środa, 8 lutego 2023



2 lutego przedstawiciele Pentagonu ogłosili wykrycie nad terytorium Stanów Zjednoczonych obiektu, który określili jako „chiński balon wywiadowczy”. Miał on wejść w amerykańską przestrzeń powietrzną nad Alaską 28 stycznia, a następnie – po przelocie nad terytorium Kanady – zmienił 31 stycznia kurs i znów znalazł się w przestrzeni powietrznej Stanów Zjednoczonych nad stanem Idaho. 1 lutego przeleciał nad stanem Montana, gdzie znajduje się baza Malmstrom – jedna z trzech baz Sił Powietrznych USA dysponujących międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi. Prezydent Joe Biden zdecydował, by nie strącać aerostatu nad lądem z powodu ryzyka zniszczeń na ziemi. 2 lutego sekretarz stanu USA Antony Blinken odwołał zaplanowaną na następny dzień wizytę w Chinach i nazwał wysłanie balona nad terytorium Stanów Zjednoczonych „nieodpowiedzialnym działaniem, (...) szkodliwym dla dyskusji merytorycznych”. 3 lutego Pekin przyznał, że aerostat pochodzi z ChRL, i wyraził żal z powodu zaistniałej sytuacji. Stwierdził przy tym, że jest to obiekt meteorologiczny, nad którym utracono kontrolę.

Dzień później balon zestrzelono nad oceanem u wybrzeży Karoliny Południowej w granicach amerykańskiej przestrzeni powietrznej. Nad wydobyciem jego szczątków pracują nurkowie Marynarki Wojennej USA. Pekin zaprotestował przeciwko „zestrzeleniu cywilnego” obiektu i zastrzegł, że może wystąpić o odszkodowanie w imieniu firmy nim operującej. 6 lutego rzeczniczka chińskiego resortu spraw zagranicznych przyznała, że wykryty w weekend nad Kolumbią drugi balon to również statek powietrzny z ChRL, który „przypadkowo wszedł w przestrzeń powietrzną Ameryki Łacińskiej i Karaibów”.

Komentarz

Przedstawiciele Pentagonu potwierdzili na konferencji prasowej, że do podobnych incydentów z chińskimi balonami obserwacyjnymi dochodziło wcześniej zarówno „za tej, jak i za poprzednich administracji”. Nowoczesnymi balonami stratosferycznymi o regulowanym ciśnieniu można precyzyjnie nawigować w górnych warstwach atmosfery lub utrzymywać ich pozycje przez wiele miesięcy. W mediach i środowiskach eksperckich pojawiły się spekulacje dotyczące innych niż szpiegowskie zastosowań statków powietrznych tego typu – chodzi m.in. o przenoszenie broni masowego rażenia (zwłaszcza że operują one poniżej umownej granicy kosmosu i nie obejmuje ich międzynarodowy zakaz rozmieszczania broni jądrowej w przestrzeni kosmicznej). Dzięki właściwościom fizycznym oraz niskiemu profilowi podwieszonego ładunku, jak również wysokości, na której operują (zazwyczaj powyżej 30 tys. m n.p.m.), są one trudne do wykrycia przez radary i niewidoczne dla obserwatorów na ziemi. Według informacji Departamentu Obrony chiński obiekt w momencie zestrzelenia znajdował się jednak na ok. 18 tys. m n.p.m. Tak niewielka wysokość spowodowała, że balon zaobserwowano z ziemi. I choć można tylko spekulować, czy jego niskie położenie wynikało z awarii, ludzkiego błędu, czy z celowego działania elementów reżimu, które dążą do wzrostu napięć w relacjach chińsko-amerykańskich, to fakt ten zmusił Pentagon do publicznego przyznania, że incydent miał miejsce. Wcześniej prawdopodobnie nie chciano ujawniać zdolności do śledzenia takich obiektów w stratosferze. Równocześnie brak reakcji ze strony Waszyngtonu na analogiczne misje w przeszłości mógł skłonić przywódców ChRL – bez których zgody operacja tego typu nie mogłaby dojść do skutku – do potraktowania tej misji rutynowo. Ewentualność szpiegowskiego zastosowania chińskiego balonu zweryfikują dopiero badania przeprowadzone po wydobyciu jego szczątków.

Początkowo Pekin zareagował na sytuację wstrzemięźliwie – przyznał, że obiekt pochodzi z ChRL, i wystosował przeprosiny. Odwołanie wizyty Blinkena oraz rosnąca presja republikańskiej opozycji, aby zestrzelić aerostat, wywołały jednak zaostrzenie także retoryki Chin. Wydaje się, że na taką zmianę z jednej strony wpłynęła entuzjastyczna reakcja części społeczeństwa, które uznało wysłanie statku powietrznego nad Stany Zjednoczone za sukces, a z drugiej – obawy Pekinu, że ewentualne zestrzelenie i przejęcie szczątków balonu przez Amerykanów stworzy zagrożenie, iż Waszyngton przedstawi dowody świadczące o szpiegowskim charakterze misji. Dlatego można przyjąć, że oskarżenia wobec USA o złamanie prawa międzynarodowego w wyniku zestrzelenia – jak utrzymuje strona chińska – cywilnego statku powietrznego to element strategii wyprzedzającej.

Stosunki chińsko-amerykańskie znajdują się w delikatnym momencie. Mimo narastającej rywalizacji oba kraje dążą obecnie do zapobieżenia ich niekontrolowanej degradacji, czemu służyło m.in. spotkanie Xi Jinpinga z Bidenem i wznowienie dialogu w listopadzie ub.r. (szerzej zob. Taktyczna pauza wobec Zachodu: chińska gra nadziejami na pokój). Odwołana w konsekwencji incydentu z balonem wizyta Blinkena w Pekinie obejmować miała dyskusję nad najbardziej palącymi problemami w relacjach. Sytuacja wewnętrzna zarówno w Stanach Zjednoczonych, gdzie republikańska opozycja domaga się dalszego zaostrzenia kursu wobec Chin, jak i w ChRL, gdzie stan gospodarki i dewastująca fala zachorowań na COVID-19 zmuszają partię komunistyczną do szukania nowych źródeł legitymizacji jej rządów w nacjonalizmie, powoduje, że – przy uwzględnieniu zaistniałych teraz uwarunkowań – należy się spodziewać werbalnej eskalacji w kontaktach obu stron i wzajemnych oskarżeń. Niemniej Pekinowi i Waszyngtonowi nadal zależy na uniknięciu bezpośredniej konfrontacji w najbliższej perspektywie. Dlatego można zakładać, że po zaniku zainteresowania mediów wydarzeniem obie stolice ponownie spróbują tymczasowo ustabilizować swoje relacje.

osw.waw.pl


W erze Denga Chiny bogaciły się, w erze Xi mają rosnąć w siłę. Marzenie o potężnym Państwie Środka może się rozwiać, gdy nadejdzie czas zapłaty za cztery dekady gospodarczego cudu.

Xi Jinping złamał partyjny zwyczaj i pozostał na stanowisku sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin na trzecią kadencję. Zachował również stanowisko szefa Centralnej Komisji Wojskowej, a w marcu zapewne podobnie stanie się z fotelem przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej. Jeśli zdrowie pozwoli – a 69-letni Xi nie jest bynajmniej w zaawansowanym wieku na tle długowiecznych chińskich liderów czy obecnego prezydenta USA – może rządzić Chinami jeszcze dobre 10 lat, a być może dłużej.

Głównym celem Xi pozostaje budowa silnego, stabilnego, samowystarczalnego Państwa Środka rozwijającego się pod dyktando partii komunistycznej z „przewodniczącym wszystkiego” na czele. Gospodarka pada ofiarą polityki, a polityka leninistowsko-nacjonalistycznej ideologii. Niemniej jednak chińscy liderzy zdają sobie sprawę, że potężnej i bezpiecznej twierdzy nie da się zbudować na kruchych fundamentach. Dlatego z wyzwaniami gospodarczymi trzeba się będzie zmierzyć.

A problemów na tym polu nie brakuje. Chińska gospodarka jest obecnie w największych tarapatach od dekad. Era „cudu gospodarczego” dobiegła końca. Tempo wzrostu PKB systematycznie zwalnia w obliczu problemów strukturalnych: potężnej i częściowo ukrytej góry długów, nieefektywnej alokacji kapitału, niskiej produktywności, malejącej siły roboczej, starzejącego się społeczeństwa, przerośniętego rynku nieruchomości, gargantuicznego i niestabilnego systemu finansowego, zbliżania się do granicy technologicznej czy ogromnych nierówności społecznych i regionalnych. Model gospodarczy ostatnich 15 lat, oparty na koncentracji kontroli nad dochodami w rękach elit i przekierowywaniu potężnych środków na inwestycje, nie wyczerpał się, ale przynosi coraz mniejsze zyski, równocześnie powiększając cenę, którą przyjdzie Chińczykom zapłacić za tak dynamiczny, jak niezrównoważony wzrost.

Mieszkańcom Państwa Środka już przychodzi zapłacić cenę za błędną politykę gospodarczą ekipy Xi Jinpinga. Próba ograniczenia roli sektora nieruchomości oraz ujarzmienia firm z sektora technologii konsumenckich i edukacji w momencie, gdy realizowane są polityki zero Covid i izolacji międzynarodowej, podważa absolutną podstawę sukcesu ChRL: niezachwianą wiarę jej mieszkańców w lepsze jutro i głód sukcesu materialnego.

Biznes martwi etatystyczna polityka i zakusy władzy, by powstrzymać „bezładną ekspansję kapitału", coraz lepiej wykształconych młodych dorastających jako „mali cesarze” – utrata miejsc dobrze płatnej i nienużącej pracy. Zaniepokojeni są właściciele mieszkań poza największymi miastami i punktów usługowych. Łatwo nie mają również urzędnicy, nad którymi wisi ciągła groźba kampanii antykorupcyjnej i postać omnipotentnego przywódcy. W społeczeństwie, szczególnie wśród młodych mieszkańców miast, widać narastające zniechęcenie i poczucie beznadziei. Zamiast dzielnie wspinać się na „trzy wysokie góry” (gromadzić środki na mieszkanie, edukację i opiekę zdrowotną), wolą „leżeć płasko”, a nawet „gnić”.

Równocześnie chińskie władze mierzą się z nieprzyjaznym otoczeniem międzynarodowym. Polityka Xi Jinpinga, którego pierwszorzędnym celem stało się szeroko pojęte bezpieczeństwo (militarne, wewnętrzne, technologiczne, żywnościowe) i samowystarczalność, w końcu spotyka się z analogiczną odpowiedzią Zachodu. Amerykanie starają się wyhamować rozwój ChRL w obawie przed wyrastającym konkurentem. Nieśmiało dołączają do nich Anglosasi i Europejczycy, którzy zaczynają dostrzegać ryzyka związane z silnymi powiązaniami z chińskimi podmiotami gospodarczymi, będącymi narzędziami politycznymi w rękach Pekinu.

