niedziela, 29 stycznia 2023


Warto jednak poddać głębszej analizie do czego, z wojskowego punktu widzenia, ukraińskim siłom zbrojnym potrzebne będą nowoczesne czołgi w rodzaju niemieckich Leopardów. Nie do przełamania rosyjskich linii obrony, albo nie tylko do tego, bo nawet bez nich strona ukraińska, o czym otwarcie powiedział Austin, ma wystarczający potencjał, aby atakować. Potwierdzają to zresztą precyzyjne wyliczenia amerykańskich specjalistów wojskowych. Daniel Davies, pułkownik rezerwy amerykańskich sił zbrojnych, obecnie ekspert w think tanku Defence Priorieties wyliczył, że już obecnie armia ukraińska, gdybyśmy brali pod uwagę wyłącznie czołgi, dysponuje potencjałem zbliżonym do rosyjskiego. Davies przypomina, że w świetle ocen amerykańskich ekspertów, armia ukraińska przed wojną miała w służbie ok. 2 tys. czołgów, głównie oczywiście postsowieckich. W czasie działań wojennych straciła 320, według szacunków portalu Grid, czołgów, holenderski portal Oryx ocenia ukraińskie straty w tym segmencie na 450 czołgów. Jednak w tym samym czasie państwa wspierające wojskowo Kijów przekazały Ukrainie 410 post-sowieckich maszyn, a jeszcze około 300 ukraińscy żołnierze zdobyli na Rosjanach. Oznaczałoby to, że z grubsza Kijów ma obecnie nie mniejszy, a może nawet większy potencjał pancerny niż na początku wojny. Gorzej może być z amunicją i oczywiście nie są to nowoczesne maszyny, ale Rosjanie również zmuszeni są do wyciagnięcia z magazynów uzbrojenia konstruowanego w latach 60-tych i 70-tych, a ich potencjał pancerny, jak wynika z niedawnych deklaracji przedstawicieli Pentagonu, został zniszczony w 50 proc. i obecnie w służbie mieć mogą maksymalnie około 2 tys. maszyn. Można byłoby zatem zapytać o co cały szum z Leopardami, skoro ukraińskie siły zbrojne dysponują wcale niemałym potencjałem pancernym? Trochę światła na te kwestię rzuca generał Hodges, który, co warto przypomnieć, jest pancerniakiem, oficerem wywodzącym się z sił lądowych. Powiedział on w wywiadzie dla ukraińskiego portalu NV, że „nie ma potrzeby fiksować się na kwestii czołgów” i Ukraina już obecnie dysponuje potencjałem, aby przełamać rosyjskie linie obrony. Dodał przy tym, że silny potencjał pancerny, w tym czołgi zdolne do szybkiego przemieszczania się, będą potrzebne do tego, aby „odciąć”, a potem zdobyć Krym. Na to też zwraca uwagę Sebastien Roblin ekspert wojskowy portalu 1945. Otóż jego zdaniem Leopardy potrzebne są Ukrainie nie tylko dlatego, że mają potężne działo, dobry pancerz i systemy aktywnej obrony, ale przede wszystkim z dwóch innych powodów – przy tej sile ognia mogą poruszać się bardzo szybko – nawet 60 mil na godzinię, ale co ważniejsze jego „czas pracy” wynosi 19 motogodzin, podczas gdy w przypadku większości czołgów sowieckich mowa jest o 3 maksymalnie 6 godzinach. Można zatem, dysponując takim potencjałem przełamaniowym wejść bardzo głęboko za linię frontu. Hodges zwraca tez uwagę, że Leopardy, walcząc wspierane przez szybkie transportery opancerzone Bradley i dostarczone w ramach ostatniego pakietu niszczyciele czołgów stanowić mogą mocny i przesądzający w efekcie o sukcesie potencjał uderzeniowy.

