konsekwencję chronicznego niewypełniania odpowiednich rezolucji ONZ i jej Rady Bezpieczeństwa”. Wprost oskarżyła też Zachód, który w jej ocenie de facto blokuje pracę tzw. kwartetu międzynarodowych pośredników (Rosja, Stany Zjednoczone, Unia Europejska, ONZ).

7 października minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow rozmawiał telefonicznie ze swoim odpowiednikiem z Egiptu Samihem Szukrim. Według rosyjskiego komunikatu ministrowie wyrazili „głębokie zatroskanie gwałtownym zaostrzeniem sytuacji” i „wezwali do natychmiastowego zawieszenia broni i zorganizowania rozmów palestyńsko-izraelskich w oparciu o normy prawa międzynarodowego i istniejące postanowienia ONZ i Rady Bezpieczeństwa”. 9 października rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow zasugerował, że w uderzeniu na Izrael Hamas użył zachodniej broni przekazanej wcześniej Ukrainie.

Rozpoczęty 7 października atak bojowników Hamasu na Izrael był głównym tematem rosyjskich programów informacyjnych i publicystycznych. Wydarzenia wokół Izraela relacjonowano obszernie i emocjonalnie, odsuwając na dalszy plan sytuację na froncie ukraińskim. W narracji kładziono nacisk na to, aby nie opowiadać się jednoznacznie po żadnej ze stron oraz przedstawiać racje i straty „symetrycznie”. Wskazywano równocześnie, że odpowiedzialność za atak spoczywa na Zachodzie, który rzekomo okazywał pomoc Hamasowi. Narrację dotyczącą Izraela wykorzystano też do wybielania działań Rosji, wskazując, że nigdy nie dokonywała ona zbrodni wobec sąsiadów.

Komentarz

W oficjalnej reakcji Moskwy zwraca uwagę kilka elementów. Po pierwsze, zabrakło potępienia ataku Hamasu na Izrael, w tym mordów popełnionych na cywilach. Po drugie, Rosja de facto przypisała winę ofierze ataku (Izraelowi) poprzez zwrócenie uwagi na jego szerszy kontekst, tj. blokowanie przez Izrael procesu tworzenia niezależnego państwa palestyńskiego. Po trzecie, stanowisko rosyjskie cechuje pozorna symetria w traktowaniu obu stron: do zawieszenia broni wezwano w momencie, kiedy działania bojowe toczyły się jeszcze na terytorium Izraela. Wreszcie Moskwa próbuje wykorzystywać konflikt do skłonienia Zachodu do podjęcia wspólnych z Rosją działań dyplomatycznych („kwartet pośredników”). Tym samym Zachód miałby uznać, że Rosja jest „niezbędnym partnerem” w procesie uregulowania konfliktu bliskowschodniego. Stworzyłoby to sytuację, w której Moskwa mogłaby próbować uzależniać swoje współdziałanie w kwestii rozwiązania czy złagodzenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego od osłabienia zachodniej pomocy dla Ukrainy.

Rosyjskie wezwania do deeskalacji i zaprzestania działań zbrojnych należy uznać za nieszczere i czysto wizerunkowe. Otwarta wojna między Izraelem a rządzoną przez Hamas Gazą przynosi Moskwie liczne korzyści, gdyż bardzo utrudnia, o ile nie uniemożliwia, proces normalizacji relacji między Jerozolimą a państwami arabskimi (zwłaszcza Arabią Saudyjską). Po pierwsze, napaść Hamasu stwarza dodatkowy problem dla Waszyngtonu, odciągając jego środki (pomoc finansowa, dostawy sprzętu, zaangażowanie polityczne) od wsparcia Ukrainy. Po drugie, ułatwia to Rosji torpedowanie zachodnich prób wpłynięcia na państwa arabskie, aby w konflikcie Moskwa–Kijów zajęły bardziej przychylne Ukrainie stanowisko i – w efekcie – ograniczyły współpracę ekonomiczną i polityczną z Rosją. Jednoznaczne poparcie przez USA Izraela powoduje wzmocnienie pozycji Kremla w państwach arabskich i całym świecie muzułmańskim. Po trzecie, w sytuacji rosnącego zagrożenia Izrael będzie jeszcze mniej skłonny niż dotychczas do porzucenia obecnego, de facto neutralnego stanowiska wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej. Co więcej, Moskwa może liczyć, że w Jerozolimie wzrośnie zainteresowanie zakończeniem wojny w Europie, nawet na warunkach rosyjskich. Celem Izraela byłoby bowiem zyskanie politycznego poparcia Rosji, a jednocześnie doprowadzenie do neutralizacji konfliktu, który odciąga uwagę i środki Waszyngtonu od pomocy Izraelowi. Wszystko to sprawia, że Moskwa jest żywotnie zainteresowana podtrzymaniem, a nawet rozlaniem się konfrontacji izraelsko-palestyńskiej i przekształceniem jej w regionalną wojnę Izraela z arabskimi radykałami popieranymi przez Iran.