Do tego dochodzą zjawiska ekonomiczne: gwałtowny wzrost stóp procentowych wywołujący presję na odpływ kapitału z Państwa Środka oraz skutkujący osłabieniem juana, co nie sprzyja realizacji marzeń Chińczyków o szerszym zastosowaniu ich waluty poza granicami ChRL. Z kolei pogorszenie koniunktury i nastrojów na świecie musi w końcu ograniczyć popyt zagraniczny na chińskie towary i zaboleć eksporterów, którzy od 2020 r. ponownie stali się istotnym źródłem napędzającym gospodarkę Państwa Środka.

Wiele z powyższych problemów jest ze sobą na tyle powiązanych, że nie da się rozwiązać jednego, nie zważając na inne. Często wymagają sprzecznych recept. Ekonomiści – wbrew pozorom nie tylko zachodni, ale również chińscy – wskazują, że należy przebudować cały model gospodarczy Państwa Środka: zwiększyć dochody ludności, rozszerzyć system świadczeń społecznych, wzmocnić siłę przetargową pracowników czy zreformować system podatkowy. W efekcie wzrośnie konsumpcja, dzięki czemu zostaną ograniczone nieefektywne inwestycje zasilane kredytową kroplówką.

Władze ChRL problem dostrzegają od co najmniej 15 lat – już poprzedni premier Wen Jiabao publiczne oceniał, że chińska gospodarka jest „niestabilna, niezbalansowana, nieskoordynowana i niezrównoważona”. U zarania swoich rządów Xi Jinping mówił o „nowej normalności” oraz konieczności zwiększenia roli konsumpcji i sektora usług.

Partyjna elita ma jednak inny pomysł na osiągnięcie tego celu – nad reformę strony popytowej przedkłada polityki wspierające podaż. Ich zdaniem kluczem do rozwoju (i co za tym idzie bezpieczeństwa i samowystarczalności) są inwestycje i produkcja, a na konsumpcji nie zbuduje się silnego państwa. Lepiej, żeby ograniczonymi zasobami dysponowały „osoby, którym na sercu leży przede wszystkim dobro kraju”, a nie „zwykli Chińczycy” dążący przede wszystkim do poprawy standardu życia swoich rodzin i własnego. Dobrobyt co prawda rośnie, ale wolniej, a społeczeństwo kusi się wizją lepszej przyszłości i potężnych Chin, dysponujących silną bazową przemysłową, dzięki której mogą naciskać na inne społeczeństwa. Przy okazji kokosy zbijają „właściwi ludzie”.

Szeroka reforma byłaby dla nich bardzo niekorzystna, nie powinien więc dziwić opór beneficjentów systemu wobec zmian. Ekonomiści są przekonani, że prędzej czy później i tak one nastąpią, czy elity ChRL tego chcą, czy nie. A im dłużej władze będą odkładały moment podjęcia reform, tym będą one bardziej kosztowne politycznie i gospodarczo. Na dotychczasowych istotnych reformach Xi nieprzyjemnie się sparzył – dość przypomnieć panikę po pęknięciu giełdowej bańki i dewaluacji juana w 2015 r., nieudane delewarowanie od 2016 r. czy ostatnie próby stabilizacji rynku nieruchomości.

Gwałtowne zmiany kierunku gospodarczego nie są zresztą w ostatnich dekadach w chińskim stylu, nie wydają się również pasować do samego Xi, który – w przeciwieństwie do Mao – nie przepada za chaosem, lecz ceni sobie stabilność. Jeśli jednak najsilniejszy chiński lider od pół wieku nie znajdzie w sobie siły, by stawić czoła strukturalnym wyzwaniom, może się zapisać w historii nie jako twórca silnych Chin, ale ten, który zaprzepaścił szansę na realizację chińskiego marzenia. To jednak wcale nie musi być dobra informacja dla reszty świata: słabsze państwo może jeszcze silniej zwrócić się w stronę nacjonalizmu i prowadzić bardziej agresywną politykę.

bankier.pl


8 stycznia zniesiono wprowadzony w marcu 2020 r. obowiązek kwarantanny dla osób przybywających do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Decyzja ta jest elementem procesu gwałtownego odejścia od strategii „zero COVID”, rozpoczętego pod koniec ub.r. 7 grudnia Narodowa Komisja Zdrowia (NKZ) zniosła ograniczenia w przemieszczaniu się osób wewnątrz kraju, a 12 grudnia wyłączono system aplikacji mobilnych określających status zdrowotny mieszkańców. 13 grudnia wicepremier Sun Chunlan, odpowiedzialna z ramienia Biura Politycznego XIX Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh) za walkę z pandemią, oznajmiła, że Chiny przechodzą od „zapobiegania infekcjom” do „leczenia osób dotkniętych koronawirusem”. Dzień później NKZ ogłosiła, że nie będzie już raportować liczby bezobjawowych przypadków, ponieważ w związku ze zniesieniem obowiązku masowych testów nie ma „żadnego sposobu, aby śledzić rzeczywiste liczby” infekcji. 25 grudnia NKZ podała, że przestanie także regularnie publikować dane o potwierdzonych zakażeniach. 14 stycznia na konferencji prasowej NKZ przyznała jednak, że od 8 grudnia 2022 r. do 12 stycznia br. w placówkach służby zdrowia nastąpiło łącznie 59 938 zgonów związanych z zakażeniem SARS-CoV-2, przy czym ok. 90,1% zmarłych to osoby w wieku co najmniej 65 lat.

Nagły wzrost zachorowań i polityka informacyjna chińskiego rządu w sprawie COVID-19 powodują znaczące zaniepokojenie partnerów międzynarodowych, a w ślad za tym m.in wprowadzenie obowiązku wykonania testów przez osoby przylatujące z Chin do USA, Japonii, Korei Południowej czy części państw UE. 22 grudnia ub.r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przyznała, że nie otrzymała żadnych danych z ChRL na temat nowych hospitalizacji chorych na COVID-19, odkąd Pekin zrezygnował z ograniczeń w przemieszczaniu się po kraju. Ostatni raport WHO zawierający dane z ChRL opublikowano 4 grudnia 2022 r. – podano w nim, że liczba hospitalizacji w Chinach wyniosła 28 859, co jest najwyższym wynikiem od czasu wybuchu pandemii trzy lata temu.

Komentarz

W konsekwencji decyzji o gwałtownym odejściu od strategii „zero COVID” w Chinach trwa obecnie największa jak dotąd fala zachorowań na COVID-19. Nietransparentna polityka informacyjna władz w Pekinie zmusza obserwatorów do szacowania stanu pandemii w ChRL na podstawie modelowania oraz statystyk zakażeń wśród osób przybywających z tego kraju do innych państw. Brytyjska firma Airfinity zajmująca się analizami predykcyjnymi w dziedzinie ochrony zdrowia ocenia, że w Chinach dochodzi średnio do 3,73 mln zakażeń koronawirusem i 21,3 tys. zgonów z tego powodu dziennie. Od 1 grudnia 2022 r. łączna liczba infekcji miała wynieść 58,1 mln, a zgonów – 345 560 (prognoza zaktualizowana 13 stycznia). Airfinity ocenia, że zachorowania na COVID-19 osiągnęły w Chinach swój pierwszy szczyt 13 stycznia br., przy 3,7 mln przypadków dziennie, oraz że dziesięć dni później dobowa liczba zgonów sięgnie ok. 25 tys. dziennie, co w konsekwencji przyniesie 584 tys. ofiar od czasu, gdy wirus zaczął rozprzestrzeniać się swobodnie po kraju w grudniu 2022 r. Firma prognozuje łącznie 1,7 mln zgonów w całych Chinach do końca kwietnia 2023 r. Wydaje się jednak, że w przewidywalnej przyszłości nie należy się spodziewać, aby Pekin opublikował przekonujące dane, które pozwoliłyby na zweryfikowanie tego typu symulacji. Również pojawiające się w mediach społecznościowych liczne relacje o przepełnionych szpitalach, naprędce organizowanych tymczasowych kostnicach czy masowych kremacjach na otwartym powietrzu wskazywałyby, że rzeczywistość pandemiczna dalece odbiega od oficjalnych komunikatów na ten temat.

Na gwałtowne odejście przez Pekin od strategii „zero COVID” wpłynęło prawdopodobnie kilka czynników. Wśród nich należy wymienić: niezdolność do powstrzymania wariantu Omikron, który szybko się rozprzestrzeniał i często nie był wykrywany w testach przesiewowych; pogarszającą się sytuację gospodarczą związaną z ograniczeniami mobilności mieszkańców; rosnące koszty ciągłych masowych testów, które wyczerpały budżety lokalnych władz. Widoczne było również pogłębiające się zmęczenie społeczeństwa drastycznymi restrykcjami, które znalazło wyraz w licznych protestach przeciwko ograniczeniom pandemicznym. Kulminacja demonstracji widoczna była w końcu listopada ub.r. W większości miały one charakter lokalny, ale w izolowanych przypadkach przybrały formy manifestacji politycznych, nawołujących do ustąpienia Xi Jinpinga. Podejmując decyzję o gwałtownym zniesieniu restrykcji, władze w Pekinie postanowiły zarazem o zaniechaniu regularnych publikacji danych dotyczących zakażeń SARS-CoV-2. Chcą w ten sposób uniknąć paniki, ale też dążą do szybkiego uznania COVID-19 przez chińskie społeczeństwo za chorobę porównywalną z sezonową grypą. Podawanie do publicznej wiadomości prawdopodobnie szybko rosnącej liczby nowych przypadków byłoby także niewygodne politycznie po trzech latach stosowania represyjnej strategii „zero COVID” prowadzonej w imię uniknięcia fali zachorowań i śmierci, jaka – według narracji propagandowej ChRL – miała dotknąć państwa zachodnie. Dlatego Pekin zaniża również medyczne statystyki zgonów, drastycznie zawężając kryteria pozwalające uznać śmierć pacjenta za spowodowaną COVID-19.

Nagłe zniesienie wszelkich restrykcji, w dodatku u progu sezonu zachorowań na infekcje górnych dróg oddechowych, a nie na jego koniec, można tłumaczyć dążeniem chińskich władz do jak najszybszego uzyskania przez populację ChRL odporności zbiorowej. Rządzący starają się maksymalnie skrócić okres trwania kryzysu zdrowotnego i będą zabiegać o przywrócenie w miarę normalnego funkcjonowania gospodarki najpóźniej w drugim kwartale br. Przy ogólnej niewydolności tamtejszej służby zdrowia wszelkie posunięcia spowalniające kolejne fale pandemii prawdopodobnie nie wpłynęłyby znacząco na zmniejszenie liczby ofiar. Na taki tok rozumowania Pekinu wskazują także działania informacyjne niektórych władz regionalnych. Przykładowo kierownictwo prowincji Henan, najludniejszej w ChRL, na początku stycznia br. poinformowało (nie ujawniając sposobu pozyskania danych), że ok. 88,5 mln mieszkańców prowincji, tj. blisko 90% z nich, przechorowało już COVID-19. Zarówno w świetle znanych modeli, jak i doświadczeń innych państw tak szybkie rozprzestrzenianie się koronawirusa wydaje się mało prawdopodobne, ale pozwala lokalnym kadrom na „zameldowanie” centrali „sukcesu” w osiąganiu odporności zbiorowej. Świadczy to również o tym, że aparat partyjno-państwowy traktuje strategię „zero COVID” jako kampanię polityczną. Rosną teraz zatem obawy, że kierownictwo KPCh przeprowadzi czystkę kadrową wśród struktur regionalnych. Z jednej strony przyśpieszy to recentralizację, która jest jednym z celów rządów sekretarza generalnego Xi Jinpinga, z drugiej zaś pozwoli na przerzucenie odpowiedzialności politycznej za „błędy i wypaczenia” strategii „zero COVID” na lokalne władze.

