środa, 4 października 2023


Państwo jest bowiem strukturą nośną mocarstwowości oraz imperializmu Rosji. Widać to zwłaszcza w XIX-, XX i XXI-wiecznej historii Rosji, która będzie omawiana na stronach niniejszej książki. Bo zarówno w samodzierżawiu, w ZSRR, jak i za czasów rządów prezydenta Władimira Putina to państwo budowane jest niejako od góry. Oznacza to, że władzę w Rosji sprawuje tylko i wyłącznie jednostka lub wąski krąg decyzyjny, który opiera źródło swojego rządzenia na legitymacjach wykluczających lud /społeczeństwo/naród do oddolnego kreowania struktur władzy i polityki państwa. Legitymacje te miały różną naturę: boską, utylitarną, ideologiczną (zwłaszcza w wydaniu marksistowskim). Ostatnie lata rządów Putina, czyli praktyka ustrojowa państwa, a także tzw. reforma konstytucyjna z 2020 r. wzmocniły opisywane tendencje, likwidując klasyczną zasadę suwerenności narodu. W takim układzie Kreml wskazuje, że państwo rosyjskie broni tzw. suwerenności państwa i „ma prawo pozbawiać głosu określone części społeczeństwa, kierując się przy tym argumentami o konieczności obrony Rosji przed szkodliwymi wpływami zachodnich mocarstw oraz innego rodzaju podmiotów”. W czasie wojny rozpoczętej w 2022 r. narracja ta została wzmocniona argumentami o egzystencjalnym zagrożeniu Rosji i Rosjan ze strony Zachodu, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych.

Zgodnie z takimi założeniami państwo dominuje nad ludem, choć w ideologii i propagandzie jego kierowników jednocześnie aktywnie włącza lud do realizacji różnych zadań państwa, np. zapewniając sobie część kadr biurokratycznych czy wojskowych z ludu. Co ważne, zgodnie z tymi koncepcjami lud rosyjski może przetrwać tylko i wyłącznie dzięki istnieniu potężnego państwa i silnej, scentralizowanej, nieograniczonej władzy. Lud więc jest zakładnikiem takiego układu – w rzeczywistości przytłoczonym skalą obowiązków i obciążeń natury politycznej, fiskalnej, wojskowej, ideologicznej, a także etycznej i moralnej, które nakłada na niego państwo. A wszystko w imię trwania silnego państwa na potężnym obszarze geograficznym, co stanowi integralną część składową imperium i tym samym jest powodem do dumy.

Ta ostatnia kwestia związana jest jeszcze ze zjawiskiem utożsamienia czterech instytucji i zjawisk: władzy, państwa, kraju i ojczyzny. Co z kolei implikuje, że za patriotyzm uznane jest bezwzględne popieranie władzy, jej istoty, systemu politycznego oraz głównych kierunków politycznych realizowanych przez władców. Ten wykształcony w XIX w. patriotyzm o charakterze politycznym polega więc na wmawianiu ludności, że bycie patriotą w Rosji to posłuszeństwo wobec władzy, która wdraża fundamentalne projekty mocarstwowe oraz imperialne. Konsekwentnie tłamszono przy tym wszelkie formy patriotyzmu oddolnego, obywatelskiego, który za podstawę powodzenia państwa uznawał reformy demokratyczne i wolnościowe. Poddaństwo wobec kręgów decyzyjnych państwa staje się więc jedną z głównych cech rosyjskiej rzeczywistości.

W tym kontekście można w Rosji czasem spotkać oceny i opinie, że nie ma tam polityki i polityków, bo państwo i jego główne mechanizmy, czyli Kreml i biurokracja o wszystkim decydują i tak naprawdę wszystko kreują. Dlatego zamiast polityków są tzw. działacze państwowi (ros. gosudarstwiennyje diejatieli), którzy zapewniają państwu działanie. To określenie podawane jest najczęściej z dumą i wskazaniem na zupełną bezinteresowność, czyli fakt służby państwu, ojczyźnie i ludności. Ta konstrukcja za czasów Putina służy pozyskiwaniu ambitnej i zdolnej młodzieży do służby państwu. Oczywiście de facto imperium w formie państwa, a nie zwykłemu państwu. Choć, jak napisał brytyjski historyk Dominic Lieven: „Zarządzanie ogromnymi terenami i ich obrona to odwieczne problemy imperium”.

Takie zarządzanie wymaga więc idei, centralizacji oraz przede wszystkim wspomnianej już biurokracji. W ostatnim czasie interesująco proces ten opisał profesor Michaił Dawydow w książce pt. „Cena utopii. Historia rosyjskiej modernizacji”, której szerszej recenzji dokonałem na łamach magazynu „Fronda Lux”. Dawydow przekonująco kreśli opowieść o tym, jak wielką cenę zapłaciły elity i ludność Rosji w procesie budowy „wielkiego imperium, które było w stanie skutecznie rywalizować z innymi największymi, najsilniejszymi i najnowocześniejszymi imperiami oraz mocarstwami”. Odrzucono bowiem myśl o systemie przedstawicielskim i parlamentarnym (godząc się na jego elementy z bólem po 1905 r.), ideę i mechanizmy państwa prawnego, koncepcję niezbywalnych i nienaruszalnych praw dla jednostki w jej relacjach z państwem, petryfikując idee (według niego utopijne) o bezwzględnej przewadze samodzierżawia nad systemami i ideami zachodnimi w Rosji. Jeśli bowiem udało się pokonać Szwedów, Napoleona czy Hitlera, to po cóż rezygnować z tak efektywnej formuły państwa? Czy Rosjanie weszliby do Paryża w 1814 r. lub do Berlina w 1945 r., jeśli byliby demokracją? Te pytania mogą wydawać się nam dziwne, ale w praktyce państwowej i politycznej Rosji były i są nadal dyskutowane.

Państwo wtapia się też w sferę religijną i pochłania ją, czego dowodem jest również najnowsza historia i kondycja Rosyjskiej Cerkwii Prawosławnej. W tym miejscu warto wspomnieć o czasach cara Piotra I, którego reformy polegające na wdrożeniu kameralistycznych innowacji ustrojowych – przy zachowaniu samowładztwa – doprowadziły do wykształcenia scentralizowanej biurokracji w nowoczesnym wydaniu, która podlegała wyłącznie carowi, co oznaczało wyrugowanie wszelkich form kontroli nad nią ze strony innych sił społeczno-politycznych w państwie. Bardzo ciekawie proces ten opisał profesor Jewgienij Anisimow, którego popularnonaukowa książka doczekała się w 2023 r. już trzeciego wydania.

Tutaj trzeba też dodać, że kierownicy i zwolennicy samodzierżawia, widząc w nim skuteczną metodę rozszerzania terytorium oraz budowy pozycji mocarstwowej państwa, celowo blokowali rozwój organicznych stosunków społecznych i gospodarczych. W tych ostatnich procesach widziano po prostu zagrożenie nie tylko dla swojej władzy, ale i wizję upadku Rosji. Warunki geograficzne wynikające z wielkiej przestrzeni w połączeniu z procesami zapóźnienia gospodarczego w stosunku do zachodu Europy wpływały więc na uznanie nieograniczonej władzy, opartej na scentralizowanej administracji jako jedynie właściwej dla Rosji. Dlatego też centrum decyzyjne hamowało oddolny rozwój społeczny lub tak na niego oddziaływało, by utrzymywać model poddańczy. Nie oznacza to, że lokalnie ludność lub elita nie miały określonego stopnia autonomii czy praw, np. polegających na de facto prawie własności lub użytkowania wobec chłopów. Czy też do czerpania zysków z określonych przedsięwzięć gospodarczych, co często wiązało się z uczestnictwem procesach korupcyjnych. Takie „uprawnienia” elita miała na różnych szczeblach czy etapach rozwoju Rosji, ale wiązało się to z przestrzeganiem nadrzędnej zasady posłuszeństwa wobec czynnika decyzyjnego. Taka była bowiem istota konstrukcji państwa rosyjskiego. Biorąc to wszystko pod uwagę, tak zorganizowane samodzierżawie uznano za model efektywny, w miarę tani, a przede wszystkim dostosowany do warunków geograficznych.

Z kolei próby przełamania takiego myślenia o państwie kończyły się spektakularnym fiaskiem. Młodziutka demokracja rosyjska, a właściwie wolność czasów rewolucji lutowej 1917 r., otrzymuje potężny cios w postaci przewrotu październikowego, a następnie zostaje dobita w czasie wojny domowej i wreszcie w czasie budownictwa państwowego ZSRR, gdzie Józef Stalin fizycznie wykończy większość przedstawicieli elit dawnej Rosji – zwłaszcza tej, która postawiła na Rząd Tymczasowy w 1917 r., a następnie stanęła po stronie czerwonej Rosji (chociaż należy również pamiętać o kolektywizacji i eliminacji przedsiębiorczych przedstawicieli wsi). Z kolei wolność, która zostaje odgórnie kreowana już w czasie pierestrojki (i to jest fundamentalna różnica między 1917 r. a pierestrojką) i która stanie się jedną z podstaw budownictwa państwowości Federacji Rosyjskiej w latach 90. XX w., szybko zaniknie za rządów Putina. A w latach 2020-2022 rosyjska antyputinowska opozycja otrzyma kolejne ciosy, które dadzą podstawę do tego, by mówić o określonej totalitaryzacji ustroju Rosji. W jakimś sensie władza i ustrój Rosji powracają więc do swoich starych, sprawdzonych form.

W tych procesach charakterystyczne jest również to, że jeśli scentralizowane i zbiurokratyzowane państwo rosyjskie dozna jakiejś klęski, jak np. fiasko zdobycia Kijowa na przełomie lutego i marca 2022 r. i ogólnie niemożność pobicia Ukrainy w 2022 r., to elity decyzyjne i państwowe Rosji jeszcze bardziej będą dążyć do udoskonalenia swojego państwa, a nie zmiany jego formy ustrojowej w stronę demokratyzacji i liberalizacji. Winiąc za swoje błędy określone dysfunkcje występujące w ich państwie oraz danych urzędników, ale nie samą istotę państwa. To jeden z węzłowych problemów nie tylko w dziejach Rosji, ale również w jej bieżącej praktyce politycznej oraz ustrojowej, który może doprowadzić do przesileń społeczno-politycznych i wojny domowej.

Te ostatnie zjawiska mogą wystąpić w określonym układzie ze zdwojoną siłą, gdyż scentralizowana i zbiurokratyzowana państwowość rosyjska dość silnie podporządkowuje procesy gospodarcze swojej polityce. W ZSRR gospodarka miała dodatkowo zideologizowany charakter, a gospodarka Federacji Rosyjskiej w zbyt znacznym stopniu opierała się i nadal opiera na surowcach. To wszystko może wpływać na destabilizację i chaos, jeśli gospodarka lub czynnik decyzyjny w państwie ulegną określonemu zachwianiu. Chaosowi tym bardziej trudnemu do opanowania, gdyż ludność nie ma zbyt wielu doświadczeń funkcjonowania w modelu demokratycznym opartym na dialogu i konsensusie społecznym oraz politycznym. Nie bez znaczenia pozostaje korupcja, która także stanowi część systemu władzy.

nlad.pl

W ciągu ostatniego tygodnia władze Kosowa ujawniły kolejne dowody mające świadczyć o zaangażowaniu Serbii w przygotowanie ataku uzbrojonej grupy Serbów na kosowską policję we wsi Banjska 24 września. Zginął w nim kosowski policjant i trzech napastników (zob. Zbrojny incydent na północy Kosowa). Po incydencie policja przejęła uzbrojenie o wartości ok. 5 mln euro. Opublikowano także nagranie dowodzące, że w ataku brał udział Milan Radoičić – wiceprzewodniczący Serbskiej Listy, partii blisko powiązanej z Belgradem oraz strukturami przestępczymi, która podporządkowała sobie serbską społeczność w Kosowie. Serbskie władze próbowały kwestionować autentyczność przedstawionych materiałów. Ostatecznie jednak w przesłanym do mediów 29 września oświadczeniu Radoičić wziął na siebie pełną odpowiedzialność za zorganizowanie akcji, lecz podkreślił, że struktury państwowe w Serbii nie miały z nią nic wspólnego. Strona kosowska ujawniła też materiały mające pochodzić z drona przejętego podczas incydentu, które rzekomo dowodzą, że grupa ćwiczyła na serbskich poligonach kilka dni przed atakiem. W gminach na północy Kosowa wciąż trwają przeszukania (m.in. w luksusowej posiadłości samego Radoičicia), zatrzymano również kolejne osoby powiązane z akcją. Przejścia graniczne z Serbią na północy Kosowa są zamknięte.

