piątek, 22 września 2023


Według doniesień prasowych doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan spotkał się w weekend z chińskim ministrem spraw zagranicznych Wang Yi na Malcie. To kolejna próba ustabilizowania stosunków amerykańsko-chińskich przed możliwym spotkaniem Joe Bidena i Xi Jinpinga w listopadzie na marginesie szczytu Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (Asia-Pacific Economic Co-operation, APEC).

Sullivan i Wang spotkali się już na podobnym tajnym (jak widać nie do końca) spotkaniu w Wiedniu cztery miesiące temu, co umożliwiło wznowienie bezpośrednich kontaktów między stronami.

W tej chwili wciąż nie wiadomo jednak, czy Xi Jinping w ogóle pojedzie do San Francisco na szczyt APEC. Xi zrobił unik i nie pojechał na szczyt G20 do New Delhi. Wydaje się, że jednym z powodów była konieczność uniknięcia spotkania z Bidenem – inny to niechęć do dowartościowania gospodarzy.

Rok temu Chińczycy odnieśli sukces propagandowy na szczycie G20 na Bali i już wielu pisało, jak to kończy się rywalizacja chińsko-amerykańska. Oczywiście, jak było to łatwe do przewidzenia, nic takiego się nie stało. Nie da się też drugi raz sprzedać zachodnim politykom ściemy planem pokojowym. W efekcie Xi pojechał na inspekcję do Heilongjiang.

Moim zdaniem, Xi nie pojedzie też na szczyt APEC, jeżeli nie uda się Wang Yi wytargować jakiś realnych ustępstw ze strony Waszyngtonu. Na razie nie widzę na to szans. Zwłaszcza, że kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych nabiera tępa. Trudno też w tej chwili ocenić, na ile problemy wewnętrzne ograniczają Xi możliwości podróżowania. Były minister spraw zagranicznych Qin Gang został usunięty ze stanowiska bez wyjaśnienia w lipcu, a pod koniec sierpnia zniknął z pola widzenia opinii publicznej również minister obrony Li Shangfu. Rośnie liczba plotek na temat powodów tych dysparycji, ale nawet jeżeli większość z nich to bzdury, to i tak Xi ma wiele na głowie. Dlatego potrzebuje sukcesu, ale czy Biden mu go da?

zawielkimmurem.net


Ze wsi Tofiłowce na modlitwę w cerkwi w Narodzenie Przenajświętszej Bogurodzicy przyjechało też małżeństwo w średnim wieku. W postrzeganiu granicy żona nie odczuwa różnicy w porównaniu do tego, co było 20 lat temu. Mąż wtrąca, że im te mundury nie przeszkadzają, ale po chwili komentuje nieco inaczej.

— Tu przed szkołą stały rosomaki, a one pędzą, nie wiadomo z jaką szybkością — stwierdza, co widział.

— Hałas, kurz, nieostrożność, trzeba było na nie uważać — przerywa mu żona.

— A w ogóle, to nie żołnierze są winni, tylko rząd, że tych uchodźców ściągnął i to dużo wcześniej przed aferą wizową. Oni z Białorusi idą, a to nie trzeba się kłócić z sąsiadem, tylko dochodzić do porozumienia, a nie "my siła, my siła". Tego ogrodzenia by nie trzeba było stawiać. Trzeba było rozmawiać, a nie drażnić i sankcje na Łukaszenkę nakładać za sfałszowane wybory — w kontrze tłumaczy mąż.

Żona stanowczo stwierdza, że żadnego niebezpieczeństwa tu nie ma. Osobiście migrantów nie spotkała, choć mieszka w strefie nadgranicznej. Od czasu do czasu widzi śmigłowiec przelatujący nad głową.

— Mur postawili, a ludzie cały czas przechodzą. Rząd twierdzi, że zrobili dobrze, a oni nic nie zrobili, bo idzie jeszcze więcej ludzi — i tu żona dopowiada do słów męża, że to druga strona pomaga, bo gdyby nie to, to nie byłoby przekroczeń granicy.

Mąż kwituje: — To nie tylko o nas chodzi. Wojsko się męczy, policja się męczy, Straż Graniczna to samo. Przedtem był spokój, a teraz ile oni rozbiją rodzin przez to, że tutaj wojskowi siedzą miesiącami. Co oni, poszczą? Wcale nie. I to tylko rządzących wina.

onet.pl

- Rosja trzyma się strategii, którą obrała, czyli destabilizowania Ukrainy, a teraz także szantażu żywnościowego wobec Zachodu - ocenia fiasko rozmów o tzw. porozumieniu zbożowym między dwoma przywódcami prof. Agnieszka Legucka. - Wywołanie klęski głodu w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie mogłoby wywołać potężną falę migracji do Europy z ogarniętych nią krajów, czego w Unii Europejskiej bardzo się obawiają. Blokada eksportu ukraińskiej żywności drogą morską zwiększa też napięcia na linii Ukraina - Polska, co widzieliśmy w ostatnich miesiącach. Kreml mocno gra na to od dłuższego czasu - dodaje analityczka ds. Rosji z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM).

Putin testuje Zachód domagając się szeregu ustępstw za powrót do tzw. porozumienia zbożowego. Kreml oczekuje m.in. przywrócenia do bankowego systemu SWIFT Rosyjskiego Banku Rolnego oraz zniesienia zachodnich utrudnień w dostępie do światowych rynków dla rosyjskich produktów rolnych. Putin zapewnił, ze gdy tylko warunki te zostaną spełnione, Rosja "będzie gotowa rozważyć odnowienie tzw. porozumienia zbożowego".

Rosyjski dyktator nie mówi jednak całej prawdy. Ani rosyjska żywność, w tym produkty rolne, ani nawozy nie są objęte zachodnimi sankcjami. Tylko w 2022 roku Rosja wyeksportowała rekordowe ilości pszenicy. Kreml i eksporterzy produktów rolnych tłumaczą jednak, że zachodnie sankcje w obszarach płatności, logistyki i ubezpieczeń mocno utrudniły dostawy rosyjskich produktów na światowe rynki.

- W całej awanturze o tzw. porozumienie zbożowe nie chodzi o to, kto na nim zyskiwał, ale o ceny. Kiedy Rosja wycofała się z umowy, ceny żywności na światowych rynkach wystrzeliły w górę. Kremlowi w to graj - tłumaczy prof. Agnieszka Legucka.

Nie można też zapominać o wojennym aspekcie całej sytuacji. Na umowie zdecydowanie bardziej zyskiwała Ukraina niż Rosja. Z perspektywy Kremla opłacalnym było więc wycofanie się z niej i zadanie bolesnego ciosu ukraińskiej gospodarce, która w czasie wojny opiera się głównie na eksporcie żywności. Zwłaszcza, że mając militarną kontrolę nad basenem Morza Czarnego Rosja może bez problemów eksportować drogą morską swoje produkty.

Odmawiając powrotu do stołu negocjacyjnego Putin upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Jednocześnie nadal utrzymuje Ukrainę w bardzo niekomfortowym położeniu, a z drugiej strony nie pozwolił Turcji osiągnąć spektakularnego sukcesu dyplomatycznego, który wzmocniłby pozycję Ankary w regionie. - Rosja chce iść na eskalację, a nie na porozumienie - nie ma wątpliwości prof. Legucka z PISM.

Turcja będzie natomiast musiała obejść się smakiem. Dyplomatyczna misja Erdogana spełzła na niczym. - To z pewnością cios dla tureckiej dyplomacji, bo świat, zwłaszcza Zachód, liczył, że Turcja zdoła przekonać Putina. Bez tego porozumienia, a jednocześnie zacieśniając gospodarcze relacje z Rosją, Turcja traci punkty i na najbliższym szczycie G20 może usłyszeć wiele trudnych pytań - uważa Adam Michalski, ekspert ds. Turcji z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW).

Jego zdaniem, kompromisu w kwestii eksportu ukraińskiego zboża drogą morską między Zachodem a Rosją już nie będzie. - Z punktu widzenia Rosji brak tzw. umowy zbożowej jest lepszy niż warunki tamtego porozumienia, które bardziej wspierało Ukrainę niż Rosję. Dzisiaj Kreml jest już o to doświadczenie mądrzejszy - mówi w rozmowie z Interią.

