poniedziałek, 7 sierpnia 2023


Jeszcze w lipcu 2000 r. gazeta „Kommersant”, należąca wówczas do Borysa Bieriezowskiego, opublikowała artykuł „Dwunastu”, analizujący ludzi z kręgów wpływów wokół Władimira Putina. W pierwszym kręgu, najbliższym, znaleźli się Anatolij Czubajs (szef administracji Jelcyna), Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Na drugiej orbicie byli Nikołaj Aksienienko, Jewgiejnij Adamow, Semen Wajnsztok – ówcześni ministrowie kolei, energii atomowej i Transniefti, odpowiadającej za sieć ropociągów. Na trzeciej – gazeta umieściła Chodorkowskiego (Jukos – jeden z liderów rynku wydobycia ropy naftowej) i Potanina, właściciela holdingu produkującego nikiel (4 proc. PKB). Na czwartej orbicie znajdował się Wagit Alekpierow – szef Łukoilu (lider rynku ropy naftowej w Rosji), piąty tworzyli Fridman (grupa Alfa), Gusiński (holding medialny Media Most) i Wiachiriew (sprywatyzowany Gazprom).

Dobrze poinformowany „Kommersant” pisał wówczas, że najgorsza wydaje się być sytuacja W. Potanina (eksploatującego złoża niklu na Syberii), przez którego firmy przetaczał się tajfun kontroli różnych instytucji. Zdaniem gazety Chodorkowskiemu udało się porozumieć z Putinem.

Od 7 maja 2000 r., daty zaprzysiężenia  na stanowisko Prezydenta RF, Putin błyskawicznie zmieniał system polityczny i gospodarczy. Jeszcze w maju 2000 r. stworzył m.in. siedem okręgów federalnych, z mianowanymi przedstawicielami prezydenta. Podporządkował sobie regiony. Stopniowo „przywracał” własność państwową, tworząc korporacje państwowe.

Pod koniec lipca doszło do spotkania Putina z szefami największych firm i komercyjnych banków, podczas którego prezydent zażądał od nich wycofania się z polityki. W zamian zapewnił, że państwo nie będzie analizować okoliczności, w jakich zbudowali swoje majątki. Spotkanie to poprzedziło kilka spektakularnych przeszukań i aresztowań w przedsiębiorstwach większości oligarchów.

W pierwszej kolejności Putin uporządkował media, by nie stwarzały narracji niekompatybilnej z oficjalną. 11 maja 2000 r. resorty siłowe przeprowadziły przeszukania w holdingu medialnym Media-Most; w czerwcu tegoż roku jego właściciel Władymir Gusiński został aresztowany, potem wypuszczony, ale już w listopadzie na zawsze wyemigrował z Rosji. Latem 2000 r. Gazprom przejął większość kanałów medialnych Media-Mostu. Podobny los spotkał media Borysa Bieriezowskiego, który również wyemigrował z Rosji.

Następnym trofeum stał się Jukos, należący do Michaiła Chodorkowskiego, uważanego za jednego z najbogatszych ludzi w Rosji. W 2002 r. Jukos zamierzał przejąć Sibnieft, który sprywatyzowało wcześniej dwóch innych oligarchów: Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Gdyby doszło do fuzji to powstały koncern stałby się czwartym na świecie pod względem wydobycia. Jesienią 2003 r. aresztowano Chodorkowskiego, a następnie skazano go na 9 lat kolonii karnej. Jukos został wchłonięty przez państwową Rosnieft, a Sibnieft – przez Gazprom. W rezultacie tzw. „równego oddalenia od władzy” większość jelcynowskich oligarchów zeszła z areny dziejowej, a układ słoneczny wokół Putina zapełnił się nowymi graczami.

W maju Putin zaczął wdrażać reformę systemu politycznego, jeszcze bardziej wzmacniającego władzę prezydenta, osłabiając system przedstawicielski i eliminując procedury demokratyczne. W 1999 r. w Dumie Państwowej zasiadali przedstawiciele sześciu partii, siły liberalne reprezentowało 54 deputowanych; w 2003 r. – były już tylko cztery partie – putinowska „Jedyna Rosja” oraz satelickie mini-twory: komuniści Ziuganowa, partia Żyrynowskiego i Sprawiedliwa Rosja. Partie liberalne nie miały już swojej reprezentacji. Stworzony wówczas układ partyjny obowiązuje do dzisiaj.

Nowy układ słoneczny

Do przejęcia państwa Putin był przygotowany nie tylko ideowo, ale i kadrowo. Kluczowe stanowiska w „goskorporacjach” (gosudarstwiennych korporacjach), niekomercyjnych strukturach powołanych przez Federację Rosyjską, które mają sprostać konkurencji z Zachodem otrzymali, niemal od pierwszych chwil rządów, „towarzysze broni” – bliscy współpracownicy Putina z czasów petersburskich. Nie byli to menedżerowie wyłonieni w konkursach, związani z jakąś zaakceptowaną w procesie wyborczym ideologią, czy choćby przedstawiciele partii, które Putina poparły  w wyborach.

Petersburscy – oligarchia nowego typu „Petersburscy” to grupa urzędników i technokratów, posiadających jedna cechę – wszyscy wraz z Putinem pracowali w ekipie Anatolija Sobczaka lub pochodzili z Petersburga i znali go osobiście od początków kariery. Do grupy należą Dmitrij Miedwiediew, w latach 2008-2012 – prezydent Rosji, w latach 2012-2020 – premier Federacji Rosyjskiej, Aleksiej Miller, prezes Zarządu OAO Gazprom, Igor Sieczin – prezes Rosniefti, Herman Gref – szef Sbierbanku (największy bank rosyjski detaliczny), Anatolij Czubajs, szef administracji Jelcyna i faktyczny patron Putina w pierwszych latach jego kariery, Aleksiej Kudrin, były szef Izby Obrachunkowej Federacji Rosyjskiej.

Do „petersburskich” należy zaliczyć też Dmitrija Kozaka, zastępcę szefa Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej, szefa jego kampanii wyborczych. Uważany jest za jedną z kluczowych postaci w ekipie. W 2004 r. kierował sztabem wyborczym Władimira Putina, przeprowadzał reformę samorządu terytorialnego oraz reformę administracyjną.

Byli to wyłącznie „ludzie zaufani”, „gosoligarchowie”, których majątki niekiedy przewyższały majątki „cywilnych” biznesmenów. Np. prezes Rosniefti, Igor Sieczin, zarabiał w 2015 roku 500 tysięcy rubli dziennie (ok. 27  tys. złotych); szef Gazpromu, Aleksiej Miller, nazywany najlepiej zarabiającym menedżerem zarabia 1,8 miliona rubli, czyli prawie 100 tys. zł dziennie.

Spółdzielnia „Jezioro” i Bank „Rosja”

Kolejna bliska grupa to przyjaciele ze Spółdzielni budowlanej „Jezioro”: Giennadij Timczenko, Władymir Smirnow, Nikołaj Szamałow, Władymir Jakunin, Jurij Kowalczuk, bracia Andriej i Siergiej Fursenko oraz Wasilij Miaczin (kilka lat temu odsunął się od życia publicznego).

Jak pisała gazeta „Kommersant” (…) Spółdzielnia budowlana „Jezioro” powstała w obwodzie leningradzkim nad brzegiem jeziora Komsomolskoje w listopadzie 1996 r. Jej założycielami byli Władimir Putin i siedem innych osób, z których większość odniosła później wielki sukces w biznesie”.

Główny trzon Spółdzielni tworzy tzw. „grupa IFT”, pracownicy Instytutu Fizyczno-Technicznego im. A. F. Ioffe. Są to Władymir Jakunin, Jurij Kowalczuk, bracia Fursenko oraz Miaczin. W tym gronie, tylko Jakunin był związany z KGB, pozostali to fizycy i inteligenci. Tych pięciu założyło Bank „Rosja” (nie należy go mylić z Bankiem Rosji, czyli rosyjskim bankiem centralnym), przez który przechodzą prywatne operacje najbliższego otoczenia Putina. Bank jest objęty amerykańskimi sankcjami. Putin, chcąc wesprzeć bank, otworzył w nim rachunek, na który wpływa jego prezydenckie wynagrodzenie. Administracja prezydenta USA uważa Bank „Rosja” za „osobisty bank wąskiego kręgu” osób bliskich Putinowi.

Głównym akcjonariuszem Banku „Rosja” (40 proc. udziałów) jest Jurij Kowalczuk, jedna z najbardziej zaufanych osób w kręgu Putina.

Kowalczuk jest też twórcą „Narodowej Media Grupy”, w skład której wchodzą kluczowe propagandowo kanały telewizyjne (m.in. Kanał Pierwszy, REN TV, Piaty Kanał), gazety, np. „Izwiestia”. Tam też została zatrudniona jako prezes Rady Dyrektorów, domniemana partnerka Putina, gimnastyczka Alina Kabajewa.

Oprócz „ojców-założycieli” na orbicie Banku „Rosjia” świeci gwiazda Siergieja Roldugina, dyrygenta i przedsiębiorcy (rynek ropy). Roldugin jest akcjonariuszem Banku Rossija (3,3 proc.), wartość jego pakietu w 2016 r. szacowano na 550 mln rubli. Dywidendy za 2014 r. dla akcji Roldugina wyniosły 18 mln rubli.

W 2016 roku Nowaja Gazeta i Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych na podstawie zbioru dokumentów „Panama Papers” ujawniło, że Roldugin był właścicielem czterech spółek offshore. Za ich pośrednictwem zawierano transakcje na akcjach spółek państwowych (Rosneft, Rostelecom, VTB, KamAZ, AvtoVAZ), co według dziennikarzy umożliwiało uzyskiwanie kilku milionów dolarów za każdą transakcję.

Bracia-KGB-iści

Kolejną konstelacją jest grupa tzw. „siłowików”, czyli przedstawicieli resortów siłowych: służb specjalnych, milicji, wojska, wywodzących się z KGB. Wśród nich na pierwszym miejscu wymienia się najczęściej Nikołaja Patruszewa, byłego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) oraz sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zna Putina jeszcze z Petersburga, z KGB i kroczy za nim po ścieżce kariery. Propaguje ideę powołania w Rosji „nowej szlachty”, którą mieliby być funkcjonariusze FSB; sam, wraz z żoną i dziećmi w 2007 r. otrzymał tytuł szlachecki od wielkiej księżnej Marii Władimirownej Romanowej, aktualnej pretendentki do tronu rosyjskiego.

