wtorek, 27 czerwca 2023


- Od samego początku wydarzeń natychmiast podjęto wszystkie niezbędne decyzje, aby zneutralizować zagrożenie, aby chronić porządek konstytucyjny, życie i bezpieczeństwo naszych obywateli - mówił Putin. O organizatorach buntu powiedział, że "zdradzili Rosję i swoich ludzi". - Tego chcieli naziści z Ukrainy i Zachód i wewnętrzni zdrajcy. To była zemsta [Ukrainy - red.] za jej porażki na froncie - stwierdził rosyjski dyktator. Jak mówił, "potrzebny był czas, żeby buntownicy mogli się opamiętać". Według Putina "bunt i tak zostałby stłumiony, a jego organizatorzy zdawali sobie sprawę, że ich działania były przestępcze".

Rosyjski przywódca w swoim orędziu powiedział, że "zdecydowana większość bojowników i dowódców Grupy Wagnera to patrioci, oddani swojemu narodowi i państwu", co "udowodnili  swoją odwagą na polu bitwy, wyzwalając Donbas i Noworosję". Putin zapewnił, że żołnierze Grupy Wagnera mogą wyjechać na Białoruś lub wstąpić do armii. - Dziękuję żołnierzom i dowódcom Wagnera, którzy nie przelali krwi - możecie podpisać kontrakt z Ministerstwem Obrony, wrócić do domów, lub przenieść się na Białoruś - powiedział Władimir Putin. 

— Obietnica, którą złożyłem, zostanie spełniona. Powtarzam, wybór należy do was, ale jestem pewien, że będzie to wybór rosyjskich żołnierzy, którzy zrozumieli swój tragiczny błąd — zwrócił się do wagnerowców.

- Doceniam prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenkę za wysiłki i wkład w pokojowe rozwiązanie sytuacji - zakończył.

Putin zaznaczył, że "odwaga i poświęcenie bohaterskich pilotów, którzy zginęli podczas sobotnich wydarzeń" uratowała kraj przed "strasznymi konsekwencjami".

— Dziękuję całemu personelowi wojskowemu, oficerom wywiadu, którzy stanęli na drodze rebeliantom — powiedział.

Przemówienie prezydenta Rosji trwało niecałe pięć minut.

onet.pl

poniedziałek, 26 czerwca 2023


„La Stampa” podała też informacje uzyskane przez portal „Agents.media”, że spośród 12 stałych członków Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej tylko pięć osób przyjęło twarde stanowisko wobec buntu Prigożyna. Inni milczeli. Lista „milczących” w czasie trwania puczu obejmuje też innych wysokich urzędników i funkcjonariuszy. W niedzielę późnym wieczorem przedstawił ją dobrze poinformowany kolektyw rosyjskich dziennikarzy.

Jak przekazuje dzisiejsza „La Stampa”: wśród milczących byli dyrektor FSB Aleksander Bortnikow, szef administracji prezydenta Anton Wajno, pierwszy zastępca szefa administracji prezydenta Siergiej Kirijenko, zastępca szefa administracji prezydenta, propagandysta Putina Aleksiej Gromow, premier Michaił Miszustin, minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew. Publicznie nie wypowiadali się też były wpływowy szef służb Nikołaj Patruszew, dowódca Federalnej Służby Wojsk Gwardii Narodowej Rosji Wiktor Zołotow czy były minister obrony Siergiej Iwanow.

Jak pisze gazeta pod ziemię zapadł się też minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. To milczenie jest zdaniem gazety bardzo znamienne.

W imieniu Putina piętnowali Prigożyna tylko Dmitrij Miedwiediew, przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin, przewodnicząca Rady Federacji Walentina Matwienko oraz dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej Siergiej Naryszkin. Robili to też główni gubernatorzy, poczynając od petersburskiego Aleksandra Begłowa.

onet.pl

Po zwycięstwie Władimira Putina w wyborach prezydenckich w 2018 r. Dmitrij Miedwiediew pozostał premierem — był to jeden z warunków porozumienia zawartego między politykami podczas zamiany stanowisk z 2011 r. O takiej sytuacji poinformowały "Meduzę" dwa źródła zbliżone do Kremla, a także rozmówca bliski ówczesnym władzom rosyjskim.

— Miedwiediew chciał wrócić [do prezydentury], ale Putin mu na to nie pozwolił. Otrzymał jednak "gwarancje", że przez kolejne dwie kadencje prezydenckie będzie piastował urząd premiera — wyjaśnia "Meduzie" źródło bliskie Kremlowi.

Zastrzega jednak, że już wtedy u Miedwiediewa "zaczęły pojawiać się problemy". Przykładowo w 2018 r. organy ścigania zaczęły prześladować biznesmenów bliskich premierowi, a jeden z jego najbliższych współpracowników, Arkadij Dworkowicz, nie został włączony do nowego rządu. Według źródeł "Meduzy" osobiście nalegał na to prezydent Rosji.

— Putin chciał osłabić Miedwiediewa. Prawdopodobnie nie miał wątpliwości co do tego, że będzie on ubiegał się o kolejną kadencję w 2024 r. Ogólnie rzecz biorąc, Miedwiediew radził sobie jednak całkiem dobrze — byłby premierem przez [kolejne] sześć lat — powiedziało "Meduzie" źródło bliskie ówczesnemu rządowi.

Jego kariera na stanowisku premiera zakończyła się jednak na początku 2020 r. Miedwiediew podał się do dymisji natychmiast po tradycyjnym przemówieniu Putina do Zgromadzenia Federalnego, w którym ten zapowiedział kilka poprawek do konstytucji.

Jedna z poprawek przyznała rosyjskiemu parlamentowi prawo do mianowania szefów ministerstw federalnych — do tej pory ich nominacja była proponowana przez premiera i zatwierdzana przez prezydenta. Ponadto władza prezydencka została rozszerzona o "ogólne zarządzanie" rosyjskim rządem. W ten sposób premier stał się podrzędną postacią w utworzonym pionie władzy.

Według dwóch źródeł zbliżonych do Kremla poprawki te nie były wcześniej omawiane z Miedwiediewem — został on "postawiony przed faktem dokonanym". — Dla Miedwiediewa osłabienie pozycji premiera było naruszeniem porozumienia z 2011 r. Okazało się, że jego wpływy zostały odcięte, został oskubany — mówi jeden z rozmówców.