Chociaż próby odnowienia tzw. porozumienia zbożowego spełzły na niczym, Erdogan nie wyjechał z Soczi z pustymi rękami. Wręcz przeciwnie. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwie kwestie omówione przez tureckiego i rosyjskiego przywódcę. Pierwszą jest budowa hubu gazowego w Turcji, dzięki któremu Rosja mogłaby znacznie łatwiej sprzedawać swój surowiec krajom z regionu albo nawet szerzej - z całego świata. Po powrocie do Turcji Erdogan stwierdził, że w grę wchodzi nie tylko budowa hubu gazowego, ale energetycznego, w którym sprzedawany byłby nie tylko rosyjski gaz, ale także węgiel i ropa naftowa. Z kolei Kreml chciałaby utworzyć w Turcji centrum finansowe, które nadzorowałoby i organizowało sprzedaż rosyjskich surowców.

-  Efektem tego byłoby przynajmniej częściowe omijanie przez Rosję zachodnich sankcji - nie ma złudzeń Adam Michalski. Podkreśla, że "Turcja i Rosja są mocno zainteresowane współpracą energetyczną". - Turcja widzi potężne zyski z pośrednictwa w obrocie rosyjskimi surowcami i jest bardzo zainteresowana takim rozwiązaniem - mówi w rozmowie z Interią.

Na energetyce snucie rosyjsko-tureckich wizji biznesowych się jednak nie skończyło. Putin stara się też skusić Erdogana do wspólnego handlu rosyjskim zbożem i żywnością. Rosja zobowiązała się wysyłać do Turcji 1 mln ton swojego zboża, z którego Turcja wytwarzałaby mąkę i wysyłała ją do Kataru, gdzie byłaby ona sprzedawana krajom afrykańskim. Rząd Erdogana jest niezwykle zainteresowany rolą "żywnościowego brokera".

- Tutaj chodzi o potencjalnie gruby pieniądz, który Turcja mogłaby zarobić na sprzedaży zagranicą rosyjskiego zboża i żywności - ocenia Adam Michalski z OSW. Dodaje, że włączenie do przedsięwzięcia Kataru jest nieprzypadkowe, bowiem to wieloletni zaufany partner Turcji, z którym Ankara ma wyśmienite relacje. Kluczowy jest jednak efekt końcowy całego planu. Ten jest natomiast taki, że odbiorcy rosyjskiego zboża płaciliby za nie w dolarach, które najpewniej byłyby deponowane na katarskich kontach (w praktyce należących do Kremla). Dolarach, do których Rosja po inwazji na Ukrainę ma odcięty dostęp.

- Potencjalnie umożliwiłoby to częściowe wymknięcie się Moskwy spod zachodnich sankcji - analizuje Adam Michalski. I dodaje: - Aktualna umowa Turcji z Rosją to początkowy element testowania, jak tego rodzaju mechanizmy mogą działać. Jeśli pozwoliłyby one Rosji omijać sankcje, a Turcji zarabiać dodatkowe, wysokie marże, to w przyszłości zobaczylibyśmy zapewne tego rodzaju przedsięwzięcia na znacznie większą skalę.

Ambitne plany wspólnych rosyjsko-tureckich przedsięwzięć gospodarczych, także pomagających Kremlowi ominąć zachodnie sankcje, rodzą poważne pytanie o wiarygodność Turcji jako sojusznika w ramach NATO.

Prof. Agnieszka Legucka zwraca uwagę na dużą koniunkturalność tureckiej polityki oraz to, że "Ankara chce jednocześnie handlować z Rosją i wymuszać różne ustępstwa na Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych". - Erdogan ma predyspozycje i chęci, żeby pełnić rolę stabilizatora w regionie, co mógłby potem pokazać w krajowej polityce jako wielki sukces swojej dyplomacji. Z racji swojego położenia i historii, Turcja uważa, że może łączyć wiele interesów, państw czy nawet regionów, jednak w rzeczywistości zawsze dba o swoje interesy i cele - dodaje analityczka z PISM.

Adam Michalski z OSW podkreśla, że Turcja jest "trudnym do uchwycenia partnerem i takim już pozostanie". Do tego partnerem "mocno transakcyjnym". - Czasami bardziej przechyla się w stronę Zachodu i jest lojalnym sojusznikiem, a czasami podtrzymuje relacje, które dają Zachodowi argumenty, żeby mieć co do tego poważne wątpliwości - diagnozuje.

Jego zdaniem mocne powiązania polityczne i gospodarcze Turcji z Zachodem dają jednak Zachodowi możliwość skutecznego wpływania na rząd w Ankarze - czy to groźbą sankcji, czy metodą kija i marchewki. - Jednocześnie Zachód wie, że Turcja jest zarówno problemem, jak i atutem w rozgrywce z Rosją. Jest też jednak stabilizatorem całego regionu, co widzieliśmy chociażby przy okazji kryzysu uchodźczego - dodaje Michalski. I zapewnia, że liderzy Zachodu nie są co do postawy i celów Turcji naiwni, więc Erdoganowi trudno będzie ich zaskoczyć.

businessinsider.com.pl

– Jaki był główny cel operacji Azerbejdżanu w Karabachu?

– Głównym celem była ostateczna likwidacja separatystycznego państwa Karabachu i jego integracja w skład Azerbejdżanu. Myślę, że sukces militarny spowodował, że Azerowie mogli swoje cele bardzo maksymalnie potraktować. Gdyby im nie poszło, to celem byłoby osłabianie Karabachu. Innym, długofalowym celem było dociśnięcie Armenii, by zakończyć w sposób korzystny dla Azerbejdżanu negocjacje o normalizacji relacji między oboma państwami. Obydwa te cele Azerbejdżan realizował co najmniej od czasu drugiej wojny karabachskiej w 2020 roku.

– Czy te cele są już całkowicie osiągnięte? Mamy informacje o kapitulacji Karabachu, o wycofaniu sił zbrojnych Armenii (jak twierdzi Baku) z Karabachu. Czy skończy się na obecnej fazie konfliktu?

– Armenia zaprzeczała, że ma swoje siły w Karabachu i była w tym dość wiarygodna. Tak czy inaczej, Azerowie rozbili siły ormiańskie w Karabachu. Wczoraj miały one składać broń i opuszczać pozycje, dzisiaj pojawiły się informacje o wjeździe azerbejdżańskich sił zbrojnych do Stepanakertu (stolicy samozwańczej republiki Karabachu). Wciąż jednak dochodzi do starć, część wojskowych otwarcie odżegnała się od kapitulacji. Z drugiej strony, Ormianie z Karabachu nie mają środków ani woli, by prowadzić dalej konwencjonalną wojnę, pełne uspokojenie sytuacji nie jest jednak przesądzone. W tym momencie, kiedy rozmawiamy, trwają rozmowy między Azerami i przedstawicielami karabachskich Ormian. Rozmowy te zgodnie z założeniami Baku mają definiować warunki dalszej obecności Ormian w Karabachu. Cały kontekst pokazuje, że byłaby to faktyczna i w zasadzie bezwarunkowa kapitulacja.

Ostatecznego porozumienia wciąż nie podpisano, rozmowy zapewne będą kontynuowane. Ilham Alijew, prezydent Azerbejdżanu, ogłosił, że została przywrócona integralność terytorialna jego państwa.

– Co to faktycznie oznacza, czy Karabach zostanie włączony w skład Azerbejdżanu? Co z ormiańską ludnością? Czy to będzie wysiedlenie, jakaś forma czystek etnicznych?