Atak na kosowską policję spotkał się z wyjątkowo ostrą reakcją przedstawicieli UE i NATO. Co więcej, rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu John Kirby oświadczył 29 września, że wykryto rozmieszczenie wojsk serbskich wzdłuż granicy z Kosowem, i wezwał do ich natychmiastowego wycofania. Stwierdził też, że akcja w Kosowie była dobrze przygotowana i wątpi, aby została przeprowadzona przez niewielką grupę samodzielnie. Z prezydentem Serbii rozmawiał również sekretarz stanu USA Antony Blinken. Zaapelował on o natychmiastową deeskalację i osądzenie osób odpowiedzialnych za atak. Szef unijnej dyplomacji oświadczył, że UE może rozważyć sankcje wobec Serbii, jeśli nie będzie ona dążyć do załagodzenia napięć. NATO zapowiedziało dalsze wzmocnienia kontyngentu KFOR w Kosowie (po ostatnich niepokojach w maju wysłano tam dodatkowo 500 tureckich żołnierzy; zob. Zamieszki w północnym Kosowie). Minister obrony Wielkiej Brytanii oświadczył, że do KFOR dołączy 200 żołnierzy przebywających w regionie.

Komentarz

W związku ze zdecydowaną reakcją Zachodu na incydent władze Serbii próbują się od niego odciąć. Początkowo Belgrad negował, że ma jakikolwiek związek z atakiem, i kwestionował przedstawiane przez Prisztinę dowody. W związku z opublikowanymi nagraniami narrację zmieniono. Rząd Serbii twierdzi, że wydarzenie to autentyczny bunt lokalnej społeczności przeciwko Prisztinie, a oświadczenie Radoičicia ma potwierdzać tę wersję. Biorąc jednak pod uwagę bliskie powiązania tego polityka z serbskimi strukturami siłowymi oraz prezydentem Aleksandarem Vučiciem, wydaje się bardzo mało prawdopodobne, aby działał on na własną rękę. Co więcej, przejęta przez policję kosowską ilość broni, sprzętu i pojazdów oraz osobiste wyposażenie członków grupy wskazują, że musiała ona mieć przynajmniej przyzwolenie – o ile nie bezpośrednie wsparcie – elit rządzących w Belgradzie. Ostatecznie 3 października serbska policja zatrzymała Radoičicia na 48 godzin. Wcześniej – według relacji medialnych – miał on m.in. uczestniczyć w pogrzebie jednej z ofiar.

Jednocześnie władze w Belgradzie usiłują jednak podtrzymywać wizerunek najskuteczniejszego obrońcy serbskich interesów w Kosowie, a także konsolidować własne społeczeństwo wokół haseł antykosowskich. Ogłosiły dzień żałoby dla uczczenia ofiar, a media bliskie rządowi propagują narrację, że działania kosowskiej policji stanowiły atak na niewinne osoby oraz element zorganizowanej czystki etnicznej i prześladowań wobec Serbów. Podjęto też próbę koncentracji wojsk przy granicy z Kosowem, ale pod naciskiem Zachodu się z tego wycofano. Aby odwrócić uwagę mediów od bieżących wydarzeń, Vučić ogłosił również możliwość zorganizowania przedterminowych wyborów 17 grudnia. Złożenie dymisji przez mera Belgradu Aleksandara Šapicia wskazuje, że władze chcą, aby wybory parlamentarne i uzupełniające w stolicy odbyły się w tym samym terminie. Najprawdopodobniej zakładają, że w trakcie kampanii Zachód będzie unikał bezpośredniej krytyki prezydenta i partii rządzącej, co pozwoli uniknąć trudnych pytań dotyczących odpowiedzialności serbskich władz za incydent w Kosowie. Zarazem sam dialog kosowsko-serbski zostanie w tym okresie zamrożony.

Sytuacja w zamieszkałych przez Serbów gminach na północy Kosowa pozostaje bardzo napięta. Poczucie niepewności i zagrożenia lokalnej społeczności wzmacniają posunięcia kosowskiej policji skierowane przeciwko osobom zamieszanym w atak, a także zabezpieczenie miejsca incydentu czy przeszukania w różnych budynkach publicznych (m.in. w szpitalu w Mitrowicy) i prywatnych. Stabilizacji nie sprzyjają ani kampania prowadzona przez serbskie media, ani działania dezinformacyjne w mediach społecznościowych potęgujące dezorientację mieszkańców. Są oni głęboko uprzedzeni do Prisztiny, ale też coraz mniej ufają Belgradowi. Niewykluczone zatem, że w najbliższym czasie dojdzie do kolejnych zajść między mniejszością serbską a władzami Kosowa.

Ostrzejsza niż w przypadku poprzednich incydentów reakcja Zachodu wskazuje na pewną zmianę w podejściu do narastającego od roku napięcia w stosunkach kosowsko-serbskich. Dotychczas za ten stan rzeczy obwiniano przede wszystkim Prisztinę. Stało się tak nawet po ataku serbskich bojówek na żołnierzy NATO (30 z nich zostało rannych). Zakładano bowiem (chodzi szczególnie o administrację USA), że wymuszenie na stronie kosowskiej ustępstw wobec Serbii doprowadzi do ustabilizowania sytuacji. Obecne wydarzenia pokazały jednak, że władze w Belgradzie konsekwentnie dążą do eskalacji konfliktu, podsycając w społeczeństwie nadzieje, że da się odzyskać kontrolę nad Kosowem. Jednocześnie działacze Serbskiej Listy piętnowali osoby próbujące współpracować z Prisztiną. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach rządzący wysyłali sygnały, że w przypadku zagrożenia dla serbskiej mniejszości są gotowe reagować zbrojnie, i wspierali działania podważające władzę Prisztiny nad północnymi gminami.

Zachód wciąż nie ma strategii, w jaki sposób ustabilizować sytuację na północy Kosowa. Bieżące wydarzenia wskazują, że dialog prowadzony pod auspicjami UE nie przyniósł trwałych rezultatów (zob. Kosowo–Serbia: próby przełamania impasu). Dodatkowo w ostatnim roku unijni negocjatorzy ignorowali pogarszającą się sytuację bezpieczeństwa w serbskich gminach czy całkowity brak zaufania pomiędzy Belgradem i Prisztiną, co z góry przekreślało szanse na wynegocjowanie porozumienia, które byłoby przestrzegane. Wybory parlamentarne w Serbii spowodują, że rozmowy na szczeblu politycznym zostaną zawieszone. Ten czas powinien zostać wykorzystany do odbudowy poprawnych relacji pomiędzy serbską mniejszością a władzami Kosowa, co wymaga czasu i większego zaangażowania misji międzynarodowych (KFOR, EULEX) w tych gminach. Dotychczas postulaty i oczekiwania tej grupy ignorowano, gdyż zakładano, że poprzez struktury polityczno-kryminalne Serbskiej Listy mniejszość ta znajduje się pod całkowitą kontrolą Belgradu i podporządkuje się decyzji serbskich władz, jeśli te zdecydują się zawrzeć porozumienie z Prisztiną. Zarazem nie można wykluczyć, że incydent spowoduje dalsze wzmocnienie obecności kosowskiej policji i służb w tych gminach, co w związku z dużą nieufnością lokalnej społeczności do funkcjonariuszy pogłębi jej frustrację i w dłuższej perspektywie utrudni trwałą stabilizację regionu.

osw.waw.pl

Przyczyny tzw. Drugiej Wojny Karabaskiej z 2020 r. wiązały się z impasem procesu pokojowego pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. W związku z tym Baku, korzystając ze wzrostu gospodarczego, opartego na sprzedaży surowców, a także sprzyjającej koniunktury międzynarodowej (wybory w USA oraz pandemia COVID-19), zdecydowało się dokonać inwazji na sporne terytorium. Nie bez znaczenia był fakt, że Rosja, jak to już widzimy z perspektywy lat 2022-2023, przygotowywała się do finalnej rozgrywki z Ukrainą, i nie była w stanie (lub nie chciała) zatrzymywać realizacji planów Ilhama Alijewa. Zwłaszcza, że w Erywaniu władzę wiosną-latem 2018 r. w sposób rewolucyjny zdobył Nikol Paszinian, którego modernizacyjny kurs, w wielu sferach wprost prozachodni (choć nie zawsze konsekwentny), wywołuje wśród rosyjskich elit wiele wątpliwości lub nawet wrogość i niechęć.

Władimir Putin wolał więc mieć nasyconego prezydenta Azerbejdżanu oraz zachować dobre relacje z Turcją, co też okazało się słuszne, gdyż te dwa państwa pomogły mu obejść część sankcji zachodnich po lutym 2022 r. Z tego powodu zajęcie części Górskiego Karabachu przez Azerbejdżan w listopadzie 2020 r. było wówczas dla Moskwy korzystne. Oczywiście, na Kremlu zdawano sobie sprawę, że w dłuższej perspektywie celem Ankary i Baku jest wyrzucenie Rosjan z Kaukazu Południowego, ale w tamtym czasie ich uwaga była skupiona gdzie indziej, jako że Rosjanie zakładali szybkie i efektowne zwycięstwo nad Ukrainą.

Wtedy ani Alijew, ani Erdogan nie mogliby naciskać skutecznie na Moskwę, gdyż mogłoby się to spotkać ze zdecydowaną reakcją Rosjan. Niewykluczone, że wówczas taka odpowiedź byłaby wykonana rękami ormiańskimi. To z kolei mogłoby na długie lata wykreować nowy, ale wciąż kontrolowany przez Kreml, układ sił między Erywaniem a Baku. Nie bez przyczyny w niektórych prokremlowskich kręgach eksperckich zaczęto dyskutować o koncepcji tzw. drugiego frontu, co w założeniu miało (ma) oznaczać, że po „uporządkowaniu spraw na Ukrainie”, Kreml zacznie przetasowania na Kaukazie Południowym.

Sytuacja geostrategiczna Rosji skomplikowała się jednak po klęskach wojennych w 2022 r. Trudno bowiem prowadzić wojnę z Ukrainą, zmagać się z sankcjami Zachodu, a do tego umiejętnie i efektywnie rozgrywać sytuację bezpieczeństwa na Kaukazie Południowym. Na dodatek władze w Erywaniu zaczęły postrzegać współpracę z USA oraz Unią Europejską jako szansę na znalezienie nowego formatu pokojowego z Azerbejdżanem. Kreml stanął więc przed kolejnym dylematem.

Chcąc utrzymać dobre relacje z Baku i Ankarą Putin nie mógł sprzeciwić się dalszym naciskom Alijewa oraz Erdogana na likwidację ormiańskich struktur wojskowo-politycznych w Karabachu. Atak Sił Zbrojnych Azerbejdżanu na karabaskich Ormian w dniach 19-20 września br. jest właśnie skutkiem tej polityki.

W efekcie resztki tzw. Republiki Górskiego Karabachu z jej władzami, organami i siłami zbrojnymi zostają zlikwidowane, a w Stepanakercie, przez Azerów nazywanym Hankendi, za chwilę mogą pojawić się SZ Azerbejdżanu. Moskwa traci więc swoją misję pokojową (de facto bazę wojskową) założoną na terenie Górskiego Karabachu w listopadzie 2020 r. i której celem było rozgrywanie przeciwko sobie Erywania i Baku. Ten koncept się załamał. Moskwa liczy teraz, że napływ uchodźców (których może być około 120 tys. na liczącą około 3 mln mieszkańców Armenię) z Karabachu do Armenii obali rząd Nikoli Pasziniana.

(...)

