piątek, 24 lutego 2023


Siły rosyjskie poczyniły nieznaczne postępy na północny zachód od Bachmutu, a także w północnej, wschodniej i południowej części miasta, zbliżając się do centrum. Niepowodzeniem zakończyły się natomiast ich ataki na południowy zachód od Bachmutu, nakierowane na oskrzydlenie miasta, oraz próby poszerzenia obszaru kontrolowanego po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas. Obrońcy mieli także odeprzeć kolejne próby natarcia na południe od Siewierska oraz na zachód od Kreminnej, w rejonie Awdijiwki oraz w łuku na zachód od Doniecka. Według części źródeł siły rosyjskie miały jednak dokonać wyłomu w obronie ukraińskiej na południe od Marjinki. Niejasna pozostaje sytuacja na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego, gdzie w poprzednich dniach Rosjanie wzmogli presję na pozycje obrońców na północny wschód od Kupiańska. Agresor miał wyłączyć telefonię komórkową i Internet w części rejonów obwodu ługańskiego i okupowanej części obwodu charkowskiego, maskując tym ruchy wojsk. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego wzrosła ogólna liczba rosyjskich ataków – 22 lutego wojska najeźdźcy miały nacierać 90 razy, a następnej doby 100 razy.

(...)

Prowadzona przez siły ukraińskie uporczywa obrona w głównych rejonach walk w znaczny sposób spowalnia postępy agresora. Mimo kontroli ogniowej nad ostatnią trasą zaopatrzenia Bachmutu Rosjanie nie byli dotychczas w stanie zmusić jego obrońców do wycofania się, a domknięcie pierścienia okrążenia wciąż nie jest przesądzone. W części rejonów walk siłom ukraińskim udaje się odeprzeć agresora na wcześniej zajmowane pozycje, a nawet okresowo przejąć inicjatywę, co miało miejsce w przypadku Wuhłedaru. Obserwowane w ostatnich tygodniach przełamania obrony ukraińskiej mają charakter lokalny, skutkujący przesunięciem pozycji agresora najczęściej o kilkaset metrów, sporadycznie o kilka kilometrów. Trudno oszacować ponoszone przez Rosjan i Ukraińców straty, lecz intensywność i charakter walk wskazują, że po obu stronach muszą być one duże. Obie strony wciąż jednak kierują do rejonów walk uzupełnienia i rezerwy. Za mało prawdopodobne należy więc uznać, by w najbliższym czasie Rosjanie przełamali obronę ukraińską w Donbasie na szerszym froncie i – rozwijając powodzenie – przeszli do działań manewrowych.

osw.waw.pl

czwartek, 23 lutego 2023


Kiedy prezydent USA Joe Biden wizytował Ukrainę i gościł w Polsce, Rosję odwiedził Wang Yi, członek biura politycznego i dyrektor komisji ds. zagranicznych Komitetu Centralnego Chińskiej Republiki Ludowej. Jak poinformował rzecznik chińskiego MSZ, spotkanie na Kremlu miało na celu "promować więzi" między krajami.

Michał Bogusz z Ośrodka Studiów Wschodnich przyznał w TOK FM, że ta wizyta jest dla Rosjan niezwykle ważna, gdyż Wang Yi  jest "osobą z samego centrum władzy Komunistycznej Partii Chin" – Wizytuje ich i odpowiada na bolące potrzeby. Zapewnia tym samym, że nie są w całkowitej izolacji na świecie - mówił gość Jakuba Janiszewskiego.

Bogusz przyznał, że ważny jest również moment, w którym ta wizyta się odbyła. - Tuż przed rocznicą wybuchu wojny, w tym samym czasie, kiedy Biden jest w Polsce i przed chwilą był w Kijowie. Wang Yi wylądował w Moskwie tego samego dnia, kiedy Putin miał swój wielki speech przed parlamentem. To wszystko ma pokazać, że Chiny stoją za Putinem. Nie tylko za Rosją, ale też za nim. Z tego punktu widzenia jest to ewidentne wsparcie polityczne Rosji na arenie międzynarodowej, ale też osobiste Putina wewnątrz Rosji - powiedział w TOK FM specjalista z OSW.

Gość TOK FM dodał, że podczas spotkania Wanga z Putinem na pewno omawiano wspólne umowy, "które muszą być załatwione twarzą w twarz". - Pewne subtelności związane np. ze wsparciem Chin dla rosyjskiej machiny wojskowej. Nie mówimy o broni, ale o produktach podwójnego zastosowania np. różnego rodzaju czujniki zbliżeniowe itd. To wszystko, czego Rosjanom brakuje, a Chińczycy mogą im dostarczyć - wskazał.

Kolejną istotną kwestią, na którą  zwrócił uwagę Michał Bogusz, jest przedstawienie przez Chiny swojego stanowisko "wobec podstaw politycznego rozwiązania konfliktu w Ukrainie". - Niektórzy nazywają to chińskim planem pokojowym. To nie jest żaden chiński plan pokojowy. Moim zdaniem Pekin nie zgłosi się do mediacji czy zaproponowania jakichś konkretnych rozwiązań. Jednak mówi się, że albo Pekin, albo MSZ Chin przedstawi w piątek na rocznicę wybuchu wojny, jakieś stanowisko dotyczące chińskiego punktu widzenia na to, jak ten konflikt powinien być rozwiązany - zaznaczył rozmówca audycji "Połączenie".

Zdaniem gościa TOK FM Wang Yi prawdopodobnie przyjechał do Moskwy, aby taki punkt widzenia przedstawić Rosjanom wcześniej. - Żeby nie poczuli się niczym zaskoczeni. Zapewnić ich, że to jest tylko przedstawienie na potrzeby bieżącej polityki globalnej, przede wszystkim dla potrzeb globalnego południa - podkreślił. 

Ekspert nie ma wątpliwości, że ta wizyta jest również "próbą wbicia klina pomiędzy państwa zachodnie". - Chińczycy liczą na to, że przynajmniej niektórzy zachodni politycy uznają Pekin za gotowy do negocjacji i odegrania pozytywnej roli w tej sprawie. Moim zdaniem jest to jednak niemożliwe - podsumował Bogusz.

tokfm.pl

Aleksandr Chodakowski twierdzi, że pocisków na froncie jest za mało. "Problem nie polega na tym, że PFW przestała otrzymywać amunicję, ale że zaczęła ją otrzymywać jak wszyscy inni. Przyznaję, zazdrościliśmy "wagnerowcom", kiedy mieli własne lotnictwo na froncie, dzienną normę dwóch "Iskanderów " i jeden "Kalibr", kiedy podpisywano im podania o dwa i pół tysiąca "pturów" (przeciwpancernych pocisków kierowanych — przyp.) do ćwiczeń (!), kiedy ściągano do nich z całego kraju więźniów... Zazdrościliśmy, ale zrozumieliśmy, że nie każdemu można dać taką amunicję" - napisał Chodakowski. I wyjaśnia, że od teraz "wagnerowcy" pod względem zaopatrzenia stali się "jak wszyscy inni", wyrównano ich zasoby do ogólnych standardów, a dowódca tzw. "DRL" jest strasznie oburzony, że "ogólne standardy nie pozwalają na uzyskanie pożądanego rezultatu".

Chodakowski zauważył, że w okolicach Wuhłedaru przed ofensywą armia rosyjska ograniczała do minimum dzienne zużycie, aby zgromadzić zapasy przynajmniej na pierwszy dzień ofensywy. "To oczywiście nie wystarczyło, aby stłumić opór wroga i na konsekwencje nie trzeba było długo czekać" – napisał Chodakowski.

Na telegramowym rosyjskim kanale "WCzK-OGPU" opublikowano zdjęcia zardzewiałej amunicji, która leży w magazynach Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej.

"Kiedy Prigożyn oświadcza, że w magazynach Ministerstwa Obrony jest wystarczająca ilość amunicji, to wyszło, że on po prostu nie jest doinformowany. Sytuacja z amunicją jest niezwykle smutna, ale fakt ten jest starannie ukrywany. W jednostkach Sił Zbrojnych występują również niedobory amunicji, w wyniku czego zdarzają się przypadki dostarczania do jednostek amunicji niespełniającej norm, w tym kategorii 2 i 3 (z wadami lub w ogóle nie nadającej się do użycia bojowego)" - napisano na Telegramie.

Rankiem 23 lutego okazało się, że PFW "Wagner" jednak otrzyma amunicję. "Dzisiaj o godzinie 6 rano poinformowano, że rozpoczęto załadunek amunicji. Najprawdopodobniej proces się zaczął. Na razie tylko na papierze, ale jak nam powiedziano, główne papiery zostały już złożone" – powiedział właściciel PFW "Wagnera" Jewgienij Prigożyn.

gazeta.pl

Zgodnie z zasadami podstawowej arytmetyki wojskowej już dawno obliczono, że zniszczenie jednej dywizji niemieckiej będzie kosztować co najmniej istnienie trzech własnych, mimo to najwyższe dowództwo Armii Czerwonej aprobowało podobny stosunek strat. Ekstensywny sposób prowadzenia wojny został już w pełni zastosowany, machina śmierci była wyregulowana i pracowała bez zakłóceń. Były żołnierz N. N. Nikulin pisze: 

W dywizjach piechoty już w latach 1941–42 ukształtował się trzon zaopatrzeniowców, medyków, kontrwywiadowców, sztabowców i tym podobnych ludzi, którzy wypracowali mechanizm przyjmowania uzupełnień wojsk i wysyłania ich do walki, na śmierć.

Swego rodzaju młyn śmierci. Ten trzon zachował się w głównym składzie, przyzwyczajał się do swoich strasznych funkcji, nawet ludzi dobierano tam odpowiednich, którzy mogli poradzić sobie z takimi sprawami. Dowództwo też wybierano nie wymądrzające się — albo tępaków, albo męty społeczne, zdolne wyłącznie do okrucieństwa. «Naaaaprzód!» — i to wszystko.

Dowódca pułku piechoty w mojej macierzystej 311. dywizji awansował na to stanowisko z dowódcy oddziału pralniczo–łazienkowego. Okazał się niezwykle sprawny w pędzeniu swego pułku naprzód bez żadnych dyskusji. Niszczył go wiele razy, a w przerwach pił wódkę i tańczył Cyganeczkę. 

A przecież dowódca niemieckiego pułku, znajdującego się naprzeciw nas pod Woronowem, jeszcze w latach 1914–1918 dowodził batalionem, był profesjonalistą, znał wszystkie tajniki wojowania i, oczywiście, umiał strzec swoich ludzi oraz rozbijać nasze nacierające hordy… Wielki Stalin, nie obciążony ani sumieniem, ani moralnością, ani motywacją religijną stworzył wielką partię, która zdemoralizowała cały kraj i zdusiła odmienne poglądy. Stąd i nasz stosunek do ludzi.

Kiedyś przypadkowo podsłuchałem rozmowę komisarza z dowódcą uczestniczącego w walce batalionu strzeleckiego. Rozmowa ta wyrażała sens tego, co się dzieje: «Jeszcze dzionek, dwa powojujemy, dobijemy pozostałych i Pojedziemy na tyły przeformować się. No i wtedy się pobawimy!». Żołnierze zawsze byli łajnem. Zwłaszcza w naszym wielkim mocarstwie i zwłaszcza za socjalizmu.

