sobota, 1 lipca 2023


Przedstawiciele dowództwa armii ukraińskiej i kierownictwa resortu obrony deklarują przejęcie inicjatywy na froncie. 30 czerwca wiceminister Hanna Malar poinformowała, że na wschodzie i południu obrońcy przesuwają się od kilkuset metrów do dwóch kilometrów na dobę, a kontrofensywa przebiega zgodnie z planem. Dzień wcześniej podała, że na kierunku Berdiańska postęp wyniósł 1300 m, a w okolicach Bachmutu 1200 m w kierunku Kliszczijiwki i 1500 m w kierunku Kurdiumiwki.

Siły obrońców wyparły Rosjan z rejonu Riwnopila, wyrównując linię frontu na południowy zachód od Wełykiej Nowosiłki. Bez większych zmian terenowych zakończyły się natomiast kolejne ukraińskie ataki w okolicach Orichiwa oraz podejmowane przez obie strony działania zaczepne w rejonie Bachmutu, choć według ukraińskiego Sztabu Generalnego siły agresora miały ponownie zaatakować po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas. Istotnych postępów nie przyniosły również kolejne rosyjskie ataki na południe i zachód od Kreminnej, w okolicach Awdijiwki i Marjinki, a także w rejonie mostu Antoniwskiego na lewym brzegu Dniepru, gdzie obrońcom udało się utrzymać utworzony w poprzednich dniach przyczółek.

W dniach 27–30 czerwca głównym celem rosyjskich ataków rakietowych (pociski Ch-22, Iskander i S-300) było bezpośrednie zaplecze sił ukraińskich. Pociski agresora codziennie spadały na Zaporoże bądź okolice miasta. Ponadto 27 czerwca zaatakowane zostały Kramatorsk i Biłeńke w obwodzie donieckim, a 29 czerwca Czuhujew w obwodzie charkowskim. W wyniku uderzenia na Kramatorsk zginęło 12 osób cywilnych, a 60 zostało rannych. 27 czerwca rosyjskie rakiety spadły w okolicach Krzemieńczuka. Najeźdźcy atakowali także dronami kamikadze Shahed-136/131 – 28 czerwca w obwodach dniepropetrowskim i czerkaskim, a 30 czerwca w zaporoskim i mikołajowskim. Obrońcy deklarowali zestrzelenie wszystkich sześciu dronów 28 czerwca i 10 z 13 dronów 30 czerwca. Celem ukraińskich ataków rakietowych było z kolei zaplecze agresora w okupowanych Melitopolu (28 czerwca) i Berdiańsku (30 czerwca). 29 czerwca Państwowa Służba Graniczna Ukrainy poinformowała, że w ciągu ostatniego miesiąca wróg trzykrotnie zwiększył liczbę ostrzałów rejonów przygranicznych (do 1700). Najwięcej z nich przypadło na obwód charkowski.

27 czerwca Pentagon podał szczegóły 41. pakietu wsparcia wojskowego dla Kijowa o wartości 500 mln dolarów. Weszły do niego: 30 bojowych wozów piechoty Bradley, 25 transporterów opancerzonych Stryker, przenośne zestawy przeciwlotnicze Stinger oraz przeciwpancerne Javelin i AT-4, pociski do wyrzutni Patriot i HIMARS, rakiety przeciwradiolokacyjne HARM, przeciwpancerne pociski kierowane TOW, lotnicza amunicja precyzyjna, pociski artyleryjskie kalibru 155 mm i 105 mm oraz broń strzelecka z 22 mln nabojów. Dzień później o nowym pakiecie pomocy wojskowej poinformowało Ministerstwo Obrony Litwy. Armia ukraińska ma w nim otrzymać 2 wyrzutnie systemu obrony powietrznej NASAMS, 10 transporterów gąsienicowych M113 (łączna liczba przekazanych pojazdów tego typu wyniesie 72), 2,5 mln sztuk amunicji strzeleckiej (z 12,5 mln zamówionych przez Litwę dla Ukrainy w 2023 r.) oraz 1 tys. pocisków do granatników przeciwpancernych. W ogłoszonym 29 czerwca kolejnym niemieckim pakiecie wsparcia znalazły się: stacja radiolokacyjna TRML-4D, 3 mosty czołgowe Biber oraz 16 ciężarówek.

27 czerwca premier Czech Petr Fiala poinformował, że od stycznia do maja br. Praga przekazała Ukrainie 24 zmodernizowane czołgi T-72, 76 bojowych wozów piechoty, 645 rakiet przeciwpancernych oraz 57,3 tys. pocisków artyleryjskich 122 mm i 152 mm do haubic samobieżnych Goździk i Dana. W kooperacji z UE i Holandią Czechy miały także wyremontować dla Kijowa prawie 100 czołgów T-72B oraz 16 systemów obrony przeciwlotniczej KUB (w uzupełnieniu do 6 przekazanych w 2022 r.). W minionym roku Ukraińcy mieli otrzymać od Pragi m.in. 89 czołgów, 226 bojowych wozów piechoty, 38 haubic samobieżnych Goździk i Dana, 33 wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych RM-70 oraz 1,5 mln sztuk amunicji.

28 czerwca prezydent Wołodymyr Zełenski oświadczył, że przeniesienie Grupy Wagnera na Białoruś nie zagrozi poważnie Ukrainie, a siły zbrojne na odcinku północnej granicy są gotowe do odparcia ewentualnego ataku. W jego ocenie kontyngent najemników nie będzie zbyt duży. Minister obrony Ołeksij Reznikow stwierdził, że bunt Grupy Wagnera obnażył fundamentalną słabość reżimu Władimira Putina, który przybiera formę autodestrukcji. Przestrzegł jednak Ukraińców przed poleganiem na podobnych buntach, bowiem na razie nie ma bezpośrednich oznak spadku morale w jednostkach rosyjskich. Wyraził zarazem nadzieję, że chaos w FR zachęci państwa zachodnie do dalszego zwiększenia dostaw broni. 29 czerwca szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow wśród korzystnych skutków „buntu Wagnera” wymienił kompromitację kierownictwa Rosji oraz to, że podwładni Jewgienija Prigożyna nie będą brać udziału w wojnie z Ukrainą. Potwierdził, że wagnerowcy przebywają na południowej Ukrainie i w okupowanym Ługańsku, ale nie uczestniczą w walkach. Tego samego dnia doradca szefa Biura Prezydenta Mychajło Podolak stwierdził, że na Białoruś najprawdopodobniej trafi od 500 do 1500 wagnerowców – dobrze wyszkolonych najemników z doświadczoną kadrą dowódczą. Ocenił, że ich pojawienie się tam stworzy wiele zagrożeń, w tym dla samego Alaksandra Łukaszenki, który może mieć problemy z kontrolą nad nimi. Podolak nie wykluczył, że zostaną oni rozlokowani w rejonie miejscowości Osipowicze w obwodzie mohylewskim, a część instruktorów trafi do brygady specnazu MSW stacjonującej w miejscowości Marina Horka (obwód miński).