Trzeba bowiem pamiętać, że w Moskwie traktują Kaukaz Południowy jako poduszkę bezpieczeństwa w stosunku do Kaukazu Północnego. Zgodnie z taką percepcją Rosja musi całkowicie kontrolować procesy bezpieczeństwa oraz polityczne w tym regionie lub mieć wystarczająco silny pakiet akcji geopolitycznych, które pozwolą jej mieć wpływ, uniemożliwiający innym mocarstwom dominację w Tbilisi, Erywaniu i Baku. Kaukaz Południowy to też styk różnych kontynentów, cywilizacji, szlaków handlowych, a także energetycznych. W tym znaczeniu Moskwa, próbująca budować strukturalną niezależność od Zachodu, nie może wyłączyć się z gry na terytoriach, przez które przebiegają szlaki pozwalające budować relacje z niezachodnimi regionalnymi oraz światowymi mocarstwami. Szczególnie ma to znaczenie przy obchodzeniu sankcji.

W tej skomplikowanej konstelacji zastanawiająca jest pozycja Iranu. Z jednej bowiem strony nie chciałby on uczynienia z Armenii zachodniego bastionu, będącego małym, ale wiernym przyczółkiem dla USA, Francji czy UE. Z drugiej, zbytnie osłabienie Rosji na rzecz świata tureckiego, czyli Turcji i Azerbejdżanu (ten ostatni aktywnie współpracuje z Izraelem) nie jest na rękę Teheranowi, ponieważ z jego perspektywy Moskwa jest aktorem w pewien sposób stabilizującym regionalny układ sił i trzymającym świat turecki w szachu.

(...)

Z jednej strony słychać głosy, że Ormianie stali się stroną przegraną w wojnie z Azerbejdżanem nie tylko z powodu zmieniającego się układu sił w regionie oraz nowych potrzeb i statusu mocarstw, ale i własnego „geopolitycznego maksymalizmu”. Taka „karabachizacja” polityki wewnętrznej i zagranicznej Armenii, czyli podporządkowanie wszystkich sił konieczności utrzymania Górskiego Karabachu jako potencjalnego podmiotu stosunków międzynarodowych, doprowadziło do systemowego uzależnienia od Rosji. A z kolei to zawiśnięcie na Moskwie być może miało decydujący wpływ na utrwalenie w samej Armenii oraz tzw. Republice Górskiego Karabachu wielu destrukcyjnych tendencji w życiu społecznym i publicznym. Mowa m.in. o „słynnej” korupcji, w której lubować miał się tzw. klan karabaski. Wszystko to miała, przynajmniej w założeniu, odkręcić „aksamitna rewolucja” z 2018 r., będąca pewnym fenomenem. Rewolucyjne, oddolne i bezkrwawe przejęcie władzy, które wywołało ogromne, być może zbyt wygórowane nadzieje na błyskawiczną sanację państwa, miało być nowym otwarciem. Jednak rządy Pasziniana natrafiły na czasy Donalda Trumpa i nieporadność amerykańskiej dyplomacji na Kaukazie Południowym, COVID-19, efektywny i wzmocniony Azerbejdżan oraz szykującą się do wielkiej wojny z Ukrainą Rosję. Niemniej, nawet klęska w wojnie w 2020 r. nie zatopiła obozu Pasziniana, gdyż negatywny stosunek w społeczeństwie do dawnej władzy był zbyt silny, żeby zupełnie odrzucić kurs aksamitnej rewolucji. Teraz Armenia jednak przejdzie większy stres-test. W ramach niego ludność będzie domagać się od władz nowej oferty ideologicznej, ustrojowej (Paszinian nadal nie dokonał zapowiadanych zmian konstytucyjnych), socjalnej, gospodarczo-modernizacyjnej, a przede wszystkim nowej wizji polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa. To ostanie będzie jednak bardzo trudne, zwłaszcza, że konflikt karabaski nie wyczerpuje konfliktu Armenii i Azerbejdżanu. Wiąże się z tym jeszcze sprawa Sjuniku, delimitacja oraz demarkacja granic, a także kwestia potencjalnego traktatu pokojowego.

(...)

Upadek Górskiego Karabachu to również przejaw szerszego zjawiska: bezpowrotnego zmierzchu poradzieckości na nierosyjskim terytorium byłego Imperium Rosyjskiego oraz ZSRR. Pod terminem „poradzieckość” kryją się nie tylko określone wzorce zachowań, mentalność, czy elementy kultury masowej, ale też tymczasowe instytucje polityczno-ustrojowe oraz sami politycy, którzy wywodzą się z wzorców i tradycji ZSRR. Charakterystyczne w tym znaczeniu są zwłaszcza prowizoryczne instytucje w postaci państw nieuznawanych, które są następstwem upadku czerwonego Imperium. Cechują się one pewną polityczną i prawną niejednoznacznością oraz nieokreślonością, co w warunkach przesileń na arenie międzynarodowej może oznaczać ich transformację lub likwidację. Teraz upadkowi uległ Górski Karabach, będący w swoich źródłach jeszcze tworem wczesnej polityki bolszewickiej. Jednocześnie sama Armenia oraz Azerbejdżan z każdym rokiem stają się coraz mniej poradzieckie, co oznacza postęp ich własnego organicznego rozwoju politycznego, społecznego i ogólnie państwowego.

Zmierzch poradzieckości może także oznaczać, że znikać lub ulegać fundamentalnym zmianom zaczną także inne państwa uformowane na gruzach ZSRR, takie jak np. Białoruś, którą rządy Łukaszenki prowadzą w trudną do przewidzenia przyszłość. Wreszcie przykładem erozji poradzieckości jest Ukraina, której nie udało utrzymać się niejednoznacznego statusu między Zachodem a Rosją. Niewątpliwie zmiany czekają również państwa z Azji Centralnej. W tym miejscu trzeba jednak dodać, że wir tych rozmaitych procesów na obszarze poradzieckim włączyli się też nowi gracze, których trudno kwalifikować w kategoriach Zachodu czy sił prorosyjskich. Mowa m.in. o Turcji, Iranie, Indiach, Pakistanie czy Chinach, które również oddziaływają na rozwój sytuacji na Kaukazie Południowym.

(...)

Sprawa statusu Górskiego Karabachu również była i jest niejednoznaczna – to jeden z trudniejszych przypadków w sferze prawa międzynarodowego. Z jednej strony Azerbejdżan mógł skutecznie powoływać się (co też robi) na prawo do zachowania i poszanowania własnej integralności terytorialnej, gdyż region ten stanowił integralną część Azerbejdżańskiej SRR. Żyli tam również Azerbejdżanie, a Ormianie w wyniku wygrania tzw. Pierwszej Wojny Karabaskiej zajęli nie tylko Obwód Autonomiczny, ale i siedem sąsiednich rejonów, ogłaszając powstanie nowego państwa. Wszystko to trudno uznać za zgodne z prawem międzynarodowym, nie mówiąc już o tragedii tysięcy azerbejdżańskich uchodźców. Z drugiej strony, zgodnie z zasadą prawa do samostanowienia i egzystencji, ludność ormiańska miała i ma pełne prawo do zamieszkiwania tego terytorium oraz poszanowania ich praw narodowościowych oraz kulturalnych. Pytanie tylko, czy zagwarantowanie takich praw byłoby możliwe w autorytarnym Azerbejdżanie, który – w przeciwieństwie do Armenii czy nawet separatystycznej Republiki Górskiego Karabachu – opiera się na rządach jednostki. Na to wszystko nakładają się wzajemne uprzedzenia, które eksplodowały na przełomie lat 80. i 90. XX w. i które przez ponad 30 lat były paliwem dla narodowych polityk Armenii i Azerbejdżanu (m.in. mobilizacja obu społeczeństw wokół doznanych krzywd oraz chęci zemsty, często kreowanej odgórnie).

nlad.pl

wtorek, 3 października 2023


Wybitny rosyjski bloger i dowódca jednostki frontowej twierdził, że dowódca Rosyjskich Sił Powietrznodesantowych (WDW), generał pułkownik Michaił Teplinski „uratował” rosyjską 31. Brygadę WDW Gwardii, która walczyła na południe od Bachmutu, co odzwierciedla twierdzenia znacznie mniejszego milblogera na temat jednostek WDW w zachodnim obwodzie zaporoskim. Dowódca Batalionu Wostok Aleksander Chodakowski przypomniał rozmowę z ówczesnym dowódcą 31. Brygady Powietrznodesantowej WDW pułkownikiem Andriejem Kondraszkinem, przed śmiercią Kondraszkina w okolicach Bachmutu w połowie września, podczas której Kondraszkin ujawnił, że jego siły poniosły straty personalne, a ich motywacja do walki spadła do poziomu krytycznego. Kondraszkin podobno oświadczył, że rosyjskie dowództwo wojskowe zażądało od jego sił podjęcia „zdecydowanych działań”, choć wiedział, że jego personel cierpi na krytyczny brak motywacji. Chodakowski zauważył, że Kondraszkin powstrzymał się od zgłaszania swoich obaw dowództwu wojskowemu i zaczął zrzucać winę za swoje niepowodzenia militarne na brak spójności sił rosyjskich. Chodakowski z kolei zauważył, że problemem nie jest spójność, ale raczej, że Kondraszkin musiał dokonać wyboru: albo „zmarnować” swoje wojska w walce, albo zaprotestować przeciwko rozkazowi rosyjskiego dowództwa wojskowego kosztem swojej kariery. Chodakowski zauważył, że Kondraszkin nigdy nie miał szansy dokonać takiego wyboru, gdyż zaraz po rozmowie odniósł ranę w walce i że Teplinski „uratował” 31. Brygadę WDW, biorąc „resztki [brygady] pod swoje skrzydła” i dając im możliwość zrobienia sobie przerwy od walki.

Kanał Telegramu opowiadający się za Teplińskim również wzmocnił relację Chodakowskiego, twierdząc, że rosyjskie siły WDW – a mianowicie elementy rosyjskiej 7. i 76. dywizji WDW – stoją przed podobnymi problemami w zachodnim obwodzie zaporoskim. Milblogger twierdził, że Teplinsky nie jest już w stanie ratować tych podziałów, gdyż został po cichu pozbawiony obowiązków. ISW nie może potwierdzić twierdzeń Chodakowskiego ani zwolennika Teplińskiego milblogera, ale w obu narracjach próbuje się przedstawić Teplińskiego jako dowódcę, który ceni dobro swoich sił w trakcie swojej kariery – prawdopodobnie realizując cele polityczne, które mogłyby wesprzeć zmiany w rosyjskim dowództwie wojskowym.

understandingwar.org

Łukasz Kijek, szef redakcji money.pl: Co pękło w polsko-ukraińskiej przyjaźni?

Jakub Karnowski, przewodniczący rady nadzorczej ukraińskiej Ukrposhta, były prezes PKP: Jak była potrzeba ocieplenia wizerunku, to polski rząd, prezes Jarosław Kaczyński, premier Mateusz Morawiecki, prezydent Andrzej Duda jeździli chętnie do Kijowa, gdzie robili sobie zdjęcia z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Ostatnim momentem dobrych stosunków była wizyta prezydenta Zełenskiego w kwietniu tego roku w Polsce, a potem nagle wypłynęła sprawa zboża ukraińskiego i te stosunki się pogorszyły.

Co mówią pana ukraińscy współpracownicy?

Ukraińcy i politycy w ukraińskim rządzie pytają mnie ze zdziwieniem: "co się stało?". Oni oczywiście wiedzą, że ja nie jestem faworytem tego rządu, bo ministrowie tego rządu zabiegali o odwołanie mnie ze stanowiska niezależnego członka nadzorczych kolei ukraińskich i poczty ukraińskiej.

Którzy ministrowie i dlaczego chcieli pana odwołać?

Minister Andrzej Adamczyk od wielu miesięcy wywierał naciski na członków rządu Ukrainy.

A precyzyjniej?

Gdy zaczynałem pracę w kolejach ukraińskich, w styczniu 2022 roku, też była awantura polsko-ukraińska dotycząca ciężarówek. Ukraińcy rozpoczęli remont drogi i strona polska protestowała przeciwko temu, że polskie ciężarówki mają ograniczony ruch. Wówczas minister Adamczyk użył polskiego ambasadora, żeby naciskać na rząd Ukrainy, żeby odwołano mnie z rady nadzorczej kolei ukraińskich i te naciski trwały właściwie do lipca tego roku, czyli grubo ponad rok wojny. Przez ten cały czas moja skromna osoba była niestety jednym z głównych tematów rozmów.

