sobota, 5 sierpnia 2023


Sylwester Ruszkiewicz, Wirtualna Polska: Co się stanie, jeśli ukraińskie społeczeństwo zmęczy się wojną? A może już jest zmęczone, tylko nie mówi o tym głośno?

Nedim Useinow, politolog z Zakładu Islamu Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim: Społeczeństwo jest zmęczone wojną. Ale w razie przegranej Ukraina wraca do orbity wpływów rosyjskich. A to oznacza ciąg dalszy oligarchii, nepotyzmu, korupcji i braku suwerenności. To wbrew naturze większości społeczeństwa ukraińskiego, które już przelało sporo krwi w obronie swojego prozachodniego wyboru. Codziennie widzimy tysiące ludzi gotowych poświęcić życie, żeby nie żyć pod obcym panowaniem, pod butem Putina. Kto jak kto, ale akurat Polacy świetnie to rozumieją.

Przez pryzmat historycznych doświadczeń rozumiemy to dobrze. Pytanie: jak długo naród ukraiński będzie wierzył w sukces?

Jest zmęczenie. Słyszymy, że czasami sił nie ma, by nasz kraj trwał dalej w wojnie. Są głosy, że już wszystko stracone. Ludzie potracili domy, mieszkania i musieli się wynieść ze swojej ojcowizny. Są osoby, które potraciły pracę, nie mają widoków na przyszłość, stracili cały swój dobytek. Ludzie żyją w ciągłym stresie. Ale za tym wszystkim stoi ściana. Jak ludzie spojrzą w tył, to nie ma alternatywy. Mówią więc: zaciskamy zęby i walczymy dalej. Dlatego tak ważna jest postawa wojska i polityków.

Wojna trwa już ponad 500 dni. Jak w kontekście tak długiego konfliktu postrzegana jest ukraińska armia?

Armia działa wzorcowo, broniąc miast i ludzi. Wojsko jest filarem, na którym opiera się poczucie wewnętrznej siły ukraińskiego społeczeństwa. I wiary w to, że przetrwa. Elity polityczne w obecnej sytuacji w mojej ocenie również sobie nieźle radzą, zwłaszcza w tak młodej demokracji jak ukraińska

Nie ma żadnych wątpliwości co do działań obozu władzy?

Są. Jest dużo pytań dotyczących sposobu prowadzenia wojny przez Zełenskiego. Komunikacji i jego działań. Nie wszystko jest transparentne. Ale i w tym przypadku funkcjonuje konsensus wśród elit politycznych i w społeczeństwie. Kontrolować polityków trzeba, żeby – jak to się mówi – szajba nie odbiła. Dotyczy to także Zełenskiego, który musi pamiętać, że społeczny nadzór – mimo wojny – cały czas ma miejsce. Aktywna część społeczeństwa trzyma rękę na pulsie.

Z drugiej strony nie ma ostrej krytyki poczynań prezydenta wśród najważniejszych oponentów politycznych, przynajmniej takiej, do jakiej przyzwyczaiła nas dość impulsywna scena polityczna Ukrainy. Ton walki o względy elektoratu jest mimo wszystko wyważony, z czego i inni mogliby brać przykład.

(...)

W kontekście tego, co się dzieje na froncie, Kijów jest gotowy do rozmów pokojowych?

Kijów będzie rozmawiał, ale na swoich konkretnych warunkach. Wszystko jest wyłożone w formule pokojowej prezydenta Ukrainy. Możemy się tylko spierać, które jej elementy są bardziej realistyczne, a które mniej.

Zawsze jak podchodzimy do negocjacji mamy swoje określone oczekiwania. Nadal nie wiemy, z czym Rosjanie ewentualnie chcieliby usiąść do stołu. Ja bym odwrócił kota ogonem i powiedział, że to Putin nie jest gotowy. Dla Putina wojna jest sytuacją, z której on i jego otoczenie czerpią zyski. Dzięki niej utrzymują się przy władzy i wzbogacają się jeszcze bardziej.

Zapytam inaczej. Putin w swoim propagandowym stylu powiedział ostatnio, że byłby przychylny zawieszeniu broni, ale Rosji przeszkadza kontrofensywa Ukrainy. Jest w ukraińskim narodzie jeszcze coś, co pozwalałoby wierzyć w jakiekolwiek słowo rosyjskiego dyktatora?

Putin na pewno będzie chciał prowadzić wojnę do wyborów prezydenckich w Rosji w 2024 r., bo to mu pomaga odwracać uwagę od innych spraw i mobilizować elektorat. Będzie więc pokazywał wojnę jako swój sukces, by zapewnić sobie i swoim elitom dożywotnią władzę. Do wyborów w Rosji nie będzie żadnych szczerych rozmów pokojowych, które doprowadzą do trwałego zawieszenia broni.

Tak długo jak Putin czuje bierność rosyjskiego społeczeństwa i brak masowego sprzeciwu wobec jego polityki, będzie wojnę kontynuował. Może jednak się przeliczyć, bowiem rozgrywki wewnętrzne – podobne do buntu Grupy Wagnera – mogą spowodować kolejną próbę przewrotu na Kremlu.

Jest pan w stanie sobie dzisiaj wyobrazić, kiedy może zakończyć się wojna?

Moim zdaniem skończy się po spełnieniu któregoś z warunków: usunięcia Putina z Kremla w wyniku buntu pałacowego albo klęski jego armii na polu bitwy. Przy czym zawsze powtarzam, że Kreml kłamał, kłamie i będzie kłamać. Jeśli Moskwa dzisiaj mówi, że jest gotowa do rozmów, to oznacza, że nie chce rozmawiać. Jeśli Kreml mówi, że planuje kontynuować wojnę, bo wszystko jest świetnie i pięknie, to też nie mówi prawdy. Weryfikacja tych wszystkich deklaracji nastąpi, kiedy Putin zostanie przyparty do muru i nie będzie miał możliwości ruchu.

wp.pl

Nocą 4 sierpnia ukraińskie nawodne drony kamikadze zaatakowały rosyjską bazę morską w Noworosyjsku. Jeden z nich uszkodził okręt desantowy „Oleniegorskij Gorniak”, skierowany z Floty Północnej na Morze Czarne do udziału w tzw. specjalnej operacji wojskowej. Akcję miała przeprowadzić SBU we współpracy z Marynarką Wojenną Ukrainy. W tym samym czasie ukraińskie drony miały zaatakować z powietrza obiekty na Krymie, gdzie według części źródeł trafiony został skład paliwa k. Teodozji. Strona rosyjska donosiła o zniszczeniu dwóch dronów w Noworosyjsku i wszystkich 13 na Krymie. Poprzedniego dnia Rosjanie informowali o zestrzeleniu łącznie siedmiu ukraińskich dronów w obwodzie kałuskim FR. 2 sierpnia celem ukraińskiego ataku rakietowego było lotnisko Hwardijśke k. Symferopola, nie potwierdzono jednak żadnych szkód.

2 sierpnia rosyjskie drony kamikadze zaatakowały Izmaił przy ujściu Dunaju, doprowadzając do zniszczeń infrastruktury (m.in. zbiorników z paliwem w jednym z terminali przeładunkowych i elewatora z 40 tys. ton ziarna), a w efekcie wstrzymania pracy portu. Tego samego dnia w Kijowie donoszono o zestrzeleniu ponad 10 dronów (wszystkich użytych przez agresora), upadku odłamków w trzech rejonach miasta i uszkodzeniu czterech budynków. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych informowało o zestrzeleniu tego dnia łącznie 23 wrogich dronów Shahed-136/131, a w wieczornym wystąpieniu prezydent Wołodymyr Zełenski podał, że Rosjanie użyli ich 37. Ponadto rakietami z systemów S-300 agresor zaatakował Słowiańsk (na jego obrzeża miało spaść pięć pocisków) oraz Perszotrwanewe w obwodzie charkowskim. Dzień wcześniej celem rosyjskiego uderzenia rakietowego było Tawrijśke w obwodzie zaporoskim, a 3 sierpnia – Awdijiwka, skąd donoszono o uszkodzeniu obiektu przemysłowego. 3 sierpnia Rosjanie mieli także ponowić atak dronami na Kijów. Dowództwo Sił Powietrznych zadeklarowało, że wszystkie 15 Shahed-136/131 zostało zestrzelonych.