– To dziś fundamentalne pytanie. Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do masowego eksodusu ludności ormiańskiej obawiającej się przyszłości pod rządami azerskimi. Jednym z tematów rozmów, które się toczą teraz, jest kwestia warunków ewakuacji ludności cywilnej z Karabachu do Armenii. Azerowie już sygnalizowali, że jest część osób, które uznają za dalece niepożądane i wrogie i np. pojawiały się dwie opcje: albo wyjadą, albo mają być wydanie władzom Azerbejdżanu jako oskarżeni o zbrodnie wojenne. Władze z Baku przekonują jednocześnie, że są zainteresowane, by ludność ormiańska została w Karabachu i będzie miała pełnię praw, jako obywatele Azerbejdżanu. To znaczy, że nie przewidują dla nich żadnych specjalnych praw związanych ze statusem mniejszości, nie mówiąc o autonomii. To jest jasny komunikat wzmacniający chęć wyjazdu wśród Ormian. Zakładam, że większość z nich ucieknie. Zapewne jakaś niewielka część Ormian zostanie. W rozmowach pokojowych biorą udział przedstawiciele rosyjskiego kontyngentu w Karabachu i skłonny jestem zakładać, że Rosjanie są zainteresowani, by jakaś niewielka część Ormian została, by mieli kogo chronić i pozostawić kontyngent. Taka niewielka społeczność byłaby takim swojego rodzaju rezerwatem, pokazującym, że Azerbejdżan nie prowadził czystek. Trochę by to przypominało sytuację z Bośni czy Kosowa, gdzie pozostały nieliczne diaspory Serbów.

– Czy możliwa jest azerbejdżańska akcja kolonizacyjna?

– Tak, Azerbejdżan sygnalizował już wcześniej tego typu wolę. Przez 30 lat na terenie Azerbejdżanu utrzymywane były obozy azerskich uchodźców wygnanych przez Ormian z Karabachu (z czasów I wojny z początku lat 90. ), żeby ta ludność się nie rozpłynęła po kraju, właśnie po to, by miał kto wracać do odzyskanego Karabachu. Azerowie w ostatnim czasie wykonali wiele spektakularnych inwestycji na terenach Karabachu, które zajęli w czasie II wojny trzy lata temu – budowali drogi, szkoły, by zachęcać ludność azerską do osiedlania się tam. Na pewno będzie akcja kolonizacyjna. Na pewno będzie bardzo widowiskowa. Natomiast nie spodziewam się, by kolonizacja miała charakter żywiołowy i masowy.

– Jakim czynnikiem w wewnętrznej polityce Armenii mogą się stać „wypędzeni” i jaką rolę w ogóle odegra utrata Karabachu, zwłaszcza jak wpłynie na pozycję Nikola Paszyniana?

– Sytuacja w Armenii jest niezwykle napięta. Kwestia Karabachu przez 30 lat definiowała dyskusję polityczną w Erewaniu. Obecne władze zrobiły dużo, by się od kwestii Karabachu odciąć. I dzisiaj przeciwnicy rządu zarzucają Nikolowi Paszynianowi zdradę. W Erywaniu trwają trzeci dzień protesty. Dodajmy, ze również protesty antyrosyjskie. Masowy napływ uchodźców, weteranów do Armenii dodatkowo tę sytuację podgrzeje. Dodajmy, że  w Karabachu ma swoje oparcie opozycja, tzw. klan karabachski, który długo rządził Armenią. Groźba obalenia Paszyniana z błogosławieństwem Rosji jest duża, ale wcale nie przesądzona.

– Czy możliwa jest eskalacja konfliktu poza obszar Karabachu i np. przerodzenie się go w wojnę Azerbejdżanu z Armenią?

– Uważam, że to jest bardzo mało prawdopodobne. Baku obecnie zależy na utrzymaniu Paszyniana przy władzy i podpisaniu politycznego porozumienia z Armenią na warunkach korzystnych dla Azerbejdżanu. W ten sposób Baku skonsumuje politycznie zwycięstwo i wzmocni pozycję na Kaukazie. Gdyby Paszynian został obalony ryzyko incydentów i siłowych rozwiązań ze strony Armenii, byłoby zdecydowanie większe.

– Pojawiały się w mediach sugestie, że operacja militarna Azerbejdżanu była w jakiś sposób uzgadniana z Rosją. Brzmi to dość mało prawdopodobnie, choć Baku mogło sondować, jak zareaguje Moskwa. Rosja zyskuje czy traci na azerskim zwycięstwie? Jaka będzie przyszłość wpływów rosyjskich w tym regionie?

– Trudno mi sobie wyobrazić, by Rosja dokładnie wiedziała wszystko o azerskiej operacji i była zainteresowana jej przeprowadzeniem. Natomiast na pewno była sondowana i nie była zaskoczona. I na pewno strona azerska dbała, by unikać bezpośredniej konfrontacji z rosyjskimi wojskami w Karabachu. Zapewne Recep Tayyip Erdoğan rozmawiał o tym z Putinem w Soczi dwa tygodnie temu. Rosja bezwzględnie straciła na Kaukazie. Straciła twarz. Okazała się niewiarygodnym protektorem Ormian. I niewiarygodnym gwarantem porozumień karabachskich. Jako minimum Rosjanie będą chcieli zachować pozycję obrońcy tej niewielkiej ludności ormiańskiej, która pozostanie w azerskim Karabachu. To bardzo słabe zachowanie twarzy, porażka Rosji jest oczywista. Polem działania Rosji może być natomiast doprowadzenie do upadku Paszyniana i dojścia do władzy w Armenii sił prorosyjskich. W ten sposób spowolniłaby erozję swoich wpływów na Kaukazie.

– Jeśli Rosja traci, to kto zyskuje? Turcja, Iran, Zachód?

– Bez wątpienia Turcja wygrywa. Iran traci – prowadził politykę proormiańską i bezskutecznie próbował neutralizować tureckie wpływy. Iran ma również u siebie sporą mniejszość azerską i obawia się tendencji separatystycznych. Dziś Iran nie ma nic do powiedzenia w ważnym dla siebie regionie. Wzrosła natomiast pozycja Turcji, która w sposób właściwie niezauważalny przez 3o lat zbudowała swoje wpływy na Kaukazie za pośrednictwem Azerbejdżanu. Gdyby doszło do porozumienia pokojowego Azerbejdżanu i Armenii za pośrednictwem Turcji, to de facto Armenia stanie się protektoratem tureckim. Bo bezpieczeństwo Armenii będzie zależało od Turcji, a nie od Rosji.

– A miękka siła UE i dyplomacja USA?

– W ostatnim czasie rola polityczna UE i USA rosła. Przez ostatnie dwa lata proces pokojowy między Azerbejdżanem a Armenią trwał pod auspicjami USA i UE. UE okazała się sprawnym i aktywnym graczem, kiedy rok temu szybko stworzyła misję pokojową na granicy Armenii i Azerbejdżanu, gdzie doszło do gwałtownej eskalacji walk. Jeżeli dojdzie teraz do porozumienia pokojowego i Paszynian utrzyma władzę, to jest to potężna przestrzeń dla UE i USA, by uczestniczyć w procesie pokojowym i być czynnikiem stabilizującym. Jeśli w Armenii dojdzie do zmiany władzy i nie będzie porozumienia, to Zachód wypadnie z gry, a wszystkie problemy będą uzgadniane przez Azerbejdżan, Turcję i możliwe, że w porozumieniu z Rosją. Dzisiaj jesteśmy w takim trudnym i delikatnym momencie, kiedy decyduje się, czy uda się utrzymać w miarę stabilną sytuację.

– Jaki może być horyzont czasowy potencjalnych korzystnych, lub niekorzystnych zmian? Czyli kiedy zdecydują się losy Paszyniana i procesu pokojowego?

– Najbliższe godziny i dni będą kluczowe dla Paszyniana. Obecne protesty, napływ uchodźców, opozycji doprowadzą do jakiejś konfrontacji. I jeżeli Paszynian utrzyma władzę, to będzie zainteresowany jak najszybszym podpisaniem porozumienia pokojowego. Czas działa na jego niekorzyść. On musi pokazać, że nie na darmo utracono Karabach, że potrafi rozwiązać problem.

