czwartek, 10 sierpnia 2023


Dywersantów do przyszłej wojny partyzanckiej przygotowywano w specjalnych ośrodkach szkoleniowych, które według danych polskiego wywiadu znajdowały się w Mińsku, Orszy i Smoleńsku. Kadra oficerska była wybierana spośród dowódców kadrowych Armii Czerwonej, którzy mieli doświadczenie bojowe, a także z doświadczonych politruków i czekistów. Trzon oddziałów dywersyjnych formowano i zbrojono na terytorium sowieckiej Białorusi, a po przejściu specjalnego szkolenia przerzucano na terytorium Polski przez specjalne „okna” na granicy.

Sowieccy dywersanci, kreując wizerunek ludowych mścicieli, zabijali policjantów i atakowali posterunki, rabowali pociągi pasażerskie, wykolejali pociągi towarowe, wysadzali parowozy i mosty, palili posiadłości ziemskie, dokonywali nalotów na więzienia w celu uwolnienia towarzyszy broni oraz rabowali poczty i banki w celu uzyskania środków na „walkę wyzwoleńczą”. W miarę możliwości dywersanci organizowali w wioskach zgromadzenia, gdzie wzywali miejscowych chłopów do wystąpienia przeciwko polskim panom.

We wschodniej części województwa poleskiego i południowej województwa nowogródzkiego i wileńskiego operowały sowieckie oddziały partyzanckie pod dowództwem

Cyryla Orłowskiego i Stanisława Waupszasowa. Już latem 1922 roku o „partyzantach białoruskich” mówiono w całej Polsce. Wtedy to oddział Orłowskiego w rejonie Puszczy Białowieskiej zniszczył posterunek policji, a także zajął i spalił majątek Dobre Drzewo.

Od 15 czerwca do 6 sierpnia 1922 roku na terenie powiatów grodzieńskiego i ilickiego przeprowadzono łącznie dziewięć operacji bojowych, w wyniku których bolszewiccy dywersanci zniszczyli trzy posiadłości ziemskie, spalili pałac księcia Druckiego-Lubieckiego i wysadzili w powietrze dwa parowozy na wąskotorówce. Ponadto na linii kolejowej Wilno–Lida został zniszczony most kolejowy, a także znaczna część drogi. 14 października 1922 roku „goście ze wschodu” zaatakowali majątek Struga w powiecie stolińskim, zabijając polskich policjantów.

Działalność bolszewickich dywersantów nasiliła się w 1923 roku. W nocy z 19 na 20 maja grupa 30 partyzantów dokonała nalotu na posterunek policji w Czuczewicach w powiecie łuninieckim.

27 sierpnia dywersanci przeprowadzili operację w miejscowości Telechany w powiecie kossowskim, w wyniku której zginęło dwóch policjantów i wójt.

W 1924 roku ataki na majątki, posterunki policji, a zwłaszcza pociągi stały się bardziej zuchwałe i częstsze. W nocy z 18 na 19 lipca dywersanci z BSSR zorganizowali nalot na miejscowość Wiszniewo w powiecie wołożyńskim. W walce z napastnikami zginął komendant powiatowy policji, komisarz Włodzimierz Łopaciński.

Najbardziej znana akcja miała miejsce w Stołpcach. W nocy z 3 na 4 sierpnia około 100 sowieckich dywersantów otoczyło wspomnianą miejscowość ze wszystkich stron i uwolniło z miejscowego więzienia komunistycznych przywódców.

11 września w rejonie wsi Zasulje powiatu stołpeckiego dywersanci zaatakowali i okradły grupę podróżnych, uprowadzając jednego żandarma i jednego cywila. Władze polskie zorganizowały pościg i schwytały czterech bandytów. Okazało się, że wzięci przez bolszewików do niewoli „żandarm” i cywil byli pracownikami polskiego wywiadu.

13 września 1924 roku siedmioosobowy oddział dywersantów z sowieckiej Białorusi zaatakował sklep Jana Krasowskiego w Łunińcu i obrabował go. Kilka dni później polscy policjanci złapali jednego z napastników. Tego samego dnia złodzieje zaatakowali folwark Grabowszczyzna w powiecie nowogródzkim.

15 września nieznani sprawcy na drodze z Trab do Juratyszek zamordowali właściciela majątku Bastuny nazwiskiem Sikorski (imię nieznane).

19 września w rejonie Wilejki oddział bolszewicki schwytał dwóch policjantów, których wymieniono później na wziętego do niewoli przez Polaków komisarza bolszewickiego.

24 września dywersanci zaatakowali folwark Józefów pod Pińskiem i zamordowali jego administratora. Dwóch innych cywilów zostało rannych. Tego samego dnia partyzanci podpalili las przy drodze między Mołodecznem w kierunku Wiazynki. W rezultacie zniszczono 10 ha lasu.

Od kwietnia do listopada 1924 roku oddziały „wywiadu aktywnego” przeprowadziły w Polsce wschodniej co najmniej 89 operacji bojowych na dużą skalę w celu destabilizacji sytuacji. Według analityków Drugiego Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego na Polesiu, w Nalibockiej, Białowieskiej i Grodzieńskiej puszczy, a także na terenie Wileńszczyzny w tym okresie działało 5–6 tysięcy dywersantów wywiadu aktywnego.

W Warszawie zdawano sobie sprawę, że w lasach białoruskich ukrywają się nie zbuntowani chłopi, ale dobrze wyszkoleni wywiadowcy wojskowi, przeszkoleni w taktyce prowadzenia walki partyzanckiej. W sierpniu 1924 roku Rada Ministrów pod przewodnictwem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego podjęła decyzję o utworzeniu nowej służby do ochrony polskiej granicy wschodniej. 12 września Ministerstwo Spraw Wojskowych uchwaliło powołanie Korpusu Ochrony Pogranicza.

1 listopada 1924 roku KOP objął pod ochronę odcinek granicy radziecko-polskiej na terenie województw wileńskiego i nowogródzkiego. Od kwietnia 1925 roku jednostki korpusu obsadziły granicę w województwie Poleskim. Ponadto na terenie północno-wschodnich województw II Rzeczypospolitej wzmacniały się garnizony Wojska Polskiego. W okresie od kwietnia 1921 do kwietnia 1924 roku na granicy polsko-radzieckiej odnotowano 259 nielegalnych przekroczeń granicy dokonanych przez dywersantów wywiadu Armii Czerwonej.

Na początku 1925 roku kierownictwo Komendantury Głównej Policji Państwowej poinformowało Ministerstwo Spraw Wojskowych, że „gangi dywersyjne na terytorium Związku Radzieckiego łączą się w celu przeprowadzenia wspólnych operacji i przekształcają się w grupy po 500 osób, uzbrojone nie tylko w karabiny maszynowe, ale także w armaty polowe”. Wkrótce jednak doszło do wydarzenia, które położyło ostateczny kres wywiadowi aktywnemu na terenie północno-wschodnich województw Polski.

W nocy z 7 na 8 stycznia 1925 roku oddział bolszewickich dywersantów, przyciśnięty przez kopistów do granicy, przedarł się na terytorium ZSRR, rozbijając przy tym sowiecką placówkę graniczną w miejscowości Jampol. Napastnicy byli ubrani w polskie mundury wojskowe, więc sowieccy strażnicy graniczni uznali, że ataku dokonały polskie jednostki regularne. Niepokojąca wiadomość o walce na granicy dotarła do Charkowa, a stamtąd do Moskwy. 8 stycznia 1925 roku odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Biura Politycznego. Podczas dyskusji wystąpił narkom spraw zagranicznych Grigorij Cziczerin, jego zastępca Maxim Litwinow i zastępca przewodniczącego Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny (OGPU) Wieczysław Menżyński. W rezultacie powołano specjalną komisję do zbadania „incydentu w Jampolu”. Polakom z kolei przekazano notatkę, w której zaznaczono, że „strona radziecka jest gotowa do pokojowego rozwiązania incydentu”.

Najwyższe kierownictwo radzieckie ostro skrytykowało działanie wywiadu Armii Czerwonej. W lutym 1925 roku specjalna komisja przedstawiła Biuru Politycznemu projekt uchwały, w którym zaznaczono: „Wywiad aktywny w tej jego formie (organizacja łączności, zapewnienie i kierowanie oddziałami dywersyjnymi na terenie Polski) – zlikwidować. Żaden kraj nie powinien mieć naszych aktywnych grup bojowych, które dokonują aktów bojowych i otrzymują od nas bezpośrednio środki, wskazówki i rozkazy”.

W rezultacie wywiad aktywny w Polsce wschodniej został zlikwidowany. W czerwcu 1925 roku rozpuszczono oddział Waupszasowa. W tym samym roku do ZSRR wrócił również Orłowski. Korzystając z zamieszania w szeregach bolszewickich dywersantów władze polskie podjęły z nimi walkę. W ciągu 1925 roku tylko na terenie województwa Nowogródzkiego aresztowano 1400 osób.

(...)

new.org.pl

środa, 9 sierpnia 2023


– Wiosną 2022 r. Alaksandr Łukaszenka zakładał, że będzie to krótka, szybka wojna. Trzy-cztery dni, może tydzień, Ukraina w rozsypce, armia się poddaje, a ludność z kwiatami – mniej lub bardziej entuzjastycznie - wita rosyjską armię. I, być może, białoruską, która skromnie za nią maszeruje – mówi Kłysiński. – Myślę, że można przyjąć, że właśnie takie było podejście białoruskiego polityka, sądząc po tym, co wówczas mówił i robił – dodaje.

Być może Łukaszenka myślał wówczas, że po takiej "zwycięskiej akcji" Zachód będzie gotów zacząć z nim rozmawiać, tak samo jak z Rosją, bo nie będzie miał wyjścia.

– Jak jest dzisiaj, po półtora roku trwania wojny? Łukaszenka chce przetrwać. Jest zdezorientowany, zmęczony, choć oczywiście inaczej niż my wszyscy. On chciałby, żeby wojna rozstrzygnęła się możliwie korzystnie dla Rosji, ponieważ on "trzyma się na Putinie". Liczy na jakiś, może zgniły, może połowiczny pokój, przerwanie działań zbrojnych. Na sytuację, która otworzy mu jakieś pole do działania w relacjach z Zachodem, która pozwoli być może stopniowo znosić sankcje. I odsunie ciągle jednak wiszącą nad Białorusią groźbę, że jej granica z Ukrainą może się stać granicą wojenną – ocenia analityk.

– Nie wierzę też za bardzo w to, że Łukaszenka chciałby jakiegoś konfliktu na polsko-białoruskiej granicy, na granicy z Litwą czy z Łotwą. Odpowiada mu kryzys migracyjny i podtrzymuje go, ale to nie są starcia zbrojne – mówi.

– Łukaszenka już jest w konflikcie z Zachodem – krytykuje, ujada, grozi. W mojej opinii na pogłębieniu tego Rosja nie skorzysta, a może wystawić Białoruś na ryzyko. To nie jest przecież kraj z dużym potencjałem wojskowym. On (Łukaszenka) będzie zachód oskarżał i będzie agresywny retorycznie, ale jakiejś większe prowokacje, grożące wybuchem konfliktu zbrojnego byłyby w mojej opinii irracjonalne i szalone – dodaje.