Siły rosyjskie miały poczynić nieznaczne postępy na północny wschód od Kupiańska, na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego oraz na południowy wschód od Kreminnej. Nie przyniosły zmian kolejne ataki agresora w rejonie Bachmutu, Awdijiwki, Marjinki oraz – o czym informował ukraiński Sztab Generalny – na południe od Wełykiej Nowosiłki. Powodzenia nie przyniosły również kolejne ataki ukraińskie na południe od Orichiwa i na południowy zachód od Bachmutu, a także próby likwidacji rosyjskich przyczółków na zachodnim brzegu rzeki Żerebeć. 2 sierpnia rzecznik Sztabu Generalnego Pawło Kowalczuk informował natomiast o wyparciu sił agresora z pozycji na południe od Awdijiwki. Z kolei 4 sierpnia zastępca dowódcy ukraińskiego operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Tauryda płk Serhij Kuźmin powiadomił o postępach obrońców w rejonie Wuhłedaru. Poprzedniego dnia Kuźmin przedstawił informację o wojskach rosyjskich na południowym odcinku frontu. Ma tam operować zgrupowanie liczące 150 tys. żołnierzy, którego trzon tworzą jednostki z trzech armii ogólnowojskowych Wschodniego Okręgu Wojskowego (5., 35. i 36.) oraz 58. Armii Ogólnowojskowej Południowego Okręgu Wojskowego.

4 sierpnia rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych płk Jurij Ihnat oznajmił, że pod koniec lata rozpocznie się wysyłanie ukraińskich pilotów do państw europejskich „na poważnie szkolenie”. Zaznaczył, że aby opanować F-16, potrzebują oni do sześciu miesięcy.

Prezydent Zełenski 3 sierpnia stwierdził, że od lata ubiegłego roku Rosjanie użyli przeciwko Ukrainie co najmniej 1961 dronów Shahed 136/131, z których większość została zestrzelona przez ukraińską obronę przeciwlotniczą.

3 sierpnia premier Denys Szmyhal poinformował, że utrzymanie Sił Zbrojnych Ukrainy i prowadzenie wojny kosztuje prawie 2 bln hrywien (54 mld dolarów), co przekracza przychody budżetu w czasie pokoju (1,3 bln hrywien). Po 24 lutego 2022 r. Ukraina miała utracić 30% gospodarki i przedsiębiorstw, 3,5 mln miejsc pracy, a jej PKB spadł o 29,5%. Szmyhal podkreślił, że państwo utrzymuje się dzięki wsparciu finansowemu partnerów, grantom i kredytom. Z kolei 4 sierpnia Reuters poinformował, że rosyjskie wydatki budżetowe na cele wojskowe w 2023 r. wyniosły dotychczas ponad 100 mld dolarów i stanowią 37,3% ogółu wydatków. Rosja planowała wydać w br. na obronę 4,98 bln rubli (ponad 52 mld dolarów, 17,1% wydatków budżetu), a tylko w pierwszym półroczu wykorzystała 5,59 bln rubli.

(...)

osw.waw.pl

W czerwcu i lipcu na Ukrainie doszło do ujawnienia szeregu nieprawidłowości i skandali korupcyjnych, świadczących o rosnącym kryzysie na zapleczu walczącej armii. Największy rezonans wywołały afery wokół działalności obwodowych i rejonowych centrów uzupełnień, odpowiadających za przeprowadzenie mobilizacji. Pierwsza z nich związana jest z osobą płk. Jewhena Borysowa, który do końca czerwca kierował obwodowym centrum uzupełnień w Odessie, a od 25 lipca przebywa w areszcie tymczasowym. Według ustaleń dziennikarskiego śledztwa, po wybuchu wojny Borysow kupił m.in. willę i pomieszczenie biurowe w Hiszpanii o łącznej wartości ponad 4 mln euro, które zostały zapisane na jego matkę i żonę. Po ujawnieniu skandalu prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział zwolnienie Borysowa z zajmowanego stanowiska i nakazał Ministerstwu Obrony utworzenie specjalnych grup roboczych, mających skontrolować pracę wojskowych centrów uzupełnień i majątki ich kierowników.

Efektem tej decyzji były kolejne przeszukania i areszty. 27 lipca zatrzymano szefa obwodowego centrum uzupełnień w Równem, którego oskarżono o pobicie podwładnego i przechowywanie narkotyków. 1 sierpnia policja i prokuratura powiadomiły o wszczęciu śledztwa w sprawie nielegalnego wzbogacenia się przez szefa analogicznej instytucji w Dnieprze, który w trakcie wojny miał wejść w posiadanie kilku samochodów i dwóch mieszkań. Równolegle toczą się śledztwa i dochodzi do aresztowań niższych rangą pracowników centrów uzupełnień, zazwyczaj oskarżanych o przyjmowanie łapówek za zwolnienie z mobilizacji. Według oświadczenia wiceministra obrony gen. Ołeksandra Pawluka z 26 lipca, do grup roboczych badających pracę regionalnych struktur uzupełnień wpłynęło ponad 2300 skarg od obywateli, dotyczących nie tylko przypadków korupcji, lecz także problemów organizacyjnych. 3 sierpnia Zełenski stwierdził, że wstępna weryfikacja działań tych instytucji ujawniła wiele „ohydnych” nadużyć.

Druga kategoria nieprawidłowości obejmuje liczne aspekty życia codziennego i organizacji wojska, a znajduje odbicie w mediach społecznościowych i wypowiedziach wolontariuszy pracujących na rzecz armii. Zwracają oni uwagę na chaotyczny przebieg mobilizacji i złą pracę wojskowych komisji lekarskich, czego efektem jest mobilizacja mężczyzn, których stan zdrowia i kondycja fizyczna często nie pozwalają na pełnienie służby na froncie. Krytyce poddaje się również ilość i jakość wyposażenia indywidualnego wydawanego przez Ministerstwo Obrony, zwłaszcza osobom świeżo zmobilizowanym. W efekcie w wielu aspektach są one uzależnione od zakupów własnych lub pomocy wolontariuszy (chodzi m.in. o apteczki polowe i kamizelki taktyczne).

Komentarz

O skali patologii w strukturach uzupełnień, w tym korupcji, świadczą decyzja o powołaniu specjalnych grup do weryfikacji ich pracy, a także włączenie się głowy państwa do procesu naprawczego. Nagłośniane przypadki łapówkarstwa są tylko częścią kryzysu organizacyjnego, którego rozwiązanie wymaga podjęcia przez Ministerstwo Obrony kompleksowych działań, wykraczających poza antykorupcyjne. Mobilizacja często przebiega w sposób chaotyczny, co w dużym stopniu wynika z wieloletnich zaniedbań w dziedzinie organizacji armii. Wojskowe struktury uzupełnień nie dysponują cyfrowymi bazami danych, zintegrowanymi z cywilnymi rejestrami ludności i pozwalającymi na sprawne przeprowadzenie mobilizacji osób o poszukiwanych specjalnościach wojskowych i zdolnych do pełnienia służby. Nieweryfikowane przez lata rejestry nie pozwalają też na wychwycenie, zintensyfikowanego przez wojnę, wewnętrznego ruchu ludności, przez co lokalne centra uzupełnień nie wiedzą dokładnie, ilu mężczyzn objętych mobilizacją faktycznie mieszka w danym rejonie i jaki odsetek z nich ma doświadczenie służby w armii. Wymusza to stosowanie półśrodków, jak np. wręczanie na ulicach i w zakładach pracy wezwań do stawienia się do centrów uzupełnień w celu uaktualnienia danych osobowych. Nakładają się na to również trudności kadrowe wojskowych struktur mobilizacyjnych, z których duża część oficerów odeszła do nowo formowanych oddziałów liniowych w pierwszych miesiącach wojny.