Brak wiarygodnych danych dotyczących przebiegu pandemii oraz ewolucji koronawirusa w Chinach powoduje, że w związku ze zniesieniem przez Pekin także obowiązku testowania osób opuszczających ChRL wiele państw świata wprowadza obostrzenia dla przyjezdnych z tego kierunku. Wymagane jest wykonanie testu przed wyjazdem z Chin lub na granicy, a w niektórych krajach, zgodnie z lokalnymi regulacjami, osoby z pozytywnym wynikiem muszą odbyć domową kwarantannę. Duże obawy budzi groźba rozprzestrzenienia się nowego subwariantu SARS-CoV-2 – XBB.1.5 – nazywanego w mediach Krakenem. Obostrzenia innych państw prowokują formalny sprzeciw Pekinu i oskarżenia o dyskryminację Chińczyków, mimo że sama ChRL przez blisko trzy lata pandemii utrzymywała jeden z najsurowszych reżimów granicznych. Pekin zawiesił również wydawanie krótkoterminowych wiz dla obywateli Korei Południowej i Japonii w odwecie za ograniczenia nałożone przez te państwa na podróżnych z Chin. Wydaje się, że działania te mają odwracać uwagę chińskiej opinii publicznej od sytuacji pandemicznej w kraju oraz wywołać mobilizację społeczną na tle nacjonalistycznym. Dalsza eskalacja napięć wpłynie jednak negatywnie na próby doprowadzenia przez Pekin do dyplomatycznej stabilizacji stosunków z państwami zachodnimi (zob. Taktyczna pauza wobec Zachodu: chińska gra nadziejami na pokój).

W sferze gospodarczej rozwój wydarzeń w Chinach w najbliższym półroczu będzie zdeterminowany przez trudny do przewidzenia przebieg pandemii. W pierwszym kwartale można się spodziewać dalszego pogorszenia się sytuacji, co będzie wynikało zarówno z nasilania się fali zachorowań, jak i wcześniejszego, w obawie przed zakażeniem, opuszczania zakładów pracy przez migrujących z okazji chińskiego Nowego Roku (w br. wypada 22 stycznia) robotników. Nie można teraz określić, czy wrócą oni do swoich miejsc zatrudnienia w ciągu zwyczajowych dwóch, trzech tygodni po święcie, czy potrwa to dłużej ze względu na sytuację pandemiczną. Trudno też przewidzieć, jak głęboki wpływ będzie miał COVID-19 w najbliższych miesiącach na sektory logistyczny czy usług. Jeżeli jednak późną wiosną nastąpi stabilizacja w tym zakresie, to pod koniec drugiego kwartału lub w trzecim można się spodziewać odbicia gospodarczego w ChRL. Może ono stworzyć fałszywe wrażenie, że chińska gospodarka najgorszy okres ma za sobą, wciąż jednak pozostają nierozwiązane problemy strukturalne: wewnętrzne – jak m.in. zadłużenie, przeinwestowanie, kryzys demograficzny czy bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości, oraz zewnętrzne – m.in. malejący popyt na chińskie towary, wspierany przez wiele rządów trend dywersyfikacji łańcuchów dostaw z ChRL, wojna na Ukrainie czy rosnące obawy przed pogłębiającą się rywalizacją ze Stanami Zjednoczonymi.

osw.waw.pl

wtorek, 7 lutego 2023


Odcinając gaz Europie, moskiewscy politycy mogli się spodziewać, że skutki będą porównywalne z kryzysami naftowymi lat 70. Przemawiając w zeszłym roku na Forum Ekonomicznym w Petersburgu, Putin powiedział, że podstawowe problemy zachodnich społeczeństw pogłębiają się, a utrata przez nie rosyjskiego rynku i inflacja, doprowadzą do "zmian społecznych i ekonomicznych, degradacji, a w przyszłości do zmiany elit". Putin chciał wpływać na zmiany polityczne w Europie, dlatego eskalował wojnę energetyczną z Zachodem.

Lata 70. i początek lat 80. były niezwykle dla całego świata zachodniego. USA, Wielka Brytania i inne kraje zachodnie doświadczyły recesji, wysokiej inflacji i kryzysów politycznych. Z kolei dla krajów produkujących ropę naftową czasy były łaskawsze. ZSRR osiągnął parytet nuklearny z USA, ostatecznie przyjmując rolę światowej potęgi ówczesnych czasów.

Zawarto kilka traktatów o ograniczeniu zbrojeń, zintensyfikowano współpracę gospodarczą, otwarto regularne loty między Moskwą a Nowym Jorkiem, rozpoczęto współdziałanie USA i ZSRR w sferze kosmicznej (program Sojuz-Apollo). I, wreszcie rozpoczęła się wówczas budowa "mostu naftowo-gazowego" między ZSRR a Europą Zachodnią. Rosja pozostawała kluczowym dostawcą surowców energetycznych.

Krótko mówiąc, to właśnie wtedy, jakieś 50 lat temu, położono fundamenty pod wszystko, co Moskwa zniszczyła własnymi rękami w pierwszym wojennym roku.

Rosja zbliżyła się do Chin i próbuje wpłynąć na USA i Europę za pomocą gróźb i nacisków — w podobny sposób, jak Arabia Saudyjska i Kuwejt próbowały wpłynąć na Zachód w latach 70. Tym razem jednak presja okazała się znacznie mniej opłacalna.

Dyskutując o tym, do czego doprowadzi wyłączenie rosyjskiego gazu, ekonomiści przewidywali, że Niemcy, a być może i cała strefa euro, wejdą w recesję, a PKB spadnie nawet o 3 proc. w 2022 r. Spodziewano się częściowych lub całkowitych wyłączeń całych branż, protestów obywatelskich i kryzysów politycznych. Zachód jednak szybko i skutecznie zrezygnował z dostaw rosyjskich surowców, a gospodarka całej strefy euro nawet się umocniła.

Rok 2023 będzie trudny, ale już teraz widać, że "kryzys Zachodu", na który liczyła Moskwa, nie nastąpi. Wycofanie ogromnych ilości gazu z unijnego rynku nie spowodowało burz przypominających lata 70.

Zastąpienie wycofanego gazu, szybkiej budowy terminali skroplonego gazu ziemnego i oszczędzanie okazały się większe, niż przewidywali analitycy. Wysyłka skroplonego gazu ziemnego z USA do Europy wzrosła w ubiegłym roku 2,5-krotnie w porównaniu z 2021 r. i przewyższyła wysyłki rosyjskie. Dzięki temu — i ciepłej zimie — ceny gazu wróciły do poziomu sprzed wojny. Inflacja pozostaje niepokojącym czynnikiem, ale w krajach zachodnich nie ma "degradacji i zmiany elit" - jak chciał tego Putin.

— Putin próbował powtórzyć sukces Arabii Saudyjskiej w 2022 r. i zainscenizować coś podobnego do kryzysów naftowych z lat 70. — mówi Daniel Yergin, amerykański analityk energetyczny. Teraz, po 50 latach współpracy, również Europa zgadza się, że Rosja wykorzystuje swoje surowce jako broń.

Nabywcami rosyjskiego gazu w Europie jeszcze przez jakiś czas pozostaną jedynie Austria, Bośnia i Hercegowina, Węgry, Włochy, Serbia i Słowacja. Jedyne, co osiągnęli moskiewscy politycy, to tak naprawdę pozbycie się dostępu do europejskiego rynku i oddanie Amerykanom wpływów. A ci od dawna są mentalnie i ekonomicznie gotowi do takiej energetycznej wojny.

Rosyjskie koncerny naftowe, które wcześniej polegały na zagranicznych tankowcach, kupiły łącznie ponad sto statków w imieniu firm trzecich i wykorzystują obecnie schematy obchodzenia sankcji opracowane w Wenezueli i Iranie.

Tymczasem ceny spadły: według danych rosyjskich średnia cena ropy Urals w grudniu wynosiła 50 dol. za baryłkę — jest ona teraz o prawie 40 proc. tańsza od Brent. Nigdy wcześniej nie było takiej luki. Niezależny analityk Siergiej Wakulenko uważa jednak, że wycena rosyjskiej ropy stała się znacznie mniej przejrzysta i część surowca może być sprzedawana po wyższych cenach niż oficjalne.

W 2022 r. dochody rosyjskiego budżetu z ropy i gazu nie ucierpiały, a nawet wzrosły, ale dopiero w 2023 r. konsekwencje inwazji na Ukrainę zaczną być naprawdę odczuwalne przez Rosję.

Rosyjskie władze planują doprowadzić roczny budżet do deficytu w wysokości 2,9 bln rubli, czyli mniejsze niż w 2022 r. Ale aby to zrobić, rząd musiałby zebrać ponad 8 bln rubli w przychodach z ropy i gazu, które są obliczane na podstawie średniej cenę ropy na poziomie 70,2 dol. za baryłkę Urals — a ta cena wygląda na zawyżoną. Ale nawet te 8 bln oznaczałoby spadek przychodów o 24 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Przedwojenna Rosja i dzisiejsza to dwie różne potęgi energetyczne. Utrata europejskiego rynku gazu, sprzedaż ropy, produktów ropopochodnych, gazu oraz uzależnienie się od dwóch lub trzech dużych i bardzo trudnych nabywców, wszystko to oznacza spalanie zasobów.

Pod sankcjami będzie coraz mniej możliwości inwestowania w rozwój nowych pól, a istniejące pola będą zamykane wraz ze spadkiem produkcji. Gdy spadnie wielkość eksportu, nie będzie gdzie inwestować w starzejącą się infrastrukturę, nie mówiąc już o inwestowaniu w budowę nowych. Dlatego przesyłanie gazu rurociągowego do azjatyckich nabywców okaże się zadaniem niemożliwym.

Oczywiście, w ciągu ostatniego roku Rosja nie zubożała o ropę i gaz (według brytyjskiej korporacji BP, Rosja zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem potwierdzonych rezerw gazu i szóste pod względem potwierdzonych rezerw ropy). Radykalnie straciła jednak zaufanie.