Z Krzysztofem Strachotą /OSW/ rozmawiał Michał Kacewicz.

belsat.eu

Ukraina składa skargę na Polskę do WTO. Minister rolnictwa Robert Telus grozi Ukrainie, że zablokujemy jej ścieżkę do Unii Europejskiej. Wołodymyr Zełenski stwierdza, że związana ze zbożem sytuacja to "thriller". W słabo skrywanej aluzji do Polski mówi też, że "niektórzy pomagają przygotowywać scenę dla moskiewskiego aktora". Spotkanie Andrzeja Dudy i Zełenskiego w Nowym Jorku zostaje odwołane. Premier Mateusz Morawiecki ogłasza, że "nie będziemy już dozbrajać Ukrainy". Ambasador Ukrainy zostaje wezwany do MSZ w związku z wypowiedzią Zełenskiego "o tym, jakoby część państw UE pozorowała solidarność, jednocześnie pośrednio wspierając Rosję".

W tym samym czasie ukraiński prezydent występuje w ONZ, gdzie przekonuje, że Niemcy powinny zostać stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i nazywa ich jednym z "kluczowych gwarantów globalnego pokoju i bezpieczeństwa". Niemiecki minister rolnictwa krytykuje Polskę, twierdząc, że jest ona solidarna z Ukrainą "w niepełnym wymiarze godzin", a minister obrony ogłasza nowy, wielomilionowy pakiet pomocy wojskowej dla Kijowa. Minister spraw zagranicznych Niemiec jedzie do Waszyngtonu, by rozmawiać z administracją Bidena m.in. o przyszłej odbudowie Ukrainy.

W Polsce reakcją na ten potok wydarzeń z ostatnich dni jest zazwyczaj niedowierzanie, czasem zakłopotanie lub złość, najczęściej — niezrozumienie. Ten bliżej nieokreślony stan polskiego ducha najlepiej wyraził prezydencki minister Marcin Przydacz, który, komentując wypowiedź Zełenskiego, stwierdził, że "to są słowa zdumiewające i niesprawiedliwe". Jak dodał, "to przecież Polska przez wiele ostatnich miesięcy odgrywała kluczową rolę w tej polityce wsparcia państwa ukraińskiego".

(...)

I to właśnie w Niemczech prezydent Zełenski szuka zrozumienia dla swojej sprawy, bo to najbardziej mu się opłaca. Tak się składa, że spośród wszystkich państw europejskich to w Berlinie mógł uzyskać i uzyskiwał najwięcej. Nawet jeżeli nie otrzymywał wszystkiego, na co liczył.

Ta orientacja na Berlin wynika z bardzo prostej kalkulacji: wojna zakończy się nie na polu bitwy, tylko w gabinetach politycznych. Przyszłość Ukrainy i całego naszego regionu zasadniczo określą warunki podyktowane w Waszyngtonie, w Pekinie, w Moskwie, w Berlinie czy w New Delhi, a nie rakiety długiego zasięgu albo myśliwce.

Politycy w Kijowie dobrze wiedzą, że w dyskusjach gabinetowych kluczową rolę w Europie odgrywają Niemcy — a nie Polska. Dobrze wiedzą też, że kraj, który pozostaje w fatalnych relacjach z Berlinem i Brukselą, nie może odgrywać żadnej poważnej i odpowiedzialnej roli w polityce europejskiej. Dobrze wiedzą, że kiedy będą się decydowały losy ich państwa, to przy stole ze światowymi mocarstwami będą siedzieć Niemcy, a nie Polacy. I dlatego Ukraina stawiała, stawia i nadal będzie stawiać na Berlin.

onet.pl

środa, 20 września 2023


19 września w południe Azerbejdżan rozpoczął wymierzoną w nieuznawaną Republikę Górskiego Karabachu „lokalną operację antyterrorystyczną”, tj. zmasowane ataki powietrzne i artyleryjskie na instalacje militarne w parapaństwie oraz działania lądowe o trudnym do określenia zakresie. W godzinach popołudniowych ich intensywność miała ulec zmniejszeniu. Według komunikatu resortu obrony celem operacji jest zniszczenie sił zbrojnych karabaskich Ormian i Republiki Armenii odpowiedzialnych za działania dywersyjne przeciwko Azerbejdżanowi, a docelowo przywrócenie porządku konstytucyjnego w niekontrolowanym regionie. O rozpoczęciu operacji mieli być poinformowani członkowie dowództwa rosyjskiego kontyngentu sił rozjemczych oraz obserwatorzy tureccy stacjonujący w Górskim Karabachu (a także minister obrony Turcji). Armenia odrzuciła zarzuty o obecność wojskową w Górskim Karabachu, zaś premier Nikol Paszynian w orędziu do narodu potępił atak i ostrzegł przed czystkami etnicznymi. Zapewnił, że Armenia nie da się wciągnąć w konflikt, oraz przestrzegł przed groźbą organizacji przewrotu w kraju.  

Rosyjskie siły rozjemcze pozostały bierne. MSZ FR wezwało obie strony do dialogu, oferując swoje pośrednictwo, a w rosyjskich mediach pojawiło się wiele głosów dystansujących się od władz Armenii. Z kolei tureckie Ministerstwo Obrony oraz media wyraziły pełne poparcie dla działań Baku. Do natychmiastowego powrotu do dialogu wezwał przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel. Według niepotwierdzonych informacji wolę debaty o konflikcie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wyraziła Francja. 

Komentarz 

Stan zawieszenia wokół Górskiego Karabachu utrzymywał się od zwycięskiej dla Azerbejdżanu wojny w 2020 r. – siły ormiańskie zostały wówczas rozbite, a terytorium parapaństwa zmniejszone o około dwie trzecie. Zawieszenie broni nadzorowały siły rosyjskie (do 2 tys. żołnierzy) i obserwatorzy tureccy z mandatem na pięć lat. Wpływy Armenii zostały ograniczone do minimum. Zarówno Armenia, jak i Górski Karabach były poddawane silnej presji ze strony Azerbejdżanu, forsującego korzystne dla siebie rozwiązanie konfliktu, w przypadku Górskiego Karabachu zmierzające do całkowitej likwidacji jego odrębności. W ostatnich miesiącach presja polityczna, militarna oraz efektywna blokada komunikacyjna pomiędzy Armenią a Górskim Karabachem doprowadziła do daleko posuniętej erozji struktur karabaskich. Władze Armenii konsekwentnie dystansują się od Górskiego Karabachu, pozostają jednak pod presją obaw o przyszłość ormiańskiej społeczności i dziedzictwa kulturowego. Erywań jest także zaangażowany w prowadzony przy mediacji UE i USA proces normalizacji relacji z Azerbejdżanem, który wiąże się z próbami poluzowania zależności od Rosji.  

Atak Azerbejdżanu na znacznie osłabiony w ostatnich miesiącach Górski Karabach wydaje się mieć na celu dalsze zniszczenie potencjału militarnego tamtejszych Ormian, a w wariancie maksymalnym – odzyskanie kontroli nad całym regionem. Jest też kolejnym elementem presji na Erywań w celu całkowitego odcięcia się Armenii od parapaństwa i przyjęcia optymalnych dla Baku warunków pokojowych. Okolicznością, która wydaje się sprzyjać Baku, są narastające napięcia między Rosją a Armenią, które mogą uzasadniać dotychczasową bierność rosyjskiego kontyngentu w Górskim Karabachu, a potencjalnie budować osamotnienie Erywania i jego skłonność do ustępstw w procesie pokojowym.  

Rozwój sytuacji w Górskim Karabachu pozostaje trudny do prognozowania. Wciąż realny jest wariant szybkiego wyhamowania walk, po dalszym osłabieniu militarnym i politycznym Ormian. Efektem tego byłaby dalsza erozja struktur parapaństwowych, zapewne exodus ludności i szybkie przeforsowanie korzystnego dla Baku rozwiązania politycznego. Nie można jednak wykluczyć próby całkowitego rozbicia Karabachu i przejęcia nad nim bezpośredniej kontroli. To jednak uderzałoby w prestiż Rosji i albo groziło eskalacją konfliktu, albo zapowiadało próbę rewizji porządku w regionie rekompensującego Rosji straty w Górskim Karabachu (taki wariant bez wątpienia uwzględniałby także Turcję). W obu wariantach scenariusze utrzymania się odrębności Górskiego Karabachu są bardzo ograniczone, a ryzyko masowego exodusu ludności ormiańskiej z parapaństwa wysokie wobec uzasadnionej nieufności do Azerbejdżanu. 

