poniedziałek, 14 sierpnia 2023


W polskiej polityce nie chodzi już o nic. Kampanię wyborczą 2023 można streścić dialogiem "Śmierdzi ci z ust" - "To tobie śmierdzi z ust". Każdy "normals" od tego ucieka, bo instynktownie wyczuwa, że czytanie i oglądanie mediów politycznych oraz - ogólnie - "interesowanie się" czyni człowieka gorszym i głupszym. Z badań widać, że zniechęconych do polityki i uciekających w rodzinę/grilla jest coraz więcej. I należy im złożyć głęboki ukłon. To wy macie dziś rację, bo gdybyście "interesowali się" polityką i serio potraktowali to, co wygadują w tej kampanii politycy obu stron, mielibyśmy w Polsce wojnę domową na noże, strzelby, kije i co tam pod ręką, biegalibyśmy za sobą z siekierami po błotnistym podwórku z filmów Smarzowskiego. Oto sześć powodów, dlaczego „normalsi" uciekający przed polityką mają dziś sto procent racji.

Powód pierwszy: nieznośna przesada

Jeśli jesteś wyborcą opozycji, co tydzień przeżywasz istny koniec świata. Każda nowa sprawa to gigantyczna afera, hańba, ostateczny dowód nikczemności drugiej strony. Cokolwiek się wydarzy - na przykład spłonie hala z odpadami w Zielonej Górze albo białoruskie śmigłowce zahaczą o polską granicę - już po dziesięciu minutach opozycja wie, że po pierwsze to nowy Czarnobyl, a po drugie, że to kompletna wina PiS-u. Po pisowskiej stronie (zgodnie z zasadą "To tobie śmierdzi z ust") odpowiedź jest natychmiastowa i symetryczna: to wina PO, a zwłaszcza Tuska. Ta kretyńska wymiana zdań wyskakuje z mediów z regularnością kukułki w zegarze, można mieć pewność, co kto powie i kiedy. "Mamy sprzątać po Niemcach?" - mamrocze jakiś pisowiec zaczepiony na korytarzu sejmowym przez dziennikarza TVN24. "No ale Nitro-Chem nie jest niemiecki" - zauważa przytomnie dziennikarz. "To są niemieckie śmieci!". I tak w koło Macieju. Chwilę wcześniej na tym samym korytarzu przedstawiciel opozycji - zdaje się Budka - mówi do tego samego mikrofonu, że w Zielonej Górze płoną "śmieci pisowskie", a "PiS stał się mafią śmieciową", jakby problem nielegalnych wysypisk nie istniał już za Tuska i nie był problemem systemowym, z którym III RP nie radzi sobie od zarania.

Powód drugi: wszyscy to ruscy agenci

Białoruskie helikoptery wlatują na parę minut za polską granicę - taki incydent (lub prowokacja) mógł się zdarzyć niemal w każdym kraju przyfrontowym łącznie z niespójną reakcją władz - ale nasza klasa polityczna zamiast to przegadać w cichości gabinetów i przygotować się na kolejne prowokacje, zaczyna na oczach świata okładać się ruską onucą. "To wy służycie Moskwie!". "Nie, to wy służycie Moskwie!". Tusk wypisuje brednie o wagnerowcach, którzy rzekomo działają w porozumieniu z Kaczyńskim, Kaczyński bredzi o Tusku, że "powinien w końcu pójść sobie do Niemiec i tam szkodzić", Wąsik snuje opowieści, że Łukaszenka celowo "wystawia piłkę Tuskowi", a z kolei Giertych - jak to on - dzielnie odkrywa wielki spisek, bo "może Łukaszenka z kimś ważnym się spotkał w Polsce, to tłumaczyłoby dlaczego MON krył sprawę". Wszystko to razem jest tak głupie, że łeb człowiekowi urywa, ale trzeba tego słuchać, bo na tym dziś polega mainstreamowa polityka w Polsce - na gadaniu i komentowaniu bredni wyssanych z palca. Dziennikarze głównych mediów politycznych udają, że wciąż uprawiają poważny zawód, ale w skrytości serc świetnie wiedzą, że uczestniczą w prowincjonalnym cyrku, gdzie pokazuje się babę z brodą i cielaka z doszytą drugą głową. Mama Madzi w stroju kąpielowym na koniu w "Super Expressie" to był Schopenhauer, Schlegel i Hegel w porównaniu z dzisiejszymi okładkami tzw. poważnych gazet. 

Mamy: "PiS to czyste zło" (Tusk) versus "Donald Tusk to prawdziwy wróg naszego narodu" (Kaczyński). Albo: "Oni uczynili Polskę w dużym stopniu bezbronną, bo są agentami albo głupcami" (Tusk) versus "Pamiętajcie o tym ryżym, pamiętajcie, bo to jest dzisiaj największe zagrożenie dla Polski" (Kaczyński). Tusk na spotkaniach z ludem platformerskim opowiada, że PiS to ruscy agenci, a PiS-owcy na swoich spotkaniach, że Platforma to ruscy agenci, wszystko to w sytuacji, kiedy mamy obok wojnę, której wynik jest bardziej niż niepewny, a w razie czego jesteśmy następni w kolejce.

Powód trzeci: sprowadzanie wszystkiego do Tuska i Kaczora

W tym pogodnym świecie (gdzie wszystkiemu jest winny Tusk lub wszystkiemu jest winny Kaczyński) światowe zawieruchy nie istnieją, geopolityka to nadal spokojny przestwór oceanu a la Fukuyama i każda strona może żyć własnymi ulubionymi historyjkami, opozycyjny wyborca ma czereśnie po 200 zł, które zaraz obalą Kaczyńskiego, a poza tym w zimie nie będzie węgla, bo Sasin go zjadł, z kolei wyborca PiS-owski wierzy w inne cuda na kiju.

Oto pojawia się problem zboża ukraińskiego i ukraińskich malin - a dokładniej mają ten problem polscy rolnicy. W każdym normalnym kraju elita polityczna mając wojnę za miedzą chuchałaby i dmuchała, żeby taki problem załatwić sprawnie, cicho i szybko w jakimś względnym politycznym konsensusie, bo z jednej strony trzeba pomóc Ukrainie, a z drugiej nie wkurzyć własnych rolników. Nie u nas. U nas minister Telus ogłasza w mediach, że całe to zamieszanie na wsi to wina unijnych ceł na towary rolne, za które odpowiada… Platforma. Aha, Platforma, no okej, a jak to możliwe? - zapytacie. Otóż Platforma należy do Europejskiej Partii Ludowej, która rządzi w Brukseli - wyjaśnia dzielnie Telus - więc mogłaby wszystko w tej Brukseli załatwić, ale złośliwie nie załatwia, żeby rządowi PiS rzucać kłody pod nogi. I gotowe. Problem zboża i malin rozwiązany, to znaczy elektorat wie, czyja to wina. Platformersi w tym samym czasie chodzą po mediach i opowiadają, że problem zboża to Kaczyńskiego wina, jakby III RP zbudowała gotowe porty do przeładunku zboża, tylko PiS złośliwie je gdzieś schował.

Ogólnoświatowa inflacja to według naszej opozycji "pisowska drożyzna", wyborca opozycyjny wciąż święcie wierzy, że inflację wywołało 500 plus i Glapiński, mimo trzydziestu raportów MFW, Banku Światowego i Komisji Europejskiej, że za inflację odpowiada szok surowcowy w czasie pandemii, powtórka tego szoku po ataku Putina na Ukrainę oraz - co za niespodzianka - korporacje, które zafundowały sobie program "marża plus". Na szczęście nasza chata z kraja, nas światowe wichry nie dotyczą, u nas inflacją steruje osobiście stary dziad z Żoliborza, a nie jakaś globalizacja. Identycznie jest po drugiej stronie, gdzie ruchami migracyjnymi nie steruje wojna w Syrii, susze, głód, bezrobocie w Afryce, globalna zmiana klimatu oraz lokalni watażkowie, którzy dręczą i wyganiają własnych obywateli, ale Tusk z Merkel, którzy "zaprosili" tutaj hordy dzikich.

Powód czwarty: polska polityka jest po nic, niczemu nie służy

Załatwienie ŻADNEJ sprawy w polskiej polityce nie jest obecnie możliwe, ona nie rozwiązuje już nawet codziennych prostych problemów i nie popycha spraw do przodu. Zasada "PiS-owskie śmieci" versus „śmieci Platformy" powoduje, że skupiamy się na szukaniu winnych, a nie szukaniu rozwiązań. Ledwie trzy tygodnie od śmieciowego wzmożenia, które przetoczyło się przez media - kompletna cisza. Pięćset nielegalnych składowisk z niebezpiecznymi odpadami gdzieś magicznie zniknęło z publicznej debaty, bo w całym tym wzmożeniu chodziło jedynie o to, żeby wykrzyczeć własnemu elektoratowi, że to "PiS-owskie śmieci" albo - po drugiej stronie - "niemieckie śmieci sprowadzone przez Tuska". Możecie być pewni, że miesiąc po incydencie z białoruskimi helikopterami nikt nie będzie o tym pamiętać, nie mówiąc o jakimkolwiek namyśle klasy politycznej, jak reagować na takie prowokacje w przyszłości.

Sprawa Doroty z Nowego Targu czy Izabeli z Pszczyny? Czy czegoś nas te tragedie nauczyły? Zapomnij! Nic się nie zmieni w szpitalach nie tylko dlatego, że PiS się boi księdza proboszcza, ale po prostu nikogo nie interesuje załatwianie spraw, a jedynie gra w "kto dziś jest winny". Czy platformerskie samorządy w podległych sobie szpitalach zrobiły porządki? Przecież połową Polski nie rządzi PiS, tylko Platforma, samorządy w dużych miastach są całkowicie w rękach opozycji i to one decydują o codziennej jakości życia obywateli, a nie Kaczyński. To samorządy decydują, że na stanowisku dyrektora szpitala siedzi jakiś kretyn, który zasłania się klauzulą sumienia. Czy to wielki problem skontrolować szpitale, w których nie było w zeszłym roku ani jednej terminacji ciąży i pogonić dyrektorów, którzy nie zapewniają pacjentkom bezpieczeństwa? Jedynie Trzaskowski próbował zrobić taki przegląd, chociaż zdaje się z marnym skutkiem, bo nikt nie wyleciał, a aborcji w Warszawie też się niemal nie robi.