Pamiętam, jak powiedziano gen. Simoniakowi: «Generale, nie można atakować tego wzgórza, tylko stracimy mnóstwo ludzi i niczego nie osiągniemy». Wiecznie pijany Simoniak (na Froncie Leningradzkim powierzono mu gwardyjski korpus strzelecki) odpowiedział:
«Wielka rzecz — ludzi… Ludzie — to pył. Naprzód!».

Gospodarz z Moskwy, dotykając palcem mapy, rozkazuje nacierać. Generałowie poganiają pułki i dywizje, a dowódcy na miejscu nie mają prawa przejawić inicjatywy. Rozkaz — «Naprzód!» i poszli umierać milczący żołnierze. Poszli na karabiny maszynowe. Obejście z flanki? Nie było rozkazu, wykonujcie, co rozkazano. Dowódcy nawet oduczyli się myśleć i rozważać, zatroskani bardziej tym, aby utrzymać się na swoim miejscu, aby zadowolić kierownictwo. Straty nie mają znaczenia. Zabito jednych, przypędzą innych. Ludzi dużo. A ludzi tych wyłapują na tyłach, na polach, w fabrykach, ubierają w szynel, dają karabin i — «Naprzód!». Zagubieni, wystraszeni, zdemoralizowani, giną jak muchy… Zadziwiająco różna jest psychika człowieka idącego do szturmu i tego, który obserwując atak z boku, sam nie musi umierać. Wtedy wszystko wydaje się proste: naprzód i tylko naprzód!

Władimir Bieszanow - Obrona Leningradu

środa, 22 lutego 2023


Wraz z rozpoczęciem inwazji na Ukrainę na większą niż dotąd skalę uwidoczniły się totalitarne ambicje reżimu putinowskiego. Przejawiają się one we wzroście represji, coraz głębszym ingerowaniu przez państwo w prywatne życie obywateli, rosnącej ideologizacji przestrzeni publicznej i próbach odgórnej mobilizacji poparcia społecznego dla wojny. Likwidowane są wcześniejsze pozory pluralizmu w elicie rządzącej. Nie widać oznak rozłamu w elicie polityczno-biznesowej, a społeczeństwo wykazuje dużą zdolność do adaptowania się do realiów konfliktu zbrojnego. Nawet przymusowe wysyłanie obywateli na front nie spotkało się z istotnym sprzeciwem. Sytuacja taka najpewniej się utrzyma, o ile Rosja nie poniesie na Ukrainie spektakularnej porażki wojskowej. Należy zakładać, że Władimir Putin wystartuje w zaplanowanych na marzec 2024 r. wyborach prezydenckich i zbuduje swoją legitymację na micie „wojny obronnej” przeciwko Zachodowi.

Putinowski neototalitaryzm

Dynamikę sytuacji w Rosji w 2022 r. wyznaczała agresja na Ukrainę i związane z nią dążenie władz do sparaliżowania wszelkiego oporu przeciwko wojnie. Wskutek nich nasiliły się liczne negatywne zjawiska w polityce wewnętrznej, w różnym tempie narastające już od dekady (czyli od czasu powrotu Putina na fotel prezydencki w 2012 r.). W rezultacie uformował się nowy jakościowo model rządów, który przybrał formę neototalitaryzmu. Od przedwojennej dyktatury odróżnia go kilka podstawowych cech.

Po pierwsze, zlikwidowano pozory pluralizmu w elicie władzy. Do 2022 r. Putin w ograniczonym zakresie dopuszczał różnice zdań w kwestiach z zakresu polityki zagranicznej, pozwalał też (raczej pro forma) na głoszenie umiarkowanie liberalnych tez w sprawach wewnętrznych – o ile nie naruszały one nadrzędnej zasady lojalności wobec prezydenta. Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa 21 lutego 2022 r. otworzyło nowy etap w relacjach lidera i grupy rządzącej Rosją. Najważniejsze osoby w państwie otrzymały wówczas jasny sygnał, że Putin oczekuje od nich gorliwego przytakiwania najbardziej nawet kontrowersyjnym decyzjom podejmowanym w wąskim gronie, w tajemnicy przed większością formalnego kierownictwa państwa. Wraz z upływem czasu i kolejnymi niepowodzeniami armii na froncie tolerancja Kremla dla milczącego dystansowania się niektórych wysokich urzędników od kwestii inwazji malała. Zakończył się również jego wcześniejszy „kontrakt korupcyjny” z elitą polityczno-biznesową: w związku z sankcjami jedynie nieliczni jej przedstawiciele mogą bezkarnie pasożytować na zasobach państwowych, natomiast majątki pozostałych topnieją.

Po drugie, w warunkach konfliktu zbrojnego Moskwa usiłuje realizować bezprecedensowy eksperyment społeczny. Po dwóch dekadach zniechęcania Rosjan do angażowania się w sprawy państwa i „wielkiej polityki” (podejście typowe dla modelu autorytarnego) w 2022 r. podjęto próby odgórnego zmobilizowania ich wokół agresywnych celów władzy (model totalitarny). Obywateli skłania się do „patriotycznego” popierania Kremla, a grunt pod tę aktywizację przygotowują nasilone represje, cenzura i masowa indoktrynacja.

Represje

Skala prześladowań politycznych zauważalnie wzrosła w 2022 r. Były one wymierzone przede wszystkim w uczestników protestu antywojennego, który stłumiono w zarodku. Pacyfizm traktuje się jako przejaw postawy antypaństwowej. Obrońcy praw człowieka szacują liczbę aresztów i zatrzymań za sprzeciwianie się inwazji na prawie 20 tys. Często słychać doniesienia na temat przemocy fizycznej i psychicznej ze strony funkcjonariuszy policji, Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) i Rosgwardii, której ofiarami padają demonstranci i zatrzymani. Według stanu na grudzień 2022 r. sprawy karne wszczęto wobec 378 osób, a wyroki wydano w przypadku 51 osób. Najsurowsze – odpowiednio 6 lat i 11 miesięcy oraz 8 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności – otrzymali radni miejscy Aleksiej Gorinow i Ilja Jaszyn za propagowanie rzekomych fake newsów o zbrodniach rosyjskiej armii na Ukrainie. Odnotowano przypadki, kiedy policja interesowała się nawet dziećmi prezentującymi antywojenne postawy.

W 2022 r. katalog represyjnych przepisów uzupełniono o ponad dwadzieścia nowych ustaw, w tym pozwalającą na skazanie na dożywotnie pozbawienie wolności za dywersję (przewidziano również kary za jej „usprawiedliwianie” i „propagandę”, co stwarza praktycznie nieograniczone możliwości prześladowań za wezwania do sprzeciwu względem wojny).

Prześladowania polityczne często przybierają formę oskarżeń o przestępstwa kryminalne (rzekomy terroryzm, ekstremizm, malwersacje finansowe, zakłócanie porządku publicznego). Co najmniej 23 osoby objęto śledztwem w związku z ich kontaktami z „ekstremistycznymi” organizacjami Aleksieja Nawalnego. Sam polityk, od początku 2021 r. przebywający w więzieniu, usłyszał w marcu 2022 r. kolejny wyrok – dziewięciu lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze – za domniemane malwersacje (ponadto wszczęto przeciwko niemu dziesięć kolejnych spraw karnych).

Główne organizacje i inicjatywy oddolne kontestujące inwazję są uznawane za „agentów zagranicznych” (jak Feministyczny Ruch Oporu Antywojennego) bądź delegalizowane jako ekstremistyczne (Wiosna). W 2022 r. zauważalnie zwiększyła się także liczba zatrzymań (20 w ciągu roku) i wyroków skazujących (11) za „zdradę stanu”. Najsurowszy – 22 lata pozbawienia wolności – otrzymał Iwan Safronow, były dziennikarz „Kommiersanta”. Według wszelkich przesłanek była to kara za jego zaangażowanie w dziennikarstwo śledcze.

Rośnie grono osób fizycznych i prawnych umieszczanych na liście „agentów zagranicznych” (pod koniec stycznia 2023 r. ich liczba sięgnęła 536) oraz „organizacji niepożądanych” (obecnie 72, wśród nich znalazła się należąca do najważniejszych rosyjskich wolnych mediów, zarejestrowana na Łotwie „Meduza”). Za współpracę z tymi ostatnimi grozi kara pozbawienia wolności. Zaostrzono też po raz kolejny przepisy wymierzone w „agentów” i rozszerzono gamę przesłanek, na których podstawie można zostać za takowego uznanym (należy do nich szeroko definiowane „pozostawanie pod zagranicznym wpływem”). Aktualnie prawie jedna piąta „agentów zagranicznych” jest nękana sprawami karnymi.

Cenzura, inwigilacja i indoktrynacja

Podejmuje się próby zaprowadzenia pełnej blokady informacyjnej (narracje o wojnie niezgodne z oficjalnymi komunikatami władz zostały uznane za nielegalne). Prawie wszystkie niezależne media w 2022 r. zamknięto, zablokowano lub zmuszono do drastycznego ograniczenia działalności. Liczba wszystkich zablokowanych źródeł – stron internetowych, serwisów, forów, blogów etc. – sięgnęła prawie 248 tys. W rankingu wolności Internetu Freedom House za 2022 r. Rosja znalazła się na 65. miejscu na 70 badanych krajów (m.in. przed Iranem i Chinami).

Represjom i cenzurze towarzyszy masowa inwigilacja społeczeństwa przez służby. Ponadto obywatele zachęcani są do donoszenia na „nieprawomyślnych”, a placówki edukacyjne i organy ścigania interesują się poglądami nieletnich i ich rodziców na temat wojny.

Władze stosują też zmasowaną propagandę i indoktrynację z wykorzystaniem kontrolowanych przez siebie mediów i systemu edukacji (od przedszkoli po uczelnie). Tak zwane wychowanie patriotyczne ma zaszczepiać w dzieciach i młodzieży pogardę dla państwowości ukraińskiej, nienawiść do ukraińskich „nazistów” i Zachodu czy paternalistyczno-imperialną ideę „ruskiego miru” i wielkości Rosji. Liberalno-demokratyczny system wartości demonizuje się jako narzędzie antyrosyjskiej „wojny kognitywnej”. Rozwija się kult „bohaterów” wojennych, w tym kryminalistów zwerbowanych na front (zob. niżej). Nauczyciele, rodzice i uczniowie różnie odnoszą się do takich zajęć, jednak ci, którzy otwarcie je bojkotują lub potępiają, narażają się na szykany i prześladowania (np. sprawy administracyjne i karne).

Odgórna mobilizacja poparcia społecznego dla wojny

Odpowiedzią władz na oddolne protesty, które zaczęły się niezwłocznie po rozpoczęciu inwazji, były represje wobec demonstrantów i odgórna mobilizacja obywateli (zwłaszcza uzależnionych finansowo od państwa pracowników sfery budżetowej) do „patriotycznych” akcji prowojennych. Spontaniczne przejawy takich postaw zdarzały się stosunkowo rzadko. Jednak ostateczna zamiana autorytarnej „umowy społecznej” (opartej na biernym poparciu dla władz) na totalitarną (polegającą na czynnym zaangażowaniu w agresję i zbrodnie wojenne) nastąpiła wraz z ogłoszeniem we wrześniu pierwszej od 1945 r. tzw. częściowej mobilizacji wojskowej. Wyrwało to Rosjan z dotychczasowej „strefy komfortu”, w której możliwe było „bezkosztowe” popieranie imperialnych resentymentów władz i odrzucanie indywidualnej odpowiedzialności za działania reżimu. Efektywnym instrumentem zarządzania postawami społecznymi okazała się bieda: służba w armii jest przedstawiana jako jedyna skuteczna i godna pochwały droga awansu społecznego. Towarzyszą temu kult śmierci połączony z elementami kultu jednostki (Putina) oraz gloryfikacja przemocy jako atrybutu suwerenności państwowej.