Dla rosyjskiej propagandy możliwość przekierowania uwagi widzów na temat inny niż wojna Ukrainie jest niewątpliwie korzystna – w społeczeństwie rosyjskim dostrzec bowiem można znużenie wojną oraz rozczarowanie brakiem sukcesów na froncie. Obecne w przekazie obwinianie Zachodu o przyczynienie się do ataku Hamasu oraz zgodne przewidywania ekspertów dotyczące rozlania się konfliktu na cały Bliski Wschód obliczone są na wywarcie presji na Zachód i wymuszenie przyśpieszenia zakończenia wojny na Ukrainie na rosyjskich warunkach.

osw.waw.pl

wtorek, 10 października 2023


Pod koniec sierpnia Rosjanie – znajdujący się wówczas w trudnej sytuacji po udanych atakach ukraińskich w rejonie Robotynego i Werbowego – skoncentrowali na skrzydłach ugrupowania przeciwnika dwie dywizje desantowo-szturmowe (7 i 76), ściągnięte z innych odcinków frontu. Ich zadaniem była w pierwszej kolejności stabilizacja rosyjskiej linii obrony, a w drugiej – wyprowadzenie uderzeń na podstawę wyjściową ukraińskiego natarcia (rejon Nowodanyliwka–Mała Tokmaczka–Biłohirja). Pierwszy z tych celów został osiągnięty kosztem znacznych strat w szeregach tych jednostek – natarcie Ukraińców zostało zahamowane, zwłaszcza na odcinku na wschód od Nowoprokopiwki (ich grupy szturmowe utkwiły tam na przedpolu panującej nad okolicą linii wzgórz). Rosjanom nie udało się natomiast rozwinąć uderzenia i wypchnąć przeciwnika z zajętego latem obszaru. Wydaje się, że ich głównym celem na najbliższe tygodnie będzie utrzymanie za wszelką cenę umocnionych pozycji w rejonie Kopani–Nowoprokopiwka–Werbowe, które z racji ukształtowania terenu pozwalają na posiadanie kontroli ogniowej nad obszarem, z którego wychodzą ukraińskie szturmy.

osw.waw.pl

Myślę, że zbliża się moment, w którym produkcja państw NATO osiągnie taki poziom, który pozwoli na jednoczesne trwałe wsparcie Ukrainy i odbudowę własnych zdolności; ważne jednak, by NATO budowało też zdolności działań na całym świecie - powiedział PAP brytyjski minister ds. sił zbrojnych James Heappey.

Heappey pytany w rozmowie z PAP o brytyjskie siły rozmieszczane w na wschodniej flance NATO, zwrócił uwagę na działania Wielkiej Brytanii wspierające państwa przekazujące swoje uzbrojenie Ukrainie, w tym Polskę, która przekazała Ukrainie m.in. myśliwce Mig-29 oraz wiele czołgów T-72; w ich miejsce latem do Polski trafiła kompania brytyjskich czołgów Challenger 2, a dla wsparcia uszczuplonych polskich sił powietrznych – myśliwce Typhoon.

Jak tłumaczył minister, celem jest przekazywanie Ukrainie przede wszystkim takiego uzbrojenia, które szybko i skutecznie może być wykorzystane przez ukraińskich żołnierzy – w tym przede wszystkim poradzieckiego sprzętu wciąż używanego przez państwa centralnej Europy. "Jeżeli decydujecie się ten sprzęt przekazać, to was wspieramy i jesteśmy gotowi wypełniać powstałe w ten sposób luki. (…) Będziemy to robić tak długo, jak trzeba" – oświadczył.

"Rozumiemy, że mamy obecnie czas, w którym wsparcie Ukrainy jest trudne. Stało się trudne, ponieważ wydolność produkcji sprzętu i amunicji na Zachodzie wciąż jest w procesie rozbudowy, a osiągnięcie jej pełnej mocy może zająć jeszcze parę, może nawet paręnaście miesięcy. W międzyczasie zapasy wielu państw zostały po prostu wymiecione. Teraz musimy więc działać razem, by zminimalizować ryzyko związane z przekazywaniem kolejnych partii sprzętu. Gdy dojdziemy do miejsca, w którym wydajność produkcji w Europie będzie wystarczająca zarówno do odbudowania naszych zapasów, jak i nieprzerwanego wsparcia dla Ukrainy, będzie to punkt przełomowy – bo wsparcie Ukrainy będzie wtedy zbalansowane, a przez to trwałe. Myślę, że ten moment się zbliża" – podkreślił minister.