Eskalacja w Górskim Karabachu niebezpiecznie destabilizuje sytuację w Armenii. Pomimo zmęczenia społecznego problemem parapaństwa i przyzwolenia na proces pokojowy z Azerbejdżanem Górski Karabach pozostaje niezmiernie wrażliwym tematem, co stwarza duże pole do krytykowania władz (wraz z atakami z 19 września doszło do protestów antyrządowych w Erywaniu). Choć nadal silny jest zawód związany z biernością Rosji i instrumentalnym traktowaniem przez nią Armenii, to Moskwa pozostaje tradycyjnym punktem odniesienia w wymiarze bezpieczeństwa – wątek rosyjski i karabaski łączy opozycję ormiańską odsuniętą od władzy przez Paszyniana w efekcie protestów społecznych w 2018 r. Oba wątki stwarzają ogromne pole do destabilizacyjnych działań Moskwy, otwarcie niechętnej Paszynianowi, i pokusę odzyskania kontroli nad Armenią, co zrekompensowałoby potencjalne straty w Górskim Karabachu. Sytuacja wokół Górskiego Karabachu i Armenii pozostaje najbardziej dynamicznym elementem procesu rewizji porządku regionalnego na Kaukazie Południowym, który uległ przyspieszeniu po inwazji Rosji na Ukrainę. 

osw.waw.pl

niedziela, 17 września 2023


Pod względem gospodarczym Rosja przechodzi bardzo osobliwy kryzys. Podczas gdy obywatele przestali marzyć o dostatniejszej przyszłości, reżim wciąż jest bogaty. Moskwa może liczyć na miliardy dolarów wpływów z eksportu, które będą zasilać jej kasy w kolejnych latach.

Nawet w wyjątkowo słabej pierwszej połowie 2023 r. Rosja wciąż mogła liczyć na zyski w wysokości ponad 200 mld dol. (niemal 900 mld zł), czyli więcej niż dość, aby pokryć swoje potrzeby importowe.

Nawet gdyby limit cen ropy grupy G7 działał idealnie, Moskwa nadal mogłaby oczekiwać przychodów z eksportu w wysokości około 400 mld dol. rocznie. Dopóki popyt na światowych rynkach ropy pozostaje wysoki, Zachód nie ma zbyt dużego pola manewru. Aby to zmienić, musiałoby nastąpić poważne globalne spowolnienie gospodarcze.

Rosyjski przemysł jest nadal w pełni zależny od zachodnich technologii, ale pomimo sankcji jest w stanie importować wiele istotnych komponentów, które są Moskwie potrzebne do produkcji broni.

Chiny przyszły Moskwie z pomocą, przekazując Rosji duże ilości zachodnich towarów podwójnego zastosowania, takich jak półprzewodniki. Pewna część nowo wyprodukowanej rosyjskiej broni stała się mniej wyrafinowana, ale nie to jest głównym problemem, tylko konieczność szybkiego zwiększenia zdolności produkcyjnych.

Znalezienie maszyn do budowy nowych linii produkcyjnych w wyniku sankcji stało się trudniejsze, ale rosyjska produkcja nie została zduszona przez ogólny brak komponentów lub materiałów.

Kolejnym elementem składającym się na obraz rosyjskiego kryzysu jest poważny niedobór siły roboczej. Jest on spowodowany długoterminowym kryzysem demograficznym, który dodatkowo wzmogły negatywne skutki mobilizacji i emigracji wielu wykwalifikowanych pracowników.

Zmniejszenie liczby dostępnych pracowników powinno sprawić, że Rosjanie zyskaliby dostęp do większej liczby wolnych miejsc pracy i wyższych wynagrodzeń. Niemal wszyscy mieszkańcy większych miast Rosji są już obecnie zatrudnieni, a standardy życia są niższe niż przed wojną i wciąż będą nadal spadać, ponieważ rząd przedkłada produkcję broni nad wydatki socjalne.

Jednak z punktu widzenia wielu Rosjan nadal istnieją pewne szanse na osobisty rozwój lub odniesienie sukcesu, które sprawiają, że ignorują oni politykę i skupiają się na karierze i życiu rodzinnym.

Oznacza to również, że zastanowią się dwa razy nad wyrażeniem swojego niezadowolenia, ponieważ nadal mają coś do stracenia.

Wraz z wojną pojawiła się większa cenzura i surowsze represje. Niektórzy z najbardziej aktywnych członków rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego opuścili kraj lub zostali uwięzieni. Wojna pogłębiła społeczną izolację Rosjan, którzy muszą teraz ostrożnie wyrażać swoje opinie na temat Ukrainy, nawet wśród przyjaciół i kolegów.

Wojna skutecznie zdyscyplinowała także rosyjskich urzędników wyższego szczebla. Nawet technokraci, którzy byli wyraźnie zszokowani, gdy rozpoczęła się inwazja na pełną skalę, teraz martwią się głównie o uniknięcie rosyjskiej porażki.

W nowej rzeczywistości stworzonej przez wojnę postrzegają Putina jako największą szansę na zbiorowe przetrwanie.

I dlatego: Nie ma prawie żadnych scenariuszy postputinowskiej, powojennej Rosji, które przemówiłyby do tych cynicznych elit.

Zbrodnie wojenne, zniszczenia i śmierć, które Rosja przyniosła Ukrainie, są nieodwracalne.

Obok kwestii ukraińskich terytoriów, które Rosja jednostronnie zaanektowała, to właśnie one uniemożliwią dojście do kompromisu lub przywrócenie stosunków z Zachodem i zniesienie sankcji przez bardzo długi czas.

Rosja została niemal całkowicie odizolowana na arenie międzynarodowej, a nakaz aresztowania Putina wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny poważnie ogranicza międzynarodową mobilność prezydenta.

Putin nie ma innego wyjścia, jak tylko prosić przywódców znacznie mniej rozwiniętych krajów, takich jak Korea Północna i Iran, o pomoc w dostarczaniu amunicji i dronów.

Jednak duża grupa krajów zdecydowanie sprzeciwia się całkowitej izolacji Rosji. Wzrosło również zainteresowanie forami dyplomatycznymi obejmującymi Rosję, takimi jak BRICS.

Co ważniejsze, Rosja otrzymuje wsparcie gospodarczą z różnych stron: Chiny pomagają Rosji uzyskać dostęp do zachodnich technologii, zaś cięcia w produkcji ropy naftowej ogłoszone przez Arabię Saudyjską są dla Moskwy dobrodziejstwem. Ruch Arabii sprawił, że dochody Moskwy utrzymują się na wysokim poziomie.

Wreszcie, sam rosyjski reżim nadal jest bardzo zaniepokojony swoją stabilnością i wydaje się unikać podejmowania dodatkowego ryzyka. Podobnie jak podczas okresu po aneksji Krymu w 2014 r., Moskwa po fazie eskalacji i mobilizacji może przejść w tryb bardziej zachowawczego funkcjonowania.

Tym samym dałaby sobie czas na wzmocnienie gospodarki i wojska, jednocześnie próbując znormalizować niektóre stosunki zagraniczne. Im dłużej Moskwa przeciąga wojnę, tym bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że uwaga świata skieruje się gdzie indziej.

Rosja drastycznie zwiększyła wydatki na swoje siły zbrojne, akceptując wynikający z tego wzrost zadłużenia i inflacji. Kreml powstrzymał się jednak przed pełną militaryzacją swojej gospodarki, wydając mniej niż 10 proc. PKB na siły zbrojne. Putin wydaje się dbać o to, aby jego system nie został przeciążony.

Żaden z opisanych powyżej czynników nie gwarantuje długoterminowej stabilności politycznej w Rosji.

Putin z pewnością popełni błędy, tak jak miało to miejsce w przeszłości. Reżimu Kremla nie cechuje przejrzystość. Nie da się więc trafnie przewidzieć, jak długo rosyjski system pozostanie stabilny w obliczu obecnych wyzwań.