wpolityce.pl

Zacznijmy od kwestii podstawowych, bo Autorzy czynią na początku swoich rozważań założenie będące, jak sądzę, zawsze fundamentem polityki Stanów Zjednoczonych. Piszą oni, że koncentrują się na „interesach USA, które często są zbieżne z interesami Ukrainy, ale nie są z nimi tożsame”. Oczywiście Charap i Priebe mają świadomość faktu, że Ukraina padła ofiarą niesprowokowanej napaści ze strony Federacji Rosyjskiej, walczy o życie i narodowe przetrwanie, ale nie przeszkadza to im napisać, że jakkolwiek rozumieją sytuację, podzielają oburzenie świata na to co się stało 24 lutego, to tym niemniej „rząd USA ma obowiązek wobec swoich obywateli określić, w jaki sposób różne trajektorie wojny wpłynęłyby na interesy USA i zbadać możliwości wpłynięcia na przebieg wojny w celu promowania tych interesów”. W diagnozach strategicznych, w polityce, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą kwestie wojny i pokoju, nie ma miejsca na tanie sentymenty, na traktowanie planowanych posunięć w kategoriach obowiązków moralnych czy honorowych, liczy się konsekwentna analiza możliwości, obszarów ryzyka i tego gdzie możemy się za kilka, kilkanaście tygodni znaleźć jeśli dziś podejmiemy decyzje powodowani odruchem serca czy moralnego oburzenia. Liczą się interesy.

Podstawowym celem Ameryki, w sytuacji wojny na Ukrainie, w opinii amerykańskich analityków jest nie dać się wciągnąć do konfliktu, a to nakazuje w pierwszym rzędzie zastanowić się czy trwająca wojna ma potencjał eskalacyjny. Pierwszym pytaniem jest kwestia czy Rosjanie mogą odwołać się do broni jądrowej? Charap i Priebe dyskutują ze zwolennikami poglądu, iż w obecnej sytuacji jest to mało prawdopodobne, którzy twierdzą, że ani z politycznego ani tym bardziej z wojskowego punktu widzenia użycie przez Moskali broni masowego rażenia nie da im niemal żadnych zdobyczy, straty będą zaś niemałe. Zgadzają się z tezą, iż w sytuacji kiedy siły ukraińskie nie koncentrują się i nie tworzą znaczących zgrupowań wojskowych atak taktycznymi ładunkami jądrowymi nie ma sensu, tym bardziej, że ich użycie może zarówno grozić zapowiedzianą twardą odpowiedzią Stanów Zjednoczonych, jak i izolacją Rosji, również wobec swoich dotychczasowych partnerów w rodzaju Chin czy Indii. Zwracają jednak uwagę na kwestie, które ich zdaniem nie powinny być ignorowane. Po pierwsze w rosyjskiej narracji już obecnie wojna na Ukrainie porównywana jest do wojny ojczyźnianej, o przetrwanie Rosji, co może oznaczać wzrost skłonności, w razie zbliżającej się klęski, aby sięgnąć po narzędzia ostateczne. Również z wojskowego punktu widzenia, zwłaszcza jeśli Rosjanie doznawać będą kolejnych porażek i rachunek sił przechylał się będzie na stronę Ukrainy, prawdopodobieństwo takiego ruchu rośnie a nie maleje. Nawet jeśli obecnie uważamy, iż jeszcze daleko do urzeczywistnienia się najgorszego scenariusza, to z pewnością prawdopodobieństwo eskalacji wojny do poziomu nuklearnego jest większe niż w czasie pokoju, a przedłużanie się konfliktu zwiększa ryzyko, bo jest równoznaczne z większymi stratami Rosji i oddalającą się perspektywą zwycięstwa. A zatem przedłużająca się wojna zwiększa prawdopodobieństwo użycia przez Moskali niestrategicznej broni jądrowej, a to „mogłoby zatem doprowadzić do bezpośredniego konfliktu USA z Rosją, który ostatecznie mógłby skutkować strategiczną wymianą nuklearną”. Przede wszystkim dlatego, że Stany Zjednoczone i NATO nie mogłoby nie zareagować, a zważywszy na obecne zaangażowanie we wsparcie dla Ukrainy, reakcja która mogłaby być uznana za twardą i „katastrofalną dla Rosji” musi wiązać się z wariantami wojskowymi.