onet.pl/PAP

Uwięziony były rosyjski oficer i zagorzały nacjonalista Igor Girkin powtórzył swoje wcześniejsze twierdzenia, że ​​rosyjska armia będzie w dalszym ciągu prowadzić strategiczną obronę, aby zamrozić linie frontu przed wyborami prezydenckimi w Rosji w marcu 2024 r. Żona Girkina opublikowała 9 października list, który Girkin podobno napisał 29 września, w którym Girkin omawiał obecny stan wojny i swoje prognozy działań Rosji. Girkin nieustannie twierdzi, że określona frakcja w rosyjskim przywództwie opowiada się za zamrożeniem obecnej linii frontu na Ukrainie i sprzeciwia się innej frakcji, która opowiada się za kontynuacją rosyjskich operacji ofensywnych i usprawnieniem wysiłków wojennych w kraju. Girkin stwierdził, że ma „na 99 procent” pewność, że Kreml podejmie decyzję o „zamrożeniu linii frontu” do czasu wyborów prezydenckich w Rosji w marcu 2024 roku. Girkin stwierdził, że siły rosyjskie prawdopodobnie będą nadal prowadzić strategiczną obronę na istniejących liniach frontu i skupiać się na zapobieganiu ukraińskim przełomom lub „wrażliwym sukcesom operacyjnym”. Girkin stwierdził ponadto, że wszelkie działania rządu rosyjskiego mające na celu wzmocnienie rosyjskiej armii przed wyborami prezydenckimi w 2024 r. prawdopodobnie pogorszyłyby sytuację społeczną, gospodarczą i wewnętrzną w Rosji. Girkin twierdził także, że przed wyborami władze rosyjskie prawdopodobnie będą stopniowo zwiększać represje wewnętrzne.

understandingwar.org

poniedziałek, 9 października 2023




Przebieg sobotniego uderzenia Hamasu na Izrael dowodzi, że była to bardzo dobrze zaplanowana operacja, którą podzielono na cztery etapy - oceniła agencja Reutera.

W pierwszej fazie Hamas wystrzelił na cele w Izraelu około 3 tysięcy pocisków rakietowych i jednocześnie przerzucił część swoich bojowników przez granicę, wykorzystując w tym celu paralotnie. Gdy terroryści z Hamasu wylądowali po stronie izraelskiej i zabezpieczyli tam teren, doszło do zniszczenia umocnień granicznych i wtargnięcia kolejnej grupy napastników do Izraela. Następnie skutecznie zakłócono łączność izraelskiej armii, opóźniając w ten sposób reakcję przeciwnika, a potem wzięto zakładników i uprowadzono ich do Strefy Gazy - przekazał Reuters, powołując się na źródła bliskie dowództwu Hamasu.

Ten konflikt to największa porażka Izraela od czasu wojny z koalicją Egiptu i Syrii w 1973 roku, znanej jako wojna Jom Kipur. Władze w Tel Awiwie były przekonane, że Palestyńczykom zależy na wsparciu ekonomicznym, dlatego oferowały pracownikom z Gazy różnego rodzaju zachęty na rynku pracy. Nikt nie traktował poważnie możliwości tak zmasowanego ataku - podkreśla Reuters.

Tymczasem w ciągu ostatnich dwóch lat Hamas zbudował w Strefie Gazy makietę izraelskiego osiedla, gdzie ćwiczył operację desantu i szturm na cele przeciwnika. Izraelskie służby specjalne prawdopodobnie były tego świadome, ale mimo to zlekceważyły zagrożenie. Palestyńczykom bardzo skutecznie udało się wykreować przekonanie, że nie są zainteresowani bezpośrednią konfrontacją - informuje agencja Reutera.

- To jest nasz 11 września 2001 roku (odpowiednik zamachu terrorystycznego Al-Kaidy na Światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku i Pentagon w Waszyngtonie - red.). Hamas nas zaskoczył, nacierając z wielu kierunków jednocześnie - zarówno z powietrza, lądu, jak też morza - przyznał w rozmowie z Reutersem major Nir Dinar, rzecznik izraelskich sił zbrojnych.

- Wierzyliśmy, że to, iż (Palestyńczycy) przyjeżdżają (do nas) do pracy i przywożą pieniądze do Strefy Gazy, przynajmniej do pewnego stopnia uspokoi sytuację. Myliliśmy się - dodał inny przedstawiciel armii Izraela.