Kryminalizacja państwa

Powyższe zjawiska stanowią część większej całości – kryminalizacji państwa rosyjskiego. W 2022 r. nasilała się erozja systemu instytucjonalnego państwa i pozorów legalizmu. W coraz większym stopniu zastępuje je skrajny woluntaryzm kierownictwa politycznego, co stanowi kolejny przejaw postępującej prywatyzacji państwa przez elitę rządzącą. Uwidoczniało się to m.in. przy okazji wysyłania wbrew prawu nieprzeszkolonych żołnierzy na front czy nagminnego łamania przepisów podczas mobilizacji. Najjaskrawszym przykładem tej tendencji jest werbunek więźniów do oddziałów najemniczych Grupy Wagnera – formacji nielegalnej w świetle prawa Federacji Rosyjskiej. Za wiedzą i zgodą Kremla zwolniła ona z kolonii karnych zapewne ok. 50 tys. osadzonych (dane za czerwiec–grudzień) – osób skazanych prawomocnym wyrokiem sądu, nierzadko za ciężkie przestępstwa. Straty wśród zwerbowanych na front mogły sięgnąć ok. 40 tys. Najemnicy dokonują egzekucji na tych, którzy po zaciągnięciu się odmawiają wykonywania rozkazów lub dalszej służby. Tym samym państwo rosyjskie de facto rezygnuje z monopolu na stosowanie siły i przekazuje go częściowo w ręce ugrupowań kryminalnych.

Sytuacja w kręgach władzy

Ani wybuch wojny, ani porażki na froncie, straty gospodarcze czy chaotycznie przeprowadzana mobilizacja nie doprowadziły jak dotąd do zauważalnych przejawów rozłamu w elicie rządzącej. Wszystko wskazuje na to, że Putin utrzymuje na razie zdolność do jej dyscyplinowania i kontroluje dynamikę konfliktów.

Wszelkie hipotezy dotyczące aktualnych nastrojów i sytuacji w elicie rządzącej są obciążone dużym marginesem błędu z uwagi na hermetyczny charakter systemu i wiążące się z nim ryzyko celowej dezinformacji. Dostępne dane świadczą jednak o tym, że wpływowe osoby skupiły się w dwóch grupach: „partii wojny” (zwolennicy kontynuowania agresji, a nawet przestawienia całego państwa na tory wojenne) i „partii milczenia” (ludzie próbujący dystansować się od tej tematyki). Nie wyłoniło się natomiast „stronnictwo pokoju”, aktywnie lobbujące za przerwaniem działań zbrojnych i przystąpieniem do negocjacji z Ukrainą. W organizację machiny wojennej zaangażowano cały aparat (struktury siłowe i administrację cywilną) zarówno na szczeblu federalnym, jak i regionalnym.

Do „partii wojny” należy zaliczyć tych, którzy mieli bezpośredni wpływ na decyzję o rozpoczęciu agresji. Do tego grona należą m.in.: sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew, minister obrony Siergiej Szojgu, szef Sztabu Generalnego Walerij Gierasimow, dyrektor FSB Aleksandr Bortnikow i dowódca Gwardii Narodowej Wiktor Zołotow. Podległa temu ostatniemu służba liczy oficjalnie 340 tys. funkcjonariuszy i kontroluje ponad milion zatrudnionych w firmach ochroniarskich. Choć zatem Zołotow znajduje się w cieniu wydarzeń politycznych, to jego pozycja w czasie wojny – jako jednego z gwarantów stabilności reżimu – umocniła się. Zgodnie z dostępnymi informacjami do inwazji aktywnie namawiał Putina Jurij Kowalczuk – jeden z kluczowych, a przy tym blisko z nim związanych biznesmenów. Wielu uznaje radykalnie prowojenną postawę za łatwy i bezpieczny sposób ratowania lub wzmocnienia swojej pozycji w systemie władzy. Należą do nich m.in. były prezydent Dmitrij Miedwiediew, spiker Dumy Wiaczesław Wołodin czy wiceszef Administracji Prezydenta Siergiej Kirijenko, odpowiadający za politykę wewnętrzną. Do „partii wojny” należą również gubernator Czeczenii Ramzan Kadyrow oraz szef Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn. Są oni skonfliktowani z naczelnym dowództwem wojskowym, które oskarżają o nieudolność na froncie, i usiłują oddziaływać na politykę kadrową Sztabu Generalnego.

„Partia milczenia” to grupa o wiele liczniejsza. Choć większość beneficjentów reżimu została zaskoczona wybuchem wojny, jest sfrustrowana jej skutkami (przede wszystkim dotykającymi ich osobiście sankcjami) i najpewniej pragnęłaby normalizacji stosunków z Zachodem, jakiekolwiek wspólne działania przeciwko polityce Kremla wydają się na razie niemożliwe. Lider izoluje się od większości funkcjonariuszy państwowych nie tylko w sensie fizycznym, w trosce o stan swojego zdrowia, lecz także informacyjnym. Jak wynika z dostępnych danych, Putin konsultuje się regularnie wyłącznie z kilkoma osobami, przede wszystkim z Szojgu i Gierasimowem. Członkowie elity nie widzą sensu w próbach przedstawienia prezydentowi alternatywnych punktów widzenia – boją się podejrzeń o niesubordynację czy nielojalność, mogących zagrażać ich bezpieczeństwu osobistemu. Cechuje ich też głęboka wzajemna nieufność. Nieliczne ostrożne publiczne wystąpienia o charakterze antywojennym miały miejsce tylko w pierwszych miesiącach inwazji.

Wszystko, na co mogą sobie obecnie pozwolić wysocy rangą przedstawiciele reżimu, to milczenie i dystansowanie się od tematu agresji. Taką postawę przyjęli m.in. premier Michaił Miszustin, mer Moskwy Siergiej Sobianin oraz szefowa banku centralnego Elwira Nabiullina, której posunięcia okazały się decydujące dla utrzymania stabilności finansowo-ekonomicznej Rosji. Od jesieni 2022 r. takie stanowisko coraz trudniej jednak utrzymać – zarówno premiera, jak i mera stolicy zaangażowano w bezpośrednie wsparcie dla wojny. Aby osiągnąć ten cel, skorzystano z – powszechnie obowiązującej w putinizmie – mafijnej zasady „krugowoj poruki” (odpowiedzialności zbiorowej): pełną lojalność ma gwarantować udział w przestępstwie. W październiku Miszustin został mianowany szefem rządowej Rady Koordynacyjnej, mającej dbać o zabezpieczenie potrzeb sił zbrojnych podczas „operacji specjalnej” (do Rady należy m.in. Sobianin). Mer Moskwy (prawdopodobnie na bezpośrednie polecenie Putina) odwiedził zaś w grudniu Donbas. W trend ten wpisuje się również decyzja o otwarciu w 2023 r. oddziałów Sbierbanku – największego banku państwowego – na okupowanym Krymie (należy zakładać, że to skutek presji prezydenta na szefa banku, Germana Grefa).

Milczącymi sojusznikami Kremla są też „oligarchowie państwowi”, mimo kryzysu gospodarczego wciąż bogacący się na okołowojennych kontraktach państwowych dzięki ścisłemu zblatowaniu z głównymi decydentami politycznymi. Swoją pozycję umacniają dzięki temu m.in. Siergiej Czemiezow, szef państwowego Rostechu (części sektora zbrojeniowego), czy rodzina Nikołaja Patruszewa.

Niepowodzenia na Ukrainie wpłynęły negatywnie na ocenę kwalifikacji wyższych kadr dowódczych i służb specjalnych, zwłaszcza FSB. Liczne przetasowania w dowództwie „operacji specjalnej” świadczą o różnicach zdań w środowisku wojskowych co do sposobu jej prowadzenia. Konsekwencją problemów na froncie jest – niespotykana do tej pory – publiczna krytyka pod adresem ministra obrony i szefa Sztabu Generalnego. Putin nie zdecydował się jednak na wdrożenie radykalnych zmian kadrowych, gdyż obawiał się, że mogą one doprowadzić do kryzysu personalnego w jego bezpośrednim otoczeniu – dlatego też manifestacyjnie wsparł ministra obrony. Kolejnym posunięciem mającym potwierdzić zaufanie Kremla do armii było mianowanie Gierasimowa dowódcą operacji na Ukrainie (styczeń 2023 r.).

Podobnie Kreml postąpił z kierownictwem służb specjalnych, odpowiedzialnym za przygotowanie działań mających zdestabilizować Ukrainę. Pojawiające się informacje o defraudacji środków z funduszu operacyjnego zatuszowano, a ewentualne zmiany kadrowe utajniono. Szef FSB Bortnikow uniknął publicznej krytyki, a pozycja systemowa podległej mu instytucji nie uległa osłabieniu.

Nastroje społeczne

Do wyników badań opinii publicznej należy podchodzić z ostrożnością. Nie wolno pytać w nich o stosunek do wojny – sondaże dotyczą „operacji specjalnej” lub „działań rosyjskiej armii na Ukrainie”. Deklarowane poparcie dla posunięć władz może rozmijać się z prawdziwymi poglądami ankietowanych.

Zgodnie z szacunkami niektórych socjologów inwazję autentycznie aprobuje ok. 20% Rosjan. Jej zdecydowani przeciwnicy stanowią podobny odsetek respondentów. Pozostali (ok. 60%) dystansują się od tematu, nie sformułowali jednoznacznych poglądów na sytuację (większość zaakceptowałaby w zasadzie każdą decyzję rządzących w odniesieniu do Ukrainy) i skupiają się na codziennym przetrwaniu.

Zarazem deklarowane poparcie dla „operacji specjalnej” utrzymywało się w grudniu 2022 r. na poziomie ok. 70%, mimo że znaczna część społeczeństwa zdaje sobie sprawę z problemów na froncie i nie ufa oficjalnym danym na temat strat. Wbrew oczekiwaniom rozpoczęta we wrześniu mobilizacja oraz znaczna liczba zabitych i rannych nie zachwiały stabilnością reżimu oraz nie przełożyły się ani na silne protesty antywojenne, ani na spadek deklarowanego poparcia dla Putina (oscyluje ono wokół 80%). Choć połowa respondentów ma negatywny stosunek do ewentualnej drugiej fali mobilizacji, to jej przeprowadzenie nie wywoła raczej szerokiego sprzeciwu. Rosjanie wydają się powoli przywykać do wojny – w sondażach Lewady już ponad 40% z nich ocenia, że konflikt potrwa dłużej niż rok.