Nadal nie jest jasne, czy Miedwiediew sam podjął decyzję o rezygnacji, czy też został do niej zmuszony. Według źródeł "Meduzy" zbliżonych do Kremla poprawki wywołały "negatywną reakcję" premiera i możliwe, że sam podjął decyzję o ustąpieniu. Rosyjski serwis BBC opublikował wcześniej tę samą wersję, powołując się na osoby "bliskie Miedwiediewowi". Niemniej jednak inne źródła twierdziły, że Putin zmusił Miedwiediewa do ustąpienia — tak donosił chociażby Forbes.

— Putin [w owym czasie] potrzebował skutecznego rządu, który zwiększyłby efektywność wydatków socjalnych, a tym samym pomógł stworzyć dobre wrażenie na obywatelach przed wyborami do Dumy Państwowej w 2021 r. i wyborami prezydenckimi w 2024 r. — uważa politolog Nikołaj Pietrow.

Michaił Miszustin, były szef Federalnej Służby Podatkowej, stanął na czele skuteczniejszej, zdaniem Putina, wersji rosyjskiego rządu. Specjalnie dla Miedwiediewa utworzono nowe stanowisko: zastępcy przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa (po wojnie ten organ rządowy stał się znany jako jedno z kluczowych stanowisk w rosyjskim systemie rządów; przewodniczącym Rady Bezpieczeństwa jest Władimir Putin).

— To [stanowisko] zostało wymyślone przez Putina na spotkaniu z Miedwiediewem [po przemówieniu na Zgromadzeniu Federalnym]. Przesłanie brzmiało: jesteś moim zastępcą, a zastępca Putina to bardzo wysokie stanowisko. Z powodu pośpiechu początkowo jednak autorytet tego stanowiska był nikły, a obowiązki Miedwiediewa pozostały niejasne — mówi źródło "Meduzy" bliskie Kremlowi.

Rzeczywiście, ustawa ustanawiająca stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Ministrów stwierdzała jedynie, że jego uprawnienia mają być określane przez prezydenta. Później Putin wydał dekret stwierdzający, że jego zastępca w Radzie Bezpieczeństwa może odbywać spotkania "w imieniu" prezydenta, "informować" go "o kwestiach bezpieczeństwa narodowego" oraz "uczestniczyć w opracowywaniu i wdrażaniu kursu polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej".

Jednak według dwóch rozmówców "Meduzy" bliskich Kremlowi to sekretarz Nikołaj Patruszew pozostaje prawdziwym "panem Rady Bezpieczeństwa", podczas gdy "Miedwiediew został odstawiony na boczny tor". Jego stosunki z niektórymi członkami Rady Bezpieczeństwa również się nie układały: wysokiej rangi urzędnicy bezpieczeństwa nie lubili "cywila" na takim stanowisku.

— Miedwiediew został wrzucony w środowisko, które było dla niego tak wrogie, jak to tylko możliwe — mówi Nikołaj Pietrow.

Rosyjski serwis BBC, cytując "osobę, która była częścią wewnętrznego kręgu byłego premiera", napisał, że Miedwiediew czuł się "naprawdę źle" na tym tle "po raz pierwszy" po swojej dymisji. "Siedział, odpoczywał, medytował. Nikt z nim, byłym prezydentem i premierem, nie rozmawiał o wyborze Miszustina na jego następcę".

Jeden z bliskich Kremlowi rozmówców "Meduzy" zauważa jednak: — Dzięki udziałowi w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa zachował jeden z najważniejszych zasobów w pionie władzy — regularny dostęp do pierwszej osoby w państwie.

W rezultacie, jak twierdzą źródła, nie minęło wiele czasu, zanim Miedwiediew "zbudował sobie nową ścieżkę kariery", która miała ponownie zbliżyć go do Putina — a może nawet go zastąpić.

Po swojej rezygnacji Dmitrij Miedwiediew nie tylko otrzymał stanowisko zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa, ale także zachował inną ważną funkcję — przewodniczącego partii Jedna Rosja, którą sprawował od jesieni 2011 r.

Dwa źródła "Meduzy" zbliżone do Kremla twierdzą jednak, że Miedwiediew zawsze był "mało zainteresowany" partią rządzącą: — Postrzegał ją jako dodatek do [premierostwa], coś w rodzaju dodatkowego plusa do statusu. Nawet nie próbował umieszczać swoich ludzi na stanowiskach kierowniczych.

Na nowej drodze kariery Miedwiediew oparł się na Jednej Rosji. Według rozmówców bliskich Kremlowi i źródła w samej partii były premier uznał, że w nowych warunkach stanowisko przewodniczącego Dumy Państwowej, które połączy z kierownictwem partii, będzie dla niego najlepszą pozycją.

— Oczywiście rozumiał, że wszystkie decyzje personalne dotyczące rządu będą zatwierdzane przede wszystkim przez Putina, ale sądził, że on, jako lider partii i przewodniczący, również będzie miał w tym swój udział. — [Spodziewałem się], że [nawet nowy] premier go odwiedzi" – mówi źródło "Meduzy" w Jednej Rosji.

Jednak według jednego ze źródeł partyjnych Miedwiediew dość szybko zdał sobie sprawę z tego, że praktycznie "nie ma realnego wpływu" na Jedną Rosję. Wszystkie znaczące stanowiska w partii zajmowali albo ludzie bliscy sekretarzowi generalnemu Jednej Rosji Andriejowi Turczakowi, albo współpracownicy Siergieja Kirijenki, szefa kremlowskiego bloku politycznego.

Z tego powodu Dmitrij Miedwiediew, formalnie pozostając szefem partii, faktycznie nie mógł uczestniczyć w jej operacyjnym zarządzaniu. Niemniej jednak nadal planował być jej przedstawicielem w wyborach do Dumy jesienią 2021 r. Według źródła "Meduzy" bliskiego obecnemu kierownictwu Jednej Rosji Miedwiediew liczył na Władimira Putina, z którym udało mu się utrzymać "dobre i równe stosunki".

"Meduza" napisała wówczas, że scenariusz z Miedwiediewem na czele listy partyjnej w wyborach był rzeczywiście "podstawowy" i "kluczowy" dla Jednej Rosji. "Kommiersant", powołując się na źródła w administracji prezydenckiej i Jednej Rosji, podkreślił, że Miedwiediew jako lider partii "nie może nie znaleźć się na liście". Źródło bliskie kierownictwu Jednej Rosji powiedziało "Meduzie": "Zgodnie z wszelką logiką, lider partii powinien znaleźć się na szczycie listy; nie było żadnych sygnałów sprzecznych z tą logiką".