Powód piąty: politycy mówią tylko do kiboli

Jak to możliwe, że politycy pokazują nam cyrk, który normalnych ludzi tylko zniechęca? Po co grają nam spektakl napisany wyłącznie dla najbardziej skrajnego elektoratu, a nie dla większości obywateli? Bo ta kampania wyborcza wcale nią nie jest w tradycyjnym sensie, czyli nie jest przekonywaniem kogokolwiek do czegokolwiek. Nie chodzi o przekonywanie, bo obie strony doskonale wiedzą, że stały się tak toksyczne, że mają zerowe szanse przyciągnięcia nowych wyborców. Grają więc głównie na wzmożenie własnych kiboli (żeby koniecznie poszli głosować) i na demobilizację wszystkich "normalsów" (żeby się nie pętali podczas ustawki i nie przeszkadzali okładającym się sztachetami). W tej kampanii - pamiętajcie o tym - nie chodzi o to, żeby was przekonać do czegokolwiek. Komunikaty polityków skierowane są głównie do własnej żulii i własnego kibolstwa - najbardziej nagrzanego marginesu - stąd popularność wśród kierownictwa obu partii różnych kieszonkowych twitterowych bytów w rodzaju Mateckiego, Sikorskiego, Giertycha, PikuśPOL-a, Lisa, Poszwińskiego, Wiejskiego, którzy pełnią funkcję stadionowych zapiewajłów. I dlatego też wszystko jest tak prymitywne, łopatologiczne, utopione w spiskach i ruskiej onucy, która sobie lata raz w tę, a raz we w tę między trybunami.

Powód szósty: opozycja nie chce teraz brać władzy

Kampania wyborcza 2023 roku to poza wszystkim gra pozorów. Platformie nie chodzi o triumfalne przejęcie władzy - każdy, kto umie czytać sondaże wie, że w tych wyborach to się nie ziści - tylko żeby wejść do Sejmu z maksymalnie dobrym wynikiem, pożreć po drodze Hołownię i ustawić się jak najlepiej przed wyborami prezydenckimi w 2025 roku, w których będzie startował Trzaskowski (i wiele wskazuje, że wygra). O całą stawkę PO chce powalczyć dopiero później. I nawet można to zrozumieć, bo czy ktoś przy zdrowych zmysłach chciałby brać władzę w listopadzie czy grudniu 2023 bez mocnej większości, za to z Dudą wetującym wszystko, zdziwaczałą Przyłębską produkującą wyroki na komendę Nowogrodzkiej, z tą całą menażeria w TVPiS, której nie można palcem ruszyć, bo do tego trzeba ustaw, a Duda właśnie te ustawy zawetuje? Chcielibyście rządzić w takich warunkach? Tak naprawdę dopiero wybory prezydenckie 2025 otwierają okno przejęcia władzy i wytęsknionej „depisizacji", tylko nikt na opozycji nie chce tego głośno przyznać.

Lewicy i Hołowni też nie chodzi o to, żeby po wyborach współrządzić (z powodów powyższych), tylko żeby tu i teraz uciec przed gilotyną Tuska, działającą bardzo sprawnie i ucinającą ręce konkurentom na opozycji po kawałku. PiS-owi z kolei głównie chodzi o to, żeby się doczołgać do wyborów i potem rozebrać Konfederację, a Konfederacji o to, żeby nie dać się Kaczyńskiemu rozebrać, a po pół roku w nowych przyspieszonych wyborach zgarnąć jeszcze więcej. Tak czy siak nikomu nie chodzi o to, co głośno deklaruje - o przejęcie władzy, depisizację, niskie podatki, wysokie podatki, 800 plus, likwidację 800 plus, dobro kobiet, dobro mężczyzn, nic z tych rzeczy. I ten fałsz wyborcy instynktownie wyczuwają.

gazeta.pl

niedziela, 13 sierpnia 2023


Jakub Wiech: Skąd się wziął skok poparcia dla AfD?

Patrycja Tepper, analityczka Instytutu Zachodniego: To nie jest aż taki skok, jak by się mogło wydawać; poparcie faktycznie wzrosło, ale nie skokowo. Przekroczono natomiast granicę psychologiczną - dlatego pojawiło się poruszenie w opinii publicznej w Niemczech, ale też w Polsce. A co do powodów: były rzecznik prasowy AfD podkreślał kiedyś, że kiedy w Niemczech wzrasta liczba niezadowolonych, to AfD notuje skoki poparcia. Tak jest również i tym razem. Pytanie brzmi: czy partia ta osiągnęła już szczyt poparcia czy będzie dalej przebijać kolejne bariery? Trzeba jednak w tych rozważaniach wziąć poprawkę na fakt, że na razie mówimy o sondażach, a jeśli chodzi o sondaże i normalne wybory, to różnica jest taka, że dużo więcej osób oddaje głos w tych sondażach niż faktycznie idzie do wyborów. No ale z drugiej strony AfD potrafi mobilizować niezdecydowanych.

Skąd się zatem bierze to niezadowolenie Niemców?

Tworzą je na pewno informacje o kryzysie gospodarczym, o spowolnieniu gospodarki, o zmniejszeniu się inwestycji i obawie, że te inwestycje odpływają w inne miejsca, np. tam, gdzie są niższe koszty energii. Co więcej, poparcie dla rządzącej koalicji SPD-Zieloni-FDP drastycznie spadło w momencie, kiedy zaczęto pracować nad prawem dotyczącym indywidualnego ogrzewania. Planowane regulacje miały tworzyć nowy obowiązek dla przydomowych źródeł ciepła, by 65% pobieranej przez nie energii pochodziło ze źródeł odnawialnych. Ludzie potraktowali to jako ingerencję w to, jak ogrzewają własne domy; pojawiły się kolejne obawy o wysokość czynszów. To są w miarę świeże kwestie, natomiast Niemcy od początku nie byli jakoś szczególnie zadowoleni z koalicji, która obecnie rządzi.

A jak na to wpłynęła sytuacja na Ukrainie?

Na tym temacie AfD również dużo zyskała, ponieważ pokazuje się jako partia pokoju. Jej politycy mówią, że chcą pokoju z Rosją. Nie interesuje ich, że w ramach tego Ukraina będzie musiała oddać część swojego terytorium czy pójść na jakiś inny zgniły kompromis. To jest dla AfD zupełnie drugorzędna kwestia. Partia ta orientuje się na myślenie pt. „nie chcemy, żeby była wojna", postuluje dążenie do zakończenia tego konfliktu za wszelką cenę. Deklaruje przy tym wejście na drogę głębszej dyplomacji z Rosją.

Czyli kanclerz Scholz jest już dla Niemców za mało wstrzemięźliwy, jeżeli chodzi o pomoc dla Ukrainy i za mało też otwarty względem Rosji?

Choć z naszej perspektywy wygląda to zupełnie inaczej, to trzeba powiedzieć, że w Niemczech jest duża grupa osób, która właśnie tak uważa: twierdzi, że pomoc militarna RFN dla Ukrainy jest zbyt daleko idąca i powoduje eskalację konfliktu. Odsetek osób, które w lipcu 2023 r. nadal uważały, że Niemcy powinny wystąpić z NATO wyniósł 9%, chociaż trwa przecież konflikt z Rosją. NATO gwarantuje w tej sytuacji bezpieczeństwo swoim członkom, Tymczasem niemal co dziesiąty ankietowany Niemiec uważa, że należałoby wystąpić z Sojuszu. Jest też całkiem spory procent Niemców, którzy uważają, że winy za ten konflikt wcale nie ponosi Rosja. Że odpowiedzialne są USA, NATO albo dwie strony.

Co kraj, to obyczaj.

My patrzymy krytycznie na Olafa Scholza, a dla niektórych Niemców, zwłaszcza dla tych, którzy głosują na AfD, działania kanclerza idą i tak zbyt daleko i narażają kraj na niebezpieczeństwo.

Czy zapowiedziany w 2017 roku przez duże partie „polityczny kordon sanitarny" wokół AfD działa? Mainstream współpracuje już z Alternatywą na poziomie lokalnym.

Ta deklaracja wciąż obowiązuje i jest stosowana przez wszystkie partie głównego nurtu. Natomiast burzę w tym temacie wywołała wypowiedź szefa opozycji Friedricha Merza, chociaż – patrząc chłodno – on nic odkrywczego nie powiedział.

O co chodziło?

Od niedawna w Niemczech w dwóch samorządach władzę sprawują starosta i burmistrz z ramienia AfD. To z kolei sprawia, że członkowie innych kolegialnych organów muszą z nimi współpracować. I dochodzi zatem do sytuacji, w której w radzie miejskiej podejmowanie decyzji wymaga współpracy np. polityków CDU z burmistrzem z AfD, bo od tego zależy – dajmy na to – sytuacja przedszkoli. Chodzi o całkowicie praktyczne, przyziemne sprawy, a nie o wielką politykę. Friedrich Merz podsumował to tak: jako że taki układ polityczny to nie był wybór partii głównego nurtu, tylko wyborców, no to trzeba jakoś współdziałać, bo stosowanie kordonu sanitarnego na tym poziomie wymagałoby de facto złożenia dymisji albo przez lokalnych polityków CDU albo AfD, na co  nie można liczyć. Innej opcji nie ma.

Brzmi logicznie.

Ale wywołało to ekstremalnie dużą dyskusję w Niemczech. Stawiano zarzut, że lider opozycji proponuje rozbicie kordonu czy załamanie podziału, w którym funkcjonują partie, które się określają jako demokratyczne i AfD, która jest traktowana jako partia niedemokratyczna. Natomiast wszystkie partie głównego nurtu dalej podtrzymują, że nie będzie takiej współpracy.

I nie będzie?

Widziałam sondaż, w którym aż 70% Niemców odpowiedziało się za tym, żeby jednak współpraca była – na tym najniższym, lokalnym poziomie. Że trzeba przy tym patrzeć na konkretne sytuacje. Że czasami, w konkretnych przypadkach, takich jak budowa basenu czy utrzymanie szkoły, trzeba taką współpracę podjąć.

Co ciekawe, w tym samym sondażu jeden procent wyborców AfD uważał, że nie można współpracować z AfD.

Skrajni ekstremiści (śmiech).

A propos innych partii: komu AfD kradnie elektorat?

To jest śmieszna sytuacja, ponieważ wydawałoby się, że chodzi głównie o CSU i CDU, bo to konserwatywne partie, mają w pewnym stopniu zbieżne programy. A tymczasem ten pierwszy, oryginalny elektorat AfD, to byli ludzie, którzy dotychczas raczej nie głosowali. Alternatywa zapełniła jakąś niszę. Natomiast osoby, które decydują się obecnie głosować na AfD, a wcześniej głosowały na inne partie, to są osoby zmieniające swoje preferencje polityczne w zależności od roku wyborczego. To wyborcy CDU, ale też i FDP oraz Die Linke. To bardzo duży rozstrzał. Najmniej osób przyszło z elektoratów SPD i z Zielonych.

Czyli AfD to partia dotychczasowych niezdecydowanych?

Niezdecydowanych, czy może raczej niezmobilizowanych? Bo jednak chodzi o osoby, które dotychczas nie znajdowały dla siebie żadnej partii, z którą mogłyby się identyfikować wcześniej. To jest właśnie elektorat AfD.

Ile tego niezadowolenia, będącego siłą AfD, wywołała Energiewende?