Jak mówi Kłysiński, przebieg wojny na Ukrainie "zupełnie Łukaszenkę zaskoczył".

– Jest w trudnej sytuacji. Poparł agresję i stał się współagresorem. Jedynym jego "sukcesem" było to, że udało mu się uniknąć bezpośredniego wkroczenia do działań zbrojnych armii białoruskiej. Moim zdaniem wynika on nie tyle z jego "heroicznego" oporu, ale raczej z tego, że Putin nie widział w tym większej zasadności – uważa analityk OSW.

Ekspert zwraca uwagę, że "Rosjanie wykorzystali wszystkie atuty Białorusi poza jej armią, która akurat nie jest najmocniejszym punktem – terytorium, bazy wojskowe, poligony, infrastrukturę drogową i kolejową, diesel dla samochodów i czołgów, szpitale wojskowe, całe tyły, zaplecze, które pozwoliło w pierwszej fazie wojny zaatakować Ukrainę od północy, a potem podtrzymywać potencjalne zagrożenie ponownym uderzeniem na tym kierunku".

– Największą porażką Łukaszenki w tym okresie było to, że dał się wciągnąć w tę wojnę, której, jak z czasem zapewne zrozumiał, Rosja nie jest w stanie jednoznacznie wygrać. Chociaż wciąż nie wiemy, czy może ją jednoznacznie przegrać. W efekcie spalił wszystkie te nieliczne i kruche mosty z Zachodem, które jeszcze istniały do początku pełnoskalowej wojny – zaznacza rozmówca PAP.

Łukaszenka doprowadził do domknięcia sankcji, które zostały wprowadzone przed wojną – w reakcji na sfałszowanie wyborów i późniejsze masowe represje. – Całkowicie utracił rynki zachodnie, jeśli chodzi o eksport. Eksport nawozów został odcięty już wcześniej, ale po rozpoczęciu wojny doszły do tego inne ważne pozycje – drewno i wyroby z drewna, wyroby stalowe, metalowe, gumowe. Bardzo ważną konsekwencją było pogrzebanie stosunków białorusko-ukraińskich. O tym się dużo nie mówiło, ale przed wojną, mimo wydarzeń na Białorusi w 2020 r., eksport białoruski na Ukrainę (za 2021 r.) wynosił ponad 5 mld dolarów. To była żyła złota dla gospodarki białoruskiej – zauważa Kłysiński.

Rosja jest teraz jeśli nie wyłącznym, to "bardzo dominującym partnerem Białorusi". – Szacuje się, że ok. 70 proc. obrotów handlowych przypada na ten kraj. Jest to główny rynek eksportowy, w zasadzie jedyny hub dla transportu, tranzytu towarów na dalsze rynki. Bez rosyjskich portów i kolei białoruska gospodarka się dusi. Ukraińska granica jest zaminowana i zryta okopami, na polskiej, litewskiej i łotewskiej obowiązuje embargo – przypomina ekspert.

Mówiąc o sytuacji wewnątrz Białorusi, analityk zwraca uwagę, że jest praktycznie niemożliwe pozyskanie pełnej informacji o nastrojach i poglądach społeczeństwa. Nie ma także możliwości oceny, jak na jego "stan umysłu" wpływa propaganda.

– A ten wpływ na pewno jest. Myślę, że mocno się zdziwimy, kiedy w przyszłości granice się otworzą i będzie można to ocenić. Nasza wiedza jest fragmentaryczna. Informacje pochodzą z jednej strony od propagandy Łukaszenki, które są bardzo wypaczone. Z drugiej, tej niezależnej strony, związanej z białoruskim społeczeństwem obywatelskim, informacje też są niepełne, ale z powodu braku całościowych badań, dostępu do izolowanego społeczeństwa – dodaje rozmówca PAP.

– Nawet w tych cząstkowych niezależnych badaniach widać, że propaganda zbiera swoje żniwo, dokonuje erozji świadomości. Jest problem z dostępem do niezależnych źródeł i nie chodzi tylko o to, że wszystkie wolne media zostały zlikwidowane, ale o to, że ludzie boją się korzystać z alternatywnych źródeł (np. w Internecie) z powodu represji. Za czytanie mediów opozycyjnych grozi kara, jest to uważane za ekstremizm. Główną narrację w białoruskiej przestrzeni informacyjnej stanowi rosyjski i reżimowy punkt widzenia – zaznacza.

– W białoruskim społeczeństwie głęboko zakorzeniony jest jednak ten rys pokojowy, głęboki strach przed skutkami wojny - trumnami mężów, ojców, synów, narzeczonych. On sprawia, że propaganda nie może tak szybko zmienić nastawienia do udziału w wojnie – dodaje Kłysiński.

PAP

Od lipca ubiegłego roku do kwietnia tego roku państwowa firma United Mining and Chemical Company (UMCC) wyeksportowała 82 200 ton rudy zawierającej tytan. Według danych otrzymanych od źródeł w przemyśle tytanowym znaczna część tej produkcji dotarła do Rosji, informuje RBK-Ukraina.

W szczególności partie koncentratu tytanu sprzedawano firmom pośredniczącym z Polski, Węgier, Czech i Słowacji, których założycielami są obywatele Federacji Rosyjskiej współpracujący z Rosją. Na przykład w lipcu, sierpniu i wrześniu 2022 roku UMCC dostarczyła tysiące ton koncentratu węgierskiej firmie Sic Luceat Lux KFT, której założycielami są urodzeni na Krymie Oleksandr i Switlana Muradyan. Jak piszą, są to prawdopodobnie osoby podstawione.

Odbiorcami surowców w latach 2021-2022 były Redmetkoncentrat LLC (Moskwa), Nerudnaja Kompanija LLC (Biełgorod), Minko Rus LLC (Biełgorod) i inne firmy rosyjskie. Tak więc firma jest oczywistą rosyjską spółką fikcyjną, a państwowe przedsiębiorstwo firma UMCC nie może o tym nie wiedzieć.

Firma UMCC stanowczo odrzuca oskarżenia.

"Od lutego 2023 roku przedsiębiorstwo wzmocniło politykę kontroli procedur eksportowych i zmieniło podejście do współpracy z odbiorcami. W szczególności łańcuch dostaw, użytkownicy końcowi oraz kontrola użytkowania produktów są wyraźnie i ściśle nadzorowane nie tylko przez pracowników firmy, ale także przez przedstawicieli organów ścigania. Eksport koncentratu ilmenitu (żelaziak tytanowy) do konsumenta końcowego odbywa się wyłącznie w obecności upoważnionych przedstawicieli organów ścigania, co już wyklucza wszelkie próby dostarczenia produktów osobom trzecim. Ponadto potencjalni nabywcy koncentratu ilmenitu poddawani są szeregowi wstępnych kontroli przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy i inne instytucje rządowe, aby ukraińskie produkty nie dostały się w ręce wroga" — czytamy w komunikacie UMCC, który pojawił się w odpowiedzi na śledztwo.

Według dziennikarzy RBK-Ukraina sytuacja jest jeszcze bardziej rażąca w przypadku innego przedsiębiorstwa — Zaporoskiego Kombinatu Tytanowo-Magnezowego, które wcześniej należało do oligarchy Dmytra Firtasza. Jednak w 2021 roku przeszło na własność państwa.

W przeciwieństwie do UMCC sprzedawało na eksport nie tylko surowce, ale także gotowe produkty — gąbkę tytanową, wlewki tytanowe, tetrachlorek tytanu, żużel tytanowy. W 2022 roku zakład prawie nie działał, ale wyprzedał produkty, które były w magazynach. Sprzedano około dwóch tysięcy ton wyrobów tytanowych za łączną kwotę 276,6 mln hrywien.

Kupowały je m.in. firmy z Czarnogóry, Austrii, Litwy, Czech, które są związane z Rosją i mają rosyjskich założycieli. W szczególności nabywcą tetrachlorku była firma Nadezda Invest, zarejestrowana w Budwie w Czarnogórze. Gąbkę tytanową kupiła austriacka firma LL-Resources, której dyrektorem jest obywatel Rosji Anatolij Zajcew z Petersburga. A żużel tytanowy sprzedano w sierpniu 2022 r. czeskiej firmie Cytleon, której współzałożycielem jest zarejestrowany w Moskwie obywatel Rosji Leonid Cytlionok.

Ukraina posiada duże rezerwy rudy tytanu. Według obliczeń państwowego United Mining and Chemical Company, w kraju skoncentrowane jest 20 porc. wszystkich światowych rezerw tego surowca.

ukrayina.pl

Nocą z 5 na 6 sierpnia Rosjanie przeprowadzili atak na lotniska Starokonstantynów (obwód chmielnicki) – główną bazę ukraińskich bombowców taktycznych Su-24M przystosowanych do przenoszenia pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP – oraz Dubno (obwód rówieński). Łącznie w trzech falach ataku agresor wykorzystał 70 rakiet i dronów kamikadze, w tym trzy pociski hipersoniczne Kindżał. Dowództwo Sił Powietrznych podało, że zestrzelono 17 z 20 rakiet Kalibr i 13 z 20 Ch-101/Ch-555 oraz wszystkich 27 bezzałogowców Shahed-136/131. Poza infrastrukturą lotniskową zniszczony miał też zostać elewator zbożowy w rejonie Starokonstantynowa.

5 sierpnia pięć wrogich rakiet uderzyło w Zaporoże i pobliską Komyszuwachę, a następnego dnia – nieznana liczba pocisków z systemów S-300 w Charków. 7 sierpnia celem był rejon synelnykowski w obwodzie dniepropetrowskim, a następnie Pokrowsk i okolice Kramatorska w obwodzie donieckim. W Pokrowsku zniszczony został budynek lokalnego MSW, a większość ofiar (do rana 8 sierpnia liczba zabitych wzrosła do siedmiu, a rannych do 81) stanowili pracownicy urzędu i funkcjonariusze. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego przeciwnik wykorzystał tej doby łącznie siedem pocisków, a prokuratura informowała o użyciu w Pokrowsku rakiet Iskander.

6 sierpnia Ukraińcy po raz kolejny uderzyli w most Czongarski (potwierdzono trafienie w środkową część nawierzchni) oraz most nad Cieśniną Geniczeską, łączący Geniczesk z Mierzeją Arabacką (rezultatem były uszkodzenie nawierzchni oraz pożar gazociągu zaopatrującego miasto). Administracja okupacyjna powiadomiła o zamknięciu mostu Czongarskiego dla ruchu cywilnego od 8 sierpnia (po ataku 22 czerwca remont trwał dwa tygodnie, w tym czasie przeprawa odbywała się mostem pontonowym), a na tym nad Cieśniną Geniczeską wprowadzono ruch wahadłowy. Najeźdźcy informowali o zniszczeniu dwóch z czterech pocisków Storm Shadow w rejonie mostu Czongarskiego oraz 9 z 12 pocisków, których typu nie podano, w okolicach Geniczeska. 6 sierpnia agresor doniósł także o kolejnej nieudanej próbie ataku drona kamikadze na Moskwę.

