sobota, 7 października 2023


Ciągłe próby Kremla, aby odwrócić od siebie winę za katastrofę samolotu finansisty Wagnera Jewgienija Prigożyna i przynieść mu hańbę, generują ciągłe pochwały dla Prigożyna i wysiłki mające na celu obronę jego dziedzictwa wśród wybranych społeczności zajmujących się przestrzenią informacyjną. Kanały popierające Wagnera i z nim powiązane w dużej mierze ośmieszyły sugestię Putina z 5 października, że samolot Prigożyna rozbił się w wyniku detonacji granatów na pokładzie, prawdopodobnie z winy pasażerów używających alkoholu lub narkotyków na pokładzie. Niektóre kanały nazwały twierdzenia Putina „śmiesznymi”, „farsą” i wyrażającymi brak szacunku dla „bohaterów” Rosji. Rosyjskie źródło poufne twierdziło, że członkowie Rosyjskiej Administracji Prezydenta „sprowokowali” Putina do wygłoszenia tych wypowiedzi w celu „odheroizowania” Prigożyna, gdyż poprzednie wypowiedzi Prigożyna kwestionujące przyczyny rozpoczęcia wojny na Ukrainie najwyraźniej zyskują na popularności na całym świecie. Nie wydaje się, aby uwagi Putina odniosły zamierzony skutek i zamiast tego popchnęły niektóre elementy rosyjskiej przestrzeni informacyjnej do podjęcia prób ochrony reputacji Prigożyna i obalenia sugestii Putina, jakoby Prigożyn był winien katastrofy lotniczej, poprzez dalsze dyskusje na temat Prigożyna i krytykowanie działań Kremla w oficjalnym stanowisku w sprawie jego śmierci. 

understandingwar.org

Operacji militarnej Azerbejdżanu w Górskim Karabachu (19–20 września), prowadzącej do ogłoszenia decyzji o samorozwiązaniu nieuznawanej republiki z dniem 1 stycznia 2024 r., towarzyszy zaognienie napiętych już stosunków pomiędzy Rosją a Armenią – państwami formalnie połączonymi sojuszem wojskowym i unią gospodarczą. Nic nie wskazuje na to, żeby Moskwa próbowała powstrzymać wszczętą przez Azerbejdżan tzw. operację antyterrorystyczną, skutkującą przejęciem przez Azerów kontroli nad całym Górskim Karabachem. Rosyjskie siły pokojowe (stacjonujące w tym parapaństwie na mocy zawieszenia broni z 2020 r.) same zostały ostrzelane, w wyniku czego kilku żołnierzy poległo. Aktywność kontyngentu ograniczyła się do pomocy w ewakuacji ludności ormiańskiej, która do początku października praktycznie w całości opuściła nieuznawaną republikę w obawie przed represjami ze strony Azerbejdżanu (zob. Exodus Ormian z Górskiego Karabachu).

Moskwa otwarcie krytykuje Erywań, wskazując, że upadek karabaskiego parapaństwa to rzekomo konsekwencja prozachodniego zwrotu w polityce władz Armenii i ich prowokacyjnego – w ocenie Rosji – zachowania wobec niej i Baku. Nie podoba jej się, że Armenia m.in. przeprowadziła niedawno wspólne ćwiczenia wojskowe z USA oraz ratyfikowała Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego, nakazujący aresztowanie Władimira Putina. Rosyjskie MSZ zarzuca Erywaniowi, że nie realizował trójstronnych porozumień osiągniętych dzięki mediacji Kremla, lecz zaangażował się w rozmowy przy pośrednictwie Zachodu, zwłaszcza UE (ale również USA), oraz że wbrew ustaleniom pokojowym utrzymywał wojska w nieuznawanej republice (co pokrywa się z zarzutami ze strony Baku, Armenia temu zaprzecza). Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow ostrzegł przed negatywnymi skutkami polegania Armenii na Stanach Zjednoczonych w sferze bezpieczeństwa, a także stwierdził, że nie da się ignorować interesów Rosji na Kaukazie Południowym. Po ogłoszeniu przez władze Górskiego Karabachu 28 września jego samorozwiązania rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow ograniczył się do oznajmienia, że Moskwa uważnie śledzi sytuację, skupiając się na aspekcie humanitarnym.

Rosyjskie media propagandowe szeroko komentują wydarzenia wokół parapaństwa. W swoim przekazie winą za podporządkowanie go Azerbejdżanowi obarczają jednoznacznie władze Armenii, w szczególności premiera Nikola Paszyniana, którego określają mianem zdrajcy. Propaganda usprawiedliwia natomiast działania Baku. Atakom na Paszyniana towarzyszy ostra retoryka antyzachodnia (zwłaszcza antyamerykańska), wedle której to ingerencja Zachodu w sprawy regionu zaprzepaściła korzystne dla skonfliktowanych stron zawieszenie broni z 2020 r. oraz sprawiła, że Erywań de facto zrzekł się praw do ormiańskiej eksklawy.

Komentarz

Siłowe zajęcie Górskiego Karabachu przez Azerbejdżan stanowi polityczną i wizerunkową porażkę Rosji. Świadczy ono o wyraźnym osłabieniu pozycji Moskwy nie tylko na Kaukazie Południowym, lecz także na całym obszarze poradzieckim. Kreml przez ponad trzy dekady wykorzystywał konflikt wokół parapaństwa, aby naciskać na Erywań i Baku. Nie opowiadając się jednoznacznie po żadnej ze stron, pozycjonował się jako główny arbiter i gwarant pokoju. Pasywność Moskwy wobec zniszczenia przez Azerbejdżan status quo w regionie oznacza rezygnację z tej praktyki oraz stanowi ogromne ustępstwo na rzecz Baku i wspierającej go Turcji.

Powodem bierności Rosji wobec działań Baku w Górskim Karabachu jest zaangażowanie w wojnę na Ukrainie. Wymusza ono priorytetyzację działań Kremla poza granicami kraju i uniemożliwia adekwatną reakcję we wszystkich punktach zapalnych. Poza tym ze względu na sankcje gospodarcze związane z agresją Moskwa musi prowadzić bardziej ustępliwą politykę względem Turcji, która jawnie wspiera Azerbejdżan. Co więcej, wojna na Ukrainie dowiodła braku skuteczności rosyjskich sił zbrojnych, co z jednej strony prowadzi do erozji percepcji Moskwy jako gwaranta bezpieczeństwa wśród społeczeństw i państw regionu, a z drugiej – ośmiela Baku i Ankarę do wzmocnienia swojej pozycji jej kosztem.

Rosja próbuje łagodzić straty wizerunkowe za pomocą szeroko zakrojonej kampanii propagandowej, w którą zaangażowali się także propagandyści ormiańskiego pochodzenia (zwłaszcza Margarita Simonjan). Jej cel to przede wszystkim dementowanie wysuwanych przez władze Armenii zarzutów o niewywiązanie się Moskwy z zobowiązań sojuszniczych wobec Erywania i de facto pozostawienie wspieranemu przez Turcję Azerbejdżanowi wolnej ręki w sprawie Górskiego Karabachu. Kreml pragnie przekierować na rząd Paszyniana obecne w społeczeństwie armeńskim rozczarowanie i gniew oraz podsycić nastroje antyrządowe, które mogłyby zostać wykorzystane przez Rosję. Antyzachodnia retoryka służy przekonaniu opinii publicznej w regionie i w samej Rosji, że Moskwa pozostaje jednym gwarantem bezpieczeństwa narodu ormiańskiego i przetrwania Armenii jako państwa oraz zachowuje kluczową i niepodważalną pozycję w sferze bezpieczeństwa na Kaukazie Południowym.

Porażkę w Górskim Karabachu Moskwa spróbuje zrekompensować sobie całkowitym podporządkowaniem Armenii. W związku z tym Kreml będzie dążył do zmiany rządu w Erywaniu na prorosyjski, naciskając jednocześnie na ormiańskie elity, aby zrezygnowały z zamiaru zacieśniania relacji z Zachodem. Aby osiągnąć swoje cele, Moskwa może nasilać kampanię propagandową podważającą legitymację władz Armenii, wzniecać postawy rewanżystowskie w społeczeństwie, w tym wśród uchodźców z Górskiego Karabachu, inspirować protesty społeczne przeciw rządom Paszyniana, a także wywierać presję na rząd Armenii za pomocą znajdujących się w jej dyspozycji silnych instrumentów ekonomicznych, energetycznych i wojskowych. Rosja jest największym partnerem handlowym Armenii (około jednej trzeciej obrotów) i jej głównym dostawcą paliw (blisko 90% gazu ziemnego i 100% uranu do jedynej elektrowni atomowej w kraju), kontroluje też tamtejsze koleje oraz infrastrukturę elektroenergetyczną, a w Giumri ma siedzibę rosyjska 102 Baza Wojskowa. Na przeszkodzie zapędom Moskwy może stanąć nastawienie do niej społeczeństwa armeńskiego – w kolejnych badaniach socjologicznych coraz mniejszy odsetek respondentów uważa ją za sojusznika Armenii. Według sondażu International Republican Institute z wiosny br. 10% ankietowanych w tym kraju oceniło wzajemne stosunki obu państw jako bardzo dobre, a 40% – raczej dobre. Zarazem jednak 15% pytanych określiło je jako bardzo złe, a 34% – raczej złe.

osw.waw.pl

6 października nad ranem rosyjskie drony kamikadze zaatakowały ukraińską infrastrukturę w rejonie Izmaiłu w delcie Dunaju. Uszkodzone zostały m.in. przeprawa promowa Orliwka na granicy z Rumunią (Ukraińcy ogłosili tymczasowe zamknięcie szlaku) oraz elewator zbożowy. Celem uderzeń był także obwód czerkaski, jednak zgodnie z lokalnymi doniesieniami nie odnotowano znaczących zniszczeń. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych zadeklarowało zestrzelenie 25 z 33 użytych przez agresora dronów Shahed-136/131. W tym samym czasie rosyjskie rakiety (według lokalnej policji systemu Iskander) uderzyły w dwóch dzielnicach Charkowa. W centralnej części miasta miało dojść do uszkodzenia sieci energetycznej oraz obiektów cywilnych (lokalne władze informują o śmierci pod gruzami dziecka). Dobę wcześniej drony kamikadze zaatakowały Mirhorod w obwodzie połtawskim i okolice Kropywnyckiego, gdzie trafione zostały obiekty infrastruktury (część źródeł mówi o składach amunicji). Zgodnie z przekazem ukraińskiego Sztabu Generalnego tego dnia obrońcy zestrzelili 24 z 29 wysłanych przez wroga „szahedów”. Najprawdopodobniej rosyjska rakieta (według lokalnego MSW Iskander) uderzyła w sklep i kawiarnię w miejscowości Hroza w obwodzie charkowskim (30 km na zachód od Kupiańska), powodując śmierć 52 osób i poranienie sześciu. To największa jednorazowa liczba ofiar cywilnych od początku roku i jedna z najwyższych po 24 lutego 2022 r. Sztab Generalny podaje, że najeźdźcy mieli tego dnia uderzyć ogółem trzema rakietami. 4 października celami rosyjskich ataków rakietowych (łącznie pięć) były Krzywy Róg, Zaporoże oraz gmina szachiwśka w obwodzie donieckim.