28 czerwca ukraiński resort energetyki zapowiedział zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia w obwodzie zaporoskim, w których mają wziąć udział władze lokalne, wojsko, organy bezpieczeństwa i służby ratownicze. Ich scenariusz uwzględnia możliwość ataku terrorystycznego przez wojsko rosyjskie na Zaporoską Elektrownię Jądrową. 30 czerwca ukraiński wywiad wojskowy informował, że siły okupacyjne stopniowo opuszczają teren elektrowni oraz pobliskiego Enerhodaru. Jako pierwsi wyjechali trzej pracownicy Rosatomu, ewakuację zalecono również ukraińskim pracownikom, którzy podpisali umowy z Rosjanami (powinni wyjechać do 5 lipca).

27 czerwca prezydent Zełenski odwołał Jurija Husiewa ze stanowiska szefa koncernu Ukroboronprom. Jego następcą został Herman Smetanin, dotychczasowy dyrektor Fabryki im. Małyszewa w Charkowie produkującej m.in. sprzęt pancerny. Zełenski postawił przed Smetaninem trzy zadania: zwiększenie produkcji zbrojeniowej, ukrócenie korupcji w sektorze zbrojeniowym i dokończenie reformy przemysłu obronnego. Planowane jest także obniżenie kosztów utrzymania koncernu, w tym redukcja kadry zarządczej (obecnie utrzymanie Ukroboronpromu, z wyłączeniem produkcji, kosztuje 450 mln hrywien rocznie, tj. ponad 12 mln dolarów). Przyczyną dymisji Husiewa było fiasko realizacji tzw. programu rakietowego, który zakładał, że już w maju 2023 r. skala produkcji rakiet Sapsan/Grom-2 pozwoli na zmasowane ataki na infrastrukturę wojskową w głębi terytorium Rosji. 28 czerwca formalnie zlikwidowano państwowy koncern Ukroboronprom, a w jego miejsce utworzono spółkę akcyjną Ukraiński Przemysł Obronny, w którym 100% udziałów zachowuje państwo.

Komentarz

Z informacji premiera Fiali wynika, że Czechy przekazały Ukrainie znacznie więcej uzbrojenia, niż deklarowały wcześniej. Potwierdza to, że część państw wspierających wojskowo Kijów świadomie zaniżała bądź wciąż zaniża skalę dostaw (lub – jak Bułgaria – w ogóle nie informuje o ich szczegółach), a armia ukraińska otrzymała dużo więcej uzbrojenia, niż jest to podawane do publicznej wiadomości. Często jedynym dowodem na to, że Ukraińcy otrzymali określony typ uzbrojenia lub że dostali go w większej ilości, niż deklarowano, jest materiał fotograficzny lub filmowy z frontu.

Utworzenie na bazie koncernu Ukroboronprom spółki akcyjnej Ukraiński Przemysł Obronny należy traktować jako potwierdzenie likwidacji ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego w jego wariancie posowieckim i kolejny krok w stronę dostosowywania go do standardów zachodnich. Paradoksalnie sprzyja temu rosyjska agresja – posowieckie molochy branży zbrojeniowej zostały w dużym stopniu zniszczone, a część kadry inżynierskiej i pracowniczej trafiła do przedsiębiorstw w krajach wspierających wojskowo Ukrainę (głównie w Czechach, w Polsce i na Słowacji), w których zdobywa ona doświadczenie w zakresie nowych technologii i procedur.

osw.waw.pl

"Status quo opierał się na porozumieniu w sprawie eksportu gazu (a także ropy i węgla) z Rosji do Niemiec, przede wszystkim za pośrednictwem gazociągu Nord Stream. Berlin i Moskwa ponownie trzymały los Europy Środkowej w swoich rękach. Niemieckie interesy gospodarcze były dominujące, częściowo dlatego, że UE nie opracowała własnej jednolitej strategii wojskowej. To właśnie sprawiło, że status Ukrainy był tak zapalny. Jej integracja z UE lub NATO nie leżała w interesie Niemiec. Będąc jedyną poważną gospodarką przemysłową w UE, która opierała się na imporcie taniej energii z Rosji, podważyłoby to ich interesy gospodarcze" - wyjaśnia Glasman.

onet.pl

piątek, 30 czerwca 2023


Władze miasta Nanning w położonej na południu prowincji Guangxi podniosły w maju br. ceny biletów parkingowych. W efekcie dla mieszkańców podróżujących samochodami do i z pracy koszt parkowania wzrósł do nawet 100 juanów dziennie (57 zł).

W Pekinie czy Szanghaju nie wywołałoby wielkiego poruszenia, ale w Guangxi, jednej z biedniejszych prowincji Państwa Środka, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przy sześciodniowym tygodniu pracy utrzymania takiej stawki oznacza w skali roku wydatek ok. 30 tys. juanów (ok. 17 tys. zł) - blisko 1/3 przeciętnego rocznego dochodu w regionie..

W mediach społecznościowych zaczęła się burza, po której burmistrz miasta, Hou Gang wycofał się z podwyżki i na specjalnej konferencji prasowej przeprosił mieszkańców. Skandal był tak duży, że w następnych dniach władze prowincji Zhejaing, Jiangsu i Shandong przystąpiły do walki ze zbyt wygórowanymi cenami biletów parkingowych w miastach.

W prowincji Henan w środkowych Chinach władze lokalne zaczęły fałszować odczyty z kontroli wagi ciężarówek i TIR-ów. Szacuje się, że wymuszone w ten sposób kary przyniosły prowincjonalnemu budżetowi w ciągu ostatnich dwóch lat ponad 270 tys. juanów (154 tys. zł).

Jednak ulubionym sposobem zdobywania funduszy przez władze lokalne stały się grzywny, w których wymierzaniu urzędnicy wykazują się wyjątkową kreatywnością. W Szanghaju pewien restaurator został ukarany mandatem w wysokości 5 tys. juanów (2860 zł) za… podanie pokrojonego ogórka bez odpowiedniej licencji. To kolejna sprawa, która wywołała oburzenie w mediach społecznościowych.

Z kolei w prowincji Shaanxi w centralnych Chinach jeszcze w ubiegłym roku sklep spożywczy został ukarany grzywną 66 tys. juanów (blisko 36 tys. zł) za sprzedaż 2,5 kg selera obniżonej jakości.

Niezależnie od absurdalności części grzywien stają się one coraz ważniejszym źródłem dochodu. Według analizy magazynu Caijing, opierającego się na oficjalnych danych rządowych, kary pieniężne w ciągu roku zwiększyły swój udział w dochodach władz prowincji Guangxi z 9 do 13,9 proc.