Późnym wieczorem 4 sierpnia w ataku ukraińskich nawodnych dronów kamikadze 30 mil na południe od mostu nad Cieśniną Kerczeńską uszkodzony został nieduży (o nośności 6619 ton) zbiornikowiec żeglugi lokalnej „Sig”. Zgodnie z częścią źródeł jeden z bezzałogowców uderzył w bonę osłaniającą podejście do mostu, na którym okresowo wstrzymano ruch. Według zebranych przez Interfax-Ukrajina doniesień monitoringu morskiego Marine Traffic wskutek rosyjskich ataków na porty w delcie Dunaju liczba zachodzących do nich statków zmniejszyła się 2–5-krotnie. Liczba jednostek w Izmaile spadła ze 120 do 48, a oczekuje się przybycia 22. Z kolei w Reni z 58 statków pozostało 12, a oczekuje się dziewięciu. Po wycofaniu się Rosji z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej nie wznowiły dotychczas pracy porty tzw. Wielkiej Odessy.

5 sierpnia siły rosyjskie zajęły Nowoseliwśke w obwodzie ługańskim – przez wiele miesięcy główny punkt ukraińskiego oporu na południowy wschód od Kupiańska. W kolejnych dniach poczyniły także postępy na wschód od tego miasta, wdzierając się 3–4 km w głąb pozycji przeciwnika w pasie o szerokości 11–12 km. Postępy agresora potwierdził pośrednio ukraiński Sztab Generalny. Niepowodzeniem miały się zakończyć rosyjskie próby wyparcia obrońców z terenów na południowy zachód od Bachmutu (aczkolwiek najeźdźcy mieli przekroczyć kanał Doniec–Donbas) oraz kolejne ataki w okolicach Awdijiwki i Marjinki oraz leżącej na północ do niej Krasnohoriwki. Do względnego uspokojenia sytuacji doszło natomiast w rejonie rosyjskich przyczółków po zachodniej stronie rzeki Żerebeć i na południowy zachód od Kreminnej. Zmian nie przyniosły też ukraińskie próby natarcia na północny i południowy zachód od Bachmutu, a także na południe od Wełykiej Nowosiłki oraz Orichiwa. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego na południowy wschód od drugiego z tych miast (niedaleko Nowopokrowki) nieudaną próbę natarcia miał przeprowadzić agresor.

7 sierpnia wiceminister obrony Hanna Malar podsumowała działania z minionego tygodnia, po raz pierwszy od rozpoczęcia w czerwcu ofensywy na południu nie podając danych o postępach terenowych armii ukraińskiej. Zaznaczyła natomiast, że „Siły Zbrojne Ukrainy w niektórych miejscach przełamały już pierwszą linię obrony i teraz napotykają pewne trudności na następnej, pośredniej linii” (informacja ta nie znalazła dotychczas potwierdzenia). Sukces taktyczny obrońcy mieli osiągnąć na kierunku Mała Tokmaczka – Robotyne. Według Malar centrum działań bojowych był w minionym tygodniu wschodni odcinek frontu, a najcięższe walki toczyły się w rejonie Kupiańska.

(...)

W ostatnich dniach ukraińskie organy ścigania kontynuują szeroko zakrojoną akcję wymierzoną w oficerów z instytucji tyłowych armii ukraińskiej podejrzanych o korupcję. Wśród najwyższych rangą zatrzymanych znalazł się kierownik jednego z rejonowych centrów uzupełnień miasta Kijowa, któremu zarzucono udział w zorganizowanej grupie przestępczej (miała się zajmować wydawaniem nielegalnych dokumentów potwierdzających niezdolność do służby wojskowej). Według oświadczenia Państwowego Biura Śledczego (DBR) oskarżony był wspólnikiem oficera służącego w sztabie Dowództwa Wojsk Lądowych, którego aresztowano kilka dni wcześniej. Inną formą nadużyć jest nielegalne wypłacanie dodatków bojowych żołnierzom, którzy przebywali na tyłach. 8 sierpnia DBR oświadczyło, że od początku wojny wszczęło 112 śledztw przeciwko pracownikom wojskowych struktur uzupełnień, z czego 15 spraw skierowano już do sądu.

(...)

Komentarz

Dane Marine Traffic potwierdzają, że przeprowadzone przez Rosjan w ostatnich tygodniach ataki na infrastrukturę przeładunkową i magazynową w ukraińskich portach znacząco ograniczyły ruch jednostek, a tym samym eksport produktów zbożowych. Kwestią otwartą pozostaje skuteczność ataków agresora na głębokie zaplecze armii ukraińskiej. Po ujawnieniu na portalach społecznościowych przebiegu ataku na Kijów 16 maja, w wyniku którego doszło do uszkodzenia baterii systemu Patriot, władze w Kijowie znacznie zaostrzyły postępowanie wobec publikujących dane o atakach, dzięki czemu względnie skutecznie zablokowały wyciek informacji o ich przebiegu i skutkach. Nagłaśniają wyłącznie te, w których dochodzi do ofiar cywilnych i zniszczenia bądź uszkodzenia obiektów o przeznaczeniu stricte cywilnym.

Szczyt w Dżuddzie można uznać za sukces Kijowa. Celem spotkania – podobnie jak poprzedniego, w mniej licznym gronie w czerwcu br. w Kopenhadze – była próba skonsolidowania różnych państw świata, w tym ważnych graczy niezachodnich jak Indie, Brazylia czy RPA, wokół przedstawionego po raz pierwszy podczas szczytu G-20 na Bali w listopadzie ub.r. tzw. 10-punktowego planu pokojowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Przewiduje on m.in. odnowienie integralności terytorialnej Ukrainy poprzez wycofanie wojsk rosyjskich (także z Krymu i Donbasu), pociągnięcie agresora do odpowiedzialności prawnej i wypłatę reparacji. Kijów zamierza kontynuować konsultacje w formacie Dżuddy do końca roku, a jego ostateczny cel to zorganizowanie szczytu na szczeblu głów państw i szefów rządów, który potwierdziłby ustalenia osiągnięte w ramach każdego z punktów planu.

osw.waw.pl

wtorek, 8 sierpnia 2023


Wagżanowo w Buriacji to największa baza wojskowa w całej Rosji. Skład, który leży nieopodal buriackiej stolicy Ułan Ude, zajmuje powierzchnię około 13 km kw. i jest znacznie większy niż 24 inne znane rosyjskie bazy sprzętu wojskowego.

We wrześniu 2021 r., czyli pięć miesięcy przed rozpoczęciem wojny Rosji w Ukrainie, około 3 tys. 840 pojazdów opancerzonych było przechowywanych w bazie pod gołym niebem. W ósmym miesiącu rosyjskiej inwazji — w listopadzie 2022 r. — w bazie znajdowało się już tylko około 2,6 tys. wozów, a w maju 2023 r. — 2 tys. 270. Od początku wojny w Ukrainie z Wagżanowa usunięto 1 tys. 570, czyli 40,8 proc., pojazdów opancerzonych. Co więcej, większość z nich (32 proc.) opuściła skład po ogłoszeniu mobilizacji pod koniec 2022 r.

Oto co stało się ze starym radzieckim sprzętem.

Rosyjskie ministerstwo obrony dzieli sprzęt wojskowy na cztery grupy. Pierwsza kategoria, która obejmuje najcenniejszy sprzęt, jest przechowywana w specjalnych wentylowanych i ogrzewanych pomieszczeniach, druga — w nieogrzewanych hangarach. Trzecia grupa jest umieszczana w namiotach, czwarta — stoi pod gołym niebem.

Sprzęt w Wagżanowie był przechowywany przede wszystkim na świeżym powietrzu. Zdjęcia satelitarne z listopada 2022 r. pokazują, że połowa wojskowego wyposażenia miała widoczne uszkodzenia. Podobne ślady można było zobaczyć na około 50 proc. sprzętu, który pozostał w bazie do maja 2023 r. W Wagżanowie znajduje się również 10 hangarów, które mogą pomieścić do 400 pojazdów opancerzonych.

Portal The Moscow Times znalazł zdjęcia czołgów przechowywanych w Wagżanowie w mediach społecznościowych byłych żołnierzy bazy w Buriacji. Eksperci wojskowi zidentyfikowali je jako czołgi T-62, które były produkowane w ZSRR w latach 1962-1975.

Przed wybuchem wojny Rosji w Ukrainie Moskwa regularnie pozbywała się przestarzałych pojazdów opancerzonych. W latach 2014-2022 rosyjskie władze podpisały w tym celu 35 kontraktów o wartości 232,2 mln rubli (według aktualnego kursu, 9 mln zł).

Liczba umów dotyczących usuwania czołgów zaczęła spadać w 2017 r. W tym czasie generał Aleksander Szewczenko, szef głównego departamentu pojazdów opancerzonych ministerstwa obrony powiedział, że władze pozbędą się tylko połowy z 10 tys. planowanych do likwidacji pojazdów. Reszta sprzętu może przydać się "ze względu na zmiany w sytuacji międzynarodowej" — powiedział wówczas wojskowy. W 2022 r. ministerstwo obrony Rosji zaprzestało zawierania umów na utylizację sprzętu wojskowego.

Na tle oświadczeń prezydenta Władimira Putina, który zapewniał, że część starego radzieckiego sprzętu jest nadal lepsza od broni z Zachodu, zaczęły pojawiać się doniesienia medialne o wycofywaniu ekwipunku z czasów ZSRR z eksploatacji. W październiku 2022 r. firma 103 BTRZ otrzymała polecenie modernizacji 800 czołgów T-62.

Pojazdy przechodzące modernizację były wyposażane w dodatkową ochronę, nowocześniejsze silniki, a także systemy optoelektroniczne i kamery termowizyjne. Minister obrony Siergiej Szojgu regularnie odwiedza przedsiębiorstwa zajmujące się naprawą i unowocześnieniem sprzętu wycofanego z użytku. Rosyjski polityk przeprowadził niedawno inspekcję fabryki Remdiesel w Tatarstanie. W tym roku odwiedził także zakłady w regionach Niżnego Nowogrodu i Omska.

Według holenderskiej grupy analityków wojskowych Oryx, do lata 2023 r. Rosja straci ponad 2 tys. czołgów na polach bitwy w Ukrainie. Wycofany sprzęt jest wykorzystywany nie tylko do nadrobienia strat w pojazdach opancerzonych, ale także do regularnej wymiany ognia — twierdzi ekspert wojskowy Paweł Łuzin. — Ponadto lufy i przekładnie mogą być usuwane ze składowanych czołgów i używane do remontu innych pojazdów — kontynuuje ekspert.

Dekonserwacja starych czołgów to praktyka stosowana na całym świecie. Cała flota amerykańskich czołgów, w tym tysiące czołgów M1 Abrams, jest przechowywana na wolnym powietrzu — powiedział inny ekspert wojskowy The Moscow Times, który chciał zachować anonimowość.

— W całym kraju znajduje się co najmniej 15 zakładów zajmujących się naprawą czołgów oraz ich dekonserwacją i modernizacją — dodał. — Oznacza to, że pojazdy są sprawdzane, w razie potrzeby specjaliści wymieniają silniki i skrzynie biegów, potwierdzają żywotność części, instalują nowoczesne wyposażenie. Wozy będą wykorzystywane jako wsparcie piechoty, a nie jako czołgi. Kalibry są inne i przestarzałe, ale w magazynach znajduje się masa takich pocisków.