Na pewno jest to bardzo duży powód frustracji. Niemcy wiedzą, że na Energiewende zostały przeznaczone gigantyczne kwoty, a okazało się, że nie idzie to w takim kierunku, w jakim obiecywano. Obietnice nie zostały spełnione. A w momencie kryzysu energetycznego ukazała się cała słabość Energiewende. Ludzie poczuli się oszukani: energia jest droga, Niemcy nie są niezależne energetycznie, energetyka wciąż jest emisyjna. I w tym momencie na scenę wchodzi AfD i mówi, że Energiewende należy po prostu jak najszybciej przerwać.

To możliwe?

Patrząc tylko na sondaże wyborcze może się wydawać, że jest w Niemczech spora grupa osób, które uważają, że jest. Że można odwołać Energiewende. Ale biorąc pod uwagę inne badania, wydaje mi się, że ludzie w to nie wierzą. Nie sądzą, żeby nawet AfD była w stanie rozwiązać ten problem. W Niemczech bardzo mocno spadło zaufanie do partii politycznych i do tego, że potrafią one rozwiązywać duże problemy. Niemniej, ludzie chcą usłyszeć od kogoś, że Energiewende będzie odwołana, że gaz z Rosji znowu popłynie i energia na powrót będzie tania.

Jak na to reagują politycy innych partii? Kopiują pomysły czy kontrują postulaty AfD? Zdaje się, że Markus Söder ostatnio bronił niemieckiej kiełbasy przed wytycznymi dot. jedzenia mięsa...

Różnie. CDU/CSU i politycy tych partii są krytykowani za poruszanie tematów wyciąganych przez AfD. Dotyczy to np. kwestii uchodźców, czy właśnie jedzenia kiełbasy. Okazało się też, że takie narracje obniżają chadekom poparcie. Ludzie myślą bowiem: dlaczego mam głosować na CDU/CSU, skoro oni kopiują oryginalne pomysły AfD? Już lepiej głosować na oryginał. Inne partie głównego nurtu szukają drogi wyjścia z pewnej kulturowej walki, do której zaciąga ich AfD, która bazuje m. in. na tym, że wyborcy zaczynają mieć dość tego, jak niemieckie państwo ingeruje w pewne sfery życia. Ludzie są zmęczeni takim – powiedzmy – berlińskim tempem zmian. Na prowincji, zwłaszcza na wschodzie, nie jest ono zrozumiałe.

Czy w ramach wychodzenia z tej walki może pojawić się postulat powrotu do relacji energetycznych z Rosją? Wyobrażam sobie na przykład, że wychodzi z nim SPD.

W obecnej konfiguracji, dopóki trwa wojna na Ukrainie, to jest to wykluczone. Niemcy za dużo by straciły, jeżeli chodzi o wizerunek i zobowiązania wobec partnerów. Natomiast możliwe, że po zakończeniu konfliktu i jakichś kosmetycznych zmianach w Rosji takie postulaty się pojawią. Ale na razie to wróżenie z fusów.

Powróżmy z tych fusów jeszcze trochę. Zakładając, że AfD utrzyma swoje poparcie sondażowe do wyborów federalnych, to która partia, mogłaby wyłamać się z kordonu politycznego i wejść we współpracę z tym ugrupowaniem?

Istnieje takie środowisko na skrajnej lewicy, skupione wokół Sahry Wagenknecht, która może utworzyć swoje ugrupowanie. Co ciekawe, sondaże wskazują, że na poziomie federalnym mogłaby liczyć na poparcie w wymiarze 15%. Polityk ta wywodzi się ze skrajnych warstw Die Linke, jest ukierunkowana bardzo prorosyjsko. Wielokrotnie zarzucano jej nawet współpracę z Rosją w takim czy innym kształcie. I ta jej potencjalna partia mogłaby złamać kordon i zacząć współpracować z AfD. To duży problem dla niemieckiej lewicy, która zastanawia się, co z panią Wagenknecht uczynić.

Jeżeli ktoś jest zbyt prorosyjski dla Die Linke, to na nasze standardy jest bardzo źle. Czego zatem my – jako Polska – możemy się obawiać ze strony AfD?

Przede wszystkim: kwestionowania zachodniej granicy. W nieoficjalnych narracjach osób związanych z AfD pojawia się wątek, że żądania reparacji ze strony Polski powinny być kontrowane zainteresowaniem się naszą zachodnią granicą. I być może przy okazji roszczeniami odszkodowawczymi. Oni uważają, że jeszcze powinniśmy Niemcom dopłacić.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

energetyka24.com

Wysokie, strukturalne bezrobocie wśród młodych Chińczyków stanowi poważne wyzwanie dla Pekinu. Oferty pracy nie odpowiadają aspiracjom wykształconego pokolenia, a do pogłębienia problemu przyczynia się ideologicznie motywowana walka władz z prywatnym sektorem. Nie widać jednak, by rządzący mieli pomysł na jego rozwiązanie.

W czerwcu oficjalna stopa bezrobocia wśród Chińczyków w wieku od 16 do 24 lat przekroczyła 21%, a tym samym osiągnęła najwyższy poziom od co najmniej 2018 r. W lipcu zapewne będzie jeszcze większa, ponieważ na rynek pracy wejdą absolwenci szkół wyższych. Nawet te dane nie oddają jednak w pełni skali problemu. Wskaźnik pomija bowiem osoby pozostające nieaktywne zawodowo. Gdyby w obliczeniach uwzględnić ludzi młodych, którzy nie uczą się i nie szukają pracy, odsetek wzrósłby do ok. 50%. Ponadto powyższa statystyka nie uwzględnia migrujących z miast na obszary wiejskie, a także bywa zakłamywana przez fałszywe deklaracje zatrudnienia (zob. Aneks).

Sytuacja negatywnie wpływa na bieżącą kondycję gospodarki oraz jej perspektywy. Pokolenie jedynaków wychowanych w przeświadczeniu, że wykształcenie jest przepustką do sukcesu, a dobrobyt w Chinach nieustannie i szybko rośnie, mierzy się z niedoborem atrakcyjnych posad. Odkłada przez to decyzję o wejściu na rynek pracy, popadając w zniechęcenie i pesymizm dotyczący finansowej przyszłości. Taka postawa podważa jeden z filarów sukcesu gospodarczego ChRL: tłumi energię, ambicje i głód sukcesu materialnego ludności. Pogłębia również negatywne trendy demograficzne: przyczynia się do spadku liczby urodzeń wskutek braku stabilności finansowej czy jasnej ścieżki kariery dla młodych osób. Ponadto liczna grupa niepracujących staje się potencjalnym źródłem niepokoju społecznego. Jednym z głównych priorytetów Xi Jinpinga jest bezpieczeństwo ekonomiczne Chin, dlatego Pekin odchodzi od wielkich programów stymulujących gospodarkę, które w przeszłości pobudzały aktywność w okresach spowolnienia, ale skutkowały przy tym silnym wzrostem zadłużenia i ryzyka destabilizacji sektora finansowego. Wysokie bezrobocie wśród młodych uzasadnia jednak rozważenie powrotu do starych metod, czyli stymulowania wzrostu PKB przez władze.

Do najważniejszych przyczyn pogłębienia problemu wysokiego bezrobocia wśród osób wkraczających w dorosłe życie należą: spowolnienie wzrostu gospodarczego oraz strukturalne niedopasowanie rynku pracy spotęgowane przez rosnące aspiracje młodych Chińczyków i działania władz uderzające w newralgiczne sektory gospodarki.

W warunkach dobrej koniunktury zapotrzebowanie na pracowników systematycznie rosło, więc osoby wchodzące na rynek zasadniczo nie miały trudności ze znalezieniem pracy. Realizowana od 2020 r. strategia „zero COVID” silnie stłumiła i tak zwalniającą po latach dynamicznego wzrostu aktywność gospodarczą (zob. Chiny: konsekwencje strategii „zero COVID”). Było to szczególnie widoczne w sektorze usług, w którym młodzi ludzie są zatrudniani relatywnie często. Wiele prywatnych przedsiębiorstw w Chinach nie przetrwało ciężkiego okresu, np. w Szanghaju w 2022 r. zamknęło się ponad 200 tys. małych i średnich firm (dla porównania: w 2018 r. było to ok. 50 tys.). Ożywienie po zniesieniu restrykcji na przełomie 2022 i 2023 r. okazało się słabsze od oczekiwanego (zob. Rozczarowujące odbicie po COVID-19. Chiny na ścieżce długotrwałego spowolnienia), a utrzymujący się pesymizm zniechęca do inwestycji. W efekcie powstaje stosunkowo niewiele nowych miejsc pracy, a zatrudniający preferują doświadczonych pracowników.

Problem nie jest jednak przejściowy, lecz strukturalny i długofalowy. Na chińskim rynku można bowiem zauważyć niedopasowanie dostępnych miejsc pracy (m.in. dla pracowników fizycznych), do możliwości i oczekiwań młodych ludzi. Z jednej strony awans Chin w globalnych łańcuchach dostaw powoduje, że robotnicy muszą posiadać większe umiejętności niż przed laty, co stanowi barierę dla niedoświadczonych i dopiero wchodzących na rynek pracy osób. Z drugiej strony młodzi ludzie, którzy są dobrze wykształceni i wychowywali się w lepszych warunkach niż ich rodzice i dziadkowie, wyrażają wyższe niż oni aspiracje. Nie chcą podejmować ciężkiej, monotonnej i mało prestiżowej pracy, a dzięki wsparciu finansowemu rodziny nie są zmuszeni do znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia. Ponadto strukturalne niedopasowanie pogłębili rządzący, zacieśniając od 2020 r. regulacje dotyczące sektorów technologii konsumenckich, edukacji, nieruchomości czy finansów, w których powstawały atrakcyjne miejsca pracy dla „białych kołnierzyków”. Tymczasem w ostatnich latach rozrasta się gospodarka nieformalna i sektor pracochłonnych usług, gdzie dominują elastyczne formy zatrudnienia, płace są niskie, a czas pracy – długi.

W efekcie wielu młodych ludzi nie decyduje się na podjęcie pracy. Niektórzy z nich kontynuują edukację – na etapie szkoły średniej kończy ją już tylko 40% osób. Inni rywalizują o nieliczne etaty w sektorze publicznym czy aparacie biurokratycznym. Do rangi symbolu urastają formy kontestacji kultu pracy, tj. tang ping (leżenie do góry brzuchem) czy bailan (gnicie), w ramach których Chińczycy rezygnują z walki o karierę i pieniądze w obliczu potężnych trudności związanych z wejściem na rynek pracy i funkcjonowaniem na nim.

Problemy młodych Chińczyków nie znajdują zrozumienia w Pekinie. Przewodniczący Xi Jinping w licznych przemówieniach apelował, by młodzież twardo znosiła trudy i była wytrwała (chi ku) oraz świadomie wybierała drogę pełną wyzwań (zizhao kuchi) tak jak jej przodkowie. Partyjna propaganda, przywołując postać literackiego bohatera Kong Yiji (niespełnionego uczonego z przełomu XIX i XX w.) czy przykłady rzekomych sukcesów finansowych osób prowadzących kuchnie na ulicach, przekonuje, by rozpoczynający karierę zawodową ograniczyli swoje oczekiwania. W oczach Pekinu bezczynność młodych jest marnotrawstwem zasobów, które są potrzebne do budowy silnego, samowystarczalnego państwa pod przywództwem partii.