Ale to nie jedyny scenariusz eskalacyjny, którym zajmują się Charap i Priebe. Drugim jest możliwość rozlania się wojny na państwa sąsiednie. Jest to ważne w kontekście sformułowanych przez Marka Milleya, szefa Kolegium Połączonych Sztabów, jeszcze jesienią 2021 roku dwóch podstawowych zasad amerykańskiej polityki wobec ukraińskiego konfliktu. Pierwszą było „uniknięcie wojny między Rosją a Stanami Zjednoczonymi i NATO”, drugą „utrzymanie wojny w granicach Ukrainy”. Waga tej drugiej zasady wynika z rozpowszechnionego w amerykańskich elitach władzy przekonania, które nie uległo do tej pory rewizji, iż geograficzne rozszerzenie wojny może oznaczać bezpośrednie zaangażowanie się w konflikt jednego z państw sąsiadujących z Ukrainą, co z kolei może skutkować wciągnięciem całego NATO, albo doprowadzić, w obliczu sporów na tym tle do ujawnienia się głębokich podziałów, co zmusi Waszyngton, w imię utrzymania jedności aby wejść do wojny. Na marginesie warto zauważyć, że zasada ta ma związek z jednym z fundamentów amerykańskiej polityki – Waszyngton chce zawsze mieć wolną rękę i świadomie decydować, dodam, że samodzielnie, o tym czy wejdzie do wojny czy też tak się nie stanie. I w tym wypadku, podobnie jak w kwestii ataku nuklearnego, Charap i Priebe są zdania, że wraz z przedłużającą się wojną ryzyko rozszerzenia się teatru działań wojennych, zarówno w wyniku działań intencjonalnych, jak i przypadkowych rośnie. A zatem jeśli chce się minimalizować zagrożenie wciągnięcia Stanów Zjednoczonych i NATO do wojny z Rosją, to należy zastanowić się nad możliwymi scenariuszami jej zakończenia. Nie po to aby wycofywać swoje poparcie dla Ukrainy, czy ustępować wobec żądań Rosji, ale aby uzyskać odpowiedź w kwestii fundamentalnej – czy kontynuowanie wojny leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Przy czym analitycy RAND nie wzywają do natychmiastowego jej zakończenia, a raczej zastanawiają się czy jej przeciągnięcie na rok obecny, a może nawet przyszły, jest korzystną dla Ameryki perspektywą. To, że należy się z takim obrotem wydarzeń liczyć jest oczywiste. Rosjanie przygotowują się do długiej wojny, mowa jest o kolejnej mobilizacji, z kolei elity ukraińskie, ale też społeczeństwo, co wynika z badań opinii publicznej, nie myślą o ustępstwach, chcą walczyć i pokonać Moskali. A zatem perspektywa pokoju czy ustania walk jest obecnie mało prawdopodobna, co jednak nie zwalnia myślicieli strategicznych z rozważań czy przedłużająca się wojna jest na rękę Stanom Zjednoczonym. Zwycięstwo Ukrainy, gdybyśmy je rozumieli w kategoriach wyparcia Rosjan na linię 24 lutego, jest w interesie Ameryki. Przede wszystkim z tego powodu, jak zauważają autorzy raportu, że w ten sposób Waszyngton, gwarant zasad konstytuujących ład międzynarodowy udowodniłby, że nie można ich bezkarnie kwestionować i dążyć do dominacji odwołując się do narzędzia siły. Tylko, że, jak zauważają, nawet odzyskanie przez ukraińskie siły zbrojne okupowanych przez Rosjan po agresji terenów nie oznacza, że Moskale nie kontrolowaliby nadal zajętych po 2014 obszarów. A zatem ta „nauczka” dla Moskwy nie byłaby stuprocentowa, należałoby odzyskać również Krym i cały Donbas, ale to jest z wojskowego punktu widzenia zadanie niełatwe i przyjęcie takiej linii działania skokowo zwiększa ryzyko eskalacyjne. A zatem gdyby amerykańska polityka w kwestii wojny na Ukrainie miała kierować się wyłącznie zasadą kwestionowania prawomocności (nieważne czy legalistycznie rozumianej czy na zasadzie kroków dokonanych) aneksji terytorialnych w wyniku wojny, to albo trzeba byłoby ryzykować eskalację konfliktu, albo godzić się na połowiczne realizowanie tego rodzaju polityki. Rozsądniejsze wydaje się podejście ostrożne, przyjęcie opcji, iż w imię urzeczywistnienia tej zasady nie opłaca się ryzykować konfliktu jądrowego, ale jeśli tak, to jaka jest różnica, prowokacyjnie stawiają tezę Charap i Priebe, między linią z 24 lutego a obecną linią frontu? Innymi słowy interesuje ich kwestia, co może przemawiać za strategią polegającą na kontynuowaniu przez Ukrainę starań aby odzyskać całość swoich terytoriów. O zasadnie „niepremiowania agresji”, która niestety w tym wypadku bez znacznego ryzyka i w obliczu zaniechań z przeszłości nie może być w pełni urzeczywistniona, już pisałem, ale co jeszcze? Jak piszą „zakres kontroli Kijowa nad jego terytorium może wpłynąć na długoterminową żywotność gospodarczą kraju, a tym samym na jego potrzeby w zakresie pomocy USA”. Jeśli bowiem w wyniku wojny Ukraina zostałaby np. odcięta od morza i miałaby w związku z tym narastające problemy z odbudową, w tym i sił wojskowych, to stanowiłoby to w dłuższej perspektywie znaczące obciążenie dla Ameryki, a z pewnością zmniejszało swobodę manewru Waszyngtonu, który poważnie musi liczyć się z innymi, w tym azjatyckimi, wyzwaniami. Ten argument oznacza, że nie jest kwestią samo zakończenie wojny, ale przede wszystkim jej rezultat, który da Ukrainie perspektywy a nie uczyni z tego państwa klienta i wieloletniego biorcę amerykańskiej pomocy. Tylko, że ich zdaniem, patrząc na obecny, terytorialny stan posiadania Ukrainy i to co uda się odzyskać w przyszłości, jeśli powiedzie się plan wyparcia Moskali na linię 24 lutego, różnica nie jest wielka. Jest to dyskusyjna teza, zważywszy, że walki trwają w Donbasie a Rosjanie kontrolują największą ukraińską elektrownię atomową, ale Charap i Priebe, postulują rozpatrzenie nie tylko scenariusza dla Kijowa korzystnego, polegającego na odzyskaniu kolejnych obszarów, ale również tego znacznie gorszego, że Rosjanie posuną się, zwłaszcza w Donbasie, dalej. W ogólnym rachunku musi też być, ich zdaniem, uwzględniona obecna strategia rosyjska polegająca na niszczeniu potencjału ekonomicznego Ukrainy w efekcie ataków rakietowych na infrastrukturę energetyczną.