Siły Zbrojne Ukrainy również używają starego sprzętu. Połowa floty broni NATO, która trafia do Ukraińców, pochodzi z lat 1950-1960 — podkreśla ekspert.

(...)

onet.pl/The Moscow Times

Rosyjskie porty i statki na Morzu Czarnym — w tym tankowce przewożące miliony baryłek ropy do Europy — mogą być atakowane przez ukraińskie wojsko w celu osłabienia kremlowskiej machiny wojennej. To wiadomość przekazana w poniedziałek przez wysokiego rangą urzędnika w Kijowie po niedawnych dwóch atakach na rosyjskie statki.

Tak Ukraińcy wypowiadają wojnę rosyjskiej żegludze w tym rejonie. Tłumaczymy, dlaczego to także ostrzeżenie dla Zachodu.

— Wszystko, co Rosjanie przemieszczają tam i z powrotem na Morzu Czarnym, jest naszym ważnym celem wojskowym — mówi POLITICO Oleg Ustenko, doradca ekonomiczny prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, twierdząc, że był to odwet za wycofanie się Rosji z wynegocjowanego przez ONZ porozumienia w sprawie zboża na Morzu Czarnym i za rozpoczęcie serii ataków rakietowych na magazyny rolne i porty.

— Ta historia zaczęła się od tego, że Rosja zablokowała korytarz zbożowy, grożąc atakiem na nasze statki i niszcząc nasze porty — przekonuje Ustenko, dodając, że ukraińska infrastruktura morska "jest nieustannie atakowana".

W weekend Ukraina ogłosiła wody wokół rosyjskich portów Morza Czarnego "strefą zagrożenia wojennego" od 23 sierpnia br. "do odwołania". Strefa ta obejmuje główne rosyjskie porty, takie jak Noworosyjsk, Anapa, Gelendżyk, Tuapse, Soczi i Taman.

Powoduje to gwałtowny wzrost stawek ubezpieczeniowych dla statków. Może też zagrozić funkcjonowaniu jednej z głównych rosyjskich tras eksportowych ropy naftowej i produktów ropopochodnych — kluczowej dla zapewnienia Kremlowi wystarczającej ilości gotówki na prowadzenie wojny z Ukrainą.

— Po tym weekendzie Morze Czarne wydaje się bardziej niebezpiecznym miejscem dla żeglugi międzynarodowej, a już wcześniej było bardzo niebezpieczne — ocenia Byron McKinney, dyrektor w S&P Global Market Intelligence. — Wiele statków po prostu nie zapuszcza się w ten rejon. Ubezpieczenie praktycznie nie istnieje. Tam, gdzie istnieją stawki ubezpieczeniowe, są one bardzo wysokie i będą nadal wzrastać – tłumaczy ekspert.

W sobotę rosyjska federalna agencja morska Rosmorrechflot poinformowała, że rosyjski tankowiec Sig został trafiony przez siły ukraińskie podczas żeglugi w pobliżu okupowanego przez Ukrainę Półwyspu Krymskiego.

— Tankowiec został trafiony w maszynownię, blisko linii wodnej na prawej burcie, prawdopodobnie w wyniku ataku drona morskiego — mówili wówczas urzędnicy.

Ministerstwo obrony Ukrainy stwierdziło, że dopóki Rosjanie będą "terroryzować spokojne ukraińskie miasta i niszczyć zboże, skazując setki milionów ludzi na głód", "nie będzie już bezpiecznych wód ani spokojnych portów na Morzu Czarnym i Azowskim".

W zeszłym miesiącu Rosja wysłała prawie 59 mln baryłek ropy naftowej, jedną trzecią całego eksportu, ze strategicznego portu Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Z tego 32 mln baryłek trafiło do krajów UE. Tak wynika z danych firmy wywiadowczej Kpler. Port obsługuje również inne paliwa, takie jak olej napędowy, benzyna i nafta, a także zboże przeznaczone na rynek globalny.

Noworosyjsk jest również miejscem, w którym kończy się rurociąg naftowy Caspian Pipeline Consortium, dostarczający do 1,3 mln baryłek ropy dziennie z Kazachstanu, które następnie trafiają na rynki światowe.

W Noworosyjsku znajduje się też główna baza Floty Czarnomorskiej. W zeszłym tygodniu ukraiński dron morski uderzył i uszkodził rosyjski wojskowy okręt desantowy "Olenegorski Górnik".

— Obecność rosyjskich wojsk w pobliżu portów handlowych może zwiększyć ryzyko dla statków cywilnych — ostrzega Alexis Ellender, analityk towarowy z Kpler.

— Ci, którzy działają na rynkach żeglugowych, mówią, że oczywiście nie spodziewają się, że Ukraina zaatakuje żeglugę handlową, ale istnieje ryzyko, że instalacje lub statki padną ofiarami krzyżowego ognia, a przez rosyjskie porty Morza Czarnego przepływa dużo statków handlowych — przekonuje. — Na tych szlakach pływa wiele greckich statków i chociaż niektórzy właściciele niechętnie przewożą rosyjskie ładunki, to jest tam cała międzynarodowa mieszanka.

Rosnące ryzyko, jakie konflikt stwarza dla ruchliwych międzynarodowych dróg wodnych, będzie oznaczać trudne decyzje dla branży żeglugowej, a także dla handlowców, którzy będą kuszeni, aby nadal kupować tanią rosyjską ropę naftową zgodnie z warunkami limitu cenowego 60 dol. amerykańskich za baryłkę ustalonego w zeszłym roku przez G7.

— Greckie i tureckie tankowce nadal operują w tej strefie, kupując rosyjską ropę w ramach ograniczeń cenowych, a w pobliżu ataku dronów w Noworosyjsku było sporo statków należących do zagranicznych właścicieli — komentuje McKinney. — Najciekawsze pytanie, jakie można obecnie zadać, dotyczy tego, co się stanie w przyszłości — czy poszczególni właściciele lub kraje zaniechają dalszych działań, jeśli ich wielomilionowe aktywa będą teraz zagrożone przez zabłąkany pocisk lub cokolwiek innego — zastanawia się analityk.

Międzynarodowa Izba Żeglugi, która reprezentuje armatorów i operatorów, odmówiła komentarza na temat tego, czy ostatnie wybuchy na Morzu Czarnym zniechęcą jej członków do prowadzenia tam interesów.

Ustenko uważa jednak, że zachodnie firmy powinny już zdawać sobie sprawę z tego, że z Rosją nie da się prowadzić interesów jak zwykle.

— Z prawnego i moralnego punktu widzenia dalsze dostarczanie rosyjskiej ropy przez te statki jest całkowicie nieuzasadnione — mówi. — Teraz jest to także nieopłacalne z ekonomicznego punktu widzenia, ponieważ ryzyko jest niezwykle wysokie. W tych okolicznościach ceny ubezpieczeń znacznie wzrosną, sprawiając, że dostawy staną się nieopłacalne. Statek i załoga będą narażone na ogromne ryzyko.

onet.pl/Politico

poniedziałek, 7 sierpnia 2023


Jeszcze w lipcu 2000 r. gazeta „Kommersant”, należąca wówczas do Borysa Bieriezowskiego, opublikowała artykuł „Dwunastu”, analizujący ludzi z kręgów wpływów wokół Władimira Putina. W pierwszym kręgu, najbliższym, znaleźli się Anatolij Czubajs (szef administracji Jelcyna), Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Na drugiej orbicie byli Nikołaj Aksienienko, Jewgiejnij Adamow, Semen Wajnsztok – ówcześni ministrowie kolei, energii atomowej i Transniefti, odpowiadającej za sieć ropociągów. Na trzeciej – gazeta umieściła Chodorkowskiego (Jukos – jeden z liderów rynku wydobycia ropy naftowej) i Potanina, właściciela holdingu produkującego nikiel (4 proc. PKB). Na czwartej orbicie znajdował się Wagit Alekpierow – szef Łukoilu (lider rynku ropy naftowej w Rosji), piąty tworzyli Fridman (grupa Alfa), Gusiński (holding medialny Media Most) i Wiachiriew (sprywatyzowany Gazprom).

Dobrze poinformowany „Kommersant” pisał wówczas, że najgorsza wydaje się być sytuacja W. Potanina (eksploatującego złoża niklu na Syberii), przez którego firmy przetaczał się tajfun kontroli różnych instytucji. Zdaniem gazety Chodorkowskiemu udało się porozumieć z Putinem.

Od 7 maja 2000 r., daty zaprzysiężenia  na stanowisko Prezydenta RF, Putin błyskawicznie zmieniał system polityczny i gospodarczy. Jeszcze w maju 2000 r. stworzył m.in. siedem okręgów federalnych, z mianowanymi przedstawicielami prezydenta. Podporządkował sobie regiony. Stopniowo „przywracał” własność państwową, tworząc korporacje państwowe.

Pod koniec lipca doszło do spotkania Putina z szefami największych firm i komercyjnych banków, podczas którego prezydent zażądał od nich wycofania się z polityki. W zamian zapewnił, że państwo nie będzie analizować okoliczności, w jakich zbudowali swoje majątki. Spotkanie to poprzedziło kilka spektakularnych przeszukań i aresztowań w przedsiębiorstwach większości oligarchów.

W pierwszej kolejności Putin uporządkował media, by nie stwarzały narracji niekompatybilnej z oficjalną. 11 maja 2000 r. resorty siłowe przeprowadziły przeszukania w holdingu medialnym Media-Most; w czerwcu tegoż roku jego właściciel Władymir Gusiński został aresztowany, potem wypuszczony, ale już w listopadzie na zawsze wyemigrował z Rosji. Latem 2000 r. Gazprom przejął większość kanałów medialnych Media-Mostu. Podobny los spotkał media Borysa Bieriezowskiego, który również wyemigrował z Rosji.

Następnym trofeum stał się Jukos, należący do Michaiła Chodorkowskiego, uważanego za jednego z najbogatszych ludzi w Rosji. W 2002 r. Jukos zamierzał przejąć Sibnieft, który sprywatyzowało wcześniej dwóch innych oligarchów: Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Gdyby doszło do fuzji to powstały koncern stałby się czwartym na świecie pod względem wydobycia. Jesienią 2003 r. aresztowano Chodorkowskiego, a następnie skazano go na 9 lat kolonii karnej. Jukos został wchłonięty przez państwową Rosnieft, a Sibnieft – przez Gazprom. W rezultacie tzw. „równego oddalenia od władzy” większość jelcynowskich oligarchów zeszła z areny dziejowej, a układ słoneczny wokół Putina zapełnił się nowymi graczami.

W maju Putin zaczął wdrażać reformę systemu politycznego, jeszcze bardziej wzmacniającego władzę prezydenta, osłabiając system przedstawicielski i eliminując procedury demokratyczne. W 1999 r. w Dumie Państwowej zasiadali przedstawiciele sześciu partii, siły liberalne reprezentowało 54 deputowanych; w 2003 r. – były już tylko cztery partie – putinowska „Jedyna Rosja” oraz satelickie mini-twory: komuniści Ziuganowa, partia Żyrynowskiego i Sprawiedliwa Rosja. Partie liberalne nie miały już swojej reprezentacji. Stworzony wówczas układ partyjny obowiązuje do dzisiaj.