Zachód nie powinien jednak ignorować możliwości, że Putin nadal będzie trwał u władzy za pięć lub 10 lat. Rosja może również stopniowo pokonywać wąskie gardła w produkcji broni. Taki scenariusz może być bardzo groźny dla całej Europy, a tym bardziej dla Ukrainy.

W dłuższej perspektywie ciągła eskalacja pozostaje paliwem, na którym opiera się putinizm.

Putin widzi Rosję w kontekście egzystencjalnej walki z Zachodem — wojna w Ukrainie jest tylko jedną bitwą. Gdyby Rosja miała środki do walki, armia nadal maszerowałaby na Kijów.

Jeśli straty ludzkie i gospodarcze związane z wojną Rosji w Ukrainie będą rosły, mogą one doprowadzić do jeszcze głębszego zakorzenienia nastrojów antyzachodnich w społeczeństwie.

W opinii Rosjan, którzy wierzą w państwową propagandę, to Zachód podtrzymuje wojnę, a Rosja jedynie się broni i chroni swe społeczeństwo.

Dlatego też Zachód nie może uśpić swojej czujności i liczyć na słabość lub niestabilność Rosji. Zamiast tego musi pilnie podwoić obecne wysiłki i opracować długoterminową strategię powstrzymywania Rosji.

onet.pl

sobota, 16 września 2023


13 września siły ukraińskie przeprowadziły kombinowany atak na rosyjskie obiekty w Sewastopolu i operującą na Morzu Czarnym korwetę rakietową „Wasilij Bykow”, wykorzystując do niego nawodne drony kamikadze i pociski manewrujące Storm Shadow. W rezultacie uderzenia rakiet w stocznię remontową w Sewastopolu uszkodzone zostały przebywające w suchym doku okręty – desantowy „Mińsk” (atak zniszczył górną część nadbudówki wraz ze znajdującymi się na niej instalacjami) oraz podwodny „Rostow-na-Donu” (ucierpiała dziobowa część kadłuba). Rosjanie powiadomili o unieszkodliwieniu siedmiu z 10 pocisków Storm Shadow i trzech bezzałogowców (wszystkich użytych). Kolejnej doby ukraińskie nawodne drony kamikadze zaatakowały bliźniaczą korwetę „Siergiej Kotow”. Najeźdźcy donosili o zniszczeniu wszystkich pięciu dronów, z kolei Zarząd Komunikacji Strategicznej armii ukraińskiej informował, że zaatakowano dwie korwety i „są pewne uszkodzenia” (nie potwierdza tego dostępny materiał filmowy). 14 września Ukraińcy przeprowadzili także kombinowany atak na zgrupowanie obrony powietrznej wroga w rejonie Eupatorii na Krymie, początkowo wykorzystując drony kamikadze (Rosjanie deklarowali zestrzelenie wszystkich 11), a następnie uderzając dwiema rakietami Neptun. Zgodnie z pierwszym komunikatem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy trafione zostały wyrzutnie „S-300/400”, niemniej później w ukraińskiej przestrzeni informacyjnej mówiono wyłącznie o systemach S-400. Najprawdopodobniej zniszczona została co najmniej jedna z wyrzutni.

13 września rosyjskie drony kamikadze ponownie zaatakowały porty Reni i Izmaił w delcie Dunaju. Doszło do zniszczenia kolejnych obiektów infrastruktury przyportowej, a siedem osób zostało rannych. Kilka bezzałogowców uderzyło też w cele w obwodzie sumskim. Według informacji zbiorczej Sztabu Generalnego armii ukraińskiej obrońcy mieli zestrzelić 35 z 47 atakujących dronów Shahed-136/131. Następnej doby rosyjskie drony kamikadze uderzyły w obwodach dniepropetrowskim (m.in. w miasto Dniepr), zaporoskim i sumskim, a ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych deklarowało unieszkodliwienie 17 z 22 wykorzystanych przez agresora „szahedów”. Z kolei 15 września celem ataku były obwody chmielnicki i winnicki, a obrona powietrzna miała zestrzelić wszystkie 17 bezzałogowców. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego częstotliwość ataków rakietowych zmniejszyła się – z siedmiu 12 września (po południu i wieczorem tego dnia celem uderzeń było Zaporoże, m.in. rakieta Iskander trafiła w obiekt infrastruktury) do dwóch na dobę w kolejnych dniach.

(...)

„The New York Times”, powołując się na wysoko postawionych urzędników amerykańskich, opublikował 13 września materiał o znaczącym wzroście rosyjskiej produkcji zbrojeniowej. Zachodnie sankcje miały wpłynąć na spowolnienie wytwarzania, głównie rakiet, w ciągu pierwszego półrocza od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Pod koniec 2022 r. ponownie zaczęło ono jednak nabierać tempa, a Rosjanie nauczyli się obchodzić restrykcje i sprowadzają niezbędne komponenty przez państwa trzecie (wymieniono Armenię i Turcję). Produkcja uzbrojenia w Rosji miała przekroczyć wskaźniki przedwojenne. Oprócz rakiet jako przykład podano czołgi, których wcześniej mogła ona wytworzyć rocznie 100, a obecnie 200. Rosjanie mają też zbliżać się do poziomu umożliwiającego produkcję 2 mln sztuk amunicji artyleryjskiej rocznie – dwukrotnie więcej niż przed wojną. Rozmówcy gazety podkreślili przy tym, że to nadal dużo mniej, niż wynosi zużycie pocisków, które w 2022 r. sięgnęło 10 mln. Następnego dnia podobny materiał zamieścił Business Insider – powołując się na wysokiego urzędnika estońskiego resortu obrony, wskazano w nim, że aktualnie Rosja wytwarza siedmiokrotnie więcej amunicji artyleryjskiej niż USA i Europa łącznie. W tekście podkreślono, że rosyjska produkcja kosztuje dużo mniej niż zachodnia, ale dostarczane wyposażenie jest gorszej jakości.

(...)

Komentarz

Uderzenie na doki stoczni remontowej w Sewastopolu jest przede wszystkim sukcesem wizerunkowym. W odróżnieniu od sierpniowych ataków na lotnisko w Pskowie, a wcześniej bazę Floty Czarnomorskiej w Noworosyjsku atakowane obiekty nie stanowiły obecnie dla Ukraińców zagrożenia, a potwierdzony stopień zniszczeń podważa doniesienia o nieopłacalności naprawy (choć biorąc pod uwagę praktykę funkcjonowania rosyjskiego przemysłu stoczniowego, remonty mogą potrwać kilka lat). Atak nie miał też związku z działaniami prowadzonymi przez siły ukraińskie na południu, co pozwala przyjąć, że jego głównym celem było podniesienie morale. Przeprowadzone 13 i 14 września uderzenia na inne obiekty na Krymie i Morzu Czarnym po raz kolejny potwierdziły, że Ukraińcom coraz trudniej jest osiągać sukces w bezpośrednim ataku na siły wroga w głębi operacyjnej (poza rejonami walk i bezpośrednim zapleczem agresora). Z drugiej strony działania te ponownie udowodniły, że Rosjanie nie są przygotowani do odparcia uderzeń na nieatakowane wcześniej cele, jak również na zastosowanie przez siły ukraińskie nowej taktyki, mimo że sami stosują podobną – wykorzystują drony do uaktywnienia systemów obrony powietrznej, w które następnie uderzają rakietami.

osw.waw.pl

piątek, 15 września 2023


Pod koniec sierpnia Gazprom opublikował sprawozdanie finansowe dotyczące I półrocza br. Według komunikatu dochód netto koncernu wyniósł 296,2 mld rubli (3,1 mld dolarów), co stanowi wyjątkowo niską wartość na tle ostatniej dekady (z wyłączeniem 2020 r., gdy trwała pandemia COVID-19). W ujęciu rocznym spadek jest drastyczny głównie ze względu na rekordowe wpływy, jakie osiągnięto w roku 2022. Wówczas Gazprom zanotował w I półroczu dochód netto w wysokości 2,5 bln rubli, co wynikało z niezwykle wysokich cen surowca. Niemniej również w porównaniu ze średnim poziomem wpływów w I półroczach lat 2018–2022, wynoszącym ponad 996 mld rubli, tegoroczny dochód uległ znacznej, bo ok. 70-procentowej redukcji.