Dotychczas władze nie sformułowały skutecznego planu naprawczego. Wśród wdrażanych rozwiązań znalazły się m.in. subwencje na zatrudnianie młodych ludzi, utworzenie miliona miejsc dla stażystów, zwiększenie rekrutacji w firmach państwowych i aparacie biurokratycznym oraz zapewnianie szkoleń oraz poradnictwa zawodowego. Plany władz prowincji Guangdong dotyczące skierowania do 2025 r. 300 tys. studentów na wieś w ramach „ochotniczych” programów mających na celu „ożywienie obszarów wiejskich” wywołały kontrowersje. Budzą one bowiem skojarzenia z rewolucją kulturalną, w czasie której miejską młodzież masowo wysyłano na wieś.

Kluczową rolę w rozwiązaniu problemu ma jednak do odegrania sektor prywatny, tworzący ok. 80% miejsc pracy w chińskich miastach. Tymczasem pod rządami Xi Jinpinga został on mocniej podporządkowany interesom partii i zmuszony do aktywniejszej realizacji wyznaczonych przez nią celów. Odbywa się to kosztem wyhamowania ekspansji gospodarczej, co skutkuje m.in. ograniczeniem rekrutacji. Dlatego w obecnej trudnej sytuacji rynkowej władze powstrzymują się od dalszego zacieśniania regulacji i poszerzania kontroli nad firmami, a nawet podejmują próby stabilizacji branż (nieruchomości czy technologii konsumenckich) i zachęcają przedsiębiorców do zwiększania zatrudnienia.

Pod koniec lata br., wraz ze stopniowym znajdowaniem zatrudnienia przez tegorocznych absolwentów, z postępującą realizacją planu naprawczego władz oraz możliwym ożywieniem sektora usług, bezrobocie wśród młodych Chińczyków powinno spaść z rekordowych poziomów. Nic nie wskazuje jednak na to, by Pekin miał koncepcję, jak rozwiązać fundamentalny problem, czyli niedopasowanie struktury dostępnych miejsc pracy do aspiracji i umiejętności osób szukających zatrudnienia.

W bliskiej perspektywie negatywnie wpływa to na tempo ożywienia gospodarki po porzuceniu strategii „zero COVID”, ponieważ młodzi ludzie, którzy zazwyczaj wydają stosunkowo dużo na towary czy usługi konsumpcyjne, są zmuszeni ograniczyć bieżące wydatki. W dalszym horyzoncie wysokie bezrobocie i słaba pozycja przetargowa pracowników uniemożliwiają zapowiadaną od lat przez władze chińskie transformację modelu gospodarczego państwa, by w mniejszym stopniu bazował on na inwestycjach oraz eksporcie, a w większym – na konsumpcji.

Strukturalne i długofalowe problemy na rynku pracy będą skutkowały upowszechnieniem i utrwaleniem pasywnego stylu życia w społeczeństwie chińskim, postępującym spadkiem dzietności czy „drenażem mózgów” (emigracją osób wykształconych). Może to stanowić istotną przeszkodę dla realizacji globalnych ambicji Pekinu, których podstawę tworzą stabilność wewnętrzna i silna gospodarka.

ANEKS

Według oficjalnych danych liczba bezrobotnych w Chinach w wieku od 16 do 24 lat wynosi ponad 6 mln, podczas gdy osób aktywnych zawodowych w tej grupie jest 33 mln, a uczących się – ok. 48 mln. Cała grupa wiekowa 16–24 lat liczy 96 mln osób. Stopa bezrobocia to wskaźnik ilustrujący odsetek bezrobotnych w grupie aktywnych zawodowo. W efekcie nie uwzględnia osób pozostających poza rynkiem pracy. Profesor Zhang Dandan z Uniwersytetu Pekińskiego zauważa, że bez zatrudnienia pozostaje ponad 22 mln nieuczących się Chińczyków, a gdyby uwzględnić ich w kalkulacji, udział osób niepracujących w tej grupie wiekowej sięgnąłby przed kilkoma miesiącami 46,5%. Wraz z ukończeniem studiów przez blisko 12 mln osób na przełomie czerwca i lipca liczba niepracujących i nieuczących się wzrośnie.

Upowszechnienie edukacji trzeciego stopnia powoduje spadek aktywności zawodowej w grupie wiekowej 16–24 lata. Utrudnia to interpretację danych, gdyż nie jest jasne, jaki odsetek młodych ludzi kontynuuje naukę, ponieważ chce, a jaki – ponieważ musi, np. z powodu niesprzyjającej im sytuacji na rynku pracy. W obu przypadkach takich osób nie klasyfikuje się jednak jako bezrobotnych, nie są one bowiem aktywne zawodowo.

Stopy bezrobocia w ChRL nie można porównać z analogicznymi wskaźnikami w innych państwach, gdyż Narodowe Biuro Statystyczne Chin inaczej definiuje osobę bezrobotną. Po pierwsze, badanie jest przeprowadzane w miastach, nie uwzględnia więc tych migrantów wewnętrznych, którzy zostali zmuszeni do powrotu na wieś, np. przez brak miejsc pracy. Po drugie, w ChRL za bezrobotną uznaje się osobę, która poszukiwała pracy w ostatnich trzech miesiącach i byłaby gotowa ją podjąć w ciągu dwóch tygodni. W przypadku Unii Europejskiej kryteriami tymi są odpowiednio cztery tygodnie i natychmiastowa gotowość. Stosując standardy unijne, naukowcy z Uniwersytetu Pekińskiego oszacowali, że w 2020 r. stopa bezrobocia w grupie wiekowej 16–24 lata wyniosła 6,8%, a nie – jak podawał urząd statystyczny –14,6%. Kalkulacja ta nie uwzględnia jednak osób, które są nieaktywne zawodowo. Po trzecie, media krajowe, zagraniczne oraz sami użytkownicy chińskich serwisów społecznościowych donoszą o praktyce fikcyjnego zatrudnienia – absolwenci niektórych szkół, aby otrzymać dyplom ukończenia szkoły, muszą wykazać, że pracują.

Stopa bezrobocia w grupie wiekowej 16–24 lata nie jest bezpośrednio porównywalna międzynarodowo, ale można ją porównać w czasie. Obecnie faktycznie wynosi najwięcej w historii, jednak sięga ona raptem 2018 r., od kiedy urząd statystyczny zaczął raportować dane na ten temat. Pozostaje również zdecydowanie wyższa niż oficjalna stopa bezrobocia w całej populacji (5,2%).

osw.waw.pl

Biały Dom ogłosił w piątek pomoc wojskową dla Tajwanu w wysokości 345 mln USD. Jest to pierwszy duży pakiet pomocy wojskowej, który opiera się na własnych zapasach Pentagonu. Do tej pory Tajpej kupowało broń od producentów za zgodą kolejnych administracji amerykańskich. Jest to też tylko pierwsza transza z 1 mld USD pomocy wojskowej dla Tajwanu zatwierdzonej przez Kongres.

Zgodnie z oświadczeniem Waszyngton wyśle przenośne systemy obrony powietrznej (MANPADS), amunicję oraz sprzęt poprawiający „zdolności wywiadowcze i obserwacyjne” – mówi się o dronach rozpoznawczych MQ-9, ale Biały Dom odmówił potwierdzenia. Pakiet obejmie również szkolenia dla tajwańskich żołnierzy.

Kongres naciska na Pentagon i Biały Dom, aby przyspieszyć dostawy broni na Tajwan. Celem jest pomoc Tajwanowi i zniechęcenie Chin do ataku poprzez dostarczenie Tajpej wystarczającej ilości broni, aby koszty inwazji były zbyt wysokie. Moim zdaniem samo w sobie to nie powstrzyma Pekinu, jeżeli ten uzna, że Armia Ludowo-Wyzwoleńcza ma zdolności, a Amerykanie i ich sojusznicy nie zaangażują się bezpośrednio.

Reakcje stron też nie są trudne do przewidzenia. De facto tajwańska ambasada, czyli Tajwańskie biuro handlowe w Waszyngtonie stwierdziło, że decyzja o przekazaniu broni i innych materiałów z magazynów zapewniła „ważne narzędzie wspierające samoobronę Tajwanu.” W oświadczeniu zobowiązano się do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w celu utrzymania pokoju, stabilności i status quo w Cieśninie Tajwańskiej.” Liu Pengyu, rzecznik chińskiej ambasady w Waszyngtonie, powiedział dla odmiany, że ChRL jest „zdecydowanie przeciwna” związkom wojskowym Waszyngtonu z Tajpej. Stany Zjednoczone powinny „zaprzestać sprzedaży broni Tajwanowi” i „zaprzestać tworzenia nowych czynników, które mogą prowadzić do napięć w Cieśninie Tajwańskiej.”

Dostawy broni z programu pomocy są tylko częścią dostaw broni na Tajwan ze Stanów Zjednoczonych. Tak naprawdę to tylko bonus – 1 bln USD w porównaniu z prawie 19 mld USD zakupów przez Tajwan, w tym m.in. nowych F-16, które Waszyngton zatwierdził dla Tajpej.

To co decyduje o wyjątkowości tego pakiet to fakt, że pomoc ta jest częścią prezydenckiego upoważnienia zatwierdzonego przez Kongres w zeszłym roku do pobierania broni z amerykańskich zapasów – dzięki czemu Tajwan nie będzie musiał przechodzić procedury sprzedaży i czekać na produkcję. W efekcie broń jest doręczana szybciej niż w przypadku zakupów nowej broni. Administracja korzysta z analogicznych uprawnień, aby dostarczyć Ukrainie brań i amunicję.

W przeciwieństwie do Ukrainy, w razie chińskiej inwazji na Tajwan nie będzie możliwości dowożenia broni na wyspę, przynajmniej w pierwszej fazie ataku. Dlatego Tajwańczycy i Amerykanie dążą do stworzenia zapasów na miejscu, które starczą na tygodnie intensywnych walk.

zawielkimmurem.net


Mimo protestów społecznych skrajnie prawicowa koalicja rządząca przeforsowała w zeszłym tygodniu pierwszą część reformy sądownictwa. Teraz gabinet premiera Binjamina Netanjahu zamierza w ciągu miesiąca wprowadzić kolejne zmiany.

Po usunięciu zasady “racjonalności” – która umożliwiała Sądowi Najwyższemu sprawdzanie legalności działania rządu i odrzucanie ustaw, gdy interes polityczny stawia się nad publicznym – rząd chce zmienić zasady nominowania sędziów. Jeśli zmieniony zostanie skład dziewięcioosobowej Komisji Kwalifikacyjnej Sędziów i połowa miejsc zostanie przyznana politykom (obecnie mają 4 miejsca), a do nominacji sędziego potrzebne będzie nie 7 głosów, jak dotąd, a tylko 5 głosów, to koalicja premiera Netanjahu przejmie całkowitą kontrolę nad procesem nominacji sędziów.