Jednak w czerwcu 2021 r., w przeddzień przedwyborczego kongresu partii, pojawił się ów sygnał. Według dwóch źródeł zbliżonych do Kremla i rozmówcy z kręgu Jednej Rosji Putin osobiście ogłosił Miedwiediewowi, że nie znajdzie się na liście partii — i że nie zostanie przewodniczącym Dumy Państwowej.

— Putin nie lubi, gdy narzuca mu się jego decyzję, a Miedwiediew to zrobił. Tym bardziej w działalności Miedwiediewa można było podejrzewać pretensje do sukcesji. Prezydent upokorzył go więc, całkowicie usuwając z kampanii — wyjaśnia źródło bliskie administracji prezydenckiej.

— Rosyjski serwis BBC napisał, że był jeszcze jeden powód tej decyzji: Kreml był niezadowolony z wysokich "anty-ratingów" Miedwiediewa. Według agencji sondażowej VTsIOM z czerwca 2021 r. niemal 70 proc. ankietowanych Rosjan mu nie ufało.

W rezultacie na szczycie listy Jednej Rosji znalazła się następująca piątka: minister obrony Siergiej Szojgu, minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, szefowa centrum edukacyjnego Syriusz Anna Szmelewa, ówczesna rzecznik praw dziecka Anna Kuzniecowa oraz naczelny lekarz Denis Protsenko ze szpitala Kommunarka (jego popularność wzrosła podczas pandemii COVID-19). Wypowiadali się też publicznie w imieniu Jednej Rosji — w kampanii tej partii nie było miejsca dla Dmitrija Miedwiediewa.

— Putin jest dobrym kadrowcem, doskonale rozumie niezdolność Miedwiediewa do wykonywania odpowiedzialnej, poważnej pracy. Miedwiediew pracował jako premier, dopóki Putin nie potrzebował prawdziwego premiera. Miedwiediew jest niezdolny do bycia prawdziwym mówcą. Ale dopóki lider Jednej Rosji nie musi wykonywać żadnej prawdziwej pracy, Miedwiediew może siedzieć na tym stanowisku — mówi Nikołaj Pietrow.

Miedwiediew był do tego stopnia urażony decyzją Putina, że nie udał się do siedziby Jednej Rosji w dniu wyborów (19 września 2021 r.), powołując się na chorobę. Nie wyjaśnił nawet, dlaczego nie znalazł się na liście partii. — Możemy powierzyć partię ludziom, którzy pracują w najważniejszych sferach naszego życia, którzy są dobrze znani mieszkańcom naszego kraju — brzmiała jedyna publiczna odpowiedź byłego prezydenta.

Do końca 2021 r. Dmitrij Miedwiediew praktycznie zniknął z życia publicznego. Wojna zmieniła jednak wszystko.

W ciągu pierwszego roku wojny Miedwiediew — od dawna uważany za jednego z głównych rosyjskich liberałów systemowych — zmienił się w zaciekłego kremlowskiego jastrzębia. Były prezydent zaczął aktywnie działać na własnym kanale na Telegramie, w którym regularnie grozi Zachodowi bronią nuklearną, nazywając naród niemiecki "Szkopami", a Stany Zjednoczone "Pindostanem". Mieszkańcy Włoch są teraz dla Miedwiediewa "makaroniarzami", a Ukraińcy "Chochołami".

"Naszym głównym zadaniem jest zadać miażdżącą klęskę wszystkim wrogom: Ukronazistom, USA, ich sługusom w NATO, w tym podłej Polsce, i innym zachodnim gnidom. Musimy w końcu odzyskać wszystkie nasze ziemie. Chronić wszystkich naszych ludzi na zawsze" — pisze Miedwiediew w jednym ze swoich typowych wpisów.

Dwa źródła "Meduzy" bliskie Kremlowi i źródło bliskie rosyjskiemu rządowi uważają, że Miedwiediew świadomie wybrał tę retorykę. Zdaniem źródeł "Meduzy" ma on "przynajmniej edytować" posty, a nawet "samodzielnie pisać niektóre z nich".

Według źródeł "Meduzy" po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa w przededniu inwazji na Ukrainę, podczas którego Putin otwarcie upokorzył każdego, kto opowiadał się za kontynuowaniem dialogu z Zachodem, Miedwiediew "zdał sobie sprawę z tego, że lepiej być ostrożnym — nie ma możliwości, aby przypomniano mu o jakimkolwiek liberalizmie". Źródła uważają, że atakując "kolektywny Zachód" i przeciwników wojny, Miedwiediew miał nadzieję nie tylko uchronić się przed kompromitacją, ale także wzmocnić swoją pozycję.

Użytkownicy mediów społecznościowych i blogerzy (nawet ci popularni) często tłumaczą metamorfozę Miedwiediewa w bardziej prozaiczny sposób. Przypisują emocjonalność jego postów rzekomemu problemowi z alkoholem. Nie ma jednak na to wiarygodnego potwierdzenia. Rozmówcy "Meduzy" również sugerują, że Miedwiediew może pić, ale nie ma na to żadnych dowodów.

Źródła "Meduzy" zbliżone do Kremla twierdzą, że oświadczenia Miedwiediewa "nie przeszkadzają najwyższemu kierownictwu": — Jest jasne, że to jego opinia; nic nie wynika z tych gróźb. Wszyscy już się do tego przyzwyczaili. Co więcej, krążą opinie, że Władimir Putin częściowo zgadza się z ocenami, których Miedwiediew nie wstydzi się wygłaszać.

Politolog Nikołaj Pietrow wskazuje w wywiadzie, że gdyby Miedwiediew zachowywał się inaczej podczas wojny, stosunek do byłego prezydenta byłby znacznie bardziej krytyczny wewnątrz systemu: — Dla Zachodu byłby on najbardziej naturalnym przedstawicielem kontr-elity, przeciwieństwem Putina. Robi wszystko, by nikt go o to nie podejrzewał. Demonstruje Putinowi, że jest poza podejrzeniami, a Zachodowi — że nie można z nim robić interesów.