Przedłużająca się wojna oznacza oczywiste korzyści strategiczne dla Stanów Zjednoczonych. Rosja w jej wyniku już jest wojskowo słabsza, potrzebowała będzie wiele lat, może nawet dziesięcioleci na odbudowę swego potencjału, jej koncentracja na Ukrainie zmniejsza swobodę manewru w innych regionach świata, co oznacza otworzenie się możliwości dla Stanów Zjednoczonych. Z punktu widzenia stanu relacji sojuszniczych amerykańskie korzyści są też niemałe. Europa buduje swą energetyczną niezależność od Rosji, co oznacza, iż część jej zaopatrzenia musi pochodzić z Ameryki. Podobnie jak korzystnie na stan relacji atlantyckich wpływa wzrost znaczenie kwestii bezpieczeństwa i większe wydatki Europy na obronność. Ale są też oczywiste minusy, w postaci spowolnienia gospodarczego, narastania w niektórych państwach europejskiego zachodu znużenia wojną i wzrost znaczenia tych sił politycznych, które mogą być bardziej miękkie wobec Moskwy. To wszystko oznacza, że obecny stan jedności atlantyckiej, w realiach przedłużającej się wojny, może być trudny do utrzymania, mogą pojawić się pęknięcia i znacznie bardziej wyraziste różnice interesów. Dłuższa wojna oznacza też rosnące uzależnienie Ukrainy od międzynarodowej pomocy, a zważywszy na dotychczasowe relacje oznacza to przede wszystkim większe ciężary dla Stanów Zjednoczonych, co nie musi być z entuzjazmem przyjmowane przez opinię publiczną. W efekcie globalny wzrost może spowolnić, pogłębią się też negatywne konsekwencje kryzysu żywnościowego i energetycznego, rosyjskie uzależnienie od Chin może wzrosnąć a Ameryka skoncentrowana na kwestii ukraińskiej, może stracić swobodę alokowania swych zasobów w inne, nie mniej istotne regiony świata. A zatem mamy do czynienia, z perspektywy Waszyngtonu, zarówno z korzystnymi dla amerykańskich interesów efektami przedłużającej się wojny, jak i zjawiskami negatywnymi. Decyzje polityczne muszą uwzględniać obydwa obszary, a działać trzeba zacząć, kiedy skumulowane efekty negatywne zaczną przeważać nad pozytywami. A zatem, konkludując tę cześć rozważań, Charap i Priebe, mając w pamięci podstawowy interes Stanów Zjednoczonych sprowadzający się do uniknięcia eskalacji wojny, piszą, że w dłuższej perspektywie korzyści wynikające z przedłużania się wojny zaczynają być mniejsze od negatywów. A to oznacza konieczność postawienia pytania o scenariusze jej zakończenia. Na razie w planie teoretycznym, bo nie ma wiele przesłanek aby sądzić, że walczący poważnie rozważają taki scenariusz.