— Myślę, że lato 2022 r. było szczytem rosyjskich wpływów w sektorze energetycznym. W ciągu najbliższych kilku lat Rosja straci status supermocarstwa w sektorze energetycznym — mówi Daniel Yergin. Pozostając największym krajem wydobywczym, Rosja straciła pozycję supermocarstwa energetycznego.

Posiadanie zasobów to przewaga, którą każdy, kto je ma, chętnie wykorzystuje. Robią to USA, Arabia Saudyjska i Kuwejt. Kraje i kartele prowadzą wojny cenowe, próbują wzajemnie usunąć się z rynków i budować wpływy polityczne poprzez sferę energetyczną. Jednak próby jawnego szantażu długoletnich partnerów prowadzą do jego upadku.

Rosja w szybkim tempie przekształciła się z supermocarstwa energetycznego w podrzędny kraj o ogromnych zasobach. Rosyjskie elity są jak spadkobiercy bogatej rodziny, sprzedający wszystko, co wpadnie im w ręce. Szemrane interesy, których będzie coraz więcej, pozwolą im napełnić kieszenie, ale nie pozwolą cieszyć się przywilejami supermocarstwa.

Ale sami politycy zachodni w swoim sprzeciwie wobec rosyjskiej agresji dzielą się na dwie nierówne grupy. Większość zgadza się, że nie wolno pozwolić Putinowi na wygranie wojny. Tylko mniejszość upiera się, że to nie wystarczy i że Rosja musi zostać całkowicie pokonana. Sądząc po ostrożności w dostarczaniu broni do Ukrainy i opóźnieniach w kluczowych sankcjach, przeważa podejście "nie da się wygrać".

W wojnie energetycznej sytuacja jest podobna. Jednym z dążeń jest uniemożliwienie Putinowi wpływania na światowe rynki i wywoływania kryzysów politycznych. Drugi to pozbawienie go możliwości finansowania wojny.

Stale mówi się o drugim celu, ale w rzeczywistości dąży się do pierwszego.

— Naszą intencją nie jest doprowadzenie do upadku rosyjskiej gospodarki. Naszym zamiarem jest zmuszenie Kremla do wyboru między utrzymaniem gospodarki na powierzchni a finansowaniem wojny — pisał "Financial Times", cytując urzędnika amerykańskiego ministerstwa skarbu.

Ubiegłoroczny spadek rosyjskiej gospodarki o 3,5 proc., deficyt budżetowy na poziomie 2,3 proc. oraz prawdopodobny w tym roku spadek dochodów z ropy i gazu to poważne straty. Ale kremlowscy autokraci inaczej postrzegają sytuację.

Rosja w tej sytuacji będzie mogła finansować wojnę przez długi czas, chociażby wydając środki z Funduszu Dobrobytu Narodowego, sprzedając walutę na rynku i podnosząc podatki dla firm z branży towarowej. Przy średniej rocznej cenie ropy Urals na poziomie 60 dol. i produkcji 10 mln baryłek dziennie, rząd musiałby jednak znaleźć 1 bln rubli rocznie, a przy niższych cenach dziura w budżecie będzie rosła. Niewykluczone, że już w tym roku rząd sięgnie po ostre metody mobilizacji dochodów — wywłaszczenie z pieniędzy firm i ludności.

Nie da się niestety przewidzieć punktu przełomowego, bazując tylko na stanie gospodarki. Wiek przetrwania obecnego reżimu rosyjskiego zależy w znacznie większym stopniu od czynników spoza sfery gospodarczej. To po pierwsze stosunek społeczeństwa do wojny, na który będą miały wpływ nowe fale mobilizacji. Po drugie, to właśnie brak decentralizacji władzy będzie napędzał sytuację wewnętrzną.

Ci jednak, którzy już snują plany na polityczną przyszłość Kremla, powinni założyć, że "następna Rosja" nie będzie miała finansowej poduszki bezpieczeństwa i że mosty energetyczne ze światem trzeba będzie budować od nowa.

onet.pl/meduza.io

poniedziałek, 6 lutego 2023


Decyzje prezydenta Rosji Władimira Putina dotyczące Ukrainy od czasu jego pierwszej nieudanej inwazji 24 lutego 2022 r. wskazują na (...) rozdźwięk między jego maksymalistycznymi celami a jego gotowością do podejmowania (...) ryzykownych decyzji niezbędnych do ich osiągnięcia. Putin być może działał w błędnym założeniu, że siły rosyjskie mogą zmusić Kijów do kapitulacji bez żadnych znaczących poświęceń wojskowych i postrzegał inwazję Rosji jako ograniczone i akceptowalne ryzyko. Na przykład zdobyte rosyjskie plany wojskowe ujawniły, że Kreml spodziewał się, że siły rosyjskie zajmą Kijów w ciągu kilku dni, rosyjskie służby wywiadowcze podobno spodziewały się upadku ukraińskiego wojska, a kremlowscy propagandyści prewencyjnie opublikowali wcześniej napisany artykuł wychwalający „zwycięstwo” Rosji 26 lutego 2022 r. Doniesienia, że ??Putin odrzucił prorocze ostrzeżenia rosyjskiego banku centralnego z lutego 2022 r. o wpływie wojny na Ukrainie na przyszłość rosyjskiej gospodarki w ramach surowych zachodnich sankcji, prawdopodobnie sugerują, że Putin błędnie zakładał, że Zachód nie obciąży dużymi kosztami jego inwazji. Porażka sił rosyjskich w bitwie o Kijów – a wraz z nią plan wojenny Kremla – zmusiła Putina do podjęcia złożonych decyzji, podczas gdy Kreml prowadził coraz bardziej kosztowną i przedłużającą się wojnę konwencjonalną. Putin jednak nadal niechętnie zarządzał trudne zmiany w rosyjskim wojsku i społeczeństwie, które są prawdopodobnie konieczne do uratowania jego wojny.

Putin konsekwentnie ignorował, opóźniał lub tylko częściowo wdrażał kilka prawdopodobnie niezbędnych pragmatycznych decyzji dotyczących jego inwazji. Putin niechętnie nakazał pełną mobilizację po kosztownym zdobyciu Siewierodoniecka i Łysyczańska w czerwcu-lipcu 2022 r. oraz kilku nieudanych ofensywach, które uszczupliły większość jego konwencjonalnej armii. Putin zignorował powtarzające się w maju 2022 r. apele rosyjskiego środowiska nacjonalistycznego o mobilizację rezerwistów, wypowiedzenie wojny Ukrainie, wprowadzenie stanu wojennego w Rosji i modernizację systemu powoływania do wojska. Putin zapewne obawiał się antagonizowania rosyjskiego społeczeństwa i zamiast tego priorytetowo potraktował rekrutację i tworzenie stosunkowo nieskutecznych nieregularnych formacji zbrojnych w okresie letnim. Putin próbował również zachować fasadę ograniczonej wojny, aby chronić znaczną część rosyjskiego społeczeństwa przed skalą i kosztami rosyjskiej wojny na Ukrainie. Od początku wojny do połowy grudnia Putin nie wygłaszał też wielu publicznych wystąpień związanych z wysiłkiem wojennym. Ponadto Putin nie próbował uciszyć dużej grupy rosyjskich prowojennych i ultra-nacjonalistycznych blogerów i osób publicznych, które popierały cele wojenne Putina, ale zaczął krytykować to, co postrzegali jako połowiczny rosyjski wysiłek wojenny.

Putin nadal wybierał stosunkowo mniej ryzykowne opcje, nawet w obliczu spirali niepowodzeń militarnych jesienią 2022 r. Putin zaczął akceptować niepopularne w kraju – i potencjalnie ryzykowne – polityki, takie jak ogłoszenie częściowej mobilizacji czy rozszerzenie stanu wojennego, dopiero długo po tragicznej sytuacji na liniach frontu, po sukcesach Ukrainy, stało się jasne, że Kreml potrzebuje dodatkowej siły bojowej. Putin mógł ogłosić większy wysiłek mobilizacyjny niż zgłoszone 300.000 żołnierzy, ale prawdopodobnie obawiał się, że już niepopularna perspektywa mobilizacji jeszcze bardziej zaszkodzi jego atrakcyjności w rosyjskim społeczeństwie. Putin dodatkowo podjął znaczny wysiłek retoryczny, aby zbagatelizować mobilizację, definiując ją jako mobilizację wybranych rezerwistów, mimo że rosyjskie ośrodki werbunkowe nie były w stanie przeprowadzić tak ukierunkowanej kampanii. Putin nie ogłosił też formalnie stanu wojennego poza obwodami chersońskim, zaporoskim, donieckim i ługańskim, (...). Putin tylko wybiórczo uspokajał blogerów, spełniając niektóre z ich żądań, takie jak rozpoczęcie „odwetowej” kampanii uderzeniowej przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej, powstrzymując się od realizacji innych wynikających z tego żądań, takich jak jasne zdefiniowanie rzekomych granic Rosji. 

(...)

Putin w szczególności polega na grupie kozłów ofiarnych, którzy publicznie podejmują ryzyko w jego miejsce i biorą na siebie winę za rosyjskie niepowodzenia wojskowe i niepopularną politykę. Putin pozwalał, a czasami przyczyniał się do krytyki rosyjskiego Ministerstwa Obrony przez rosyjskich blogerów, aby winę odwrócić od siebie. Na przykład Putin umieścił rosyjskiego ministra obrony Siergieja Szojgu i Ministerstwo Obrony, aby stali się twarzą jego najbardziej niepopularnej w kraju decyzji – nakazu częściowej mobilizacji – przez to, że Szojgu wyjaśnił przepisy dotyczące mobilizacji w wywiadzie telewizyjnym. Putin wielokrotnie też obwiniał rosyjskie MON za każdy problem związany z przeprowadzeniem częściowej mobilizacji, a nawet publicznie karcił MON i wzywał do wysłuchania krytyki. Putin wielokrotnie przetasowywał rosyjską strukturę dowodzenia przez całą wojnę i pozwalał obwiniać kolejnych dowódców, obciążając za ogólne niepowodzenia rosyjskiej armii poszczególnych dowódców, a nie jego nierealistyczny i maksymalistyczny cel przejęcia całej Ukrainy. Państwowe siatki propagandowe Putina zrzuciły także odpowiedzialność za kontrowersyjne wycofanie się Rosji z zachodniego brzegu obwodu chersońskiego i miasta Chersoń w listopadzie 2022 roku na byłego dowódcę rosyjskich sił zbrojnych na Ukrainie, generała armii Siergieja Surowikina (obecnie służącego jako zastępca dowódcy rosyjskiego zgrupowania na Ukrainie pod dowództwem nowego dowódcy, generała armii Walerija Gierasimowa), a Putin nie skomentował tej znaczącej rosyjskiej straty. Putin regularnie wykorzystywał rosyjską Dumę Państwową do ustalania warunków dla kontrowersyjnych decyzji, aby pokazać Putina jako zrównoważonego przywódcę. Putin wielokrotnie lekceważył skrajne propozycje rosyjskiej Dumy Państwowej, takie jak legalizacja Grupy Wagnera w Rosji lub pełne zaangażowanie w wezwania do nacjonalizacji mienia Rosjan, którzy uciekli z kraju w czasie wojny. Putinowi nie udało się też w pełni oddać ultra-nacjonalistycznej retoryki, która w naturalny sposób wypływa z jego maksymalistycznej inwazji na Ukrainę, pomimo wykorzystania niektórych jej elementów w uzasadnieniu wojny na Ukrainie.