W przypadku położonej na północy prowincji Liaoning zanotowano wzrost z 7,1 do 10,6 proc, a w Yunanie, którego zadłużenie ocenia się na 1000 proc. w stosunku do dochodów, z 6,1 do 7,5 proc.

Niekiedy władze lokalne chodzą po prośbie. Jak poinformował lokalny oficjalny dziennik Changjiang Wang pod koniec maja władze miasta Wuhan zażądały od miejscowych firm, by jak najszybciej spłaciły długi wobec ratusza. Gazeta szacuje, że chodzi o 259 podmiotów - od firm prywatnych, przez państwowe, aż po agendy rządowe, które są winne miastu ponad 100 milionów juanów (57 mln zł).

Metoda nie przyniosła oczywiście zadowalających rezultatów, w związku z czym władze zaczęły oferować nagrody za przydatne informacje na temat zasobów finansowych swoich dłużników.

W kwietniu władze prowincji Guizhou w płd.-zach. Chinach oficjalnie przyznały, że są zagrożone bankructwem i zwróciły się do Pekinu z prośbą o pomoc.

Tymczasem zwykli ludzie zaczynają coraz mocniej odczuwać problemy finansowe władz lokalnych. Najprostszą reakcją na brak pieniędzy jest cięcie wydatków. Trwa ono już od kilku lat i najpierw dotyczyło sfery budżetowej. Oprócz obniżania wynagrodzenia, zaczęto redukować wszelkie benefity w postaci dodatków mieszkaniowych czy na ogrzewanie. Pogorszyło to sytuację urzędników i nauczycieli, których zarobki także w Chinach nie są oszałamiające.

W ostatnich miesiącach okazało się, że cięcia muszą iść dalej... "Pod nóż" poszła służba zdrowia, w pierwszej zaś kolejności opieka medyczna dla seniorów. To jednak nie wystarcza.

Na początku czerwca miasto Shangqiu w prowincji Henan o mały włos nie straciło komunikacji autobusowej. Tamtejszy zakład komunikacji miejskiej nie był w stanie zapłacić za ubezpieczenie swoich pojazdów, a nawet wypłacić pensji kierowcom. Zarząd firmy jako przyczynę tych problemów wskazał obcięcie rządowych subsydiów.

Przyczyny problemów finansowych chińskich władz lokalnych są złożone. Pierwotnego źródła można dopatrywać się w reformie administracyjno-finansowej końca lat 90. Pekin pozbawił wówczas władze lokalne większości dochodów z podatków.

Chodziło - z jednej strony - o koncentrację zasobów do dyspozycji rządu centralnego, z drugiej zaś - o ograniczenie środków, a tym samym ambicji bogatszych prowincji nadbrzeżnych, które coraz częściej lekceważyły polecenia płynące ze stolicy.

Jednocześnie rząd zaczął stawiać władzom lokalnym coraz bardziej ambitne cele rozwojowe. Głównym źródłem pieniędzy na ich realizację stało się dzierżawienie gruntów.

Władze lokalne miały gotówkę, ale ceną za to była niemalże nieskrępowana, chaotyczna działalność deweloperów, wiele chybionych inwestycji i wzrost korupcji. Gdy w chińskim sektorze nieruchomości zaczął się kryzys, prowincje i miasta utraciły najważniejsze źródło dochodów.

Na to wszystko nałożyła się pandemia, wraz z drenującymi zasoby ciągłymi lockdownami i testami. Szacunkowo w ub.r. dochody władz lokalnych spadły o 23 proc. podczas, gdy wydatki wzrosły o 6 proc. Zaczęły rozkwitać skomplikowane instrumenty finansowe, które - w imieniu władz - zaciągają długi. Po prawdzie pojawiły się one zresztą znacznie wcześniej i służyły zdobywaniu środków na inwestycje infrastrukturalne, często również chybione.

Najczęstszą metodą ich działania jest emisja obligacji, często jednak pożyczki są zaciągane z nieznanych źródeł i pozostają poza oficjalnym budżetem. Kryzysy w branży nieruchomości zmusił firmy operujące instrumentami finansowymi do przejęcia ponad połowy gruntów wydzierżawionych pod budownictwo mieszkaniowe, pogłębiając tym samym problemy budżetowe.

Jakie jest zadłużenie chińskich władz lokalnych? Pełnych danych nie ma, a wiarygodność tych oficjalnych jest kwestionowana w samych Chinach. Według hongkońskiej grupy inwestycyjnej CLSA w 2010 r. wynosiło ono 10,7 bln juanów (6,12 bln zł), a do końca 2022 r. osiągnęło rekordowe 79,1 bln juanów (45,2 bln zł); kwota ta uwzględnia ok. 10 bln juanów ukrytego długu.

Problem zadłużenia władz lokalnych ma charakter strukturalny i rozwiązanie zależy od rządu centralnego. Ten jednak unika decyzji, która w praktyce oznaczałaby wybór, kto poniesie koszty spisania na straty przewartościowanych aktywów infrastrukturalnych. To zaś stanowi kolejny czynnik destabilizujący - i tak już rozchwiany - system finansowy.

Na razie Bank Ludowy Chin obniża stopy procentowe, zmniejszając koszt obsługi długów, a premier Li Keqiang wzywa władze lokalne, by „z całą stanowczością położyły kres arbitralnym opłatom i grzywnom”. Tymczasem na rynkach rosną obawy, że jeszcze w tym roku zadłużenie chińskich władz lokalnych może doprowadzić do kolejnego kryzysu - jeszcze gorszego niż ten w sektorze nieruchomości.

wnp.pl

Po miesiącach dyplomatycznych przepychanek Pekin zgodził się na wizytę amerykańskiego sekretarza stanu mającą na celu ustabilizowanie pogarszających się relacji i otwarcie kanałów komunikacji. Różnice między stronami mają jednak zbyt fundamentalny charakter, aby liczyć na przełom w przewidywalnej przyszłości.

Sekretarz stanu USA Antony Blinken złożył pierwszą od objęcia urzędu w styczniu 2021 r. wizytę w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL). Ostatnim szefem amerykańskiej dyplomacji, który odwiedził to państwo, był Mike Pompeo i miało to miejsce w październiku 2018 r. 18 czerwca br. Blinken rozmawiał w Pekinie z ministrem spraw zagranicznych ChRL Qin Gangiem, a dzień później również z Wang Yi, członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KC KPCh) i równocześnie dyrektorem Biura Komisji Spraw Zagranicznych KC KPCh. Został też przyjęty przez Xi Jinpinga, sekretarza generalnego KPCh i przewodniczącego Chin.