Problemy organizacyjne wpływają na ewolucję podejścia społeczeństwa do mobilizacji. Wśród części mężczyzn rosną obawy przed wcieleniem do armii, która nie zapewni im należytego wyszkolenia ani wyposażenia, co z kolei pogłębia zjawiska korupcyjne. Wraz z trwającą już prawie półtora roku wojną napływ ochotników maleje, straty zaś rosną, w związku z czym zwiększa się odsetek uzupełnień wysyłanych do brygad liniowych złożonych ze zmobilizowanych 30- i 40-latków, o słabej kondycji fizycznej i niskiej motywacji. Ochotnicy, zwłaszcza najmłodsi, zgłaszają się do służby przede wszystkim do oddziałów uznawanych za elitarne (m.in. wywodzących się ze środowiska „Azowa”: 3. Brygady Szturmowej i Brygady Gwardii Narodowej „Azow”) i innych formacji ochotniczych (np. 67. Brygada Zmechanizowana), a także części brygad formowanych w ramach tzw. gwardii ofensywy. Wszystko to wpływa na zaostrzenie się procesu wewnętrznego podziału armii, gdzie część oddziałów o proweniencji ochotniczej absorbuje coraz mniejszą liczbę ideowych ochotników, a większość brygad liniowych zasilana jest rezerwistami z mobilizacji – coraz mniej wartościowymi pod względem motywacji, wyszkolenia i kondycji fizycznej.

Powyższe problemy, jakkolwiek poważne i dotykające tysięcy żołnierzy objętych mobilizacją, nie przekładają się obecnie na drastyczne obniżenie zdolności bojowej armii ukraińskiej. System mobilizacyjny póki co radzi sobie z uzupełnieniem strat, a w większości brygad wykrystalizował się trzon doświadczonych podoficerów i oficerów, którzy – pomimo rosnącego zmęczenia i trudności – potrafią zorganizować i poprowadzić do boju swoje pododdziały. Dzięki nim w ukraińskich szeregach utrzymują się wysoki duch bojowy i wiara w zwycięstwo, a nieliczne przypadki dezercji czy upadku dyscypliny mają charakter indywidualny. Zarysowujący się kryzys organizacyjny jest jednak faktem, a jego przyczyny są czysto wewnętrzne i nie mogą być wytłumaczone np. niedostateczną pomocą techniczną ze strony Zachodu.

osw.waw.pl

piątek, 4 sierpnia 2023


Dron unosi się nad polem we wschodniej Ukrainie, obciążą go ponad kilogramowy granat RKG-3. Zatrzymuje się nad rosyjskim bojowym wozem piechoty BMP i zrzuca swój śmiercionośny ładunek.

Granat trafia prosto w cel. Umieszczony w nim ładunek przebija cienko opancerzony dach pojazdu gąsienicowego, który natychmiast eksploduje. Dron szybko wznosi się na bezpieczną odległość. Następnie oddala się od miejsca eksplozji, by pobrać nową amunicję.

To opis wydarzeń uwiecznionych przez kamerę z drona organizacji wolontariuszy Aerorozwidka — grupy obeznanych z technologią Ukraińców, którzy używają komputerów i drukarek 3D do produkowania improwizowanej broni dla frontu. Jednym z ich pierwszych projektów była modyfikacja granatu RKG-3.

Do zielonej skorupy granatu przyczepia się stabilizatory, wykonane z plastiku, dzięki którym granat uderza w czołg końcówką ładunku kumulacyjnego. Skorupa granatu została zmodyfikowana, by ładunek mógł być przenoszony przez drony.

Plastikowe części są wytwarzane przez wolontariuszy na całym świecie przy użyciu drukarek 3D, a następnie wysyłane do Ukrainy.

To tylko jeden z ich projektów — produkują inne rodzaje broni, drony, pancerze, a także kompletują środki medyczne potrzebne na liniach frontu. Wszystkiego tego dokonują w swoich własnych domach lub start-upach. Pokazują, jak wielkie znaczenie zyskały drukarki 3D podczas działań wojennych.

RKG-3 jest reliktem lat 50. To radziecki granat przeciwpancerny, który miał być ręcznie rzucany w czołgi. To jednak niemal samobójcza misja dla żołnierzy, którzy musieliby zbliżyć się do czołgu wroga na odległość 15—20 m. Ukraińcy wciąż dysponują setkami tych granatów, więc anonimowi majsterkowicze z Aerorozwizki unowocześnili je. Dzięki temu stały się śmiercionośną bronią, dostosowaną do użytku przez drony.

Ukraińcy wysyłają projekty części do granatów w cyfrowej formie do właścicieli drukarek 3D na całym świecie. Te projekty trafiły na przykład do grupy wolontariuszy w Wolmarze na Łotwie. Grupa Łotyszów, pod kierunkiem Janisa Ozolsa, która nazywa się "3D Wild Bees", produkuje potrzebne części.

Ozols chętnie pokazuje swoją produkcję na Facebooku — "Dzikie Pszczoły" wyprodukowały już kilka tysięcy części.

W wywiadzie dla lokalnej stacji telewizyjnej LTV Ozols powiedział, że chce, aby jego praca zapobiegła atakowi Rosjan na kraje bałtyckie. Inicjatywa ta nie jest jednak pozbawiona ryzyka dla Ozolsa. Rosyjscy najemnicy Grupy Wagnera grożą mu w internecie odwetem.

Według doniesień ukraińskich mediów, do tej pory wolontariusze z całego świata wysłali na Ukrainę łącznie ponad 60 tys. wydrukowanych w 3D części ładunków. Ukraińskie służby celne zezwoliły na import, klasyfikując części jako zabawki dla dzieci lub świeczniki.

Jednak nie tylko elementy granatów są drukowane w 3D. W tej samej technologii, tworzone są części do dronów, produkty medyczne i osłony ochronne do okopów. Specjaliści z polskiej firmy druku 3D Sygnis SA z Gdańska prowadzą projekt "Technika przeciw czołgom" i pracują nad całą serią projektów dla Ukrainy.

W pierwszych miesiącach wojny brakowało zwłaszcza opasek uciskowych do tamowania krwawienia z tętnic. Dlatego start-upy w całej Polsce produkowały odpowiednie plastikowe części w drukarkach 3D, a opaski były następnie szyte przez wolontariuszy w Ukrainie.

W Ukrainie pojawiła się w ten sposób wystarczająca liczba opasek uciskowych. Zespół skupiony wokół pomysłodawcy Andrzeja Burgsa pracuje więc nad nowymi modelami 3D do walki w okopach. Inżynierowie start-upu zaprojektowali między innymi peryskop okopowy, nakolanniki i plastikowe szczeliny do obserwowania sytuacji zza barykad ułożonych z worków z piaskiem.

Być może najważniejszą bronią domowej roboty w Ukrainie są obecnie drony.

Ukraińcy, podobnie jak Rosjanie, opracowali tandemową taktykę skutecznego ataku za pomocą wybuchowych dronów. Najpierw cele są identyfikowane z odległości przez drona zwiadowczego, a następnie do ataku przystępuje drugi, bardzo szybki dron FPV przenoszący materiały wybuchowe, który zmierza do celu dzięki obrazowi z kamery wideo.

Główni producenci, tacy jak chiński DJI, chcą zapobiec eksportowi swoich dronów do Rosji i Ukrainy, więc Ukraińcy sami budują modele FPV. Prawie wszystkie plastikowe części do nich można wyprodukować na drukarkach 3D.