Nowy układ słoneczny

Do przejęcia państwa Putin był przygotowany nie tylko ideowo, ale i kadrowo. Kluczowe stanowiska w „goskorporacjach” (gosudarstwiennych korporacjach), niekomercyjnych strukturach powołanych przez Federację Rosyjską, które mają sprostać konkurencji z Zachodem otrzymali, niemal od pierwszych chwil rządów, „towarzysze broni” – bliscy współpracownicy Putina z czasów petersburskich. Nie byli to menedżerowie wyłonieni w konkursach, związani z jakąś zaakceptowaną w procesie wyborczym ideologią, czy choćby przedstawiciele partii, które Putina poparły  w wyborach.

Petersburscy – oligarchia nowego typu „Petersburscy” to grupa urzędników i technokratów, posiadających jedna cechę – wszyscy wraz z Putinem pracowali w ekipie Anatolija Sobczaka lub pochodzili z Petersburga i znali go osobiście od początków kariery. Do grupy należą Dmitrij Miedwiediew, w latach 2008-2012 – prezydent Rosji, w latach 2012-2020 – premier Federacji Rosyjskiej, Aleksiej Miller, prezes Zarządu OAO Gazprom, Igor Sieczin – prezes Rosniefti, Herman Gref – szef Sbierbanku (największy bank rosyjski detaliczny), Anatolij Czubajs, szef administracji Jelcyna i faktyczny patron Putina w pierwszych latach jego kariery, Aleksiej Kudrin, były szef Izby Obrachunkowej Federacji Rosyjskiej.

Do „petersburskich” należy zaliczyć też Dmitrija Kozaka, zastępcę szefa Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej, szefa jego kampanii wyborczych. Uważany jest za jedną z kluczowych postaci w ekipie. W 2004 r. kierował sztabem wyborczym Władimira Putina, przeprowadzał reformę samorządu terytorialnego oraz reformę administracyjną.

Byli to wyłącznie „ludzie zaufani”, „gosoligarchowie”, których majątki niekiedy przewyższały majątki „cywilnych” biznesmenów. Np. prezes Rosniefti, Igor Sieczin, zarabiał w 2015 roku 500 tysięcy rubli dziennie (ok. 27  tys. złotych); szef Gazpromu, Aleksiej Miller, nazywany najlepiej zarabiającym menedżerem zarabia 1,8 miliona rubli, czyli prawie 100 tys. zł dziennie.

Spółdzielnia „Jezioro” i Bank „Rosja”

Kolejna bliska grupa to przyjaciele ze Spółdzielni budowlanej „Jezioro”: Giennadij Timczenko, Władymir Smirnow, Nikołaj Szamałow, Władymir Jakunin, Jurij Kowalczuk, bracia Andriej i Siergiej Fursenko oraz Wasilij Miaczin (kilka lat temu odsunął się od życia publicznego).

Jak pisała gazeta „Kommersant” (…) Spółdzielnia budowlana „Jezioro” powstała w obwodzie leningradzkim nad brzegiem jeziora Komsomolskoje w listopadzie 1996 r. Jej założycielami byli Władimir Putin i siedem innych osób, z których większość odniosła później wielki sukces w biznesie”.

Główny trzon Spółdzielni tworzy tzw. „grupa IFT”, pracownicy Instytutu Fizyczno-Technicznego im. A. F. Ioffe. Są to Władymir Jakunin, Jurij Kowalczuk, bracia Fursenko oraz Miaczin. W tym gronie, tylko Jakunin był związany z KGB, pozostali to fizycy i inteligenci. Tych pięciu założyło Bank „Rosja” (nie należy go mylić z Bankiem Rosji, czyli rosyjskim bankiem centralnym), przez który przechodzą prywatne operacje najbliższego otoczenia Putina. Bank jest objęty amerykańskimi sankcjami. Putin, chcąc wesprzeć bank, otworzył w nim rachunek, na który wpływa jego prezydenckie wynagrodzenie. Administracja prezydenta USA uważa Bank „Rosja” za „osobisty bank wąskiego kręgu” osób bliskich Putinowi.

Głównym akcjonariuszem Banku „Rosja” (40 proc. udziałów) jest Jurij Kowalczuk, jedna z najbardziej zaufanych osób w kręgu Putina.

Kowalczuk jest też twórcą „Narodowej Media Grupy”, w skład której wchodzą kluczowe propagandowo kanały telewizyjne (m.in. Kanał Pierwszy, REN TV, Piaty Kanał), gazety, np. „Izwiestia”. Tam też została zatrudniona jako prezes Rady Dyrektorów, domniemana partnerka Putina, gimnastyczka Alina Kabajewa.

Oprócz „ojców-założycieli” na orbicie Banku „Rosjia” świeci gwiazda Siergieja Roldugina, dyrygenta i przedsiębiorcy (rynek ropy). Roldugin jest akcjonariuszem Banku Rossija (3,3 proc.), wartość jego pakietu w 2016 r. szacowano na 550 mln rubli. Dywidendy za 2014 r. dla akcji Roldugina wyniosły 18 mln rubli.

W 2016 roku Nowaja Gazeta i Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych na podstawie zbioru dokumentów „Panama Papers” ujawniło, że Roldugin był właścicielem czterech spółek offshore. Za ich pośrednictwem zawierano transakcje na akcjach spółek państwowych (Rosneft, Rostelecom, VTB, KamAZ, AvtoVAZ), co według dziennikarzy umożliwiało uzyskiwanie kilku milionów dolarów za każdą transakcję.

Bracia-KGB-iści

Kolejną konstelacją jest grupa tzw. „siłowików”, czyli przedstawicieli resortów siłowych: służb specjalnych, milicji, wojska, wywodzących się z KGB. Wśród nich na pierwszym miejscu wymienia się najczęściej Nikołaja Patruszewa, byłego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) oraz sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zna Putina jeszcze z Petersburga, z KGB i kroczy za nim po ścieżce kariery. Propaguje ideę powołania w Rosji „nowej szlachty”, którą mieliby być funkcjonariusze FSB; sam, wraz z żoną i dziećmi w 2007 r. otrzymał tytuł szlachecki od wielkiej księżnej Marii Władimirownej Romanowej, aktualnej pretendentki do tronu rosyjskiego.

Inny funkcjonariusz rosyjskich służb to Siergiej Iwanow, specjalny Przedstawiciel Prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. Ochrony Środowiska, Ekologii i Transportu i jeden z 12 stałych członków Rady Bezpieczeństwa FR. W latach 1991–1998 pracował w Służbie Wywiadu Zagranicznego Rosji. Gdy Putin został szefem FSB, mianował Iwanowa szefem Departamentu Analiz, Prognoz i Planowania Strategicznego. Od kwietnia 2017 r. jest członkiem Rady Nadzorczej Korporacji Państwowej Rostec. Odpowiedzialny za wspieranie rozwoju, produkcji i eksportu zaawansowanych technologicznie produktów przemysłowych.

Siergiej Naryszkin, dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej od 5 października 2016 r., stały członek Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zwerbowany przez KGB już na studiach, leningradczyk, w odróżnieniu od Patruszewa, Naryszkin jest prawdziwym arystokratą – matka Piotra I Wielkiego pochodziła z domu Naryszkina.

Sergiej Czemiezow, dyrektor generalny korporacji Rostec, państwowej korporacji wsparcia Rozwoju, Produkcji i Eksportu Zaawansowanych Technologii Produktów Przemysłowych, konglomeratu przedsiębiorstw obronnych. Putina poznał w Dreźnie, mieszkali tam w tym samym domu, przyjaźnili się. Jak podaje portal Aleksieja Nawalnego, inny kagiebista z tamtych czasów, który dzielił z Czemiezowem gabinet, major Tokariew, kierował później Transieftią.

Szefowie resortów siłowych w otoczeniu liderów krajów, nie są niczym wyjątkowym, ale w przypadku otoczenia Putina kluczowa jest zbieżność poglądów nt. radzieckiej przeszłości.

Dochodzenie przeprowadzone w lutym 2007 r. przez rosyjski magazyn The New Times, który powołując się na źródło w FSB, wykazał, że kierownictwo FSB było zaangażowane w opracowanie planu zamachu na Aleksandra Litwinienkę oraz że Aleksander Bortnikow, ówczesny szef departamentu bezpieczeństwa gospodarczego FSB, był kuratorem operacji.

Brytyjski „The Times”, powołując się na źródła w rosyjskim rządzie, twierdził, że to właśnie Bortnikow i Patruszew namówili Putina na inwazję na Ukrainę. W 2017 r., z okazji 100-lecia Ogólnorosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej, (Czeka) Bortnikow w wywiadzie dla „Rosyjskiej Gaziety” usprawiedliwiał represje stalinowskie.

Rodzina, przyjaciele i wynajęci specjaliści

Oprócz tych trzech kluczowych środowisk wokół Putina krąży jeszcze całe mnóstwo meteorów–oligarchów, wśród nich kilku pojelcynowskich (Roman Abramowicz, Władymir Potanin, Michaił Fridman), którzy złożyli hołd nowemu władcy, oraz kilku nowych – w tym najbogatszy obecnie w Rosji Sulejman Kerimow, właściciel firmy „Polus”, zajmującej się wydobyciem złota, Jewgienij Prigożyn, Piotr Awen, Aliszer Usmanow, Oleg Deripaska, bracia Arkadij i Borys Rotenbergowie, którzy wzbogacili się nieco później. Oprócz nich są jeszcze kuzyni Putina – Igor Putin, jego córki, inni, pomniejsi biznesmeni.

Litewski analityk Marius Laurinavičius uważa, że w Rosji są dwa typy oligarchów: „Niektórzy to przedsiębiorcy, tacy jak Roman Abramowicz czy Andriej Mielniczenko. To są ci, których powszechnie nazywa się oligarchami. Ale drugim typem oligarchów, są oligarchowie państwowi, formalnie nie są to przedsiębiorcy, ale administratorzy-menedżerowie. To jest, np. Siergiej Czemiezow, szef Rostecu lub Igor Sieczin, prezes Rosniefti. (…) Ich osobistego majątku nikt nie obliczy, bo po prostu jest to niemożliwe.”

Znaczna większość oligarchów czy wysokich rangą urzędników nie inwestuje w rodzimą gospodarkę, ale lokuje pieniądze za granicą, tam też edukuje i utrzymuje swoje dzieci i wnuki.

Rolą oligarchów jest „okazywanie” wdzięczności i lojalności za możliwość kumulowania kapitału i obracania nim. Każdy okazuje wdzięczność jak potrafi – Deripaska np. ingerował w wybory prezydenckie w USA i został objęty sankcjami – musiał podzielić firmę Rusal, pozbyć się większości udziałów i wiele innych nieprzyjemności. Prigożyn, oprócz hodowania farm trolli w Petersburgu, finansuje prywatne oddziały militarne, zwane Grupą Wagnera, których używa w różnych miejscach na świecie, w tym w Syrii i w Ukrainie.