Ale dlaczego?

Bo piastujący stanowisko od 2015 minister mnie nie lubi i od ośmiu lat używa różnych narzędzi, aby uprzykrzyć mi życie. Polski minister zabiegał, żebym ja jako jedyny Polak w radzie nadzorczej kluczowych ukraińskich spółek został odwołany. W radzie kolei jest trzech obcokrajowców: ja i dwóch Niemców. Adamczyk chciał żeby nie było tam Polaka. Dla mnie to podwójny skandal, bo w tym samym czasie została powołana kolejowa spółka polsko-ukraińska i pozbycie się mnie miało być warunkiem dalszej współpracy.

Proszę sobie wyobrazić, że do Adamczyka, albo innego ministra polskiego rządu dzwoni minister rządu niemieckiego lub ukraińskiego i mówi mu kto powinien być w radzie nadzorczej PKP. To jest absolutny skandal, dlatego postanowiłem to nagłośnić.

I co na to Ukraińcy?

Adamczyk nie mógł zrozumieć, że ukraiński rząd nie może mnie odwołać. Formalnie rekrutacja była wieloetapowym procesem, w którym uczestniczyło ponad 100 osób i miała charakter transparentny, otwarty, a na koniec rząd tylko zatwierdzał decyzję komitetu nominacyjnego. Tak naprawdę Adamczyk odpuścił dopiero w ostatnim okresie, jak zrozumiał że nic nie osiągnie.

I co się stało z kolejową spółką polsko-ukraińską, która miała transportować zboże przez Ukrainę?

To był PiS-owski pic, czysty PR bez odrobiny woli rzeczywistego osiągnięcia celów. 23 kwietnia 2022 r., czyli dwa miesiące po rosyjskiej agresji na Ukrainę w Krakowie spotkali się premierzy rządów Polski i Ukrainy. Podpisano wówczas memorandum, które jest dostępne w internecie. Tam jest zawarta deklaracja, że Polska razem z Ukrainą zajmie się przewozem przez Polskę ukraińskiego zboża tak, aby ono trafiło do tych odbiorców, do których miało trafić pierwotnie. Przez wiele miesięcy nic się nie działo, nie było żadnego działania po stronie PKP, a zboże jechało.

Ale w końcu powstała polsko-ukraińska spółka kolejowa joint venture.

15 września 2022 r. – czyli już po żniwach – na targach kolejowych w Berlinie, gdzie było wspólne stoisko PKP i ukraińskiej kolei, podpisano dopiero umowę formalnego utworzenia spółki. W następnych tygodniach i miesiącach w tej sprawie nic nie zrobiono. Nie było żadnych kolejnych kroków, była natomiast wielka ceremonia podpisania umowy, która miała pokazać wyborcom PiS-u, że partia i PKP pomagają Ukrainie.

Nie można operacyjnie stworzyć spółki kolejowej, która ma operować po polskich torach bez aktywnego udziału PKP. W mojej ocenie PKP nigdy nie miały zamiaru uaktywnić tej spółki, wszystko się ograniczało do gry pozorów, tak jak na przykład "Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju" Mateusza Morawieckiego sprzed sześciu lat. Dziś to łatwo – z perspektywy czasu – można ocenić.

I jakie to ma znaczenie dla kryzysu zbożowego? Przecież zboże i tak wjechało do Polski.

Uważam, że gdyby polskie władze autentycznie zajęły się problemem, nie mielibyśmy dziś całego kryzysu zbożowego. Mieli możliwość zarabiania na transporcie ukraińskiego zboża. Problem polega na tym, że w PKP nie ma osób, które byłyby tym zainteresowane i podejrzewam też, że nie ma osób kompetentnych. W każdym razie ich nie widać.

PKP Cargo to spółka, która jest dziś warta 10 proc. tego, co w 2015 r. Mniej dziś wozi po polskich torach towarów intermodalnych niż niemiecki DB Schenker. W 2015 r. to była ponad połowa. Liczy się tylko i wyłącznie krótkookresowy interes polityczny, a zasoby spółki są używane tylko do celów politycznych.

Minister rolnictwa Robert Telus kilka miesięcy temu obiecał, że lista podmiotów, które nabywały to zboże za niską cenę zostanie ujawniona. Potem się z tego wycofał. Podejrzewam, że są tam osoby, które są związane z partią rządzącą i dlatego to jest tajemnica. Po polskiej stronie przez ostatnich 20 miesięcy PR górował nad konkretnym działaniem. Całkowicie zaniedbywano rzeczywiste działania biznesowe. Prymat interesu partyjnego jest nad interesem polskim i polskiego narodowego championa PKP Cargo.

Dziś mamy kryzys w stosunkach między państwami. Prezydent Andrzej Duda mówi, że Ukraina chwyta się wszystkiego, czego się da. "Jak tonący nas utopi, to nie dostanie pomocy".

Nie wiedziałem, gdzie miałem schować oczy, gdy byłem pytany o to, co prezydent Duda miał na myśli. Podobnie po powtarzaniu w na różne sposoby słów Morawieckiego o "obrażaniu Polaków".

Ale Zełenski nie gryzł się w język. W ONZ stwierdził, że "niepokojące jest to, jak niektórzy w Europie, niektórzy nasi przyjaciele w Europie, odgrywają w teatrze politycznym solidarność, robiąc thriller ze zbożem". "Może się wydawać, że odgrywają własną rolę, ale w rzeczywistości pomagają przygotowywać scenę dla moskiewskiego aktora" – dodał. Te słowa nie były za mocne?

One były mocne, ale po pierwsze Zełenski nie wymienił żadnego kraju. Powiedział prawdę, bo Ukraina walczy o życie i potrzebuje środków, żeby tę walkę prowadzić. Nie byłyby narażone interesy polskich rolników, gdyby nie skrajna nieudolność rządu Morawieckiego i ministrów z PiS-u oraz ludzi z całkowicie podporządkowanych im spółek z Grupy PKP. Gdyby nie przedkładano krótkookresowego interesu partii nad strategiczny interes Polski, nie byłoby tego kryzysu.

Ale czy potrzebna była tak mocna riposta ukraińskich władz?

Przez ostatnich 20 miesięcy spędziłem pół roku w Ukrainie. Kilka dni temu przechodziłem przez plac w centrum Kijowa, gdzie są zdjęcia żołnierzy, setek młodych chłopaków poległych w wojnie w tym czasie. Ukraińcy wiedzą i są wdzięczni za to jak bardzo Polacy pomagali, szczególnie w pierwszej fazie wojny. Teraz jednak zbyt szybko niektórzy zapomnieli, jak wygląda sytuacja Ukrainy i samego prezydenta Zełenskiego.

Mam na co dzień kontakt z członkami rządu Ukrainy z racji moich funkcji w Ukrainie i wiem, jak oni funkcjonują. To jest nieustanny stres, nieustanne zarządzanie mnóstwem krytycznych tematów i prowadzenie wojny z rosyjską armią. Uważam, że stać polskich urzędników na więcej empatii, a na pewno nie powinni oni wykorzystywać tej sprawy w kampanii wyborczej.

(...)

Napięcia w relacjach polsko-ukraińskich nie stygną, a wręcz przeciwnie – rosną. Minister aktywów państwowych Jacek Sasin dopytywany o Międzynarodowe Forum Przemysłu Obronnego w Kijowie, które odbyło się z udziałem zachodnich koncernów, ale bez Polski, odpowiedział, że PGZ jako firma nie została zaproszona.

Ambasador Ukrainy w Polsce poinformował, że Polska była jednym z pierwszych krajów zaproszonych na to forum. Uczestniczyło w nim 19 krajów, a z Polski nie było nikogo z wyjątkiem technologicznej spółki WB Group.

Spółki podległe rządowi obraziły się i nie przyjechały. Ogromne kontrakty podpisali tam Czesi. A my tracimy w ten sposób gigantyczną gospodarczą szansę z powodu postawy rządu, który jest pokłócony ze wszystkimi sąsiadami.

W tym samym czasie specjalny pełnomocnik rządu ds. Ukrainy organizuje – nieprzypadkowo w swoim okręgu wyborczym – za publiczne pieniądze imprezę pod szumną nazwą Kongres Odbudowy Ukrainy, gdzie prezesi państwowych spółek zapewniają się wzajemnie oraz widzów telewizji rządowej, jak bardzo na tej odbudowie skorzystają ich firmy. Znów wyłącznie czysty PR na użytek polityki.

Kolejna wypowiedź Jacka Sasina była już dużo mocniejsza: "Obawiam się, że chodzi o bieżący interes polityczny ze strony ukraińskich władz. Pokazuje, że nie gra na ten rząd – który tak wiele zrobił dla Ukraińców – tylko lepiej zagrać na zmianę władzy w Polsce. To się Ukrainie odbije czkawką" – stwierdził Sasin. To poważny zarzut. Prawdziwy?

To tylko pokazuje, jak daleko ta władza może się posunąć, żeby zrealizować swoje cele, które nie są celami zgodnymi z interesem Polski. Ukraińcy walczą o życie, o fizyczną egzystencję i przetrwanie. Jeśli przetrwają – a miliony Polaków ich w tym wspierało i wspiera – będziemy mieć na wschodzie przyjaznego partnera, z którym będziemy mogli robić interesy. Jeśli Ukraina "utonie", będziemy tam mieli wielką Rosję i będzie nas to bardzo drogo kosztowało.

Jakub Karnowski to niezależny przewodniczący rady nadzorczej Ukrposhta (ukraińskiej poczty) i członek rady nadzorczej Ukrzaliznytsia (ukraińskich kolei), a także były prezes PKP w latach 2013-2015

money.pl

poniedziałek, 2 października 2023


Ten 2013 rok to data symboliczna, bo to wówczas zaczęły się rozpadać przyjęte mechanizmy funkcjonowania separatystycznej republiki w ramach armeńsko-azerbejdżańskiego konfliktu, o czym wtedy nie zdawałem sobie zupełnie sprawy. Podobnie jak ktokolwiek inny. Konflikt przestał być poszukiwaniem kompromisów, jak w czasach Hejdara Alijewa i Lewona Ter-Petrosjana, ale stał się grą o sumie zerowej.

W lutym odbyły się wybory prezydenckie w Armenii, które, przy poważnych zastrzeżeniach międzynarodowych obserwatorów, wygrał Serż Sargisjan, uzyskując ponownie mandat. W Erywaniu wybuchły masowe protesty, a jego rywal Raffi Hovannisjan prowadził strajk głodowy. 9 kwietnia po starciach z siłami porządkowymi ulica ucichła. We wrześniu Armenia, dotychczas zawieszona gdzieś między koniecznością militarnego sojuszu z Rosją i gospodarczym i kulturowym związkiem z Europą, decyzją głowy państwa wstępuje do Eurazjatyckiej Unii Celnej pod egidą Moskwy. To był polityczny zwrot o 180 stopni.

W październiku odbyły się wybory prezydenckie w Azerbejdżanie, które ponownie wygrał Ilham Alijew przytłaczającym, ponad 70-procentowym poparciem. Wybory, których wyniki przypadkiem zostały ujawnione w aplikacji, zanim odbył się sam proces głosowania, były ostatnimi, podczas których zachowywano chociaż pozory demokratyczności. Mimo krytyki Azerbejdżan wyraźnie pokazał światu, że nie pozwoli na ingerencję w swoją podmiotowość i sprawczość. W tym momencie rozpoczął się długi marsz Alijewa do władzy absolutnej.

To był rok, który przez te wydarzenia wyznaczył przyszłość Karabachu. W Armenii kolejne wątpliwe wybory i umocnienie władzy klanu karabachskiego w klientelistycznej, quasi-oligarchicznej formie rozbudziły społeczeństwo obywatelskie, które przez kolejne pięć lat przygotowywało się do oddolnej rewolucji. Jednocześnie w kwestii bezpieczeństwa kraj uzależnił się całkowicie od wymuszonego i nieprzewidywalnego sojuszu z Rosją, która przez aneksję Krymu i agresję w Doniecku i Ługańsku stawała się, przynajmniej w Europie Środkowej, niebezpiecznym pariasem. Wielu zdawało sobie sprawę, że Karabach jest zatrutym jabłkiem, ale w odruchu oddalenia dysonansu poznawczego wzajemnie przekonywano się, że status quo trwać będzie wiecznie.