4 października Ukraińcy mieli przeprowadzić zmasowany atak z wykorzystaniem dronów kamikadze na przygraniczne rejony FR. Według strony rosyjskiej nad obwodami biełgorodzkim, briańskim i kurskim zestrzelono lub zneutralizowano środkami walki radioelektronicznej 31 bezzałogowców. Z kolei wedle przekazu SBU w obwodzie biełgorodzkim doszło do trafienia systemu obrony powietrznej S-400. Źródła lokalne twierdzą, że jeden dron eksplodował na terenie jednostki wojskowej w Karaczewie w obwodzie briańskim. Następnego dnia ukraińskie bezzałogowce atakowały obiekty infrastruktury w trzech rejonach obwodu kurskiego. Trafiona miała zostać jedna z podstacji. Według źródeł rosyjskich 6 października Ukraińcy mieli przeprowadzić nieudany atak dronami nawodnymi na bazę Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu.

Niektóre źródła podają, że obrońcy zintensyfikowali działania w obwodzie chersońskim, starając się poszerzyć przyczółki i wzmocnić obecność na wyspach na Dnieprze. Ukraińskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze pojawiły się również na lewym brzegu Dniepru, m.in. w okolicach zniszczonego mostu Antoniwskiego. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego siły agresora miały się zaktywizować niedaleko miejscowości Zołota Nywa w zachodniej części obwodu donieckiego i Makijiwka w obwodzie ługańskim, a także ponownie przekroczyć kanał Doniec–Donbas na południowy zachód od Bachmutu (Dylijiwka) i zaatakować na zachodnich obrzeżach Awdijiwki (Łastoczkyne). Rosyjskie ataki w tych rejonach, ale też w Marjince i jej okolicach nie przyniosły jednak powodzenia, podobnie jak kolejne ukraińskie próby przełamania obrony wroga na południe od Orichiwa i południowy zachód od Bachmutu.

4 października grupa dywersyjno-rozpoznawcza ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) wylądowała na przylądku Tarchankut w zachodniej części Krymu, skąd została wyparta po krótkiej walce z lokalnymi siłami FSB i Rosgwardii. Rosjanie opublikowali nagranie, na którym wzięty do niewoli ukraiński komandos tłumaczy, że operacja miała charakter demonstracyjny – chodziło w niej o wywieszenie flagi państwowej i rozpropagowanie ukraińskiej obecności na okupowanym od 2014 r. półwyspie w środkach masowego przekazu.

osw.waw.pl

Wieland Freund: Odwołanie przewodniczącego Izby Reprezentantów jest historycznie wyjątkowym wydarzeniem. Czy stanowi ono cezurę w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych?

Michael Hochgeschwender: Zasadniczo jest to logiczna konsekwencja rozwoju sytuacji od lat 90. XX w. Od tego czasu republikanie grają w swoją niebezpieczną grę. Chcieli być jednocześnie partią systemu i ustawić się poza nim. Tymczasem demokraci najpierw umiarkowanie, a następnie coraz szybciej przesuwali się w lewo.

Przedstawiciele Partii Demokratycznej stali się niewybieralni dla wielu ze swoich starych grup wyborców. Dało to republikanom możliwość przedstawiania demokratów jako skorumpowanych.

W Partii Republikańskiej powstała zradykalizowana baza sprzeciwiająca się wpisanej w konstytucję potrzebie negocjowania kompromisów. Nie zależy jej już na zawieraniu umów korzystnych dla obu stron, nie boją się też utraty umiarkowanych konserwatywnych wyborców.

Pod tym względem usunięcie McCarthy'ego jest nie tyle cezurą, ile logiczną konsekwencją stałego podważania kompromisu politycznego.

Czy istnieją wydarzenia polityczne w historii USA, które można by porównać do odwołania McCarthy'ego?

Było wiele poważnych kryzysów.

W 1798 r. niektóre stany po raz pierwszy zagroziły opuszczeniem Unii. W latach 50. XIX w. doszło do wojny secesyjnej. W latach 1866-1873 USA były świadkami przemocy politycznej i wojny z Indianami. Między 1865 a 1920 r. krajem wstrząsnęły problemy górników na Zachodzie, później dyskryminacja czarnoskórych. Pamiętajmy także o przemocy, która miała związek z prohibicją czy też o zamieszkach z lat 60. XX w.

Nie powinniśmy postrzegać historii USA przez różowe okulary.

Czy USA stoją obecnie w obliczu kryzysu konstytucyjnego?

Tak, ale ma to również związek z wiekiem konstytucji, która pochodzi z XVIII w. Konstytucja USA nie jest stworzona dla polityki partyjnej.

Obecnie jednak poddawana jest ona szczególnemu testowi wytrzymałości. Ludzie nie tylko spierają się o politykę pod względem merytorycznym – co było i jest całkiem normalne – ale także kwestionują samo funkcjonowanie parlamentaryzmu typu amerykańskiego.

Czy amerykański konserwatyzm przeżywa podobny kryzys jak konserwatyzm w krajach takich jak choćby Francja, gdzie konserwatywne siły polityczne stały się niemal nieistotne?

Tak! W tej chwili konserwatystom brakuje w pewnym sensie pozytywnych treści. Trumpiści nie są konserwatystami, ale rewolucjonistami. Gromadzą się wokół lidera, którego postrzegają jako charyzmatycznego.

Czy grozi to rozłamem w Partii Republikańskiej, czy też tradycyjny system dwupartyjny w USA jest tak zakorzeniony, że taki rozłam jest mało prawdopodobny?

Jak dotąd system dwupartyjny zawsze potrafił przetrwać, choćby ze względu na większościowy system wyborczy, który kształtuje tę strukturę – choć kilkukrotnie rozpadał się z powodu wewnętrznych napięć i wstrząsów.

Pod tym względem rozłam wśród republikanów czy demokratów nie wchodzi w rachubę. Obie partie zawsze były koalicjami różnych, czasem sprzecznych sił i interesów. Kiedy znikną wewnętrzne siły wiążące te grupy utracone, utworzą one nowe koalicje.

Ośmiu republikanów z pomocą demokratycznego klubu w Izbie Reprezentantów obaliło republikańskiego przewodniczącego, który opowiadał się za kompromisem, chcąc w ten sposób zapobiec zbliżającemu się paraliżowi rządu. Jak należy ocenić zachowanie demokratów? W końcu głosowali razem z twardogłowymi zwolennikami Trumpa.

Jest to bez wątpienia problem. Jednocześnie demokratom trudno byłoby wytłumaczyć swoim zwolennikom, dlaczego poparli jednego z najbardziej niepopularnych przywódców republikańskich. Demokraci są teraz tak samo zakładnikami swojego elektoratu, jak republikanie.

Czy demokraci zakładają, że republikanie sami się osłabią? Czy może igrają z ogniem?

Prawdopodobnie demokraci poczuli przez chwilę satysfakcję z powodu wewnętrznych problemów republikanów. W perspektywie średnioterminowej podcinają jednak gałąź, na której sami siedzą.

Szczególnie w polityce budżetowej nic nie obejdzie się bez Izby Reprezentantów – a w niej niewiele uda się zrobić bez przewodniczącego.

W jakim stopniu polityka Partii Demokratycznej w ostatnich dziesięcioleciach przyczyniła się do widocznego kryzysu republikanów?

Obie strony są odpowiedzialne za własne kryzysy. Problem leży w konsolidacji ideologicznej, która rozpoczęła się w latach 70. i została w pełni wdrożona w latach 90. XX w. Demokraci stracili swoje konserwatywne skrzydło, a także swoich społecznie konserwatywnych wyborców ze środowiska klasy robotniczej. Republikanie z kolei wyparli swoje liberalne skrzydło.

Obecnie brakuje polityków zdolnych do skłonienia obu stron Izby do rozmowy i – jak już wspomniałem – brakuje woli kompromisu. Każda partyjna baza – czy to demokratyczna, czy republikańska – zasadniczo chce równowagi, ale na własnych warunkach.

Intensywnie studiował pan historię amerykańskiej wojny secesyjnej — dla wielu komentatorów jest to punkt odniesienia przy opisywaniu niebezpieczeństw związanych ze spolaryzowaną obecnie sceną polityczną. Jak trafne jest to porównanie?

Z jednej strony jest ono problematyczne, ponieważ nie ma aż tak wyraźnego podziału na strony — niegdyś jedna z nich opowiadała się za utrzymaniem niewolnictwa i chciała stworzyć osobny byt państwowy.