Rozmówcy Reutersa po stronie izraelskiej zauważyli, że o braku przygotowania Tel Awiwu najlepiej świadczy fakt, że dopuszczono do organizacji festiwalu muzycznego tuż przy granicy ze Strefą Gazy. Jak informowały w niedzielę media z Izraela, terroryści z Hamasu zamordowali tam w sobotę co najmniej 260 osób.

- Jak ta impreza mogła odbywać się tak blisko Gazy? - nie dowierzał podczas rozmowy z Reuterem jeden z przedstawicieli izraelskich resortów siłowych.

Izrael od lat szczyci się znakomitymi zdolnościami wywiadowczymi i dobrym rozpoznaniem działań palestyńskich organizacji zbrojnych. Dlatego kluczową częścią operacji Hamasu było zachowanie wszystkich planów w tajemnicy i uniknięcie jakichkolwiek przecieków. Udało się tego dokonać - podkreślił Reuters.

(...)

Jarosław Kociszewski, ekspert do spraw Bliskiego Wschodu z fundacji Stratpoints, powiedział na antenie TVN24, że atakując Izrael, Hamas prawdopodobnie "usiłował zmienić reguły gry w terenie".

- Od lat trwa swego rodzaju dialog miedzy Izraelem a Hamasem za pośrednictwem wywiadu egipskiego, od czasu do czasu on przybiera formę walk, natomiast teraz, prowadząc dużą operację militarną i biorąc jeńców, Hamas prawdopodobnie chciał zmienić reguły gry na swoją korzyść. Natomiast wygląda na to, że bardzo szybko utracił kontrolę nad frakcjami działającymi w terenie. Operacja militarna przemieniła się w rzeź, gigantyczny atak terrorystyczny, i teraz Izraelczycy nie będą skłonni do rozmów. Zamiast poprawić swoją sytuację Hamas stoi w obliczu egzystencjalnego zagrożenia - stwierdził Kociszewski.  

Jego zdaniem, Hamas "świetnie się przygotował" do obecnego ataku na Izrael. Organizacja zbrojna realizuje plan prowadzenia wojny, który przygotował lata temu libański Hezbollah wraz z Iranem - oceniał ekspert.

(...)

Atak Hamasu na Izrael został przeprowadzony dzięki bliskiej współpracy Palestyńczyków z Iranem. Plany inwazji były opracowywane od kilku miesięcy, a ostateczna decyzja zapadła w ubiegłym tygodniu podczas rozmów w stolicy Libanu, Bejrucie - ujawnił w niedzielę amerykański dziennik "Wall Street Journal". Sekretarz stanu USA Antony Blinken nie potwierdził tych doniesień gazety. 

tvn24.pl/PAP

Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) obejrzało zdjęcia satelitarne pokazujące, że ruch kolejowy między Koreą Północną a Rosją „dramatycznie” wzrósł od czasu spotkania prezydenta Rosji Władimira Putina z północnokoreańskim dyktatorem Kim Dzong Unem w dniach 12–17 września. Projekt CSIS Beyond Parallel wykazał, że zdjęcia satelitarne wykonane 5 października ukazały „bezprecedensowe” 73 wagony towarowe w północnokoreańskim obiekcie kolejowym Tumangang. Beyond Parallel zauważył, że poprzednie zdjęcia satelitarne pokazywały maksymalnie około 20 wagonów w zakładzie w Tumangang jednocześnie, w ciągu ostatnich pięciu lat. Poza równoległością zaobserwował również skrzynie/kontenery transportowe i sprzęt, rozłożone na otwartej przestrzeni w głównym obszarze magazynu w obiekcie Tumangang, chociaż zawartość przewożonych towarów pozostaje niejasna. Beyond Parallel zauważyła, że ​​cechy zewnętrzne kontenerów i sprzętu różnią się od tych obserwowanych w obiekcie w ciągu ostatnich pięciu lat i oceniła, że ​​„jest prawdopodobne, że te dostawy obejmują amunicję i artylerię lub obejmują amunicję”. Rosyjscy milbloggerzy i źródła wzmocnili ustalenia Beyond Parallel w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, nie potwierdzając ani nie zaprzeczając możliwości dostaw broni z Korei Północnej do Rosji. ISW oceniło wcześniej, że Putin może być otwarty na pewne formy współpracy technologicznej i obronnej z Koreą Północną w zamian za północnokoreańską amunicję artyleryjską, o ile taka współpraca nie spowoduje wtórnych sankcji wobec Rosji. 