Obie strony zgodziły się na utrzymanie kontaktów na wysokim szczeblu. Blinken zaprosił Qin Ganga do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych, a ten wyraził chęć podróży „w dogodnych dla obu stron okolicznościach”. Podjęto również decyzję o kontynuowaniu konsultacji w ramach wspólnej grupy roboczej w celu rozwiązania konkretnych problemów we wzajemnych stosunkach. Oba państwa mają także zachęcać do rozszerzania dwustronnej wymiany kulturalnej i edukacyjnej. Komunikaty stron po spotkaniu Blinkena z Xi Jinpingiem nie wskazują, aby rozmowa wpłynęła na realne zbliżenie ich stanowisk.

Relacje między obydwoma państwami znajdują się w tej chwili w najtrudniejszym momencie od tzw. III kryzysu tajwańskiego w 1996 r., kiedy to prezydent Bill Clinton skierował flotę do ochrony Tajwanu. Pekin aktywnie zmienia status quo w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Wschodniochińskim, nasilając presję wojskową na Tajwan i Japonię. Wciąż militaryzuje również obszary lądowe na Morzu Południowochińskim. Na arenie międzynarodowej – utrzymując pozory naturalności – wspiera Rosję politycznie i gospodarczo: zwiększa nie tylko import surowców energetycznych, lecz także eksport produktów podwójnego zastosowania cywilno-wojskowego. Waszyngton dąży do pogłębienia izolacji technologicznej ChRL, zwłaszcza w sektorze półprzewodników. Intensyfikuje też zabiegi o rozwinięcie koordynacji z sojusznikami w Europie i Azji w celu zminimalizowania ryzyka (de-risking) związanego ze zbyt bliskimi powiązaniami gospodarczymi z Chinami. Taka dynamika relacji bilateralnych rodzi groźbę, że ewentualny drobny incydent wywoła eskalację i niekontrolowany rozpad wzajemnych stosunków.

Obydwie strony podjęły próbę stabilizacji relacji jeszcze w czasie szczytu G20 na Bali w listopadzie ub.r. (zob. Taktyczna pauza wobec Zachodu: chińska gra nadziejami na pokój), co doprowadziło do przygotowania wizyty Blinkena w Pekinie w lutym br. Została ona jednak odwołana ze względu na incydent z chińskim balonem szpiegowskim, który wykryto i zestrzelono nad terytorium Stanów Zjednoczonych (zob. Chiński balon nad USA), kiedy Pekin wstrzymał dialog między wyższymi dowódcami wojskowymi obydwu państw. Przed wyrażeniem zgody na wyznaczenie jej nowego terminu przedstawiciele ChRL wyartykułowali względem USA szereg oczekiwań, wśród których znalazły się „uznanie kwestii Tajwanu za sprawę wewnętrzną Chin” i zaprzestanie „podważania suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych Chin w imię konkurencji”. W ten sposób oczekiwali de facto zniesienia sankcji technologicznych, szczególnie w dziedzinie półprzewodników. Sytuacja ta doprowadziła do kilkumiesięcznego impasu w relacjach Pekinu i Waszyngtonu oraz znacznego ograniczenia komunikacji pomiędzy nimi.

Pogarszanie się stosunków chińsko-amerykańskich przyśpieszyło w sierpniu ub.r. po wizycie na Tajwanie Nancy Pelosi, wówczas przewodniczącej Izby Reprezentantów (zob. Chińsko-amerykańska próba sił wokół Tajwanu). W lutym br. doszło nie tylko do zestrzelenia nad Stanami Zjednoczonymi balonu, lecz także do konfrontacji między Blinkenem i Wang Yi na marginesie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, kiedy strona amerykańska oskarżyła chińską o rozważanie dostarczenia broni Rosji. ChRL odpowiedziała na te działania zamrożeniem niektórych ważnych kontaktów dyplomatycznych i nasileniem antyamerykańskiej retoryki. Waszyngton kontynuował nakładanie sankcji technologicznych, również w koordynacji z sojusznikami. Na tydzień przed podróżą Blinkena do Pekinu w mediach pojawiły się informacje, że chińska armia prowadzi na Kubie bazę wywiadu elektronicznego.

Mimo mnogości punktów spornych oba państwa w ostatnich tygodniach poczyniły jednak kroki mające przywrócić kontakty na wysokim szczeblu, aby lepiej zarządzać napięciami. Amerykanie podkreślają, że utrzymywanie regularnego dialogu na tym poziomie jest ważne samo w sobie, ponieważ pozwoli stronom szybko reagować na jakiekolwiek kryzysy, które mogą się pojawić, skoro chińskie i amerykańskie siły zbrojne coraz częściej wchodzą ze sobą w bezpośredni kontakt.

Daleko idące żądania Pekinu i ignorowanie sygnałów Waszyngtonu (nie tylko ze strony Departamentu Stanu, lecz także Pentagonu) dotyczących chęci przywrócenia komunikacji na wyższym szczeblu były skierowane przede wszystkim na użytek wewnętrznej narracji propagandowej. Kierownictwo KPCh musi zdawać sobie sprawę, że nie zostaną one uwzględnione. Niemniej przywódcy ChRL starają się równocześnie prezentować na arenie międzynarodowej – zwłaszcza względem partnerów europejskich – jako strona racjonalna i otwarta na dialog. Dlatego w końcu zdecydowano się na wyrażenie zgody na wizytę Blinkena, mimo że Waszyngton nie wykonał żadnego gestu, który KPCh mogłaby przedstawić jako zwycięstwo – nie można za nie uznać drobnych posunięć, jak stwierdzenie przez prezydenta Joego Bidena, że Xi Jinping nie wiedział o misji szpiegowskiej balonu itp.

W tym kontekście istotne jest też równoległe rozpoczęcie pierwszej podróży zagranicznej przez nowego premiera ChRL Li Qianga do Niemiec i Francji. Pekin liczy na osłabienie zdolności państw europejskich do koordynacji z Waszyngtonem ws. Chin. Wydaje się, że także strona amerykańska kieruje się potrzebą pokazania partnerom ze Starego Kontynentu czy państwom rozwijającym się gotowości do rozmów z Pekinem. Administracja Bidena postępuje zgodnie z przekonaniem, że aktualnie UE nie jest gotowa, aby podjąć równie daleko idące co amerykańskie działania przeciwko ChRL, i pragnie utrzymać kanały kontaktu z nią. Zachowanie spoistości Zachodu to obecnie priorytet Waszyngtonu, dlatego Blinken pojechał do Pekinu mimo doniesień o chińskiej bazie na Kubie. Z kolei przyjęcie go przez Xi Jinpinga ma sygnalizować partnerom w Europie czy na Globalnym Południu, że ChRL też dąży do ustabilizowania relacji. Spełnia również oczekiwania międzynarodowego biznesu, który ogranicza inwestycje w Chinach w obawie o konsekwencje rywalizacji Pekinu z Waszyngtonem.