Z drugiej strony światy demokratów w miastach i republikanów na wsi i w średnich miastach drastycznie się rozeszły. Ludzie już się nie rozumieją, a czasem nie chcą się rozumieć. Dotyczy to obu stron.

Sondaże pokazują również, że obie strony są gotowe na przemoc, a postacie takie jak Donald Trump i jego zwolennicy niewiele robią, aby to zmienić. Niemniej jednak nie widzę niebezpieczeństwa wojny domowej, a raczej rozwój brutalnej i niezdolnej do kompromisu kultury politycznej, która może zagrozić międzynarodowej pozycji USA — pomimo przytłaczającej przewagi militarnej tego kraju.

Jeśli tak dalej pójdzie, USA staną się gigantem na glinianych nogach.

onet.pl/Die Welt

piątek, 6 października 2023


Prezydent Rosji Władimir Putin przemawiał 5 października na 20. Klubie Dyskusyjnym Wałdaj i promował wiele długotrwałych rosyjskich operacji informacyjnych. Putin powtórzył fałszywą narrację jakoby Zachód zainicjował konflikt na Ukrainie w 2014 roku i stwierdził, że ekspansja NATO zagraża bezpieczeństwu Rosji. Putin twierdził, że wojna na Ukrainie nie jest „konfliktem terytorialnym”, ale polega na ustaleniu przez Rosję zasad nowego wielobiegunowego porządku światowego, stwierdzając, że ONZ i współczesne prawo międzynarodowe są „przestarzałe i podlegają rozbiórce”. ISW niedawno oceniła twierdzenia, że ​​Putin rozpoczął inwazję na Ukrainę na pełną skalę w 2022 r., ponieważ obawiał się NATO i zamiast tego oceniła, że celami Putina było rozszerzenie potęgi Rosji, wykorzenienie ukraińskiej państwowości i rozbicie NATO – cele, do których nadal dąży. Wyrażony przez Putina cel ustanowienia wielobiegunowego porządku światowego dodatkowo potwierdza ocenę ISW, że cele Putina na Ukrainie również przekraczają odpowiedź na rzekome zagrożenie NATO lub podbicie ograniczonego dodatkowego terytorium.

Putin twierdził, że Rosja pomyślnie zakończyła testy nuklearnego pocisku manewrującego Buriewiestnik i międzykontynentalnego pocisku balistycznego Sarmat (ICBM). Putin wypowiadał się na temat doktrynalnego użycia przez Rosję broni nuklearnej zarówno w ataku odwetowym, jak i w odpowiedzi na egzystencjalne zagrożenie dla Rosji, stwierdzając, że nie ma współczesnej sytuacji, która zagrażałaby istnieniu Rosji i że żaden agresor nie użyłby przeciwko Rosji broni nuklearnej. ISW oceniło wcześniej, że Kreml używa retoryki nuklearnej, aby skłonić Stany Zjednoczone i ich sojuszników do wywarcia presji na Ukrainę, aby negocjowała, oraz że użycie rosyjskiej broni nuklearnej na Ukrainie jest mało prawdopodobne. Putin wyolbrzymił także straty w ukraińskim personelu i sprzęcie, co często robią rosyjscy urzędnicy, w ramach nieustannych wysiłków mających na celu przedstawienie ukraińskiej kontrofensywy jako porażki.

Putin przedstawił dziwaczne wyjaśnienie śmierci finansisty Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna podczas konferencji prasowej w Klubie Dyskusyjnym Wałdaj 5 października, aby odwrócić winę od Kremla. Putin oświadczył, że szef Rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksander Bastrykin poinformował go, że w śledztwie znaleziono fragmenty granatów w ciałach ofiar na pokładzie samolotu Prigożyna, co sugeruje, że granaty zdetonowały wewnątrz samolotu. Komisja śledcza podała publicznie jedynie, że wszystkie 10 osób na pokładzie samolotu zginęło. Putin podkreślił także, że śledztwo wykluczyło czynniki zewnętrzne, które mogły być przyczyną katastrofy lotniczej i zasugerował, że ofiary katastrofy mogły spożywać na pokładzie alkohol lub narkotyki, co mogło doprowadzić do niedbałego obchodzenia się z granatami (które prawdopodobnie przez jakiś czas znajdowały się na pokładzie samolotu). Putin twierdził, że choć w śledztwie nie zbadano ciał na obecność alkoholu i narkotyków, Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) podczas śledztwa w sprawie Wagnera odkryła pięć kilogramów kokainy – prawdopodobnie nawiązując do telewizyjnych nalotów FSB na rezydencję Prigożyna w czerwcu i lipcu 2023 r. Putin dodał, że jego zdaniem w dochodzeniu należy zbadać ciała na obecność tych substancji. Dziwaczne wyjaśnienia Putina dotyczące katastrofy lotniczej są prawdopodobnie próbą zrzucenia winy na Prigożyna za śmierć jego i jego towarzyszy oraz jeszcze większej hańby wśród pozostałych zwolenników.

Putin w dalszym ciągu zaprzeczał istnieniu prywatnych firm wojskowych (PMC) w Rosji, wskazując, że przyszłość Grupy Wagnera nadal pozostaje niejasna. Putin powtórzył absurdalne twierdzenie, że PMC nie istnieją w Rosji, ponieważ „istnieją obecnie przepisy dotyczące prywatnych firm wojskowych [w Rosji]” i nazwał nazwę Wagner PMC „nazwą dziennikarską”, co prawdopodobnie oznacza, że ​​media błędnie określiły Grupę Wagnera PMC. Putin twierdził, że nie sprzeciwił się, gdy Ministerstwo Obrony Rosji (MON) zasugerowało udział części Grupy Wagnera w wojnie na Ukrainie, ponieważ personel Wagnera działał dobrowolnie i „walczył bohatersko”, zauważył jednak, że doświadczenia z Wagnerem były „niezdarne” bo nie było to oparte na prawie. Putin twierdził także, że „kilka tysięcy” personelu Wagnera podpisało kontrakty z rosyjskim MON.

understandingwar.org

Rosja pogrążona we własnych problemach musiała w latach 90. XX w. zrezygnować ze swoich wpływów na Bliskim Wschodzie. Władimir Pu­tin jednak uznał, że miejsce Rosji jest wśród najważniejszych mocarstw, zaczął od­budowę utraconego imperium, na początku próbując odzyskać wpływy tam, gdzie był ZSRR.

Kreml zaczął stosować tak zwaną doktrynę Primakowa. Ten wybitny znawca Bliskiego Wschodu i między innymi dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (dawne KGB), minister spraw zagranicznych i premier, jeszcze w latach 90. uznał, że Rosja może być ważnym graczem, w dużej mierze blokującym USA i Za­chód, i to przy niewielkim wysiłku. Jego koncepcja zasadniczo przypominała znany już z historii system koncertu mocarstw. Powrót do systemu bipolarnego był dla Rosji nieosiągalny, ale stworzenie kilku mocnych ośrodków równoważących siłę USA – już tak. Doktryna zakładała trzypunktowy plan.

Po pierwsze, odzyskanie wpływów w obszarze poradzieckim i stopniowe ich rozszerzanie na obszary Azji Centralnej i Bliskiego Wschodu. Po drugie, zahamowanie ekspansji NATO na wschodzie i po­dejmowanie działań na rzecz osłabienia NATO i innych struktur zachodnich głów­nie przez rozgrywanie wewnętrznych animozji i partykularnych interesów. Po trze­cie, strategiczna współpraca z Chinami i Indiami, gdzie Rosja miała być pewnym łącznikiem i moderatorem. Nawet ten plan jednak okazał się wymagający, a przede wszystkim kosztowny. W ten sposób Rosjanie zaczęli budować swoją koncepcję woj­ny hybrydowej, w której element siły militarnej był fundamentem, ale niejedynym. Mało tego: Rosja mogła używać siły militarnej, która niekoniecznie była jej. Zało­żenia tej koncepcji zostały sprawdzone w praktyce w Syrii.

Obecnie nie trzeba już nikogo przekonywać o istnieniu Grupy Wagnera i jej twórcy. Wojna w Ukrainie nie pozostawia żadnych wątpliwości, choć na początku wszyst­ko nie było aż tak oczywiste. Rosjanie sami nazywali ich "ichtamniety" od "ich tam niet" (ich tam nie ma) lub "turyści".

Pomysł na PMC (Private Military Company) powstał prawdopodobnie już po II wojnie rosyjsko­-czeczeńskiej, głównie na bazie doświadczeń prekursora tej bran­ży, czyli południowo­-afrykańskiego Executive Outcomes, oraz oczywiście zachod­nich konfliktów w Afganistanie i Iraku. W 2013 r. powstała firma ochroniarska Slavic Corps Limited, zarejestrowana w Hongkongu. Była to spółka córka Moran Security Group, zarejestrowanej w Belize, mająca biura w Chinach, Sri Lance, Iraku i oczywiście w Rosji. Slavic Corps Limited utworzyło "Korpus Słowiański", którego działalność zarejestrowano w Syrii jesienią 2013 r., czyli jeszcze przed oficjalnym zaangażowaniem się Rosji w tym kraju. Projekt okazał się nieudany, źle wyposażo­ne i dowodzone oddziały szybko zaczęły mieć problemy, dowódcy zostali oskarżeni w swojej ojczyźnie o najemnictwo, ale Kreml wyciągnął wnioski.

O Grupie Wagnera zaczęto mówić głośno po jej sukcesach w walkach o Palmy­rę. W październiku 2015 r., prawdopodobnie pod presją Rosji, władze Syrii po­stanowiły utworzyć 4. Korpus Szturmowy (ewentualnie 4. Legion, Al­Faylaq al­Rabi’­-Iqtiham). Składał się on z ochotniczych oddziałów paramilitarnych, czterech wy­dzielonych brygad z innych związków taktycznych. Był to projekt firmowany przez Mahera al­-Asada, młodszego brata prezydenta Baszszara. Mimo że mogła liczyć ona na lepszy sprzęt, doradztwo rosyjskie i irańskie, okazała się formacją niezdy­scyplinowaną i mało skuteczną.