Na tym tle państwowe i przychylne władzy media, które nie rozpieszczały Miedwiediewa w ciągu ostatnich dwóch lat, zaczęły regularnie cytować jego posty. Dwóch dziennikarzy pracujących dla takich mediów powiedziało, że administracja prezydencka "zdecydowanie zaleciła" propagandystom monitorowanie publikacji Miedwiediewa i publikowanie wiadomości na ich podstawie.

W rozmowie z "Meduzą" pracownicy prorządowych mediów sugerują, że zostało to zrobione celowo, aby "przyćmić" bardziej powściągliwego Władimira Putina. Jednocześnie źródła bliskie Kremlowi odrzucają tę wersję: według nich za dyrektywą cytowania rażących wypowiedzi byłego prezydenta nie kryje się żaden "przebiegły plan". Wpisuje się to jedynie w ogólną strategię Kremla podczas wojny.

Pod koniec grudnia 2022 r. Władimir Putin "wymyślił" kolejne nowe stanowisko dla Miedwiediewa. Obsadził go na pozycji swego pierwszego zastępcy w Komisji Wojskowo-Przemysłowej. Teraz były premier podróżuje po przedsiębiorstwach obronnych i otwarcie cytuje Stalina, grożąc represjami wobec tych, którzy zakłócają porządek państwowy.

Źródło bliskie rosyjskiemu rządowi podkreśla, że nowe stanowisko sprawiło, że rosyjskie elity bardziej liczą się z Miedwiediewem, ale nie dodało mu "prawdziwego autorytetu". Źródło zbliżone do Kremla wyjaśnia, że "Miedwiediew ma wpływy, ale w porównaniu z jego statusem premiera, spadły one bardzo znacząco". Z kolei rozmówca z Jednej Rosji opisuje Miedwiediewa jako "weselnego generała" partii. Inne źródło utrzymuje, że Miedwiediew jest po prostu nikim.

Mówiąc o miejscu Miedwiediewa w rosyjskim pionie władzy, jedno z kremlowskich źródeł opisuje go jako "pociąg pancerny na torze rezerwowym", którego Putin może jeszcze potrzebować. — Może zostać przywrócony na tor jako sprawdzony następca, ale może gnić tam, gdzie stoi. Prezydent nie zamierza jeszcze odchodzić.

Dwie osoby zbliżone do rosyjskiego rządu twierdzą, że sam Miedwiediew nie ma już nadziei na prezydenturę: — On chce tylko jednego — żeby wszyscy dali mu spokój, zarówno patrioci, jak i liberałowie

meduza.io

– Rebelia Prigożyna uderzyła w serce rosyjskiej armii i jeszcze bardziej ją rozczłonkowała – mówi ekspert Onetowi. – Zresztą ta armia i tak była już podzielona. Ja dzielę ją na "biznesmenów" i "patriotów" – dodaje.

Zdaniem wojskowego "biznesmeni" to ludzie, którzy tworzą rosyjską armię, ale tylko z myślą o pieniądzach. Ich działania nie podniosły jakości wojska.

– Tutaj chodzi po prostu o grupy interesów – przekonuje nasz rozmówca. – Z kolei grupa "patriotów", która też oczywiście zarabia na armii, bardziej patrzy jednak w przyszłość, robi również coś dla państwa. Ta grupa jest trochę mniejsza – dodaje.

Co najważniejsze, ppłk Korowaj zaznacza, że "patrioci" zawsze byli spychani przez Władimira Putina na drugi plan. Powód jest oczywisty.

– Biznesmenów jest łatwiej kontrolować, poprzez dostęp lub zamykanie im możliwości biznesowych. Trzeba pamiętać, że dziś Rosja to nie jest Związek Sowiecki z wszechobecną KGB, ale po prostu grupy interesów, które Putin rozgrywa, mając władzę i dostęp do pewnych służb. Natomiast gdyby te grupy się razem zebrały, to Kreml miałby większe problemy – przekonuje ekspert.

onet.pl

Wielu ludzi w Rosji szybko zidentyfikowało główną przyczynę rosyjskich porażek na froncie ukraińskim. To niezdecydowanie i zdrada elity, która nie chce walczyć na serio, a także rozbieżność między przywództwem a strukturą gospodarczą kraju w czasie wojny. Niepowodzenia na froncie zaostrzyły nastroje antyelitarne, częściowo zmieniając przebieg walk wewnątrz Rosji: aby wygrać wojnę zewnętrzną, trzeba najpierw wygrać wojnę wewnętrzną.

Umocniły się pozycje i wzrosła liczba tych, którzy uważają współczesne państwo rosyjskie za pośrednie i gorsze, żyjące w nienaturalnych granicach obcego sobie życia, pod przywództwem zbyt globalistycznej i burżuazyjnej elity. To, co niektórym wydaje się sukcesem masowej repatriacji elit, dla innych jest tylko pierwszym krokiem – nie końcem, a początkiem procesu.

Niepowodzenia na froncie przywróciły żądania kolektywizacji i nacjonalizacji gospodarki, powrotu administracji państwowej i nadzoru do najdalszych zakątków. Ta prośba jest odczuwalna także na Kremlu, gdzie zaczęto mówić o nowej formie Rosji jako ulepszonej wersji ZSRR bez jego ekonomicznych mankamentów.

Prigogine poszedł jeszcze dalej w swoim programie na przyszłość. Mówi nie o łagodniejszej, ale twardszej wersji ZSRR - gigantycznej Korei Północnej z powszechną mobilizacją obywateli i gospodarki, przynajmniej do zwycięstwa.

W tym poszukiwaniu nowej równowagi Putin okazał się obrońcą starej elity i gospodarki rynkowej, przez co stał się bardziej podatny na wojnę i żądania oczyszczenia i przeformatowania państwa.

Przez długi czas Prigożynowi pozwolono atakować elitę za swoją przydatność na froncie, a także za pewną przydatność dla samego Putina, obok którego odgrywał rolę przerażającej alternatywy, zachęcającej elitę, w tym niezadowolonych z przebiegu wojny, aby zbliżyć się do obecnego przywódcy. Jednak sam Prigożyn postanowił pełnić swoje antyelitarne funkcje w inny sposób - mniej przyjemny dla jego szefa.