O ile odtworzenie i utrzymanie kanałów komunikacji leży w interesie zarówno ChRL, jak i Stanów Zjednoczonych, o tyle nie należy się spodziewać, że kroki te doprowadzą do znacznej poprawy relacji między nimi. Po pierwsze rywalizacja chińsko-amerykańska ma charakter strukturalny i żadna ze stron nie jest gotowa do ustępstw, które pozwoliłyby na trwałe porozumienie i usunięcie punktów spornych. Po drugie kalendarz polityczny nie sprzyja dalszej stabilizacji stosunków. W styczniu przyszłego roku na Tajwanie zostaną przeprowadzone wybory prezydenckie i parlamentarne. Pekin – podobnie jak to robił w przeszłości – zwiększy, zapewne już na jesieni, presję militarną na wyspę w nadziei, że wpłynie w ten sposób na wynik elekcji. W efekcie Kongres zintensyfikuje naciski na administrację Bidena, aby silniej sygnalizować poparcie dla demokracji tajwańskiej. Na wiosnę w Stanach Zjednoczonych ruszy kampania przed wyborami prezydenckimi i do Kongresu w listopadzie 2024 r. Kwestia relacji z ChRL stanie się – jak w poprzednim cyklu wyborczym – jednym z jej głównych tematów, co będzie sprzyjać zaostrzeniu polityki wobec Pekinu.

osw.waw.pl

Między 7 a 14 czerwca turecka lira odnotowała łącznie ok. 9-procentowy spadek wartości względem dolara, a jej kurs wobec tej waluty jest najniższy od czasu objęcia władzy przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju w 2002 r. W ciągu ostatnich dwóch lat deprecjacja liry w stosunku do dolara wyniosła ok. 60%. 9 czerwca prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan mianował nową szefową tureckiego banku centralnego – Hafize Gaye Erkan. W przeszłości pracowała ona m.in. na stanowisku dyrektora zarządzającego w amerykańskim banku inwestycyjnym Goldman Sachs.

Komentarz

Na spadek wartości liry w ostatnich latach wpłynęło wiele czynników, w tym m.in. dążenie Erdoğana do podtrzymania wzrostu gospodarczego za pomocą ekspansywnej polityki pieniężnej, tj. niskich stóp procentowych narzucanych przez władzę i podporządkowany jej bank centralny. Działania te przyczyniły się jednak do znacznej zwyżki inflacji i stopniowego słabnięcia liry. Sytuację pogarszały zmniejszenie napływu inwestycji zagranicznych do kraju powodowane utratą wiarygodności Turcji wśród inwestorów międzynarodowych, a także postępujący spadek zaufania obywateli do stabilności tureckiego systemu finansowego. W celu spowolnienia procesu deprecjacji liry bank centralny wyprzedawał rezerwy walutowe, licząc, że przy okazji uda się zahamować inflację w okresie przedwyborczym. W rzeczywistości doszło do niemal całkowitego ich wyczerpania (według jednej z metod liczenia zobowiązań walutowych obecnie ich wartość netto jest ujemna i wynosi -5,7 mld dolarów, zaś braki uzupełniane są dalszymi pożyczkami od państw Zatoki Perskiej oraz rezerwami złota), co w ostatnich dniach jeszcze zwiększyło tempo słabnięcia liry.

Przyczyną gwałtownego spadku kursu tureckiego pieniądza w ostatnich dniach jest również domniemana decyzja władz o zaprzestaniu obrony jego wartości. Jak twierdzą ekonomiści, w nadchodzących miesiącach może to doprowadzić do osłabienia się liry względem dolara o kolejne 20%. Decyzję tę łączyć należy z zapowiedziami nowego ministra finansów Mehmeta Şimşeka o powrocie do bardziej tradycyjnej polityki pieniężnej. Rynki liczą na podniesienie bazowej stopy procentowej nawet do 25% (obecnie wynosi ona 8,5%). Na poprawę sytuacji finansowej Turcji korzystnie będą też wpływać ustabilizowanie cen surowców naturalnych (gazu i ropy), od których importu kraj jest w dużej mierze uzależniony, oraz sezon turystyczny, będący jednym ze źródeł napływu walut obcych. Korekta polityki pieniężnej, w tym odbudowa rezerw walutowych, pozwoli uniknąć zagrożenia w postaci niewypłacalności państwa. Podjęcie tego typu działań będzie sprawdzianem niezależności nowej prezes banku centralnego, a także testem autonomii nowego ministra finansów wobec wpływającego do tej pory na politykę monetarną państwa prezydenta Erdoğana.

W perspektywie krótkoterminowej skutkiem ubocznym dążeń do naprawy tureckiej gospodarki oraz utrzymania się trendu osłabiania się liry będą coraz wyższe koszty importu. Państwo w mniejszym wymiarze niż do tej pory będzie w stanie kontrolować wzrost cen sprowadzanych towarów, m.in. poprzez subsydia. W efekcie przyczynić się to może do ponownego nasilenia presji inflacyjnej. W perspektywie długoterminowej podniesienie stóp procentowych spowolni jednak inflację i ustabilizuje kurs liry, ale wpłynie też na wyhamowanie wzrostu gospodarczego, co odbije się negatywnie na tureckim rynku pracy oraz potęgować będzie niezadowolenie społeczne. Mimo to na szczeblu politycznym zaczyna się utrwalać konsensus co do tego, że strategia ta jest konieczna, aby rozpocząć proces wyprowadzenia Turcji z wieloletniego kryzysu finansowego. Biorąc pod uwagę zwycięskie dla rządzących wybory parlamentarne i prezydenckie, jest to najdogodniejszy z politycznego punktu widzenia moment na podejmowanie tego typu działań. 14 czerwca w wywiadzie dla mediów prezydent Erdoğan wstępnie zaaprobował potrzebę zmiany polityki monetarnej Turcji.

osw.waw.pl

W Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski trwają ostatnie prace nad wystawą chińskiego artysty Badiucao Chiny. Opowieść prawdziwa [Tell China’s Story Well], której otwarcie jest planowane na piątek 16 czerwca 2023.

Badiucao jest chińskim artystą i dysydentem mieszkającym obecnie w Australii. Jest on znany przede wszystkim z grafik i obrazów, instalacji oraz akcji ulicznych, które koncentrują się wokół tematyki łamania praw człowieka i ograniczeń wolności słowa we współczesnych Chinach.

Pierwsza w Polsce wystawa Badiucao przedstawia opowieść o Chinach odmienną od tej, którą proponują chińskie władze, posługując się propagandowym sloganem „Tell China’s Story Well”. Opowieść przedstawiana przez artystę to kronika wciąż trwającego gwałcenia praw człowieka, manipulacji pamięcią historyczną o wydarzeniach na placu Tiananmen w 1989 roku, cenzury nałożonej na obywateli Chin podczas pandemii Covid-19, przymusowej asymilacji kulturowej Ujgurów, protestów, w których mieszkańcy Hongkongu walczyli przeciwko polityce rządu oraz niepokojących relacji między Chinami a Rosją w sprawie inwazji rosyjskiej na Ukrainie.