Rosjanie, orientując się w sytuacji, postanowili tym razem stworzyć formację całkowicie przez siebie kontrolowaną, szkoloną i wypo­sażoną. 22 listopada 2016 r. sformowano 5. Korpus (Legion) Szturmowy (al­-Fay­ laq al­-Khamis Iqtiham). Oddziały PMC miały stanowić zarówno kadrę szkoleniową, jak i pełnić funkcję jednostek specjalnych. Kontraktorzy Wagnera zostali wyposaże­ni w najnowszy rosyjski sprzęt i objęci dowództwem "federalnych", czyli "oficjalnej" armii rosyjskiej. Wagnerowcy, zwłaszcza w walkach o Palmyrę w 2016 r., okaza­li się kluczowym elementem, podejmując się najtrudniejszych zadań, w tym sztur­mu na pozycje ISIS. W tym zakresie zdecydowanie bitnością przewyższali oddzia­ły lokalne, na przykład słynne Tygrysy (de facto też PMC), ale i regularne jednostki rosyjskie. Ich liczebność w tym okresie oceniano nawet na 2,5 tys. ludzi.

Po 2016 r. liczebność oddziałów znacznie spadła, niemniej wkrótce pojawiła się firma Evro (Euro) Polis, która funkcjonowała w strukturach Jewgienija Prigożyna, właściciela Grupy Wagnera. Firma otrzymała 25 proc. udziałów z dochodów z wy­dobytej ropy i gazu ze złóż syryjskich, które miała odbić z rąk Państwa Islamskiego (ISIS). Oficjalnym właścicielem Euro Polis według SPARK­-Interfax była Neva JSC, a jej szefem Walery Czekałow. Jak wiadomo z dokumentów opublikowanych przez grupę hakerów Anonymous International, Czekałow przez wiele lat zajmował wy­sokie stanowiska w firmie Concorde należącej do Prigożyna. Prezesem Euro Polisod stycznia 2017 r. do listopada 2019 r. był Oleg Erokhin, którego wielokrot­nie widywano na wspólnych wyjazdach z dowódcami Grupy Wagnera, w tym z sa­mym Dmitrijem "Wagnerem" Utkinem – głównym dowódcą wojskowym formacji.

Od 2017 r. nagle wagnerowcy nie mieli do dyspozycji najnowszego sprzętu i skazani byli na ten syryjski. 7 lutego 2018 r. doszło do starcia rządowych sił sy­ryjskich z oddziałami tak zwanej demokratycznej opozycji syryjskiej (Syrian Demo­cratic Forces – SDF) pod Chaszam (Khasham) w prowincji Dajr az­-Zaur. Według różnych szacunków mogło tam polec nawet stu Rosjan, łącznie w jedną noc rozbi­ty został cały batalion. Dokonali tego Amerykanie zabezpieczający bazy kurdyjskie, w których szkolili oddziały opozycyjne. Wagnerowcy zostali "wystawieni" Amery­kanom, sztab rosyjski wiedział, że ci będą się bronić.

Słabe uzbrojenie sugeruje, że grupa w tym czasie wykonywała swoje zadania dla armii syryjskiej, ale nie tej kontrolowanej przez Rosjan. Formacja zatem zaczęła uzu­pełniać braki pozostałej części armii syryjskiej (może nawet za syryjskie pieniądze) oraz zarabiać dla swoich rosyjskich mocodawców.

Nie do końca jasne pozostaje finansowanie wagnerowców. Zapewne w jakimś stopniu działali za pieniądze syryjskie, sami finansowali się poprzez przejmowa­nie wpływów w tamtejszym przemyśle i korzystali z infrastruktury armii i wywiadu rosyjskiego (bazy szkoleniowe, uzbrojenie, transport). Istnieje też duże prawdopo­dobieństwo, że wydatki na ich działalność ukryte są przez korupcyjny system pa­nujący w Rosji. Przykładowo firma Concord wygrała przetargi na catering między innymi dla armii. Jak dbała o uzupełnianie rezerw, widać było choćby podczas wojny z Ukrainą w 2022 r., gdy żołnierze jedli przeterminowane produkty.

5. Korpus to nie tylko Rosjanie i Syryjczycy werbowani do regularnej armii, to także mnóstwo formacji paramilitarnych oraz dowodzonych przez Hezbollah i Iran, czyli Narodowych Siły Obronnych (NDF), ale też palestyńskiej Liwa al­-Kuds. Istotne były zwłaszcza Oddziały Tygrys (Quwwat al­Nimr, Tiger Forces). Była to formacja utworzona w 2013 r. przez Wywiad Sił Powietrznych (AFI), niewcho­dzący w struktury regularnej armii. Formacja była pomysłem syryjskiego oligarchy, kuzyna prezydenta Asada – Ramiego Makhloufa. Koncepcja bardzo przypominała Grupę Wagnera: tworzona przez służby specjalne, za pieniądze człowieka bliskiego prezydentowi i utrzymywana z tego, co jej żołnierze ukradną i dostaną od państwa. Rosjanie wcielając formację do 5. Korpusu, ulokowali na wszystkich poziomach do­wodzenia, wręcz dublując strukturę, swoich lu­dzi. Ta zasada obowiązywała w całym Korpusie. Szef sztabu armii rosyjskiej generał Walerij Gie­rasimow podczas pogrzebu generała porucznika Walerija Asapowa powiedział wprost: "Pracował jako szef sztabu grupy naszych sił, a następnie dowodził 5. Korpusem ochotników".

Oficjalnie dowódcą Tygrysów był Suhail al­-Hassan, ale włączenie jednostki do 5. Korpusu umożliwiło Rosji osłabienie wpływów zarówno oligarchy Makhloufa, jak i AFI. W sierpniu 2019 r. utworzono 25. Dywizję Sił Specjalnych (tzw. antyterrorystyczną), ta już była "wpięta" w system dowodzenia armii, zatem pozbyto się wpływów AFI i Iranu, a de facto podporządkowano Rosji. Na jej czele również stał Suhail Hassan, uważany za krytyka wpływów Iranu i zwo­lennika współpracy z Rosją. Przykładowo w sierpniu 2017 r. spotkał się w rosyj­skiej bazie Hmeimim w Latakii z szefem sztabu armii rosyjskiej generałem Giera­ simowem, od którego dostał ceremonialny miecz w uznaniu za "braterstwo broni".

W czerwcu 2020 r. utworzono 16. Brygadę, której dowódcą został Salah Ab­-dullah, alawita, ale niezwiązany z AFI. Suhail Hassan, wedle tureckich doniesień, miał zostać poważanie ranny w marcu 2020 r. 16. Brygada przypominała Ty­grysy, ale już bez wpływów służb syryjskich i Iranu. Wyszkolona była przez Rosjan, z kadrą zawdzięczającą im awans. W ten sposób Rosjanie otrzymali stałe wpływy w armii syryjskiej, jednostkę, która stała się swoistym koniem trojańskim, w dużej mierze szachującą Asada, ale też w jakimś stopniu frakcje proirańskie.

Hezbollah wspierał reżim Baszszara al­Assada od samego początku wojny, w pewien sposób spłacając dług wdzięczności, ale przede wszystkim realizując interesy Iranu. Pierwsze informacje o jego obecności w Syrii pojawiły się już jesienią 2011 r., gdy we wrześniu libańskie media podały, że kilku bojowników Hezbollahu zostało zabitych w Syrii. Opozycja twierdziła, że jednak byli obecni już wcześniej – to ich snajperzy mieli strzelać do demonstrantów. Sekretarz Generalny Partii Sajjid Hassan Nasrallah dementował te doniesienia, choć oficjalnie, na poziomie politycznym, popierał reżim z Damaszku. W październiku 2012 r. jeden z wyższych ran­gą dowódców Hezbollahu Ali Hussein Nassif został zabity w czasie walk w rejonie Al­Kusajr (Al­Qusayr) i tego już nie dało się ukryć, stało się więc pretekstem do ofi­cjalnego ujawnienia swojego zaangażowania.

Rosja początkowo nie przyznawała się do współpracy z Hezbollahem, co wynikało z charakterystycznej dla niej polityki balansowania. Niezwykle ważne były dla niej stosunki z Izraelem, choćby ze względu na pozyskiwanie kluczowych technologii wojskowych i licznych powiązań biznesowych, co wiązało się z traktowaniem go jako ważnego partnera biznesowego. Niemniej można było zanotować obecność rosyjskiej techniki wojskowej w arsenale organizacji. Być może nie była ona dostar­czana bezpośrednio, a przez Damaszek, ale na pewno nie bez wiedzy Moskwy.

Bo­jownicy tej organizacji w ramach wspólnej służby z Rosjanami odbywali szkolenia z obsługi systemów ziemia–powietrze SA­22, artylerii rakietowej TOS­1, przeciw­ pancernych 9M133 Kornet czy miotaczy RPO­A Szmel. Armia izraelska zaczęła rejestrować korzyści, jakie dzięki tej współpracy uzyskiwał Hezbollah. Znacznie wzrastał potencjał jego arsenału rakietowego, wspominane Kornety też były postrzegane jako bardzo groźne – prawdopodobnie mają one zdolność przebicia pancerza podstawowego czołgu izraelskiego Merka­ va. Użycie takiej broni jak systemy rakietowe wymagało koordynacji z Rosjanami. To z kolei wymusiło powstanie wspólnych sztabów i zbieranie kolejnych doświadczeń przez Hezbollah.