Inny funkcjonariusz rosyjskich służb to Siergiej Iwanow, specjalny Przedstawiciel Prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. Ochrony Środowiska, Ekologii i Transportu i jeden z 12 stałych członków Rady Bezpieczeństwa FR. W latach 1991–1998 pracował w Służbie Wywiadu Zagranicznego Rosji. Gdy Putin został szefem FSB, mianował Iwanowa szefem Departamentu Analiz, Prognoz i Planowania Strategicznego. Od kwietnia 2017 r. jest członkiem Rady Nadzorczej Korporacji Państwowej Rostec. Odpowiedzialny za wspieranie rozwoju, produkcji i eksportu zaawansowanych technologicznie produktów przemysłowych.

Siergiej Naryszkin, dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej od 5 października 2016 r., stały członek Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zwerbowany przez KGB już na studiach, leningradczyk, w odróżnieniu od Patruszewa, Naryszkin jest prawdziwym arystokratą – matka Piotra I Wielkiego pochodziła z domu Naryszkina.

Sergiej Czemiezow, dyrektor generalny korporacji Rostec, państwowej korporacji wsparcia Rozwoju, Produkcji i Eksportu Zaawansowanych Technologii Produktów Przemysłowych, konglomeratu przedsiębiorstw obronnych. Putina poznał w Dreźnie, mieszkali tam w tym samym domu, przyjaźnili się. Jak podaje portal Aleksieja Nawalnego, inny kagiebista z tamtych czasów, który dzielił z Czemiezowem gabinet, major Tokariew, kierował później Transieftią.

Szefowie resortów siłowych w otoczeniu liderów krajów, nie są niczym wyjątkowym, ale w przypadku otoczenia Putina kluczowa jest zbieżność poglądów nt. radzieckiej przeszłości.

Dochodzenie przeprowadzone w lutym 2007 r. przez rosyjski magazyn The New Times, który powołując się na źródło w FSB, wykazał, że kierownictwo FSB było zaangażowane w opracowanie planu zamachu na Aleksandra Litwinienkę oraz że Aleksander Bortnikow, ówczesny szef departamentu bezpieczeństwa gospodarczego FSB, był kuratorem operacji.

Brytyjski „The Times”, powołując się na źródła w rosyjskim rządzie, twierdził, że to właśnie Bortnikow i Patruszew namówili Putina na inwazję na Ukrainę. W 2017 r., z okazji 100-lecia Ogólnorosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej, (Czeka) Bortnikow w wywiadzie dla „Rosyjskiej Gaziety” usprawiedliwiał represje stalinowskie.

Rodzina, przyjaciele i wynajęci specjaliści

Oprócz tych trzech kluczowych środowisk wokół Putina krąży jeszcze całe mnóstwo meteorów–oligarchów, wśród nich kilku pojelcynowskich (Roman Abramowicz, Władymir Potanin, Michaił Fridman), którzy złożyli hołd nowemu władcy, oraz kilku nowych – w tym najbogatszy obecnie w Rosji Sulejman Kerimow, właściciel firmy „Polus”, zajmującej się wydobyciem złota, Jewgienij Prigożyn, Piotr Awen, Aliszer Usmanow, Oleg Deripaska, bracia Arkadij i Borys Rotenbergowie, którzy wzbogacili się nieco później. Oprócz nich są jeszcze kuzyni Putina – Igor Putin, jego córki, inni, pomniejsi biznesmeni.

Litewski analityk Marius Laurinavičius uważa, że w Rosji są dwa typy oligarchów: „Niektórzy to przedsiębiorcy, tacy jak Roman Abramowicz czy Andriej Mielniczenko. To są ci, których powszechnie nazywa się oligarchami. Ale drugim typem oligarchów, są oligarchowie państwowi, formalnie nie są to przedsiębiorcy, ale administratorzy-menedżerowie. To jest, np. Siergiej Czemiezow, szef Rostecu lub Igor Sieczin, prezes Rosniefti. (…) Ich osobistego majątku nikt nie obliczy, bo po prostu jest to niemożliwe.”

Znaczna większość oligarchów czy wysokich rangą urzędników nie inwestuje w rodzimą gospodarkę, ale lokuje pieniądze za granicą, tam też edukuje i utrzymuje swoje dzieci i wnuki.

Rolą oligarchów jest „okazywanie” wdzięczności i lojalności za możliwość kumulowania kapitału i obracania nim. Każdy okazuje wdzięczność jak potrafi – Deripaska np. ingerował w wybory prezydenckie w USA i został objęty sankcjami – musiał podzielić firmę Rusal, pozbyć się większości udziałów i wiele innych nieprzyjemności. Prigożyn, oprócz hodowania farm trolli w Petersburgu, finansuje prywatne oddziały militarne, zwane Grupą Wagnera, których używa w różnych miejscach na świecie, w tym w Syrii i w Ukrainie.

Profity otrzymują też wynajęci specjaliści jak np. członkowie rządu – premier Michaił Miszustin, wicepremier Tatiana Golikowa, Andriej Biełousow, szefowa banku centralnego Elwira Nabiullina, doradcy ekonomiczni, kierownictwo Dumy Państwowej i Rady Federacji, wynajęci przez reżim specjaliści oraz pomniejsi urzędnicy. Tatiana Golikowa, wicepremier rządu, kierująca ministerstwami społecznymi, odpowiada za ochronę zdrowia oraz wszelkie kwestie społeczne. Pomimo pełnionej przez nią funkcji, jej rodzina posiada udziały w firmach działających na rynku farmaceutycznym, który wicepremier Golikowa reguluje.

Miejsce na orbicie zapewnia uprzywilejowaną pozycję i bezkarność.

Czy Putin jest kolektywny?

Putin zrealizował swój plan, nakreślony jeszcze w 1999 r. w dysertacji i programowych artykułach. Jego generalna koncepcja polityczno-gospodarcza, której trzyma się konsekwentnie, oparta została na eksploatacji surowców (jako najlepszego pieniądza i narzędzia politycznego oraz gospodarczego służącego uzależnieniu państw zachodnich). W oparciu o surowce odbudowuje potęgę i mocarstwową pozycję Rosji.

Dla realizacji planu zaadoptował model rządów oparty na zasadach, które nie przypominają żadnego ze współczesnych systemów politycznych. Wąskie grono najwyższego kręgu władzy to koledzy, z którymi Putin wcześniej współpracował, znał ich z wczesnej młodości, z klubu judo, ulicy, dzielnicy, miasta czy też miejsca pracy.

Grupa przejęła wszystkie kluczowe obszary gospodarki surowcowo-energetycznej, wyłączając je z systemu państwowego, jako odrębne jednostki np. Gazprom, Rosnieft, Rostec i inne. Władza nad nimi została skoncentrowana w rękach wąskiej grupy ludzi.

Pozostali – biznes mały, duży i naprawdę duży – mogą funkcjonować pod warunkiem rezygnacji z jakiejkolwiek aktywności polityczno-społecznej i w ramach zakreślonych przez władze granicach. Wszelkie nieposłuszeństwo jest karane.

Pouczająca okazała się historia nie tylko Chodorkowskiego, który swój biznes oparł na podstawowym surowcu, ropie i musiał ustąpić przed całą, zmobilizowaną machinę państwową, ale także innego przedsiębiorcy, rosyjskiego Zukerberga – Pawła Durowa. Absolwent lingwistyki, w 2006 roku założył wraz z bratem i wspólnikami odpowiednik rosyjskiego Facebooka, pn. „Vkontaktie.ru”, największą sieć społecznościową, w 2012 roku pierwszą najpopularniejszą na Białorusi, drugą w Rosji, trzecią na Ukrainie, piątą w Kazachstanie i 26. na świecie, której wartość oszacowano na 1,5 miliarda dolarów. W 2011 roku Durow odmówił służbom zamknięcia w sieci profili grup opozycyjnych. W 2014 roku na Durowie wymuszono sprzedaż sieci – biznesmen wyemigrował na stałe z Rosji. W 2013 roku Durow założył komunikator Telegram, używający szyfrowania end-to-end, dzięki czemu wysyłane wiadomości nie mogą być podsłuchiwane w czasie przesyłania (dotyczy to wymiany informacji między osobami, nie grupami). W kwietniu 2018 roku Roskomnadzor, rosyjski regulator rynku mediów elektronicznych, próbował zablokować działanie komunikatora w Rosji, blokując miliony adresów IP, powodując destabilizację biznesów opartych na nowych technologiach, w tym takie giganty jak Amazon czy Google. Po kilku miesiącach Roskomnadzor musiał wycofać się z krucjaty, ale nikt nie poniósł konsekwencji wielomilionowych strat.

Według rosyjskich niezależnych mediów o planach rozpętania pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie nie wiedział nawet premier rosyjskiego rządu czy szefowa banku centralnego, która nawet próbowała złożyć dymisję. Dymisja Nabiullinej nie została przyjęta – był to sygnał dla pozostałych beneficjentów systemu, że współodpowiedzialność za funkcjonowanie w ramach tego układu ponoszą wszyscy, którzy czerpali z niego korzyści. Jednocześnie system próbuje zachować zestaw atrap demokratycznych rudymentów, które w istocie nie funkcjonują (wybory, quasi pluralizm partyjny, rola instytucji ustawodawczych itd.).

Po agresji na Ukrainę wyraźnie zarysowała się hierarchia poszczególnych orbit. Część oligarchów z drugiego kręgu wraz z początkiem wojny wycofała się z życia publicznego.

Alisher Usmanow, Wagit Alekpierow zrezygnowali ze stanowisk w swoich spółkach, Anatolij Czubajs wyjechał za granicę i trafił do szpitala z niejasnymi objawami zatrucia, Jurij Tyńkow również opuścił Rosję, zaś jego bank, jeden z nielicznych prywatnych, z pierwszej 20-tki największych banków w Rosji, został przymusowo sprzedany. Oleg Deripaska, właściciel Rusalu, swego czasu trzęsący światowym rynkiem aluminium, za swoje antywojenne wypowiedzi został pozbawiony kompleksu hotelowego, niedaleko Soczi, wartego 1 mld dolarów.