Drukarki z kolei pochodzą z inicjatyw wolontariackich na całym świecie, zwłaszcza z Europy Wschodniej. Według informacji przedstawianych przez "Tech against tanks", organizacja miała dostarczyć do Ukrainy dziesiątki drukarek.

(...)

onet.pl/Die Welt

Rosja podwoiła swoje docelowe wydatki na obronę w 2023 roku do ponad 100 miliardów dolarów – jedna trzecia wszystkich wydatków publicznych – wynika z rządowego dokumentu przejrzanego przez Reuters, ponieważ koszty wojny na Ukrainie rosną i powodują coraz większe obciążenie dla finansów Moskwy .

Liczby rzucają światło na wydatki Rosji na konflikt w czasie, gdy dane dotyczące wydatków budżetowych poszczególnych sektorów nie są już publikowane.

Pokazują one, że tylko w pierwszej połowie 2023 roku Rosja wydała na obronę o 12%, czyli 600 miliardów rubli, więcej niż 4,98 biliona rubli (54 miliardy dolarów), które pierwotnie planowała na 2023 rok.

Wydatki na obronę w pierwszych sześciu miesiącach 2023 roku wyniosły 5,59 bln rubli, co stanowi 37,3% z łącznej kwoty 14,97 bln rubli wydanych w tym okresie, wynika z dokumentu. Plan budżetowy Rosji przewiduje 17,1% ogółu środków wydanych na „Obronę narodową”.

Rosyjski rząd i ministerstwo finansów nie odpowiedziały na prośby o komentarz do tych liczb.

Rosnące koszty wojenne wspierają skromne ożywienie gospodarcze Rosji w tym roku dzięki wyższej produkcji przemysłowej, ale już spowodowały deficyt finansów budżetowych w wysokości około 28 miliardów dolarów – liczbę tę potęgują spadające dochody z eksportu.

Wyższe wydatki na obronę, ponieważ Moskwa prowadzi na Ukrainie coś, co nazywa „specjalną operacją wojskową”, mogą jeszcze bardziej zwiększyć deficyt, podczas gdy wzrost produkcji może kanibalizować inne sektory i wypierać prywatne inwestycje.

Z wyliczeń Reutersa opartych na dokumencie wynika, że ​​Rosja wydała na obronność w pierwszym półroczu 19,2% wszystkich pierwotnie planowanych wydatków budżetowych na cały 2023 rok.

Z ostatnich publicznie dostępnych danych wynika, że ​​w styczniu i lutym Moskwa wydała na wojsko 2 biliony rubli. W pierwszej połowie br. wydatki budżetowe były o 2,44 bln rubli wyższe niż w analogicznym okresie 2022 roku. Z dokumentu wynika, że ​​97,1% tej dodatkowej kwoty trafiło do sektora obronnego.

Dokument zawiera nowe szacunki rocznych wydatków na obronę w wysokości 9,7 bln rubli, co stanowi jedną trzecią całkowitego celu wydatków wynoszącego 29,05 bln rubli, co byłoby najwyższym udziałem w co najmniej ostatniej dekadzie.

W latach 2011-2022 Rosja wydała na obronność minimum 13,9% i maksymalnie 23% swojego budżetu.

Z dokumentu wynika, że ​​Rosja wydała już 57,4% swojego nowego rocznego budżetu obronnego.

Produkcja wojskowa doprowadziła do silnego ożywienia produkcji przemysłowej, a analitycy twierdzą, że państwowe kontrakty obronne były jak dotąd kluczowym motorem ożywienia gospodarczego Rosji do wzrostu PKB w tym roku ze spadku o 2,1% w 2022 r.

Konkretne fundusze na obronę wchodzą w zakres wydatków zamkniętych, ale niektóre dane, choć już niepubliczne, są w obiegu. Na przykład z dokumentu wynika, że ​​Rosja wydała w pierwszym półroczu prawie 1 bilion rubli na pensje wojskowe, o 543 miliardy rubli więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Wicepremier Denis Manturow powiedział w lipcu, że przemysł obronny produkuje obecnie więcej amunicji miesięcznie niż przez cały 2022 rok.

Fundusze na szkoły, szpitale i drogi były już w tym roku ograniczane na korzyść obronności i bezpieczeństwa, ale wraz ze wzrostem udziału wydatków na obronność inne obszary mogą stanąć w obliczu cięć.

„Kompleks militarno-przemysłowy umożliwia wzrost przemysłu, przemysł „cywilny” ponownie zwalnia” – powiedział Dmitrij Polewoj, szef inwestycji w Locko-Invest, po ubiegłotygodniowych danych o produkcji przemysłowej za czerwiec.

Oznaczało to wzrost o 6,5% rok do roku, głównie dzięki efektowi niskiej bazy z zeszłego roku. Po wyłączeniu produkcji sezonowej wzrost całkowicie się zatrzymał.

Ekonomista CentroCreditBank Jewgienij Suworow powiedział, że przemysł zbrojeniowy pracuje na pełnych obrotach.

„Nie wiemy, jaki jest potencjał dalszego wzrostu produkcji czołgów i pocisków” — powiedział Suworow na swoim kanale MMI Telegram. „Ale wiemy, że dalsze zwiększanie tej produkcji jest możliwe tylko kosztem utraty większej liczby pracowników z innych sektorów gospodarki”.

Eksporter netto, Rosja, zwykle notuje nadwyżki budżetowe, ale drugi rok z rzędu odnotuje deficyt, przy czym wartość eksportu energii spadła o 47% rok do roku w pierwszej połowie roku.

Wyższe wydatki budżetowe zwiększają ryzyko inflacji. W lipcu bank centralny podniósł stopy procentowe do 8,5%, a analitycy spodziewają się dalszego wzrostu kosztów kredytu.

Bank Rosji prognozuje wzrost PKB w tym roku na poziomie 1,5%-2,5%, zgodnie z wynikami analityków ankietowanych przez Reuters w zeszłym tygodniu. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozował w kwietniu wzrost o 0,7% w tym roku, ale globalna izolacja osłabia perspektywy Rosji na nadchodzące lata.

„Obfite sterydy fiskalne na razie pomagają dość dobrze, ale raczej nie poprawiają średnio- lub długoterminowej sytuacji gospodarki” – powiedział Polewoj. „Gdy tylko konsolidacja fiskalna stanie się nieunikniona, nastąpi gwałtowne spowolnienie gospodarcze”.

reuters.com

Rosyjską narrację powielił także chiński ambasador w Rosji Zhang Hanhui, który udzielił wywiadu kremlowskiej agencji prasowej TASS. Jego wypowiedzi przypominają zimnowojenną retorykę sprzed pół wieku. - Przez ponad 30 lat NATO wszędzie podsycało napięcia, łamało stabilność i zachęcało do separatyzmu tak jak w Kosowie, Libii i Afganistanie. Pięć ekspansji na wschód poważnie wpłynęło na pozimnowojenny porządek i bezpieczeństwo w Europie. Było też kluczową przyczyną zaostrzenia kryzysu ukraińskiego - powiedział. Warto podkreślić, że nie jest to prawda: to Rosja napadła na pokojową Ukrainę i dokonuje zbrodni na ludności cywilnej. Według niego ekspansja NATO na wschód tylko zwiększy napięcie w regionie. Stwierdził, że doprowadzi do kryzysu zaufania, pobudzi wyścig zbrojeń i sprowokuje konfrontację między obozami, a nawet nową zimną wojnę. Jak dodał - jego zdaniem - NATO jest reliktem zimnej wojny i z jej końcem powinno zostać zniszczone.  

Zdaniem ambasadora NATO "karmi się rozpętywaniem wojen i podżeganiem do konfliktów".