Forsując zmiany w sądownictwie, Netanjahu z jednej strony spełnia żądania koalicjantów, a z drugiej buduje dla siebie tarczę ochronną przed ciążącymi na nim zarzutami. Prokuratura prowadzi przeciwko niemu sprawy karne, w których oskarżony jest o oszustwo, nadużycie zaufania i przyjmowanie łapówek. Usunięcie zasady “racjonalności” i zmiana sędziowskich nominacji mogą pomóc premierowi Netanjahu w uniknięciu kary.

Profesor prawa Mordechai Kremnicer z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie w rozmowie z serwisem jedennewsdziennie.pl mówi, że "powodem pozbawienia Sądu zasady “rozsądności”, jest próba odwołania z funkcji prokurator generalnej Gali Baharaw-Miary, która jest niezależna, i powołanie nowej osoby w jej miejsce. Premier oczekuje, że nowy prokurator zakończy dochodzenie".

Bez wahania można powiedzieć, że obecny rząd jest najbardziej ultranacjonalistycznym, konserwatywnym i religijnym gabinetem w historii Izraela. Oprócz Likudu premiera Netanjahu tworzą go ultraortodoksyjne partie Szas i Tory oraz Religijny Syjonizm, czyli sojusz partyjny Ocma Jehudit i Noam.

Zdaniem profesora Kremnicera premier nie ma wyjścia i musi tworzyć koalicję z tymi, którzy są chętni. – Jego partnerzy to ekstremalnie fanatyczne elementy, których nie interesuje tworzenie demokracji. W jego partii Likud również są tacy, których demokracja nie obchodzi. Prawicowi ekstremiści chcą przejąć absolutną kontrolę nad terytoriami palestyńskimi i uczynić je najmniej palestyńskie, jak tylko to możliwe.

Religijny Syjonizm, który reprezentuje interesy osadników żydowskich, opowiada się przede wszystkim za aneksją Zachodniego Brzegu i przesiedleniami Palestyńczyków do Europy. Partia Ocma Jehudit (Jewish Power) w swoim programie wzywa do “wojny totalnej” z wrogami Izraela, czyli Arabami. Minister finansów Becalel Smotricz, przywódca Religijnego Syjonizmu, podczas wystąpienia w Knesecie powiedział do arabskich parlamentarzystów, że ich obecność w parlamencie była historycznym błędem pierwszego premiera Dawida Ben Guriona. Kilku członków tych partii uważa przemoc za skuteczną metodę walki. Sam lider partii Ocma Jehudit, minister obrony narodowej Itamar Ben Gewir, ma na koncie wyroki sądu za podżeganie do rasizmu i przynależność do grupy terrorystycznej. Obie partie Religijnego Syjonizmu łączy także chęć ograniczenia władzy Sądu Najwyższego. Według nich prawo religijne ma pierwszeństwo przed prawem stanowionym przez państwo, a aneksji Zachodniego Brzegu nie postrzegają jako zamachu na demokrację.

Partie Szas i Tory są bardziej skoncentrowane na zachowaniu swoich praw, które w ostatnich latach zostały ograniczone przez Sąd Najwyższy, niż na rozwoju osadnictwa żydowskiego na Zachodnim Brzegu. Zależy im na ochronie studentów Tory przed wpływem społeczeństwa liberalnego oraz na zachowaniu dotacji dla szkół, które w programach nauczania prawie nie mają przedmiotów świeckich. Połowa studentów Tory nie pracuje, rzadko także służą w wojsku.

jedennewsdziennie.pl


Punktem wyjścia do rozważań o aktualnej kondycji V4 jest dla dziennikarza "Tagesspiegla" Thomasa Rosera niedawne wystąpienia Viktora Orbana w znajdującej się na terytorium Rumunii miejscowości Băile Tușnad – bastionu węgierskiej mniejszości.

Orban zaatakował przy tej okazji – "jak zwykle złośliwie" – Rumunię, wytykając nowemu rumuńskiemu premierowi Marcelowi Ciolacowi, że jest już 20. szefem rumuńskiego rządu od czasu, gdy on objął tekę premiera.

"Niech Bóg mu pobłogosławi. Nowy premier, nowa szansa. Mamy nadzieję na sukces za 20. razem" – cytuje "Tagesspiegel" węgierskiego polityka. Viktor Orban tym samym zlekceważył prośbę gospodarzy, aby zachował powściągliwość wobec sporów granicznych między obu państwami.

– Nigdy nie twierdziłem, że Siedmiogród i Seklerszczyzna są rumuńskimi obszarami administracyjnymi – oświadczył Orban, co publiczność skwitowała "gromkim śmiechem". Budapeszt wysuwa roszczenia do tych terenów, należących dawniej do Węgier.

Roser zwrócił uwagę na zastrzeżenia Słowacji i Czech wobec wypowiedzi Orbana. Premier Węgier zarzucił rządowi w Pradze, że "zmienił stronę", a Słowacji, że "waha się". Chodzi o spór w UE między "federalistami" zmierzającymi do większej integracji, a "suwerenistami" wysuwającymi na czoło narodowe interesy – tłumaczy autor.

– Jedynie Polacy i Węgrzy trzymają kurs – powiedział Orban. To "absurdalna stygmatyzacja" – ocenił te słowa premier Czech Petr Fiala.

onet.pl


Większość prognoz największych banków inwestycyjnych zakładała pojawienie się recesji w światowej gospodarce właśnie w drugim kwartale bieżącego roku. Prawdopodobieństwo to miały zwiększać problemy sektora bankowego w USA i w Europie, kluczowe dla finansowania gospodarki. Na półmetku roku w miejsce recesji występuje jednak „kontrolowane i powolne” spowolnienie.

Zdaniem Millennium TFI, mimo słabych prognoz wydaje się, że główne gospodarki uniknęły technicznej recesji. Gospodarka ewidentnie jest w fazie spowolnienia, jednak prawdopodobieństwo silnej recesji oddaliło się.

"Silnym sygnałem ostrzegawczym jest model stworzony przez Fed z Nowego Jorku, bazujący na odwróceniu krzywej rentowności (a więc sytuacji, gdy obligacje o krótkim terminie zapadalności są bardziej dochodowe niż te długoterminowe). Tzw. inwersję krzywej można interpretować jako przekonanie, że w przyszłości stopy proc. będą spadać, co jest charakterystyczne dla recesji" - napisano w raporcie poświęconym perspektywom dla rynków w trzecim kwartale 2023 roku.

W ocenie Millennium TFI, rynki rozwinięte dość sprawnie radzą sobie z inflacją. Zejście jej do 4 proc. w USA można uznać za sukces - szczególnie przy stopach proc. w przedziale 5-5,25 proc. Podobna sytuacja ma miejsce w Europie, choć na Starym Kontynencie swoistym dopełnieniem zacieśniania polityki monetarnej są duże banki, które dość mocno ograniczają akcje kredytowe, starając się budować nadwątlone kapitały wynikające z olbrzymiej przeceny ich portfeli obligacyjnych.

"Trend spadku inflacji jest dobrze widoczny i - w naszej ocenie - będzie kontynuowany, co pociągnie za sobą przełom w polityce monetarnej być może jeszcze w tym roku" - napisano w raporcie.

Obecnie rynek, poprzez kontrakty na stopę proc., wycenia jeszcze dwie podwyżki stóp proc. przez amerykański Fed łącznie o 50 pkt. bazowych. Podobną skalę podwyżek przewiduje Europejski Bank Centralny w 2023 roku.

"Zakładamy, że okres obowiązywania tych podwyższonych stóp proc. na rynkach rozwiniętych powinien pozostać do końca 2023 roku, jednak możliwe są potem nieco bardziej dynamiczne obniżki" - napisali zarządzający Millennium TFI.

W Polsce zarządzający spodziewają się poprawy koniunktury w drugiej połowie roku, ale ze zdecydowanie odległą perspektywą powrotu inflacji do celu.

Zdaniem zarządzających Millennium TFI, chociaż drugi kwartał przyniósł spore wzrosty na giełdach, indeksy były wyciągane w górę przez coraz mniejszą liczbę spółek. Przykładowo amerykański S&P 500 ma jeden z lepszych wyników od początku roku w historii swoich notowań, ale odpowiada za to głównie 7 spółek. Nie był to zatem objaw poprawy w gospodarce, a jedynie windowanie wycen giełdowych.

W ocenie autorów raportu, entuzjazm związany ze sztuczną inteligencją nie jest tylko modą, a być może nowym mega trendem. Korzystać na tym będą spółki technologiczne, które w razie spowolnienia i recesji są w stanie relatywnie szybko zmienić swoje modele biznesowe.

PAP Biznes

sobota, 12 sierpnia 2023



Henry Kissinger, stuletni były sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych odwiedził Pekin z prywatną wizytą. Kissinger odegrał kluczową rolę dyplomatyczną w normalizacji stosunków między Waszyngtonem a Pekinem w latach 70-tych, kiedy pełnił funkcję najpierw doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, a potem sekretarza stanu w administracjach prezydentów Richarda Nixona i Geralda Forda. Od tamtej pory jest hołubiony w ChRL, chociaż jego rola w całej roszadzie nie jest w cale taka oczywista – nie do końca wiemy, na ile realizował pomysł Nixona, a na ile był jego współtwórcą.

Od czasu odejścia z urzędu Kissinger prowadził biznes doradczy, a od 1982 roku firmę konsultingową Kissinger Associates, Inc.  i regularnie odwiedza Chiny, gdzie spotyka się z chińskimi urzędnikami załatwiając sprawy dla swoich klientów jak Coca-Cola, Rio Tinto Group czy Lehman Brothers. W efekcie Kissinger i jego wspólnicy są przede wszystkim zainteresowani kontynuowaniem biznesu as usual, ponieważ zarabiają i to bardzo dobrze, jako pośrednicy między wielkim biznesem a chińskimi biurokratami. Sam Kissinger stał się też celebrytą na wynajem. W lipcu 2011 roku gościł na zaproszenie Bo Xilai na koncercie pieśni rewolucyjnych zorganizowanym na stadionie w Chongqing. Był tam chyba najlepiej opłacanym „artystą.”

Teraz pojawiły się dosyć naiwne głosy, że przyjechał do Pekinu z misją w imieniu administracji, ale to czyste wymysły. Amerykańska ambasada w ostatniej chwili zorganizowała spotkanie, aby nie zrobić wrażenia, że została ograna przez Chińczyków. Jednak przebieg wizyty wskazuje, że to Pekin sprowadził Kissingera dla własnych potrzeb.