Chcemy wyrazić zaniepokojenie i zdumienie działaniami Ambasady Chin w Warszawie podejmowanymi wobec Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, które prowadzone są od kilku dni, a których celem jest powstrzymanie otwarcia wystawy. Wysoki rangą przedstawiciel chińskiej Ambasady odwiedził Zamek Ujazdowski, domagając się zatrzymania wystawy, a do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego napływają listy domagające się cenzorskiej ingerencji w program Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Jednocześnie strona internetowa Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski została zablokowana na terenie Chińskiej Republiki Ludowej przez władze tego państwa.

Odczytujemy wskazane powyżej działania jako akty cenzury prewencyjnej, przeciwko którym stanowczo protestujemy. Zachęcamy także wszystkich tych, dla których wolność słowa i ekspresji jest cenna do wspierania artysty i naszej instytucji przede wszystkim poprzez obecność na wernisażu, a także wszelkiego rodzaju inne działania, które pomogą zatrzymać antywolnościowe naciski.

u-jazdowski.pl

3 czerwca w Ankarze miała miejsce ceremonia zaprzysiężenia Recepa Tayyipa Erdoğana na trzecią kadencję prezydencką. W wydarzeniu wzięły udział delegacje najwyższego szczebla (szefów państw lub rządów) z krajów sąsiadujących z Turcją – Azerbejdżanu, Gruzji i Bułgarii oraz, po raz pierwszy, Armenii – a także m.in. z Węgier, Kazachstanu i Wenezueli. Był tam również obecny sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Tego samego dnia prezydent ogłosił skład nowego rządu. Tylko dwa resorty (zdrowia oraz kultury i turystyki) z siedemnastu zachowały dotychczasowych szefów. Do najważniejszych zmian należą powrót Mehmeta Şimşeka (wicepremiera w latach 2009–2015) na stanowisko ministra finansów oraz powołanie Hakana Fidana (od 2010 r. szefa wywiadu) na ministra spraw zagranicznych.

Komentarz

Nowy rząd ma charakter technokratyczny. Nominacje doświadczonych ekspertów w swoich dziedzinach, takich jak Şimşek, oraz odsunięcie ministrów znanych z antyzachodnich wypowiedzi, jak Süleyman Soylu (były szef MSW), mogą stanowić zapowiedź powrotu do bardziej konserwatywnej – i wiarygodnej dla zewnętrznych obserwatorów – polityki gospodarczej i finansowej, a także pewnego złagodzenia kursu w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Otwartą kwestią pozostaje rzeczywista swoboda działania zaprzysiężonych ministrów, gdyż turecki system polityczny jest zdominowany przez prezydenta, pełniącego również funkcję szefa rządu.

Trudno spodziewać się, aby przetasowania na stanowiskach ministerialnych, choć istotne, doprowadziły do fundamentalnych zmian w polityce i gospodarce. Większość kłopotów, z którymi mierzy się dzisiaj Ankara – zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym – ma charakter strukturalny (przykładowo w relacjach z Zachodem wynikają one z wieloletnich konfliktów i różnic w postrzeganiu interesów politycznych i bezpieczeństwa). Same roszady kadrowe, bez istotnych przewartościowań postawy Erdoğana, będą miały znikome znaczenie dla rozwiązania tych problemów – zwłaszcza biorąc pod uwagę łatwość, z jaką prezydent wymieniał dotąd szefów najważniejszych resortów.

Objęcie przez Fidana szefostwa w MSZ oznacza, że odpowiedzialność za politykę Turcji w tym obszarze przejął jeden z najbardziej zaufanych współpracowników głowy państwa. Jednocześnie człowiek ten, kierując przez ponad dekadę Narodową Agencją Wywiadowczą (MIT), i tak w istotnej mierze współkształtował politykę zagraniczną, i to w jej najbardziej newralgicznych aspektach. Pytanie o to, w jaki sposób jego nominacja wpłynie na relacje Ankary z najważniejszymi partnerami, pozostaje otwarte. Niewątpliwie jednak Fidan jest dobrze znany za granicą i – generalnie – uważany za wiarygodnego, choć ponosi też odpowiedzialność za agresywne działania tureckich służb, takie jak porwania przeciwników politycznych czy operacje służb specjalnych w Libii i Syrii.

Najważniejsze problemy stojące przed nowym ministrem spraw zagranicznych to ułożenie stosunków z USA oraz – w dużej mierze z tym powiązane – sformułowanie stanowiska Turcji wobec akcesji Szwecji do NATO. Kolejnym kontrowersyjnym tematem będzie dalsza współpraca polityczna i gospodarcza Ankary z Moskwą w kontekście rosyjskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, co potencjalnie grozi Turcji sankcjami. Wydaje się jednak, że jej polityka zagraniczna może ulec istotnej korekcie jedynie w wymiarze bliskowschodnim. Fidan stanie m.in. przed wyzwaniem uregulowania relacji z Syrią. To warunek konieczny umożliwienia repatriacji syryjskich uchodźców (3,7 mln osób na terenie Turcji), która stanowiła istotny motyw kampanii. We wszystkich tych kwestiach Fidan będzie jednak przede wszystkim wykonawcą woli Erdoğana, a nie niezależnym graczem. Na stanowisku szefa MIT ma go zastąpić były główny doradca, a następnie rzecznik prasowy prezydenta – İbrahim Kalın.

Polityka gospodarcza Turcji prawdopodobnie zostanie poddana częściowej rewizji przez nowego ministra finansów. Ma to związek przede wszystkim ze złym stanem finansów państwa – skutkiem kontrowersyjnej polityki monetarnej. Polegała ona na obniżaniu stóp procentowych mimo wysokiej inflacji w celu stymulacji wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wspieraniu wartości liry rezerwami walutowymi. Mianowanie Şimşeka – osoby uważanej przez międzynarodowe gremia finansowe za racjonalnego i doświadczonego ekonomistę – sugeruje, że może dojść do zmiany strategii rządu w dziedzinie gospodarki, w tym do częściowego powrotu do bardziej konwencjonalnej polityki pieniężnej. Pierwszym sygnałem byłoby wymuszenie na nowym szefie Banku Centralnego (stanowisko aktualnie wakuje) podniesienia stóp procentowych, aby wyhamować presję inflacyjną. Będzie to jednak wymagało zielonego światła ze strony Erdoğana, który do tej pory odwoływał ministrów finansów i szefów Banku Centralnego za próby podważenia jego polityki niskich stóp procentowych oraz przyznania szefowi resortu finansów rzeczywistej autonomii.

osw.waw.pl

- Śledzimy, co się dzieje w Czechach. W polskich mediach, o tym się prawie nie mówi, ale tam szef banku centralnego wprost krzyczy na rząd, żeby się nie zadłużał, bo to utrudni zejście inflacji do celu. U nas w najbliższych kwartałach wygenerujemy blisko 2-proc. impuls fiskalny prosto w portfele Polaków, co w najbliższym czasie wpłynie pośrednio na procesy cenotwórcze - mówi w rozmowie z money.pl pracownik Ministerstwa Finansów, który chce zachować anonimowość.