Kluczowe miejsca wokół Putina zajmują ci, z którymi współdzieli wartości i poglądy: są to najwierniejsi z wiernych, towarzyszący mu od wczesnej młodości. Putin reprezentuje ich interesy, gwarantuje pozycję społeczną, bezpieczeństwo i status materialny.

W 2021 roku Boston Consulting Group opublikował roczny raport dot. globalnego dobrobytu. Wynika z niego, że 500 rosyjskich miliarderów (0,0001 proc. dorosłego społeczeństwa) dysponuje większymi aktywami niż wynoszą rezerwy rosyjskiego banku centralnego oraz posiada 40 proc. wszystkich aktywów finansowych, znajdujących się w posiadaniu obywateli kraju. W 2020 roku była to kwota ok. 640 mld dol.

Mniej zamożnych Rosjan – posiadających majątek od miliona do 100 milionów dol. – jest wg. BCG ok. 57 tys. osób. Oba te segmenty dysponują prawie 60 procentami wszystkich aktywów finansowych ludności.

BCG ogólnie szacuje, że całkowity majątek prywatny Rosjan w 2020 r. wynosił około 4,1 bln dol. (według kursu rubel/dolar z końca 2020 roku). Z tego 1,6 biliona dol. to aktywa finansowe (gotówka, depozyty, obligacje, akcje, plany emerytalne itp.), 2,8 biliona dol. to aktywa rzeczowe (nieruchomości, grunty, aktywa materialne), a minus 0,3 biliona dol. to pasywa (głównie długi). BCG przewiduje, że do 2025 roku suma aktywów Rosjan wzrośnie do 5,4 bln dol., w tym aktywa finansowe – do 2,1 bln dol.

Przy czym jednocześnie w pierwszym półroczu 2020 r. Rosjanie stali się biedniejsi niż mieszkańcy Ukrainy, Chile i Kolumbii.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 6 sierpnia 2023


Według wyliczeń Refinitiv Eikon, cytowanych przez agencję Reutera, realizowane przez Gazprom dostawy gazu ziemnego do Europy w okresie 1 stycznia – 15 lipca br. wyniosły 13,8 mld m3 surowca. W tym samym czasie do odbiorców europejskich trafiło ok. 12,3 mld m3 rosyjskiego gazu skroplonego, który sprzedawany jest przez prywatny koncern Novatek. Różnica pomiędzy wolumenami dostarczanymi przez te dwa podmioty wyniosła więc zaledwie ok. 1,5 mld m3, po raz pierwszy w historii dostaw. Eksport realizowany przez Gazprom dociera do Europy za pośrednictwem dwóch szlaków: przebiegającego przez Morze Czarne gazociągu TurkStream oraz tranzytem przez Ukrainę. Państwowy koncern sprzedaje również niewielkie ilości LNG. Novatek dostarcza zaś gaz skroplony drogą morską, a jego głównymi odbiorcami w Europie są Francja, Hiszpania i Belgia.

Sygnalizowaną przez agencję Reutera dynamikę potwierdzają również dane podawane przez niezależny brukselski think tank Bruegel. Według tej statystyki w I półroczu br. do UE trafiło ok. 9,7 mld m3 LNG z Rosji (spadek o 3% r/r). Eksport realizowany za pośrednictwem rurociągów z FR wyniósł w tym samym okresie ok. 12,6 mld m3, co stanowi niebagatelną redukcję o ok. 75% względem analogicznego okresu w 2022 r.

Rozbieżność pomiędzy przytoczonymi danymi – poza zakresem czasowym oraz rozróżnieniem odbiorców (Europa jako kontynent bądź ściślejsza UE) – wynika także z faktu, że podane przez agencję Reutera wolumeny dotyczą konkretnych eksporterów, zaś Bruegel bierze pod uwagę jedynie formę realizowanego eksportu (gaz rurociągowy i LNG). Rosjanie od 2022 r. zaprzestali regularnej publikacji statystyk dotyczących dostarczanych za granicę surowców energetycznych, co utrudnia oszacowanie realnej wielkości sprzedawanego surowca – przesyłanego zarówno gazociągami, jak i w formie skroplonej.
 
Komentarz

Zrównywanie się wielkości wolumenów rosyjskiego surowca dostarczanego do UE za pośrednictwem rurociągów i w formie LNG bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to skutek drastycznej redukcji dostaw gazociągowych na Zachód będącej w głównej mierze konsekwencją politycznej decyzji Kremla. Miała ona na celu szantażowanie państw unijnych poprzez wywołanie szoku podażowego i wzrostu cen (zabieg ten zakończył się niepowodzeniem, rosyjskie dostawy zostały zastąpione przez nowych importerów, co doprowadziło do stabilizacji cen). Po drugie, w latach 2017–2022 realizujący sprzedaż surowca w formie skroplonej rosyjski koncern Novatek systematycznie zwiększał moc produkcyjną zakładu Jamał LNG, z którego większa część produkcji jest kierowana do Europy. Instalacja wyprodukowała w ub.r. 21 mln ton LNG, tym samym przekraczając swoją moc projektową wynoszącą 17,4 mln ton. Surowiec eksportują także dwa mniejsze zakłady LNG, znajdujące się na rosyjskim wybrzeżu Morza Bałtyckiego (oddane do użytku w latach 2021–2022 Kriogaz-Wysock oraz Portowaja LNG).

W przyszłości prawdopodobne jest osiągnięcie poziomu eksportu rosyjskiego gazu skroplonego do UE przewyższającego wielkość dostaw gazociągowych z FR. Jako niepodlegający unijnym sankcjom import LNG z Rosji ma potencjał wzrostowy. Główny eksporter Novatek zwiększa własne moce produkcyjne, co może pozwolić na większą obecność na europejskim rynku. Obecnie produkcja zakładu Jamał LNG jest obniżona na skutek trwających tam prac, a w 2024 r. koncern ma zamiar oddać do użytku na pełną moc produkcyjną pierwszą linię nowego zakładu Arktyczny LNG 2, która będzie wytwarzać 6,6 mln ton LNG rocznie (prace nad nią zostały w większości ukończone jeszcze przed wycofaniem się z projektu zachodnich partnerów). Z drugiej strony, dostawy gazociągowe z FR do UE będą najprawdopodobniej ulegać dalszemu zmniejszeniu, przede wszystkim wskutek wstrzymania przesyłu rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Obecna umowa tranzytowa, zawarta między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem w 2019 r., upływa wraz z końcem 2024 r., a strona ukraińska określiła jej prolongatę jako „mało prawdopodobną”. Utrata tego szlaku pozbawiłaby Gazprom możliwości eksportowania surowca przez Ukrainę już w 2025 r. – wielkość dzisiejszego eksportu z FR na tym kierunku wynosi ok. 12 mld m3 gazu rocznie.

Wzrost dostaw rosyjskiego LNG do UE stanowi potencjalne zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego UE. Chodzi zwłaszcza o sytuację, gdyby – tak jak w przypadku przesyłu gazociągowego – Rosjanie zdecydowali się na nagłą redukcję eksportu w newralgicznym okresie (np. podczas zapełniania magazynów krótko przed sezonem grzewczym), chcąc w ten sposób wywołać kolejny szok podażowy. Dalszy wzrost importu pochodzącego z Rosji gazu skroplonego wzmocniłby także europejską zależność od tego kierunku – w I kwartale br. rosyjski LNG stanowił 7% całości importu surowca w UE. Utrzymanie się zaś dotychczasowego tempa dostaw LNG przez całe II półrocze br. poskutkuje dostarczeniem do odbiorców unijnych wolumenu o wielkości ok. 20 mld m3, co odpowiadałoby przepustowości jednej nitki Nord Streamu 1 (projektowa moc przesyłowa całego połączenia wynosiła 55 mld m3 rocznie). Fakt realizowania dostaw przez Novatek – prywatny koncern – stanowi jedynie pozorną różnicę względem Gazpromu. Podmiot jest bowiem powiązany z władzami Rosji dzięki bliskiej znajomości założyciela i jednego z udziałowców firmy Giennadija Timczenki z prezydentem FR Władimirem Putinem. Sprzedaż LNG stanowi więc źródło wpływów finansowych dla rosyjskiej elity.

osw.waw.pl

Mariia Tsiptsiura, Onet: Miesiąc temu mówiliśmy o tym, że ukraińskie siły zbrojne znajdują się w pierwszej fazie kontrofensywy, która polega na rozpoznaniu i sondowaniu obrony przeciwnika. Czy możemy teraz powiedzieć, że rozpoczęła się druga faza ukraińskiej kontrofensywy?

Oleg Żdanow: Rzeczywiście, możemy stwierdzić, że ukraińskie siły obronne przeszły do drugiej fazy działań kontrofensywnych. Polega ona na utworzeniu przyczółka do dalszego przełamywania obrony przeciwnika. Celem tej fazy jest dotarcie do głównej linii obrony wroga na froncie o długości 100 km lub więcej. Musimy zbliżyć się do pozycji wojsk nieprzyjaciela na tak szerokim odcinku frontu. A potem będziemy dalej naciskać w poszukiwaniu miejsca, w którym ich obrona zostanie przełamana. Dotarliśmy już do linii obrony w trzech miejscach.

Ostatnio otrzymujemy głównie wiadomości z sektora Zaporoża, gdzie intensywność walk wyraźnie wzrosła. Czy można powiedzieć, że ten obszar stał się głównym celem ataku?

Intensywność walk jest naprawdę bardzo wysoka. Obszar ten obejmuje zarówno Berdiańsk, jak i Melitopol. To jest front zaporoski. W niektórych rejonach mamy już do czynienia z pierwszymi okopami tak zwanej "linii Surowikina" — głównej linii obrony wojsk rosyjskich. Ale to nie wystarczy. Nie zaczynamy jej przełamywać, ponieważ za tą linią wróg może manewrować rezerwami, przerzucać sprzęt i personel. Musimy dotrzeć do tej linii na szerokim odcinku frontu i jednocześnie zacząć wywierać presję.