Modelowo mamy trzy możliwości. Po pierwsze pokonanie Rosji, jej kapitulacja, smuta i podział wewnętrzny. Po drugie ryzyko przegranej Ukrainy i wreszcie trzeci wariant, zakończenie wojny w wyniku negocjacji – zawieszenia broni albo pokój. Absolutne zwycięstwo którejkolwiek ze stron tej wojny, w opinii amerykańskich ekspertów, jest mało prawdopodobne. Ukraina nie ma takiego potencjału, Rosja już, po 11 miesiącach walki, nie ma realnych widoków urzeczywistnienia scenariusza tego rodzaju. Tym bardziej, że dotychczasowe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych i sojuszników we wspieranie wysiłku wojennego Ukrainy wskazuje na to, że również w stolicach zachodnich, nie tylko w Kijowie, także odrzucany jest tego rodzaju wariant. A zatem Ukraina nie padnie pod rosyjskimi ciosami, ale też nikt nie myśli o absolutnym zwycięstwie nad Rosją. Zresztą, jak zauważają nie ma gwarancji, że upadek Putina czy ciężkie porażki Rosji na polu boju doprowadzą do zakończenia wojny. Również trzeba pamiętać, iż „zmiana reżimu w Moskwie może nie zmniejszyć intensywności rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Rosją w innych kwestiach”. Wniosek płynący z tych rozważań jest, w opinii Charapa i Priebe, oczywisty – absolutne zwycięstwo nad Rosją jest mało prawdopodobne, trudne, kosztowne, związane z wielkim ryzykiem eskalacyjnym a na dodatek nie dające zapewne żadnych korzyści Stanom Zjednoczonym w dłuższej perspektywie. A to oznacza, ich zdaniem, że jedyną realną opcją jest negocjacyjne zakończenie wojny. Aby to myło możliwe, jak zauważają, potrzebne jest zbudowanie trwałych zasad ładu regionalnego po wojnie. W krótkiej perspektywie, ze względu na stanowiska stron, rozmowy pokojowe nie są prawdopodobne, a zatem propozycji amerykańskich strategów nie należy traktować w kategoriach wezwania do ustępstw na rzecz Rosji, bo to aby zakończyć działania zbrojne. Są oni zresztą zdania, że zawieszenie broni jest gorszą opcją niż formuła porozumienia pokojowego, która musi zawierać też ustalenia o charakterze politycznym a najlepiej również mechanizmy egzekucji przyjętych rozwiązań. Z przekonania o tym, że należy dążyć do politycznego zakończenia wojny wyciągają oni najbardziej kontrowersyjny wniosek ich raportu jakim jest przekonanie o konieczności akceptacji części obaw Moskwy i zaproponowanie neutralizacji Ukrainy, przekształcenie jej w państwo które zrezygnuje z aspiracji wejścia do NATO.