Fakty pokazują, że wszędzie tam, gdzie NATO wyciąga swoje diaboliczne ręce, nie będzie pokoju, a ludzie będą umierać - mówił Hanhui po raz kolejny wpisując się w propagandę Kremla.

gazeta.pl

Można śmiało stwierdzić, że naród ukraiński i jego przywódcy chcą trwałego pokoju z Rosją bardziej niż Zachód i inne kraje na świecie. Dlaczego więc Kijów nie przoduje w szukaniu kompromisu z Moskwą?

Prawda jest taka, że ​​obecna wojna Rosji z Ukrainą nie może łatwo zakończyć się negocjacjami. Wpisuje się to w długi historyczny wzorzec rosyjskiego zachowania, część większej patologii, która uniemożliwia osiągnięcie stabilnego pokoju – a przynajmniej większość Ukraińców i innych mieszkańców Europy Środkowej tak uważa.

Obecny atak nie jest ani pierwszym atakiem Moskwy na naród ukraiński, ani jedyną trwającą ekspansywną operacją Kremla w byłym imperium rosyjskim.

Mocne lekcje z przeszłości Ukrainy, a także historii i teraźniejszości jej sąsiadów nauczyły Ukraińców, że Moskwie nie można ufać. I zgodnie z ich doświadczeniem i analizą porównawczą, jeśli państwo rosyjskie istnieje w obecnym kształcie, nie podejmie szczerych negocjacji ani nie podpisze porozumienia pokojowego w dobrej wierze.

Mówiąc najprościej, imperialna rosyjska tradycja państwowa są zbyt silna, by pozwolić na sensowne i trwałe porozumienie. W rzeczywistości wielowiekowy impuls ekspansjonistyczny w perspektywach strategicznych Moskwy może nawet przetrwać demokratyczną zmianę ustroju politycznego kraju — jak to miało miejsce w następstwie Pierwszej Republiki Rosyjskiej od lutego do października 1917 r., a także Drugiej Republiki Rosyjskiej z 1991 r. do 1999 r.

To dlatego, w przeciwieństwie do wielu zewnętrznych obserwatorów, większość ukraińskich i środkowoeuropejskich polityków, ekspertów i dyplomatów postrzega dzisiejszą wojnę rosyjsko-ukraińską nie tylko – i nie tak bardzo – jako wynik obsesji rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Zamiast tego postrzegają ją jako najnowsze wcielenie serii konwencjonalnych i hybrydowych podbojów militarnych podejmowanych przez Rosję na przestrzeni wieków. Te, które wcześniej podlegały różnym imperiom rosyjskim — moskiewskiemu, carskiemu, sowieckiemu czy poradzieckiemu — wszyscy doświadczyli podobnego ekspansjonizmu. A rozwijająca się agresja kraju jest jedynie jej ostatnią manifestacją.

W lutym 2022 r. wielu obserwatorów było zdumionych twierdzeniem Putina, że ​​otwarta inwazja Moskwy na Ukrainę – z jej żydowskim prezydentem – była uzasadniona „antyfaszystowskimi” obawami Rosji. Dla kontrastu, wielu mieszkańców Europy Środkowej było już zaznajomionych z rosyjskim zarzutem, że ich przywódcy, rządy i elity są faszystowskie.

Na przykład 30 lat przed obecną eskalacją na Ukrainie 14 Armia Rosyjska interweniowała militarnie w konflikcie wewnątrz Mołdawii. Nieżyjący już generał Aleksandr Lebed usprawiedliwiał nielegalne zaangażowanie swoich żołnierzy w obcym kraju twierdzeniem podobnym do kłamstwa Putina, mówiąc, że nowy rząd młodej Republiki Mołdawii w Kiszyniowie zachowywał się gorzej niż niemieckie SS 50 lat wcześniej. Ta nieskrywana interwencja ostatecznie doprowadziła do rozpadu Republiki Mołdawii. A resztki 14. Armii Rosyjskiej — tak zwanej Grupy Operacyjnej Wojsk Rosyjskich — pozostają od tamtej pory jako uzbrojeni i niechciani goście na oficjalnie uznanym terytorium państwowym Mołdawii.

Ten epizod z 1992 roku – który miał miejsce w stosunkowo prozachodnim i liberalnym okresie najnowszej historii Rosji, kiedy Putin był politycznym nikim w Petersburgu – ilustruje szerszy problem. Nie ma znaczenia, czy w przyszłości Putin będzie u władzy, czy nie, ani czy rosyjski reżim jest demokratyczny, totalitarny, monarchiczny, oligarchiczny czy jeszcze inny: ekspansjonistyczny pęd Moskwy prawdopodobnie będzie się utrzymywał.

Wielu zachodnich analityków może uważać ten etnohistoryczny determinizm za nienaukowy, ale taka ponura ocena jest powszechna wśród bliskich sąsiadów Rosji. Mieszkańcy Europy Środkowej, Kaukazu i Azji Środkowej wielokrotnie doświadczali kolonialnych postaw i impulsów tego kraju. Operacje Moskwy zostały zaprojektowane tak, by zapewnić jej imperialną potęgę, a rosyjska inwazja na Ukrainę jest po prostu najnowszą permutacją.

Uzbrojeni w tę historyczną pamięć, poszukiwanie sensownego rozejmu z obecnymi władcami Moskwy wydaje się głupie. Putin i jego następcy mogą równie dobrze angażować się w dialog polityczny i prowadzić pozornie poważne negocjacje. Kreml mógł nawet mówić o zawieszeniu broni i środkach „budowy zaufania”. Byłby to jednak tymczasowy odwrót taktyczny, mający na celu ponowne zapewnienie dominacji, władzy i hegemonii.

politico.eu

czwartek, 3 sierpnia 2023


Po buncie Grupy Wagnera, który stanowił największe zagrożenie w trakcie trwających 23 lata rządów Putina, Kreml używa tej samej taktyki, której użył do zmiażdżenia liberalnej opozycji — tylko że tym razem przeciwko skrajnie prawicowym "wściekłym patriotom".

Według trzech rosyjskich urzędników, z którymi rozmawiała redakcja "The Moscow Times", władza w Rosji za wszelką cenę stara się teraz odsunąć ryzyko kolejnych niepokojów w państwie.

— Z grubsza rzecz biorąc, naszymi głównymi wrogami są obecnie patrioci, tak jak kiedyś byli nimi liberałowie — powiedział "The Moscow Times" jeden z urzędników administracji prezydenckiej.

Od początku wojny Kreml uważał prowojennych jastrzębi, imperialistów i rosyjskich nacjonalistów — powszechnie znanych jako "partia wojny" — za swoje główne źródło poparcia społecznego, dając im wolną rękę do krytykowania sposobu prowadzenia wojny przez wojsko.

Teraz jednak postaci te stały się głównym zagrożeniem dla reżimu Putina, co udowodniła rebelia Grupy Wagnera, która zyskała szerokie poparcie.

Po ograniczeniu szkodliwej dla Putina działalności przywódcy Grupy Wagnera, Jewgienija Prigożyna, Kreml skupił się na Igorze Girkinie, byłym pułkowniku Federalnej Służby Bezpieczeństwa i niegdysiejszym dowódcy separatystów na wschodzie Ukrainy, który regularnie krytykował niekompetencję rosyjskich wojsk w Ukrainie.

Girkin, używający pseudonimu Striełkow, został aresztowany pod koniec lipca pod zarzutem "publicznego podżegania do ekstremizmu" kilka dni po tym, jak wezwał Putina do ustąpienia. Napisał wówczas na swoim kanale na platformie Telegram, gdzie ma 800 tys. obserwujących, że "Rosja nie przetrwa kolejnych sześciu lat z tą tchórzliwą miernotą u władzy".

— Administracja Kremla wkurzyła się na Striełkowa. Władza potrzebuje ruchu patriotycznego, ale tylko takiego, który opowiada się za Putinem. Reżim nie chce patriotyzmu, który dąży do zmiany systemu państwowego — powiedziała w rozmowie z "The Moscow Times" osoba bliska Kremlowi.