Niechęć Putina do podejmowania ryzyka bezpośrednio związanego z jego konwencjonalną wojną na Ukrainie wskazuje, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby dążył do eskalacji nuklearnej lub wojny z NATO. ISW wcześniej oceniło, że rosyjskie groźby wojny konwencjonalnej wobec NATO nie odpowiadają możliwościom Rosji i że Rosja używa groźby nuklearnej przede wszystkim do zastraszania Zachodu. Putin ewidentnie ceni swoje wewnętrzne status quo i stara się unikać ryzykownej i kontrowersyjnej polityki wspierającej własne cele. Putin nadal udowadnia, że pozostaje człowiekiem wyrachowanym, który kładzie duży nacisk na eliminację ryzyka – nawet jeśli jego postrzeganie sytuacji odbiega od rzeczywistości. 

understandingwar.org

Siły rosyjskie zintensyfikowały działania na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Kontynuują presję na pozycje ukraińskie na wschodnim brzegu rzeki Oskoł i pomiędzy zachodnim brzegiem rzeki Żerebeć a granicą obwodów. Do osiągnięcia linii rzeki Żerebeć wojska agresora dążą z kolei na pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego, gdzie udało im się odepchnąć siły ukraińskie od Kreminnej. Według dziennika „Financial Times” z przekazanych Ukrainie zachodnich danych rozpoznawczych wynika, że w rejonie pomiędzy Kreminną a Łymanem może w ciągu 10 dni rozpocząć się nowa rosyjska ofensywa. Informacje o gromadzeniu tam nowych sił przeciwnika potwierdzają lokalne źródła ukraińskie.

Po obu stronach kanału Doniec–Donbas trwają walki o kontrolę nad drogą Bachmut–Konstantynówka. Główne natarcie rosyjskie kieruje się na Czasiw Jar, przez który przebiega ostatnia możliwa, choć trudna do wykorzystania przez obrońców z powodu ostrzałów, linia zaopatrzeniowa Bachmutu. Walki trwają również w południowej, wschodniej i północnej części miasta, a także w miejscowościach na północ od niego, gdzie w Paraskowijiwce siły ukraińskie bronią wyjścia sił rosyjskich na autostradę M03 w kierunku Słowiańska. Same zaś nie mogą już z niej korzystać ze względu na trwające walki i przecięcie prowadzącej do autostrady drogi po północnej stronie Bachmutu. Obrońcy informowali o odparciu kolejnych prób rosyjskiego natarcia na południe i wschód od Siewierska, w rejonie Awdijiwki i w szerokim łuku na zachód od Doniecka. Zmniejszyła się natomiast aktywność agresora na obrzeżach Wuhłedaru.

Ukraińskie władze Mariupola donoszą o znaczącym wzmocnieniu sił rosyjskich w mieście i jego okolicach. W ciągu tygodnia liczebność wrogiego zgrupowania miała się zwiększyć o 10–15 tys. i osiągnąć 30 tys. żołnierzy. Nowe siły mają docierać do Mariupola drogą morską. W transporcie 6 lutego znalazło się m.in. osiem wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych i dwa systemy S-300.

Rosjanie kontynuowali ataki rakietowe na zaplecze sił ukraińskich w Donbasie, gdzie celami były okolice Kramatorska i Kurachowego, a 5 lutego uderzyli również na Charków. Artyleria i lotnictwo agresora nie zaprzestawały ostrzału i bombardowań pozycji oraz zaplecza sił ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz na obszarach przygranicznych, choć liczba ostrzałów spadła do kilkudziesięciu na dobę. Stałymi celami ataków pozostają Chersoń i jego okolice, a także rejony Nikopola i Oczakowa. Dywersyjne działania ukraińskie objęły bazę paliwową i zakłady wytwarzające konstrukcje metalowe, które będą przeznaczone do odbudowy zniszczonego przęsła mostu Krymskiego w obwodzie biełgorodzkim.

Departament Obrony USA ujawnił szczegóły nowego pakietu wsparcia wojskowego o łącznej wartości 2,175 mld dolarów. W ramach Inicjatywy Wsparcia Bezpieczeństwa Ukrainy (Ukraine Security Assistance Initiative, USAI) przewidziano dostawy o wartości 1,75 mld dolarów, w tym m.in.: zestawy GLSDB (Ground-Launched Small Diameter Bomb) do wyrzutni HIMARS, dwie „sekcje ogniowe” systemu obrony powietrznej HAWK (najprawdopodobniej cztery wyrzutnie), niesprecyzowanego typu działka przeciwlotnicze z amunicją, również niesprecyzowane wyposażenie do integracji zachodnich systemów obrony powietrznej z systemem ukraińskim, systemy antydronowe, cztery stacje radiolokacyjne do wykrywania celów powietrznych oraz 20 radarów artyleryjskich. W puli prezydenta USA (Presidential Drawdown of Security Assistance, PDA), o wartości 425 mln dolarów, mają się znaleźć m.in. kolejne pociski naprowadzane GMLRS do wyrzutni HIMARS, 181 samochodów MRAP, amunicja artyleryjska 155 mm i granaty moździerzowe 120 mm, 190 karabinów maszynowych 12,7 mm z amunicją i wyposażeniem przeznaczonym do zwalczania dronów, 250 przeciwpancernych pocisków kierowanych Javelin oraz 2 tys. ręcznych granatników przeciwpancernych jednorazowego użytku. Po raz pierwszy Pentagon nie wymienił liczby dostarczanej amunicji artyleryjskiej.

Minister obrony Ołeksij Reznikow wyraził nadzieję, że podczas kolejnego spotkania tzw. grupy Ramstein 14 lutego państwa wspierające Ukrainę podadzą precyzyjne informacje dotyczące liczby czołgów, jakie zamierzają przekazać Kijowowi, a także planowanego terminu dostawy. 6 lutego „za granicą” (w Polsce i najprawdopodobniej również w Niemczech) ma się rozpocząć szkolenie ukraińskich załóg czołgów Leopard 2. Według Reznikowa trwają jeszcze rozmowy o dostawach części zamiennych oraz o obsłudze i remoncie czołgów. O negocjacjach na temat pozyskania z Niemiec podzespołów dla leopardów przewidzianych do dostarczenia Ukrainie (co ma nastąpić do końca marca) powiadomił także premier Portugalii, choć nadal nie jest znana ostateczna liczba czołgów, jaką Lizbona planuje przekazać. Do Polski dotarł pierwszy Leopard 2A4 z Kanady (Ottawa zobowiązała się dostarczyć cztery czołgi).

Dowódca ukraińskich Sił Powietrznych generał Mykoła Ołeszczuk poinformował o wyjeździe na szkolenie żołnierzy mających obsługiwać systemy obrony powietrznej SAMP/T-Mamba (przekazanie systemów w tej wersji ostatecznie uchwaliły Francja i Włochy). Wiosną mają oni powrócić na Ukrainę wraz z nową bronią.

5 lutego szef frakcji Sługa Narodu Dawyd Arachamija potwierdził, że na zamkniętym posiedzeniu klubu parlamentarnego uzgodniono zmiany kadrowe. Minister obrony Ołeksij Reznikow ma ustąpić ze stanowiska i zostać zastąpiony przez obecnego szefa wywiadu wojskowego (HUR) Kyryła Budanowa. Na czele HUR stanie Roman Maszowiec, w przeszłości służący w specnazie HUR, współorganizator sił operacji specjalnych, a od kwietnia 2020 r. jeden z zastępców szefa Biura Prezydenta. Stanowisko ministra spraw wewnętrznych, wakujące od czasu śmierci ministra Denysa Monastyrskiego w katastrofie śmigłowca, ma objąć dotychczasowy szef Policji Narodowej Ihor Kłymenko, zaś szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy zostanie dotychczasowy pełniący obowiązki Wasyl Maluk. Arachamija podkreślił, że zmianom kadrowym przyświecała idea, aby resorty odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa powierzyć nie politykom, lecz doświadczonym funkcjonariuszom. 6 lutego Arachamija oświadczył, że w tym tygodniu nie dojdzie do zmian kadrowych w Ministerstwie Obrony, co jest wiązane z udziałem Reznikowa w kolejnym spotkaniu grupy Ramstein.

Ujawniane są kolejne afery korupcyjne. 3 lutego Prokuratura Generalna poinformowała, że jeden z doradców wiceministra obrony jest podejrzany o defraudację środków na zakupy dla sił zbrojnych w wysokości 1,7 mld hrywien (45 mln dolarów). Tego samego dnia SBU zatrzymała celników z obwodów odeskiego i czerniowieckiego. Są oni podejrzani o wymuszanie łapówek (500–700 dolarów) za wydanie dokumentów zezwalających na wwiezienie na Ukrainę pomocy humanitarnej dla sił zbrojnych.

4 lutego resort spraw wewnętrznych przekazał, że nabór do ochotniczych oddziałów szturmowych MSW cieszy się dużym zainteresowaniem. Według wstępnych danych gotowość do służby zadeklarowało ponad 3 tys. osób. 6 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski skierował do parlamentu projekt ustaw o przedłużeniu stanu wojennego i powszechnej mobilizacji o kolejne 90 dni.

Komentarz

Z informacji dochodzących z rejonów działań wynika, że agresor przygotowuje się do eskalacji na dwóch kierunkach – wschodnim i południowym. Jednocześnie doniesienia z Mariupola nie przesądzają, czy docierające tam siły wzmocnią rosyjskie zgrupowanie w obwodzie zaporoskim czy donieckim. Nie jest jednak pewne, że stanowi to przygotowanie do ofensywy porównywalnej do obserwowanej w początkowym okresie wojny, w którym dominowały działania manewrowe. Nie można wykluczyć, że – wzorem obecnie prowadzonych działań – przełamanie obrony ukraińskiej nie będzie wiązało się z głębokim uderzeniem w głąb ugrupowania obrońców, a jedynie z wymuszeniem na nich wycofania na kolejną linię obrony i dalszym wyczerpywaniem ich potencjału w długotrwałych walkach pozycyjnych. Nadal bowiem zgromadzone na Ukrainie siły rosyjskie – według ostatnich ocen ukraińskiego wywiadu wojskowego jest to 326 tys. wojskowych – należy ocenić jako zbyt nieliczne w starciu z ukraińskimi (łącznie do 1 mln żołnierzy).