W Azerbejdżanie konsekwentnie umacniał się klanowy petroautorytaryzm oparty na militarystycznej i agresywnie nacjonalistycznej podstawie. A jego lajtmotywem, legitymizacją, która tłumaczyła wszystkie ograniczenia obywatelskiej wolności, była kwestia odzyskania integralności terytorialnej. Coraz cichsze stawały się głosy poszukujące możliwie pokojowego rozwiązania konfliktu, bez uciekania się do wojny, coraz wyraźniejsze – te domagające się militarnej interwencji w separatystycznym regionie. Azerbejdżan dywersyfikował relacje, zbroił się, czerpiąc z różnych źródeł, i czekał na właściwy moment. Nie było wątpliwości, że cierpliwość ostatecznie poskutkuje reintegracją Karabachu z resztą Azerbejdżanu.

new.org.pl

Trudno jest być Rosjaninem. Zanim urodzi się mu dziecko, musi opłacić darmową opiekę szpitalną, bo strzeżonego Pan Bóg strzeże. Chce wysłać dziecko do przedszkola, musi zapłacić. Chce, by duma rodziny dostała się na studia, daje; by zaliczała egzaminy, daje regularnie co semestr; by znalazła pracę, daje bez wahania, bo znajomości to zdecydowanie za mało. Prawo jazdy? Opłata manipulacyjna dla egzaminatora. Budowa domu? Bez łapówki trwa przez większość życia, z łapówką Rosjanin otrzymuje wymagane pozwolenia i kredyt. Nie daj Bóg, jeśli jego potomek popadnie w konflikt z prawem, musi dać i to od serca. Choruje albo najbliżsi potrzebują zabiegu? Musi dać nie tylko od serca, lecz drugie tyle, żeby wyszło dobrze.

Reguły te każdy Rosjanin ma wpisane w instynkt przetrwania. Przybysz z Zachodu uczy się ich przez bolesne doświadczenia, chyba że zdążył przyswoić trzy niezbędne rosyjskie wyrażenia. Po pierwsze, wzjatka (wziątka): dajesz, a pytasz tylko: "Ile?". Po drugie, otkat (dola), czyli zasada lojalności: wzjatką należy się podzielić z kumplami. I po trzecie, sztraf budiet (będzie kara) – to nie zapowiedź mandatu, a zwykła inicjacja negocjacji finansowych.

Jeśli więc wielbiciel Puszkina, Kremla czy wysokoprocentowego Russkowo Standarda zdecyduje się na podróż życia, może nie od razu trasą transyberyjską, ale – załóżmy – z Paryża do Moskwy, jeśli nie będzie leniwy i zamieni lot na podróż pociągiem, to pierwsze lekcje – nielzja (nie wolno) i nada (trzeba) dostanie już na granicy polsko-białoruskiej. Jeśli będzie inteligentnym obserwatorem, otwartym na nowe rozwiązania, szybko zrozumie, że wzjatka uratuje go przed służbistami na granicy, a także pozwoli, by później drogówka lub zwykły policejskij (policjant) odwrócił wzrok lub stracił pamięć.

(...)

Korupcja w Rosji to coś więcej niż zwykłe łapówkarstwo. Dla większości to sposób przetrwania, dla wybranych – bogacenia się, natomiast dla wszystkich – zasada życia. Znany rosyjski politolog Władisław Inoziemcew, autor Nienowoczesnego kraju (2019), widzi w niej "bazową cechą dzisiejszej Rosji". Zasadniczo jednak funkcjonują tam dwa nakładające się na siebie rodzaje korupcji – bytowaja, czyli codzienna, oraz "elitarna", czyli tzw. wielka korupcja. Ta pierwsza dotyka każdej sfery życia obywatela, co potwierdzają badania socjologiczne Maksima W. Nowokonowa i Anny A. Rusanowej z 2017 r. Oczywiście rankingi sytuacji korupcyjnych są różne i zależą od wielu zmiennych: wielkości miasta, odległości od stolicy czy szczebla władzy. Niemniej wśród ankietowanych panuje zgoda wobec tego, że najwięcej okazji korupcyjnych pojawia się w kontaktach z drogówką i inspekcją drogową (62% odpowiedzi), służbami komunalnymi (60%), organami władz miejskich (58%) oraz wymiarem ścigania – policją i prokuraturą (50%). Niewiele mniej okazji daje szkolnictwo wyższe (40%), wymiar sprawiedliwości na poziomie rejonowym i okręgowym (36%), służba zdrowia (32%), a także szkoły średnie (26%). Opłacać się trzeba więc wszędzie.

Według oficjalnych (a zatem z pewnością zaniżonych) danych Prokuratury Generalnej średnia wzjatka w 2018 r. wynosiła 600 tys. rubli., czyli ok. 30 tys. złotych, przy czym suma wszystkich sięgała kwoty 1,8 mld rubli (ok. 100 mln złotych). Tyle dane oficjalne. Te codzienne łapówki są jednak znacznie niższe, często ograniczają się do równowartości kilku, kilkudziesięciu dolarów. W zasadniczy sposób odmieniają jednak ciężki, codzienny żywot Rosjanina. Potwierdzają to badania, zgodnie z którymi w prawie trzech czwartych przypadków (71%) zmiana na korzyść po wzjatce była natychmiastowa. Cennik jest niesformalizowany, trochę przypomina katolickie "co łaska, lecz nie mniej niż". Rosjanie najczęściej mają lub są w stanie zdobyć niezbędną wiedzę o "stawkach", co potwierdza ponad dwie trzecie badanych.

Skala korupcji nie wszędzie jest jednakowa. W dużych miastach, jak stołeczna Moskwa czy Sankt Petersburg tzw. ryzyko korupcji sięga ponad 60%. Jeszcze wyższe jest na prowincji, w lokalnych organach władzy wykonawczej, czyli tam, gdzie trzeba załatwić urzędowe zezwolenia, zarejestrować meldunek czy po prostu uzyskać (teoretycznie darmowe) usługi komunalne. Nie inaczej jest na szczytach władzy. A na górze nie ma polityka, urzędnika wyższego szczebla, deputowanego, ministra czy szefa państwowej spółki, który nie byłby zaangażowany w mechanizmy korupcyjne. O tym, że władza w pełni bądź w większości jest skorumpowana, według sondażu Centrum Lewady z marca 2017 roku jest przekonanych prawie 70% Rosjan.

(...)

Państwo rosyjskie zachęca do korupcji. Posiada skomplikowany i nieprecyzyjny system transferów budżetowych, organizacji zakupów i dystrybucji zamówień państwowych. W  2006 r. Duma Państwowa ratyfikowała konwencję ONZ przeciw korupcji, lecz bez zapisów o karania nielegalnie bogacących się urzędników państwowych. A posiada ich całą armię, bo ponad 7 milionów. Są oni relatywnie nieźle opłacani, lecz mimo to poszukują okazji do poprawy swojego statusu majątkowego i awansu do klasy wyższej średniej, wakacji nie tyko w Turcji, nart nie w Zakopanem, wysłania dzieci na studia do Wielkiej Brytanii lub USA czy nabycia nieruchomości w Czarnogórze. Dlatego wykorzystują możliwości, jaki stworzył system, by czerpać zyski z otkatu, którym opłaca się przede wszystkim rosyjski biznes.

Zwyczajowo więc w koszt produkcji, handlu czy usług wlicza się przynajmniej 15% "doli" dla urzędników. Nie można nie układać się z miejscowymi czinownikami, trzeba przecież mieć kryszę, czyli w miarę bezpieczny biznes. Wystarczy bowiem ulubiona metoda wymuszania ze strony urzędników, czyli "naloty" służb, by skutecznie sabotować wszelki (mały, średni oraz duży) biznes w regionach. Każdy zaradny rosyjski przedsiębiorca "zmiękcza" więc inspekcje – sanepidu, straży pożarnej, nadzoru budowlanego, a także kontroli skarbowej, oddaje dolę urzędnikowi za pozytywne rozpatrzenie wniosku o ulgę, dotację, czy licencję. A w banku odpowiedni procent za udzielenie kredytu. Stawka idzie w górę w zależności od wielkości biznesu oraz rangi urzędnika. Im wyższy poziom, tym więcej pośredników, a ci oznaczają przecież kolejną dolę.

Dlaczego więc dziwić się skandalom, które na tle korupcyjnym wybuchają z dużą częstotliwością, a które poruszają znacznie bardziej społeczeństwa zachodnie aniżeli samych Rosjan? Obrazują one nieprawdopodobną skalę zawłaszczania majątku państwa począwszy od Putina, przez byłego premiera Dmitrija Miedwiediewa, oligarchów, po mera Moskwy Jurija Łużkowa i jego żonę Jelenę Baturinę czy prokuratora Jurija Czajkę. Jeśli korumpować i kraść – przepraszam: optymalizować i akumulować kapitał – to tylko liczony w miliardach rubli. Nie przez przypadek rosyjscy miliarderzy regularnie pojawiają się w rankingach najbogatszych ludzi świata. Nie uświadczymy tam jednak Putina ani wysokich oficjeli administracji, choć machinacje majątkowe prezydenta zostały opisane w przeciekach Panama Papers, a rosyjskich oligarchów i celebrytów w Paradise Papers.

Bardzo obrazowo mechanizmy "akumulacji kapitału" przedstawił Aleksiej Nawalny w dokumencie opublikowanym na YouTubie Ja wam nie Dimon ("Nie jestem dla was Dimką", to poufałe zdrobnienie imienia Dmitrij), który bije rekordy popularności i dziś ma prawie 37 mln odsłon. Wyjawił typową sieć transferów finansowych między Kremlem, oligarchami a majątkiem państwowym przykładzie Dmitrija Miedwiediewa. Pokazał tajne rezydencje, w tym na Rublowce (elitarnej dzielnicy polityków i oligarchów) o wartości 5 mld rubli i na Krasnoj Polanie, gdzie oficjalnie funkcjonuje kompleks olimpijski, a w rzeczywistości dacza zimowa ówczesnego premiera. Pokazał także prawdziwe źródła zmian legislacyjnych. Na przykład gdy Miedwiediew przejął winnicę Skalisty Brzeg w Kraju Krasnodarskim, to postarał się, żeby oficjalnie zmienić status wina z "alkoholu" na "produkt rolniczy". Pozwoliło to na sprzedaż własnej produkcji win rolnikom, a nie – jak dotąd – wyłącznie przedsiębiorstwom, a przy okazji na korzystanie z dopłat do produkcji rolnej. A poza tym zezwolił na reklamę telewizyjną win, a także zmniejszył ich akcyzę. Nawalny udokumentował ponadto kanały defraudacji miliardów rubli oraz mechanizmy ukrywania realnego majątku. Przykład Miedwiediewa jest do bólu typowy. Oficjalnie nie jest on właścicielem żadnej z posesji, bo zarządza nimi fundacja Dar. Fundację tę obdarowują natomiast oligarchowie i koncerny, które chcą zapewnić sobie kryszę (ochronę). Jak na przykład sumą 33 mld rubli Novatek, rosyjski prywatny koncern gazowy.

Mechanizm zawłaszczania majątku państwowego nie jest niczym nowym. W ten sposób działa kormlienie (mechanizm karmienia, i to od czasów Rusi. Jeszcze do XVIII wieku uważano, że "łatwiej i taniej jest urzędnika nakarmić na koszt narodu, aniżeli kosztem carskiej kaźni". Karmienie władzy i urzędników majątkiem państwa utrwaliło się na dobre w XIX w. Legło również u podstaw "nowej" Rosji po rozpadzie ZSRR. Bogacili się ci, którzy mieli ponjatie, czyli pojęcie tego, jak funkcjonują głębokie struktury państwa. Nie bogacili się więc jak ich zachodni odpowiednicy, spokojnie i w ciągu pokoleń. Fortuny Noworuskich eksplodowały jak fajerwerki na kremlowskim Placu Czerwonym w Dzień Zwycięstwa 8 maja. Mechanizm bogacenia się był nie tylko korupcyjny, lecz wręcz kryminalny. W efekcie do lat 90. większość gospodarki rosyjskiej znalazła się w prywatnych rękach niewielkiej grupy oligarchów, którą nie bez powodu nazywano Gangiem Siedmiu Banków (siemibankirszczina).