wpolityce.pl

Konwencjonalne siły rosyjskie prawdopodobnie zastępują wyczerpane siły Grupy Wagnera, aby utrzymać ofensywę w Bakhmut po tym, jak ofensywa Grupy Wagnera w Bakhmut zakończyła się zdobyciem Soledaru około 12 stycznia. Atak Grupy Wagnera na Bakhmut prawdopodobnie zakończył się atakiem na Soledar. Siły Grupy Wagnera w Bakhmucie nie osiągnęły znaczących korzyści od czasu zdobycia Soledaru około 12 stycznia. Konwencjonalne jednostki rosyjskie biorą teraz udział w walkach w Bakhmucie, aby ożywić tam rosyjską ofensywę. Materiał filmowy opublikowany 20 stycznia wskazuje, że rosyjskie siły powietrzne (WDW) działają w pobliżu Bachmutu, ponieważ materiał filmowy pokazuje rosyjski BMD-4M – niszowy sprzęt zmechanizowany używany wyłącznie przez WDW. Rosyjskie źródło poinformowało, że elementy Wagnera i WDW przeprowadziły wspólne operacje w Bakhmucie 27  grudnia. Rosyjskie Ministerstwo Obrony coraz częściej informuje, że od początku stycznia 2023 r. w rejonie Bachmutu działają rosyjskie WDW, wskazując, że konwencjonalne siły rosyjskie zwiększają się, jeśli nie zastępują prawdopodobnie kulminacyjnych sił Wagnera na tym obszarze. Siły Grupy Wagnera – w szczególności skazańcy – poniosły ciężkie straty w Bakhmucie od jesieni 2022 r. Jeden anonimowy urzędnik amerykański podobno stwierdził 5 stycznia, że ​​siły Grupy Wagnera poniosły ponad 4100 ofiar śmiertelnych i 10.000 rannych, w tym ponad 1000 zabitych między końcem listopada i początek grudnia w pobliżu Bachmutu.

Ukraińscy urzędnicy utrzymywali, że rosyjska ofensywa na Bachmut nie zakończyła się. ISW wcześniej oceniało, że rosyjska ofensywa na Bachmuta osiągnęła punkt kulminacyjny. Nadal oceniamy, że ofensywa Wagnera osiągnęła punkt kulminacyjny, ale teraz oceniamy, że Rosjanie wysyłają jednostki konwencjonalne do kontynuowania walki. Większy /szerszy/ wysiłek Rosji przeciwko Bachmutowi prawdopodobnie nie osiągnął zatem punktu kulminacyjnego.

understandingwar.org

sobota, 28 stycznia 2023


Znawcy Kremla podobno powiedzieli Bloombergowi, że prezydent Rosji Władimir Putin przygotowuje nową ofensywę mającą na celu odzyskanie inicjatywy, która może rozpocząć się już w lutym lub marcu 2023 roku. Putin dąży do przeprowadzenia nowej wielkiej ofensywy i wierzy, że tolerancja Rosji do akceptowania strat pozwoli na dłuższą metę wygrać wojnę, pomimo dotychczasowych niepowodzeń. Raport ten jest zgodny z obecną oceną i prognozą ISW, że Kreml prawdopodobnie przygotowuje się do przeprowadzenia zdecydowanej akcji strategicznej – najprawdopodobniej w obwodzie ługańskim – w ciągu najbliższych sześciu miesięcy, mającej na celu odzyskanie inicjatywy i zakończenie dotychczasowej serii sukcesów operacyjnych Ukrainy. ISW wcześniej oceniało, że decydującą akcją strategiczną w obwodzie ługańskim może być albo wielka ofensywa, albo rosyjska operacja obronna mająca na celu pokonanie i wykorzystanie ukraińskiej kontrofensywy.