Dymisja ministra obrony wydaje się przesądzona, choć prawdopodobnie Reznikow będzie jeszcze reprezentował Ukrainę podczas planowanego na 14 lutego spotkania w formacie Ramstein. Ujawniane od końca stycznia kolejne przypadki korupcji i nadużyć finansowych w resorcie oraz dymisje urzędników odpowiedzialnych za zamówienia publiczne nie tylko poważnie nadszarpnęły jego wizerunek, lecz także podały w wątpliwość skuteczność działania organów kontrolnych. Najprawdopodobniej niewystarczające do utrzymania stanowiska okazały się jego próby uspokojenia atmosfery wokół resortu, takie jak zapowiedź utworzenia rady antykorupcyjnej z udziałem aktywistów, powołanie wyspecjalizowanego departamentu do spraw kontroli działalności ministerstwa czy częściowe ujawnienie zamówień obronnych w oparciu o odrębny wojskowy system elektronicznych zamówień publicznych.

Oczekiwane objęcie resortu obrony przez dotychczasowego szefa wywiadu wojskowego jest najważniejszą zmianą kadrową od początku wojny. Budanow cieszy się zaufaniem prezydenta Ukrainy, ma do niego bezpośredni dostęp, a jego dotychczasowe osiągnięcia w kierowaniu operacjami wywiadu wojskowego skutecznie osłabiały siły rosyjskie. Jego dużymi atutami są rozpoznawalność w środowisku międzynarodowym oraz dobre kontakty z przedstawicielami zachodnich służb specjalnych, co ułatwi mu realizowanie celów polityki wojskowej, zwłaszcza w zakresie pozyskiwania dalszych dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Należy również spodziewać się, że podejmie on działania na rzecz daleko idącej wymiany kadrowej w resorcie oraz dokona zmian organizacyjnych mających utrudnić tworzenie kolejnych schematów korupcyjnych. Budanow nie straci też wpływu na funkcjonowanie wywiadu wojskowego, który jest podległy szefowi resortu.

osw.waw.pl

Mam poczucie jakby w Kazachstanie i w Uzbekistanie nie było biednych Rosjan. Kostia żyje w przestronnej kawalarce w samym centrum zeuropeizowanej Ałmaty, gdzie znajdują się wyłącznie fancy cafe, posh restaurants i boutique hostels. Siadam z nim w modnej kanjpie, po brzegi wypełnionej Rosjanami z laptopami.

— Nie czuję się imigrantem — tłumaczy. — Mieszkam w najlepszym rejonie miasta, przyleciałem do Ałmaty klasą biznesową Aerofłotu, wybieram restauracje dobre, a nie tanie. We wtorki gram bluesa z rosyjskimi jazzmanami, którzy żyją po cztery osoby w pokoju. Ale to wyjątki. Rosjanie zabierają tutaj najlepsze miejsca pracy. Kilka ulic stąd znajduje się modny klub. Kiedy poszedłem tam pierwszy raz, obsługiwało mnie czterech kazachskich barmanów. W kolejny piątek dwóch z nich zostało zastąpionych Rosjanami. Za tydzień nie było już ani jednego Kazacha. Właściciel wolał za wyższą stawkę zatrudnić barmanów z Moskwy, którzy wygrywali międzynarodowe konkursy.

Większość moich rozmówców zabrała miejscowemu pracę lub mieszkanie. Nawałnica miliona Rosjan spowodowała, że w Uzbekistanie ceny wynajmu skoczyły o 250 proc., w Kazachstanie o 150 proc. Mieszkańcy większych miast — Astany, Ałmaty, Taszkientu czy Samarkandy — musieli przenieść się do lokali mniejszych i gorzej zlokalizowanych, często na przedmieścia.

W Kazachstanie, gdzie oficjalnymi językami pozostają rosyjski i kazachski, nie było problemu z rosyjskojęzycznym usługami, ale w Uzbekistanie sklepy, restauracje, centra handlowe, przychodnie i banki miały z tym kłopot. Po upadku ZSRR zamordystyczny uzbecki autorytaryzm w trybie przyspieszonym przeprowadzał derusyfikację, islamizację i nacjonalizację. Większość Uzbeków urodzonych po 1991 r. nie mówi po rosyjsku i wcale nie ma ochoty się uczyć.

Z Kostią od razu mówimy sobie po imieniu. Mamy wspólnego znajomego i obaj pracowaliśmy dla instytucji państwowych. Kostia ma wiele rzeczy. Lekką nadwagę, fajnie, kręcone włosy, pieniądze, znakomity angielski, ogromną wiedzę, wpływowych rodziców oraz ich kompleks — choć nie powinien. Był współpracownikiem Aleksieja Kudrina (szefa rosyjskiej Izby Obrachunkowej), a w wieku 30 lat został dyrektorem departamentu ds. współpracy międzynarodowej i zmian klimatu w ministerstwie ekologii.

— Kiedy przylatywałem w delegację do Indii, na lotnisku czekał na mnie kierowca. "Tędy Konstantinie Pietrowiczu, przygotowaliśmy dla pana stolik, Konstantinie Pietrowiczu, minister już czeka, Konstantinie Pietrowiczu". A teraz szukam pracy i wiem, że nawet jeśli ją znajdę, będę szeregowym ekspertem czy specjalistą. Moim szczytowym osiągnięciem było 30 minut sam na sam z Johnem Kerrym.

Rodzice Kostii to klasyczni państwowcy. Pierwsze 10 lat życia spędził w jednym z krajów Azji Wschodniej, gdzie rodzice kierowali rosyjskim Instytutem Kultury. Potem jego ojciec wykładał na uczelni dyplomatycznej MGIMO (Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych), a mama uczyła języków bliskowschodnich w szkole KGB. Dlatego zgadza się na rozmowę tylko pod warunkiem, że nie będę go pytał o sprawy rosyjskie. — Nie chcę źle mówić o swoim kraju, a nic dobrego powiedzieć nie mogę.

Pytam go, czy jest mażorem (odpowiednik polskiego bananowego dziecka). Zamyśla się.

— Dziś już nie, bo nie mam bogatych rodziców — mówi.

Leci biznesowym Aerofłotem, ale nie ma bogatych rodziców. Witajcie w Rosji.

— Rodzice uratowaliby cię przed mobilizacją, gdybyś nie mógł wyjechać?

— Tak, stworzyli dla mnie odpowiednie zabezpieczenia, które na 90 proc. by mnie uratowały. Ale ja od dawna chciałem wyjechać z Rosji. Wojna tylko to przyspieszyła.

(...)

Bogdan, tak jak i wielu jego znajomych inwestujących w kryptowaluty czy grających na giełdzie, uważa, że pieniądze mają krótką pamięć. Kiedy tylko wojna się skończy, zachodni inwestorzy wrócą do Rosji, a być może on razem z nimi.

Podobnie uważa Aleksander, który obsługuje portfele inwestycyjne bogatych Rosjan — jednym z jego klientów jest znany oligarcha. Aleksander mieszka w kurorcie z polami golfowymi i konsjerżami.

Za niedługo mają dołączyć do niego żona i syn, dlatego już teraz wynajął willę. Kiedy zobaczyłem go w korytarzu, pomyślałem, że w moim kierunku podąża klon Michaiła Chodorkowskiego. Za chwilę okazało się, że nawet mówi jak znany oligarcha — tak cichym głosem, że musiałem się do niego nachylać, by usłyszeć każde słowo. Spotkaliśmy się o 9 rano. Dostałem 2 godziny, zanim w Moskwie zacznie pracować giełda.

Jego rodzice to sowieccy inżynierowie pracujący przy technologii nuklearnej. On sam zaczynał od branży komputerowej, a przez dwie pierwsze dekady putinizmu współpracował z finansowymi instytucjami Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Cypru, co po wprowadzeniu sankcji przestało być możliwe. Mimo to wciąż fanatycznie wierzy w pieniądze. — Na wojnie traci każdy, dlatego pokój zostanie podpisany w 2023 r. Wszystko wróci do normy, a ja wrócę do Moskwy.

Aleksandr wierzy w pieniądze, ale w prawdę już nie.

— Sporo czytam — media opozycje i źródła zagraniczne — ale ciężko się połapać w propagandzie obu stron — w jego optyce wojennej znajdują się straty finansowe, ale nie ludzie ani rozróżnienie na rosyjskiego kata i ukraińską ofiarę.

— Wychodził pan kiedykolwiek protestować? — chcę go wytrącić z równowagi.

— Przeciwko?

— Bo ja wiem... Powrotowi Putina do władzy, podwyższeniu wieku emerytalnego, wojnie?

— A jaki to ma sens? Na Białorusi i w Serbii ludzie masowo wychodzili na ulicę i co osiągnęli? Nic. Zmiażdżyła ich machina państwowa. Tak samo będzie w Rosji. A jak ktoś z Zachodu nie wierzy, to zapraszam do Rosji. Kilka lat temu kupiłem mieszkanie w zabytkowej kamienicy w centrum Moskwy — mówi to jakby na potwierdzenie swojego bogactwa, bo takie mieszkanie kosztuje kilka milionów dolarów, nie licząc łapówek.— Oczywiście wkrótce znalazł się deweloper powiązany z władzą, który dostał pozwolenie na wyburzenie kamienicy. Musiał jedynie wykurzyć lokatorów. Kiedy nie godziłeś się na oferowaną cenę, tak jak ja, pojawiały się kontrole, a potem policja. Spędziłem kilka nocy w areszcie. W końcu i tak zmusili mnie do sprzedaży. Tak wygląda protestowanie w Rosji.

Staje się dla mnie oczywiste, że Aleksander nie jest cynikiem. Za swoją delikatną powierzchownością ukrywa złość, która w momencie wybuchu będzie żałosna i rozpaczliwa. Natomiast za cyniczną wiarą w siłę pieniądza, której sam przecież zaprzecza, chowa bezsilność i strach wobec nagiej przemocy wewnątrz Rosji. A poza wszystkim, tutaj, jego wielkie pieniądze są fikcją.

Fundusze Rosjan w bankach zagranicznych w 2022 r. podwoiły się do 67 mld dolarów. Dla gospodarek obszaru postsowieckiego po pandemii COVID-19 to błogosławieństwo. Wzrasta konsumpcja "wewnętrzna", na czym korzysta sektor usług. Przyjezdni Rosjanie tylko czekają jednak, by ruszyć dalej, zostawić za sobą postsowieckie prowincje.

A kiedy pieniądze przychodzą znienacka i tak samo znikają, pozostawiają po sobie niezrealizowane inwestycje i recesję. Powodują inflację, która tak jak w przypadku mieszkań najmocniej uderza w biednych. Klasa średnia kupi gorszej jakości i tańszy produkt, ale biedni zaczną rezygnować z tego, co niezbędne do życia.