Po odbiciu się od frontu ukraińskiego wojna skierowała się do Rosji i wywołała falę represji, wypędzeń, donosów, zakazów, a teraz naturalnie przeszła w fazę wewnętrznej konfrontacji zbrojnej na rzecz przeformatowania Rosji pod przywództwem Prigożyna. 

Za moment, w którym Prigożyn zdecydował się przekroczyć linię, można uznać 13 czerwca, kiedy to Putin nakazał podporządkowanie formacji ochotniczych Ministerstwu Obrony. Groziło to Prigożynowi utratą głównego atutu siłowego i rozwiązaniem jego armii w rosyjskich siłach zbrojnych.

(...)

carnegieendowment.org



Według "NYT" i "WSJ" amerykański wywiad wiedział o spisku Grupy Wagnera.

Jeśli wywiad USA wiedział, to głównodowodzący wojsk ukraińskich gen. Wałerij Załużny również. Najwyraźniej dlatego prowadził ofensywę. Dobrze jest atakować, gdy twój wróg ma u siebie przewrót wojskowy, rewolucję lub wojnę domową. Tak zaatakowali Niemcy Rosję w 1918 r. W ten sposób Putin zajął Krym. Nawiasem mówiąc, Rostów jest głównym węzłem logistycznym walczącej armii rosyjskiej. Jest tam cała żywność i amunicja. Samo zajęcie Rostowa przez Wagnera położyło kres zaopatrywaniu rosyjskiej armii.

Zajęcie przez Grupę Wagnera kwatery głównej operacji w Rostowie było jak detonacja bomby atomowej w głównym centrum logistycznym, komunikacyjnym i zaopatrzeniowym armii rosyjskiej w Ukrainie.

Wywiad USA wiedział, ponieważ przechwycił komunikację Grupy Wagnera. Kto jeszcze wiedział? To elementarne, drogi Watsonie — FSB powinna była wiedzieć. Putin jest paranoikiem. FSB w Rosji słucha wszystkich i wszystkiego. Towarzysze Putina chętnie zgodziliby się go wyrzucić, ale nie mogą — bo FSB ich słucha.

Powtórzę jeszcze raz: FSB nie mogła nie wiedzieć. Po pierwsze, bunt był przygotowywany z dużym wyprzedzeniem. Nie jest możliwe, by w ciągu godziny zebrać potężną pięść, która zajmie Rostów i ruszy w kierunku Moskwy, nawet jeśli w jej skład wchodzi nie 25 tys., jak powiedział Prigożyn, ale 4 tys. najemników.

Nie jest możliwe załadowanie czołgów na lawety w ciągu godziny (a czołgi, zauważmy, podróżowały na lawetach, poprawnie i wygodnie), czy zebranie paliwa i żywności. Znowu za grupą szturmową bardzo sprawnie ruszył tabor Prigożyna i oddziały drugiego rzutu. Co tam jest! Spójrzcie, gdzie znajdował się obóz Prigożyna — w pobliżu Jenakijewa. Spójrzcie na położenie Jenakijewa. Miejscowość ta leży 200 km po najlepszej autostradzie od Rostowa. Prosty strzał.

Prigożyn, kiedy wyszedł z Bachmutu, natychmiast rozbił swój obóz w strategicznym miejscu.

Myślę, że FSB wiedziała o wszystkim.

(...)

Najważniejszą rzeczą w każdym zamachu stanu z niewielkimi siłami jest zaskoczenie. Szybkość jest potrzebna na wojnie, a szybkość jest jeszcze ważniejsza w zamachu stanu. Państwo jest ogromną, skrzypiącą, niezdarną maszyną, ale kiedy się rozpędzi, jest przerażające.

Prigożyn działał błyskawicznie. Zaczął w piątek wieczorem, rano był w Rostowie, a wieczorem następnego dnia miał być w Moskwie. Liczył się z tym, że niektórzy nie zrozumieją, niektórzy nie będą mieli czasu, a niektórzy będą zwlekać i czekać, by zobaczyć, kto wygra. Każdy urzędnik może zwlekać sześć godzin, dziesięć, dzień. Potem trzeba coś zrobić. Kiedy państwo się odkręci, to koniec. Prigożyn zamierzał prześlizgnąć się między kołami zębatymi, zanim się obrócą.

I tak się stało. Wszyscy obserwowaliśmy te gorączkowe próby rozkopania autostrady przez lokalne władze za pomocą koparek oraz policjantów, wojsko i służby bezpieczeństwa, którzy nagle wszyscy zniknęli.

Jednak wszystko to odnosi się do państwa, które niczego się nie spodziewało. I zostało zaskoczone. A ja właśnie zasugerowałam, że FSB wiedziała. Nie mogła nie wiedzieć. Są ludzie, którzy zostali wyznaczeni do obserwowania Prigożyna.

Więc jak państwo zostało zaskoczone? Ogromne, niezdarne, ale świadome z wyprzedzeniem, mogło zastawić pułapkę na Prigożyna. Oczywiście, mogło też tylko zasugerować, że jest pułapka, a Prigożyn by się zatrzymał.

I zatrzymał się.

Ale wcześniej zniszczył wiarygodność Putina.

Zwróćmy uwagę, przeciwko komu maszerował Prigożyn. Przeciwko Szojgu. Mówił o armii i tłustych szczurach z MON. To oni, argumentował Prigożyn, są winni przegranej wojny.

Ale czy nie jest to wina FSB? Czy FSB nie doniosła Putinowi, że czekają na niego w Kijowie z kwiatami? Ale Prigożyn ani słowem nie wspomniał o FSB.

Ja widzę to tak, że Prigożyn został zapędzony w kozi róg. Zgromadził ogromny kapitał wojskowy, wszedł w konflikt z Ministerstwem Obrony i odkrył, że w nadchodzącej ukraińskiej kontrofensywie cały ten kapitał zostanie unieważniony: wagnerowcy zostaną wysłani na linię frontu i tam zginą.

Prigożyn miał sojuszników w Moskwie, którzy obiecali mu wsparcie. Byli to ci sami sojusznicy, których zadaniem było stłumienie rebelii Prigożyna. Prigożynowi dano czas na zniszczenie wiarygodności Putina (którego nie było w Moskwie, bo przez cały czas puczu siedział w Wałdaju), a następnie wyjaśniono, że jeśli wejdzie do Moskwy, zostanie zniszczony. Że czekają tam na niego.