Atak na prowojennych jastrzębi ma miejsce tuż przed wyborami regionalnymi w Rosji, które odbędą się w przyszłym miesiącu. Kreml dąży w nich do utrzymania u władzy lojalnych gubernatorów. Obywatele Federacji Rosyjskiej zdecydują o wyborze przywódców 26 regionów — czyli jednej czwartej z 89 podmiotów federalnych Rosji.

Są to m.in.: Moskwa i otaczający ją region moskiewski, które coraz częściej doświadczają ataków dronów; region Woroneża, dotknięty transgranicznymi atakami z Ukrainy; regiony Sacha i Chakasja na Syberii, gdzie doszło do protestów; Kraj Primorski na Dalekim Wschodzie, którego stolicą jest Władywostok i wreszcie cztery ukraińskie obwody, których aneksję ogłosiła Rosja.

Przed i bezpośrednio po inwazji na Ukrainę Kreml uwięził lub zmusił do opuszczenia kraju wszystkich liberalnych opozycjonistów i niezależnych dziennikarzy, usuwając wszelkie źródła publicznego sprzeciwu wobec wojny.

Oleg Ignatow, analityk w niezależnej międzynarodowej organizacji International Crisis Group, która zajmuje się sytuacjami kryzysowymi, powiedział w wywiadzie "The Moscow Times", że kiedy plany Putina dotyczące szybkiego przejęcia Kijowa nie powiodły się, Kreml został zmuszony do tolerowania najbardziej zagorzałych zwolenników inwazji, aby utrzymać poparcie dla wojny w Rosji.

— W warunkach długiej wojny, na którą Putin się nie przygotował, niemożliwe jest bez tych ludzi utrzymanie społecznego poparcia dla inwazji. Bez nich trudno jest nie tylko zmobilizować społeczeństwo, lecz także utrzymać przyzwolenie dla wojny. Reżim potrzebuje ich ultranacjonalistów, aby się na nich oprzeć — powiedział Ignatow.

Kreml zrobił wiele dla mobilizacji biurokratów i społeczeństwa do poparcia inwazji i aneksji czterech ukraińskich regionów. Oddolne patriotyczne ruchy ochotnicze otrzymują dotacje państwowe, a urzędnicy i politycy pomagający armii oraz pracujący na okupowanych terytoriach dostają awanse.

Im dłużej armii Putina nie udawało się osiągnąć zwycięstwa, tym głośniejsza i ostrzejsza stawała się krytyka Kremla i wojska z prawej strony — a dokładniej wśród konserwatywnych i patriotycznych ugrupowań, które wzywały do jeszcze ostrzejszych działań w Ukrainie.

Jednak w przeciwieństwie do liberalnej opozycji, która została prawie całkowicie wyeliminowana, ideologiczni zwolennicy wojny z patriotycznej flanki mają infrastrukturę, mocną obecność w mediach i możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów, nawet tych krytycznych wobec rosyjskich władz.

Ich działalność miała miejsce za zgodą, a nawet przy wsparciu Kremla, który był zainteresowany promowaniem zwolenników wojny — ale nie wtedy, gdy wiązało się to z krytyką samego Kremla.

Striełkow i Prigożyn wyrazili niezadowolenie niezależnie od siebie. Zdaniem Ignatowa niebezpieczeństwo dla Kremla polega na tym, że ich krytyka zaczęła docierać do dużej części rosyjskiego społeczeństwa, w tym samej armii, sił bezpieczeństwa i zwykłych ludzi.

Ignatow: Striełkow przeszedł już nawet do osobistych obelg pod adresem Putina. Gdyby władze go nie ukarały, inni zdaliby sobie sprawę, że można to robić i również zaczęliby go krytykować. Kreml po prostu nie mógł na to pozwolić.

Według niezależnej rosyjskiej ekspertki politycznej Tatiany Stanowoj uciszenie Striełkowa i Prigożyna przez Kreml "niezaprzeczalnie służy interesom" rosyjskiego Ministerstwa Obrony i jego najwyższego kierownictwa, którzy byli głównymi celami ich obydwu.

Chociaż "jest mało prawdopodobne, aby doszło do masowych represji wobec wściekłych patriotów, to najbardziej zagorzali wśród nich mogą stanąć przed sądem, służąc jako przestroga dla innych" — napisała Stanowaja w poście na platformie Telegram.

Od początku lat 90. Kreml zawsze starał się trzymać pod kontrolą konserwatywne kręgi polityczne — nacjonalistów, zwolenników Imperium Rosyjskiego, stalinistów, radykalnych prawosławnych i inne marginalne ruchy. Przez lata grupy te były reprezentowane w rosyjskiej polityce przez skrajnie prawicową Partię Liberalno-Demokratyczną (LDPR). Partia Komunistyczna również otrzymywała część głosów tych grup.

Jednak po 2014 r., kiedy Kreml zaanektował Krym i poparł separatystów na wschodzie Ukrainy, Putin starał się przedstawić siebie jako głównego głosiciela wielkości i siły Rosji oraz obrońcę Rosjan.

W efekcie dzisiaj wspieranie wojny nie gwarantuje danej osobie bezpieczeństwa, nawet jeśli ma setki tysięcy zwolenników, ale krytykuje Putina.

— Albo więzienie jak Nawalny lub śmierć jak Niemcow. To jest los każdego, kto chce odgrywać jakąś rolę w przestrzeni politycznej Rosji pod rządami Putina — powiedział w rozmowie z "The Moscow Times" wieloletni rosyjski urzędnik państwowy.

onet.pl/The Moscow Times

W dniach 27–28 lipca w Petersburgu odbył się drugi szczyt Rosja–Afryka. Wydarzenie miało mniejszą skalę niż jego pierwsza edycja w 2019 r. w Soczi i okazało się wizerunkową oraz polityczną porażką Kremla. Gospodarzom nie udało się osiągnąć zamierzonego efektu propagandowego ani załagodzić niezadowolenia krajów afrykańskich z konsekwencji wycofania się Moskwy z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej. Afrykańscy liderzy wykazali asertywność, odrzucając rosyjską propozycję alternatywnego wobec inicjatywy rozwiązania i otwarcie wiążąc kwestię inwazji na Ukrainie z kryzysem żywnościowym. Wprawdzie Rosji udało się nadać wydarzeniu antyzachodni wydźwięk, niemniej szczyt unaocznił, że obecny w Afryce antykolonialny resentyment nie przekłada się na bezwarunkowe poparcie dla Moskwy. W najbliższej przyszłości niezadowolenie państw Afryki z rosyjskiej polityki, mającej destabilizujące efekty dla kontynentu, może narastać, co będzie wpływać na ich coraz asertywniejszą postawę wobec Kremla.

Na szczycie Rosja–Afryka odnotowano wyraźnie niższą frekwencję względem tej z poprzedniej edycji imprezy. Wśród 48 (z 54) krajów afrykańskich, które wysłały delegacje do Petersburga, na najwyższym szczeblu reprezentowanych było 27 (17 głów państw, 5 wiceprezydentów, 4 szefów rządów, 1 przewodniczący parlamentu), podczas gdy w 2019 r. w Soczi – 45. Jest to wizerunkowa porażka gospodarzy, którzy zamierzali wykorzystać wydarzenie do tego, by zademonstrować, że Rosja nie została poddana międzynarodowej izolacji, oraz wzmocnić swoją pozycję na kontynencie afrykańskim.