Profity otrzymują też wynajęci specjaliści jak np. członkowie rządu – premier Michaił Miszustin, wicepremier Tatiana Golikowa, Andriej Biełousow, szefowa banku centralnego Elwira Nabiullina, doradcy ekonomiczni, kierownictwo Dumy Państwowej i Rady Federacji, wynajęci przez reżim specjaliści oraz pomniejsi urzędnicy. Tatiana Golikowa, wicepremier rządu, kierująca ministerstwami społecznymi, odpowiada za ochronę zdrowia oraz wszelkie kwestie społeczne. Pomimo pełnionej przez nią funkcji, jej rodzina posiada udziały w firmach działających na rynku farmaceutycznym, który wicepremier Golikowa reguluje.

Miejsce na orbicie zapewnia uprzywilejowaną pozycję i bezkarność.

Czy Putin jest kolektywny?

Putin zrealizował swój plan, nakreślony jeszcze w 1999 r. w dysertacji i programowych artykułach. Jego generalna koncepcja polityczno-gospodarcza, której trzyma się konsekwentnie, oparta została na eksploatacji surowców (jako najlepszego pieniądza i narzędzia politycznego oraz gospodarczego służącego uzależnieniu państw zachodnich). W oparciu o surowce odbudowuje potęgę i mocarstwową pozycję Rosji.

Dla realizacji planu zaadoptował model rządów oparty na zasadach, które nie przypominają żadnego ze współczesnych systemów politycznych. Wąskie grono najwyższego kręgu władzy to koledzy, z którymi Putin wcześniej współpracował, znał ich z wczesnej młodości, z klubu judo, ulicy, dzielnicy, miasta czy też miejsca pracy.

Grupa przejęła wszystkie kluczowe obszary gospodarki surowcowo-energetycznej, wyłączając je z systemu państwowego, jako odrębne jednostki np. Gazprom, Rosnieft, Rostec i inne. Władza nad nimi została skoncentrowana w rękach wąskiej grupy ludzi.

Pozostali – biznes mały, duży i naprawdę duży – mogą funkcjonować pod warunkiem rezygnacji z jakiejkolwiek aktywności polityczno-społecznej i w ramach zakreślonych przez władze granicach. Wszelkie nieposłuszeństwo jest karane.

Pouczająca okazała się historia nie tylko Chodorkowskiego, który swój biznes oparł na podstawowym surowcu, ropie i musiał ustąpić przed całą, zmobilizowaną machinę państwową, ale także innego przedsiębiorcy, rosyjskiego Zukerberga – Pawła Durowa. Absolwent lingwistyki, w 2006 roku założył wraz z bratem i wspólnikami odpowiednik rosyjskiego Facebooka, pn. „Vkontaktie.ru”, największą sieć społecznościową, w 2012 roku pierwszą najpopularniejszą na Białorusi, drugą w Rosji, trzecią na Ukrainie, piątą w Kazachstanie i 26. na świecie, której wartość oszacowano na 1,5 miliarda dolarów. W 2011 roku Durow odmówił służbom zamknięcia w sieci profili grup opozycyjnych. W 2014 roku na Durowie wymuszono sprzedaż sieci – biznesmen wyemigrował na stałe z Rosji. W 2013 roku Durow założył komunikator Telegram, używający szyfrowania end-to-end, dzięki czemu wysyłane wiadomości nie mogą być podsłuchiwane w czasie przesyłania (dotyczy to wymiany informacji między osobami, nie grupami). W kwietniu 2018 roku Roskomnadzor, rosyjski regulator rynku mediów elektronicznych, próbował zablokować działanie komunikatora w Rosji, blokując miliony adresów IP, powodując destabilizację biznesów opartych na nowych technologiach, w tym takie giganty jak Amazon czy Google. Po kilku miesiącach Roskomnadzor musiał wycofać się z krucjaty, ale nikt nie poniósł konsekwencji wielomilionowych strat.

Według rosyjskich niezależnych mediów o planach rozpętania pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie nie wiedział nawet premier rosyjskiego rządu czy szefowa banku centralnego, która nawet próbowała złożyć dymisję. Dymisja Nabiullinej nie została przyjęta – był to sygnał dla pozostałych beneficjentów systemu, że współodpowiedzialność za funkcjonowanie w ramach tego układu ponoszą wszyscy, którzy czerpali z niego korzyści. Jednocześnie system próbuje zachować zestaw atrap demokratycznych rudymentów, które w istocie nie funkcjonują (wybory, quasi pluralizm partyjny, rola instytucji ustawodawczych itd.).

Po agresji na Ukrainę wyraźnie zarysowała się hierarchia poszczególnych orbit. Część oligarchów z drugiego kręgu wraz z początkiem wojny wycofała się z życia publicznego.

Alisher Usmanow, Wagit Alekpierow zrezygnowali ze stanowisk w swoich spółkach, Anatolij Czubajs wyjechał za granicę i trafił do szpitala z niejasnymi objawami zatrucia, Jurij Tyńkow również opuścił Rosję, zaś jego bank, jeden z nielicznych prywatnych, z pierwszej 20-tki największych banków w Rosji, został przymusowo sprzedany. Oleg Deripaska, właściciel Rusalu, swego czasu trzęsący światowym rynkiem aluminium, za swoje antywojenne wypowiedzi został pozbawiony kompleksu hotelowego, niedaleko Soczi, wartego 1 mld dolarów.

Kluczowe miejsca wokół Putina zajmują ci, z którymi współdzieli wartości i poglądy: są to najwierniejsi z wiernych, towarzyszący mu od wczesnej młodości. Putin reprezentuje ich interesy, gwarantuje pozycję społeczną, bezpieczeństwo i status materialny.

W 2021 roku Boston Consulting Group opublikował roczny raport dot. globalnego dobrobytu. Wynika z niego, że 500 rosyjskich miliarderów (0,0001 proc. dorosłego społeczeństwa) dysponuje większymi aktywami niż wynoszą rezerwy rosyjskiego banku centralnego oraz posiada 40 proc. wszystkich aktywów finansowych, znajdujących się w posiadaniu obywateli kraju. W 2020 roku była to kwota ok. 640 mld dol.

Mniej zamożnych Rosjan – posiadających majątek od miliona do 100 milionów dol. – jest wg. BCG ok. 57 tys. osób. Oba te segmenty dysponują prawie 60 procentami wszystkich aktywów finansowych ludności.

BCG ogólnie szacuje, że całkowity majątek prywatny Rosjan w 2020 r. wynosił około 4,1 bln dol. (według kursu rubel/dolar z końca 2020 roku). Z tego 1,6 biliona dol. to aktywa finansowe (gotówka, depozyty, obligacje, akcje, plany emerytalne itp.), 2,8 biliona dol. to aktywa rzeczowe (nieruchomości, grunty, aktywa materialne), a minus 0,3 biliona dol. to pasywa (głównie długi). BCG przewiduje, że do 2025 roku suma aktywów Rosjan wzrośnie do 5,4 bln dol., w tym aktywa finansowe – do 2,1 bln dol.

Przy czym jednocześnie w pierwszym półroczu 2020 r. Rosjanie stali się biedniejsi niż mieszkańcy Ukrainy, Chile i Kolumbii.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 6 sierpnia 2023


Według wyliczeń Refinitiv Eikon, cytowanych przez agencję Reutera, realizowane przez Gazprom dostawy gazu ziemnego do Europy w okresie 1 stycznia – 15 lipca br. wyniosły 13,8 mld m3 surowca. W tym samym czasie do odbiorców europejskich trafiło ok. 12,3 mld m3 rosyjskiego gazu skroplonego, który sprzedawany jest przez prywatny koncern Novatek. Różnica pomiędzy wolumenami dostarczanymi przez te dwa podmioty wyniosła więc zaledwie ok. 1,5 mld m3, po raz pierwszy w historii dostaw. Eksport realizowany przez Gazprom dociera do Europy za pośrednictwem dwóch szlaków: przebiegającego przez Morze Czarne gazociągu TurkStream oraz tranzytem przez Ukrainę. Państwowy koncern sprzedaje również niewielkie ilości LNG. Novatek dostarcza zaś gaz skroplony drogą morską, a jego głównymi odbiorcami w Europie są Francja, Hiszpania i Belgia.

Sygnalizowaną przez agencję Reutera dynamikę potwierdzają również dane podawane przez niezależny brukselski think tank Bruegel. Według tej statystyki w I półroczu br. do UE trafiło ok. 9,7 mld m3 LNG z Rosji (spadek o 3% r/r). Eksport realizowany za pośrednictwem rurociągów z FR wyniósł w tym samym okresie ok. 12,6 mld m3, co stanowi niebagatelną redukcję o ok. 75% względem analogicznego okresu w 2022 r.

Rozbieżność pomiędzy przytoczonymi danymi – poza zakresem czasowym oraz rozróżnieniem odbiorców (Europa jako kontynent bądź ściślejsza UE) – wynika także z faktu, że podane przez agencję Reutera wolumeny dotyczą konkretnych eksporterów, zaś Bruegel bierze pod uwagę jedynie formę realizowanego eksportu (gaz rurociągowy i LNG). Rosjanie od 2022 r. zaprzestali regularnej publikacji statystyk dotyczących dostarczanych za granicę surowców energetycznych, co utrudnia oszacowanie realnej wielkości sprzedawanego surowca – przesyłanego zarówno gazociągami, jak i w formie skroplonej.
 
Komentarz

Zrównywanie się wielkości wolumenów rosyjskiego surowca dostarczanego do UE za pośrednictwem rurociągów i w formie LNG bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to skutek drastycznej redukcji dostaw gazociągowych na Zachód będącej w głównej mierze konsekwencją politycznej decyzji Kremla. Miała ona na celu szantażowanie państw unijnych poprzez wywołanie szoku podażowego i wzrostu cen (zabieg ten zakończył się niepowodzeniem, rosyjskie dostawy zostały zastąpione przez nowych importerów, co doprowadziło do stabilizacji cen). Po drugie, w latach 2017–2022 realizujący sprzedaż surowca w formie skroplonej rosyjski koncern Novatek systematycznie zwiększał moc produkcyjną zakładu Jamał LNG, z którego większa część produkcji jest kierowana do Europy. Instalacja wyprodukowała w ub.r. 21 mln ton LNG, tym samym przekraczając swoją moc projektową wynoszącą 17,4 mln ton. Surowiec eksportują także dwa mniejsze zakłady LNG, znajdujące się na rosyjskim wybrzeżu Morza Bałtyckiego (oddane do użytku w latach 2021–2022 Kriogaz-Wysock oraz Portowaja LNG).