Nie oznacza to jednak, że wszystko poszło gładko. Na przykład jest mało prawdopodobne, by wszystkie strony spodziewały się, że zgniły rząd Putina upadnie wzdłuż trasy Prigożyna z taką szybkością, a w Rostowie tłum pobiegnie do czołgów, wiwatując: "Wagner, Wagner!".

(...)

onet.pl/Nowa Gazieta

niedziela, 25 czerwca 2023


Gość WP przez wiele lat pracował dla rosyjskiego rządu jako ekspert ds. finansowych i gospodarczych. Jak wspominał, nie miał do czynienia z szefem Grupy Wagnera, ale miał dość bliskie kontakty z obecnym ministrem obrony Rosji. - To jest człowiek, któremu Putin może zawdzięczać to, że Rosja nie ma armii z prawdziwego zdarzenia. To jest korupcjonista na dużą skalę - mówił prof. Ponomariow pytany o relacje z Siergiejem Szojgu.

Z kolei na pytanie o wizerunek Putina po ciosie zadanym mu przez Prigożyna, ekspert odpowiedział, że pozycja przywódcy Rosji osłabiła się nie w oczach przeciętnych obywateli, lecz w oczach elit. - Dla najnędzniejszych warstw rosyjskiego społeczeństwa pieniędzy jeszcze nie brakuje - zwrócił uwagę. Przypuszczenia, według których za buntem wagnerowców stali rosyjski oligarchowie, uważa za mało prawdopodobne.

- Teraz trzeba śledzić nasilenie represji. To będzie znak, że Putin wzmocnił swoją pozycję wobec Rosjan, a dalej wszystko zależy od Ukrainy, od tego, jak będzie rozwijać się ofensywa ukraińska - podsumował gość WP.

wp.pl

Dwaj rosyjscy żołnierze, podlegający pod MON, zgodzili się anonimowo udzielić komentarza dziennikarzom naszej rosyjskojęzycznej redakcji. Takie były ich opinie o dzisiejszej sytuacji w Rosji.

Jeden z dowódców zmobilizowanych żołnierzy, stacjonujący na odcinku ługańskim:

“Osobiście odnoszę się do tego raczej negatywnie - trwa bardzo ciężka wojna, której końca nie widać. Nie rozumiem, po co Prigożyn postanowił zrobić to teraz. Zwyczajnie nie wystarczy mu sił na przeciwstawienie się armii, FSB, MSW i Rosgwardii. Nie ma nawet skąd brać broni, sprzętu czy amunicji. Ludzie dookoła są raczej zdziwieni i wsparcia Prigożynowi nikt nie okazuje."

”Wojskowy z trzeciego korpusu armii rosyjskiej, który znajduje się na froncie na odcinku ługańskim: 

“Dziś nocą wróciłem z pierwszej linii i ruszyło mnie to. Prigożyn mówi prawdę. Tuwińska kanalia i jego generałowie nas zdradzili. Z tych, z którymi zdążyłem porozmawiać, wiele osób go wspiera. Nawet oficerowie. Wszyscy wiedzą, że on powiedział prawdę o zdradzie ze strony Szojgu i innych. Ja jestem wojskowym. Sam fakt takiego pochodu świadczy o tym, że armia w większości jest po stronie Prigożyna. Przeciwko niemu mogą pójść Rosgawrdia i mundurowi prezydenta, ale oni nie mogą się równać z wagnerowcami. Czeczeni, oddani żołnierze Putina, nawet nie pisnęli w stronę wagnerowców, bo rozumieją świetnie, że jeden wagnerowiec jest wart tyle, co setki achmatowców.”

Ze względu na ograniczenia platformy usunęliśmy przekleństwa z wypowiedzi.

belsat.eu

24 czerwca wieczorem Jewgienij Prigożyn ogłosił, że wydał rozkaz zawrócenia oddziałów Wagnerowców zmierzających do Moskwy i zajmujących obiekty strategiczne w Rostowie nad Donem do ich baz. Decyzję uzasadnił koniecznością nie dopuszczenia do „przelania rosyjskiej krwi”, a najemnicy zaczęli opuszczać Rostów nad Donem. Do ugody miał się przyczynić Aleksandr Łukaszenka, który działając w porozumieniu i kontakcie z Putinem, przedstawił propozycję deeskalacji napięcia i opcję gwarancji dla wagnerowców. Do chwili rozkazu o powrocie do baz Wagnerowcy bez przeszkód zbliżyli się do Moskwy na dystans do 200 km. Poza ostrzałami z powietrza kolumn wagnerowców w rejonie Woroneża, nie odnotowano przeciwdziałania ze strony armii i służb rosyjskich. Liczebność sił, którymi dysponował Prigożyn szacuje się na 25 tys. ludzi choć kolumny zmierzające do Moskwy nie liczyły maksymalnie do 4 tys. Władze lokalne podjęły mało skuteczne działania mające utrudnić posuwanie się „buntowników”. Niszczono drogi lub ustawiano blokady z autobusów i samochodów ciężarowych, które bez trudności były usuwane. W Moskwie i obwodzie moskiewskim, gdzie obowiązuje stan operacji antyterrorystycznej pojawiły się na drogach wiodących do miasta posterunki blokadowe Gwardii Narodowej. Do miasta nie wprowadzono oddziałów regularnej armii. Według niepotwierdzonych informacji idący na Moskwę Wagnerowcy zajęli „kluczowe obiekty” w Woroneżu, czemu zaprzeczył gubernator Aleksander Gusiew, grożąc odpowiedzialnością karną za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Jeszcze kilka godzin przed ogłoszeniem powrotu Wagnerowców do baz przedstawiciele władz opisywali Prigożyna jako nieodpowiedzialnego watażkę dążącego do destabilizacji Rosji i działającego de facto w interesie Zachodu i Ukrainy. Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że „bunt” jest zaplanowaną operacją, której celem jest przejęcie władzy. Nie wykluczył, że wzięły w nim udział osoby, które wcześniej służyły w elitarnych jednostkach Sił Zbrojnych, a także „zagraniczni specjaliści”. Ostrzegł, że rebelianci mogą usiłować przejąć kontrolę nad bronią jądrową. Resort spraw zagranicznych odnosząc się do sytuacji ostrzegł państwa zachodnie przed wykorzystywaniem kryzysu wewnętrznego do realizacji ich „rusofobicznych celów”. Podkreślono, że rebelia działa na korzyść zewnętrznych wrogów Rosji.