Taki stan rzeczy wynika w dużej mierze z indywidualnych mechanizmów obronnych. Cenzura wojenna doprowadziła do monopolizacji większości przestrzeni medialnej przez propagandę państwową. Obywatele mają dojmujące poczucie bezsilności i niemożności wpływu na sytuację. Panuje wśród nich również silne dążenie do wpisania się w normy społeczne – media z powodzeniem kreują obraz, w którym jednoznacznie dominuje „patriotyczna większość”, a przeciwnicy wojny nie tylko są wrogami Rosji, lecz także stanowią margines. Chęć wyrażania „antypaństwowych” nastrojów obniżają ponadto strach przed represjami za „nieprawomyślność” i uzależnienie większości obywateli od pieniędzy z budżetu. Warto przy tym wspomnieć, że retoryka wielkomocarstwowa i rewanżyzm geopolityczny już od dziesięcioleci mają rekompensować mieszkańcom kraju brak podmiotowości politycznej i wizji przyszłości oraz pogłębiające się trudności gospodarcze.

Perspektywy

Rozwój sytuacji wewnątrzpolitycznej zależy głównie od dynamiki działań na froncie. Jeżeli skala zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy nie zmieni się w sposób zasadniczy, to wojna będzie się przeciągać, a sytuacja w Rosji nie ulegnie zasadniczym zmianom. Priorytetem dla Kremla pozostanie kontynuowanie inwazji niezależnie od bieżących strat gospodarczych i długofalowych negatywnych skutków dla perspektyw rozwojowych Rosji.

Wojna będzie tłem i instrumentem dla kampanii prezydenckiej Putina (wybory zaplanowano na marzec 2024 r.). Pojawiają się informacje, że podjęto decyzję o jego kolejnej kadencji (konstytucja pozwala mu rządzić do 2036 r.). Jego kampania zostanie najpewniej oparta na hasłach „jedności narodowej” i nowej „wojny ojczyźnianej” – wojny obronnej Rosji przeciwko Zachodowi. Swoistym testem sprawności systemu wyborczego w warunkach konfliktu zbrojnego staną się wybory regionalne i lokalne (wrzesień 2023 r.). Mają się one odbyć również na terytoriach anektowanych formalnie we wrześniu 2022 r., a wśród kandydatów władzy ma się znaleźć liczna grupa weteranów inwazji na Ukrainę.

Należy się spodziewać utrzymania dużego potencjału adaptacji społecznej do wojny i do pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, o ile władze nadal będą zasilać najuboższych pomocą socjalną. Zapleczem dalszej militaryzacji dyskursu publicznego i budowy mitu nowej „wojny ojczyźnianej” stanie się nowa warstwa społeczna, złożona z tych, którzy przeszli przez „wojskową operację specjalną” i ich rodzin. Wojna przyniesie również wzrost przemocy – zarówno w sferze publicznej, jak i prywatnej.

W razie kolejnych porażek Rosji na froncie nie należy wykluczać roszad na najwyższych stanowiskach państwowych w celu znalezienia kozłów ofiarnych i poprawy wizerunku Putina w okresie przedwyborczym. Ewentualne narastanie symptomów niezadowolenia wśród członków elity może pociągnąć za sobą czystki w jej szeregach (np. sprawy karne za korupcję). Realne wydaje się dalsze zaostrzanie represji za postawy antyreżimowe i antywojenne, tym bardziej że w przepełnionych wcześniej więzieniach zwalniają się miejsca w wyniku masowego werbunku kryminalistów. O gotowości do zwiększania skali represji świadczy m.in. planowany wzrost nakładów budżetowych na bezpieczeństwo wewnętrzne – niemal o 100% względem 2021 r.

W przewidywalnej perspektywie nic nie wskazuje na potencjalny rozłam w elicie rządzącej (w warunkach rosyjskich tylko to mogłoby doprowadzić do zmiany przywództwa politycznego) ani wystąpienie masowych protestów, mimo pogłębiającej się frustracji z powodu problemów gospodarczych i okresowej paniki wywołanej mobilizacją. Z uwagi na dynamikę wydarzeń i niewielką ilość możliwych do zweryfikowania informacji nie należy jednak odrzucać żadnego scenariusza. Wydaje się, że elita mogłaby przedsięwziąć aktywne kroki przeciwko Putinowi jedynie w przypadku jednoznacznej klęski wojskowej na Ukrainie i towarzyszącego jej głębokiego kryzysu ekonomicznego.

osw.waw.pl

Siły rosyjskie wyparły obrońców z ostatnich punktów oporu na północnych obrzeżach Bachmutu i po przekroczeniu autostrady M03 kontynuują natarcie na pozycje przeciwnika na północny zachód od miasta. Ukraińcy nie dopuszczają do oskrzydlenia Bachmutu od południowego zachodu, gdzie wciąż trwają walki o kontrolę nad drogą do Konstantynówki. 19 lutego Zełenski po raz pierwszy zasugerował możliwość opuszczenia miasta – stwierdził: „będziemy się bronić, dopóki to będzie rozsądne”. Podkreślił przy tym, że stawiające opór wojska ukraińskie równocześnie przygotowują się do kolejnej kontrofensywy. Z kolei minister obrony Ołeksij Reznikow oznajmił, że uporczywa obrona Bachmutu wyczerpuje potencjał ofensywny agresora.

Natężone starcia trwają wciąż w okolicach Siewierska, gdzie Ukraińcy mieli odeprzeć kolejne ataki wroga na południe i wschód od miasta, oraz pomiędzy Kreminną a linią rzek Doniec i Żerebeć. Rosjanie atakowali także w obwodzie charkowskim – wzdłuż linii rzeki Oskoł na wysokości Dworicznej oraz na północno-wschodnich obrzeżach Kupiańska. Z komunikatów ukraińskiego Sztabu Generalnego wynika zaś, że po piątkowych walkach w sobotę i niedzielę najeźdźcy nie podejmowali kolejnych prób natarcia w łuku na zachód od Doniecka oraz w Wuhłedarze. Według części źródeł mieli oni natomiast spróbować wyprowadzić uderzenie w rejonie Orichiwa w obwodzie zaporoskim.

(...)

Sugestia prezydenta Zełenskiego, że siły ukraińskie nie będą broniły Bachmutu za wszelką cenę, potwierdza, iż ich sytuacja w mieście i jego okolicach staje się coraz trudniejsza. Po skierowaniu do rejonu walk dodatkowych sił, w ubiegłym tygodniu obrońcom udało się powstrzymać natarcie agresora na Czasiw Jar i wyprzeć go na południe od drogi Bachmut–Konstantynówka. Z informacji ukraińskiego Sztabu Generalnego wynika jednak, że nie miało to trwałego charakteru. Rosjanie znów atakują Czasiw Jar, przez który przechodzi jedyna obecnie droga zaopatrzenia obrońców. Sytuację ukraińskiego garnizonu znacząco pogorszyło też przełamanie przez najeźdźców obrony na północ od Bachmutu i umocnienie się ich na odcinku autostrady M03 do Słowiańska, z którego to rejonu wyprowadzane są aktualnie ataki w kierunku południowym. Zarówno na północny zachód, jak i na południowy zachód od Bachmutu wojska rosyjskie znalazły się w odległości około czterech kilometrów od ostatniej pozostającej pod kontrolą ukraińską drogi do miasta.

osw.waw.pl

wtorek, 21 lutego 2023


Co roku, w rocznicę bitwy, która odparła nazistowski atak na ZSRR, miasto Wołgograd na krótko przemianowywane jest na Stalingrad — nazwę, jaką miało w czasach sowieckich. Podczas tegorocznych obchodów władze poszły jednak o krok dalej. Odsłoniły popiersie sowieckiego dyktatora Józefa Stalina i urządziły parady żołnierzy przebranych za tajną policję, chcąc podkreślić podobieństwa między przeszłością Rosji a jej teraźniejszością.

— To niewiarygodne, ale prawdziwe: znowu zagrażają nam niemieckie czołgi Leopard — powiedział prezydent Rosji Władimir Putin, który udał się do Wołgogradu, aby wygłosić przemówienie 2 lutego. — Ciągle musimy odpierać agresję kolektywnego Zachodu.

Wypowiedź Putina była pełna merytorycznych nieścisłości. Rosja walczy nie z Zachodem, lecz z Ukrainą, bo Kreml dokonał na nią inwazji. Niemieckie leopardy dostarczane do Kijowa pochodzą dopiero z lat 60. ubiegłego wieku i nie ma planu, by wjechały na terytorium Rosji.

Przypomnienie przez rosyjskiego prezydenta dawnych zwycięstw było jednak wymowne — stanowiło kwintesencję jego podejścia do uzasadnienia inwazji, która nie poszła zgodnie z planem. Jeśli trudno dziś władzom Rosji wyjaśnić teraźniejszość, odwołują się do przeszłości.

— Język historii zastąpił język polityki — powiedział Iwan Kuryła, historyk z Uniwersytetu Europejskiego w Petersburgu. — Jest on używany do wyjaśnienia tego, co się dzieje w prosty sposób, który Rosjanie rozumieją.

Putin od dawna nawiązuje do II wojny światowej — znanej w kraju jako wielka wojna ojczyźniana — w której według szacunków zginęło ponad 20 mln obywateli radzieckich.

Przywoływanie walki z Adolfem Hitlerem odwołuje się do rosyjskiej traumy i przedstawia kraj jako stojący po właściwej stronie historii. — Zostało to przekształcone w główną narrację, poprzez którą [Putin] przekazuje podstawowe idee tego, co jest dobre, a co złe, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem — powiedział Kuryła.

Zapowiedź Putina o jego pełnoskalowym ataku na Ukrainę nie była wyjątkiem. 24 lutego 2022 r. Rosjanie usłyszeli telewizyjne przemówienia, ogłaszające rozpoczęcie "specjalnej operacji wojskowej" w celu "demilitaryzacji" i "denazyfikacji" Ukrainy.

— Oficjalna narracja brzmiała: »w Ukrainie są faszyści, a my chcemy pomóc tamtejszym ludziom. Walczymy w imię wielkiej sprawy« — powiedziała Tamara Eidelman, ekspertka od rosyjskiej propagandy.

Rosjanie wydawali się jednak zdezorientowani. Na początku wojny jeden z mężczyzn został zapytany przez dziennikarzy z rosyjskiej strony internetowej 7×7 co oznacza "denazyfikacja". Jego odpowiedź brzmiała: "szacunek dla ludzi różnych grup etnicznych, dla różnych języków, równość wobec prawa i wolność prasy".

Inny rozmówca przedstawił następującą definicję: "Zniszczyć wszystkich, którzy nie są za normalnym, spokojnym życiem".

Przynajmniej termin "specjalna operacja wojskowa" okazał się nieco bardziej zrozumiały. Sugerował szybką, profesjonalną, ukierunkowaną ofensywę.

— Jest w tym pewna przyziemność — »tak, to będzie nieprzyjemne, ale szybko się tym zajmiemy« – powiedziała Eidelman, ekspertka od propagandy.

Tydzień po inwazji zmieniono rosyjskie prawo, aby pozwalało ono karać osoby postrzegane jako dyskredytujące rosyjskie siły zbrojne lub rozpowszechniające fake newsy, w tym poprzez użycie słowa "wojna".

W miarę jak "specjalna operacja wojskowa" przerodziła się w przedłużający się konflikt i nie dało się już dłużej naginać faktów do narracji Putina, Kreml stopniowo był zmuszany do zmiany swojej narracji.

Obrazy zbombardowanego szpitala położniczego w Mariupolu czy trupów na ulicach Buczy były odrzucane przez państwową propagandę jako fałszywki lub prowokacje — a do wiosny terminy "demilitaryzacja" i "denazyfikacja" praktycznie zniknęły ze sfery publicznej.