Oczywiście zabezpieczał on w Syrii przede wszystkim swoje interesy, stąd choćby kontrola miasta Al-Kusajr z przejściem granicznym Liban–Syria. Realizował też interesy Iranu, udało się im zdobyć Abu Kamal i tak uzyskać most lądowy Iran–Irak–Syria–Liban (tzw. szyicki półksiężyc). W 2018 r. doszło jednak do zaskakującego wydarzenia: siły rosyjskie operujące razem z 11. Dywizją Armii Syryjskiej starły się z Hezbollahem pod Al­-Ku­sajr. Prawdopodobnie była to rosyjska próba przetestowania reakcji Iranu. Inną niekonsekwencją, a może właśnie konsekwencją w polityce balansu, był brak wsparcia w obronie przeciwlotniczej baz irańskich i Hezbollahu. Rosja zezwalała Izraelowi na swobodne operowanie w przestrzeni powietrznej Syrii, ich lotnictwo atakowało bazy szyickie, ale rosyjskie już nie.

Współpraca Rosji z Hezbollahem była szczególnie intensywna w ramach wspomi­nanego już 5. Korpusu. W jego skład wchodziły milicje szyickie rekrutowane przez Iran w Afganistanie, Jemenie czy Pakistanie. Następnie były szkolone w Iranie lub już na miejscu w Syrii i Libanie właśnie przez Hezbollah. Dowódcy (głównie z He­zbollahu) poznawali rosyjską sztukę operacyjną, co mogło być szczególnie cenne w kontekście konfliktu z Izraelem. Zwłaszcza pozyskanie zdolności w zakresie ra­dzieckiej koncepcji kompleksu rozpoznawczo­-uderzeniowego, gdzie lokalne oddzia­ły często miały rolę rozpoznawczą, a siły rosyjskie – uderzeniową. Jest to taktyka opracowana jeszcze w czasach ZSRR i była w dużej mierze odpowiedzią na ame­rykańskie koncepcje prowadzenia walk, ale uwzględnia pewne zapóźnienie tech­nologiczne. Zasadniczo jest to pewna wersja koncepcji wojny powietrzno­-lądowej. Siły lądowe, często nieliczne, naprowadzają na cel artylerię i lotnictwo. To w pew­nym stopniu zastępuje braki w zakresie rozpoznania satelitarnego czy lotniczego.

Pod koniec 2017 r. były dowódca wojsk rosyjskich w Syrii generał Siergiej Su­rowikin podał, że w ciągu 227 dni rosyjskiej interwencji zlikwidowano ponad 32 ty­s. terrorystów, zniszczono 394 czołgi oraz wyzwolono spod władzy Państwa Is­lamskiego 67 tys. km kw. powierzchni Syrii. Do tych danych należy podchodzić bardzo ostrożnie, ale na pewno kompetencje w tym kierunku były dopracowywane. Zapewne Hezbollah mógł nauczyć się, jak zarządzać prowa­dzeniem walk połączonych w koalicji, poznał szereg technik taktyczno­-operacyjnych prowadzenia statycznych i manewrowych działań połączonych oraz manewrowych działań wojennych w terenie miejskim, górskim i pustynnym.

Inną formacją współpracującą z Rosją w Syrii była Liwa al­-Kuds (al­-Quds), czyli Brygada Jerozolimska. Była to milicja złożona z Palestyńczyków, werbowana głów­nie w Syrii, choć nazwa mogłaby sugerować coś innego. Powstała w październiku 2013 r., inicjatorem była syryjska filia Hezbollahu, czyli Quwat ar­-Ridha (Siły al­-Ridy). Składała się z trzech batalionów, z czego najważniejszym były Lwy Jerozoli­my (Lions of al­-Quds Battalion) operujące w rejonie Al­-Najrab (Al­-Nayrab). Ponadto Batalion Odstraszania, który działa na północy Aleppo, na południe od wiosek Nubl i Zahara, oraz batalion Lwy al­-Shahba, który działa na frontach walk w mie­ście Aleppo.

Formacja w swej nazwie odwołuje się do Jerozolimy, natomiast two­rzyli ją bojownicy palestyńscy z Syrii, wyrażając poparcie dla państwa syryjskiego i jego armii. Brygada weszła również w skład 5. Korpusu, Rosjanie szybko przejęli nad nią kontrolę dowódczą i zaczęli pełnić również funkcje szkoleniowe. Do tego wykorzystano przede wszystkim rosyjską PMC: Vegacy Strategic Services Ltd. Jest to formacja oficjalnie zajmująca się ochroną frachtu morskiego, działała w Syrii przynajmniej od 2013 roku, prawdopodobnie jest to kolejny "klon" Grupy Moran i Wagnera. Ponadto szkoleni byli przez żołnierzy 18. Gwardyjskiej Brygady Strzel­ców Zmotoryzowanych (jednostka ta brała udział między innymi w ataku na Krym w 2014 roku). Była to tak zwana formacja kadrowa, do 2022 r. miała uzyskać roz­winięcie do dywizji. Jej oficerowie byli doświadczeni i stanowili pewną elitę w woj­skach lądowych Rosji. Brygada Jerozolimska była prawdopodobnie też dozbrajana przez Rosjan, o czym świadczą choćby zdjęcia publikowane w mediach z widocz­nymi na nich typami uzbrojenia. Dowódcy formacji otrzymali też odznaczenia od Rosjan za uznanie zasług bojowych.

Na profilu na Facebooku Liwa al­-Kuds oficjalnie prezentuje swoje powiązania z Rosją, często udostępniając zdjęcia rosyjskich żołnierzy. Regularnie dzieli się rów­nież wiadomościami dotyczącymi Władimira Putina lub międzynarodowej działal­ności Rosji, zwłaszcza w Syrii.

(...)

Rosja znakomicie odnalazła się w koncepcji wojny hybrydowej. Zwłaszcza dzięki temu, że jest to wojna tania, zatem główne problemy można było po prostu ukryć. Wojna w Syrii uwidoczniła wiele z nich, jak choćby: fatalne wyszkolenie żołnierzy, nieprecyzyjna broń, brak funduszy. Gdy spadały wiekowe bomby na Aleppo, Rosjanie tłumaczyli to "wietrzeniem magazynów" – taniej zrzucić, niż utylizować. W rzeczy­wistości oni nowszych po prostu nie mieli.

Wojna w Ukrainie miała być szybka, tro­chę hybrydowa, ale przede wszystkim błyskawiczna. Nic z tego nie wyszło i wszelkie zasłony niczym woal opadły. A pod nim świat zobaczył prawdziwe oblicze Rosji. Na Bliskim Wschodzie osiągnęła dużo więcej, niż powinna. Wynikało to przede wszyst­kim z braku silnej konkurencji, USA zrobiły dla Rosji przestrzeń i ta ją wypełniła. Wojna w Ukrainie pokazała jednak, że faktyczne zasoby Rosji są marne, że nie ma ona sił i środków do faktycznego zaangażowania.

Zresztą obiektywnie patrząc, Rosja nadal nie wygrała wojny dla Asada, Idlib nadal jest pod kontrolą rebeliantów. Oczy­wiście istotne jest tu zaangażowanie Turcji, ale i bez tego możliwe jest, że Moskwa nie miałaby środków do przeprowadzenia ofensywy. Lokalni gracze patrzyli na Rosję jako swoistą alternatywę, może nawet ciekawszą niż Chiny, bo obecną i znaną w tym rejonie. Moskwa o prawa człowieka upominać się nie będzie, demokracji wprowa­dzać też nie, co najwyżej podpowie, jak zrobić taką w rosyjskiej wersji, co to niby jest, a faktycznie jej nie ma. Rosja mogła być zatem pewną przeciwwagą dla wpły­wów USA. Po blamażu w Ukrainie chyba już niewielu wierzy w jej sprawczość.

onet.pl

czwartek, 5 października 2023


Litera „Z” razem z „V”, „O”, „X” i „A” na początku wojny były malowane na rosyjskich pojazdach wojskowych, by odróżnić je od ukraińskich. Z biegiem czasu szczególnie „zetka” nabrała niemal sakralnego znaczenia. Uczyniono z niej symbol rosyjskiego wysiłku wojennego i ogólnie prowojennego „patriotyzmu”.

W pewnym momencie pojawiły się takie pojęcia jak „Z-kanały na Telegramie”, „Z-muzyka”, „Z-blogerzy”. Państwowa propaganda wplatała na masową skalę łacińską literę w hasła poświęcone wojnie i do dziś jest ona obecna w rosyjskiej przestrzeni publicznej.

Jednak ostatnio na łamach rosyjskich kanałów propagandowych i to tych do niedawna określanych mianem „Z”, pojawiła się ostra krytyka symbolu. Wszystko zaczęło się od publikacji bożyszcza rosyjskiej myśli imperialnej Aleksandra Dugina, który na swoim kanale Telegramu stwierdził, że „Z” to  „zły symbol i fałszywka piarowska”, która „nic nie znaczy”.

– Walczymy pod sztandarem Zbawiciela. Pod sztandarem Władlena Tatarskiego (rosyjskiego tzw. blogera wojennego zabitego prawdopodobnie w ukraińskim zamachu – Belsat.eu). Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego. [Rosjanie] nie umierają za Z. Giną za Ruś, za Chrystusa, za nasz naród. To właśnie musimy wszystkim powiedzieć. Czas pozbyć się otoczki „rosyjskiej korporacji”. Do historii powraca Święta Ruś, wielkie Imperium – stwierdził Dugin.

Dugin nie byłby sobą gdyby w swoją wypowiedź nie wplótł odniesień do rosyjskiej symboliki militarystycznej i imperialnej. Fragment prawosławnego Wyznania Wiary: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego”, był również złowieszczym hasłem wypisanym na sztandarze rosyjskiego generała Jakowa Bakłanowa, uczestnika operacji zdławienia antyrosyjskiego powstania ludów Kaukazu w XIX w. Złowieszczym, bo na centralnej części flagi umieszczono wizerunek czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami.

Ten akt krytyki natychmiast podchwyciły inne rosyjskie propagandowe kanały.