Późnym wieczorem rzecznik Putina Dmitrij Pieskow oświadczył, że sprawa karna przeciwko Prigożynowi w sprawie zbrojnego buntu zostanie umorzona pod warunkiem, że oskarżony wyjedzie na Białoruś (rządzący państwem dyktator Alaksandr Łukaszenka jest długoletnim znajomym Prigożyna). Osoby walczące w formacjach wagnerowców będą przebywać w obozach polowych, a chętni będą mogli podpisać kontrakt z Siłami Zbrojnymi FR. Biorący udział w buncie nie będą pociągani do odpowiedzialności karnej.

Komentarz:

Zaniechanie przez Prigożyna dalszego marszu na Moskwę i przyjęcie niekorzystnych dla niego gwarancji bezpieczeństwa nie można uznać za sukces Kremla. Pozycja prezydenta Putina, który jeszcze kilka godzin wcześniej deklarował, że władze obronią kraj przed wewnętrzną zdradą, a uczestnicy buntu poniosą niechybną karę, uległa znaczącej erozji. W dyktatorskim systemie panującym w Rosji niezdolność do przykładowego surowego ukarania przeciwnika, który rzucił otwarte wyzwanie władzy, łamiąc wszelkie formalne i nieformalne zasady, zostanie uznana przez członków szerszej elity za przejaw słabości. Nie ma przy tym znaczenia, że odstąpienie od zniszczenia sił Wagnerowców zapewne wynikało, poza deficytem sił zdolnych do działania, z obawy, że będzie trudnym i kosztownym zadaniem dla rosyjskich sił zbrojnych. Wewnętrzny konflikt zbrojny byłby groźny biorąc pod uwagę stan i tak problematycznego morale w armii i mógł negatywnie wpłynąć na sytuację na froncie wojny na Ukrainie. Jest prawdopodobne, że sytuacja ta będzie prowadzić z jednej strony do roszad kadrowych a z drugiej do nasilenia się, początkowo zapewne niejawnej, rywalizacji wewnątrz elity.

Marsz Wagnerowców potwierdził tezę o narastającej słabości systemu bezpieczeństwa państwa. Władze, siły zbrojne czy służby specjalne nie podjęły zdecydowanych kroków na rzecz stłumienia buntu. Może to świadczyć, że wśród struktur państwowych narasta sceptycyzm co do poleceń płynących od władz centralnych. Wykonawcy rozkazów likwidacji Wagnerowców stanęli przed dylematem albo zabijać Rosjan jeszcze niedawno chwalonych za męstwo w wojnie z Ukrainą albo bojkotować polecenia Kremla.

Wszystko wskazuje na to, że Prigożyn wydając rozkaz marszu na Moskwę był przekonany, że manifestacja siły zmusi władze do uwzględnienia jego żądań co do zmiany ministra obrony i szefa Sztabu Generalnego. Liczył też, że jego desperacki krok wywoła kryzys wewnętrzny na szczytach władzy. Nie można wykluczyć, że posiadał informacje o tarciach w elitach politycznych i uznał, że jego działania przyśpieszą proces dezintegracji reżimu putinowskiego, a on sam zostanie wsparty np. przez część generalicji. Gambit Prigożyna zakończył się jednak fiaskiem, a jego kapitulacja została wymuszona szantażem (prawdopodobnie użyto argumentu, że zostanie on zlikwidowany bądź pozbawiony kontroli nad zgromadzonymi środkami finansowymi). Po wyjeździe na Białoruś straci on dotychczas zajmowaną pozycję populistycznego dowódcy wojskowego, który w warunkach wojny, kontestował politykę władz i podważał autorytet sił zbrojnych. Jego firma przejdzie zapewne pod kontrolę resortu obrony. Otwartą kwestią pozostaje dalszy los założyciela firmy „Wagner”. Nie jest wykluczone, że za przyzwoleniem Łukaszenki będzie próbował kontynuować podobną działalność z terytorium Białorusi, bądź uda się do jednego z państw afrykańskich lub bliskowschodnich gdzie działają Wagnerowcy.

osw.waw.pl

Według naszych źródeł na Kremlu władze negocjowały z Prigożynem od wieczora 23 czerwca, kiedy ogłosił on rozpoczęcie swojego "marszu sprawiedliwości". — Dowództwo wojskowe, urzędnicy administracji prezydenckiej, kierownictwo Rosgwardii i bliscy mu (Prigożynowi — red.) urzędnicy próbowali się z nim porozumieć. Był tak zdeterminowany do marszu, że nie było zbyt jasne, o czym w ogóle negocjować — mówi nasze źródło na Kremlu.

Prigożyn chciał usunięcia Szojgu z resortu obrony, więcej pieniędzy dla najemników oraz gwarancji, że Kreml nie będzie mieszał się w sprawy wagnerowców. Ale — jak twierdzi nasze źrodło — przeliczył się. — W pierwszych godzinach buntu całkowicie wypadł z systemu — mówi nasz informator.

Następnie Kreml nakazał rosyjskim gubernatorom i politykom publicznie potępić działania Prigożyna i ogłaszać, że jest zdrajcą. Około godz. 10 rano czasu moskiewskiego sam Putin wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym oskarżył Prigożyna, nie wymieniając go z nazwiska, o "zdradę" i "wbicie noża w plecy", tym samym zdając się całkowicie wykluczać możliwość pokojowego rozwiązania sytuacji.

W odpowiedzi Prigożyn stwierdził, że "prezydent jest w głębokim błędzie" oraz że "nikt nie zamierza oddać się w ręce policji na żądanie prezydenta, FSB lub kogokolwiek innego". W tym czasie wagnerowcy kontrolowali już Rostów nad Donem; przez kilka następnych godzin poruszali się w kierunku Moskwy całkowicie bez przeszkód.

Jednak źródła Meduzy bliskie administracji prezydenckiej twierdzą, że w południe 24 czerwca to Prigożyn sam podjął próby dotarcia na Kreml. — Próbował nawet zadzwonić do Putina, ale prezydent nie chciał z nim rozmawiać — zdradza nasz informator.