Dlatego władze państw takich jak Uzbekistan i Kazachstan — o Gruzji, Armenii i Kirgistanie nie wspominając — starają się zatrzymać Rosjan, ale bez skutku. Rosjanie chcą uciekać. Im szybciej, tym lepiej.

onet.pl

niedziela, 5 lutego 2023


W ubiegłym roku trafiły z Turcji do co najmniej 10 rosyjskich firm objętych sankcjami USA towary o wartości ponad 30 mln USD; do Rosji wysyłano również towary produkcji amerykańskiej — poinformował dziennik "Wall Street Journal" na podstawie analizy danych handlowych. Co najmniej 13 tureckich przedsiębiorstw wyeksportowało w 2022 r. towary o wartości minimum 18,5 mln dolarów służących potrzebom rosyjskiego wojska. Były wśród nich tworzywa sztuczne, wyroby gumowe i pojazdy.

Ponadto tureckie firmy wyeksportowały do Rosji generatory prądu, kierownice do ciężarówek, filtry do silników oraz elementy służące do produkcji podzespołów elektronicznych produkcji amerykańskiej o wartości 15 mln USD z naruszeniem amerykańskiej kontroli eksportu.

(...)

Premier Saksonii Michael Kretschmer uważa, że UE popełniła błąd, znosząc ułatwienia wizowe dla Rosjan. Jego zdaniem dużym błędem było odcięcie drogi do Unii Europejskiej dla ludzi z Rosji, którzy nie chcieli odbyć służby wojskowej ani iść na wojnę z Ukrainą.

(...)

"Perspektywa ostatnich dni oraz dokonana przez wielu interpretacja moich zamiarów i słów w sposób sprzeczny z moimi intencjami pokazuje, iż pomyliłem się, a sytuacja wymagała większej ostrożności" — napisał arcybiskup Sawa w specjalnie wydanym komunikacie. Zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego tłumaczy się tym samym z listu do patriarchy moskiewskiego i całej Rusi, Cyryla, który dziennikarz Onetu Witold Jurasz wprost nazwał "haniebnym".

onet.pl

Kremlowi w 2023 r. będą zagrażać nie liberałowie, ale patrioci niezadowoleni z porażek rosyjskiej armii w wojnie z Ukrainą — uważa Oleg Matwiejczew, deputowany do Dumy Państwowej z partii Jedna Rosja. W rozmowie z PolitNavigatorem ostrzegł przed groźbą turbo patriotycznego Majdanu w Rosji.

Deputowany zauważył, że wszyscy liberałowie uciekli z Rosji i skompromitowali się. Komuniści — jak mówił — nie byliby w stanie wyprowadzić ludzi na ulice również dlatego, że w czasie wojny sprawa niskich pensji i nieudanej reformy emerytalnej zeszła na dalszy plan.

— Temat korupcji też. Ludzie nie są już idiotami. Rozumieją, dlaczego Aleksiej Nawalny był potrzebny, dlaczego te tematy korupcyjne były wyróżniane — powiedział Matwiejczew.

Według Matwiejczewa jedynym zagrożeniem dla państwa jest teraz "turbo patriotyczny Majdan z lekkim lewicowym programem i jednoczesnym mówieniem o korupcji". To jest właśnie sposób na wyprowadzenie ludzi — zauważył deputowany.

— Powodem niezadowolenia może być wszystko — zauważył Matwiejczew. — Jeszcze raz zdarzy się coś takiego jak Izium czy Bałaklija i będzie kolejna histeria: "wyjdźmy na ulice i usuńmy jakiegoś »złodzieja Szojgu«" — dodał.

Zdaniem Matwiejczewa, "turbo patrioci" będą próbowali przeforsować swojego kandydata w wyborach prezydenckich. Wszystko pójdzie "scenariuszem Majdanu" — przewiduje.

Analityk polityczny Abbas Galiamow zauważył, że ustami Matwiejczewa Kreml oskarżył "turbo patriotów" o grożenie krajowi Majdanem.

— Ogólnie rzecz biorąc, oskarżenia o nastroje "majdańskie" w Rosji zwykle poprzedzają represje. Wygląda na to, że nadszedł czas na "patriotów". W każdym razie najnowsze chińskie ostrzeżenie zostało do nich wysłane — napisał Galiamow na swoim kanale na Telegramie.

Niepowodzenia rosyjskiej armii na froncie wywołują niezadowolenie wśród tzw. Z-patriotów — Rosjan, którzy aktywnie wspierają wojnę w Ukrainie. Na przykład w dniu, w którym rosyjscy generałowie Siergiej Szojgu i Siergiej Surowikin ogłosili kapitulację Chersonia, w Moskwie zatrzymano mężczyznę z transparentem. Jak relacjonowała Astra, brzmiał on: "Zdrajcy, rozp... wszystko".

Kontrolowany przez Grupę Wagnera kanał telegramowy Szara Strefa nazwał decyzję o oddaniu Chersonia zarówno zdradą, jak i handlem ziemią narodową.

onet.pl

W październiku 2022 roku szef ukraińskiego wywiadu generał Kyryło Budanow stwierdził, że według niego doniesienia o tym, że Władimir Putin korzysta z sobowtórów, są prawdziwe. Budanow uważa, że rosyjski dyktator korzysta z co najmniej trzech aktorów łudząco do niego podobnych. Tak samo mówi rosyjski obrońca praw człowieka Mark Fejgin. Od tego momentu często pojawiają się niepotwierdzone informacje, że to nie Władimir Putin pojawia się na zdjęciach i nagraniach, a właśnie jego dublerzy. Wskazywać ma na to m.in. podejrzana opuchlizna na twarzy Putina czy to, że podczas spotkania ze studentami dyktator wystąpił w botkach na wysokim obcasie. Według ukraińskiego wywiadu władze w Moskwie korzystają z dublerów, by ukryć zły stan zdrowa Władimira Putina. 

Głos w sprawie zabrała teraz Simone Malik. Pochodząca z Wielkiej Brytanii kobieta przeanalizowała stare i nowe zdjęcia prezydenta Rosji, skupiając się na "kluczowych obszarach" twarzy Putina - nosie, uszach i ustach. Na tej podstawie stwierdziła, że jest "prawie pewne", że Putin nie używa dublerów. 

- Analizując kluczowe punkty jego twarzy, jestem przekonana, że na każdym zdjęciu widzimy "prawdziwego" Putina. Rozpoznaję charakterystyczne załamanie jego małżowiny usznej oraz nietypowy, wyraźny skos linii górnej wargi - powiedziała Malik w rozmowie z "Daily Star".

- Co do jego ust, to widać, że nawet w młodości są one pochylone z lewej strony - widać to także wtedy, kiedy się uśmiecha (niesymetryczny uśmiech) i bez względu na to, z jakiej perspektywy robione jest zdjęcie. Jest to obszar, który nieco zmienił się z wiekiem, ale nadal występuje - dodała Simone. - Ma takie samo nachylenie nosa z profilu bocznego, każdy kąt, w porównaniu ze zdjęciami z młodości, jest ten sam - podsumowała. Jak zaznaczyła w wywiadzie, krzywa linia warg, załamanie małżowiny usznej czy kształt nosa jest taki sam u Putina na wszystkich zdjęciach - tych starych, jak i nowych. 

Malik dodała, że "okrągła i pulchna" twarz Putina związana jest z "naturalnym starzeniem się lub przebiegiem choroby". Kobieta, która dawnej pracowała jako pielęgniarka, podkreśliła, że prezydent Rosji jest też bledszy niż przed laty, przez co wygląda na schorowanego - ale to też nie oznacza, że korzysta z dublerów. 

gazeta.pl

sobota, 4 lutego 2023


wnp.pl: Jaka jest aktualna sytuacja polityczna i militarna wokół Armenii? Odnotowano ostatnio demonstracje antyrosyjskie w Erywaniu. Na dodatek premier Nikol Paszynian spektakularnie odmówił podpisania dokumentu końcowego z posiedzenia (w Erywaniu) szefów państw tworzonego przez Rosję sojuszu części krajów posowieckich - ODKB. Jak to ocenić? Czyżby Armenia zmieniała status geopolityczny i odchodziła od związków z Rosją w stronę ściślejszych kontaktów z Zachodem?

Hakob Badalyan: - W Armenii odczuwamy, że obecna architektura bezpieczeństwa kraju, oparta na członkostwie w ODKB, nie zdaje egzaminu. Władze w Erywaniu wyrażają niezadowolenie z postawy najważniejszego sojusznika militarnego.

Notabene: to niezadowolenie demonstrował także poprzedni prezydent, Serż Sarkisjan. Jeszcze w roku 2015 miał żal do szefów krajów należących do ODKB, że unikają kontaktu z przywódcą Armenii. Ten zarzut padł podczas forum tej organizacji w Moskwie. Widać zatemc, że już od dawna system wzajemnych sojuszy nie działa...

Tyle że Armenia nie ma jak wycofać się z ODKB - zakończyłoby się to zdecydowanym pogorszeniem stosunków z Rosją. Dlatego też władze w Erywaniu starają się ciągle balansować między Moskwą  a Zachodem, przy jednocześnie ciągłym uczestnictwie w strukturach międzynarodowych tworzonych przez Rosję. Bo alternatywy jakoś nie widać...

Rosja napadła na Ukrainę i ciągle brakuje jej tam żołnierzy. Czy zatem baza rosyjska w armeńskim Giumri także wysyła swoich wojowników na Ukrainę? Czy nie oznacza to, że tych żołnierzy w Armenii jest po prostu dużo mniej? Czy nie zmniejszano również stanów liczebnych rosyjskich „sił rozjemczych” w Karabachu?

- Oficjalnych danych w tej kwestii się nie publikuje, chociaż wiadomo, że Rosja przerzuciła część sił stacjonujących w Armenii na front ukraiński.

Wojna prowadzi do zdecydowanego zmniejszenia możliwości Moskwy jako moderatora konfliktów w regionie. Władze Azerbejdżanu starają się wykorzystać spadek roli Rosji do umocnienia własnych pozycji.

Tym bardziej że Zachód jakby przymykał oczy na wiele działań azerskich, mając na względzie rolę Azerbejdżanu w zaopatrzeniu Europy w surowce energetyczne. Azerbejdżan i Turcja sugerują nowe warunki traktatów pokojowych w regionie. Równolegle Baku i Ankara starają się uzyskać poparcie na Zachodzie.

Jak po zakończeniu działań wojennych wygląda sytuacja geopolityczna samego Karabachu? Czy region ma bezpośrednie połączenie z Armenią? Jak wygląda sytuacja wokół teoretycznie wynegocjowanego lądowego połączenia Azerbejdżanu z jego oddzieloną przez terytorium Armenii eksklawą (to część terytorium państwa lub innej jednostki administracyjnej, położona w oddzieleniu od głównego jego obszaru, lecz na tym samym obszarze lądowym) Nachiczewan?

- Bezpośrednie połączenie Karabachu z Armenią zostało zablokowane nieco ponad miesiąc temu przez tak zwanych ekoaktywistów. To - wedle wszelkich znaków - funkcjonariusze azerskich specsłużb. Rosyjskie „wojska pokojowe” nie miały żadnej możliwości zastopowania tych „aktywistów”.

Nie widać też aktywności dyplomatycznej Rosji w sprawie odblokowania połączenia Karabachu z Armenią. A to przecież było to zagwarantowane w umowie podpisanej 9 listopada 2020 roku. Gwarantem wypełnienia tego zobowiązania miały być właśnie rosyjskie „siły pokojowe”.