Skala zawłaszczania majątku państwa była oszałamiająca. Do kryzysu rublowego w Rosji w 1998 r., czyli momentum rosyjskiej transformacji, z 17 prywatyzowanych największych kompanii naftowych wartych łącznie przynajmniej 17 mld dolarów do skarbu państwa wpłynęło 1,4 mld dolarów, czyli nawet nie jedna dziesiąta ich rzeczywistej wartości. Mechanizmem przejmowania majątku państwa były „pożyczki za udziały”, które polegały na tym, że oligarchowie, a konkretnie ich prywatne banki udzielały pożyczki państwu pod zastaw konkretnych przedsiębiorstw. Najczęściej po roku niespłacanych zobowiązań zastawione przedsiębiorstwo przechodziło w ręce oligarchów. A ci oczywiście dzielili się dolą (otkat) z politykami, którzy umożliwili tak intratną transakcję. W ten sposób przykładowo Michaił Chodorkowski przejął jedną trzecią kampanii Jukos oraz wydzierżawił kolejne 45% jej udziałów. Nieprawidłowość polegała na tym, że Menatep Chodorkowskiego był w tej samej sprawie zarówno licytatorem, jak i jedynym oferentem w przetargu. Przejęcie odbywało się także za przyzwoleniem władz, gdyż 10% udziałów Menatepu znajdowało się w rękach państwa.

Bez przyzwolenia z góry takie praktyki nie byłyby możliwe. To władza, czyli Kreml, daje kryszę (krysza to dach; dawać kryszę oznacza zapewniać ochronę), natomiast klient dzieli się zyskiem z patronem i pozostaje wobec niego lojalny. Innymi słowy, nie wykazuje ambicji politycznych, ani nie podważa władzy patrona. Błąd ten popełnił Chodorkowski. Po wyjeździe z Rosji Borysa Bieriezowskiego oraz Władimira Gusińskiego posiadał on najsilniejszą pozycję spośród starych oligarchów, a przy tym także ambicje polityczne. Sposób rozprawienia się Kremla z Chodorkowskim, to jak pozbawiono go nie tylko większości majątku, który przeszedł w ręce państwa, ale także wolności, skazując na wieloletnie osadzenie w łagrze, było czytelnym sygnałem dla każdego oligarchy, czym grozi naruszanie niepisanych reguł gry.

Chodorkowski mógł wcześniej wyciągnąć wnioski z problemów Borysa Bieriezowskiego, który w latach 90. był niekwestionowanym oligarchą numer 1 w Rosji, który trząsł prezydentem Borysem Jelcynem. Miał też na tyle dobrą intuicję, by zdążyć przetransferować część swojego majątku za granicę i samemu ostatecznie wyemigrować do Londynu. Nie zauważył jednak, że Londyn coraz bardziej stawał się Londongradem, gdzie pod nosem służb JKM operują swobodnie oficerowie FSB czy GRU. Pierwsze ostrzeżenie od Kremla dostał więc w 2006 r., kiedy polonem został otruty jego prywatny ochroniarz, były podpułkownik KGB/FSB Aleksander Litwienienko. Bieriezowski wprawdzie zamilkł na jakiś czas, lecz na niewystarczająco długo. Dlatego w marcu 2013 r. został znaleziony martwy w łazience swojego apartamentu, gdzie był uprzejmy "popełnić samobójstwo".

Zagrożeni utratą majątku są nie tylko wielcy, dokładnie taka sama zasada lojalności dotyczy tych bogacących się na majątku państwa na niższych szczeblach władzy i biznesu. Jeśli pamiętamy wielkie uroczystości w Jerozolimie w styczniu tego roku, na których głównym gościem był prezydent Władimir Putin, to pamiętamy także jednego z organizatorów tego przedsięwzięcia, prezydenta Europejskiego Kongresu Żydów Mosze Kantora. A w istocie Wiaczesława Mosze Kantora – Rosjanina z urodzenia, Izraelczyka z kalkulacji, a oligarchę dzięki pieriestrojce. Dzięki przyjaźni z Gienadijem Burbulisem z kręgu doradców Borysa Jelcyna Wiaczesław Kantor wszedł w bliski kontakt towarzyski z Michaiłem Prusakiem, ówczesnym gubernatorem Nowgorodu. A że Prusak był zainteresowany prywatyzacją zakładów azotowych, natomiast Kantor, który wcześniej przeprowadził tam ekspertyzę ekologiczną, dostrzegł potencjał nie tyko zakładów, lecz całej branży chemicznej, to zmodyfikowali znany mechanizm prywatyzacji "pożyczka za udziały". Kantor najpierw otrzymał z przedsiębiorstwa (które zamierzał nabyć) wystarczającą ilość surowca, by za jego sprzedaż zdobyć kapitał pozwalający przejąć jedną trzecią akcji Azotów. W ten sposób w 1993 r. stworzył fundament pod swoją flagową firmę, a później grupę kapitałową Akron, która zresztą swojego czasu była zainteresowana przejęciem polskich Azotów i z czasem stała się potentatem nawozowym w Rosji.

Prędzej czy później musiał się zderzyć z silniejszym od siebie. Okazało się, że nie tyko Kantor jest zainteresowany przejęciem murmańskiej spółki wydobywczej Apatite, lecz także koncern Chodorkowskiego. Po przegranej Kantor przekazał prokuraturze informacje, które przyczyniły się do "sprawy Jukosu" w 2003 r., czyli rozprawienia się Kremla z Chodorkowskim. Dlatego obawiając się kłopotów, poszukiwał nowej kryszy, czyli zabezpieczenia. A najlepiej paszportu państwa, które nie pozwala na ekstradycję swoich obywateli. Wybór był więc oczywisty. Wiaczesław Kantor został Izraelczykiem.

Kantor – podobnie jak Chodorkowski, lecz na mniejszą skalę – złamał niepisane reguły gry. Częścią ponjatia jest świadomość tego, że system władzy w Rosji jest powiązany z własnością. System wymaga lojalności, za nieponjatie się karze, a za zdradę – karze się bez litości. I odwrotnie. Lojalnych, czyli "swoich" państwo dające kryszę nie pozwoli skrzywdzić. Dlatego gdy wybuchł skandal związany z ukrytym majątkiem Miedwiediewa, władze milczały, a media państwowe zarzucały Nawalnemu intencje polityczne i szkalowanie premiera. Jeszcze ciekawiej wyglądała "sprawa Czajki", czyli prokuratora generalnego wykorzystującego nadzorowane przez siebie organy ścigania do ochrony brudnych interesów swoich synów. Bulwersuje ona Rosjan od 2015 r., po publikacji przez Fundację walki z korupcją Aleksieja Nawalego raportu na temat kryminalnych praktyk prokuratora. Nawet prezydent Putin podczas dorocznej konferencji z dziennikarzami odniósł się do sprawy. Odpowiedział wówczas rosyjskiej dziennikarce: "Dobrze, że zwracacie na to uwagę. Jesteśmy jako państwo w obowiązku zareagować". Jednak brak reakcji w Rosji może być także reakcją. Chyba że za dobrą monetę uznamy, że po pięciu latach, czyli w styczniu 2020 r., prezydent Putin zapowiedział odejście Jurija Czajki ze stanowiska prokuratora generalnego. W 2020 r. skończył on 69 lat, więc nie była to jednak dymisja, bo urząd prokuratora generalnego ma ograniczenie wiekowe do 70 lat. Prezydent Putin nagrodził go wręcz za wieloletnią lojalność, zapowiadając przesunięcie Czajki na inne stanowisko w administracji państwa.

Jeśli więc prokurator generalny wykorzystuje swój urząd do mafijnej działalności, a państwo udziela mu w tym procederze kryszy, to jak ma wyglądać przeciwdziałanie korupcji i walka z nią? Dokładnie tak samo, jak buduje się w Rosji demokrację. Jest ona państwem demokratycznym, bo taki zapis widnieje w konstytucji. Rosja zwalcza więc korupcję, bo powołała w tym celu szereg instytucji. Co więcej, w 2008 r. Dmitrij Miedwiediew – wówczas pełniący urząd prezydenta – ogłosił "narodowy plan antykorupcyjny". Z kolei prezydent Putin w każdym swoim dorocznym orędziu wspomina o konieczności jej zwalczania. Regularnie również zapowiada, że rozprawi się z łapownikami. A póki co rozprawia się z Aleksiejem Nawalnym, który skalę korupcji władzy w Rosji obnaża.

new.org.pl


Jakub Bodziony: Przejdźmy do afery wizowej. O co tutaj chodzi? PiS mówi, że afery w ogóle nie ma, a politycy Platformy, że setki tysięcy wiz wydawano w procesie korupcyjnym. 

Witold Jurasz: PiS kłamie, mówiąc, że nie ma afery. Politycy opozycji również niestety kłamią, mówiąc o setkach tysięcy. A kiedy słyszę liberałów mówiących o tym, jak to terroryści tutaj przyjadą, to już jest naprawdę bardzo blisko do niesławnej konferencji Mariusza Kamińskiego i Mariusza Błaszczaka. Będąc za twardą obroną granicy, uważam, że ci ludzie, którzy do nas zmierzają nielegalnie czy legalnie, są po prostu biednymi ludźmi, którym należy się elementarny szacunek. 

31 sierpnia Mateusz Morawiecki zdymisjonował wiceministra Piotra Wawrzyka, który był odpowiedzialny za sprawy wizowe i konsularne. 

Minister Wawrzyk za nic nie był odpowiedzialny – to jest taki pan, któremu się tylko wydawało, że jest wiceministrem. Jest mnóstwo w Polsce takich ludzi, którzy niby pełnią jakieś funkcje, a de facto niczego nie kontrolują. 

No i pan minister miał asystenta, w stosunku do którego miał za duże zaufanie. On podsuwał mu do podpisania pisma do polskich konsulatów. Jak rozumiem, w tych pismach była prośba o wydanie wizy. Samo poproszenie o to, żeby przyjąć kogoś poza kolejką, nie jest skandalem – to robił wiceminister spraw zagranicznych za PO i wcześniej. Po prostu system wizowy jest niedrożny. 

I dlatego jako pośrednicy muszą brać w tym udział firmy prywatne? 

Nie muszą. Ale lata temu wykorzystano niedrożność tego systemu jako pretekst do wprowadzenia tych firm, zamiast go uszczelnić. Problem polegał na tym, że kiedy jako konsulat wrzucaliśmy do systemu 2 tysiące terminów, to po 5 minutach ich nie było. To wszystko było blokowane przez boty i można sobie było kupić miejsce w kolejce w firmach turystycznych. 

Również ja informowałem o tym MSZ, gdy kierowałem placówką na Białorusi. Zawsze miałem odpowiedź: proszę się tym nie interesować, to jest bezpieczeństwo państwa. A potem się nagle okazało, że nieszczelność tego systemu jest taka, że nic nie damy rady z tym zrobić, w związku z tym musimy outsourcingować. 

Działalność tych firm sama w sobie nie jest czymś wyjątkowym. One działają również w innych państwach strefy Schengen. Tylko jak rozumiem u nas wynikła z tego patologia?

System nadal był niewydolny i nadal trzeba było zapłacić, żeby firma szybciej obsłużyła – takie przynajmniej pojawiają się informacje. W niektórych krajach nawet ten outsourcing był niewystarczający i ambasadorowie akredytowani w Warszawie musieli interweniować, bo czasem nawet delegacje vipów nie były w stanie dostać wizy. 

Skoro minister Wawrzyk najprawdopodobniej był tylko figurantem, to kto ponosi odpowiedzialność za ten proceder?

Uważam, że to przede wszystkim jest afera polskich służb specjalnych. Pion konsularny zawsze charakteryzował się – i w PRL-u, i później – bardzo silną działalnością służb. Dlatego wspomniałem, że takie problemy istniały już wcześniej. 