Według źródeł Meduzy zbliżonych do Kremla i rosyjskiego rządu jest prawdopodobne, że Prigożyn zdał sobie sprawę, że "przekroczył nieprzekraczalną granicę". W tym czasie najemnicy byli już niedaleko rzeki Oka — to właśnie tam armia rosyjska i Rosgwardia postanowiły zbudować pierwszą linię obrony przed wagnerowcami. Jednocześnie w pierwszych godzinach powstania, dodatkowe wsparcie (o którym Prigożyn zapewniał w swoich oświadczeniach), nie pojawiło się.

Chwilę po południu Kreml — według naszych źródeł — zdecydował się nie dążyć do "krwawego starcia". Negocjacje były prowadzone przez dużą grupę urzędników, w skład której wchodzili m.in. szef administracji prezydenckiej Anton Wajno, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew i ambasador Rosji na Białorusi Borys Gryzłow.

Frontmanem tej grupy był Aleksander Łukaszenko. Według źródła na Kremlu Prigożyn nalegał, aby w negocjacjach uczestniczyli "najwyżsi urzędnicy"; biorąc pod uwagę niechęć Putina do kontaktu z Prigożynem, negocjatorzy nie mieli wielu opcji.

Prigożyn spanikował. Żeby wyjść z twarzą, potrzebował ważnego powiernika, a takim okazał się właśnie Aleksander Łukaszenko, dla którego stanie się "gołąbkiem pokoju" też było na rękę. Dyktator z Białorusi będzie mógł teraz opowiadać, jak to "uratował Rosję przed rozlewem krwi i wojną domową".

W efekcie tych rozmów Prigożyn przyjął ofertę zatrzymania się. Sam założyciel wagnerowców przez cały dzień nic nie mówił na temat rozmów z dyktatorem z Białorusi (chociaż podczas swojego buntu był niezwykle gadatliwy). Wkrótce jednak wersję Mińska potwierdził rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow. Co więcej, według Pieskowa, Prigożyn "pojedzie na Białoruś" — a sprawa karna przeciwko niemu o bunt zostanie zakończona. Nie wiadomo, co dokładnie Prigożyn będzie robił na Białorusi.

Źródła Meduzy bliskie Kremlowi i rosyjskiemu rządowi zgadzają się, że Prigożyn stracił w wyniku swojego radykalnego działania. Został zmuszony do opuszczenia Rosji, bo Putin nie wybacza takich rzeczy. Jednocześnie nasz rozmówca nie wykluczył, że po buncie mogą nastąpić zmiany personalne w kierownictwie resortu obrony.

Na samym początku buntu gen. Siergiej Surowikin (który dowodził grupą rosyjskich żołnierzy w Ukrainie od początku października 2022 r. do początku stycznia 2023 r.) nagrał wideo, w którym wezwał wagnerowców do zatrzymania się i "pokojowego rozwiązania". Gen. Władimir Aleksiejew nagrał dokładnie to samo wideo i w tym samym miejscu: nazwał działania Prigożyna "ciosem w plecy prezydenta" i "próbą zamachu stanu".

Kilka godzin później Prigożyn spotkał się z Aleksiejewem i wiceministrem obrony Junusem-Bekiem Jewkurowem w siedzibie Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem. Biznesmen powiedział im, że zamierza udać się do Moskwy i chce "załatwić szefa Sztabu Generalnego (Walerija Gierasimowa — red.) i ministra obrony Siergieja Szojgu". Z naszych informacji wynika, że podczas tego spotkania Aleksiejew miał z uśmiechem odpowiedzieć Prigożynowi: "bierz".

Jak dotąd ani Siergiej Szojgu, ani Walerij Gierasimow nie odnieśli się słowem do buntu Prigożyna. Nie wiadomo również, gdzie przebywali przez cały ten czas.

Źródło Meduza bliskie rządowi wątpi jednak, aby decyzje personalne dotyczące rosyjskiego Ministerstwa Obrony mogły zostać podjęte w najbliższym czasie: "Putin prawie nigdy nie poddaje się okolicznościom i nie ugina się pod presją".

Źródła zbliżone do Kremla przyznają jednak, że bunt osłabił pozycję Putina: "nie mógł się pogodzić z Prigożynem, ale po przemówieniu telewizyjnym zniknął". Pieskow utrzymuje, że w dniu, w którym Prigożyn ruszył na Moskwę, Putin pracował nad dokumentami na Kremlu. Tymczasem samolot Putina wyleciał z Moskwy po południu 24 czerwca i zniknął z radarów w pobliżu Tweru.

onet.pl/Meduza

sobota, 24 czerwca 2023


Gdy Prigożyn wysyła swoich ludzi z powrotem do bazy, moja główna myśl jest taka, że to jeszcze nie koniec. Nie sugeruję, że Prigożyn spróbuje ponownie. Ale mam silne poczucie, że wyzwania stawiane przez Putina dopiero się zaczynają. Od pierwszych godzin powstanie Prigożyna sprawiało, że Putin wydawał się słaby, niezdolny do kontrolowania własnego zaplecza i sił walczących w jego wojnie. Gdy wojska Wagnera zbliżyły się do Moskwy, to tylko się pogłębiło. Aby odzyskać swój urok, Putin potrzebował czegoś więcej niż przemówienia: musiał szybko i zdecydowanie pozbyć się Prigożyna. Nie zrobił tego. Fakt, że moderował to Łukaszenka, wydaje mi się skrajnie żenujący. Putin potrzebuje kogoś innego do rozwiązania swoich problemów?" - komentuje Sam Greene, ekspert ds. Rosji z King's College London.

"Pytanie brzmi: co zrobi Putin? Dopóki Prigożyn nie zostanie aresztowany i osądzony, ludzie zapamiętają, że mógł szturmować stolicę, ale się rozmyślił; daremność całej sprawy prawdopodobnie zostanie zapomniana. Ale jeśli zostanie aresztowany, będzie męczennikiem. Zakładając, że Putinowi w jakiś sposób uda się wyrównać kwadraturę koła, cały ten epizod mógł przebić atmosferę nieuchronności, która utrzymywała go w górze przez ostatnie 23 lata. Elity będą się zastanawiać, czy uda mu się utrzymać wszystko razem, i mogą pilniej szukać alternatywy. Będzie to również temat rozmów wokół dziesiątek milionów stołów kuchennych, a ludzie będą debatować, czy Putin miał rację, czy nie. Rzeczy wcześniej niewyobrażalne, takie jak zmiana przywództwa, mogą stać się bardziej prawdopodobne" - ocenia Sam Greene.

gazeta.pl