Mniejsze zainteresowanie drugą edycją szczytu może wynikać nie tylko (jak twierdzi Kreml) z presji wywieranej na kraje afrykańskie przez Stany Zjednoczone i Francję, lecz także z działań Kijowa (bezpośrednio przed szczytem w Petersburgu minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba wyruszył w swoją trzecią od momentu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji podróż dyplomatyczną do Afryki) oraz z tego, że wiele państw kontynentu uznało stosunki z Rosją za mało perspektywiczne. Między pierwszym a drugim szczytem nie udało się bowiem ożywić wzajemnych relacji gospodarczych. Choć w 2019 r. Moskwa zobowiązała się do podwojenia obrotów handlowych z Afryką do poziomu 40 mld dolarów, to od tego czasu wolumen jej handlu z nią zmniejszył się – w ub.r. wyniósł ok. 18 mld dolarów. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne z Rosji stanowią mniej niż 1% wszystkich tego typu inwestycji na kontynencie. Wydaje się przy tym mało prawdopodobne, żeby w warunkach zachodnich sankcji ekonomicznych Kreml był w stanie znacząco zwiększyć swoją obecność gospodarczą w Afryce.

Na szczycie wyraźnie zabrakło elementu, który miałby realne znaczenie ekonomiczne bądź polityczne dla stosunków Federacji Rosyjskiej (FR) z kontynentem afrykańskim. W 2019 r. w Soczi podpisano 92 memoranda i umowy handlowe o łącznej wartości ponad 12,5 mld dolarów, a w Petersburgu wprawdzie 161, lecz bez ujawniania sum, co sugeruje niższą ich wartość. Prezydent Władimir Putin zadeklarował co prawda przeznaczenie 90 mln dolarów na zmniejszenie zadłużenia państw Afryki, a także oświadczył, że łączna wartość długów, które do tej pory FR umorzyła krajom afrykańskim wynosi ok. 23 mld dolarów (ogłoszono też umorzenie długu Somalii w wysokości ponad 680 mln dolarów), niemniej podobne kwoty wymieniał już w 2017 i 2019 r. Powolne tempo oddłużania wskazuje na polityczną instrumentalizację tej kwestii. Podpisany w Petersburgu plan działania Forum Partnerstwa Rosja–Afryka to z kolei zaledwie ogólna deklaracja, w której, oprócz planów rozwoju współpracy w różnych dziedzinach, Moskwa ponownie wyraziła poparcie dla inicjatywy przyznania Unii Afrykańskiej miejsca w grupie G20, zwiększania roli Afryki w strukturach ONZ, reformy Światowej Organizacji Handlu oraz zacieśniania kooperacji między Afrykańską Kontynentalną Strefą Wolnego Handlu a Euroazjatycką Unią Gospodarczą.

Gospodarzom udało się jednak odnieść pewne sukcesy. Jednym z celów szczytu była mobilizacja nastrojów antyzachodnich w Afryce na potrzeby późniejszego ich wykorzystania na arenie międzynarodowej (przede wszystkim podczas głosowań na forum ONZ). Rosyjska narracja antykolonialna i suwerennościowa okazała się pod tym względem skuteczna. Deklaracja poszczytowa stanowi bowiem w zasadzie rekapitulację tez rosyjskiej antyzachodniej propagandy kierowanej do Globalnego Południa. W dokumencie wyrażono m.in. poparcie dla idei wielobiegunowego ładu światowego i dokończenia procesu dekolonizacji Afryki oraz sprzeciw wobec polityki neokolonialnej, rasizmu, neofaszyzmu, neonazizmu oraz rusofobii. Kreml wykorzystał ponadto szczyt do rozwoju stosunków bilateralnych – Putin przeprowadził rozmowy dwustronne z wszystkimi przybyłymi na szczyt głowami państw, w tym z przywódcą RPA Cyrilem Ramaphosą, z którym – z uwagi na wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny nakaz aresztowania rosyjskiego prezydenta – nie będzie w stanie spotkać się na sierpniowym szczycie grupy BRICS w Johannesburgu. Zapowiedziano również wznowienie działalności rosyjskich ambasad w Burkina Faso i Gwinei Równikowej.

Strona rosyjska poniosła w Petersburgu dotkliwą porażkę polityczną w dyskusji na temat priorytetowej dla krajów afrykańskich kwestii zbożowej. Starania Kremla, aby oskarżeniami wobec Zachodu o ograniczanie eksportu żywności i nawozów do Afryki odwrócić uwagę od konsekwencji wycofania się FR z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej dla bezpieczeństwa żywnościowego kontynentu, zakończyły się fiaskiem.

Afryka jest silnie uzależniona od Rosji i Ukrainy w kwestii importu zbóż, w szczególności pszenicy. W latach 2018–2020 oba te kraje odpowiadały łącznie za 44% (Rosja – 32%, Ukraina – 12%) jej sprzedaży na kontynent. Aż 25 z 54 państw afrykańskich, w tym wiele najsłabiej rozwiniętych, importuje ponad jedną trzecią wolumenu tego zboża z Ukrainy lub Rosji, a 15 z nich – ponad połowę. Ponadto możliwości dywersyfikacji lub zastąpienia importu są ograniczone. Zakończenie przez Moskwę uczestnictwa w Czarnomorskiej Inicjatywie Zbożowej wpłynęło na światowe ceny zbóż – do 26 lipca cena pszenicy podniosła się o 10%. Co więcej, po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę kraje afrykańskie odczuły także wzrost cen energii w związku z sankcjami nałożonymi na eksport ropy i gazu z FR. Przyspieszyło to inflację i w połączeniu z pogorszeniem zewnętrznej koniunktury gospodarczej uderzyło w stabilność budżetów państw. Konsekwencją był spadek ratingów kredytowych, a co za tym idzie – wzrost kosztów kredytów zagranicznych i obsługi długu.

Decyzja Kremla o wycofaniu się z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej wywołała niezadowolenie po stronie afrykańskiej. Posunięcie to skrytykowali m.in. wysoko postawieni urzędnicy z Kenii i Egiptu. Większość państw kontynentu przyjęła jednak postawę wyczekującą. W Petersburgu strona rosyjska starała się załagodzić straty wizerunkowe, przedstawiając własną propozycję rozwiązania kwestii zbożowej. Jej głównym elementem była obietnica wyrównania deficytu żywności rosyjskimi produktami rolnymi, zarówno na zasadach komercyjnych, jak i nieodpłatnie. Putin zadeklarował gotowość do darmowego przekazania Burkina Faso, Erytrei, Mali, Somalii, Republice Środkowoafrykańskiej i Zimbabwe po 25–50 tys. ton zboża w ciągu trzech do czterech miesięcy, a także pokrycia kosztów transportu. Jednocześnie podkreślano wkład FR w globalne bezpieczeństwo żywnościowe, a krytyczny wobec umowy zbożowej ton w wypowiedziach rosyjskich urzędników został nieco złagodzony.

Rosyjskie zabiegi na rzecz wypracowania alternatywy dla Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej zakończyły się jednak całkowitym niepowodzeniem. Afrykańscy liderzy publicznie opowiedzieli się w Petersburgu za przywróceniem dostaw ukraińskiego zboża. W szczególnie ostrym tonie wypowiedział się prezydent RPA, który stwierdził, że delegacje państw Afryki nie przyjechały na szczyt prosić o „dary”. Rosyjska propozycja skierowana jest tylko do najbiedniejszych krajów kontynentu, a ponadto zapewnia im niewielką część potrzebnego im zboża, zmuszając je do pozyskania reszty po cenach rynkowych, które wzrosły w wyniku działań Moskwy. Starania Kremla dodatkowo osłabił fakt, że nie zaoferował on darmowego zboża Światowemu Programowi Żywnościowemu, a tegoroczny rosyjski wkład do niego wyniósł 6,5 mln dolarów – mniej niż udziały Gwinei-Bissau czy Sudanu Południowego, które są jego beneficjentami.