W przemówieniach i audycjach pojawiały się nowe uzasadnienia inwazji — takie jak chociażby twierdzenie, że Stany Zjednoczone opracowywały w Ukrainie broń biologiczną. W październiku Putin oświadczył, że jednym z głównych celów wojny było zapewnienie Krymowi, zaanektowanemu przez Rosję w 2014 r., stabilnych dostaw wody.

Odwołanie do historii pozostało jednak centralnym elementem wysiłków komunikacyjnych Putina.

II wojna światowa pozostaje ulubionym motywem przewodnim rosyjskiego prezydenta. W swoich historycznych porównaniach posuwa się jednak coraz dalej. W czerwcu odwołał się do kampanii Piotra Wielkiego, który chciał "odzyskać to, co należało do Rosji". Podczas październikowej ceremonii zgłoszenia roszczeń do czterech regionów Ukrainy odwołał się z kolei do Katarzyny Wielkiej.

— Co kilka miesięcy wysuwa się kolejną historię, jakby badano reakcję, patrzono, co się sprawdza — powiedział Kuryła.

Poszukiwanie historycznych paraleli nabrało również oddolnego charakteru, ponieważ nawet zwolennicy wojny szukają jej uzasadnienia. — Szczególnie wiosną i wczesnym latem próbowano zsowietyzować wojnę, ludzie machali czerwonymi flagami, próbując nadać jej sens przez ten pryzmat.

W mieście Syzrań pod koniec ubiegłego roku studenci zostali nagrani, gdy w hali sportowej pchali atrapy czołgów w ramach rekonstrukcji bitwy o Kursk z czasów II wojny światowej. Niedawno studenci prawa w Petersburgu wzięli udział w rzekomej inscenizacji procesów norymberskich, którą gubernator regionu pochwalił jako "aktualną" w świetle obecnej walki Rosji z nazizmem.

Przez cały czas Kreml starał się przedstawiać konflikt jako walkę z potężnymi zachodnimi interesami, które chcą wykorzystać Ukrainę do osłabienia Rosji — narracja ta stawała się coraz ważniejsza, gdy Kreml żądał większych poświęceń od rosyjskiej ludności, zwłaszcza poprzez kampanię mobilizacyjną we wrześniu.

— Już na długo przed lutym ubiegłego roku ludzie mówili nam: »Jesteśmy wciągani przez Zachód w wojnę, której nie chcemy, ale z której nie ma odwrotu« — powiedział Denis Wołkow, dyrektor niezależnego ośrodka badania opinii publicznej Centrum Lewady.

Dodał, że nastroje te są powszechne od lat dziewięćdziesiątych i dodatkowo napędzane rozczarowaniem z powodu osłabienia pozycji Rosji po zimnej wojnie. — To, co obserwujemy dzisiaj, jest kulminacją tego poczucia rozczarowania, niezrealizowanych złudzeń, szczególnie wśród osób powyżej 50. roku życia — powiedział.

Wraz ze zbliżającą się rocznicą wojny narracja po raz kolejny musi zostać dostosowana do zmienionych okoliczności.

Nawet gdy setki osób w Rosji są ścigane na podstawie przepisów o cenzurze wojennej, przejęzyczenia urzędników wysokiej rangi, takich jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow — a w grudniu nawet sam Putin — sprawiły, że idea "wojny" stała się mniejszym tabu.

— Odchodzimy od specjalnej operacji wojskowej w kierunku świętej wojny... przeciwko 50 krajom zjednoczonym przez satanizm — powiedział w styczniu w swoim programie propagandysta Władimir Sołowjow.

Według Centrum Lewady Rosjanie spodziewają się, że wojna potrwa jeszcze pół roku lub dłużej. — Większość trzyma się na uboczu i biernie popiera wojnę, o ile nie dotyka ich ona bezpośrednio — powiedział Wołkow, ankieter.

Tymczasem doniesienia o zachodnich dostawach broni zostały wykorzystane do wzmocnienia argumentu, że Rosja walczy z Zachodem pod parasolem NATO — już nie w sensie ideologicznym, ale dosłownym.

— Rok wojny zmienił nie same słowa, które są wypowiadane, ale to, co oznaczają w prawdziwym życiu — powiedział Kuryła. — To, co zaczęło się jako historyczna metafora, jest podsycane przez faktycznie przelaną krew.

W gazetach Rosjanie znajdą szczegółowe opisy, pokazujące, że zachodni sojusznicy Związku Radzieckiego w czasie II wojny światowej byli w rzeczywistości przez cały czas nazistowskimi sympatykami — to kolejny recykling motywu z rosyjskiej historii.

— Podczas zimnej wojny można było znaleźć karykatury przedstawiające zachodnich przywódców, takich jak prezydent Eisenhower w faszystowskim stroju i hełmie NATO — powiedziała Eidelman, ekspertka od rosyjskiej propagandy.

— Takiego poziomu nienawiści i agresywnego nacjonalizmu nie widziano od późnego okresu stalinowskiego — dodała.

Trzy dni przed rocznicą inwazji Putin wygłosił kolejne przemówienie. — Nie da się pokonać Rosji na polu walki, więc są ataki informacyjne. Wybierają młode pokolenie, cały czas kłamią, przekręcają fakty historyczne, atakują naszą kulturę, rosyjską cerkiew — powiedział.

Istnieje jednak pewien limit tego, w jakim stopniu rosyjski prezydent może napełniać swoich poddanych entuzjazmem dla minionej chwały swojego kraju.

W Wołgogradzie propozycje zmiany nazwy miasta na Stalingrad nie powiodły się. Sondaże pokazują, że zdecydowana większość mieszkańców jest przeciwna takiej inicjatywie.

Jeśli chodzi o przyjęcie przeszłości, Rosjanie są wciąż o krok za swoimi przywódcami.

onet.pl/Politico

Tak więc Peterhof zdobyła tylko jedna niemiecka 1. dywizja piechoty. Żukow pisał w rozkazie nr 0043: „Przed frontem 8. Armii działają jednostki jednej–dwóch dywizji piechoty”.

Radzieckie oddziały na liczącym 50 km długości i 35 km głębokości terenie działań bojowych wspierały silnym ogniem artyleryjskim 12–calowe działa liniowców „Marat” i „Oktiabrskaja  Rewolucyja”, artyleria fortów Krasnaja Górka i Sieraja Łoszad’, 180–mm działa krążowników i 130–mm niszczycieli, 11. (356–mm) i 18. (305–mm) baterie kolejowe, pociągi pancerne nr 7 „Bałtijec” i nr 8 „Za Rodinu”. Zarówno wojsk, jak i sprzętu było nawet więcej niż potrzeba. Od 16 do 18 września flota przeprowadziła operację przerzucenia z Oranienbaumu do Leningradu 125. i 268. dywizji strzeleckiej i 47. pułku artylerii korpuśnej, które zostały uznane za rezerwę frontu; w drugiej połowie października wycofano jeszcze sześć dywizji. A blokadą przyczółka i odpieraniem prawie codziennych ataków i kontrataków radzieckich zajmowały się w 1941 r. tylko dwie niemieckie dywizje piechoty. I w 1942 r., i w 1943 r. także one...

Od Uricka do południowego krańca Pułkowa operowały trzy dywizje niemieckie. Przeciwstawiało się im siedem dywizji radzieckich: 44. (była 3 dywizja gwardyjską Armii Ochotniczej), 21., 56. (b. 7. dywizja AO), 189. (b. 6. dywizja AO) i 13. (b. 5. dywizja AO), 6. i 7. dywizja strzelecka oraz 123. i 124. brygada pancerna 42. armii, rozlokowane w dwóch rzutach. Działania bojowe wojsk Fiediuninskiego aktywnie wspierała artyleria Leningradzkiej Obrony Morskiej, wzmocniona 12. i 19. baterią kolejową.

Marsz. Żukow potwierdzał, że tylko na 17–kilometrowym odcinku Ligowo–Pułkowo i tylko do bezpośredniego ognia wystawiono 529 dział. W rejonie Kołpina operowało 441 dział, wśród nich 300 luf bezpośrednio wycelowanych w nieprzyjaciela.

A właściwie po co wycelowywać działa bezpośrednio? Po to, by choć czasem trafić w cel. Do prowadzenia ognia z pozycji zamkniętych koniecznie potrzebne są niezawodne środki łączności, rozpracowane parametry, wyszkoleni zwiadowcy umiejętnie korygujący ostrzał. Tego wszystkiego nie było, i właśnie dlatego na 100 wystrzelonych pocisków trafiały po 2–3, co stało się przyczyną wiecznego „głodu amunicji”.

Dlatego też działa (czasem nawet potężne) nierzadko całymi dywizjonami, a nawet pułkami artyleryjskimi, wytaczano na otwarte pozycje wręcz na pierwszą linię. Każda załoga widziała swój cel i pracowała samodzielnie, strzelając do wroga praktycznie z „pojedynkowego” dystansu. Przy tym były nieuniknione straty w ludziach i sprzęcie, za to celność wzrastała do 8,5%. Artylerzyści nazywali bezpośrednie strzelanie: „Żegnaj Ojczyzno!”; było jeszcze inne określenie, niestety nienadające się do powtórzenia.

A tymczasem „wrogie dowództwo”, w odróżnieniu od radzieckiego, według obserwacji płk. Gieorgija F. Odincowa (1900–1972), przyszłego marszałka ZSRR, „chroniło swoją artylerię, baterie nieprzyjaciela prowadziły ogień głównie z pozycji ukrytych i nie były wystawiane na ogień bezpośredni”.

Gen. Fiediuninski chełpił się później: 
Bez względu na to, że sił mieliśmy mało, nieprzyjaciel mocno odczuwał nasze uderzenia. Nie pozwoliliśmy mu wycofać z frontu i przerzucić pod Moskwę, gdzie faszyści rozwijali ofensywę, ani jednej dywizji… Aż do połowy października trwały walki w rejonie Uricka, koło szosy do Peterhofu i o sowchoz «Proletarskij trud». I walki te stały się dla nas dobrą szkołą…

W armii było wtedy wielu dowódców powołanych z rezerwy, nie mających właściwego przygotowania wojskowego i doświadczenia w dowodzeniu. Wyróżniali się oni odwagą, byli oddani Ojczyźnie, ale w ich działaniu dawał znać o sobie brak doświadczenia wojskowego.

Jest interesujące, że dowódcom fińskim, którzy spokojnie i z minimalnymi stratami powrócili na swoją linię Mannerheima, o którą w krwi i znoju Armia Czerwona walczyła zimą 1939/1940 r. przez trzy miesiące, doświadczenia wojskowego całkowicie wystarczało, a bohaterowie Chałchyn–gołu ciągle jeszcze uczyli się, nabierając doświadczenia.

Na rubieży Tosny kontynuowała „naukę” 4. dywizja Armii Ochotniczej. I tam rozkazy do ataku przychodziły jeden za drugim — z tymi samymi zadaniami i tymi samymi siłami: 
21 września: „4. dywizja AO — zdobyć Iwanowskoje i Pokrowskoje, wypchnąć nieprzyjaciela z rowu przeciwczołgowego na południe od Kotlina”;
23 września: „4. dywizja AO — zdobyć rów przeciwczołgowy w okolicy kolonii kotlińskiej, przeprawami do Ust’ — Tosno”;
25 września: „86. dywizja (była 4. dywizja AO) — zdobyć rów przeciwczołgowy, sforsować rzekę Tosnę, zdobyć Iwanowskoje”.