W ślad za tym pojawił się w Wirtualnej Polsce wywiad Bianki Mikołajewskiej z Grzegorzem Małeckim – i mówiąc krótko, były szef agencji wywiadu mówi, że w 2016 roku zetknął się z taką aferą w jednej z placówek, w którą byli zaangażowani bezpośrednio oficerowie Agencji Wywiadu. I wszyscy zostali awansowani. A wszyscy, którzy chcieli sprawę wyjaśnić, zostali usunięci ze służby. 

Zapytałem go potem, jaka to była ekipa – platformerska, pisowska? I on mówi, że to była ekipa z czasów jego poprzednika, która następnie przeszła do wysługiwania się PiS-owi. 

Tego, co jest istotą tej afery, nikt nie dotyka – dlatego nikt tej afery nie wyjaśni. 

kulturaliberalna.pl

niedziela, 1 października 2023



IMGW już w ubiegły czwartek poinformował, że tegoroczny wrzesień był cieplejszy od czerwca. Synoptycy przekazali, że średnia temperatura ubiegłego miesiąca wyniosła 17,7 st. C, podczas gdy w czerwcu było to 17,5 st. C.

Na pełne i oficjalne dane dotyczące tegorocznego września trzeba będzie jeszcze zaczekać, niemniej jednak pewne jest, że tak ciepłego pierwszego miesiąca jesieni nie było od 1781 r., czyli od początku prowadzenia pomiarów w Polsce. Wrzesień okazał się o ok. 4 st. C cieplejszy od normy z ostatniego trzydziestolecia. Dla porównania, podczas poprzedniego najcieplejszego września, który miał miejsce w 1999 r. anomalia sięgnęła 2,1 st. C.

Przyczyną tej niezwykłej anomalii są stale utrzymujące się wyże, które w zasadzie przez cały czas pompowały w naszym kierunku bardzo ciepłe masy powietrza, dzięki czemu niemal codziennie notowano średnie temperatury znacznie wyższe, niż wynika z normy. Jak widać na zaprezentowanym poniżej wykresie, w ubiegłym miesiącu doliczono się aż 29 dni ciepłych, z czego pięć okazało się rekordowo ciepłych, a zaledwie jeden dzień zapisał się jako zimny.

onet.pl

piątek, 29 września 2023


Spotkanie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z kanclerzem Olafem Scholzem oraz wsparcie kandydatury RFN na stałego członka RB ONZ podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku, do którego doszło 20–21 września, symbolizują wagę, jaką Kijów przywiązuje do stosunków z Berlinem. Ewolucja retoryki pod adresem Niemiec z krytycznej w pierwszych miesiącach wojny w afirmującą w późniejszym okresie wskazuje nie tyle na zasadniczą zmianę w polityce zagranicznej Ukrainy, co raczej na wymianę narządzi wykorzystywanych do uzyskania regularnego i rosnącego wsparcia finansowego i militarnego. Aby osiągnąć ten najważniejszy w czasie wojny cel, Kijów szczególny nacisk kładzie na relacje z państwami bogatymi, wpływowymi i dysponującymi nowoczesną uzbrojeniem oraz takimi, które z jego punktu widzenia są niedostatecznie (względem swojego potencjału) przekonane co do konieczności zwiększania wsparcia. Chodzi przede wszystkim o Stany Zjednoczone, a w Europie – o ich najbliższego sojusznika, czyli RFN.

W ciągu ostatnich niespełna dwóch lat narracja władz ukraińskich dotycząca Niemiec uległa dużej zmianie. W okresie poprzedzającym atak FR i w pierwszych miesiącach po nim cechowała się szczególną ostrością (zob. Ukraina: rosnąca krytyka Niemiec). Wynikała ona z rozczarowania współpracą z Berlinem, przed rosyjską inwazją 24 lutego 2022 r. forsującym realizację porozumień mińskich i pogłębiającym kooperację gazową z Moskwą, oraz z niechęci RFN do przekazywania Ukrainie uzbrojenia i sprzętu wojskowego, szczególnie w sytuacji gdy inni partnerzy, w tym Polska, od dawna wysyłały broniącemu się państwu broń ciężką. Zełenski wypominał wówczas Scholzowi zachowawczość, a prezydentowi Frankowi-Walterowi Steinmeierowi odmówił wizyty w Kijowie w kwietniu 2022 r. Władze prowadziły taką politykę, gdyż wychodziły z założenia, że bez przełamania braku woli Niemiec do dostarczania zaawansowanego technologicznie uzbrojenia inne państwa europejskie także będą mniej skłonne do takich dostaw. Grając na nastrojach społecznych, Ukraina świadomie dążyła w ten sposób również do przeciągnięcia Berlina na stronę krajów aktywnie pomagających.

Złagodzenie tej retoryki nastąpiło po kilku miesiącach od inwazji, wraz z pierwszymi dostawami ciężkiego uzbrojenia z Niemiec i czerwcową wizytą kanclerza (oraz przywódców Włoch, Francji i Rumunii) w Kijowie, podczas której wyraźnie wsparł on przyznanie Ukrainie statusu kandydata do UE. W lipcu 2022 r. Kijów odwołał ambasadora w RFN Andrija Melnyka, poddającego niemieckie władze miażdżącej krytyce za powolne tempo dostarczania broni obrońcom. W ukraińskiej optyce polityka Berlina ewoluowała w korzystnym kierunku – kolejnym pozytywnym zwrotem była jego styczniowa zgoda na dostawy czołgów Leopard. W maju Zełenski złożył zaś dobrze ocenianą wizytę w Niemczech.

Kijów przypisuje kluczową rolę w procesie zmiany nastawienia RFN do Ukrainy skuteczności własnych wysiłków, przede wszystkim publicznej presji na Berlin, aby porzucił ostrożność w zakresie dostaw uzbrojenia i zerwał z polityką Russia first. Pożądana z punktu widzenia Ukrainy przemiana w Niemczech utwierdziła władze w przekonaniu, że asertywna, miejscami wręcz agresywna i arogancka dyplomacja oraz twarde wytykanie niezdecydowania i błędów z przeszłości to działania skuteczne i należy je stosować także wobec partnerów niechętnych do pomocy (np. Izraela).

Rządzący kontynuują presję na Berlin w zakresie dostaw uzbrojenia, choć jej tonacja stała się łagodniejsza. W oficjalnych oświadczeniach podkreśla się wdzięczność za już przekazaną broń (o łącznej wartości 5,2 mld euro) oraz wsparcie finansowe i humanitarne. RFN wciąż dysponuje uzbrojeniem, które Kijów chciałby pozyskać – m.in. rakietami dalekiego zasięgu Taurus – jak również zasobami politycznymi i finansowymi. Potencjał ten nakazywał mu w przeszłości – i wciąż nakazuje – traktować relacje z Niemcami priorytetowo i przedkładać je ponad stosunki niż z innymi państwami, w czasie wojny także z tymi już udzielającymi mu znacznej pomocy i takimi, których do jej dalszego przekazywania nie trzeba przekonywać.

Zmiana retoryki wobec RFN nie świadczy o całościowej reorientacji ukraińskiej polityki na Berlin. De facto stanowi bowiem kontynuację racjonalnego z punktu widzenia Kijowa kursu na partnera wciąż mogącego zaoferować mu najpotrzebniejszą pomoc militarną, finansową czy polityczną. Przemiana polega na zastosowaniu odmiennych narzędzi niż bezpośrednio przed rosyjską inwazją i tuż po niej. Tak jak ówczesna krytyka pod adresem Niemiec wynikała ze strategicznej konieczności przeciągnięcia tego kluczowego państwa na swoją stronę i pozyskania jego wsparcia, tak i obecnie, w nadziei na większe dostawy uzbrojenia i inną pomoc, Kijów jest skłonny podkreślać rolę RFN, dopingować ją do rozszerzenia zakresu wsparcia i wspomagać w ostatecznym zażegnaniu kryzysu wizerunkowego pierwszych miesięcy wojny.

Ukraina chętnie przyczyni się do sukcesu Zeitenwende w sferze gospodarczej, przyjmując inwestycje w zieloną energetykę (wodór) i infrastrukturę w ramach odbudowy kraju oraz oferując niemieckiemu biznesowi perspektywę zysków kosztem objętej sankcjami Rosji – tym bardziej że takie stanowisko wobec RFN nie stoi w sprzeczności w nastrojami społecznymi. Według czerwcowych badań grupy Rejtynh 80% Ukraińców uważa Niemcy za państwo przyjazne. Choć Kijów ma świadomość, że przyspieszenie przekazywania uzbrojenia nie oznacza faktycznego przekonania Berlina do pokoju na ukraińskich warunkach, to możliwość pozyskania konkretnej pomocy, nieodzownej do kontynuowania oporu wobec najeźdźców, wygrywa z wątpliwościami.

Ukraina uznaje RFN za głównego rozgrywającego w UE także w kwestii jej przyszłego rozszerzenia. Sama zaś dąży do szybkiego uzyskania członkostwa – zgodnie z oficjalnymi deklaracjami nawet w ciągu dwóch lat. Postulowana przez Niemcy, Francję i niektóre inne państwa reforma UE, będąca w przyjętym przez nie założeniu warunkiem przyjęcia nowych członków, nie jest na Ukrainie szeroko dyskutowana. Wydaje się, że Kijów bądź nie ma świadomości szerszej rozgrywki, jaką władze niemieckie prowadzą z członkami UE w kwestii jej zmian i przyszłego kształtu, bądź obecnie koncentruje się na doprowadzeniu do pozytywnej październikowej rekomendacji KE w sprawie otwarcia negocjacji i takiej samej decyzji państw członkowskich podczas grudniowego szczytu.

Tym samym Ukraina może wychodzić z założenia, że kraje niesprzyjające reformie promowanej przez Niemcy de facto utrudniają rozszerzenie, i uznawać, że droga do członkostwa wiedzie poprzez przekonanie głównych rozgrywających. Podobnie sprawa się ma z kwestią ustanowienia i wydatkowania przyszłych środków na powojenną odbudowę kraju: Kijów stara się wpłynąć na stanowisko RFN, dysponującej nie tylko ważnym głosem w zakresie architektury i wielkości pomocy wewnątrz UE i G7 oraz w rozmowach z USA, lecz także znacznym krajowym kapitałem państwowym i prywatnym.

Ukraina od uzyskania niepodległości postrzegała się jako kluczowe państwo europejskie, podkreślając swój potencjał terytorialny, demograficzny i ekonomiczny, co w domyśle zakładało aspirację do dołączenia do grona najważniejszych graczy. Inwazja i heroiczny opór tylko wzmogły przekonanie o specjalnej roli, jaką kraj będzie odgrywać w Europie po zwycięstwie nad Rosją. Sprawia to, że Kijów uznaje się za równorzędnego partnera dla Waszyngtonu, Berlina czy Paryża, a inne stolice traktuje jako drugorzędne.

osw.waw.pl

czwartek, 28 września 2023


W wyniku szybkiej operacji militarnej w dniach 19–20 września Azerbejdżan rozbił siły nieuznawanej międzynarodowo ormiańskiej Republiki Górskiego Karabachu. Doprowadziło to do faktycznego demontażu struktur tego parapaństwa, co formalnie miały potwierdzić jego władze, ogłaszając 28 września jego samorozwiązanie z dniem 1 stycznia 2024 r. Baku efektywnie przejmuje kontrolę nad tym terytorium. Trwa proces uzgadniania technicznych aspektów tego procesu toczony pod kuratelą rosyjskiego kontyngentu sił rozjemczych. Palącym problemem pozostaje kryzys humanitarny i masowy exodus ludności ormiańskiej – do 28 września rano Górski Karabach opuściło ok. 66 tys. ludzi, tj. ponad połowa całej populacji. Kryzys dał impuls do bezprecedensowej aktywizacji USA, UE i m.in. Francji, mającej zminimalizować jego doraźne i długofalowe skutki.