Kissinger spotkał się w Pekinie w pierwszej kolejności z ministrem obrony Li Shangfu, który jest objęty amerykańskimi sankcjami. Dzięki czemu minister mógł powtórzyć narrację Pekinu w czasie spotkania, które przyciągnęło uwagę mediów: „Zawsze byliśmy zaangażowani w budowanie stabilnych, przewidywalnych i konstruktywnych stosunków chińsko-amerykańskich i mamy nadzieję, że Stany Zjednoczone będą współpracować z Chinami w celu wdrożenia konsensusu głów obydwu państw i wspólnie promować zdrowy i stabilny rozwój stosunków między obiema armiami”. Kissinger też udowodnił, że mimo stu lat, wie za co mu płacą, odpowiadając: „Stany Zjednoczone i Chiny powinny wyeliminować nieporozumienia, pokojowo współistnieć i unikać konfrontacji. Historia i praktyka nieustannie udowadniają, że ani Stany Zjednoczone, ani Chiny nie mogą sobie pozwolić na traktowanie drugiej strony jako przeciwnika”.

Reszta show też odbyła się zgodnie ze scenariuszem Pekinu. Kissinger spotkał się z Wang Yi, a na końcu został ciepło przyjęty przez Xi Jinping, który powiedział Kissingerowi, że „Chińczycy nigdy nie zapominają o swoich starych przyjaciołach, a stosunki chińsko-amerykańskie zawsze będą związane z nazwiskiem Henry’ego Kissingera.” Cytowany przez chińską telewizję CCTV Kissinger miał odpowiedzieć, że „relacje między naszymi dwoma państwami są kwestią pokoju na świecie i postępu ludzkiej społeczności.” Ciekawe, czy faktycznie użył tej partyjnej nowomowy…

Dzięki Kissingerowi Pekin mógł upokorzyć obecnych przedstawicieli administracji odwiedzających Pekin – ostatnio po sekretarzu stanu Antonym Blinkenie, była w Pekinie sekretarz skarbu Janet Yellen, a równocześnie z Kissingerem John Kerry specjalny wysłannik prezydenta ds. klimatu. Żadne z nich nie było przyjęte z taką pompą. Przede wszystkim jednak Pekin chce pokazać własnemu społeczeństwu, że ma na świecie wielu przyjaciół, że trudne relacje ze Stanami Zjednoczonymi są przejściowe i prędzej czy później Amerykanie pójdą po rozum do głowy. A kiedy ktoś taki jak Kissinger mówi, że wzrost i sukces ChRL jest nieunikniony, to tak musi być.

zawielkimmurem.net

13 lipca rządząca w Niemczech koalicja porozumiała się co do ostatecznego brzmienia „Strategii wobec Chin”. Negocjowany od wielu miesięcy i pierwszy tego rodzaju dokument w historii RFN został zaprezentowany przez minister spraw zagranicznych Annalenę Baerbock w siedzibie think tanku Mercator. Ponad 60-stronicowy tekst zawiera diagnozę relacji niemiecko-chińskich, omówienie wartości, interesów i celów Berlina oraz liczne analizy sektorowe, wśród których szczególne miejsce zajmują kwestie gospodarki, klimatu, bezpieczeństwa, praw człowieka, polityki rozwojowej i porządku globalnego.

Osią tekstu jest stwierdzenie, że stosunki bilateralne – po zapoczątkowanym przez Deng Xiaopinga okresie „reform i otwarcia” w Chinach – uległy pogorszeniu. Pekin określa się, zgodnie z językiem oficjalnej strategii UE, jako partnera, konkurenta i systemowego rywala, ale z zaznaczeniem, że akcent wyraźnie przesunął się w kierunku rywalizacji. Dokument zawiera bardzo krytyczne komentarze dotyczące tendencji autokratycznych, łamania praw człowieka, naruszania zasad konkurencji gospodarczej oraz agresywnej polityki zagranicznej, przejawiającej się zwłaszcza w groźbach wobec Tajwanu, we wspieraniu Rosji i w nasilaniu presji na sąsiadów. Niemcy podkreślają jednak, że bez Chin nie uda się rozwiązać problemów globalnych, dlatego oferują współpracę i wzywają Pekin do przejęcia większej odpowiedzialności w polityce międzynarodowej.

Punktem ciężkości strategii są kwestie gospodarcze. RFN będzie dążyć do ograniczenia nadmiernych i obciążonych ryzykiem zależności ekonomicznych, czyli do tzw. de-riskingu. Zamierza także dywersyfikować swoje relacje gospodarcze poprzez rozwijanie współpracy z innymi regionami świata, co ma stanowić przeciwwagę dla roli Chin. Rząd akcentuje również konieczność kontrolowania napływu inwestycji chińskich, zwłaszcza w obszarze infrastruktury krytycznej i wysokich technologii. Brakuje jednocześnie jednoznacznego poparcia dla dalej idących kroków, np. nadzoru nad inwestycjami niemieckich firm w Chinach. Berlin chce uniknąć działań, które mogłyby sugerować zainteresowanie decouplingiem, czyli pełnym odcięciem się od ChRL.

Ważnym elementem strategii RFN jest powiązanie jej ze wspólną polityką Unii Europejskiej względem Chin. Niemcy podkreślają konieczność uzgadniania stanowiska z partnerami i dążenia do wypracowania jednolitej strategii. Wymaga to jednak usprawnienia procesu podejmowania decyzji, w szczególności reformy głosowania większościowego. Kwestia wspólnej polityki wobec Pekinu ma być także uwzględniona w procesie rozszerzenia: państwa kandydujące powinny podzielać unijne podejście do współpracy z ChRL.

Komentarz

Kluczowy termin strategii to de-risking – obniżenie ryzyka wynikającego z relacji gospodarczych z Chinami, głównie poprzez blokadę przejęć w sferze infrastruktury krytycznej i sektorów ważnych technologii oraz dywersyfikację wymiany handlowej. Pójście w tym kierunku ma zneutralizować bardziej radykalną i niekorzystną dla interesów RFN ideę decouplingu (zerwania powiązań) w relacjach z Chinami, która zyskiwała na popularności w 2022 r. i wciąż ma wielu zwolenników w administracji prezydenta Joego Bidena. De-risking to również ostrożny stosunek do zwiększenia interwencjonizmu i wpływu rządów na firmy, co proponowała Komisja Europejska w swojej strategii „bezpieczeństwa gospodarczego”. Pomysły w niej ujęte, takie jak badanie skali ekspozycji firm na „chińskie ryzyko”, kontrolowanie ich inwestycji w Chinach, blokowanie transferu technologii czy przeglądy transakcji eksportowych, pojawiają się w niemieckim dokumencie, ale raczej jako „tematy do dyskusji”. Strategia RFN podkreśla natomiast odpowiedzialność firm za redukcję zależności i zastrzega, że w razie kryzysu – czyli np. inwazji na Tajwan – nie będą one mogły liczyć na pomoc niemieckiego państwa. W praktyce de-risking oznacza działania najmniej kosztowne pod względem ekonomicznym i najmniej konfrontacyjne politycznie, dlatego ma szansę na poparcie państw zainteresowanych podtrzymaniem współpracy z Pekinem. Niemcy poświęciły zresztą sporo energii na jego wypromowanie na arenie międzynarodowej.

Niemiecka strategia wobec Chin stanowi wyraźne odejście od polityki rządów Angeli Merkel, które nadawały wspieraniu bilateralnej współpracy z Pekinem – zwłaszcza w wymiarze gospodarczym – absolutny priorytet. Od roku 2016 ChRL jest nieprzerwanie liderem na liście partnerów handlowych RFN – obroty między tymi państwami osiągnęły w 2022 r. 299 mld euro. Na tamtejszym rynku działa ponad 5 tys. niemieckich firm, których łączne inwestycje przekraczają 102 mld euro (w 2021 r.). Wśród nich wyróżniają się wielkie koncerny sektorów samochodowego i chemicznego, dla których obecność w Chinach ma – z punktu widzenia globalnej konkurencyjności – kluczowe znaczenie. W ostatniej dekadzie szybko rosło również zaangażowanie chińskiego biznesu w Niemczech – m.in. w branżach wysokich technologii, zwłaszcza w telekomunikacji, logistyce oraz przemyśle wytwórczym. Polityczną ceną za spektakularny rozwój współpracy było przymykanie oczu na łamanie praw człowieka i „asertywność” Chin w przestrzeni międzynarodowej. W tym sensie język strategii, jednoznaczną krytykę poczynań Pekinu i podkreślanie rosnącej rywalizacji we wzajemnych relacjach można uznać za przełom. Niemieckie elity zdają się godzić z istnieniem trwałych, politycznych barier we współpracy i porzucają nadzieję na „zmianę przez handel”. O ostatecznej wadze dokumentu zdecyduje jednak jego implementacja: nie można wykluczyć, że strategia pozostanie jedynie deklaracją intencji i nie przełoży się na poważniejsze działania.

Opracowanie strategii RFN wobec Chin było dużym wyzwaniem dla koalicji rządzącej z uwagi na znaczące różnice poglądów – przede wszystkim między Zielonymi i SPD. Partia wicekanclerza Roberta Habecka domagała się wyraźnego zaostrzenia kursu względem Pekinu w kwestiach politycznych oraz możliwie szybkiego ograniczenia zależności gospodarczych. Socjaldemokraci są od Zielonych znacznie ostrożniejsi. Kanclerz Olaf Scholz wielokrotnie zwracał uwagę na koszty ekonomiczne ewentualnego odcinania się od Chin i podkreślał konieczność współpracy z nimi w takich kwestiach jak ochrona klimatu oraz bezpieczeństwo międzynarodowe. Podejście to znalazło wyraz między innymi w jego wizycie w Pekinie w listopadzie 2022 r. oraz zorganizowaniu wspólnych konsultacji rządowych z gabinetem premiera Li Qianga w czerwcu br. W kontekście powyższych podziałów i sporów w rządzie nie można zignorować sposobu prezentacji strategii. Gestem wobec „jastrzębi” było jej ogłoszenie w siedzibie Mercatora, think tanku znanego z krytycznych analiz na temat Chin, którego pracowników władze w Pekinie objęły sankcjami. Rangę prezentacji obniżyła jednak obecność tylko jednego ministra federalnego. To wyraźny kontrast w zestawieniu z niedawnym ogłoszeniem narodowej strategii bezpieczeństwa, na którym obecni byli nie tylko Scholz, lecz także minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser, minister obrony Boris Pistorius oraz minister finansów Christian Lindner. Być może taka formuła jest zabiegiem dyplomatycznym obliczonym na zbadanie reakcji strony chińskiej. W ten sposób kanclerz zastrzegłby sobie możliwość późniejszego doprecyzowania lub interpretowania zapisów strategii.

Niemiecka strategia wobec Chin może stać się istotnym narzędziem kształtowania polityki unijnej – i to w zakresie wykraczającym poza relacje z Pekinem. Berlin podkreśla, że rządowy dokument powinien być traktowany jako część europejskiej odpowiedzi na chińskie wyzwanie i w jego realizacji zamierza konsultować się z partnerami z UE. W dokumencie wezwano np. do: wzmocnienia wspólnego rynku, finalizacji tworzenia unii bankowej i unii rynków kapitałowych, intensyfikacji współpracy technologicznej jako narzędzi ekonomicznych wzmacniających pozycję Europy względem konkurentów globalnych. W strategii zawarto też jednak daleko idące oczekiwania polityczne. Niemcy twierdzą, że problem koordynacji działań wobec Chin wyraźnie pokazuje potrzebę reformy zasad głosowania i zwiększenia zasięgu wykluczającej weto metody większościowej. Ponadto, mając na względzie perspektywę rozszerzenia UE, Berlin oczekuje od państw kandydujących akceptacji wypracowanego na forum unijnym podejścia do Chin.