W sprawozdaniu umieszczono także dane dotyczące zadłużenia koncernu, które wyniosło ponad 6 bln rubli. Dla porównania w analogicznym okresie ub.r. było to 5 bln rubli. Według komunikatu Gazpromu jest to „komfortowy” poziom długu. Firma posiada bowiem wystarczającą płynność finansową, aby na bieżąco spłacać swoje zobowiązania krótkoterminowe.

Komentarz

Odnotowanie przez Gazprom tak niskiego poziomu dochodów nie stanowi zaskoczenia. Spadek dochodu netto wynika przede wszystkim z utraty znacznej części rynku europejskiego na skutek politycznej decyzji o redukcji eksportu gazu do krajów UE. W I półroczu br. do odbiorców unijnych przesłano ok. 12,6 mld m3 gazu, co oznacza redukcję przesyłu o ok. 75% względem analogicznego okresu ub.r. Według szacunków uwzględniających obecny poziom dostaw realizowanych w kierunku zachodnim „utracony” w bieżącym roku wolumen może wynieść ok. 120 mld m3 względem wielkości przesyłanych w roku 2021. Na sytuację finansową Gazpromu negatywny wpływ mają też zwiększenie obciążeń fiskalnych (m.in. obowiązujący w latach 2023–2025 dodatkowy podatek od wydobycia w wysokości 600 mld rubli rocznie), wdrażanie kosztownego programu inwestycji infrastrukturalnych (m.in. gazyfikacja regionów Federacji Rosyjskiej), a także relatywnie niskie w tym roku ceny surowca na globalnym rynku. Dodatkowo wprowadzenie przez rosyjskie władze rozliczeń rublowych w przypadku sprzedaży gazu do tzw. państw nieprzyjaznych ogranicza dostęp Gazpromu do zagranicznych walut, co pogarsza jego sytuację finansową. W omawianym okresie wskaźnik wolnych przepływów pieniężnych (free cash flow) był ujemny, co oznacza malejący inwestycyjny potencjał spółki.

W odróżnieniu od sytuacji z 2020 r., kiedy to rosyjski rząd w związku z pandemią zaangażował się we wspieranie Gazpromu, w obecnej sytuacji nie należy się spodziewać państwowej pomocy dla koncernu – świadczy o tym konsekwentna polityka bilansowania budżetu kosztem sektora naftowo-gazowego. Trudności firmy są jednak częściowo łagodzone przez dewaluację rubla. Co więcej, działalność spółki córki koncernu – Gazprom Niefti, zajmującej się wydobyciem i sprzedażą ropy naftowej – także pomaga poprawić wskaźniki finansowe dzięki pozyskiwaniu przez nią obcej waluty przy rosnącej cenie surowca.

Spadek dochodów eksportowych Gazpromu ma być kompensowany również kosztem konsumenta wewnętrznego. W lipcu br. Federalna Służba Antymonopolowa (FSA) podjęła decyzję o podniesieniu hurtowych taryf gazowych dla wszystkich kategorii odbiorców surowca w Rosji. Opłaty mają zostać podwyższone dwukrotnie – o 8% w lipcu 2024 r. oraz o kolejne 8% rok później. Podobna podwyżka – w wysokości 8,5% – miała miejsce w grudniu ub.r. Według FSA środki pochodzące ze zmiany taryf mają zostać przeznaczone na programy inwestycyjne, tj. gazyfikację kraju oraz renowację istniejącej infrastruktury przesyłowej. Gazprom wciąż domaga się także uwolnienia hurtowych cen surowca dla odbiorców przemysłowych, co mogłoby stanowić kolejne źródło finansowania programu unowocześnienia sieci gazociągowej. Niewykluczone, że w przypadku utrzymywania się niesatysfakcjonujących wyników finansowych przez kolejne lata koszty inwestycji koncernu – zarówno tych realizowanych w Rosji, jak i dotyczących połączeń eksportowych – zostaną w jeszcze większym stopniu przerzucone na odbiorców wewnątrzkrajowych.

Ewentualne odbudowanie pozycji Gazpromu na rynku europejskim stanowi w najbliższych latach perspektywę mało realną ze względu na przeszkody infrastrukturalne i polityczne. Są nimi uszkodzenia obu nitek Nord Streamu 1 oraz jednej Nord Streamu 2, a także niejasna przyszłość przesyłu przez Ukrainę po wygaśnięciu w grudniu 2024 r. umowy tranzytowej zawartej w 2019 r. między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem. Widoczny jest bowiem brak woli Kijowa do zawarcia kolejnego długoterminowego porozumienia w tej sprawie. Wreszcie – obecnie rosyjskie sankcje uniemożliwiają wznowienie przesyłu przez gazociąg Jamał–Europa. W przypadku ich zniesienia wątpliwe będzie natomiast zainteresowanie odbiorców importem gazu z Rosji tą trasą. W tej sytuacji od 2025 r. pewnym lądowym szlakiem eksportowym do UE pozostanie europejska nitka TurkStreamu o przepustowości 15,75 mld m3 gazu rocznie. Przedstawiciele koncernu oraz rosyjskich władz wydają się być świadomi tych wyzwań, o czym świadczy forsowana przez nich koncepcja przekierowania dostaw na wschód.

Gazprom oraz władze Rosji deklarują zamiar odbudowy pozycji koncernu za pomocą zwiększenia jego udziału na rynkach tureckim i azjatyckim. W 2022 r. Turcja stała się głównym pozaeuropejskim rynkiem zbytu dla rosyjskiego gazu (przesłano wówczas 21,6 mld m3 surowca). Ankara promuje przy tym ideę stworzenia w kraju „hubu gazowego” (zob. Turecki sen o hubie. Polityka gazowa Ankary w czasie wojny), zaś dostawcą surowca w tej koncepcji miałaby być też Rosja, co sugeruje możliwość zwiększenia importu. O przekierowywaniu dostaw na wschód świadczy również rosnący eksport do Chin. Przesył błękitnego paliwa za pośrednictwem gazociągu Siła Syberii-1 stopniowo wzrasta, co ma zaowocować przesłaniem 22 mld m3 gazu w br. (to o prawie 7 mld m3 więcej niż w roku ubiegłym). Dodatkowo w październiku br. Gazprom rozpocznie także eksport gazu do Uzbekistanu (2,8 mld m3 rocznie) i nie wyklucza przy tym podniesienia tego wolumenu w przyszłości. Rosjanie sygnalizują też chęć zawarcia podobnego kontraktu z Kazachstanem.

Eksport poza UE umożliwi jednak w najbliższych latach jedynie częściowe zamortyzowanie spadku dochodów koncernu i uniknięcie jeszcze głębszej redukcji eksportu. Odbudowanie w pełni przedwojennej pozycji Gazpromu poprzez zwiększenie sprzedaży do Turcji i Azji stoi pod znakiem zapytania ze względu na widoczne już dziś istotne ograniczenia. W związku z dobrze rozbudowaną infrastrukturą importową i kontraktami zawartymi z wieloma światowymi dostawcami stały wzrost dostaw rosyjskich na rynek turecki wydaje się nieoczywisty. W ubiegłym roku dostawy z Rosji do Turcji były o 18% niższe niż w 2021 r., natomiast w okresie od stycznia do sierpnia br. – według słów Władimira Putina – wyniosły ponad 10 mld m3, co stanowi spadek względem analogicznego okresu ub.r. o blisko 40%. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę tę redukcję oraz wzrost eksportu do ChRL, odbiorca chiński ma szanse jeszcze w tym roku stać się głównym rynkiem zbytu dla Gazpromu. Istniejące połączenie poprzez gazociąg Siła Syberii-1 pozwoli jednak na przesyłanie do 38 mld m3 rocznie od 2025 r., kiedy to osiągnie on pełną przepustowość. Zwiększenie eksportu do wielkości pozwalającej na zastąpienie utraconego rynku europejskiego gazochłonnym kierunkiem chińskim jest natomiast niemożliwe nawet w wypadku – wciąż nieprzesądzonego – powodzenia projektów budowy nowych połączeń zgodnie z zamiarami Rosjan. Osobną kwestię stanowi także faktyczne zapotrzebowanie ChRL na import rosyjskiego gazu w ilościach sygnalizowanych przez Rosję, tj. 98 mld m3 rocznie od 2030 r. (...). Niepewne pozostaje też zapotrzebowanie na duże wolumeny rosyjskiego gazu wśród odbiorców w Azji Centralnej. Co więcej, osłabiona pozycja negocjacyjna Gazpromu może pozwolić również importerom na wynegocjowanie atrakcyjnych formuł cenowych, co dodatkowo uszczupli dochody koncernu.