understandingwar.org


O pogarszających się relacjach polityków i wojskowych, w tym służb wywiadowczych, jeszcze we wrześniu pisali eksperci izraelskiego Narodowego Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem. Warto ponownie przestudiować ten raport, aby wiedzieć jakiego rodzaju mechanizmy polityczne mogą w konsekwencji prowadzić do osłabienia państwa uchodzącego za przykład dobrze funkcjonującego organizmu gwarantującego bezpieczeństwo. Autorzy raportu zwracają uwagę, że trwający w Izraelu kryzys polityczny związany z zainicjowaną przez rząd reformą wymiaru sprawiedliwości (1816 demonstracji w 200 miastach i miejscowościach) przerodził się w napięcia na linii politycy – oficerowie sił zbrojnych, przede wszystkim lotnictwa, ale również wywiadu. Jak w innym opracowaniu napisał Ofer Shelah, emerytowany dowódca w siłach powietrzno-desantowych, spór polityczny w którym Izrael pogrążył się w ostatnich 10 miesiącach „doprowadził do przekroczenia wielu czerwonych linii, które do tej pory nigdy w historii Izraela nie były przekraczane”.

Z jednej strony, jak zauważył wielu oficerów rezerwy złożyło oświadczenia, że nie będą w związku z napięciami politycznymi uczestniczyć w rutynowych szkoleniach, z drugiej, tego rodzaju wypowiedzi i rezolucje doprowadziły do ostrych ataków przedstawicieli rządzącej krajem konserwatywnej koalicji, których celem stali się dowódcy Izraelskich Sił Obrony.

W niektórych przypadkach ataki te stanowią celową próbę zszargania wizerunku dowódców jako autorytetów w dziedzinie bezpieczeństwa w celu zneutralizowania publicznego ciężaru profesjonalnego wsparcia, jakie mogliby zapewnić dla porozumienia politycznego. W obecnych warunkach te niepohamowane ataki stanowią poważniejsze zagrożenie niż kiedykolwiek wcześniej — napisał Shelah.

Ekspert, który nie skrywa swych sympatii politycznych oskarża izraelską prawicę o rozpoczęcie „wojny kulturowej” przeciwko korpusowi oficerskiemu. W jego opinii źródłem tego zjawiska było i jest silnie zakorzenione w środowiskach ortodoksyjnej prawicy przekonanie, że korpus oficerski Izraelskich Sił Samoobrony oraz Shin Bet stanowią przeszkodę „uniemożliwiającą prawicowemu reżimowi realizację jego polityki, ciesząc się jednocześnie podziwem i zaufaniem większości izraelskiego społeczeństwa”. (...)

Pisze, że przedstawiciele sił zbrojnych opowiadali się za normalizacją z Palestyńczykami ze Strefy Gazy. Jak argumentuje:

"Każdego dnia funkcjonariusze ci realizują politykę likwidacji nielegalnych punktów kontrolnych, uniemożliwiają osadnikom (Izraelskim – M.B.) zawłaszczania ziemi palestyńskiej, udaremniają akcje terrorystyczne skierowane przeciwko Palestyńczykom i podejmują próby oddzielenia ogółu społeczeństwa od palestyńskich organizacji terrorystycznych, w celu powstrzymania rozszerzającego się pożaru. Działania te doprowadzają do wściekłości polityków skrajnej prawicy. Ich reakcją jest próba delegitymizacji wyższych rangą oficerów i oskarżanie ich o uniemożliwianie wprowadzenia w życie tego, co uważają za politykę prawdziwie prawicowego rządu."

wpolityce.pl


Grzegorz Sroczyński: Kto wygrywa w internetach?

Michał Fedorowicz: Opozycja. Algorytm ją częściej promuje i częściej wyświetla użytkownikom. Tusk ma dzisiaj najlepszy polityczny internet, drugi jest Morawiecki, a Mentzen już nie istnieje.

Dlaczego Tusk jest taki dobry?

Naturalny talent. Jest tak samo sprawny w sieci jak Donald Trump, obaj potrafią tworzyć twitterowe one-linery. Tego się nie da nauczyć, wymyślić, nie ma od tego żadnej agencji. Natomiast Morawiecki jest dziś jedynym łącznikiem między PiS-em a użytkownikami. Bez niego PiS-u w sieci nie ma.

Tydzień przed wyborami co w internecie się dzieje?

Aktorzy odgrywają swoje dobrze znane role bez specjalnej finezji. W tej kampanii wyborczej wszystko jest do bólu przewidywalne, ale jednak nowy jest poziom nienawiści. Użytkownicy mediów społecznościowych zostali kompletnie odrealnieni. Następna tak toksyczna stacja to Stany Zjednoczone. W Europie tego nie ma. Poza Polską.

Bo PiS i PO podkręcają polaryzację?