Dalsze bitwy pokażą, gdzie jest najsłabszy punkt, który przełamiemy. A gdy tylko nastąpi ten przełom, zaczną wkraczać główne siły ukraińskich sił zbrojnych, których jeszcze nie rozmieściliśmy. I wtedy powiemy, że Siły Zbrojne Ukrainy przełamały linię frontu wroga i będziemy mogli dokładnie powiedzieć, jak będzie wyglądał kierunek głównego ataku. Te procesy mogą potrwać cały sierpień. Następnie rozpocznie się trzecia faza — penetracja obrony przeciwnika i jej zniszczenie.

Dzisiaj przeczytałam analizę, według której taktyka ukraińskich sił zbrojnych uległa zmianie i teraz nie atakują one aktywnie, ale starają się wyczerpać wroga. Czy mógłby Pan powiedzieć nam więcej o taktyce stosowanej obecnie przez ukraińskie siły zbrojne?

Obecnie prowadzimy taką samą operację jak na prawym brzegu obwodu chersońskiego. Tylko na znacznie większą skalę. Ale podczas operacji chersońskiej nie wywieraliśmy presji na wroga wzdłuż linii frontu, ale raczej go wyczerpaliśmy. Teraz aktywnie atakujemy i jednocześnie niszczymy logistykę wroga, uderzając w jego tylne pozycje aż do wybrzeża. Tracą amunicję, paliwo i smary oraz personel. Są coraz bardziej wyczerpani.

Zostaliśmy zmuszeni do zmiany taktyki. W pierwszych tygodniach kontrofensywy napotkaliśmy bardzo silny opór wroga i bardzo starannie skonstruowaną linię obrony. Dlatego musieliśmy porzucić taktykę atakowania dużymi grupami, batalionami i kompaniami, ponieważ ponieśliśmy straty. Przegrupowaliśmy się więc i przeszliśmy na taktykę ofensywy manewrowej. Jest to działanie małych grup szturmowych wspieranych przez pojazdy opancerzone. Oznacza to, że to nie pojazdy opancerzone przechodzą do ofensywy przy wsparciu piechoty.

To piechota w małych grupach atakuje przy wsparciu pojazdów opancerzonych i artylerii. A te małe grupy, dzięki swojej mobilności i zwrotności, mogą zadać wrogowi maksymalne obrażenia. To jest dziś główna taktyka. Posunęliśmy się naprzód w rejonach Wuhłedar, Robotyn, Verbove i Bachmut. Wróg ponosi ogromne straty, mimo że jest w defensywie, a my w ofensywie. To kompleksowe podejście.

A dlaczego nie można było rozpocząć kontrofensywy na zasadzie wyzwolenia obwodu charkowskiego, skoro Siły Zbrojne Ukrainy bardzo szybko pozbywały się ogromnych obszarów?

To było działanie wymuszone. Po pierwsze, nie otrzymaliśmy wystarczającej ilości sprzętu i broni, aby zrównać się z wrogiem i działać klasycznymi metodami. Teraz naruszamy klasyczne zasady wojny: atakujemy większą liczbę mniejszą liczbą. Chociaż, zgodnie z zasadami prowadzenia wojny, ofensywa powinna mieć co najmniej trzykrotną przewagę strony atakującej. Parytet mamy tylko w artylerii, a osiąga się go dzięki skuteczności jej użycia, a nie liczebności. Po drugie, w Charkowie zadziałał czynnik zaskoczenia, którego teraz nie ma. Wtedy bardzo szybko przełamaliśmy obronę wroga, w małych grupach przeniknęliśmy w głąb jego terytorium i wywołaliśmy chaos i panikę, co doprowadziło do szybkiej deokupacji tak dużych obszarów. Teraz to już tak nie zadziała. Po trzecie, wróg bardzo dobrze się okopał i zbudował silną linię obrony.

Ale taktyka ukraińskich sił zbrojnych działa. Według Sztabu Generalnego wróg traci do batalionu zabitych każdego dnia. A brytyjski wywiad dodaje, że Rosjanie tracą taką samą liczbę rannych. To co najmniej. Tak więc wróg traci co najmniej 1000 osób każdego dnia.

Jeśli powiemy, że druga faza potrwa do jesieni, to jak długo w sumie może potrwać ukraińska kontrofensywa?

Myślę, że potrwa do końca tego roku. Mogą być przerwy na przegrupowanie wojsk. Ale mam nadzieję, że będziemy mieli wystarczające siły i środki do prowadzenia działań ofensywnych przez cały 2023 r.

Głównym celem kontrofensywy jest dotarcie do wybrzeża Morza Azowskiego. Kiedy to zrobimy, kontrofensywę będzie można uznać za udaną. Jeśli nasz piechur umyje ręce w Morzu Azowskim, będziemy mogli powiedzieć, że osiągnęliśmy główny cel ofensywy. Ale nawet jeśli dotrzemy do linii Melitopola i nie będziemy mieli dość sił, by ruszyć dalej, to i tak ofensywa zostanie uznana za udaną. W końcu nasza artyleria będzie w stanie przejąć kontrolę ogniową nad korytarzem lądowym na Krym. A to jest logistyka przeciwnika.

(...)

Niedawno helikoptery z Białorusi przekroczyły polską granicę. Wcześniej pojawiły się informacje, że 5 tys. wagnerowców jest już na Białorusi. W jaką grę gra Łukaszenko?

Powiedziałbym, że jest rozgrywany. I to nawet nie przez Putina, ale przez ludzi, którzy za plecami Putina próbują zmusić Zachód do rozpoczęcia negocjacji. Grupa Wagnera została przeniesiona z terytorium Federacji Rosyjskiej, aby jej nie zniszczyć. Została zabrana poza zasięg ludzi i służb specjalnych, które są w 100 proc. lojalne wobec Putina.

A wszystkie te wydarzenia — przylot helikoptera, przemieszczenie Grupy Wagnera — to prowokacje ze strony otoczenia Putina. Dla nich najważniejsze jest zorganizowanie negocjacji. Ten proces przypomina rok 1945, kiedy niemieccy generałowie zaczęli negocjować z amerykańskimi generałami, ignorując Hitlera i omawiając jego los podczas tych rozmów.

Czyli, Pana zdaniem, to wszystko nie stanowi realnego zagrożenia?

Cóż, będą prowokacje na granicy. Ale będą to prowokacje dla samych prowokacji. I będą próbowali zmusić Polskę, kraje bałtyckie, każdy kraj NATO do agresywnej odpowiedzi. Jeśli Zachód zareaguje wystarczająco agresywnie, na przykład otwierając ogień do takiego śmigłowca, Rosja oskarży NATO o agresywne działania i zaproponuje rozmowy pokojowe. W tym kontekście NATO usiądzie do stołu. Tego właśnie chcą. Ale nikt tam nie zamierza atakować Warszawy czy Rzeszowa.

onet.pl

sobota, 5 sierpnia 2023


Sylwester Ruszkiewicz, Wirtualna Polska: Co się stanie, jeśli ukraińskie społeczeństwo zmęczy się wojną? A może już jest zmęczone, tylko nie mówi o tym głośno?

Nedim Useinow, politolog z Zakładu Islamu Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim: Społeczeństwo jest zmęczone wojną. Ale w razie przegranej Ukraina wraca do orbity wpływów rosyjskich. A to oznacza ciąg dalszy oligarchii, nepotyzmu, korupcji i braku suwerenności. To wbrew naturze większości społeczeństwa ukraińskiego, które już przelało sporo krwi w obronie swojego prozachodniego wyboru. Codziennie widzimy tysiące ludzi gotowych poświęcić życie, żeby nie żyć pod obcym panowaniem, pod butem Putina. Kto jak kto, ale akurat Polacy świetnie to rozumieją.

Przez pryzmat historycznych doświadczeń rozumiemy to dobrze. Pytanie: jak długo naród ukraiński będzie wierzył w sukces?

Jest zmęczenie. Słyszymy, że czasami sił nie ma, by nasz kraj trwał dalej w wojnie. Są głosy, że już wszystko stracone. Ludzie potracili domy, mieszkania i musieli się wynieść ze swojej ojcowizny. Są osoby, które potraciły pracę, nie mają widoków na przyszłość, stracili cały swój dobytek. Ludzie żyją w ciągłym stresie. Ale za tym wszystkim stoi ściana. Jak ludzie spojrzą w tył, to nie ma alternatywy. Mówią więc: zaciskamy zęby i walczymy dalej. Dlatego tak ważna jest postawa wojska i polityków.

Wojna trwa już ponad 500 dni. Jak w kontekście tak długiego konfliktu postrzegana jest ukraińska armia?

Armia działa wzorcowo, broniąc miast i ludzi. Wojsko jest filarem, na którym opiera się poczucie wewnętrznej siły ukraińskiego społeczeństwa. I wiary w to, że przetrwa. Elity polityczne w obecnej sytuacji w mojej ocenie również sobie nieźle radzą, zwłaszcza w tak młodej demokracji jak ukraińska

Nie ma żadnych wątpliwości co do działań obozu władzy?

Są. Jest dużo pytań dotyczących sposobu prowadzenia wojny przez Zełenskiego. Komunikacji i jego działań. Nie wszystko jest transparentne. Ale i w tym przypadku funkcjonuje konsensus wśród elit politycznych i w społeczeństwie. Kontrolować polityków trzeba, żeby – jak to się mówi – szajba nie odbiła. Dotyczy to także Zełenskiego, który musi pamiętać, że społeczny nadzór – mimo wojny – cały czas ma miejsce. Aktywna część społeczeństwa trzyma rękę na pulsie.

Z drugiej strony nie ma ostrej krytyki poczynań prezydenta wśród najważniejszych oponentów politycznych, przynajmniej takiej, do jakiej przyzwyczaiła nas dość impulsywna scena polityczna Ukrainy. Ton walki o względy elektoratu jest mimo wszystko wyważony, z czego i inni mogliby brać przykład.

(...)

W kontekście tego, co się dzieje na froncie, Kijów jest gotowy do rozmów pokojowych?

Kijów będzie rozmawiał, ale na swoich konkretnych warunkach. Wszystko jest wyłożone w formule pokojowej prezydenta Ukrainy. Możemy się tylko spierać, które jej elementy są bardziej realistyczne, a które mniej.