Polityczną porażkę Moskwy na szczycie pogłębiło ścisłe powiązanie przez przedstawicieli Afryki kwestii wojny na Ukrainie z bezpieczeństwem żywnościowym kontynentu. W połowie czerwca br. reprezentanci siedmiu państw afrykańskich odwiedzili Ukrainę i Rosję, gdzie przedstawili swój plan uregulowania konfliktu (dużą wagę przywiązano w nim do zabezpieczenia eksportu zbóż i nawozów), a przed rozpoczęciem szczytu apelowali do Moskwy o poczynienie kroków na rzecz pokojowego rozwiązania. Podczas spotkania z Putinem afrykańscy liderzy opowiedzieli się za powrotem FR do Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej, co można zinterpretować jako na wpół oficjalne przypisanie Kremlowi odpowiedzialności za kryzys żywnościowy. Ruch ten wskazuje na postępujące rozczarowanie Afryki Rosją, która swoją agresywną polityką zagraniczną destabilizuje sytuację w krajach rozwijających się, mimo że stara się pozycjonować jako obrońca ich interesów.

Sprzeciw afrykańskich przywódców wobec paternalistycznego traktowania ich przez Kreml oraz niezdolność FR do narzucenia swojego rozwiązania kwestii zbożowej to przejawy rosnących napięć na linii Rosja–Afryka. Zarazem jednak aktywność tego państwa na kontynencie, mimo ograniczonych środków pozostających w jego dyspozycji, rozwija się. W Afryce operują rosyjscy najemnicy (Grupa Wagnera) i koncerny (m.in. Gazprom, Łukoil i Rosatom), od wsparcia Kremla uzależnionych jest kilka rządów (np. w Mali czy Republice Środkowoafrykańskiej), a FR postrzegana jest jako alternatywa dla – związanej z przestrzeganiem praw człowieka i standardów demokratycznych – kooperacji z Zachodem oraz chińskiej ekspansji gospodarczej. Należy założyć, że współpraca między stronami będzie kontynuowana, niemniej negatywne konsekwencje rosyjskiej polityki zagranicznej (w szczególności kryzys żywnościowy) będą coraz silniej uderzać w kraje afrykańskie. Przy braku adekwatnej rekompensaty stosunek Afryki do Kremla (zarówno na poziomie elit, jak i społeczeństw) ulegnie pogorszeniu, co w konsekwencji może doprowadzić do słabnięcia rosyjskich wpływów na kontynencie.

osw.waw.pl

środa, 2 sierpnia 2023


Z informacji przedstawionych przez "The Washington Post" wynika, że rozległe pola minowe zmieniły strategię ukraińskiej kontrofensywy i zmusiły żołnierzy do porzucania czołgów oraz innych pojazdów. Takie problemy spowalniają działania i działają negatywnie na morale walczących.

Ukraińcy wiedzą, że tereny, z których wycofali się Rosjanie, są gęsto zaminowane. — Nie można nic zrobić, ponieważ pola minowe są na tyle duże, że czołg i tak w końcu trzeba zatrzymać. Następnie maszyna zostanie zniszczona przez wrogą artylerię — powiedział ukraiński generał Wałerij Załużny w rozmowie z "TWP".

Mick Ryan, emerytowany australijski generał, powiedział "The New York Times", że technologia usuwania min wykorzystywana przez Ukraińców nie jest na tyle zaawansowana, by pokonać rosyjskie zaminowania. Ukraińcy wykorzystują do tego m.in. amerykańskie systemy M58 Mine Clearing Line Charge, które nie są wystarczające.

Zdaniem Ryana Ukraina sama powinna zająć się kwestią rozminowywania terenów i stworzyć bardziej zaawansowane systemy, które pozwolą jej na odzyskiwanie kolejnych hektarów ziem. — Ukraina potrzebuje "Projektu Manhattan" do usuwania min — stwierdził emerytowany generał, odnosząc się do programu stworzonego przez USA w trakcie II wojny światowej.

Poza polami minowymi ukraińska kontrofensywa ma problem z przebiciem się przez rosyjską obronę. Doniesienia, na które powołuje się amerykański Business Insider, wskazują, że Ukraińcy skupili się na bombardowaniu celów z dystansu, a nie bezpośrednim forsowaniu linii wroga.

onet.pl/The Washington Post/The New York Times

Jeżeli Ukraina zostanie członkiem NATO, to artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego będzie miał zastosowanie jedynie do terenów przez nią kontrolowanych, co zapobiegnie dalszej agresji ze strony Rosji — powiedział w wywiadzie dla agencji Interfax-Ukraina były ambasador USA przy NATO Ivo Daalder. Skrytykował również wciąż obecną na Zachodzie myśl, że należy dać Władimirowi Putinowi możliwość "zachowania twarzy".

Jego zdaniem członkostwo Ukrainy w Sojuszu zapobiegnie dalszej eskalacji wojny. — To prawda. Jest to jednak tylko podstawa do zwrotu całego terytorium Ukrainy środkami politycznymi. Wszyscy w NATO (...) popierają suwerenność i niepodległość całego terytorium Ukrainy. Pytanie brzmi, jak je odzyskać — powiedział ekspert.

— Przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji na Ukrainę (...) nikt nie mówił o militarnym wyzwoleniu Krymu. To był cel polityczny (...). Oczywiście, gdyby członkostwo w NATO zostało przyznane Ukrainie przed atakiem, do ataku by nie doszło. To wszystko prawda, ale jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, w środku wojny, a kwestia tego, jak rozszerzyć gwarancje bezpieczeństwa na kraj w środku wojny ze spornymi granicami jest głównym problemem, który NATO próbuje rozwiązać. Powiem wprost: żaden ze zwolenników zaproszenia Ukrainy do NATO nie zna odpowiedzi na to pytanie — stwierdził Daalder.

Rozmówca agencji Interfax-Ukraina krytycznie odniósł się do protokołu ustaleń, który USA zobowiązały się podpisać z Ukrainą w ramach deklaracji ze szczytu państw G7. —Szczerze mówiąc, to myślę, że (...) nie zostało jasno określone, czym są te gwarancje bezpieczeństwa. Moim zdaniem powinno to oznaczać zobowiązanie do przyjścia z pomocą zaatakowanemu krajowi, a w Memorandum o porozumieniu nie o to chodzi — powiedział były ambasador.

Pytany o możliwość zaproszenia Ukrainy do NATO na szczycie Sojuszu, który odbędzie się w lipcu 2024 r. w Waszyngtonie, Daalder odpowiedział: — Są dwie kwestie. Pierwsza, kiedy i jak (zaprosić Ukrainę do NATO) oraz co dzieje się w terenie pod względem militarnym. Myślę, że do chwili rozpoczęcia szczytu sytuacja na froncie zmieni się do tego stopnia, że decyzja o zaproszeniu będzie bardziej prawdopodobna. Kwestia druga: słowo "warunki". W deklaracji szczytu NATO w Wilnie napisano, że Ukraina zostanie zaproszona do Sojuszu, "gdy sojusznicy wyrażą zgodę i zostaną spełnione warunki". Słowo "warunki" pojawia się tam nie bez powodu i ma związek ze zdolnością i chęcią ukraińskiego rządu do walki z korupcją, która jest powszechna i budzi coraz większe obawy wśród najbliższych przyjaciół Ukrainy. Tym zagadnieniem należy się zająć — powiedział Daalder.

Skrytykował również wciąż obecną na Zachodzie myśl, że należy dać Władimirowi Putinowi możliwość "zachowania twarzy".

— Wojna jest strategiczną katastrofą dla niego i dla Rosji pod każdym względem i nic, co może się wydarzyć, tego nie zmieni. Nikt nie powinien mieć interesu w zachowaniu twarzy przez Putina i Rosję. Musi zapłacić za to, co zrobił. Uważam, że członkostwo Ukrainy w NATO i Unii Europejskiej jest prawdopodobnie największą ceną, jaką zapłaci — przekonywał były ambasador i dodał, że ważniejsze jest pytanie o to, jak pomóc Ukrainie w określeniu własnej przyszłości w ramach zachodnich struktur.

PAP