Sam Alijew pewnie nie zdobyłby się na taką odwagę, ale ma za sobą Turcję. Erdogan gra o powiększenie swoich wpływów w regionie, o odtworzenie pantureckiej przestrzeni od Stambułu po granicę z Chinami. Azerbejdżan jest bardzo ważnym elementem tej układanki.

Rosja co prawda próbuje negocjacji z Turkami, ale obecnie ma zbyt słabą pozycję. A Zachód nie jest zainteresowany zrażaniem sobie takiego sojusznika jak Turcja i dostawcy ropy oraz gazu, czyli Azerbejdżanu.

Armenia czuje się zatem osamotniona w tym konflikcie. A 120 tysięcy Ormian mieszkających w Karabachu znajduje się w faktycznej blokadzie, władze azerskie zablokowały bowiem cały tranzyt z Armenii. Dotyczy to także połączenia gazociągowego oraz linii zasilania energetycznego. Obecnie  Karabach wykorzystuje zatem swoje rezerwy. Wprowadzono tam ostry reżim oszczędnościowy.

Władze w Baku chciałyby powrotu do sytuacji sprzed roku 1990, w której Karabach byłby integralną częścią Azerbejdżanu, przy zachowaniu jednak szerokiej autonomii tego regionu. Czy jest jakaś grupa opiniotwórcza w samym Karabachu, która na zasadzie dziejowego kompromisu byłaby gotowa do zaaprobowania takiego rozwiązania?

- Gotowość do takich rozmów wyrażają władze Karabachu. Pod takim jednak warunkiem, że oficjalnie Baku uzna, iż to rozmowa z władzami tego regionu. Azerowie natomiast, owszem, chcą rozmawiać z przedstawicielami Karabachu, ale na zasadzie podległości obywateli swego państwa z centrum zarządzającym... To by oznaczało faktyczny eksodus Ormian z Karabachu. I można odnieść wrażenie, że o to chodzi władzom Azerbejdżanu. Bo stanowiska stron są zbyt rozbieżne.

Elementem negocjacji po zakończeniu działań wojennych jesienią 2020 roku było także lądowe połączenie Azerbejdżanu z jego eksklawą - Nachiczewanem. Jedyne połączenie wiodłoby przez Armenię. Czy to możliwe do realizacji?

- Ta kwestia była również wpisana do porozumienia z listopada 2020 roku, przy czym nie ma tam mowy o jakimś korytarzu eksterytorialnym. Miałaby to być zwykła droga, która prowadziłaby częściowo po terenie Armenii. Teoretycznie miałaby być ona (wedle układu z 9 listopada 2020 roku) pod kontrolą rosyjskich pograniczników.

To jednak obecnie nie satysfakcjonuje ani Azerbejdżanu, ani Turcji. Bo Ankara chciałaby uczynić z tego połączenia element integracji, poprzez graniczący z nią Nachiczewan, z pozostałą częścią "świata tureckiego" - przez Azerbejdżan, Morze Kaspijskie do Kazachstanu i innych państw tego regionu.

Obecność rosyjskich pograniczników nie jest zatem wymarzonym scenariuszem dla władz tych krajów. W Baku i Ankarze chciano by wykorzystać obecną słabość Rosji do rozwiązania tej kwestii wedle własnych planów.

Władze Armenii nawiązały bezpośrednie kontakty z przedstawicielami Erdogana. Elementem tych rozmów miało być rzekome otwarcie, zamkniętej od początku lat dziewięćdziesiątych, granicy turecko-armeńskiej. To by oznaczało całkowitą zmianę kontaktów armeńsko-tureckich...

- Póki trwa konflikt Armenii z Azerbejdżanem, trudno mówić o jakiejkolwiek normalizacji. A otwarcie granicy to byłby przecież jej element.

Dla Turcji nie jest to jakaś kluczowa sprawa. Ankara po prostu stara się robić dobre wrażenie w Moskwie, jak i Waszyngtonie, Brukseli czy nawet w Erywaniu. To działa na zasadzie - ile się uda wygrać na każdym z tych kierunków. Obecnie możliwy jest transport towarów pomiędzy Turcją i Armenią.

Ponadto - jeszcze w lipcu ubiegłego roku - ustalono, że przejścia graniczne pomiędzy Turcją i Armenią będą otwarte dla obywateli państw trzecich. Ta akurat umowa jednak nie weszła w życie.

Otwarcie granicy zależy jednak także od tendencji w polityce światowej. Jeśli władze tureckie dojdą do wniosku, że korzystna dla ich kraju byłaby jakaś forma uregulowania kontaktów dwustronnych, zrobią to bez oglądania się na Azerbejdżan.

Armenia ma bardzo dobre kontakty z Iranem. Czy to nie przeszkadza w kontaktach z Zachodem?

- Władze Iranu podchodzą zaś z nieufnością do naszych kontaktów z Zachodem. Zadaniem dyplomacji armeńskiej jest wyjaśnienie - tak Zachodowi, jak i Iranowi - że taki model kontaktów międzynarodowych jest bardzo korzystny dla Erywania.

Iran jest najbardziej zainteresowany bezpieczeństwem Armenii, gdyż to żywotny kierunek dla Teheranu. Władze Armenii w kontaktach z Iranem działają bez żadnych oficjalnych i gromkich deklaracji. Po prostu: kontakty te rozwijają się na zasadzie faktów - to choćby bezwizowy ruch między naszymi krajami.

Jest jeszcze jeden sąsiad Armenii: Gruzja. Przez ten kraj odbywa się chociażby handel międzynarodowy z Turcją. Z tego też względu formalny obrót towarowy Armenii z Gruzją jest bardzo duży. Jednocześnie władze Gruzji delikatnie skłaniają się ku Rosji, choć społeczeństwo jest jednoznacznie prozachodnie.

- Armenia i Gruzja mają wspólny interes - stabilność na Kaukazie. Są to bowiem kraje najbardziej narażone na ataki zewnętrzne. Wzajemne kontakty są jednak nieco utrudnione w związku z inną pozycją geopolityczną każdego z tych krajów.

Armenia to formalny sojusznik Rosji. Gruzja zaś formalnie dąży do integracji z Zachodem. Ponadto Gruzja stoi na stanowisku poszanowania granic uznawanych przez społeczność międzynarodową. Chodzi tu głównie o oderwane przez Rosję separatystyczne „republiki” - Abchazję i Osetię Południową. Dlatego też Tbilisi konsekwentnie nie uznaje secesji Karabachu od Azerbejdżanu.

W samej Gruzji natomiast bardzo zwiększają się wpływy Turcji i Azerbejdżanu. To bardzo mocno wpływa na politykę zagraniczną tego kraju, doprowadzając do dystansu w oficjalnych stosunkach Tbilisi z Erywaniem. Jednocześnie władze obydwu krajów oficjalnie ogłaszały niejednokrotnie, że nie ma między nimi żadnych kwestii spornych.

Moskwa nie naciskała na władze Armenii, by te uznały „niepodległość” Abchazji i Osetii Południowej?

- Takiego nacisku na władze Armenii nie było. Nie przyniosłoby to Rosji żadnej realnej korzyści. Co najwyżej bardziej zraziłoby Gruzję i pchnęło ją jeszcze wyraźniej w orbitę wpływów Turcji i Azerbejdżanu. A Moskwa przecież czyni wszystko, by - na swoich warunkach - jednak przyciągnąć Gruzję w swoją orbitę wpływów. Dobre stosunki pomiędzy Armenią i Gruzją w pewnym sensie ułatwiają szanse rosyjskie na osiągnięcie swoich celów na Kaukazie.

Do tej pory Armenia otrzymywała broń z Rosji. Niedawno jednak premier Paszynian ogłosił, że należy też zaopatrywać się w broń na Zachodzie. Czy to tylko pusta deklaracja, czy rzeczywiście armeńskie wojsko zaczyna otrzymywać zachodni sprzęt?

- Armenia także we wcześniejszych latach kupowała wyposażenie wojskowe na Zachodzie, chociaż w niewielkich ilościach. Zawsze też transakcje były obarczone dyskrecją. Dotyczyło to chociażby włoskich przeciwczołgowych miotaczy granatów. Broń poradziecką kupowaliśmy też w Bułgarii czy Serbii.

Teraz Paszynian oficjalnie ogłosił chęć zakupu wyposażenia na Zachodzie. Nie wydaje mi się jednak, by oznaczało to jakąś zmianę strategiczną. Nadal pewnie będziemy zaopatrywali się głównie w rosyjski sprzęt militarny. Zakupy na Zachodzie obarczone są bowiem wieloma trudnościami: politycznymi, ekonomicznymi, a nawet logistycznymi. Chociaż - według mnie - nie należy rezygnować z zachodniej broni, to jednak na początek muszą być rozstrzygnięte wspomniane przed chwilą kwestie.

Kontakty z Zachodem to także handel. Jego skala się powiększa czy też nie? Czy mają tu jakiekolwiek znaczenie antyrosyjskie sankcje?

- Obroty w handlu międzynarodowym są "zbilansowane" pomiędzy Unią Europejską, Rosją i innymi krajami Unii Euroazjatyckiej, którego to ugrupowania Armenia jest członkiem, oraz takimi państwami jak  Gruzja, Iran, z którym podpisano ostatnio umowę o wolnym handlu. To dowód, że Armenia, także w ekonomii, stara się balansować pomiędzy różnymi krajami.

Bardzo ważną rolę w rozwoju gospodarki armeńskiej odgrywają „nowi” emigranci z Rosji. Ilu ich do Armenii przyjechało? Czy to etniczni Ormianie do tej pory mieszkający w Rosji? Jaki jest stosunek do tych emigrantów ze strony miejscowych?

- Armenia znajduje się na etapie wzrostu gospodarczego. Duże znaczenie ma tu między innymi przybycie wielu wysokiej klasy specjalistów z Rosji, którzy uciekali przed poborem do wojska. To oni rozwinęli, działający w skali międzynarodowej, sektor usług IT.

Nikt nie publikował dokładnej statystyki tych przyjazdów, szacunki mówią jednak o co najmniej 100 tysiącach osób, które uciekły z Rosji do Armenii. Nie ma też dokładnych danych, ilu z nich zostało w Armenii, ale pewnie gdzieś około połowy... Wyjechali głównie etniczni Rosjanie. W gronie tych pozostających mniej więcej połowę stanowią Ormianie, reszta to Rosjanie.

Stosunek miejscowych do przyjezdnych - jak na razie - jest bardzo pozytywny. Dzięki tym przyjazdom Armenia, mając do tej pory ujemny bilans demograficzny, nagle stała się krajem z rosnącą liczbą ludności. O trwałości tej emigracji mogą świadczyć liczne przykłady przyjazdów całych rodzin. A dzieci wysyłane są głównie do szkół z rosyjskim językiem nauczania.

wnp.pl