Oni nie mają już nad tym kontroli. My jako społeczeństwo nie decydujemy o polityce, bo życie polityczne w Polsce jest sterowane przez algorytm twittera.

Sterowane?

Nie przesadzam. Dyskurs społeczno-polityczny w naszym kraju nie powstaje w sztabach wyborczych, gabinetach politycznych, redakcjach czy think-tankach, tylko jest tworzony przez zagraniczny koncern, który tak naprawdę zajmuje się dostarczaniem rozrywki. W pogodni za zasięgami i lajkami, które pozwalają docierać do wyborców, partie polityczne dostosowały się do algorytmu, a nie odwrotnie. Polskim politykom może się wydawać, że kreują jakieś tematy - otóż nie. To algorytm wybiera.

Wybiera co?

Na przykład nienawiść. Implementacja nienawiści w polskiej sieci następuje na niespotykaną skalę, osiągnęliśmy mistrzostwo świata w hejcie w mediach społecznościowych. W dodatku twitter bardzo się zmienił i premiuje dynamiczną agresywną komunikację.

Zmienił się za Muska?

Tak. W Polsce twitter jest głównym narzędziem dla tradycyjnych mediów i podstawowym źródłem informacji dla dziennikarzy, liderów opinii, a on wszystko selekcjonuje po swojemu, uczy się niesamowicie szybko, bo przecież to sztuczna inteligencja. Polscy politycy nie decydują, jakie tematy są ważne. Muzeum Historii Polski to powinna być wielka pisowska impreza. I co? Nic, zero emocji, temat został zabity przez algorytm. Platforma mówi o ważnych rzeczach - dzisiaj na przykład o zerowym VAT na książki. Książka? Czytanie? Algorytm to natychmiast kiluje. Ta kampania pokazuje, że nasze życie polityczne nie należy do nas. Wszyscy mówią: polaryzacja to, polaryzacja tamto, a bo PiS polaryzuje, a bo Tusk polaryzuje, strategia taka, strategia siaka, gadka-szmatka, bo to żadna strategia, tylko algorytm. Nic więcej.

W sensie że polaryzacja to nie jest tak naprawdę ich pomysł?

Może jest, ale oni i tak muszą docierać do odbiorców w ten sposób. Jeśli Trzecia Droga osiągnie dobry wynik w wyborach - 12-15 procent - to będzie oznaczało, że ludzie wylogowują się z mediów społecznościowych, opuszczają system. Bo dopiero opuszczenie systemu twitterowego oznacza, że wracasz do innego stanu umysłu.

Twitter naprawdę jest taki ważny w Polsce? Przecież tych czynnych użytkowników jest u nas tylko około miliona.

Twitter jest jak „Gazeta Wyborcza" w 1990 roku. Ma funkcję kreacyjną. Algorytm jest dziś odpowiednikiem demiurgów III RP. To pierwsza kampania wyborcza, w której nie sztaby ustalają, co chcą powiedzieć, tylko algorytm im mówi, co mają robić.

I kiedy to się stało?

Punktem zwrotnym były lipcowe zamieszki we Francji. Morawiecki i Tusk zobaczyli, że działając w tak zwanym real-time marketingu - czyli używając zamieszek do polityki krajowej i tworząc spoty na temat bieżących wydarzeń - uzyskali niespotykane wcześniej zasięgi. Tylko na koncie Morawieckiego pięć milionów wyświetleń spotu, że w Polsce spokojnie, a we Francji chaos. I potem spot Tuska dotyczący sprowadzania imigrantów - też od razu pięć milionów. W tym momencie pogoń za zasięgami ruszyła bez ograniczeń. I to nie jest ich wina. Wina jest dziennikarzy, którzy większość czasu spędzają na twitterze, tworzą tam swoje metawersum i wydaje im się, że w ten sposób wszystko wiedzą. Wina jest koncernów medialnych, które po prostu drukują linki i to się dobrze sprzedaje.

Te wszystkie artykuły, kto co napisał na twitterze i kto co odpisał?

Politycy godzinami tam siedzą i tworzą własne przekazy, a na końcu - i to jest najlepsze - algorytm najbardziej agresywne komunikaty Morawieckiego pokazuje wyborcom Tuska, a najostrzejsze komunikaty Tuska są pokazywane wyborcom Morawieckiego. Po to, żebyśmy krytykowali i wchodzili w interakcje. Algorytm żyje i rozkwita wtedy, kiedy wymusi interakcje, jeśli coś ich nie wywołuje - wtedy temat jest kilowany. Dawaj, zadowolę cię! To cię wkurzyło i uruchomiło? To super, pokaże ci tego więcej! I jeszcze, jeszcze, jeszcze! Więc mamy w Polsce kampanię, która jest sterowana niemal wyłącznie przez algorytm.