Ten rów zaczynał się w przysiółku Jam–Iżora przy szosie do Moskwy, przecinał linie kolejowe „Oktiabrską” i „Kirowską”, by za fabryką „Lenspirtstroj” zakończyć się na brzegu Newy. Tylko 2,5 km północnego odcinka rowu, do drogi gruntowej prowadzącej do miejscowości Iwanowskoje, znajdowało się w rękach radzieckich. Pozostałe 8,5 km do samej szosy było we władaniu Niemców.

Pod koniec miesiąca do szturmu na ten rów dołączyły swe wysiłki 268. i 125. dywizje strzeleckie, wycofane z walk pod Oranienbaumem. Tym wszystkim siłom przeciwstawiała się 122. dywizja piechoty gen. Macholza. Na prawo od Kotlina do Pułkowa z podobnym skutkiem walczyły ze 121. dywizją piechoty nieprzyjaciela 168., 90. i 70. dywizja strzelecka, 84. i 86. batalion czołgów 55. Armii. Straty tej armii tylko na odcinku od Kołpina do Newy we wrześniu 1941 roku wyniosły ponad 17 tys. ludzi. Dywizja płk. Bondariewa w walkach o Słuck straciła 7477 żołnierzy — prawie cały skład osobowy.

Żukow pochwalił tę dywizję w swoich pamiętnikach, jako „szczególnie wyróżniającą się”. Atakującym bez przerwy dywizjom niezmiennie dodawało „wiary we własne siły” siedem batalionów karabinów maszynowych i artylerii oraz cztery oddziały zaporowe rozwinięte w drugiej linii armii.

I to właśnie niedołęstwo dowódców już od 60 lat jest przedstawiane jako wielkie zwycięstwo wielkiego geniusza strategicznego. Czy było zwycięstwo? Było niewątpliwie. Ale czy wódz naprawdę ma się czym chwalić?

Nawiasem mówiąc, wielkie straty i jednocześnie niedostateczna „siła przebicia” w ataku radzieckich dywizji były wręcz przewidziane w regulaminie wojskowym. Opracowujący go generałowie, fantazjując na temat przyszłej wielkiej wojny, widocznie uznawali za uwieńczenie ataku walkę na bagnety mas piechurów:
„Po to karabin ma kolbę, by walić faszystę w mordę!”
„Bagnetem kłuj faszystę, wygoń go z ziemi ojczystej!”

Dywizja strzelecka, której wyznaczano do ataku pas szerokości kilometra, ustawiała swoje pułki w dwóch szeregach, pułk strzelecki ustawiał trzy bataliony jeden za drugim. Dopiero ponad rok wojny uświadomił, że:

Wskutek tego radziecka dywizja strzelecka w szyku bojowym miała w pierwszym rzucie 8 kompanii strzelców z posiadanych Pozostałych 19 kompanii rozciągało się za pierwszym rzutem do dwóch km w głąb, pokrywając pole walki idącymi ramię w ramię szeregami i tym samym całkowicie pozbawiając się możliwości pełnego wykorzystania swojej siły ognia.

W rezultacie mamy po pierwsze, wyjątkowo duże, niczym nie usprawiedliwione straty w ludziach i w sile ognia po ostrzale artyleryjskim, moździerzowym i atakach lotnictwa nieprzyjaciela, ponoszone głównie przez pododdziały drugiego i trzeciego rzutu jeszcze przed przystąpieniem do walki, w wyniku czego nasze ataki często załamują się już na pierwszym etapie, i po drugie, mamy wymuszoną bezczynność ponad jednej trzeciej siły ognia całej dywizji piechoty.

Przy tym pododdziały drugiego i trzeciego rzutu, biorące na siebie podstawowy ogień moździerzy, artylerii i lotnictwa nieprzyjaciela, aby uniknąć wielkich strat, są zmuszone do jak największego zbliżenia się do kolumn idących w pierwszej linii, a więc — z tej samej przyczyny — do zmieszania się z ich szykami bojowymi. To zaś prowadzi do nieuniknionego przemieszania się pierwszego rzutu z następnymi i przekształcenia ich w tłum, jak również pozbawia możliwości dowodzenia nimi.

Postawimy z tyłu „oddziały zaporowe” i mamy w ten sposób osławiony „rosyjski atak”. Dla nieprzyjaciela tego rodzaju taktyka jest po prostu podarunkiem. Przecież Niemcy za najważniejszy cel uważali nie zajęcie terenu, ale właśnie likwidowanie sił żywych. Daremnym wysiłkiem jest jednak poszukiwanie u Żukowa jakichkolwiek rozważań o taktyce walki. Myślał on w sposób nieskomplikowany, że wszystkiego powinno być dużo.

W rozmowie z marsz. Szaposznikowem 14 września Gieorgij Żukow narzekał, że przyjął na Froncie Leningradzkim zaledwie 268 samolotów, ale jakoś „zapomniał” o 287 samolotach Floty Bałtyckiej (w tym 170 myśliwcach, 61 bombowcach i maszynach szturmowych) i prawie 300 myśliwcach 7. korpusu lotnictwa, regularnie osłaniających działania wojsk frontu oraz szturmujących nieprzyjaciela.

Przedsiębiorstwa leningradzkie od lipca do grudnia 1941 r. wyprodukowały 713 czołgów, 480 pojazdów opancerzonych, 58 pociągów pancernych i opancerzonych stanowisk ogniowych, ponad 3 tys. armat pułkowych i dział przeciwpancernych, około 10 tys. moździerzy, ponad 3 mln pocisków i min. To wszystko trafiło na front praktycznie natychmiast. Od końca sierpnia, na mocy decyzji Państwowego Komitetu Obrony, cała produkcja pancerna przedsiębiorstw w mieście pozostawała do dyspozycji Frontu Leningradzkiego.

Dlatego tracąc bezpowrotnie w sierpniu 273 czołgi i 55 pojazdów opancerzonych, a we wrześniu analogicznie — 262 i 43, na początku października Front Leningradzki miał 339 czołgów (połowę z nich stanowiły ciężkie KW i T–34) oraz 162 samochody pancerne. Na bazie 1. dywizji pancernej utworzono 123. samodzielną brygadę czołgów (46 jednostek KW), a z 24. dywizji pancernej i innych oddziałów sformowano 124. i 125. brygadę czołgów. Ta ostatnia wyróżniała się uzbrojeniem; posiadała 26 maszyn KW i 11 dział samobieżnych kalibru 76 mm, wyprodukowanych na bazie czołgu T–26. We wrześniu utworzono jeszcze 7 samodzielnych batalionów czołgów bezpośredniego wsparcia piechoty.

Flota Bałtycka wydzieliła do współdziałania z wojskami lądowymi 345 luf artylerii morskiej kalibru od 100 do 406 mm. Ostrzelały one nieprzyjaciela ponad 25 tys. pocisków. Do systemu obrony przeciwlotniczej Leningradu włączono 349 dział zenitowych tej floty. Z okrętów zeszło do walk na lądzie 68 tys. marynarzy.

Dowództwo niemieckie jasno zdawało sobie sprawę ze znaczenia dla obrony Leningradu tej floty, a zwłaszcza jej potężnej artylerii. W związku z tym podjęło w drugiej połowie września operację powietrzną, mającą na celu zniszczenie sił morskich bazujących w Kronsztadzie. Okręty Floty Bałtyckiej stały się głównym celem dla 2. eskadry lotnictwa szturmowego, dowodzonej przez płk. Oskara Dinorta.

Pierwszego ataku na Kronsztad dokonała 19 września grupa 50 bombowców Ju–87. Później odbyły się zmasowane naloty 21, 22, 23 i 27 września. Towarzyszył im ostrzał artyleryjski okrętów stojących na Newie, w porcie i w kanale morskim. Liczne radzieckie działa zenitowe odpowiadały gęstym ogniem zaporowym. Najbardziej utytułowany as lotnictwa bombowego Trzeciej Rzeszy Hans Rudel wspomina: „Obrona była wręcz zabójcza, nigdzie później podczas wojny nie widziałem czegoś podobnego”. Ale nic nie mogło powstrzymać pilotów sztukasów, weteranów kampanii polskiej, francuskiej i bałkańskiej oraz bitwy o Kretę. 

Bezpośrednimi trafieniami bomb zatopili oni okręt–lider „Mińsk”, niszczyciel „Stierieguszczyj”, dozorowiec „Wichr”, okręt podwodny M–74, trałowce nr 31, 33 i 53, transportowiec i holownik. Uszkodzone zostały — liniowiec „Oktiabrskaja Rewolucyja”, w który pikujące sztukasy wpakowały 6 bomb, krążownik „Kirow”, stawiacze min „Silnyj”, „Gordyj” i „Grozjaszczyj” oraz szereg innych okrętów i statków.

Na liniowcu „Marat”, w wyniku trafienia dwiema 500–kilogramowymi bombami, wybuchł zapas amunicji. Eksplozja oderwała całą dziobową część okrętu do 52 wręgi, wraz z wielopiętrową nadbudówką i pierwszym kominem. Pozostała część osiadła na dnie portu w Kronsztadzie. Zginęło 326 członków załogi, w tym dowódca okrętu kmdr por. P. K. Iwanow i jego zastępca kmdr ppor. W. S. Czufistow.

Mimo to, pozbawiony jednej trzeciej kadłuba, możliwości poruszania się i zdolności bojowej, były liniowiec nadal znajdował się na liście floty jako „okręt liniowy” aż do września 1951 r., kiedy oficjalnie przemianowano go na „nieruchomy statek szkoleniowy”.

Nawet taki niepoprawny optymista jak adm. Tribuc przyznał, że Flota Bałtycka poniosła wtedy ciężkie straty. Tylko marsz. Żukow, który zdążył zostać i szefem Sztabu Generalnego, i ministrem obrony, do końca życia nie rozumiał, do czego w ogóle jest potrzebna flota; sądził, że krążownik — to coś w rodzaju pływającego pociągu pancernego i autorytatywnie oświadczył w swych pamiętnikach: „Flota nie poniosła istotnych strat”.

Bardziej zrozumiałe, w sensie wojny propagandowej, jest oświadczenie radzieckiego Biura Informacyjnego z 24 września. W odpowiedzi na zadziwiająco dokładne podsumowanie przez dowództwo niemieckie sukcesów swojego lotnictwa biuro to opublikowało dziarskie sprostowanie pod tytułem Faszystowskie łgarstwo o stratach radzieckich. Czytamy w nim:
„Faszystowskie baśnie — niech je piorun trzaśnie «Zawszeni są żołnierze Hitlera — Goebbels kłamie jak cholera»”,
Niemiecka agitacja była równie lotna:
„Bij Żyda–politruka, jego morda cegły szuka”.
Miał rację Ł. Osipow zauważając:
I nasi partyjniacy, i niemieccy są dokładnie jednakowi, mają tak samo ograniczone horyzonty i takie same braki w wykształceniu.
Tylko Niemcy są lepiej odżywieni i mają czyściejsze kołnierzyki.

25 września feldmarsz. von Leeb był zmuszony do zakomunikowania Berlinowi, że nie jest w stanie kontynuować działań ofensywnych tylko siłami, jakimi dotychczas dysponuje. Następnego dnia wyraził zwątpienie co do możliwości utrzymania Szlisselburga przez 39. korpus zmotoryzowany oraz uznał, że sytuacja jest kryzysowa. Większość jednostek niemieckich straciła pod Leningradem 60–70% żołnierzy i uzbrojenia, co pozbawiło je możliwości prowadzenia dalszych działań ofensywnych w celu zdobycia miasta.