- Oby tylko nasi rodacy wzmocnili nimi swoje oszczędności, a nie poszli od razu je wydać na rynek - podkreśla.

Co więcej, jak przekonuje, w resorcie potworzyły się tajne grupki, które pracują nad kolejnymi programami wyborczymi PiS-u. - Powoli to zbieramy w całość i liczymy, ale niewiele osób ma do tego dostęp - dodaje. Według niego jednak, jak na ironię, w najbardziej newralgicznym momencie główna wyborcza broń rządu jakby się zacięła.

Od kilku osób z resortu słyszymy, że coś zgrzyta w polityce socjalnej rządu. Polacy przestali bardzo entuzjastycznie podchodzić do prostych transferów socjalnych - zauważają nasi rozmówcy. Tym samym władza straciła ich zdaniem swój główny atut, a MF może na tym paradoksalnie zyskać.

- Tego jeszcze nie było. Strzelba PiS się popsuła. Nie da się bez końca sypać pieniędzy. Wszyscy widzą, że to błędne koło - mówi nam inny wysoko postawiony urzędnik resortu z wieloletnim stażem.

- Proszę spojrzeć. Ostatnie dane o inflacji są przełomowe i pozytywne. W końcu spadła inflacja bazowa. Mamy jasny dowód dezinflacyjny, co, łącznie ze spadkiem cen żywności na światowych rynkach czy danymi PMI, tworzy nam pozytywny obraz. Jednak inflacja superbazowa bez cen administrowanych wyliczana na wzór amerykańskiego banku centralnego, która pokazuje czystszy obraz siły popytowej, wcale nie jest skora do aż takich spadków - wylicza nasz rozmówca.

(...)

- Moim zdaniem ludzie zauważyli, że puste dosypywanie pieniędzy kończy się tym, że i tak muszą więcej zapłacić w sklepie lub za wszelkiego rodzaju usługi. Do tego dochodzi jeszcze argument góry (władz MF - przyp.red.), która kilka miesięcy temu mówiła, że pieniędzy nie ma, a teraz nagle musimy znaleźć 25 mld zł (tyle ma kosztować 800 plus - przyp.red.). Ludzie to wszystko widzą. Ciekawe, ile jeszcze razy do października będziemy musieli połknąć swój własny język - zastanawia się nasz informator, mając na myśli październikowe wybory parlamentarne.

Kolejna osoba, z którą rozmawiamy, również wspomina o grupach pracowników MF oddelegowanych do konkretnej pracy wyborczej. Ona także słyszała o utyskiwaniach politycznych, że 800 plus i prawdopodobnie kolejne transfery nie będą już tak atrakcyjne dla dużych grup elektoratu (choć dla tych najgorzej uposażonych wciąż jest to ważna karta przetargowa w wyborach).

- Dla nas to jednak bardzo dobra wiadomość. W MF jest mnóstwo osób, które pamiętają fantastyczną pracę merytoryczną nad reformami strukturalnymi, które rzeczywiście coś w życiu społeczno-ekonomicznym naprawiały, a nie jedynie konieczność rezerwowania kolejnych miliardów na kolejne dopłaty. Oczywiście, rozumiem, że rząd nie miał wyjścia przy takiej kumulacji kryzysów, ale jak na to patrzę z perspektywy lat, to inne resorty mają dużą lekcję do odrobienia - wyjaśnia.

O co chodzi naszemu informatorowi? W jego opinii w przestrzeni publicznej przebija się coraz bardziej postulat poprawy usług publicznych i walki z drożyzną, a nie pomysłów typu 800 plus.

- Co z tego, że, jak to mówią zwykli ludzie, "władza da do ręki kolejne pieniądze", skoro tyle jest do zrobienia wokół. Widzę to nie z perspektywy klienta usług publicznych, tylko osoby, która obserwuje, co przychodzi do resortu w formie propozycji ustawowych z innych gmachów. Cyfryzacja administracji idzie dobrze, nieco rusza się mieszkaniówka, przebudził się MON, ale reszta ministerstw śpi. Działają wtedy, kiedy dostają polecenie polityczne pod konkretne zamówienie - ocenia inny pracownik MF.

- Jeśli mogę sobie pozwolić na ocenę polityczną tego wszystkiego, to emocje ludzi zaczynają najwyraźniej wędrować właśnie w kierunku realnej zmiany funkcjonowania naszej przestrzeni publicznej, a nie w stronę: dajcie nam więcej pieniędzy, to na was zagłosujemy. Tak mi się zdaje, szczególnie że i tak spora większość uważa, że inflacja zabrała im jeszcze więcej pieniędzy, więc każdy transfer niejako im się należy i nie jest premiowany politycznie - podsumowuje.

money.pl

czwartek, 29 czerwca 2023


Dobrze pamiętam swoje 30. urodziny. Był rok 2013. Nie najłatwiejszy, ale wciąż pełen nadziei.

Putin dopiero co powrócił na Kreml pośród powszechnych protestów i czuł się niepewnie. Jego notowania spadały, a zapotrzebowanie na reformy wciąż rosło. Opozycja była ścigana karnie, a propaganda wymyślała kolejne oskarżenia i prowokacje. Jednak wyglądało to na nic więcej niż próbę zatrzymania naturalnego biegu historii. W powietrzu unosił się zapach wolności, a zmiany wydawały się nieuniknione.

Kilkadziesiąt osób zebrało się w mojej ukochanej (a teraz zamkniętej) kawiarni na Bulwarze Nikitskim. Przyjąłem zasadę: żadnych krawatów i toastów. Wszyscy byli radośni i zrelaksowani, pomimo dyżurującego radiowozu po drugiej stronie ulicy i fotografów kremlowskich mediów ukrywających się w krzakach. Niemcow zażartował: "Co mają wspólnego jubileusz Jaszyna i urodziny złodzieja prawa? Mnóstwo policjantów i paparazzi!".

Kilka tygodni później Niemcow poprosił mnie, abym stanął na czele jego sztabu wyborczego w Jarosławiu, a jesienią został posłem do lokalnego parlamentu. W tym samym czasie Nawalny prowadził bezprecedensową kampanię wyborczą w Moskwie, zdobywając poparcie jednej trzeciej mieszkańców miasta [27,24 proc.]. Dziesiątki tysięcy naszych zwolenników będą regularnie wychodzić na ulice. Będziemy wytrwale, krok po kroku, odzyskiwać przestrzeń wolności od rządu. Ale potem nastąpi rok 2014 i aneksja Krymu.