– Z jest tak naprawdę swastyką dla impotentów. To symbol wstydu niezwyciężonego rosyjskiego żołnierza – napisał nacjonalistyczny bloger Alex Parker Returns w Telegramie.

Administrator kanału stwierdził, że literka przypomina mu „sedes” i że większy sens miałoby już naszycie na mundur takiego symbolu.

Kanały propagandowe, które wsparły Dugina, nagle dopatrzyły się, że litery „Z” i „V” świadczą o klęsce i haniebnym stanie armii rosyjskiej, a nawet kojarzą się z inicjałami Prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

belsat.eu/East24.info/nashaniva.com

Konflikt między Iranem a Azerbejdżanem ma bardzo głębokie podłoże historyczno-geopolityczne. Ścierają się tu bowiem dwie wizje historii, które są całkowicie nie do pogodzenia, a które mają kolosalne znaczenie geopolityczne. Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do początków XVI w., gdy nowożytny Iran odrodził się pod rządami Ismaila I, założyciela dynastii Safawidów. Władca ten był mieszanego, kurdyjsko-turkmeńsko-bizantyjskiego pochodzenia pod względem etnicznym i posługiwał się językiem azerskim, w którym pisał również wiersze. Swoją stolicą uczynił Tebriz, miasto, które obecnie jest stolicą prowincji Azerbejdżanu Wschodniego w Iranie, a historycznie uznawane jest po prostu za stolicę Azerbejdżanu. Ponadto Ismail I uczynił szyizm religią obowiązującą, a jego głównym geopolitycznym przeciwnikiem było Imperium Osmańskie.

W tym czasie kategorie etniczno-językowe były bez znaczenia, a ciągłe wojny między Imperium Safawidów a Imperium Osmańskim toczyły się w dużej mierze na Kaukazie Południowym. Jednakże poza przejściowym opanowaniem tych terytoriów przez Osmanów na przełomie XVI i XVII w., to należały one do Iranu. W tym czasie tereny te zamieszkane były przez Ormian, ale Safawidzi postanowili ich przesiedlić w głąb swojego imperium, by ożywić handel, a na Kaukazie Płd. osiedlili ludność szyicką, by nie obawiać się o jej lojalność w czasie starć z sunnickimi Osmanami. Warto przy tym dodać, że granicą między Azerbejdżanem a Kaukazem Płd. była rzeka Araks, która dziś oddziela Iran od Nachiczewanu, Armenii i Azerbejdżanu. Sama nazwa Azerbejdżan znana była już w starożytności jako Azar Poyegan, Strażnicy Ognia. Dlatego Irańczycy twierdzą, że mieszkańcy Azerbejdżanu (tego na południe od rzeki Araks) to sturczeni Irańczycy.

Nazwa Azerbejdżan w odniesieniu do terenów na północ od rzeki Araks pojawiła się dopiero w końcu XIX w. pod wpływem ruchu młodotureckiego i związanego z nim projektu pantureckiego (zjednoczenia wszystkich ziem zamieszkanych przez ludność tureckojęzyczną).

Stanowiło to przeorientowanie geopolityczne z kryterium religijnego na etniczne, tym samym czyniąc z szyicko-tureckojęzycznej ludności Kaukazu Płd. sojuszników młodotureckich nacjonalistów. W tym czasie Kaukaz Płd. nie należał już do Iranu, lecz do Rosji, do której ziemie te zostały dołączone w wyniku wojen persko-rosyjskich zakończonych traktatami w Gulistanie (1813) i Turkmenczaju (1828).

W XIX-wiecznych spisach nie występują Azerowie lub Azerbejdżanie, lecz Tatarzy kaukascy lub po prostu muzułmanie. Przyjęcie nazwy Azerbejdżan miało jednak stanowić podstawę do roszczeń terytorialnych Wielkiej Turcji (rozciągającej się od mołdawskiej Gagauzji po chiński Turkiestan Wschodni), wobec Iranu i jego Azerbejdżanu.

Państwo takie jednak nie powstało, a w wyniku turecko-sowieckiego traktatu z 1920 r. Kaukaz Płd. znalazł się w granicach tworzonego państwa sowieckiego. Bolszewicka Rosja utrzymała jednak panturkijskie nazewnictwo wobec republiki ze stolicą w Baku, by również szachować Iran pretensjami terytorialnymi. Po wojnie koalicji sowiecko-brytyjskiej z Iranem w 1941 r. ZSRR powołał w listopadzie 1945 r. marionetkowe państwo o nazwie Autonomiczna Republika Azerbejdżanu ze stolicą w Tebrizie, które przetrwało rok. Gdy ZSRR rozpadł się, potencjał pretensji terytorialnych przeszedł na nową Republikę Azerbejdżanu. Wkrótce panturkiści przyjęli nowe nazewnictwo: Azerbejdżan Wschodni (Baku), Zachodni (Karabach, Sjunik, Erewań i Nachiczewan) oraz Południowy (Tebriz). Wskazywało to na rozmach pretensji terytorialnych Baku. Azerbejdżan przyjął przy tym pseudohistoryczną narrację o rzekomym rozdzieleniu Azerbejdżanu, którą w ostatnich miesiącach tamtejszy prezydent Ilham Alijew coraz częściej przywołuje.

nlad.pl

Flota Czarnomorska nie może otrzymać posiłków — Turcja kontroluje cieśninę Bosfor i nie zezwala na przepływanie przez nią okrętów wojennych — musi więc zadowolić się siłami, które już posiada, opracowując sposoby przechwytywania możliwej przyszłej floty ukraińskich dronów podwodnych.

Oznacza to, że do dyspozycji ma helikoptery Kamow Ka-27 wyposażone w sonar, a także 181. flotyllę zwalczania okrętów podwodnych. Dywizja ta nadzoruje cztery okręty projektu 22160 i trzy korwety zwalczania okrętów podwodnych Grisza-III.

Nowsze, 1700-tonowe okręty projektu 22160 są najwyraźniej pozbawione sonarów: ich zadaniem jest osłanianie starszych, tysiąctonowych Grisza-III, które są wyposażone w dwa sonary: jeden zamontowany pod dziobem i drugi, klasyczny, który okręt opuszcza pionowo na długim kablu.

Okręty Grisza-III mają około 40 lat, więc warto zastanowić się nad ich stanem. Ale w swoich czasach były "potężnymi małymi środkami bojowymi", według słynnego analityka marynarki wojennej Normana Polmara, piszącego w Proceedings - profesjonalnym czasopiśmie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych - w 1976 r.

Jeśli Flota Czarnomorska może rozmieścić swoje helikoptery Kamow i Grisze-III w sposób, w jaki robiła to radziecka marynarka wojenna, być może będzie w stanie znaleźć i zatopić ukraińskie okręty podwodne, zanim te wślizgną się na kotwicowisko floty.

Radziecka taktyka zwalczania okrętów podwodnych na płytkich wodach była dość wyrafinowana, jak wyjaśnił konsultant morski Troy Bentz w wydaniu Proceedings z 2010 r. "Sowieci polegali na aktywnym sonarze jako preferowanej metodzie wykrywania w wodach przybrzeżnych" - napisał Bentz. "Nauczyli się, że zanurzanie sonaru — opuszczanie przetwornika sonaru do wody z helikoptera — na szybkich platformach było bardzo cenne".

"Wykorzystanie dwóch lub trzech platform w systemie było najbardziej efektywne taktycznie" - kontynuuje Bentz. "Sowieci stosowali sonar zanurzeniowy nie tylko na śmigłowcach, ale także na korwetach ZOP klasy Grisza". Dowolna mieszanka dwóch lub trzech Kamowów albo Grisz byłaby wystarczająca. Korwety i śmigłowce współpracowały ze sobą, stosując taktykę "żabiego skoku", wyjaśnił Bentz. "Jeden okręt dryfował, aktywnie próbkując zanurzającym się sonarem, podczas gdy inny pędził naprzód do obliczonej pozycji".

W ten sposób pary helikopterów lub korwet mogłyby przeciągnąć swego rodzaju łańcuch sonarowy przez kluczowe wąskie gardło — na przykład ujście zatoki.

Wadą tej taktyki było to, że Kamow lub Grisza unosiły się lub pracowały na biegu jałowym podczas zanurzania sonaru. Każdy zanurzający się sonar stanowił stacjonarną przeszkodę, którą ostrożny dowódca okrętu podwodnego mógł ominąć.

Sowieci przewidzieli ten problem. Sonar dziobowy Griszy skanuje w sposób ciągły w trakcie ruchu okrętu. W wystarczająco dużej sowieckiej flotylli zwalczania okrętów podwodnych niektóre z korwet mogły przemieszczać się, gdy inne zanurzały sonar.

Z kolei wadą tej taktyki jest to, że sonar dziobowy zazwyczaj ma za sobą głuchy kąt, w którym znajdują się śruby statku. W 1977 r. okręt podwodny Królewskiej Marynarki Wojennej HMS Swiftsure wykorzystał ten głuchy punkt na rufie, aby przeniknąć do radzieckiej grupy bojowej i spędzić godziny pod nowym wówczas lotniskowcem Kijów. Rezultatem była wywiadowcza żyła złota.

Wszystko to oznacza, że Sowieci dysponowali metodą prowadzenia wojny przeciw okrętom podwodnym w pobliżu brzegu, która była skuteczna... ale nie doskonała. Jeśli Rosjanie będą w stanie powielić tę taktykę, być może przechwycą przyszłe ataki ukraińskich okrętów podwodnych.