Zawsze jak podchodzimy do negocjacji mamy swoje określone oczekiwania. Nadal nie wiemy, z czym Rosjanie ewentualnie chcieliby usiąść do stołu. Ja bym odwrócił kota ogonem i powiedział, że to Putin nie jest gotowy. Dla Putina wojna jest sytuacją, z której on i jego otoczenie czerpią zyski. Dzięki niej utrzymują się przy władzy i wzbogacają się jeszcze bardziej.

Zapytam inaczej. Putin w swoim propagandowym stylu powiedział ostatnio, że byłby przychylny zawieszeniu broni, ale Rosji przeszkadza kontrofensywa Ukrainy. Jest w ukraińskim narodzie jeszcze coś, co pozwalałoby wierzyć w jakiekolwiek słowo rosyjskiego dyktatora?

Putin na pewno będzie chciał prowadzić wojnę do wyborów prezydenckich w Rosji w 2024 r., bo to mu pomaga odwracać uwagę od innych spraw i mobilizować elektorat. Będzie więc pokazywał wojnę jako swój sukces, by zapewnić sobie i swoim elitom dożywotnią władzę. Do wyborów w Rosji nie będzie żadnych szczerych rozmów pokojowych, które doprowadzą do trwałego zawieszenia broni.

Tak długo jak Putin czuje bierność rosyjskiego społeczeństwa i brak masowego sprzeciwu wobec jego polityki, będzie wojnę kontynuował. Może jednak się przeliczyć, bowiem rozgrywki wewnętrzne – podobne do buntu Grupy Wagnera – mogą spowodować kolejną próbę przewrotu na Kremlu.

Jest pan w stanie sobie dzisiaj wyobrazić, kiedy może zakończyć się wojna?

Moim zdaniem skończy się po spełnieniu któregoś z warunków: usunięcia Putina z Kremla w wyniku buntu pałacowego albo klęski jego armii na polu bitwy. Przy czym zawsze powtarzam, że Kreml kłamał, kłamie i będzie kłamać. Jeśli Moskwa dzisiaj mówi, że jest gotowa do rozmów, to oznacza, że nie chce rozmawiać. Jeśli Kreml mówi, że planuje kontynuować wojnę, bo wszystko jest świetnie i pięknie, to też nie mówi prawdy. Weryfikacja tych wszystkich deklaracji nastąpi, kiedy Putin zostanie przyparty do muru i nie będzie miał możliwości ruchu.

wp.pl

Nocą 4 sierpnia ukraińskie nawodne drony kamikadze zaatakowały rosyjską bazę morską w Noworosyjsku. Jeden z nich uszkodził okręt desantowy „Oleniegorskij Gorniak”, skierowany z Floty Północnej na Morze Czarne do udziału w tzw. specjalnej operacji wojskowej. Akcję miała przeprowadzić SBU we współpracy z Marynarką Wojenną Ukrainy. W tym samym czasie ukraińskie drony miały zaatakować z powietrza obiekty na Krymie, gdzie według części źródeł trafiony został skład paliwa k. Teodozji. Strona rosyjska donosiła o zniszczeniu dwóch dronów w Noworosyjsku i wszystkich 13 na Krymie. Poprzedniego dnia Rosjanie informowali o zestrzeleniu łącznie siedmiu ukraińskich dronów w obwodzie kałuskim FR. 2 sierpnia celem ukraińskiego ataku rakietowego było lotnisko Hwardijśke k. Symferopola, nie potwierdzono jednak żadnych szkód.

2 sierpnia rosyjskie drony kamikadze zaatakowały Izmaił przy ujściu Dunaju, doprowadzając do zniszczeń infrastruktury (m.in. zbiorników z paliwem w jednym z terminali przeładunkowych i elewatora z 40 tys. ton ziarna), a w efekcie wstrzymania pracy portu. Tego samego dnia w Kijowie donoszono o zestrzeleniu ponad 10 dronów (wszystkich użytych przez agresora), upadku odłamków w trzech rejonach miasta i uszkodzeniu czterech budynków. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych informowało o zestrzeleniu tego dnia łącznie 23 wrogich dronów Shahed-136/131, a w wieczornym wystąpieniu prezydent Wołodymyr Zełenski podał, że Rosjanie użyli ich 37. Ponadto rakietami z systemów S-300 agresor zaatakował Słowiańsk (na jego obrzeża miało spaść pięć pocisków) oraz Perszotrwanewe w obwodzie charkowskim. Dzień wcześniej celem rosyjskiego uderzenia rakietowego było Tawrijśke w obwodzie zaporoskim, a 3 sierpnia – Awdijiwka, skąd donoszono o uszkodzeniu obiektu przemysłowego. 3 sierpnia Rosjanie mieli także ponowić atak dronami na Kijów. Dowództwo Sił Powietrznych zadeklarowało, że wszystkie 15 Shahed-136/131 zostało zestrzelonych.

Siły rosyjskie miały poczynić nieznaczne postępy na północny wschód od Kupiańska, na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego oraz na południowy wschód od Kreminnej. Nie przyniosły zmian kolejne ataki agresora w rejonie Bachmutu, Awdijiwki, Marjinki oraz – o czym informował ukraiński Sztab Generalny – na południe od Wełykiej Nowosiłki. Powodzenia nie przyniosły również kolejne ataki ukraińskie na południe od Orichiwa i na południowy zachód od Bachmutu, a także próby likwidacji rosyjskich przyczółków na zachodnim brzegu rzeki Żerebeć. 2 sierpnia rzecznik Sztabu Generalnego Pawło Kowalczuk informował natomiast o wyparciu sił agresora z pozycji na południe od Awdijiwki. Z kolei 4 sierpnia zastępca dowódcy ukraińskiego operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Tauryda płk Serhij Kuźmin powiadomił o postępach obrońców w rejonie Wuhłedaru. Poprzedniego dnia Kuźmin przedstawił informację o wojskach rosyjskich na południowym odcinku frontu. Ma tam operować zgrupowanie liczące 150 tys. żołnierzy, którego trzon tworzą jednostki z trzech armii ogólnowojskowych Wschodniego Okręgu Wojskowego (5., 35. i 36.) oraz 58. Armii Ogólnowojskowej Południowego Okręgu Wojskowego.

4 sierpnia rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych płk Jurij Ihnat oznajmił, że pod koniec lata rozpocznie się wysyłanie ukraińskich pilotów do państw europejskich „na poważnie szkolenie”. Zaznaczył, że aby opanować F-16, potrzebują oni do sześciu miesięcy.

Prezydent Zełenski 3 sierpnia stwierdził, że od lata ubiegłego roku Rosjanie użyli przeciwko Ukrainie co najmniej 1961 dronów Shahed 136/131, z których większość została zestrzelona przez ukraińską obronę przeciwlotniczą.

3 sierpnia premier Denys Szmyhal poinformował, że utrzymanie Sił Zbrojnych Ukrainy i prowadzenie wojny kosztuje prawie 2 bln hrywien (54 mld dolarów), co przekracza przychody budżetu w czasie pokoju (1,3 bln hrywien). Po 24 lutego 2022 r. Ukraina miała utracić 30% gospodarki i przedsiębiorstw, 3,5 mln miejsc pracy, a jej PKB spadł o 29,5%. Szmyhal podkreślił, że państwo utrzymuje się dzięki wsparciu finansowemu partnerów, grantom i kredytom. Z kolei 4 sierpnia Reuters poinformował, że rosyjskie wydatki budżetowe na cele wojskowe w 2023 r. wyniosły dotychczas ponad 100 mld dolarów i stanowią 37,3% ogółu wydatków. Rosja planowała wydać w br. na obronę 4,98 bln rubli (ponad 52 mld dolarów, 17,1% wydatków budżetu), a tylko w pierwszym półroczu wykorzystała 5,59 bln rubli.

(...)

osw.waw.pl

W czerwcu i lipcu na Ukrainie doszło do ujawnienia szeregu nieprawidłowości i skandali korupcyjnych, świadczących o rosnącym kryzysie na zapleczu walczącej armii. Największy rezonans wywołały afery wokół działalności obwodowych i rejonowych centrów uzupełnień, odpowiadających za przeprowadzenie mobilizacji. Pierwsza z nich związana jest z osobą płk. Jewhena Borysowa, który do końca czerwca kierował obwodowym centrum uzupełnień w Odessie, a od 25 lipca przebywa w areszcie tymczasowym. Według ustaleń dziennikarskiego śledztwa, po wybuchu wojny Borysow kupił m.in. willę i pomieszczenie biurowe w Hiszpanii o łącznej wartości ponad 4 mln euro, które zostały zapisane na jego matkę i żonę. Po ujawnieniu skandalu prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział zwolnienie Borysowa z zajmowanego stanowiska i nakazał Ministerstwu Obrony utworzenie specjalnych grup roboczych, mających skontrolować pracę wojskowych centrów uzupełnień i majątki ich kierowników.

Efektem tej decyzji były kolejne przeszukania i areszty. 27 lipca zatrzymano szefa obwodowego centrum uzupełnień w Równem, którego oskarżono o pobicie podwładnego i przechowywanie narkotyków. 1 sierpnia policja i prokuratura powiadomiły o wszczęciu śledztwa w sprawie nielegalnego wzbogacenia się przez szefa analogicznej instytucji w Dnieprze, który w trakcie wojny miał wejść w posiadanie kilku samochodów i dwóch mieszkań. Równolegle toczą się śledztwa i dochodzi do aresztowań niższych rangą pracowników centrów uzupełnień, zazwyczaj oskarżanych o przyjmowanie łapówek za zwolnienie z mobilizacji. Według oświadczenia wiceministra obrony gen. Ołeksandra Pawluka z 26 lipca, do grup roboczych badających pracę regionalnych struktur uzupełnień wpłynęło ponad 2300 skarg od obywateli, dotyczących nie tylko przypadków korupcji, lecz także problemów organizacyjnych. 3 sierpnia Zełenski stwierdził, że wstępna weryfikacja działań tych instytucji ujawniła wiele „ohydnych” nadużyć.