Upadek parapaństwa stał się katalizatorem poważnych napięć społeczno-politycznych w Armenii (m.in. wielodniowe masowe protesty z żądaniem dymisji rządu; aktywizacja opozycji) oraz bezprecedensowych tarć między Armenią i Rosją. Erywań neguje sojusz wojskowy z Moskwą, z kolei ta niemal otwarcie nawołuje do obalenia rządu. Utrzymanie się premiera Nikoli Paszyniana przy władzy mogłoby otworzyć drogę do m.in. politycznego zakończenia konfliktu z Azerbejdżanem i Turcją oraz fundamentalnej rewizji porządku politycznego na Kaukazie Południowym, m.in. kosztem Rosji. Z kolei potencjalny upadek Paszyniana radykalnie podniósłby ryzyko dalszej eskalacji konfliktu Azerbejdżanu i Armenii. Stawka jest czytelna zarówno dla Brukseli, jak i Waszyngtonu, czego wyrazem jest aktywność nakierowana nie tylko na humanitarny wymiar kryzysu, lecz także na deeskalację i rozwiązanie konfliktu w ramach procesu pokojowego. Ogromna dynamika wydarzeń w regionie, ale też kalendarz polityczny (m.in. planowane na 5 października w Granadzie rozmowy przywódców Azerbejdżanu i Armenii pod auspicjami UE) czynią aktualną sytuację skrajnie napiętą i nieprzewidywalną.

Koniec parapaństwa

Skutkiem operacji sił azerbejdżańskich jest faktyczna likwidacja struktur separatystycznej Republiki Górskiego Karabachu. Jej siły zbrojne zostały rozbite i obecnie trwa ich rozbrajanie oraz przejmowanie infrastruktury wojskowej przez stronę azerską. Całkowitej dezintegracji uległ aparat parapaństwa – nie jest ono podmiotem rozmów z Baku, odcięły się od niego zarówno Armenia, jak i Rosja. Potwierdzeniem upadku jest ogłoszony 28 września przez prezydenta nieuznanej republiki Samwela Szahramaniana dekret rozwiązujący parapaństwo z dniem 1 stycznia 2024 r. Pomimo incydentów i punktowych oznak sprzeciwu wobec kapitulacji ze strony karabaskich wojskowych nie posiadają oni zdolności militarnych do prowadzenia symetrycznego oporu względem działań Azerbejdżanu. Według Baku Górski Karabach i jego ludność mają zostać w przyszłości zreintegrowane z resztą kraju, przy czym ma to nastąpić z zachowaniem indywidualnych praw ludności miejscowej oraz ma temu towarzyszyć zapowiadana częściowa amnestia. Czynnikiem oddziałującym na sytuację w Górskim Karabachu wciąż pozostaje stacjonujący tam rosyjski kontyngent sił rozjemczych (ok. 2 tys. żołnierzy), który – wbrew przyznanemu w 2020 r. na mocy porozumienia mandatowi – zachowuje bierność wobec ataku azerbejdżańskiego i skupia się na pomocy humanitarnej oraz ochronie karabaskich uchodźców wewnętrznych.

Obecnie głównym problemem pozostaje masowy exodus ormiańskiej ludności cywilnej z Górskiego Karabachu, obawiającej się represji azerbejdżańskich lub niewidzącej perspektyw w ramach Azerbejdżanu. Do 28 września rano do Armenii przedostało się ok. 66 tys. uchodźców. Trudna do oszacowania jest liczba Ormian mieszkających dotychczas w Górskim Karabachu. Przytaczana w tym kontekście liczba 120 tys. z pewnością była zawyżana przed konfliktem i niewątpliwie nie uwzględnia wcześniejszej fali uchodźców i migrantów po klęsce w drugiej wojnie karabaskiej w 2020 r. Exodus zapewne będzie trwał i najprawdopodobniej obejmie zdecydowaną większość karabaskich Ormian.

Kryzys humanitarny, perspektywa faktycznej czystki etnicznej, a wcześniej sam atak azerbejdżański, do którego doszło wbrew obietnicom Baku, wywołały silną krytykę Azerbejdżanu ze strony państw i instytucji zachodnich (m.in. USA, Francji oraz UE, w tym na szczeblu Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego), polityków i opinii publicznej. Wyrazem zaniepokojenia były m.in. ostrzeżenia pod adresem Baku (łącznie z groźbami sankcji dyskutowanymi np. w Kongresie USA), spektakularne wizyty w regionie (m.in. asystenta sekretarza stanu USA, szefowej USAID), doraźne programy pomocowe (ze strony USA, UE i Francji o sumarycznej równowartości kilkudziesięciu milionów euro). Próbą deeskalacji kryzysu i ograniczania jego skutków jest m.in. zainicjonowana przez Waszyngton – wstępnie podjęta przez Baku – idea międzynarodowej misji obserwacyjnej na terenie Górskiego Karabachu, nadzorującej respektowanie praw ludności cywilnej i ochronę dziedzictwa kulturowego Ormian.

Przesilenie w Armenii

Upadek Górskiego Karabachu stał się katalizatorem poważnego kryzysu społeczno-politycznego w Armenii. W Erywaniu od 19 września trwają protesty uliczne pod hasłami zdrady ze strony premiera i z żądaniami jego dymisji – równolegle odbywały się również demonstracje antyrosyjskie pod ambasadą Rosji. W trakcie protestów doszło do nieudanej próby szturmu budynków rządowych, powracających usiłowań blokady miasta, starć z policją (ponad sto osób zatrzymanych) oraz powołania antyrządowego Komitetu Narodowego. Na obecnym etapie manifestacje wydają się tracić swój impet, może jednak dojść do ich ponownej eskalacji wraz z napływem uchodźców, weteranów i polityków karabaskich oraz w odpowiedzi na spodziewane kontrowersyjne posunięcia władz w kwestii relacji z Azerbejdżanem. Poważnym osłabieniem przeciwników rządu było zatrzymanie przez siły azerbejdżańskie 27 września Rubena Wardaniana (rosyjsko-ormiańskiego oligarchy, karabaskiego polityka, najpoważniejszego konkurenta Paszyniana). W takich warunkach nie można wykluczyć podjęcia prób przewrotu i fizycznego usunięcia premiera, czego efektami byłyby destabilizacja i trwała marginalizacja Armenii pod ścisłą kontrolą Rosji.

Wewnątrzormiański spór wpisany jest w szczególne i wieloznaczne w historiozofii ormiańskiej, a także sformalizowane m.in. w relacjach sojuszniczych (OUBZ) stosunki Armenii z Rosją. Paszynian (a wraz z nim znaczna część społeczeństwa) konsekwentnie dystansuje się od Moskwy, m.in. otwarcie zarzucając jej nielojalność, niewywiązywanie się z zobowiązań sojuszniczych, wreszcie odpowiedzialność za upadek Górskiego Karabachu, którego protektorem po drugiej wojnie karabaskiej stała się Rosja.

Nieskuteczność sojuszu z Rosją oraz niezdolność do obrony Karabachu w oparciu o własne siły skłoniły Paszyniana do odcięcia się od Górskiego Karabachu i podjęcia trudnych rozmów pokojowych z Azerbejdżanem z nadzieją na zabezpieczenie podstawowych interesów Armenii bez opierania się na Moskwie.

Z drugiej strony Rosja – również odwołując się do części społeczeństwa ormiańskiego i opozycyjnych elit – odpowiedzialność za klęskę karabaskich Ormian i de facto Armenii zrzuca na Paszyniana i jego błędy oraz na „celową destabilizację sąsiedztwa Rosji przez USA i inne państwa NATO”. Zarówno wydźwięk wypowiedzi oficjalnych, jak i ostrość przekazu medialnego w Rosji stanowią otwartą groźbę użycia posiadanych instrumentów (m.in. gospodarczych) przeciwko Armenii, bezpośrednie nawoływanie do zmiany władzy w tym kraju oraz próbę powstrzymania antyrosyjskiego kursu Erywania.

Rewizja porządku regionalnego

Odzyskanie Górskiego Karabachu to kolejny przejaw dominującej pozycji i inicjatywy strategicznej Azerbejdżanu, a pośrednio także wspierającej go Turcji. Palącą sprawą – dla Armenii, ale też dla Zachodu i Iranu – staje się groźba realizacji przez Baku projektu przejęcia kontroli nad tzw. korytarzem zangezurskim – planowanym szlakiem komunikacyjnym biegnącym przez terytorium Armenii, łączącym Baku z enklawą w Nachiczewanie i dalej z Turcją. Wątek „korytarza” bardzo mocno wybrzmiał w wypowiedziach prezydenta Ilhama Alijewa w trakcie spotkania z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem 25 września. Zbrojne zajęcie „korytarza” na suwerennym terytorium Armenii m.in. radykalnie zburzyłoby porządek prawny w regionie, dopełniło marginalizacji Armenii, ale też otworzyło konflikty Azerbejdżanu i Turcji z Zachodem i Iranem. Choć obecnie sugestie dalszych działań zbrojnych wydają się być przejawem presji Baku na polityczne uregulowanie problemu, wariant ten pozostaje realny przy braku postępu w negocjacjach. Uruchomienie „korytarza” – czy to na drodze politycznej, czy militarnej – a tym samym wzmocnienie osi Baku–Ankara budzi poważne zaniepokojenie Iranu, co znalazło wyraz m.in. w telefonicznych konsultacjach na szczeblu prezydentów Iranu i Rosji (26 września). W obawie przed eskalacją tonujące stanowisko przyjęła Turcja (m.in. na spotkaniu Erdoğana z Alijewem 25 września).

Obok kryzysu humanitarnego wokół Górskiego Karabachu oraz wsparcia dla demokratycznych władz w Armenii i jej suwerennej polityki to właśnie obawa przez dalszym załamaniem porządku prawnego i głęboką destabilizacją regionu wydaje się być głównym motorem bezprecedensowej aktywizacji Zachodu na Kaukazie Południowym. Ostrzeżenia pod adresem Baku wygłosiły zarówno USA, UE, jak i Francja, przy czym uznanie dla suwerenności i integralności terytorialnej oraz gotowość do współpracy zapowiedziały i Waszyngton, i Paryż (Francja dodatkowo ma otworzyć nowy konsulat w armeńskiej prowincji Sjunik, zagrożonej agresją ze strony Azerbejdżanu). Perspektywy bezpośredniego zaangażowania się Zachodu w regionie pozostają jednak ograniczone, choć mogą być realne i znaczące, jak pokazało m.in. powołanie unijnej misji obserwacyjnej w Armenii w 2022 r. Zarazem niezmiennie silne pozostają natomiast jego polityczne i gospodarcze instrumenty nacisku na strony tego konfliktu.

Potencjalnie pozytywnym aspektem dynamiki regionalnej pozostaje gwałtowne przyspieszenie procesu negocjacyjnego między Armenią i Azerbejdżanem pod auspicjami zachodnimi – głównie UE. Dla Armenii zawarcie porozumienia pokojowego przy choćby ograniczonych gwarancjach zachodnich daje nadzieję na wyjście z beznadziejnej sytuacji, a dla premiera stanowi jedyną szansę na zdobycie kontrowersyjnej legitymacji społecznej. Z kolei dla Azerbejdżanu (i Turcji) porozumienie byłoby sposobnością na zalegalizowanie swojej dominacji oraz realizację celów politycznych i gospodarczych bez negatywnych konsekwencji ze strony Zachodu. Proces normalizacji stosunków prowadzony jest w Brukseli i Waszyngtonie od 2021 r. i według doniesień ma być bardzo zaawanasowany. Do kolejnych rozmów między przedstawicielami Baku i Erywania doszło w towarzystwie reprezentantów Komisji Europejskiej, prezydenta Francji i kanclerza Niemiec w Brukseli 26 września, zaś do – potencjalnie przełomowego – spotkania liderów Armenii i Azerbejdżanu ma dojść przy okazji szczytu Europejskiej Wspólnoty Politycznej w Granadzie 5 października. Wobec procesu pokojowego tradycyjnie wrogie stanowisko zajmuje Rosja, zaś nieuczestnicząca bezpośrednio w rozmowach Turcja pozostaje wstrzemięźliwa. Hipotetyczną alternatywą – przy założeniu kolejnej eskalacji – jest nigdy dotąd nierealizowany projekt rozmów w formacie 3+3 (trzy państwa Kaukazu Południowego oraz Rosja, Turcja i Iran), który przywołuje się w ostatnich dniach w Teheranie i Moskwie.

osw.waw.pl