Z naciskiem na "być może".

onet.pl/forbes.com

środa, 4 października 2023


Państwo jest bowiem strukturą nośną mocarstwowości oraz imperializmu Rosji. Widać to zwłaszcza w XIX-, XX i XXI-wiecznej historii Rosji, która będzie omawiana na stronach niniejszej książki. Bo zarówno w samodzierżawiu, w ZSRR, jak i za czasów rządów prezydenta Władimira Putina to państwo budowane jest niejako od góry. Oznacza to, że władzę w Rosji sprawuje tylko i wyłącznie jednostka lub wąski krąg decyzyjny, który opiera źródło swojego rządzenia na legitymacjach wykluczających lud /społeczeństwo/naród do oddolnego kreowania struktur władzy i polityki państwa. Legitymacje te miały różną naturę: boską, utylitarną, ideologiczną (zwłaszcza w wydaniu marksistowskim). Ostatnie lata rządów Putina, czyli praktyka ustrojowa państwa, a także tzw. reforma konstytucyjna z 2020 r. wzmocniły opisywane tendencje, likwidując klasyczną zasadę suwerenności narodu. W takim układzie Kreml wskazuje, że państwo rosyjskie broni tzw. suwerenności państwa i „ma prawo pozbawiać głosu określone części społeczeństwa, kierując się przy tym argumentami o konieczności obrony Rosji przed szkodliwymi wpływami zachodnich mocarstw oraz innego rodzaju podmiotów”. W czasie wojny rozpoczętej w 2022 r. narracja ta została wzmocniona argumentami o egzystencjalnym zagrożeniu Rosji i Rosjan ze strony Zachodu, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych.

Zgodnie z takimi założeniami państwo dominuje nad ludem, choć w ideologii i propagandzie jego kierowników jednocześnie aktywnie włącza lud do realizacji różnych zadań państwa, np. zapewniając sobie część kadr biurokratycznych czy wojskowych z ludu. Co ważne, zgodnie z tymi koncepcjami lud rosyjski może przetrwać tylko i wyłącznie dzięki istnieniu potężnego państwa i silnej, scentralizowanej, nieograniczonej władzy. Lud więc jest zakładnikiem takiego układu – w rzeczywistości przytłoczonym skalą obowiązków i obciążeń natury politycznej, fiskalnej, wojskowej, ideologicznej, a także etycznej i moralnej, które nakłada na niego państwo. A wszystko w imię trwania silnego państwa na potężnym obszarze geograficznym, co stanowi integralną część składową imperium i tym samym jest powodem do dumy.

Ta ostatnia kwestia związana jest jeszcze ze zjawiskiem utożsamienia czterech instytucji i zjawisk: władzy, państwa, kraju i ojczyzny. Co z kolei implikuje, że za patriotyzm uznane jest bezwzględne popieranie władzy, jej istoty, systemu politycznego oraz głównych kierunków politycznych realizowanych przez władców. Ten wykształcony w XIX w. patriotyzm o charakterze politycznym polega więc na wmawianiu ludności, że bycie patriotą w Rosji to posłuszeństwo wobec władzy, która wdraża fundamentalne projekty mocarstwowe oraz imperialne. Konsekwentnie tłamszono przy tym wszelkie formy patriotyzmu oddolnego, obywatelskiego, który za podstawę powodzenia państwa uznawał reformy demokratyczne i wolnościowe. Poddaństwo wobec kręgów decyzyjnych państwa staje się więc jedną z głównych cech rosyjskiej rzeczywistości.

W tym kontekście można w Rosji czasem spotkać oceny i opinie, że nie ma tam polityki i polityków, bo państwo i jego główne mechanizmy, czyli Kreml i biurokracja o wszystkim decydują i tak naprawdę wszystko kreują. Dlatego zamiast polityków są tzw. działacze państwowi (ros. gosudarstwiennyje diejatieli), którzy zapewniają państwu działanie. To określenie podawane jest najczęściej z dumą i wskazaniem na zupełną bezinteresowność, czyli fakt służby państwu, ojczyźnie i ludności. Ta konstrukcja za czasów Putina służy pozyskiwaniu ambitnej i zdolnej młodzieży do służby państwu. Oczywiście de facto imperium w formie państwa, a nie zwykłemu państwu. Choć, jak napisał brytyjski historyk Dominic Lieven: „Zarządzanie ogromnymi terenami i ich obrona to odwieczne problemy imperium”.

Takie zarządzanie wymaga więc idei, centralizacji oraz przede wszystkim wspomnianej już biurokracji. W ostatnim czasie interesująco proces ten opisał profesor Michaił Dawydow w książce pt. „Cena utopii. Historia rosyjskiej modernizacji”, której szerszej recenzji dokonałem na łamach magazynu „Fronda Lux”. Dawydow przekonująco kreśli opowieść o tym, jak wielką cenę zapłaciły elity i ludność Rosji w procesie budowy „wielkiego imperium, które było w stanie skutecznie rywalizować z innymi największymi, najsilniejszymi i najnowocześniejszymi imperiami oraz mocarstwami”. Odrzucono bowiem myśl o systemie przedstawicielskim i parlamentarnym (godząc się na jego elementy z bólem po 1905 r.), ideę i mechanizmy państwa prawnego, koncepcję niezbywalnych i nienaruszalnych praw dla jednostki w jej relacjach z państwem, petryfikując idee (według niego utopijne) o bezwzględnej przewadze samodzierżawia nad systemami i ideami zachodnimi w Rosji. Jeśli bowiem udało się pokonać Szwedów, Napoleona czy Hitlera, to po cóż rezygnować z tak efektywnej formuły państwa? Czy Rosjanie weszliby do Paryża w 1814 r. lub do Berlina w 1945 r., jeśli byliby demokracją? Te pytania mogą wydawać się nam dziwne, ale w praktyce państwowej i politycznej Rosji były i są nadal dyskutowane.

Państwo wtapia się też w sferę religijną i pochłania ją, czego dowodem jest również najnowsza historia i kondycja Rosyjskiej Cerkwii Prawosławnej. W tym miejscu warto wspomnieć o czasach cara Piotra I, którego reformy polegające na wdrożeniu kameralistycznych innowacji ustrojowych – przy zachowaniu samowładztwa – doprowadziły do wykształcenia scentralizowanej biurokracji w nowoczesnym wydaniu, która podlegała wyłącznie carowi, co oznaczało wyrugowanie wszelkich form kontroli nad nią ze strony innych sił społeczno-politycznych w państwie. Bardzo ciekawie proces ten opisał profesor Jewgienij Anisimow, którego popularnonaukowa książka doczekała się w 2023 r. już trzeciego wydania.

Tutaj trzeba też dodać, że kierownicy i zwolennicy samodzierżawia, widząc w nim skuteczną metodę rozszerzania terytorium oraz budowy pozycji mocarstwowej państwa, celowo blokowali rozwój organicznych stosunków społecznych i gospodarczych. W tych ostatnich procesach widziano po prostu zagrożenie nie tylko dla swojej władzy, ale i wizję upadku Rosji. Warunki geograficzne wynikające z wielkiej przestrzeni w połączeniu z procesami zapóźnienia gospodarczego w stosunku do zachodu Europy wpływały więc na uznanie nieograniczonej władzy, opartej na scentralizowanej administracji jako jedynie właściwej dla Rosji. Dlatego też centrum decyzyjne hamowało oddolny rozwój społeczny lub tak na niego oddziaływało, by utrzymywać model poddańczy. Nie oznacza to, że lokalnie ludność lub elita nie miały określonego stopnia autonomii czy praw, np. polegających na de facto prawie własności lub użytkowania wobec chłopów. Czy też do czerpania zysków z określonych przedsięwzięć gospodarczych, co często wiązało się z uczestnictwem procesach korupcyjnych. Takie „uprawnienia” elita miała na różnych szczeblach czy etapach rozwoju Rosji, ale wiązało się to z przestrzeganiem nadrzędnej zasady posłuszeństwa wobec czynnika decyzyjnego. Taka była bowiem istota konstrukcji państwa rosyjskiego. Biorąc to wszystko pod uwagę, tak zorganizowane samodzierżawie uznano za model efektywny, w miarę tani, a przede wszystkim dostosowany do warunków geograficznych.

Z kolei próby przełamania takiego myślenia o państwie kończyły się spektakularnym fiaskiem. Młodziutka demokracja rosyjska, a właściwie wolność czasów rewolucji lutowej 1917 r., otrzymuje potężny cios w postaci przewrotu październikowego, a następnie zostaje dobita w czasie wojny domowej i wreszcie w czasie budownictwa państwowego ZSRR, gdzie Józef Stalin fizycznie wykończy większość przedstawicieli elit dawnej Rosji – zwłaszcza tej, która postawiła na Rząd Tymczasowy w 1917 r., a następnie stanęła po stronie czerwonej Rosji (chociaż należy również pamiętać o kolektywizacji i eliminacji przedsiębiorczych przedstawicieli wsi). Z kolei wolność, która zostaje odgórnie kreowana już w czasie pierestrojki (i to jest fundamentalna różnica między 1917 r. a pierestrojką) i która stanie się jedną z podstaw budownictwa państwowości Federacji Rosyjskiej w latach 90. XX w., szybko zaniknie za rządów Putina. A w latach 2020-2022 rosyjska antyputinowska opozycja otrzyma kolejne ciosy, które dadzą podstawę do tego, by mówić o określonej totalitaryzacji ustroju Rosji. W jakimś sensie władza i ustrój Rosji powracają więc do swoich starych, sprawdzonych form.

W tych procesach charakterystyczne jest również to, że jeśli scentralizowane i zbiurokratyzowane państwo rosyjskie dozna jakiejś klęski, jak np. fiasko zdobycia Kijowa na przełomie lutego i marca 2022 r. i ogólnie niemożność pobicia Ukrainy w 2022 r., to elity decyzyjne i państwowe Rosji jeszcze bardziej będą dążyć do udoskonalenia swojego państwa, a nie zmiany jego formy ustrojowej w stronę demokratyzacji i liberalizacji. Winiąc za swoje błędy określone dysfunkcje występujące w ich państwie oraz danych urzędników, ale nie samą istotę państwa. To jeden z węzłowych problemów nie tylko w dziejach Rosji, ale również w jej bieżącej praktyce politycznej oraz ustrojowej, który może doprowadzić do przesileń społeczno-politycznych i wojny domowej.