Druga kategoria nieprawidłowości obejmuje liczne aspekty życia codziennego i organizacji wojska, a znajduje odbicie w mediach społecznościowych i wypowiedziach wolontariuszy pracujących na rzecz armii. Zwracają oni uwagę na chaotyczny przebieg mobilizacji i złą pracę wojskowych komisji lekarskich, czego efektem jest mobilizacja mężczyzn, których stan zdrowia i kondycja fizyczna często nie pozwalają na pełnienie służby na froncie. Krytyce poddaje się również ilość i jakość wyposażenia indywidualnego wydawanego przez Ministerstwo Obrony, zwłaszcza osobom świeżo zmobilizowanym. W efekcie w wielu aspektach są one uzależnione od zakupów własnych lub pomocy wolontariuszy (chodzi m.in. o apteczki polowe i kamizelki taktyczne).

Komentarz

O skali patologii w strukturach uzupełnień, w tym korupcji, świadczą decyzja o powołaniu specjalnych grup do weryfikacji ich pracy, a także włączenie się głowy państwa do procesu naprawczego. Nagłośniane przypadki łapówkarstwa są tylko częścią kryzysu organizacyjnego, którego rozwiązanie wymaga podjęcia przez Ministerstwo Obrony kompleksowych działań, wykraczających poza antykorupcyjne. Mobilizacja często przebiega w sposób chaotyczny, co w dużym stopniu wynika z wieloletnich zaniedbań w dziedzinie organizacji armii. Wojskowe struktury uzupełnień nie dysponują cyfrowymi bazami danych, zintegrowanymi z cywilnymi rejestrami ludności i pozwalającymi na sprawne przeprowadzenie mobilizacji osób o poszukiwanych specjalnościach wojskowych i zdolnych do pełnienia służby. Nieweryfikowane przez lata rejestry nie pozwalają też na wychwycenie, zintensyfikowanego przez wojnę, wewnętrznego ruchu ludności, przez co lokalne centra uzupełnień nie wiedzą dokładnie, ilu mężczyzn objętych mobilizacją faktycznie mieszka w danym rejonie i jaki odsetek z nich ma doświadczenie służby w armii. Wymusza to stosowanie półśrodków, jak np. wręczanie na ulicach i w zakładach pracy wezwań do stawienia się do centrów uzupełnień w celu uaktualnienia danych osobowych. Nakładają się na to również trudności kadrowe wojskowych struktur mobilizacyjnych, z których duża część oficerów odeszła do nowo formowanych oddziałów liniowych w pierwszych miesiącach wojny.

Problemy organizacyjne wpływają na ewolucję podejścia społeczeństwa do mobilizacji. Wśród części mężczyzn rosną obawy przed wcieleniem do armii, która nie zapewni im należytego wyszkolenia ani wyposażenia, co z kolei pogłębia zjawiska korupcyjne. Wraz z trwającą już prawie półtora roku wojną napływ ochotników maleje, straty zaś rosną, w związku z czym zwiększa się odsetek uzupełnień wysyłanych do brygad liniowych złożonych ze zmobilizowanych 30- i 40-latków, o słabej kondycji fizycznej i niskiej motywacji. Ochotnicy, zwłaszcza najmłodsi, zgłaszają się do służby przede wszystkim do oddziałów uznawanych za elitarne (m.in. wywodzących się ze środowiska „Azowa”: 3. Brygady Szturmowej i Brygady Gwardii Narodowej „Azow”) i innych formacji ochotniczych (np. 67. Brygada Zmechanizowana), a także części brygad formowanych w ramach tzw. gwardii ofensywy. Wszystko to wpływa na zaostrzenie się procesu wewnętrznego podziału armii, gdzie część oddziałów o proweniencji ochotniczej absorbuje coraz mniejszą liczbę ideowych ochotników, a większość brygad liniowych zasilana jest rezerwistami z mobilizacji – coraz mniej wartościowymi pod względem motywacji, wyszkolenia i kondycji fizycznej.

Powyższe problemy, jakkolwiek poważne i dotykające tysięcy żołnierzy objętych mobilizacją, nie przekładają się obecnie na drastyczne obniżenie zdolności bojowej armii ukraińskiej. System mobilizacyjny póki co radzi sobie z uzupełnieniem strat, a w większości brygad wykrystalizował się trzon doświadczonych podoficerów i oficerów, którzy – pomimo rosnącego zmęczenia i trudności – potrafią zorganizować i poprowadzić do boju swoje pododdziały. Dzięki nim w ukraińskich szeregach utrzymują się wysoki duch bojowy i wiara w zwycięstwo, a nieliczne przypadki dezercji czy upadku dyscypliny mają charakter indywidualny. Zarysowujący się kryzys organizacyjny jest jednak faktem, a jego przyczyny są czysto wewnętrzne i nie mogą być wytłumaczone np. niedostateczną pomocą techniczną ze strony Zachodu.

osw.waw.pl

piątek, 4 sierpnia 2023


Dron unosi się nad polem we wschodniej Ukrainie, obciążą go ponad kilogramowy granat RKG-3. Zatrzymuje się nad rosyjskim bojowym wozem piechoty BMP i zrzuca swój śmiercionośny ładunek.

Granat trafia prosto w cel. Umieszczony w nim ładunek przebija cienko opancerzony dach pojazdu gąsienicowego, który natychmiast eksploduje. Dron szybko wznosi się na bezpieczną odległość. Następnie oddala się od miejsca eksplozji, by pobrać nową amunicję.

To opis wydarzeń uwiecznionych przez kamerę z drona organizacji wolontariuszy Aerorozwidka — grupy obeznanych z technologią Ukraińców, którzy używają komputerów i drukarek 3D do produkowania improwizowanej broni dla frontu. Jednym z ich pierwszych projektów była modyfikacja granatu RKG-3.

Do zielonej skorupy granatu przyczepia się stabilizatory, wykonane z plastiku, dzięki którym granat uderza w czołg końcówką ładunku kumulacyjnego. Skorupa granatu została zmodyfikowana, by ładunek mógł być przenoszony przez drony.

Plastikowe części są wytwarzane przez wolontariuszy na całym świecie przy użyciu drukarek 3D, a następnie wysyłane do Ukrainy.

To tylko jeden z ich projektów — produkują inne rodzaje broni, drony, pancerze, a także kompletują środki medyczne potrzebne na liniach frontu. Wszystkiego tego dokonują w swoich własnych domach lub start-upach. Pokazują, jak wielkie znaczenie zyskały drukarki 3D podczas działań wojennych.

RKG-3 jest reliktem lat 50. To radziecki granat przeciwpancerny, który miał być ręcznie rzucany w czołgi. To jednak niemal samobójcza misja dla żołnierzy, którzy musieliby zbliżyć się do czołgu wroga na odległość 15—20 m. Ukraińcy wciąż dysponują setkami tych granatów, więc anonimowi majsterkowicze z Aerorozwizki unowocześnili je. Dzięki temu stały się śmiercionośną bronią, dostosowaną do użytku przez drony.

Ukraińcy wysyłają projekty części do granatów w cyfrowej formie do właścicieli drukarek 3D na całym świecie. Te projekty trafiły na przykład do grupy wolontariuszy w Wolmarze na Łotwie. Grupa Łotyszów, pod kierunkiem Janisa Ozolsa, która nazywa się "3D Wild Bees", produkuje potrzebne części.

Ozols chętnie pokazuje swoją produkcję na Facebooku — "Dzikie Pszczoły" wyprodukowały już kilka tysięcy części.

W wywiadzie dla lokalnej stacji telewizyjnej LTV Ozols powiedział, że chce, aby jego praca zapobiegła atakowi Rosjan na kraje bałtyckie. Inicjatywa ta nie jest jednak pozbawiona ryzyka dla Ozolsa. Rosyjscy najemnicy Grupy Wagnera grożą mu w internecie odwetem.

Według doniesień ukraińskich mediów, do tej pory wolontariusze z całego świata wysłali na Ukrainę łącznie ponad 60 tys. wydrukowanych w 3D części ładunków. Ukraińskie służby celne zezwoliły na import, klasyfikując części jako zabawki dla dzieci lub świeczniki.

Jednak nie tylko elementy granatów są drukowane w 3D. W tej samej technologii, tworzone są części do dronów, produkty medyczne i osłony ochronne do okopów. Specjaliści z polskiej firmy druku 3D Sygnis SA z Gdańska prowadzą projekt "Technika przeciw czołgom" i pracują nad całą serią projektów dla Ukrainy.

W pierwszych miesiącach wojny brakowało zwłaszcza opasek uciskowych do tamowania krwawienia z tętnic. Dlatego start-upy w całej Polsce produkowały odpowiednie plastikowe części w drukarkach 3D, a opaski były następnie szyte przez wolontariuszy w Ukrainie.

W Ukrainie pojawiła się w ten sposób wystarczająca liczba opasek uciskowych. Zespół skupiony wokół pomysłodawcy Andrzeja Burgsa pracuje więc nad nowymi modelami 3D do walki w okopach. Inżynierowie start-upu zaprojektowali między innymi peryskop okopowy, nakolanniki i plastikowe szczeliny do obserwowania sytuacji zza barykad ułożonych z worków z piaskiem.

Być może najważniejszą bronią domowej roboty w Ukrainie są obecnie drony.

Ukraińcy, podobnie jak Rosjanie, opracowali tandemową taktykę skutecznego ataku za pomocą wybuchowych dronów. Najpierw cele są identyfikowane z odległości przez drona zwiadowczego, a następnie do ataku przystępuje drugi, bardzo szybki dron FPV przenoszący materiały wybuchowe, który zmierza do celu dzięki obrazowi z kamery wideo.

Główni producenci, tacy jak chiński DJI, chcą zapobiec eksportowi swoich dronów do Rosji i Ukrainy, więc Ukraińcy sami budują modele FPV. Prawie wszystkie plastikowe części do nich można wyprodukować na drukarkach 3D.

Drukarki z kolei pochodzą z inicjatyw wolontariackich na całym świecie, zwłaszcza z Europy Wschodniej. Według informacji przedstawianych przez "Tech against tanks", organizacja miała dostarczyć do Ukrainy dziesiątki drukarek.

(...)

onet.pl/Die Welt

Rosja podwoiła swoje docelowe wydatki na obronę w 2023 roku do ponad 100 miliardów dolarów – jedna trzecia wszystkich wydatków publicznych – wynika z rządowego dokumentu przejrzanego przez Reuters, ponieważ koszty wojny na Ukrainie rosną i powodują coraz większe obciążenie dla finansów Moskwy .