Pekin był przygotowany na publikację niemieckiej strategii i po pierwszych przeciekach do prasy na jej temat w listopadzie 2022 r. rozpoczął kampanię nakierowaną na złagodzenie stanowiska Berlina. Skoncentrowano ją na naciskach dyplomatycznych (oskarżenie RFN o oczernianie Chin i zimnowojenną mentalność, sformułowane przez MSZ ChRL) i gospodarczych (narracja o nieuniknionej recesji gospodarczej Niemiec w razie wdrożenia de-riskingu). Starano się też wykorzystać różnice w wewnątrzniemieckiej debacie o współpracy z Pekinem. Kanclerza Scholza chińskie media kreowały więc na pragmatycznego polityka oddzielającego spory polityczne od interesów gospodarczych – zarówno jego wizyta w Chinach tuż po XX Zjeździe KPCh, jak i dopuszczenie chińskiego koncernu COSCO do zakupu części udziałów jednego z terminali w porcie w Hamburgu miały dowodzić, że jest on gwarantem stabilnych relacji wzajemnych. Minister Baerbock i wicekanclerz Habeck byli natomiast od miesięcy poddawani otwartej krytyce ze strony chińskich dyplomatów i prasy. Zarzucano im m.in. błędną interpretację zamiarów ChRL oraz proamerykańskość.

Reakcja Pekinu na sam dokument była jednak lakoniczna i stosunkowo koncyliacyjna. Ambasada ChRL w Berlinie, a następnie chiński MSZ zaznaczyły, że ma on wprawdzie podłoże ideologiczne, lecz między Berlinem a Pekinem wciąż jest „więcej pola do współpracy niż do rywalizacji”. Postawa chińskich władz może mieć związek z ich nadziejami na przyciągnięcie niemieckich inwestycji, które pomogłyby stworzyć miejsca pracy i pobudzić transfer technologii, co jest niezbędne do ożywiania gospodarki ChRL po jej rozczarowującym odbiciu po pandemii (...).

Pekin jest świadomy szczególnej roli, jaką odgrywają niemieccy przedsiębiorcy – głównie z kluczowej dla gospodarki RFN branży samochodowej – w wewnątrzniemieckiej debacie o współpracy z ChRL. W swoim dialogu z niemieckim biznesem korzysta więc on z metody „kija i marchewki”. Z jednej strony pozytywnym sygnałem ze strony Pekinu było np. podjęcie przez ministra handlu Wanga Wentao delegacji niemieckich przedsiębiorców (w tym Karla Haeusgena, prezesa Niemieckiego Związku Producentόw Maszyn VDMA, oraz Christiana Kleina, dyrektora generalnego koncernu informatycznego SAP SE) na kilka dni przed publikacją strategii. Z drugiej strony ChRL sygnalizuje, że może użyć przeciw niemieckiemu biznesowi narzędzi nacisku, podobnie jak uczyniła to już w przeszłości, inicjując bojkoty handlowe wobec Australii, Litwy czy Korei Południowej. Pekin dysponuje szeregiem narzędzi oddziaływania na niemieckich przedsiębiorców, począwszy od wykorzystania swej dominującej pozycji w łańcuchach dostaw komponentów dla pojazdów elektrycznych, przez liczne wspólne przedsięwzięcia badawcze, po dostęp do głównego rynku elektromobilności na świecie (...).

osw.waw.pl

Pomimo stopniowego zaostrzania unijnej polityki wobec Chin i świadomości wartości bliskich relacji transatlantyckich w ostatnich miesiącach w UE coraz bardziej widoczne są różnice w tych kwestiach. Takie państwa, jak Francja, Niemcy, Hiszpania i Portugalia obawiają się dalszego zaostrzania polityki Unii wobec Chin i opowiadają się za większą autonomią wobec USA, natomiast państwa wschodniej flanki NATO, m.in. Polska, Czechy, Litwa, Łotwa i Estonia, a także Szwecja, za priorytet uznają współpracę transatlantycką, również w związku z zacieśniającymi się relacjami chińsko-rosyjskimi.

Państwa Europy Zachodniej dążą do utrzymania zysków ekonomicznych ze współpracy z Chinami, a także opowiadają się za większą autonomią Unii wobec USA. Powodem jest – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych – postrzeganie zagrożeń z relacji z Chinami jako niemających charakteru systemowego i niedotyczących unijnego bezpieczeństwa. Oznacza to m.in. przekonanie o zaletach współpracy z Chinami w sprawach globalnych (np. klimatycznych), a przede wszystkim ograniczanie zakresu zmniejszania przez UE zależności gospodarczych od ChRL. Sygnalizował to zarówno prezydent Macron po kwietniowej wizycie w Chinach, kanclerz Niemiec Olaf Scholz po czerwcowych konsultacjach z chińskim premierem oraz przewodniczący RE Charles Michel po rozmowach z szefem rządu ChRL w czerwcu br. Sprzeciwiają się oni najbardziej radykalnym działaniom, przede wszystkim sankcjom wobec przedsiębiorstw z sektora wysokich technologii czy unijnym restrykcjom dotyczącym współpracy europejskich firm z Chinami. Nałożenie wspomnianych ograniczeń miałoby negatywne ekonomicznie konsekwencje, na które UE nie jest obecnie gotowa. W ocenie tych polityków uznanie, że Chiny są jedynie rywalem UE, pogorszyłoby też relacje Unii z Globalnym Południem, dla którego ChRL jest ważnym partnerem. Choć od przemówienia przewodniczącej KE z 30 marca br. o polityce UE wobec Chin dominującym w Unii podejściem jest tzw. derisking, czyli zmniejszanie powiązań z ChRL w najbardziej newralgicznych sektorach, część państw niechętnych rozluźnianiu relacji z Chinami stara się rozmyć jego znaczenie. Przykładowo kanclerz Niemiec sugeruje (podobnie jak premier ChRL), aby to firmy, a nie państwa podejmowały decyzje o ograniczaniu zależności od Chin.

Dla państw wschodniej flanki NATO priorytetem jest utrzymanie obecności wojskowej USA w Europie oraz przekonania o konieczności rozbudowy potencjałów obronnych państw UE w sytuacji możliwego przeniesienia uwagi i zasobów amerykańskich sił zbrojnych na Indo-Pacyfik. Litwa i Czechy postulują nawet modyfikację unijnej polityki wobec Chin. Chcą, by ChRL określać jedynie mianem systemowego rywala, odrzucając tym samym postrzeganie tego państwa jako partnera i konkurenta. Polityka zacieśniania współpracy transatlantyckiej w Azji jest częściowo popierana przez KE, czego wyrazem było np. bardziej zdecydowane wsparcie dla Tajwanu wyrażone w oświadczeniu po piątej sesji konsultacji UE–USA ds. Indo-Pacyfiku w czerwcu br. Gotowość Unii do zacieśniania współpracy m.in. w dziedzinie sztucznej inteligencji czy dezinformacji potwierdziła też majowa sesja unijno-amerykańskiej Rady ds. Handlu i Technologii.

Różnice między państwami członkowskimi dotyczące percepcji Chin oraz wagi relacji transatlantyckich utrudniają dalsze zaostrzanie stanowiska Unii. Świadczą o tym unijne inicjatywy, które napotkały opór części członków UE, np. apel wystosowany przez KE o usunięcie chińskich firm z unijnej infrastruktury 5G. Ponadto, choć chińskie firmy znalazły się na projektowanej liście sankcyjnej jedenastego pakietu sankcji wobec Rosji – za wsparcie jej w omijaniu dotychczasowych restrykcji, finalnie decyzją całej RE zostały jednak z niego wyłączone. Gotowość do współpracy z ChRL w kwestiach globalnych znalazła również odzwierciedlenie w oświadczeniu po czerwcowym szczycie Rady Europejskiej.

 W optyce ChRL aktywizacja dyplomatyczna w relacjach z Unią i jej państwami członkowskimi osiągnęła cel, czyli utrzymała różnice zdań w unijnej debacie i niespójne działania Komisji Europejskiej wobec Chin. Szczególnie korzystne z punktu widzenia ChRL jest publicznie dystansowanie się części państw europejskich od koncepcji, że Chiny są zagrożeniem dla porządku międzynarodowego, a w związku z tym brak zgody na przyjęcie przez UE niektórych postulatów USA, np. kolejnych sankcji wobec chińskich podmiotów. Taka polityka będzie przez Chiny kontynuowana, m.in. wykorzystają objęcie w lipcu br. prezydencji w Radzie UE przez Hiszpanię, która sprzyja stonowanemu podejściu do ChRL.

Polityka UE daje ChRL nadzieję na ograniczenie negatywnych skutków deriskingu, a tym samym – strat własnego potencjału ekonomicznego. Utrzymanie zależności państw członkowskich od Chin jest także cennym narzędziem z punktu widzenia ewentualnych chińskich planów eskalacyjnych, np. wobec Tajwanu. Osłabienie więzi USA z częścią członków UE mogłoby też wpłynąć negatywnie na ich wspólne działania wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę, które dotychczas stanowią czynnik odstraszający ChRL przed agresywnymi posunięciami w Azji.

Dla Europy Środkowej kluczowe jest utrzymanie postulatu zmiany polityki Chin wobec Rosji jako warunku ożywienia współpracy Unii z nimi, która powinna odbywać się w koordynacji z USA. Ważna jest także rezygnacja Unii ze współpracy z ChRL w zakresie infrastruktury krytycznej, bezpieczeństwa i sektorów strategicznych, przy utrzymaniu relacji handlowych w innych obszarach. Dla Polski ważnym elementem wzmacniania relacji transatlantyckich w UE jest ponadto przyciąganie nowoczesnych inwestycji (w tym amerykańskich czy tajwańskich), służących także jako dowód na stabilność państwa w sytuacji wojny na Ukrainie. Znaczenie ma również rozwijanie współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z krajami Indo-Pacyfiku (np. Koreą Południową) oraz przekonywanie innych państw UE do wzmacniania potencjału obronnego Unii jako europejskiego filaru NATO.

pism.pl

– Unijny rynek bateryjny pozostaje niewielki w porównaniu z chińskim czy amerykańskim, co budzi obawy obawy, że Unia Europejska swoją zależność od paliw kopalnych z Rosji może zastąpić uzależnieniem od surowców i baterii z Chin – pisze Energy Monitor, odnosząc się do przyjętych w tym miesiącu przez władze UE przepisów.