(...)

Od 29 września lotnictwo niemieckie przerwało naloty na obiekty w Kronsztadzie, pozostawiając je artylerii. Do tego czasu Flota Bałtycka straciła połowę jednostek bojowych: zatonął liniowiec „Marat”, krążownik „Pietropawłowsk”, okręt–lider „Mińsk”, 13 niszczycieli, 20 okrętów podwodnych, 4 okręty patrolowe, stawiacz zagród podwodnych i 26 trałowców.

Tak skończył się pierwszy i jedyny szturm na miasto. Odparto go płacąc wysoką cenę. Od 23 sierpnia do 30 września wojska Frontu Leningradzkiego straciły 116 tys. żołnierzy, wśród nich 65 tys. uznano za zaginionych. Straty osobowe nieprzyjaciela — strony atakującej — były co najmniej pięć razy mniejsze. Ale bal, zaplanowany przez Leeba w hotelu „Astorija”, trzeba było odwołać.

Tak naprawdę Hitler, uwzględniając doświadczenia z walk o Madryt i Warszawę, od samego początku był przeciwnikiem bezpośredniego szturmu na Leningrad. Uważał, że walki uliczne w wielkim mieście, przekształconym w twierdzę, podzielonym na ogniska oporu, posiadającym  rozwiniętą sieć podziemnych połączeń, mnóstwo kanałów i solidnych, murowanych gmachów, w których mogą ukrywać się stanowiska ogniowe i pozycje snajperskie, przygotowanych do obrony ze wszystkich stron, osłoniętych zasiekami i minami–pułapkami, gdzie w zaułku nawet nie wyszkolonemu bojownikowi wystarczy butelka z „koktajlem Mołotowa”, by spalić czołg czy inny pojazd pancerny — takie walki w mieście mogą „zetrzeć w proch” nie tylko dywizje, ale nawet całe korpusy.

Wladimir Bieszanow - Obrona Leningradu s.103-109

poniedziałek, 20 lutego 2023


"Wizyta ta była rzadkim przypadkiem, kiedy prezydent USA udał się do strefy konfliktu, gdzie USA lub ich sojusznicy nie mieli kontroli nad przestrzenią powietrzną. Biały Dom nie chciał wchodzić w szczegóły, ale powiedział, że 'doszło do podstawowej komunikacji z Rosjanami w celu zapewnienia dekonfliktacji' krótko przed wizytą Bidena w celu uniknięcia jakichkolwiek błędnych kalkulacji, które mogłyby doprowadzić do bezpośredniego konfliktu dwóch mocarstw atomowych" - podaje Associated Press.

Z kolei "New York Times", powołując się na anonimowego urzędnika, który prosił o zachowanie anonimowości, potwierdził, że "po transatlantyckim locie do Polski Biden przekroczył granicę pociągiem, podróżując przez prawie 10 godzin do Kijowa, podobnie jak inni amerykańscy urzędnicy w ostatnich miesiącach". Jak dodał, lot do kraju objętego działaniami wojennymi byłby zbyt niebezpieczny.

gazeta.pl

Jacek Gądek: - Dlaczego Joe Biden przylatuje teraz do Polski?

Dr Sławomir Dębski: - W USA - a zwłaszcza wśród Demokratów - kultywowana jest tradycja wokół polskiej success story, upadku komunizmu i zbudowania demokratycznego państwa. Bo to także opowieść o sukcesie polityki amerykańskiej od 1989 r. Każdy prezydent USA miał więc w swoim kalendarzu wizytę w Warszawie i doniosłe programowe przemówienie. Teraz szczególny jest kontekst: rosyjska agresja na Ukrainę.

I stąd aż dwie wizyty prezydenta USA w Polsce w ciągu roku?

Pierwsze programowe przemówienie Joe Bidena wygłosił w marcu 2022 r. na Zamku Królewskim w Warszawie. Mija rok i Biden przyjeżdża, aby ogrzać się w cieple polskiej popularności. Nie dlatego, że lubi Polaków. Nie dlatego, że ma jakąś sympatię do miejsca. Przyjeżdża, bo Polska jest teraz wśród Amerykanów bardzo szanowana i popularna. Ilustracją tej popularności jest np. obecność gen. Rajmunda Andrzejczaka, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w "Morning Joe" telewizji MSNBC. Do takich programów są zapraszani bowiem najbardziej interesujący ludzie, którzy podbijają oglądalność.

Joe Biden, przylatując do Polski po raz drugi, zamierza skorzystać z naszej popularności. Biden rozważa możliwość ubiegania się o kolejną kadencję - w moim przekonaniu bardzo by chciał ponownie startować w wyborach. Wizyta w Polsce, która już przebija się na pierwsze strony gazet i czołówki programów telewizyjnych, bardzo mu służy, jego wizerunkowi i przyszłej kampanii wyborczej. To jest podstawowy powód tej wizyty.

Naprawdę? A nie wsparcie dla Ukrainy?

Rosyjska agresja na Ukrainę zmienia świat. Bez wsparcia Bidena Ukraina nie miałaby szans się obronić. Zaangażował się w tę sprawę osobiście i zwycięstwo Ukrainy będzie częścią jego legacy, dziedzictwa. Ale w tym samym kontekście Polska okazała się ważnym sojusznikiem. Dlatego jego wizyta w Warszawie łączy wszystkie wątki. Podkreśla wartość sojuszy i roli Bidena we wspieraniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Joe Biden już bardzo zainwestował w pokazanie swojego wsparcia dla Kijowa. Raptem dwa miesiące temu Biden zaprosił Zełenskiego do Waszyngtonu, a Kongres dał mu możliwość wygłoszenia historycznego przemówienia. Administracja USA w ostatnich tygodniach forsowała wśród europejskich sojuszników, by przekazywali więcej nowoczesnego uzbrojenia, w tym czołgów. Ta polityka Bidena wobec Ukrainy również się mocno przebiła w USA do mediów i wyborców.

Jestem przekonany, że w tym samym czasie podejmowano w Białym Domu decyzję, aby w okolicach rocznicy rosyjskiej napaści - a w zasadzie pełnoskalowego wznowienia - ponownie zdefiniować politykę administracji Bidena i zrobić to właśnie w Polsce.

Co zatem powie Joe Biden?

Sądzę, że prezydent USA będzie chciał rozwiać rosyjskie nadzieje na to, że osłabnie determinacja wolnego świata w obronie wolnej Ukrainy. Każda wątpliwość co do wsparcia Zachodu napędza bowiem determinację Kremla, by wojnę kontynuować. Biden przyjedzie więc rozwiać złudzenia Putina.

Ponadto zbliża się kolejny szczyt NATO. Już na tym w Madrycie zapadła decyzja, by Sojusz zmieniał swoją doktrynę obronną z tej opartej na nieuchronności kary dla agresora (deterrence by punishment) w kierunku deterrence by denial, czyli obrony każdego cala ziemi NATO i to od momentu napaści. Biden sam zresztą wprowadził termin every inch of NATO territory, a teraz zapewne podkreśli determinację, by szczyt w Wilnie jeszcze mocniej pchnął NATO do realizacji tej nowej doktryny. Niezależnie od tego, jak wojna w Ukrainie się skończy, Ameryka dostosowuje siebie i NATO do realiów, że przez kolejne dekady będziemy mieli do czynienia z agresywną Rosją.

Powie, a czy tak się realnie stanie?

Wystąpienia prezydentów USA to nie są - jak to się u nas często lekceważąco mówi - słowa albo gadanie. Otóż każde słowo prezydenta USA ma znaczenie. Zwróćmy choćby uwagę na to, jak dziennikarze polują nawet na odpowiedź prezydenta w przypadkowych sytuacjach. Cały board prasowy w Białym Domu goni za nim i zadaje polityczne pytania, by odpowiedział tak albo nie. Bo każde takie słowo określi politykę USA.

A to, co powie prezydent USA w przemówieniu, to jest już polityczna dyrektywa dla całej amerykańskiej administracji.

W Pałacu Prezydenckim jest taka opinia: Niemcy, jak coś powiedzą, to jest problem, by to zrealizowali. A jak Amerykanie coś mówią, to potem robią nawet więcej. Tak to jest?

Wynika to z systemu politycznego w USA. Postacią dzierżącą władzę jest prezydent - jednoosobowo. A wszyscy inny - sekretarze, doradcy - wykonują mandat w imieniu prezydenta. Prezydent nie może się spotykać z tysiącami urzędników, by wydawać im polecenia. To, co prezydenci mówią publicznie, jest już bezpośrednią dyrektywą dla całej administracji. Bardzo trudno więc porównywać przemówienia prezydentów USA do wystąpień innych polityków na świecie. W Niemczech, w Wielkiej Brytanii przemówienia nie mają takiej wagi. Do Francji można by czynić jakieś analogie, ale i tak odległe.

Mowy prezydenta USA ma bardzo policy shaping charakter - kształtują politykę całego państwa. A w szczególności, jeśli są tak pieczołowicie przygotowane. Przemówienie Bidena w Warszawie zdefiniuje, co administracja USA będzie robić przez następne prawie dwa lata. Aż do końca kadencji Joe Bidena. Spodziewałbym się deklaracji, że w interesie USA jest wygrana Ukrainy w wojnie z Rosją, więc USA będą coraz mocniej wspierać Ukrainę.

Zewsząd słychać opinię, że punkt ciężkości w Europie przesuwa się na wschód, w kierunku Warszawy. Faktycznie czy to tylko retoryka?

Warto zwrócić uwagę, że takie opinie najpierw pojawiły się poza Polską - w analizach think tanków i w publikacjach prasowych.

Dlaczego?

Agresja na Ukrainę wytworzyła ogromny deficyt bezpieczeństwa w Europie. Fakt, że Polska stała się dostarczycielem bezpieczeństwa, po części uzupełniając ten deficyt, zwiększa wagę państwa. I mówię tu o całym spektrum polskiego zaangażowania. Nie chodzi tylko o przekazywanie Ukrainie sprzętu wojskowego, ale także o tym, że byliśmy pierwszym bezpiecznym krajem dla milionów uchodźców z Ukrainy. Jesteśmy hubem bezpieczeństwa, najbardziej deficytowego dobra w Europie Wschodniej. Jesteśmy też państwem odważnym - widać to było w marcu 2022 r., gdy premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Kaczyński, premier Czech Petr Fiala i premier Słowenii Janez Janša udali się do Kijowa, choć Rosjanie wciąż próbowali zdobyć to miasto.

Stanowisko wobec Ukrainy stało się kryterium przynależności do wolnego świata, a polscy przywódcy byli tam pierwsi. Wsiedli do pociągu i pojechali, a świat przecierał oczy ze zdumienia, że tak można.

Liczy się jednak broń. O to Ukraińcy apelują najbardziej.

Wiele czołgów, haubic, transporterów opancerzonych i innego sprzętu wojskowego Polska już wysłała. Naciskaliśmy na decyzje wielu państw o przekazaniu czołgów Leopard, co również się udało. Gotowość do przekazania samolotów MiG-29 polski rząd deklarował już dawno. Nieprzypadkowo rzecznik Pentagonu mówi więc, że Polska w stosunku do potencjału, którym dysponuje, robi o wiele więcej, niż można oczekiwać. Zwłaszcza w kontekście tego, że Niemcy - państwo o kilkukrotnie większym potencjale i najważniejszy sojusznik USA w Europie - owszem, angażuje się w pomoc Ukrainie, ale jęczy przy tym i płacze.