Liczby rzucają światło na wydatki Rosji na konflikt w czasie, gdy dane dotyczące wydatków budżetowych poszczególnych sektorów nie są już publikowane.

Pokazują one, że tylko w pierwszej połowie 2023 roku Rosja wydała na obronę o 12%, czyli 600 miliardów rubli, więcej niż 4,98 biliona rubli (54 miliardy dolarów), które pierwotnie planowała na 2023 rok.

Wydatki na obronę w pierwszych sześciu miesiącach 2023 roku wyniosły 5,59 bln rubli, co stanowi 37,3% z łącznej kwoty 14,97 bln rubli wydanych w tym okresie, wynika z dokumentu. Plan budżetowy Rosji przewiduje 17,1% ogółu środków wydanych na „Obronę narodową”.

Rosyjski rząd i ministerstwo finansów nie odpowiedziały na prośby o komentarz do tych liczb.

Rosnące koszty wojenne wspierają skromne ożywienie gospodarcze Rosji w tym roku dzięki wyższej produkcji przemysłowej, ale już spowodowały deficyt finansów budżetowych w wysokości około 28 miliardów dolarów – liczbę tę potęgują spadające dochody z eksportu.

Wyższe wydatki na obronę, ponieważ Moskwa prowadzi na Ukrainie coś, co nazywa „specjalną operacją wojskową”, mogą jeszcze bardziej zwiększyć deficyt, podczas gdy wzrost produkcji może kanibalizować inne sektory i wypierać prywatne inwestycje.

Z wyliczeń Reutersa opartych na dokumencie wynika, że ​​Rosja wydała na obronność w pierwszym półroczu 19,2% wszystkich pierwotnie planowanych wydatków budżetowych na cały 2023 rok.

Z ostatnich publicznie dostępnych danych wynika, że ​​w styczniu i lutym Moskwa wydała na wojsko 2 biliony rubli. W pierwszej połowie br. wydatki budżetowe były o 2,44 bln rubli wyższe niż w analogicznym okresie 2022 roku. Z dokumentu wynika, że ​​97,1% tej dodatkowej kwoty trafiło do sektora obronnego.

Dokument zawiera nowe szacunki rocznych wydatków na obronę w wysokości 9,7 bln rubli, co stanowi jedną trzecią całkowitego celu wydatków wynoszącego 29,05 bln rubli, co byłoby najwyższym udziałem w co najmniej ostatniej dekadzie.

W latach 2011-2022 Rosja wydała na obronność minimum 13,9% i maksymalnie 23% swojego budżetu.

Z dokumentu wynika, że ​​Rosja wydała już 57,4% swojego nowego rocznego budżetu obronnego.

Produkcja wojskowa doprowadziła do silnego ożywienia produkcji przemysłowej, a analitycy twierdzą, że państwowe kontrakty obronne były jak dotąd kluczowym motorem ożywienia gospodarczego Rosji do wzrostu PKB w tym roku ze spadku o 2,1% w 2022 r.

Konkretne fundusze na obronę wchodzą w zakres wydatków zamkniętych, ale niektóre dane, choć już niepubliczne, są w obiegu. Na przykład z dokumentu wynika, że ​​Rosja wydała w pierwszym półroczu prawie 1 bilion rubli na pensje wojskowe, o 543 miliardy rubli więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Wicepremier Denis Manturow powiedział w lipcu, że przemysł obronny produkuje obecnie więcej amunicji miesięcznie niż przez cały 2022 rok.

Fundusze na szkoły, szpitale i drogi były już w tym roku ograniczane na korzyść obronności i bezpieczeństwa, ale wraz ze wzrostem udziału wydatków na obronność inne obszary mogą stanąć w obliczu cięć.

„Kompleks militarno-przemysłowy umożliwia wzrost przemysłu, przemysł „cywilny” ponownie zwalnia” – powiedział Dmitrij Polewoj, szef inwestycji w Locko-Invest, po ubiegłotygodniowych danych o produkcji przemysłowej za czerwiec.

Oznaczało to wzrost o 6,5% rok do roku, głównie dzięki efektowi niskiej bazy z zeszłego roku. Po wyłączeniu produkcji sezonowej wzrost całkowicie się zatrzymał.

Ekonomista CentroCreditBank Jewgienij Suworow powiedział, że przemysł zbrojeniowy pracuje na pełnych obrotach.

„Nie wiemy, jaki jest potencjał dalszego wzrostu produkcji czołgów i pocisków” — powiedział Suworow na swoim kanale MMI Telegram. „Ale wiemy, że dalsze zwiększanie tej produkcji jest możliwe tylko kosztem utraty większej liczby pracowników z innych sektorów gospodarki”.

Eksporter netto, Rosja, zwykle notuje nadwyżki budżetowe, ale drugi rok z rzędu odnotuje deficyt, przy czym wartość eksportu energii spadła o 47% rok do roku w pierwszej połowie roku.

Wyższe wydatki budżetowe zwiększają ryzyko inflacji. W lipcu bank centralny podniósł stopy procentowe do 8,5%, a analitycy spodziewają się dalszego wzrostu kosztów kredytu.

Bank Rosji prognozuje wzrost PKB w tym roku na poziomie 1,5%-2,5%, zgodnie z wynikami analityków ankietowanych przez Reuters w zeszłym tygodniu. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozował w kwietniu wzrost o 0,7% w tym roku, ale globalna izolacja osłabia perspektywy Rosji na nadchodzące lata.

„Obfite sterydy fiskalne na razie pomagają dość dobrze, ale raczej nie poprawiają średnio- lub długoterminowej sytuacji gospodarki” – powiedział Polewoj. „Gdy tylko konsolidacja fiskalna stanie się nieunikniona, nastąpi gwałtowne spowolnienie gospodarcze”.

reuters.com

Rosyjską narrację powielił także chiński ambasador w Rosji Zhang Hanhui, który udzielił wywiadu kremlowskiej agencji prasowej TASS. Jego wypowiedzi przypominają zimnowojenną retorykę sprzed pół wieku. - Przez ponad 30 lat NATO wszędzie podsycało napięcia, łamało stabilność i zachęcało do separatyzmu tak jak w Kosowie, Libii i Afganistanie. Pięć ekspansji na wschód poważnie wpłynęło na pozimnowojenny porządek i bezpieczeństwo w Europie. Było też kluczową przyczyną zaostrzenia kryzysu ukraińskiego - powiedział. Warto podkreślić, że nie jest to prawda: to Rosja napadła na pokojową Ukrainę i dokonuje zbrodni na ludności cywilnej. Według niego ekspansja NATO na wschód tylko zwiększy napięcie w regionie. Stwierdził, że doprowadzi do kryzysu zaufania, pobudzi wyścig zbrojeń i sprowokuje konfrontację między obozami, a nawet nową zimną wojnę. Jak dodał - jego zdaniem - NATO jest reliktem zimnej wojny i z jej końcem powinno zostać zniszczone.  

Zdaniem ambasadora NATO "karmi się rozpętywaniem wojen i podżeganiem do konfliktów".

Fakty pokazują, że wszędzie tam, gdzie NATO wyciąga swoje diaboliczne ręce, nie będzie pokoju, a ludzie będą umierać - mówił Hanhui po raz kolejny wpisując się w propagandę Kremla.

gazeta.pl

Można śmiało stwierdzić, że naród ukraiński i jego przywódcy chcą trwałego pokoju z Rosją bardziej niż Zachód i inne kraje na świecie. Dlaczego więc Kijów nie przoduje w szukaniu kompromisu z Moskwą?

Prawda jest taka, że ​​obecna wojna Rosji z Ukrainą nie może łatwo zakończyć się negocjacjami. Wpisuje się to w długi historyczny wzorzec rosyjskiego zachowania, część większej patologii, która uniemożliwia osiągnięcie stabilnego pokoju – a przynajmniej większość Ukraińców i innych mieszkańców Europy Środkowej tak uważa.

Obecny atak nie jest ani pierwszym atakiem Moskwy na naród ukraiński, ani jedyną trwającą ekspansywną operacją Kremla w byłym imperium rosyjskim.

Mocne lekcje z przeszłości Ukrainy, a także historii i teraźniejszości jej sąsiadów nauczyły Ukraińców, że Moskwie nie można ufać. I zgodnie z ich doświadczeniem i analizą porównawczą, jeśli państwo rosyjskie istnieje w obecnym kształcie, nie podejmie szczerych negocjacji ani nie podpisze porozumienia pokojowego w dobrej wierze.

Mówiąc najprościej, imperialna rosyjska tradycja państwowa są zbyt silna, by pozwolić na sensowne i trwałe porozumienie. W rzeczywistości wielowiekowy impuls ekspansjonistyczny w perspektywach strategicznych Moskwy może nawet przetrwać demokratyczną zmianę ustroju politycznego kraju — jak to miało miejsce w następstwie Pierwszej Republiki Rosyjskiej od lutego do października 1917 r., a także Drugiej Republiki Rosyjskiej z 1991 r. do 1999 r.

To dlatego, w przeciwieństwie do wielu zewnętrznych obserwatorów, większość ukraińskich i środkowoeuropejskich polityków, ekspertów i dyplomatów postrzega dzisiejszą wojnę rosyjsko-ukraińską nie tylko – i nie tak bardzo – jako wynik obsesji rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Zamiast tego postrzegają ją jako najnowsze wcielenie serii konwencjonalnych i hybrydowych podbojów militarnych podejmowanych przez Rosję na przestrzeni wieków. Te, które wcześniej podlegały różnym imperiom rosyjskim — moskiewskiemu, carskiemu, sowieckiemu czy poradzieckiemu — wszyscy doświadczyli podobnego ekspansjonizmu. A rozwijająca się agresja kraju jest jedynie jej ostatnią manifestacją.

W lutym 2022 r. wielu obserwatorów było zdumionych twierdzeniem Putina, że ​​otwarta inwazja Moskwy na Ukrainę – z jej żydowskim prezydentem – była uzasadniona „antyfaszystowskimi” obawami Rosji. Dla kontrastu, wielu mieszkańców Europy Środkowej było już zaznajomionych z rosyjskim zarzutem, że ich przywódcy, rządy i elity są faszystowskie.