Nowe rozporządzenie zastępuje dyrektywę ws. baterii, która obowiązywała od 2006 r., a jego zapisy mają wdrożyć w tym kluczowym dla transformacji energetycznej sektorze zasady gospodarki o obiegu zamkniętym. Dotyczy to całego cyklu życia produktu – od projektowania po przetwarzanie odpadów.

Przepisami będą objęte wszystkie baterie – do urządzeń przenośnych, pojazdów elektrycznych, samochodów i maszyn, czy też coraz popularniejszych elektrycznych rowerów i hulajnóg. Producenci będą zobowiązani do zbierania zużytych baterii z urządzeń przenośnych (63 proc. do końca 2027 r. i 73 proc. do końca 2030 r.), a także z lekkich środków transportu (51 proc. do końca 2028 r. i 61 proc. do końca 2031 r.).

Kluczowe są też przepisy dotyczące odzyskiwania litu, które ustalono na poziomie 50 proc. do końca 2027 r. i 80 proc. do końca 2031 r. Przewidziano jednak możliwość rewizji tych celów w zależności od postępów rynkowych i technologicznych, a także dostępności tego surowca.

Jeśli chodzi o wykorzystanie materiałów z recyklingu w bateriach przemysłowych, a także do pojazdów i maszyn, docelowe poziomy wynoszą 16 proc. kobaltu, 85 proc. ołowiu, 6 proc. litu i 6 proc. niklu. Baterie będą musiały posiadać dokumentację poświadczającą zawartość materiałów z recyklingu.

Przewidziano też m.in., że do 2027 r. użytkownicy końcowi powinni móc usuwać i wymieniać baterie przenośne wmontowane do urządzeń przenośnych, czyli choćby telefonów komórkowych. Wprowadzono także wymogi informacyjne i zasady dotyczące etykietowania, m.in. w odniesieniu do komponentów baterii i zawartości materiałów z recyklingu (do 2026 r.), a także „paszport” baterii i kod QR (do 2027 r.).

Rozporządzenie zostało przyjęte przez państwa członkowskie niemal jednogłośnie – od głosu wstrzymały się tylko Słowenia i Bułgaria. Energy Monitor wskazuje, że nowe prawo ma zapewnić Europie najbardziej zielone baterie na świecie, ale pozostaje pytanie, na ile skuteczne okażą się ono w zmniejszaniu zależności od importu spoza UE.

Jak na razie pozytywne głosy popłynęły ze strony europejskiej branży bateryjnej. Stowarzyszenie RECHARGE oceniło, że przepisy pomogą wesprzeć zarówno konkurencyjność (ograniczając import niskiej jakości produktów), jak i cele związane z dążeniem do neutralności klimatycznej i zrównoważonego rozwoju.

Również BEUC, europejskie zrzeszenie organizacji konsumenckich, przyjęło przepisy z zadowoleniem, wskazując, że wady baterii należą do najczęściej zgłaszanych problemów przez konsumentów – zwłaszcza w przypadku elektroniki użytkowej, takiej jak telefony komórkowe.

Działania, które podejmuje UE, nie dziwią też w kontekście tego, że recykling baterii staje się kolejnym obszarem globalnej rywalizacji gospodarczej. Jednak w tym wyścigu zawsze na lepszej pozycji są ci, którzy poza kijem oferują także marchewkę. Taką natomiast daje amerykańska ustawa o redukcji inflacji (IRA), która pompuje setki miliardów dolarów wsparcia dla inwestycji zielone technologie.

– W USA zużyte baterie pojazdów elektrycznych zamieniają się w złoto dzięki subsydiom – analizuje Reuters. Według IRA surowce z baterii poddanych recyklingowi w USA są traktowane jako lokalne – niezależnie od pierwotnego miejsca pochodzenia. To natomiast jest kluczowe dla producentów samochodów, gdyż wykorzystywanie lokalnych surowców stanowi podstawę do kwalifikowania pojazdów jako uprawnionych do dopłat.

IRA oferuje też wsparcie dla inwestycji w recykling baterii, co sprawia, że w ostatnich miesiącach ogłoszono już kilka dużych projektów. Przykładem jest Redwood Materials, który na budowę kompleksu recyklingu i regeneracji materiałów akumulatorowych w Nevadzie otrzymał 2 mld dolarów rządowej, preferencyjnej pożyczki.

Amerykańskie władze chcą zmniejszyć zależność od Chin, które nie tylko dominują w pozyskiwaniu i przetwórstwie metali potrzebnych do produkcji baterii, ale też praktycznie nie mają żadnej konkurencji w ich recyklingu. Według firmy badawczej EMR obecnie Chińczycy odpowiadają za prawie cały ten rynek, którego wartość w ubiegłym roku wynosiła ok. 11 mld dolarów, a w 2028 r. może osiągnąć 18 mld dolarów.

Reuters zwraca uwagę, że rosnące zapotrzebowanie na odzysk surowców bateryjnych może skutkować tym, że starsze samochody elektryczne w bogatych krajach – w przeciwieństwie do spalinowych – zamiast być sprzedawane do biedniejszych państw będą trafiać do zakładów recyklingu.

Niektórzy producenci elektryków już podejmują działania, aby zachować kontrolę nad surowcami, które stosują w swoich pojazdach. Przykładowo Nissan w Japonii rozwija wynajem samochodów, a Nio w Chinach wynajmuje klientom baterie, by móc zachować prawo do ich własności.

Wprowadzane w UE minimalne ilości litu, kobaltu i niklu pochodzące z recyklingu w bateriach pojazdów elektrycznych to także sygnał dla europejskich koncernów. Thomas Becker, szef ds. zrównoważonego rozwoju w BMW, cytowany przez Reutersa, podkreślił, że wartość surowców uczyni recykling baterii opłacalnym, ale wyzwaniem będzie zatrzymanie ich w Europie.

Czy to wszystko ma jednak szanse powodzenia? – Łańcuch dostaw dla baterii, który wyklucza Chiny, wydaje się niemożliwy – ocenia „The Economist”.

Globalna sprzedaż samochodów elektrycznych wzrosła pięciokrotnie w latach 2019-2022, przekraczając w ubiegłym roku 10 mln sztuk. Podaż minerałów potrzebnych do produkcji baterii litowo-jonowych musi rosnąć co roku o jedną trzecią w ciągu tej dekady, aby zaspokoić szacowany globalny popyt.

Prawie połowa litu wyprodukowanego w 2022 r. pochodziła z Australii, 30 proc. z Chile i 15 proc. z Chin. W przypadku niklu Indonezja odpowiadała w ubiegłym roku za 48 proc. światowej produkcji. Kolejne 10 proc. stanowiły Filipiny, a 5 proc. Australia.

Jednak to przetwórstwo surowców jest prawdziwą sztuką, którą opanowali Chińczycy. Według szacunków Państwo Środka przetwarza ok. 3/4 światowego wydobycia niklu oraz ok. 2/3 litu. Nawet jeśli produkcja odbywa się poza granicami Chin, to wywodzące się z nich firmy mają w niej dominujący udział.

Dlatego – mimo kontrowersji – Ford postanowił w wartą 3,5 mld dolarów fabrykę w Michigan zainwestować wspólnie z chińskim koncernem CATL, który jest największym producentem baterii na świecie. Grupa produkuje ponad jedną trzecią akumulatorów do pojazdów elektrycznych na świecie.

„The Economist” podkreśla, że chińskie firmy dominują również w produkcji części do akumulatorów, z udziałami wynoszącymi od 50 do 70 proc. Dalsze pozycje zajmują firmy z Korei Południowej i Japonii. Dlatego nawet jeśli USA uda się zabezpieczyć wystarczającą ilość surowców spoza chińskich źródeł, to będą potrzebowały masowych inwestycji koreańskich i japońskich koncernów, które posiadają odpowiedni know-how.

W ocenie „The Economist” rozbudowa łańcucha dostaw na potrzeby elektromobilności, aby mógł on zaspokoić potrzeby związane z globalnym popytem na samochody elektryczne, to jedno z największych przemysłowych wyzwań, które kiedykolwiek podjęto.

Jednocześnie zasoby już teraz są mocno ograniczone, więc rosnące potrzeby będzie trudno zaspokoić bez udziału Chin. Zwłaszcza, jeśli Europa czy USA stawiają sobie ambitne cele dotyczące celów klimatycznych.

– Jak Chiny pokonały wszystkich, by zostać światowym liderem elektromobilności – na to pytanie natomiast odpowiada Bloomberg, który wskazuje, że działania podejmowane obecnie przez rządy w USA czy Europie są stosowane w Chinach już od wielu lat. To natomiast pozwoliło tamtejszy rynek uczynić największym zarówno pod względem sprzedaży samochodów elektrycznych, jak i pod kątem przemysłu i technologii.

W ubiegłym roku elektryki stanowiły 1/4 wszystkich sprzedanych samochodów osobowych w Chinach. Dla porównania w USA ten udział wyniósł 1/7, a w Europie 1/8. HSBC szacuje, że do 2030 r. samochody elektryczne w drugiej co do wielkości gospodarce świata będą odpowiadały za 90 proc. sprzedaży.

Łącznie z hybrydami typu plug-in w 2022 r. nabywców znalazło tam blisko 5,7 mln pojazdów. To ponad połowa światowego popytu. Jednocześnie chińskie marki elektryków odpowiadają za około połowę globalnej sprzedaży.

Natomiast w pierwszym kwartale tego roku Volkswagen po raz pierwszy od 15 lat stracił pozycję lidera sprzedaży w Chinach. Wyprzedził go tamtejszy BYD, który osiągnął to właśnie dzięki pojazdom elektrycznym.

Oczywiście Chiny mają też największą sieć publicznych ładowarek – według stanu na koniec maja tego roku było ich prawie 6,4 mln, a tylko w ubiegłym roku powiększyła się ona o ok. 650 tys. nowych punktów. Ponad 70 proc. wszystkich nowych ładowarek oddanych do użytku na świecie w 2022 r. przypadło właśnie na Państwo Środka.

Nic nie nie dzieje się jednak bez przyczyny. Bloomberg wyjaśnia, że chińskie władze od wielu rozwijały rynek przez marchewki dla konsumentów (dopłaty i ulgi podatkowe) oraz producentów (wsparcie dla inwestycji), a także poprzez infrastrukturę do ładownia pojazdów.. Wiele samorządów przestawiło też swój transport publiczny oraz podległe jednostki na elektryki, co pozwala stabilizować branżę, gdyż przykładowo BYD produkuje również autobusy.

Są też oczywiście kije, związane chociażby z rugowaniem samochodów spalinowych w największych miastach. W Pekinie czy Szanghaju tablice rejestracyjne dla spalinówek można wygrać w loterii lub kupić na aukcji, a elektryka można bez problemu zarejestrować.

Z kolei producenci samochodów, które są najbardziej paliwożerne, otrzymują negatywne oceny, które muszą równoważyć certyfikatami nabywanymi od producentów samochodów elektrycznych. Pojazdy z najgorszą oceną mogą zostać wycofane z rynku.

wysokienapiecie.pl