Budowa nowych połączeń umożliwiających eksport surowca do Azji i Turcji wymaga pokaźnych środków finansowych, które w sytuacji malejących dochodów koncernu mogą być trudne do wygospodarowania. Dotyczy to nie tylko kierunku chińskiego, lecz także pozostałych rynków, które są przez Rosjan przedstawiane jako ważne w kontekście przekierowania surowca z zachodu na wschód. W wypadku faktycznego wdrażania tej koncepcji realizacja niezbędnych projektów infrastrukturalnych prawdopodobnie zwiększyłaby zadłużenie całego koncernu. W razie braku poprawy wskaźników finansowych mogłoby się okazać, że Gazprom będzie zmuszony do rezygnacji z któregoś z planowanych szlaków, a ograniczenia infrastrukturalne uniemożliwią przesył surowca w wielkości pozwalającej koncernowi na znaczącą poprawę swojej pozycji finansowej. Deklarowany przez jego przedstawicieli zamiar głębszego wejścia na rynek LNG – który mógłby stanowić źródło dodatkowego dochodu – nie zostanie zaś urzeczywistniony w średnim horyzoncie czasowym ze względu na m.in. przeszkody infrastrukturalne i technologiczne.

osw.waw.pl

czwartek, 14 września 2023


Mariia Tsiptsiura, Onet: Anthony Blinken przyjechał do Kijowa. Jak oceniasz tę wizytę? Co takiego wymagało osobistego spotkania?

Mychajło Szejtelman: To ciekawe, jak zmieniły się nasze poglądy. Rok temu, gdy Blinken przyjechał do Kijowa, był to ogromny sukces Ukraińców. Każda wizyta jednej z głównych osób w państwie była odbierana jako bardzo inspirująca. A czy pamiętasz, kiedy przyjechał Joe Biden, jakie było święto?

Kiedy Blinken jechał pociągiem, na Kijów przyleciały dziesiątki rosyjskich rakiet. Przybył do miasta, w którym można umrzeć. Dlatego każda dzisiejsza wizyta światowego przywódcy w Ukrainie jest sygnałem wsparcia.

Nie widzę żadnych oznak, że przyjechał do Kijowa, żeby kogoś nakłonić do negocjacji z wrogiem, jak pisano w mediach. Myślę, że to rosyjska propaganda. W końcu nie ma ku temu obiektywnych powodów. USA w dalszym ciągu wspierają Ukrainę, dostawy broni idą zgodnie z planem. Pentagon podaje bardzo konkretne liczby, ile broni i amunicji może wyprodukować i dostarczyć do Ukrainy. To wszystko plany długoterminowe. I to zachowanie USA pokazuje, że są one gotowe do walki jeszcze przez długi czas.

Dlaczego więc Blinken przyjechał do Kijowa?

Myślę, że są dwa tajne tematy, które chciał omówić osobiście. Temat numer jeden — próby handlu bronią między Koreą Północną i Rosją. Ten zakup nie jest procesem jednodniowym. Stany Zjednoczone podejmują ogromne wysiłki, aby temu zapobiec. I myślę, że w Kijowie omawiano alternatywne opcje. Jakiej broni można użyć do zbilansowania zakupu Federacji Rosyjskiej w Korei, jeśli tak się stanie. Może chodzić na przykład o zaopatrzenie Ukrainy w rakiety ATACMS dalekiego zasięgu lub coś poważniejszego, o czym jeszcze nie rozmawialiśmy.

A tematem numer dwa jest wizyta Erdogana w Rosji. W końcu jest on pierwszym zachodnim przywódcą, który osobiście spotkał się z Putinem po wybuchu wojny na pełną skalę. Za zamkniętymi drzwiami, podczas negocjacji, prezydent Turcji mógł zobaczyć coś, o czym nie wiemy.

Z tego spotkania może wnieść konkretne informacje na temat Putina, w tym na temat jego zdrowia psychicznego. Przecież teraz przywódca Rosji wygląda jeszcze bardziej na osobę niezdrową psychicznie niż wcześniej. Erdogan zna Putina od dawna. Potrafi ocenić jego stan. I przynieść nowe informacje.

Po rozmowach Erdogan oświadczył, że wojna będzie kontynuowana. Ale nie wiemy, dlaczego to powiedział. Z powodu niektórych słów Putina lub niektórych jego działań. Ale Erdogan wie. I Blinken wie. A teraz Zełenski też o tym wie.

onet.pl

środa, 13 września 2023



Cezary Gmyz z TVP podważył fakt, że Niemcy informowały w swoich mediach o beatyfikacji. "Żadne, powtarzam żadne medium w Niemczech nie informuje dziś o beatyfikacji rodziny Ulmów. Na projekcji filmu Mariusza Polisa w Instytucie Pileckiego w Berlinie nie pojawił się ani jeden niemiecki dziennikarz. Strategia przemilczania. Polacy nie mogą być ofiarami" - stwierdził dziennikarz TVP w mediach społecznościowych. Minister kultury Piotr Gliński zauważył wpis pracownika TVP i odniósł się do stawianej w nim tezy, uderzając w opozycję. "Redaktor Cezary Gmyz pisze, że w mediach niemieckich ani słowa o beatyfikacji Ulmów. Panie przewodniczący Tusk, może jakiś komentarz? Interwencja? Nie wstyd Panu?" - napisał polityk PiS.

Internauci nie przeszli obojętnie wobec podania przez ministra niesprawdzonej informacji. Pojawiły się komentarze, w których zamieszczono zrzuty ekranu potwierdzające fakt, że niemieckie media informowały o beatyfikacji Ulmów. Co więcej, doniesienia relacjonowała w tej sprawie także Polska Agencja Prasowa. "Ale to dziwne, że PAP już pisze coś, co w stoi w sprzeczności z tezą Cezarego Gmyza i jeszcze podaje to Polska Press" - skomentował korespondent Radia ZET Daniel Bociąga i załączył artykuł. Warto przypomnieć, że Polska Press, została wykupiona w 2020 roku przez państwową spółkę PKN Orlen.

W sprawie wypowiedzieli się również inni dziennikarze. W jednej z wypowiedzi przywołano europosła PiS, który w ostatnim czasie stwierdził, że zagrożenie dla Polski "ze strony Zachodu jest większe niż ze strony Wschodu" oraz poruszył inne kwestie dotyczące Unii Europejskiej. "A Zdzisław Krasnodębski nie dał rady zainterweniować?" - napisał dziennikarz TVN24 Dawid Rydzek. Do kwestii Niemiec informujących o beatyfikacji odniósł się także dziennikarz WP. "W co najmniej kilku niemieckich mediach jest dziś o sprawie Ulmów. Na stronie głównej DW jest wysoko tekst o tym z wczoraj. No ale nie jestem ministrem kultury, więc mogłem sobie pozwolić na dwuminutowe zweryfikowanie faktów" - napisał Patryk Słowik.

Jak informowaliśmy w artykule wyżej, Józef i Wiktoria Ulmowie z Markowej na Podkarpaciu zostali beatyfikowani 10 września. Niemieccy żołnierze zamordowali ich wraz z siedmiorgiem dzieci 24 marca 1944 roku. Powodem było udzielenie pomocy Żydom, którzy także zginęli w wyniku egzekucji. Wydarzenie ma historyczne znaczenie, ponieważ po raz pierwszy beatyfikacji dostąpiła cała rodzina.

gazeta.pl