Podkręcony przez Muska w stronę toksycznych emocji?

To nie są emocje. Emocje to czujemy na meczu, na randce albo w kinie. A tutaj mówimy raczej o strzałach dopaminowych, które mają przytrzymać nas przy czynności, która do niczego nie jest nam potrzebna. Powtórzę: dzisiaj demiurgiem polskiego życia politycznego jest algorytm twittera.

Dlaczego u nas tak jest, a we Francji jednak nie?

Bo nigdy nie byliśmy społeczeństwem, które masowo protestuje i potrafi aktywnie uczestniczyć w polityce. Bunty uliczne, związki zawodowe - tego u nas niemal nie ma. Milionowy marsz to w wielu krajach codzienność, a u nas kilkaset tysięcy to wielka sensacja. Twitter jest idealnie dopasowany do naszych aspołecznych skłonności. Na twitterze każdy może zaprotestować i wcale nie musi się organizować, ani wychodzić na ulicę. Siedzi bezpiecznie w swojej własnej przestrzeni.

W polskich mediach społecznościowych nienawiść stała się niemal biologiczna. Użytkownicy twittera nie uznają drugiej strony za przeciwnika politycznego, tylko za wrogie plemię, które należy zniszczyć. I nie jest to wina tych ludzi. Wracam do algorytmu: nie jest naszą winą, co on nam wyświetla. Nie jest naszą winą, jakie tweety widzimy najczęściej. W każdym eksperymencie, kiedy kogoś bombardujesz określonymi treściami, to staje się podatny.

Analogowy totalitaryzm - tak go nazwijmy - polaryzował ludzi klasycznie poprzez radio, prasę, telewizję. Był jednokierunkowy. Nie dostawał informacji zwrotnej. I dlatego w pewnym momencie zbankrutował, bo się nie uczył. Natomiast dzisiejszy algorytm totalitarny potrafi się uczyć. Orwell w "Roku 1984" wymyślił rytuał odbywający się w państwie Oceanii, który nazwał Dwie Minuty Nienawiści. Dziś mamy ten rytuał 24h/7. Wchodzisz w świat polityki, kiedy jesteś zdenerwowany, zły, no i sobie jedziesz. Problem z dziewczyną, chłopakiem? Wyżyjesz się. Problemy w pracy? Wyżyjesz się. Polityka jest do tego fantastyczna. Jak zaczynasz tę grę, to dostajesz bonus na wejście - tak samo jak w kasynie, gdzie pierwszy raz wygrywasz. Pierwsze 5-10-15 tweetów o polityce ma niesamowite zasięgi, a potem zasięgi będą spadać, czyli będziesz jeszcze bardziej się nakręcał, żeby znowu dobić do tamtych poziomów. Wchodzisz w jakąś dyskusję polityczną, podpalasz świat, wychodzisz. W tej grze wszyscy się leją, no to też coś dopiszę. Obecnie sytuacja jest taka, że coraz więcej ludzi wylogowuje się z tego systemu.

Wylogowuje?

Lewicy na twitterze właściwie nie ma, z wyjątkiem paru liderów. Trzecia Droga - kompletnie nieobecna. Duża część Konfederacji też już wymiękła. Zostają dwa duże bloki, naparzają się, a reszta wylogowuje się z systemu. Leczy się.

Leczy?

Nie nadążają za tym tempem. Codziennie musisz dowalić do pieca więcej i więcej, codziennie musisz być o kilka procent bardziej. To trochę jak na imprezie, przecież nie wszyscy imprezują do samego końca, część idzie wcześniej do domu.

Politycy wiedzą, że jeśli nie przebiją się z komunikatem przez algorytmy mediów społecznościowych, to ich praca jest bez sensu. I wygrywa ten, który dorzuci więcej. Ale nie jest prawdą, że oni wszyscy są tacy sami. Oni stają się tacy sami, bo w mediach społecznościowych trzeba być twardym zawodnikiem.

Czyli „Tusk sprzedał Polskę", „Tusk to sługus Niemiec" robione jest pod algorytm? Tak samo jak „Kaczyński to morderca kobiet"?
Wyświetla się? To znaczy że jest dobrze. A skoro jest dobrze, to dajmy więcej. W tym nie ma żadnej głębszej analityki. Funkcję analityka pełni algorytm, złapał, czy nie złapał. To jest jak z ćpaniem, diler będzie ci dostarczał amfę, aż dostaniesz zawału albo paraliżu.

Wtedy algorytm szuka czegoś innego?

Coś przestaje się klikać, więc on zaczyna dilować czymś innym.