Agresja militarna na sąsiednie państwo wywróciła nasz kraj do góry nogami i oddała Putinowi inicjatywę strategiczną. Warto przyznać: nie byliśmy przygotowani na to, że złodziejski reżim odważy się walczyć z bronią w ręku, że oszuści okażą się prawdziwymi zabójcami.

W ciągu następnych kilku lat Kreml rozpętał masakrę w Donbasie. Niemcow został zastrzelony w centrum Moskwy. Nawalny został otruty, a następnie wysłany do więzienia. Wszystkie partie i ruchy opozycyjne zostały uznane za ekstremistyczne i zdelegalizowane. Niezależne gminy i media zostały zmiażdżone. Musieliśmy wytrzymać cios, który nadszedł w 2022 r., kiedy Putin rozpoczął wojnę na pełną skalę zarówno przeciwko Ukrainie, jak i dysydentom w Rosji.

W rezultacie moje 40 lat w niczym nie przypomina 2013 r., beznadziejnie odległego pod każdym względem. Dziś nie zobaczę mojej rodziny i przyjaciół. Spośród tych, którzy byli na moim przyjęciu 10 lat temu, większość została zmuszona do emigracji. Nie wszyscy zachowali wolność. Nie wszyscy przeżyli. Wieczorem moi współwięźniowie w areszcie tymczasowym dotrzymają mi towarzystwa przy stole: król kokainy, wielki oszust, handlarz bronią...

A następna dekada nie zapowiada się dobrze. Jak będą wyglądały moje 50. urodziny? Gdzie będę je świętować? Jaka będzie Rosja? Czy w ogóle przetrwa?

Nie mam odpowiedzi na te wszystkie pytania. Ale, choć może się to wydawać dziwne, rośnie wewnętrzna pewność, że przetrwamy i poradzimy sobie. Nie ma już żadnego rozluźnienia. Wszyscy staliśmy się bardziej doświadczeni, silniejsi, bardziej zahartowani. Pozbyliśmy się iluzji i staliśmy się bardziej muskularni.

Istnieje poczucie, że przez lata Putin zepchnął nas na dno. Są tu dwie opcje. Albo leżeć na tym dnie, użalając się nad sobą i pogodzić się ze smutnym losem, jaki nam zgotowano. Albo zebrać siły, odepchnąć się i popłynąć.

Ja spróbuję popłynąć. A wy?

ILJA JASZYN

onet.pl/meduza.io

"Wall Street Journal" opisuje między innymi nagłą podróż rosyjskiego wiceministra spraw zagranicznych do Damaszku. Według amerykańskich dziennikarzy wiceszef dyplomacji w stolicy Syrii spotkał się z Baszarem al-Asadem i poinformował, że od tej pory najemnicy z grupy Wagnera, którzy przebywają w jego kraju, nie będą działać niezależnie. Inny wysoki rangą przedstawiciel MSZ Rosji zadzwonił do prezydenta Republiki Środkowoafrykańskiej, który wśród członków swojej osobistej ochrony ma wagnerowców. Jak podaje gazeta, miał go uspokajać, że sobotnie wydarzenia nie zakłócą ekspansji Rosji w Afryce. Rosyjscy wysłannicy złożyli również wizytę w Mali, kolejnej - jak pisze "WSJ" - "kluczowej placówce" Grupy Wagnera za granicą. 

Dziennikarze zwracają, że pośpiech tych działań dyplomatycznych odzwierciedlał próby Władimira Putina zażegnania kryzysu w kraju. Celem było zapewnienie partnerów Rosji w Afryce i na Bliskim Wschodzie, że tamtejsze działania Grupy Wagnera będą kontynuowane, choć samych najemników przejmie nowe kierownictwo. - Grupa Wagnera pomogła zbudować Rosji wpływy, a teraz rząd nie chce z tego rezygnować - powiedział w dziennikowi J. Peter Pham, ekspert od krajów afrykańskich i były specjalny wysłannik USA w regionie Sahelu. "WSJ" podaje, że działalność Grupy Wagnera w Afryce przynosiła setki miliony dolarów rocznie. Dziennikarze szacują, że poza Rosją i Ukrainą, gdzie trwa wojna, Grupa Wagnera ma około 6 tys. najemników.

gazeta.pl

Obecnie krążą pogłoski o zatrzymaniu lub przynajmniej izolacji generała Siergieja Surowikina, faktycznego dowódcy wojsk rosyjskich w Ukrainie. Jeśli to prawda, można śmiało powiedzieć, że bunt Jewgienija Prigożyna jest tylko wierzchołkiem ogromnej góry lodowej szerokiego spisku wojskowego przeciwko Władimirowi Putinowi i jego otoczeniu.

Wygodnie było nie angażować regularnych oddziałów w "marsz sprawiedliwości". Czarną robotę przejęcia władzy i wyeliminowania Putina — przy neutralności armii — wykonaliby najemnicy, a potem przemówiliby generałowie.

W tym przypadku nie chodzi o zachowanie i zalegalizowanie Grupy Wagnera, bo co ona obchodzi generałów. To w końcu ich konkurencja. Chodzi o obalenie nieudanej grupy Putina i wyjście z wojny ukraińskiej bez utraty twarzy.

Stąd kontakty spiskowców z amerykańskim wywiadem — co niemal otwarcie stwierdzają zarówno rzecznik Departamentu Obrony USA John Kirby, jak i sekretarz stanu USA Anthony Blinken. Stwierdzili oni, że amerykański wywiad znał szczegóły spisku, ale przekazał informacje o nim tylko kilku kongresmenom i urzędnikom dopuszczonym do najwyższego poziomu tajemnic państwowych.

(...)

Prigożynowi i jego armii pozwolono wycofać się na Białoruś — i to po wszystkich okrzykach Putina o zdradzie i ciosie w plecy. Wniosek nasuwa się prosty: Putin ma znacznie mniej władzy w czerwcu 2023 r., niż Hitler miał w lipcu 1944 r.

John Kirby powiedział, że USA przeprowadziły bardzo owocne rozmowy z Kremlem w sobotę i niedzielę, czyli w dniach buntu. Najwyraźniej nie chodziło tylko o bezpieczeństwo dyplomatów. Chodziło raczej o broń masowego rażenia. Zwycięstwo rebeliantów mogłoby odciąć Kremlowi dostęp do broni nuklearnej przynajmniej w niektórych częściach Rosji — a to postawiłoby cały świat na krawędzi.

Być może właśnie po to, aby temu zapobiec, zgodzono się na pozostanie Putina na Kremlu, podczas gdy dla rebeliantów wynegocjowano akceptowalne warunki wycofania się.

Jest również oczywiste, że Putin będzie starał się nie przestrzegać osiągniętych porozumień. W obliczu pozornej porażki w ukraińskiej wojnie będzie to jednak oznaczało dla niego tylko jedno — osiągnięcie akceptowalnego pokoju z Ukrainą i Zachodem, a tym samym utrzymanie władzy.

(...)

onet.pl/The Moscow Times