Te ostatnie zjawiska mogą wystąpić w określonym układzie ze zdwojoną siłą, gdyż scentralizowana i zbiurokratyzowana państwowość rosyjska dość silnie podporządkowuje procesy gospodarcze swojej polityce. W ZSRR gospodarka miała dodatkowo zideologizowany charakter, a gospodarka Federacji Rosyjskiej w zbyt znacznym stopniu opierała się i nadal opiera na surowcach. To wszystko może wpływać na destabilizację i chaos, jeśli gospodarka lub czynnik decyzyjny w państwie ulegną określonemu zachwianiu. Chaosowi tym bardziej trudnemu do opanowania, gdyż ludność nie ma zbyt wielu doświadczeń funkcjonowania w modelu demokratycznym opartym na dialogu i konsensusie społecznym oraz politycznym. Nie bez znaczenia pozostaje korupcja, która także stanowi część systemu władzy.

nlad.pl

W ciągu ostatniego tygodnia władze Kosowa ujawniły kolejne dowody mające świadczyć o zaangażowaniu Serbii w przygotowanie ataku uzbrojonej grupy Serbów na kosowską policję we wsi Banjska 24 września. Zginął w nim kosowski policjant i trzech napastników (zob. Zbrojny incydent na północy Kosowa). Po incydencie policja przejęła uzbrojenie o wartości ok. 5 mln euro. Opublikowano także nagranie dowodzące, że w ataku brał udział Milan Radoičić – wiceprzewodniczący Serbskiej Listy, partii blisko powiązanej z Belgradem oraz strukturami przestępczymi, która podporządkowała sobie serbską społeczność w Kosowie. Serbskie władze próbowały kwestionować autentyczność przedstawionych materiałów. Ostatecznie jednak w przesłanym do mediów 29 września oświadczeniu Radoičić wziął na siebie pełną odpowiedzialność za zorganizowanie akcji, lecz podkreślił, że struktury państwowe w Serbii nie miały z nią nic wspólnego. Strona kosowska ujawniła też materiały mające pochodzić z drona przejętego podczas incydentu, które rzekomo dowodzą, że grupa ćwiczyła na serbskich poligonach kilka dni przed atakiem. W gminach na północy Kosowa wciąż trwają przeszukania (m.in. w luksusowej posiadłości samego Radoičicia), zatrzymano również kolejne osoby powiązane z akcją. Przejścia graniczne z Serbią na północy Kosowa są zamknięte.

Atak na kosowską policję spotkał się z wyjątkowo ostrą reakcją przedstawicieli UE i NATO. Co więcej, rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu John Kirby oświadczył 29 września, że wykryto rozmieszczenie wojsk serbskich wzdłuż granicy z Kosowem, i wezwał do ich natychmiastowego wycofania. Stwierdził też, że akcja w Kosowie była dobrze przygotowana i wątpi, aby została przeprowadzona przez niewielką grupę samodzielnie. Z prezydentem Serbii rozmawiał również sekretarz stanu USA Antony Blinken. Zaapelował on o natychmiastową deeskalację i osądzenie osób odpowiedzialnych za atak. Szef unijnej dyplomacji oświadczył, że UE może rozważyć sankcje wobec Serbii, jeśli nie będzie ona dążyć do załagodzenia napięć. NATO zapowiedziało dalsze wzmocnienia kontyngentu KFOR w Kosowie (po ostatnich niepokojach w maju wysłano tam dodatkowo 500 tureckich żołnierzy; zob. Zamieszki w północnym Kosowie). Minister obrony Wielkiej Brytanii oświadczył, że do KFOR dołączy 200 żołnierzy przebywających w regionie.

Komentarz

W związku ze zdecydowaną reakcją Zachodu na incydent władze Serbii próbują się od niego odciąć. Początkowo Belgrad negował, że ma jakikolwiek związek z atakiem, i kwestionował przedstawiane przez Prisztinę dowody. W związku z opublikowanymi nagraniami narrację zmieniono. Rząd Serbii twierdzi, że wydarzenie to autentyczny bunt lokalnej społeczności przeciwko Prisztinie, a oświadczenie Radoičicia ma potwierdzać tę wersję. Biorąc jednak pod uwagę bliskie powiązania tego polityka z serbskimi strukturami siłowymi oraz prezydentem Aleksandarem Vučiciem, wydaje się bardzo mało prawdopodobne, aby działał on na własną rękę. Co więcej, przejęta przez policję kosowską ilość broni, sprzętu i pojazdów oraz osobiste wyposażenie członków grupy wskazują, że musiała ona mieć przynajmniej przyzwolenie – o ile nie bezpośrednie wsparcie – elit rządzących w Belgradzie. Ostatecznie 3 października serbska policja zatrzymała Radoičicia na 48 godzin. Wcześniej – według relacji medialnych – miał on m.in. uczestniczyć w pogrzebie jednej z ofiar.

Jednocześnie władze w Belgradzie usiłują jednak podtrzymywać wizerunek najskuteczniejszego obrońcy serbskich interesów w Kosowie, a także konsolidować własne społeczeństwo wokół haseł antykosowskich. Ogłosiły dzień żałoby dla uczczenia ofiar, a media bliskie rządowi propagują narrację, że działania kosowskiej policji stanowiły atak na niewinne osoby oraz element zorganizowanej czystki etnicznej i prześladowań wobec Serbów. Podjęto też próbę koncentracji wojsk przy granicy z Kosowem, ale pod naciskiem Zachodu się z tego wycofano. Aby odwrócić uwagę mediów od bieżących wydarzeń, Vučić ogłosił również możliwość zorganizowania przedterminowych wyborów 17 grudnia. Złożenie dymisji przez mera Belgradu Aleksandara Šapicia wskazuje, że władze chcą, aby wybory parlamentarne i uzupełniające w stolicy odbyły się w tym samym terminie. Najprawdopodobniej zakładają, że w trakcie kampanii Zachód będzie unikał bezpośredniej krytyki prezydenta i partii rządzącej, co pozwoli uniknąć trudnych pytań dotyczących odpowiedzialności serbskich władz za incydent w Kosowie. Zarazem sam dialog kosowsko-serbski zostanie w tym okresie zamrożony.

Sytuacja w zamieszkałych przez Serbów gminach na północy Kosowa pozostaje bardzo napięta. Poczucie niepewności i zagrożenia lokalnej społeczności wzmacniają posunięcia kosowskiej policji skierowane przeciwko osobom zamieszanym w atak, a także zabezpieczenie miejsca incydentu czy przeszukania w różnych budynkach publicznych (m.in. w szpitalu w Mitrowicy) i prywatnych. Stabilizacji nie sprzyjają ani kampania prowadzona przez serbskie media, ani działania dezinformacyjne w mediach społecznościowych potęgujące dezorientację mieszkańców. Są oni głęboko uprzedzeni do Prisztiny, ale też coraz mniej ufają Belgradowi. Niewykluczone zatem, że w najbliższym czasie dojdzie do kolejnych zajść między mniejszością serbską a władzami Kosowa.

Ostrzejsza niż w przypadku poprzednich incydentów reakcja Zachodu wskazuje na pewną zmianę w podejściu do narastającego od roku napięcia w stosunkach kosowsko-serbskich. Dotychczas za ten stan rzeczy obwiniano przede wszystkim Prisztinę. Stało się tak nawet po ataku serbskich bojówek na żołnierzy NATO (30 z nich zostało rannych). Zakładano bowiem (chodzi szczególnie o administrację USA), że wymuszenie na stronie kosowskiej ustępstw wobec Serbii doprowadzi do ustabilizowania sytuacji. Obecne wydarzenia pokazały jednak, że władze w Belgradzie konsekwentnie dążą do eskalacji konfliktu, podsycając w społeczeństwie nadzieje, że da się odzyskać kontrolę nad Kosowem. Jednocześnie działacze Serbskiej Listy piętnowali osoby próbujące współpracować z Prisztiną. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach rządzący wysyłali sygnały, że w przypadku zagrożenia dla serbskiej mniejszości są gotowe reagować zbrojnie, i wspierali działania podważające władzę Prisztiny nad północnymi gminami.

Zachód wciąż nie ma strategii, w jaki sposób ustabilizować sytuację na północy Kosowa. Bieżące wydarzenia wskazują, że dialog prowadzony pod auspicjami UE nie przyniósł trwałych rezultatów (zob. Kosowo–Serbia: próby przełamania impasu). Dodatkowo w ostatnim roku unijni negocjatorzy ignorowali pogarszającą się sytuację bezpieczeństwa w serbskich gminach czy całkowity brak zaufania pomiędzy Belgradem i Prisztiną, co z góry przekreślało szanse na wynegocjowanie porozumienia, które byłoby przestrzegane. Wybory parlamentarne w Serbii spowodują, że rozmowy na szczeblu politycznym zostaną zawieszone. Ten czas powinien zostać wykorzystany do odbudowy poprawnych relacji pomiędzy serbską mniejszością a władzami Kosowa, co wymaga czasu i większego zaangażowania misji międzynarodowych (KFOR, EULEX) w tych gminach. Dotychczas postulaty i oczekiwania tej grupy ignorowano, gdyż zakładano, że poprzez struktury polityczno-kryminalne Serbskiej Listy mniejszość ta znajduje się pod całkowitą kontrolą Belgradu i podporządkuje się decyzji serbskich władz, jeśli te zdecydują się zawrzeć porozumienie z Prisztiną. Zarazem nie można wykluczyć, że incydent spowoduje dalsze wzmocnienie obecności kosowskiej policji i służb w tych gminach, co w związku z dużą nieufnością lokalnej społeczności do funkcjonariuszy pogłębi jej frustrację i w dłuższej perspektywie utrudni trwałą stabilizację regionu.

osw.waw.pl