Na przykład 30 lat przed obecną eskalacją na Ukrainie 14 Armia Rosyjska interweniowała militarnie w konflikcie wewnątrz Mołdawii. Nieżyjący już generał Aleksandr Lebed usprawiedliwiał nielegalne zaangażowanie swoich żołnierzy w obcym kraju twierdzeniem podobnym do kłamstwa Putina, mówiąc, że nowy rząd młodej Republiki Mołdawii w Kiszyniowie zachowywał się gorzej niż niemieckie SS 50 lat wcześniej. Ta nieskrywana interwencja ostatecznie doprowadziła do rozpadu Republiki Mołdawii. A resztki 14. Armii Rosyjskiej — tak zwanej Grupy Operacyjnej Wojsk Rosyjskich — pozostają od tamtej pory jako uzbrojeni i niechciani goście na oficjalnie uznanym terytorium państwowym Mołdawii.

Ten epizod z 1992 roku – który miał miejsce w stosunkowo prozachodnim i liberalnym okresie najnowszej historii Rosji, kiedy Putin był politycznym nikim w Petersburgu – ilustruje szerszy problem. Nie ma znaczenia, czy w przyszłości Putin będzie u władzy, czy nie, ani czy rosyjski reżim jest demokratyczny, totalitarny, monarchiczny, oligarchiczny czy jeszcze inny: ekspansjonistyczny pęd Moskwy prawdopodobnie będzie się utrzymywał.

Wielu zachodnich analityków może uważać ten etnohistoryczny determinizm za nienaukowy, ale taka ponura ocena jest powszechna wśród bliskich sąsiadów Rosji. Mieszkańcy Europy Środkowej, Kaukazu i Azji Środkowej wielokrotnie doświadczali kolonialnych postaw i impulsów tego kraju. Operacje Moskwy zostały zaprojektowane tak, by zapewnić jej imperialną potęgę, a rosyjska inwazja na Ukrainę jest po prostu najnowszą permutacją.

Uzbrojeni w tę historyczną pamięć, poszukiwanie sensownego rozejmu z obecnymi władcami Moskwy wydaje się głupie. Putin i jego następcy mogą równie dobrze angażować się w dialog polityczny i prowadzić pozornie poważne negocjacje. Kreml mógł nawet mówić o zawieszeniu broni i środkach „budowy zaufania”. Byłby to jednak tymczasowy odwrót taktyczny, mający na celu ponowne zapewnienie dominacji, władzy i hegemonii.

politico.eu

czwartek, 3 sierpnia 2023


Po buncie Grupy Wagnera, który stanowił największe zagrożenie w trakcie trwających 23 lata rządów Putina, Kreml używa tej samej taktyki, której użył do zmiażdżenia liberalnej opozycji — tylko że tym razem przeciwko skrajnie prawicowym "wściekłym patriotom".

Według trzech rosyjskich urzędników, z którymi rozmawiała redakcja "The Moscow Times", władza w Rosji za wszelką cenę stara się teraz odsunąć ryzyko kolejnych niepokojów w państwie.

— Z grubsza rzecz biorąc, naszymi głównymi wrogami są obecnie patrioci, tak jak kiedyś byli nimi liberałowie — powiedział "The Moscow Times" jeden z urzędników administracji prezydenckiej.

Od początku wojny Kreml uważał prowojennych jastrzębi, imperialistów i rosyjskich nacjonalistów — powszechnie znanych jako "partia wojny" — za swoje główne źródło poparcia społecznego, dając im wolną rękę do krytykowania sposobu prowadzenia wojny przez wojsko.

Teraz jednak postaci te stały się głównym zagrożeniem dla reżimu Putina, co udowodniła rebelia Grupy Wagnera, która zyskała szerokie poparcie.

Po ograniczeniu szkodliwej dla Putina działalności przywódcy Grupy Wagnera, Jewgienija Prigożyna, Kreml skupił się na Igorze Girkinie, byłym pułkowniku Federalnej Służby Bezpieczeństwa i niegdysiejszym dowódcy separatystów na wschodzie Ukrainy, który regularnie krytykował niekompetencję rosyjskich wojsk w Ukrainie.

Girkin, używający pseudonimu Striełkow, został aresztowany pod koniec lipca pod zarzutem "publicznego podżegania do ekstremizmu" kilka dni po tym, jak wezwał Putina do ustąpienia. Napisał wówczas na swoim kanale na platformie Telegram, gdzie ma 800 tys. obserwujących, że "Rosja nie przetrwa kolejnych sześciu lat z tą tchórzliwą miernotą u władzy".

— Administracja Kremla wkurzyła się na Striełkowa. Władza potrzebuje ruchu patriotycznego, ale tylko takiego, który opowiada się za Putinem. Reżim nie chce patriotyzmu, który dąży do zmiany systemu państwowego — powiedziała w rozmowie z "The Moscow Times" osoba bliska Kremlowi.

Atak na prowojennych jastrzębi ma miejsce tuż przed wyborami regionalnymi w Rosji, które odbędą się w przyszłym miesiącu. Kreml dąży w nich do utrzymania u władzy lojalnych gubernatorów. Obywatele Federacji Rosyjskiej zdecydują o wyborze przywódców 26 regionów — czyli jednej czwartej z 89 podmiotów federalnych Rosji.

Są to m.in.: Moskwa i otaczający ją region moskiewski, które coraz częściej doświadczają ataków dronów; region Woroneża, dotknięty transgranicznymi atakami z Ukrainy; regiony Sacha i Chakasja na Syberii, gdzie doszło do protestów; Kraj Primorski na Dalekim Wschodzie, którego stolicą jest Władywostok i wreszcie cztery ukraińskie obwody, których aneksję ogłosiła Rosja.

Przed i bezpośrednio po inwazji na Ukrainę Kreml uwięził lub zmusił do opuszczenia kraju wszystkich liberalnych opozycjonistów i niezależnych dziennikarzy, usuwając wszelkie źródła publicznego sprzeciwu wobec wojny.

Oleg Ignatow, analityk w niezależnej międzynarodowej organizacji International Crisis Group, która zajmuje się sytuacjami kryzysowymi, powiedział w wywiadzie "The Moscow Times", że kiedy plany Putina dotyczące szybkiego przejęcia Kijowa nie powiodły się, Kreml został zmuszony do tolerowania najbardziej zagorzałych zwolenników inwazji, aby utrzymać poparcie dla wojny w Rosji.

— W warunkach długiej wojny, na którą Putin się nie przygotował, niemożliwe jest bez tych ludzi utrzymanie społecznego poparcia dla inwazji. Bez nich trudno jest nie tylko zmobilizować społeczeństwo, lecz także utrzymać przyzwolenie dla wojny. Reżim potrzebuje ich ultranacjonalistów, aby się na nich oprzeć — powiedział Ignatow.

Kreml zrobił wiele dla mobilizacji biurokratów i społeczeństwa do poparcia inwazji i aneksji czterech ukraińskich regionów. Oddolne patriotyczne ruchy ochotnicze otrzymują dotacje państwowe, a urzędnicy i politycy pomagający armii oraz pracujący na okupowanych terytoriach dostają awanse.

Im dłużej armii Putina nie udawało się osiągnąć zwycięstwa, tym głośniejsza i ostrzejsza stawała się krytyka Kremla i wojska z prawej strony — a dokładniej wśród konserwatywnych i patriotycznych ugrupowań, które wzywały do jeszcze ostrzejszych działań w Ukrainie.

Jednak w przeciwieństwie do liberalnej opozycji, która została prawie całkowicie wyeliminowana, ideologiczni zwolennicy wojny z patriotycznej flanki mają infrastrukturę, mocną obecność w mediach i możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów, nawet tych krytycznych wobec rosyjskich władz.

Ich działalność miała miejsce za zgodą, a nawet przy wsparciu Kremla, który był zainteresowany promowaniem zwolenników wojny — ale nie wtedy, gdy wiązało się to z krytyką samego Kremla.

Striełkow i Prigożyn wyrazili niezadowolenie niezależnie od siebie. Zdaniem Ignatowa niebezpieczeństwo dla Kremla polega na tym, że ich krytyka zaczęła docierać do dużej części rosyjskiego społeczeństwa, w tym samej armii, sił bezpieczeństwa i zwykłych ludzi.

Ignatow: Striełkow przeszedł już nawet do osobistych obelg pod adresem Putina. Gdyby władze go nie ukarały, inni zdaliby sobie sprawę, że można to robić i również zaczęliby go krytykować. Kreml po prostu nie mógł na to pozwolić.

Według niezależnej rosyjskiej ekspertki politycznej Tatiany Stanowoj uciszenie Striełkowa i Prigożyna przez Kreml "niezaprzeczalnie służy interesom" rosyjskiego Ministerstwa Obrony i jego najwyższego kierownictwa, którzy byli głównymi celami ich obydwu.

Chociaż "jest mało prawdopodobne, aby doszło do masowych represji wobec wściekłych patriotów, to najbardziej zagorzali wśród nich mogą stanąć przed sądem, służąc jako przestroga dla innych" — napisała Stanowaja w poście na platformie Telegram.

Od początku lat 90. Kreml zawsze starał się trzymać pod kontrolą konserwatywne kręgi polityczne — nacjonalistów, zwolenników Imperium Rosyjskiego, stalinistów, radykalnych prawosławnych i inne marginalne ruchy. Przez lata grupy te były reprezentowane w rosyjskiej polityce przez skrajnie prawicową Partię Liberalno-Demokratyczną (LDPR). Partia Komunistyczna również otrzymywała część głosów tych grup.

Jednak po 2014 r., kiedy Kreml zaanektował Krym i poparł separatystów na wschodzie Ukrainy, Putin starał się przedstawić siebie jako głównego głosiciela wielkości i siły Rosji oraz obrońcę Rosjan.

W efekcie dzisiaj wspieranie wojny nie gwarantuje danej osobie bezpieczeństwa, nawet jeśli ma setki tysięcy zwolenników, ale krytykuje Putina.

— Albo więzienie jak Nawalny lub śmierć jak Niemcow. To jest los każdego, kto chce odgrywać jakąś rolę w przestrzeni politycznej Rosji pod rządami Putina — powiedział w rozmowie z "The Moscow Times" wieloletni rosyjski urzędnik państwowy.

onet.pl/The Moscow Times