W przyszłości prawdopodobne jest osiągnięcie poziomu eksportu rosyjskiego gazu skroplonego do UE przewyższającego wielkość dostaw gazociągowych z FR. Jako niepodlegający unijnym sankcjom import LNG z Rosji ma potencjał wzrostowy. Główny eksporter Novatek zwiększa własne moce produkcyjne, co może pozwolić na większą obecność na europejskim rynku. Obecnie produkcja zakładu Jamał LNG jest obniżona na skutek trwających tam prac, a w 2024 r. koncern ma zamiar oddać do użytku na pełną moc produkcyjną pierwszą linię nowego zakładu Arktyczny LNG 2, która będzie wytwarzać 6,6 mln ton LNG rocznie (prace nad nią zostały w większości ukończone jeszcze przed wycofaniem się z projektu zachodnich partnerów). Z drugiej strony, dostawy gazociągowe z FR do UE będą najprawdopodobniej ulegać dalszemu zmniejszeniu, przede wszystkim wskutek wstrzymania przesyłu rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Obecna umowa tranzytowa, zawarta między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem w 2019 r., upływa wraz z końcem 2024 r., a strona ukraińska określiła jej prolongatę jako „mało prawdopodobną”. Utrata tego szlaku pozbawiłaby Gazprom możliwości eksportowania surowca przez Ukrainę już w 2025 r. – wielkość dzisiejszego eksportu z FR na tym kierunku wynosi ok. 12 mld m3 gazu rocznie.

Wzrost dostaw rosyjskiego LNG do UE stanowi potencjalne zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego UE. Chodzi zwłaszcza o sytuację, gdyby – tak jak w przypadku przesyłu gazociągowego – Rosjanie zdecydowali się na nagłą redukcję eksportu w newralgicznym okresie (np. podczas zapełniania magazynów krótko przed sezonem grzewczym), chcąc w ten sposób wywołać kolejny szok podażowy. Dalszy wzrost importu pochodzącego z Rosji gazu skroplonego wzmocniłby także europejską zależność od tego kierunku – w I kwartale br. rosyjski LNG stanowił 7% całości importu surowca w UE. Utrzymanie się zaś dotychczasowego tempa dostaw LNG przez całe II półrocze br. poskutkuje dostarczeniem do odbiorców unijnych wolumenu o wielkości ok. 20 mld m3, co odpowiadałoby przepustowości jednej nitki Nord Streamu 1 (projektowa moc przesyłowa całego połączenia wynosiła 55 mld m3 rocznie). Fakt realizowania dostaw przez Novatek – prywatny koncern – stanowi jedynie pozorną różnicę względem Gazpromu. Podmiot jest bowiem powiązany z władzami Rosji dzięki bliskiej znajomości założyciela i jednego z udziałowców firmy Giennadija Timczenki z prezydentem FR Władimirem Putinem. Sprzedaż LNG stanowi więc źródło wpływów finansowych dla rosyjskiej elity.

osw.waw.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Miesiąc temu mówiliśmy o tym, że ukraińskie siły zbrojne znajdują się w pierwszej fazie kontrofensywy, która polega na rozpoznaniu i sondowaniu obrony przeciwnika. Czy możemy teraz powiedzieć, że rozpoczęła się druga faza ukraińskiej kontrofensywy?

Oleg Żdanow: Rzeczywiście, możemy stwierdzić, że ukraińskie siły obronne przeszły do drugiej fazy działań kontrofensywnych. Polega ona na utworzeniu przyczółka do dalszego przełamywania obrony przeciwnika. Celem tej fazy jest dotarcie do głównej linii obrony wroga na froncie o długości 100 km lub więcej. Musimy zbliżyć się do pozycji wojsk nieprzyjaciela na tak szerokim odcinku frontu. A potem będziemy dalej naciskać w poszukiwaniu miejsca, w którym ich obrona zostanie przełamana. Dotarliśmy już do linii obrony w trzech miejscach.

Ostatnio otrzymujemy głównie wiadomości z sektora Zaporoża, gdzie intensywność walk wyraźnie wzrosła. Czy można powiedzieć, że ten obszar stał się głównym celem ataku?

Intensywność walk jest naprawdę bardzo wysoka. Obszar ten obejmuje zarówno Berdiańsk, jak i Melitopol. To jest front zaporoski. W niektórych rejonach mamy już do czynienia z pierwszymi okopami tak zwanej "linii Surowikina" — głównej linii obrony wojsk rosyjskich. Ale to nie wystarczy. Nie zaczynamy jej przełamywać, ponieważ za tą linią wróg może manewrować rezerwami, przerzucać sprzęt i personel. Musimy dotrzeć do tej linii na szerokim odcinku frontu i jednocześnie zacząć wywierać presję.

Dalsze bitwy pokażą, gdzie jest najsłabszy punkt, który przełamiemy. A gdy tylko nastąpi ten przełom, zaczną wkraczać główne siły ukraińskich sił zbrojnych, których jeszcze nie rozmieściliśmy. I wtedy powiemy, że Siły Zbrojne Ukrainy przełamały linię frontu wroga i będziemy mogli dokładnie powiedzieć, jak będzie wyglądał kierunek głównego ataku. Te procesy mogą potrwać cały sierpień. Następnie rozpocznie się trzecia faza — penetracja obrony przeciwnika i jej zniszczenie.

Dzisiaj przeczytałam analizę, według której taktyka ukraińskich sił zbrojnych uległa zmianie i teraz nie atakują one aktywnie, ale starają się wyczerpać wroga. Czy mógłby Pan powiedzieć nam więcej o taktyce stosowanej obecnie przez ukraińskie siły zbrojne?

Obecnie prowadzimy taką samą operację jak na prawym brzegu obwodu chersońskiego. Tylko na znacznie większą skalę. Ale podczas operacji chersońskiej nie wywieraliśmy presji na wroga wzdłuż linii frontu, ale raczej go wyczerpaliśmy. Teraz aktywnie atakujemy i jednocześnie niszczymy logistykę wroga, uderzając w jego tylne pozycje aż do wybrzeża. Tracą amunicję, paliwo i smary oraz personel. Są coraz bardziej wyczerpani.

Zostaliśmy zmuszeni do zmiany taktyki. W pierwszych tygodniach kontrofensywy napotkaliśmy bardzo silny opór wroga i bardzo starannie skonstruowaną linię obrony. Dlatego musieliśmy porzucić taktykę atakowania dużymi grupami, batalionami i kompaniami, ponieważ ponieśliśmy straty. Przegrupowaliśmy się więc i przeszliśmy na taktykę ofensywy manewrowej. Jest to działanie małych grup szturmowych wspieranych przez pojazdy opancerzone. Oznacza to, że to nie pojazdy opancerzone przechodzą do ofensywy przy wsparciu piechoty.

To piechota w małych grupach atakuje przy wsparciu pojazdów opancerzonych i artylerii. A te małe grupy, dzięki swojej mobilności i zwrotności, mogą zadać wrogowi maksymalne obrażenia. To jest dziś główna taktyka. Posunęliśmy się naprzód w rejonach Wuhłedar, Robotyn, Verbove i Bachmut. Wróg ponosi ogromne straty, mimo że jest w defensywie, a my w ofensywie. To kompleksowe podejście.

A dlaczego nie można było rozpocząć kontrofensywy na zasadzie wyzwolenia obwodu charkowskiego, skoro Siły Zbrojne Ukrainy bardzo szybko pozbywały się ogromnych obszarów?

To było działanie wymuszone. Po pierwsze, nie otrzymaliśmy wystarczającej ilości sprzętu i broni, aby zrównać się z wrogiem i działać klasycznymi metodami. Teraz naruszamy klasyczne zasady wojny: atakujemy większą liczbę mniejszą liczbą. Chociaż, zgodnie z zasadami prowadzenia wojny, ofensywa powinna mieć co najmniej trzykrotną przewagę strony atakującej. Parytet mamy tylko w artylerii, a osiąga się go dzięki skuteczności jej użycia, a nie liczebności. Po drugie, w Charkowie zadziałał czynnik zaskoczenia, którego teraz nie ma. Wtedy bardzo szybko przełamaliśmy obronę wroga, w małych grupach przeniknęliśmy w głąb jego terytorium i wywołaliśmy chaos i panikę, co doprowadziło do szybkiej deokupacji tak dużych obszarów. Teraz to już tak nie zadziała. Po trzecie, wróg bardzo dobrze się okopał i zbudował silną linię obrony.

Ale taktyka ukraińskich sił zbrojnych działa. Według Sztabu Generalnego wróg traci do batalionu zabitych każdego dnia. A brytyjski wywiad dodaje, że Rosjanie tracą taką samą liczbę rannych. To co najmniej. Tak więc wróg traci co najmniej 1000 osób każdego dnia.

Jeśli powiemy, że druga faza potrwa do jesieni, to jak długo w sumie może potrwać ukraińska kontrofensywa?

Myślę, że potrwa do końca tego roku. Mogą być przerwy na przegrupowanie wojsk. Ale mam nadzieję, że będziemy mieli wystarczające siły i środki do prowadzenia działań ofensywnych przez cały 2023 r.

Głównym celem kontrofensywy jest dotarcie do wybrzeża Morza Azowskiego. Kiedy to zrobimy, kontrofensywę będzie można uznać za udaną. Jeśli nasz piechur umyje ręce w Morzu Azowskim, będziemy mogli powiedzieć, że osiągnęliśmy główny cel ofensywy. Ale nawet jeśli dotrzemy do linii Melitopola i nie będziemy mieli dość sił, by ruszyć dalej, to i tak ofensywa zostanie uznana za udaną. W końcu nasza artyleria będzie w stanie przejąć kontrolę ogniową nad korytarzem lądowym na Krym. A to jest logistyka przeciwnika.

(...)

Niedawno helikoptery z Białorusi przekroczyły polską granicę. Wcześniej pojawiły się informacje, że 5 tys. wagnerowców jest już na Białorusi. W jaką grę gra Łukaszenko?

Powiedziałbym, że jest rozgrywany. I to nawet nie przez Putina, ale przez ludzi, którzy za plecami Putina próbują zmusić Zachód do rozpoczęcia negocjacji. Grupa Wagnera została przeniesiona z terytorium Federacji Rosyjskiej, aby jej nie zniszczyć. Została zabrana poza zasięg ludzi i służb specjalnych, które są w 100 proc. lojalne wobec Putina.

A wszystkie te wydarzenia — przylot helikoptera, przemieszczenie Grupy Wagnera — to prowokacje ze strony otoczenia Putina. Dla nich najważniejsze jest zorganizowanie negocjacji. Ten proces przypomina rok 1945, kiedy niemieccy generałowie zaczęli negocjować z amerykańskimi generałami, ignorując Hitlera i omawiając jego los podczas tych rozmów.

Czyli, Pana zdaniem, to wszystko nie stanowi realnego zagrożenia?

Cóż, będą prowokacje na granicy. Ale będą to prowokacje dla samych prowokacji. I będą próbowali zmusić Polskę, kraje bałtyckie, każdy kraj NATO do agresywnej odpowiedzi. Jeśli Zachód zareaguje wystarczająco agresywnie, na przykład otwierając ogień do takiego śmigłowca, Rosja oskarży NATO o agresywne działania i zaproponuje rozmowy pokojowe. W tym kontekście NATO usiądzie do stołu. Tego właśnie chcą. Ale nikt tam nie zamierza atakować Warszawy czy Rzeszowa.

onet.pl

sobota, 5 sierpnia 2023


Sylwester Ruszkiewicz, Wirtualna Polska: Co się stanie, jeśli ukraińskie społeczeństwo zmęczy się wojną? A może już jest zmęczone, tylko nie mówi o tym głośno?