Pan mówi, że Niemcy są najważniejszym sojusznikiem USA w Europie. I to się nie zmieni? Mimo bezprecedensowych wizyt Joe Bidena, mimo pochwał ze strony Pentagonu i ogromnej skali polskiego zaangażowania w pomoc Ukrainie?

Od ponad 30 lat - od upadku Muru Berlińskiego - Niemcy są ich sojusznikiem nr 1. Po roku od wybuchu wojny na pełną skalę nie zaryzykowałbym tezy, że to może się zmienić. Oczywiście, w Waszyngtonie jest duża irytacja polityką Niemiec. USA w jakimś stopniu próbują jednak ochronić Niemcy przed gwałtowną utratą autorytetu i pozycji. Ukraina nie otrzymywała wystarczająco dużo i szybko niektórych rodzajów uzbrojenia, bo wynikało to w jakiejś części z próby ochraniania Niemiec. Amerykanie nie chcieli, aby Niemcy nazbyt widocznie byli maruderem w tej całej koalicji wspierającej Ukrainę.

Biden wyznaczył administracji w zasadzie dwa cele: utrzymanie jedności w udzielaniu wsparcia Ukrainie i - po drugie - takie jej wspieranie, aby nie wplątać NATO w wojnę. Te dwa cele są realizowane, ale to jednocześnie oznacza wolniejszą pomoc dla Ukrainy, aby Niemcy nie odpadli z koalicji.

gazeta.pl

Byłeś więźniem obozu koncentracyjnego w Doniecku. Co to za miejsce?

To tajne więzienie, które powstało w budynku dawnej fabryki metali izolacyjnych, zamkniętej w latach 90. Od 2010 roku do momentu przybycia tam separatystów mieściła się przestrzeń artystyczna o nazwie Izolacja. W czerwcu 2014 roku obiekt zajęli prorosyjscy bojownicy i przekształcili w bazę wojskową sił specjalnych, a piwnice oraz pomieszczenia administracyjne dawnego zakładu zamieniono w cele dla więźniów. Dziś to nielegalne więzienie. Nowoczesny obóz koncentracyjny.

Dlaczego tam zostałeś zamknięty?

Do Izolacji trafiłem z powodu mojej działalności dziennikarskiej. Od 2015 do 2017 roku, kiedy zostałem schwytany, pracowałem dla Radia Swoboda. Robiłem materiały o tym, co dzieje się na terenie tak zwanej „Donieckiej Republiki Ludowej” (DRL). Zostałem aresztowany, kiedy kręciłem materiał o Dniu Republiki w centrum Doniecka. Nie wiem, jak mnie znaleźli, ale na pewno nie był to przypadek. Prawdopodobnie FSB miało o mnie jakieś informacje. Chociaż nie wiem, kto dokładnie wiedział, że tego dnia robię reportaż. Wszystko zaczęło się od wylegitymowania mnie przez patrol policji.

Cały czas rozumiałem ryzyko, ale nie spodziewałem się, że mnie zidentyfikują. Przedsięwziąłem cały szereg środków, które nie powinny były do tego doprowadzić. Przede wszystkim techniczne: korzystałem ze wszystkich sieci społecznościowych za pośrednictwem specjalnych, zaszyfrowanych przeglądarek, żeby nie dało się mnie namierzyć. Pisałem pod pseudonimem „Stanisław Wasin”. Miałem nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Jak długo byłeś w niewoli?

Początkowo wtrącono mnie do piwnicy tzw. Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego DRL na półtora miesiąca. To było w samym centrum Doniecka. Potem zostałem przeniesiony na 28 miesięcy do Izolacji. Tam przez pierwszy miesiąc trzymano mnie w piwnicy, potem przeniesiono do celi. Po 20 miesiącach trafiłem do więzienia, gdzie spędziłem jeszcze 18 dni. Następnie był znowu obóz na półtora miesiąca, wymiana i wolność.

Moi bliscy dowiedzieli się, że trafiłem do więzienia, dopiero po sześciu tygodniach. Mama cały czas mnie szukała, chodziła po wszystkich szpitalach, kostnicach, policji, nawet przychodziła do ministerstwa, gdzie przebywałem, ale nic jej nie powiedziano.

Jak wyglądało miejsce, w którym byłeś przetrzymywany?

Zależy od miejsca, w którym mnie trzymano. Cela, w której byłem po raz pierwszy, była czteroosobowa, 10 metrów kwadratowych. Dwupiętrowe prycze, zrobione przez samych więźniów, stół, dwa krzesła, toaleta z przegrodą, plastikowe okna. Metalowe drzwi i kraty.

Kto siedział z tobą?

Kogo tam nie było! Górnicy, hakerzy, blogerzy, prawdziwi przestępcy. Wszyscy zostali zatrzymani za szpiegostwo, ekstremizm i terroryzm. Siedzieli za posty w mediach społecznościowych, nawet za samo polubienie hasła „Donieck to Ukraina”. Wszystkie takie rzeczy były monitorowane przez specjalny oddział separatystów.

Podczas niewoli byłeś ciągle torturowany.

Głównie przez rażenie prądem elektrycznym. Przeszło przez to 99% więźniów, którzy trafili do Izolacji. Te tortury są specyficzne. Nie da się przyzwyczaić do bólu, do tego, jak prąd przepływa przez całe twoje ciało. Dochodziło też do bicia, poniżania godności ludzkiej i tortur psychicznych.

Bicie można wytrzymać, ale dla większości ludzi granicą nie do przekroczenia jest przemoc seksualna. To potężna broń psychologiczna, nie fizyczna. Egzekutorzy doskonale rozumieją jej wpływ na więzionych mężczyzn. To jedna z najgorszych tortur.

Kim byli egzekutorzy?

Było może siedmiu lub ośmiu. To nie byli Rosjanie, tylko miejscowi, z Doniecka, częściowo z SBU, częściowo z policji, nawet jeden były wojskowy. Współpracownicy organów ścigania, którzy przeszli na stronę okupanta. Podobało im się torturowanie nas. Klasyczni sadyści i psychopaci. Robią to od lat.

Więźniowie musieli też pracować, co to były za roboty?

Byle co. Od sprzątania śniegu po rozładunek amunicji. Więźniowie byli zabierani na budowę poligonu lub do prac na podwórku. Mnie nie zabierali do prac, co uratowało mi zdrowie. Bali się, że mogę uciec. Moja historia stała się znana na Ukrainie i na świecie, a uwolnienie było monitorowane przez Czerwony Krzyż i ONZ. Moja cena jako więźnia wtedy wzrosła, dlatego FSB zabroniło władzom Izolacji wysyłać mnie poza budynek.

W Izolacji przebywali nie tylko mężczyźni. Czy kobiety też poddawano torturom? Czy traktowano je inaczej?

Wiem o trzech celach z około 15–17 kobietami, nieznana mi liczba była przetrzymywana jeszcze w piwnicy.

Warunki miały nawet gorsze. Również wobec nich stosowano rażenie prądem. My, mężczyźni, byliśmy torturowani seksualnie dla groźby, na przykład kiedy nie chcieliśmy podpisać dokumentów, ale do kobiet oprawcy mieli naturalny pociąg. Przemoc seksualna wobec nich była stosowana o wiele częściej.

Czy w Izolacji zdarzały się przypadki syndromu sztokholmskiego, kiedy ofiara odczuwa przywiązanie do kata?

Izolacja jest zbudowana na syndromie sztokholmskim. Pomiędzy ofiarami a oprawcami istniały bardzo dziwne relacje psychologiczne, zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Widziałem to cały czas. Przejawiało się to ze strony więźniów wobec administracji, mogli z nimi żartować, zdawało się, że byli w przyjacielskich stosunkach, gdy byli wyprowadzani do pracy. Chociaż ci sami ludzie cały czas bili ich i torturowali.

Czy można przyzwyczaić się do strachu?

Zależy, jaki to strach. Podczas tortur zamiast strachu pojawia się szok, nie ma nawet czasu się przestraszyć. Strach pojawia się później, kiedy już użyją wszystkich swoich psychicznych środków przeciwko tobie. Tam uczą cię bać się. A podczas tortur to zupełnie inne emocje.

Czy myślałeś o samobójstwie?

Oczywiście, że o tym myślałem. W takim miejscu to norma. Istniały różne opcje, jak można to zrobić, ale pytanie brzmi, co cię przed tym powstrzymuje. Przede wszystkim są to krewni i bliscy, których chcesz zobaczyć. To wszystko, co masz. Pomogła mi wiara, że mimo wszystko zostanę wymieniony. Bez takiej wiary jest bardzo trudno.

W takich miejscach ludzie zwracać się ku religii, jak to u ciebie było?

To trudne pytanie. Ludzie w Izolacji stają się bardzo religijni. Wszyscy się modlili, widziałem muzułmanów, protestantów i prawosławnych. Ale ja mam coś przeciwnego: odsunąłem się od Boga z powodu cierpienia, jakie widziałam. To było subiektywne, irracjonalne uczucie. Przestałem wierzyć.

Czy mówili, że twoi bliscy mogą pojawić się w Izolacji?

Oczywiście. Stale. To metoda tortur psychicznych. Ciągle to mówili, gdy odmawiałem zrobienia czegoś. Na przykład nie chciałem udzielić wywiadu propagandowemu kanałowi Rosja 24. Powiedziano mi wtedy, że jeśli się zgodzę, moja mama będzie w pobliskiej celi i się z nią zobaczę. Więc zrobiłem, co chcieli. To był zainscenizowany wywiad o byciu szpiegiem, o tym, jak przyznaję się do szpiegostwa przed kamerą. Politycznie było to dla nich ważne, aby pokazać, że jestem cały i zdrowy – i abym przyznał się do zbrodni.

Jak przyzwyczaiłeś się do wolności po wymianie?

To proces, który trwa do dziś, chociaż zostałem zwolniony w 2019 roku. Nie wiadomo, czy to się kiedykolwiek skończy. Odciążam się bieganiem, na początku starałem się mniej czytać i oglądać materiałów o wojnie.

Zmieniłem okoliczności. Wyjechałem na rehabilitację do Czech, gdzie nie było mowy o wojnie.

Powrót do życia to kwestia czasu i przyzwyczajenia. Im więcej czasu mija, tym jest łatwiej. Na początku bałem się zejść do metra ze względu na tłok, teraz już nie mam tego strachu. Chociaż nadal nie do końca przyzwyczaiłem się do ludzi.

Zoriana Varenia jest politolożką z Ukrainy. Mieszkała w Kijowie. Obecnie współpracuje z polskimi mediami, w tym z Radiem 357.

Co robiłeś po rozpoczęciu wielkiej wojny?

24 lutego zabrałem mamę na Zakarpacie, następnego dnia wsiadłem do pociągu do Kijowa, a 26 lutego wstąpiłem do Obrony Terytorialnej.

Co było najstraszniejsze w tym czasie?

Kiedy weszliśmy do Buczy i Irpienia. Nawet po tym, co sam przeżyłem, nie byłem gotowy na zobaczenie togo, co tam ujrzałem.

new.org.pl