I w tej kampanii wyborczej nienawiść najlepiej się klika?

Klikała. Teraz u Tuska największe zasięgi mają posty lifestylowe, czyli jak jest dziadkiem, przytula wnuki albo psa. A u Morawieckiego dobrze sprawdza się, jak mówi o rozwoju gospodarczym. Tyle że oni nie zwracają już na to uwagi. Wydaje im się, że cały czas trzeba dokładać do pieca więcej i więcej.

Uczą się wolniej niż algorytm?

Być może po marszu Platforma zmieniła nieco strategię komunikacji i od paru dni wyświetla miłe filmy. PiS podobno też chce zmienić strategię, może system się przegrzał.

I końcówka kampanii będzie mniej toksyczna?

Nie. To nie jest tak, że teraz oni zrobią kampanię pozytywną. To jak z odstawieniem heroiny, występują drgawki i potrzebna jest cała terapia. Poważna sprawa. Idź i wytłumacz jednej oraz drugiej grupie, że teraz będziemy mniej dawać do pieca. Jak będzie mniej, to oni poczują się znudzeni i opuszczą system. Zresztą algorytm na to nie pozwoli. Jak z narkotykami. Wydawało się, że heroina jest straszna i na maksa uzależnia, no to pojawił się fentanyl. Algorytm musi cię utrzymać w systemie nie na zasadzie biernego odbiorcy, tylko masz wyświetlać, klikać i nie przewijać. Reagować.

A co może być tym jeszcze gorszym fentanylem?

W tym sezonie politycznym? Wydaje mi się, że już nie będzie niczego więcej. Jesteśmy podkręceni na maksa. Kolejny poziom to już walki MMA w każdym okręgu wyborczym i pojedynki jedynek na pięści.

Czyli na nienawiści dojedziemy do 15-go października?

Wtedy nastąpi wyresetowanie i nowy wybuch. 15-go wieczorem w zależności od wyników każdej ze stron algorytm dostarczy eksplozję, bo bez względu na to, kto wygra, druga strona dostanie przekaz, że sfałszowano wybory. I pojawi się wezwanie do kontruderzenia, czyli to co widzieliśmy w Brazylii albo w Stanach. Zostaliśmy uwięzieni w autorytaryzmie algorytmu, który będzie na nas wymuszał zachowania dla nas obce, inne, nowe. Wchodzimy na nieznane lądy. I jesteśmy w tym bardzo nowocześni, bo rzeczy zastosowane w 2015 roku w kampanii w Polsce zostały zastosowane w Stanach Zjednoczonych rok później, wiele agencji się tutaj kręciło i testowało u nas rozwiązania. Wybory w przyszłym roku w Stanach będą tym, co dziś się dzieje w Polsce razy sto. Wchodzimy w taką strefę, że będziemy testować, czy algorytm wyprowadzi ludzi na ulicę, czy nie, czy narrację o sfałszowanych wyborach algorytm uzna za tak atrakcyjną, że ją chwyci i podkręci. W Brazylii tak było. Algorytm wyświetlał ludziom, żeby wychodzili na ulicę. I żadnych zniuansowanych komunikatów nie pokazywał. Wystarczy, że potraktuje tak jedną grupę - tę bardziej skłonną do działania. A wygrana większość będzie to biernie obserwować. Potem nastąpi przerażenie, przeładowanie i wyciszenie emocji politycznych, bo doprowadzą one do wrzenia. I algorytm się sam naprawi, wtedy cykl zaczyna się od nowa, tylko na wyższym poziomie. System opiera się na narkotykach emocjonalnych i kolejna wersja dostosuje odpowiednio dawki, żeby stan pobudzenia trwał dłużej, ale pacjent nie zwariował.

Kto wygra te wybory?

Wszyscy przegrają. PiS przegra, bo nie będzie miał większości, Platforma - bo najprawdopodobniej dojedzie do mety druga. Przegra Konfederacja, bo zachłyśnięta sama sobą nie prowadzi porządnej kampanii, przegra trochę Lewica i Trzecia Droga, bo nie dowiozą tyle, ile by chciały. I przede wszystkim przegramy my, bo będziemy się jeszcze bardziej nienawidzieć. Natomiast wygrają wszystkie platformy mediów społecznościowych, bo zarobią kilkadziesiąt milionów, mamy w Polsce największe wydatki na kampanię w mediach społecznościowych ever. 

***

Michał Fedorowicz (1981) jest prezesem Instytutu Badań Internetu i Mediów Społecznościowych. Ekspert w dziedzinie kontroli wizerunku marki w Internecie i komunikacji kryzysowej.

gazeta.pl