Nedim Useinow, politolog z Zakładu Islamu Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim: Społeczeństwo jest zmęczone wojną. Ale w razie przegranej Ukraina wraca do orbity wpływów rosyjskich. A to oznacza ciąg dalszy oligarchii, nepotyzmu, korupcji i braku suwerenności. To wbrew naturze większości społeczeństwa ukraińskiego, które już przelało sporo krwi w obronie swojego prozachodniego wyboru. Codziennie widzimy tysiące ludzi gotowych poświęcić życie, żeby nie żyć pod obcym panowaniem, pod butem Putina. Kto jak kto, ale akurat Polacy świetnie to rozumieją.

Przez pryzmat historycznych doświadczeń rozumiemy to dobrze. Pytanie: jak długo naród ukraiński będzie wierzył w sukces?

Jest zmęczenie. Słyszymy, że czasami sił nie ma, by nasz kraj trwał dalej w wojnie. Są głosy, że już wszystko stracone. Ludzie potracili domy, mieszkania i musieli się wynieść ze swojej ojcowizny. Są osoby, które potraciły pracę, nie mają widoków na przyszłość, stracili cały swój dobytek. Ludzie żyją w ciągłym stresie. Ale za tym wszystkim stoi ściana. Jak ludzie spojrzą w tył, to nie ma alternatywy. Mówią więc: zaciskamy zęby i walczymy dalej. Dlatego tak ważna jest postawa wojska i polityków.

Wojna trwa już ponad 500 dni. Jak w kontekście tak długiego konfliktu postrzegana jest ukraińska armia?

Armia działa wzorcowo, broniąc miast i ludzi. Wojsko jest filarem, na którym opiera się poczucie wewnętrznej siły ukraińskiego społeczeństwa. I wiary w to, że przetrwa. Elity polityczne w obecnej sytuacji w mojej ocenie również sobie nieźle radzą, zwłaszcza w tak młodej demokracji jak ukraińska

Nie ma żadnych wątpliwości co do działań obozu władzy?

Są. Jest dużo pytań dotyczących sposobu prowadzenia wojny przez Zełenskiego. Komunikacji i jego działań. Nie wszystko jest transparentne. Ale i w tym przypadku funkcjonuje konsensus wśród elit politycznych i w społeczeństwie. Kontrolować polityków trzeba, żeby – jak to się mówi – szajba nie odbiła. Dotyczy to także Zełenskiego, który musi pamiętać, że społeczny nadzór – mimo wojny – cały czas ma miejsce. Aktywna część społeczeństwa trzyma rękę na pulsie.

Z drugiej strony nie ma ostrej krytyki poczynań prezydenta wśród najważniejszych oponentów politycznych, przynajmniej takiej, do jakiej przyzwyczaiła nas dość impulsywna scena polityczna Ukrainy. Ton walki o względy elektoratu jest mimo wszystko wyważony, z czego i inni mogliby brać przykład.

(...)

W kontekście tego, co się dzieje na froncie, Kijów jest gotowy do rozmów pokojowych?

Kijów będzie rozmawiał, ale na swoich konkretnych warunkach. Wszystko jest wyłożone w formule pokojowej prezydenta Ukrainy. Możemy się tylko spierać, które jej elementy są bardziej realistyczne, a które mniej.

Zawsze jak podchodzimy do negocjacji mamy swoje określone oczekiwania. Nadal nie wiemy, z czym Rosjanie ewentualnie chcieliby usiąść do stołu. Ja bym odwrócił kota ogonem i powiedział, że to Putin nie jest gotowy. Dla Putina wojna jest sytuacją, z której on i jego otoczenie czerpią zyski. Dzięki niej utrzymują się przy władzy i wzbogacają się jeszcze bardziej.

Zapytam inaczej. Putin w swoim propagandowym stylu powiedział ostatnio, że byłby przychylny zawieszeniu broni, ale Rosji przeszkadza kontrofensywa Ukrainy. Jest w ukraińskim narodzie jeszcze coś, co pozwalałoby wierzyć w jakiekolwiek słowo rosyjskiego dyktatora?

Putin na pewno będzie chciał prowadzić wojnę do wyborów prezydenckich w Rosji w 2024 r., bo to mu pomaga odwracać uwagę od innych spraw i mobilizować elektorat. Będzie więc pokazywał wojnę jako swój sukces, by zapewnić sobie i swoim elitom dożywotnią władzę. Do wyborów w Rosji nie będzie żadnych szczerych rozmów pokojowych, które doprowadzą do trwałego zawieszenia broni.

Tak długo jak Putin czuje bierność rosyjskiego społeczeństwa i brak masowego sprzeciwu wobec jego polityki, będzie wojnę kontynuował. Może jednak się przeliczyć, bowiem rozgrywki wewnętrzne – podobne do buntu Grupy Wagnera – mogą spowodować kolejną próbę przewrotu na Kremlu.

Jest pan w stanie sobie dzisiaj wyobrazić, kiedy może zakończyć się wojna?

Moim zdaniem skończy się po spełnieniu któregoś z warunków: usunięcia Putina z Kremla w wyniku buntu pałacowego albo klęski jego armii na polu bitwy. Przy czym zawsze powtarzam, że Kreml kłamał, kłamie i będzie kłamać. Jeśli Moskwa dzisiaj mówi, że jest gotowa do rozmów, to oznacza, że nie chce rozmawiać. Jeśli Kreml mówi, że planuje kontynuować wojnę, bo wszystko jest świetnie i pięknie, to też nie mówi prawdy. Weryfikacja tych wszystkich deklaracji nastąpi, kiedy Putin zostanie przyparty do muru i nie będzie miał możliwości ruchu.

wp.pl

Nocą 4 sierpnia ukraińskie nawodne drony kamikadze zaatakowały rosyjską bazę morską w Noworosyjsku. Jeden z nich uszkodził okręt desantowy „Oleniegorskij Gorniak”, skierowany z Floty Północnej na Morze Czarne do udziału w tzw. specjalnej operacji wojskowej. Akcję miała przeprowadzić SBU we współpracy z Marynarką Wojenną Ukrainy. W tym samym czasie ukraińskie drony miały zaatakować z powietrza obiekty na Krymie, gdzie według części źródeł trafiony został skład paliwa k. Teodozji. Strona rosyjska donosiła o zniszczeniu dwóch dronów w Noworosyjsku i wszystkich 13 na Krymie. Poprzedniego dnia Rosjanie informowali o zestrzeleniu łącznie siedmiu ukraińskich dronów w obwodzie kałuskim FR. 2 sierpnia celem ukraińskiego ataku rakietowego było lotnisko Hwardijśke k. Symferopola, nie potwierdzono jednak żadnych szkód.

2 sierpnia rosyjskie drony kamikadze zaatakowały Izmaił przy ujściu Dunaju, doprowadzając do zniszczeń infrastruktury (m.in. zbiorników z paliwem w jednym z terminali przeładunkowych i elewatora z 40 tys. ton ziarna), a w efekcie wstrzymania pracy portu. Tego samego dnia w Kijowie donoszono o zestrzeleniu ponad 10 dronów (wszystkich użytych przez agresora), upadku odłamków w trzech rejonach miasta i uszkodzeniu czterech budynków. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych informowało o zestrzeleniu tego dnia łącznie 23 wrogich dronów Shahed-136/131, a w wieczornym wystąpieniu prezydent Wołodymyr Zełenski podał, że Rosjanie użyli ich 37. Ponadto rakietami z systemów S-300 agresor zaatakował Słowiańsk (na jego obrzeża miało spaść pięć pocisków) oraz Perszotrwanewe w obwodzie charkowskim. Dzień wcześniej celem rosyjskiego uderzenia rakietowego było Tawrijśke w obwodzie zaporoskim, a 3 sierpnia – Awdijiwka, skąd donoszono o uszkodzeniu obiektu przemysłowego. 3 sierpnia Rosjanie mieli także ponowić atak dronami na Kijów. Dowództwo Sił Powietrznych zadeklarowało, że wszystkie 15 Shahed-136/131 zostało zestrzelonych.

Siły rosyjskie miały poczynić nieznaczne postępy na północny wschód od Kupiańska, na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego oraz na południowy wschód od Kreminnej. Nie przyniosły zmian kolejne ataki agresora w rejonie Bachmutu, Awdijiwki, Marjinki oraz – o czym informował ukraiński Sztab Generalny – na południe od Wełykiej Nowosiłki. Powodzenia nie przyniosły również kolejne ataki ukraińskie na południe od Orichiwa i na południowy zachód od Bachmutu, a także próby likwidacji rosyjskich przyczółków na zachodnim brzegu rzeki Żerebeć. 2 sierpnia rzecznik Sztabu Generalnego Pawło Kowalczuk informował natomiast o wyparciu sił agresora z pozycji na południe od Awdijiwki. Z kolei 4 sierpnia zastępca dowódcy ukraińskiego operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Tauryda płk Serhij Kuźmin powiadomił o postępach obrońców w rejonie Wuhłedaru. Poprzedniego dnia Kuźmin przedstawił informację o wojskach rosyjskich na południowym odcinku frontu. Ma tam operować zgrupowanie liczące 150 tys. żołnierzy, którego trzon tworzą jednostki z trzech armii ogólnowojskowych Wschodniego Okręgu Wojskowego (5., 35. i 36.) oraz 58. Armii Ogólnowojskowej Południowego Okręgu Wojskowego.

4 sierpnia rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych płk Jurij Ihnat oznajmił, że pod koniec lata rozpocznie się wysyłanie ukraińskich pilotów do państw europejskich „na poważnie szkolenie”. Zaznaczył, że aby opanować F-16, potrzebują oni do sześciu miesięcy.

Prezydent Zełenski 3 sierpnia stwierdził, że od lata ubiegłego roku Rosjanie użyli przeciwko Ukrainie co najmniej 1961 dronów Shahed 136/131, z których większość została zestrzelona przez ukraińską obronę przeciwlotniczą.

3 sierpnia premier Denys Szmyhal poinformował, że utrzymanie Sił Zbrojnych Ukrainy i prowadzenie wojny kosztuje prawie 2 bln hrywien (54 mld dolarów), co przekracza przychody budżetu w czasie pokoju (1,3 bln hrywien). Po 24 lutego 2022 r. Ukraina miała utracić 30% gospodarki i przedsiębiorstw, 3,5 mln miejsc pracy, a jej PKB spadł o 29,5%. Szmyhal podkreślił, że państwo utrzymuje się dzięki wsparciu finansowemu partnerów, grantom i kredytom. Z kolei 4 sierpnia Reuters poinformował, że rosyjskie wydatki budżetowe na cele wojskowe w 2023 r. wyniosły dotychczas ponad 100 mld dolarów i stanowią 37,3% ogółu wydatków. Rosja planowała wydać w br. na obronę 4,98 bln rubli (ponad 52 mld dolarów, 17,1% wydatków budżetu), a tylko w pierwszym półroczu wykorzystała 5,59 bln rubli.

(...)

osw.waw.pl