Ostatnie ograniczone rosyjskie ataki lądowe w obwodzie zaporoskim mogą mieć na celu rozproszenie sił ukraińskich i stworzenie warunków do ofensywy w Ługańsku. Rosja przerzuca elementy 2. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych z Białorusi do obwodu ługańskiego. To ostatnie wydarzenie sugeruje, że planowana rosyjska ofensywa, o której mowa w raporcie Bloomberga, jest najprawdopodobniej wymierzona w obwód ługański, choć może również wystąpić w rejonie Vuhledar w zachodnim Doniecku. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby ta nowa ofensywa wycelowała w północną Ukrainę z Białorusi. Nadal nic nie wskazuje na to, by siły rosyjskie tworzyły grupy uderzeniowe na Białorusi; Elementy rosyjskie na Białorusi w dużej mierze wykorzystują białoruską infrastrukturę i potencjał szkoleniowy do rotacji szkoleniowych.  Rosyjscy blogerzy również coraz częściej skreślają pomysł drugiego ataku na Kijów jako operację informacyjną i sugerują, że najbardziej prawdopodobnym celem rosyjskiej ofensywy byłaby wschodnia Ukraina lub sąsiedni obwód charkowski.

Kreml potwierdził, że prezydent Rosji Władimir Putin udziela prewencyjnego ułaskawienia skazanym, którzy służą w rosyjskich operacjach na Ukrainie. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył 27 stycznia, że nie może udzielić dodatkowych informacji na temat prezydenckich dekretów o ułaskawieniu, ponieważ są one chronione „różnymi klauzulami tajności”. (...) Członkini Rosyjskiej Rady Praw Człowieka Ewa Merkaczewa oświadczyła na początku stycznia, że skazańcy rekrutowani przez Wagnera są ułaskawiani przed zwolnieniem z kolonii karnych. ISW wcześniej oceniało, że te prewencyjne ułaskawienia przez prezydenta mogą napędzać dalszą rekrutację w koloniach karnych i prawdopodobnie umożliwiają Wagnerowi działanie z większą bezkarnością w teatrze wojny.

understandingwar.org

Czołowy rosyjski propagandysta Władimir Sołowjow spędza weekendy na pierwszej linii frontu, aby wspierać i promować zacinającą się inwazję Rosji na Ukrainę. Na nieszczęście dla Kremla, cały ten czas konfrontowania się z ponurą rzeczywistością uczy Sołowjowa, jak źle idzie ta wojna.

I nie jest z tego powodu szczęśliwy.

W czwartkowej szalonej tyradzie Sołowjow zaatakował ogólną strategię, twierdząc, że armii rosyjskiej nie udaje się żałośnie stłumić wrogów i powiedział, że ma dowody z pierwszej ręki na głupie błędy taktyczne na linii frontu.

Podczas swojego programu Full Contact Sołowjow wściekał się na niedawne ogłoszenie, że Ukraina wkrótce otrzyma czołgi Abrams i Leopard 2 od krajów NATO. Gospodarz rozpoczął swój monolog głębokim westchnieniem, pytając: „Więc żyliśmy wystarczająco długo, aby to zobaczyć?” Zaapelował do słuchaczy, aby nie ufali liczbom czołgów przewidzianych do nadchodzących dostaw, przewidując, że wyślą jeszcze więcej: „Dostarczą wszystko. Mówię to już od jakiegoś czasu, ci dranie będą też rehabilitować Hitlera za naszego życia.. tutaj wszystko się toczy... III wojna światowa trwa, a Zachód wrócił do swoich nazistowskich korzeni. Niemcy zmęczyły się ukrywaniem swojej nazistowskiej natury, a Ameryka w końcu otwarcie przyznała się do swoich nazistowskich zwyczajów”.

Nazywając Amerykanów „przebiegłymi kłamcami”, Sołowjow powiedział, że ich arogancja jest winą samej Rosji: „Nie stwarzamy wobec nich żadnych zagrożeń. Nie przeprowadzamy ataków na Nowy Jork, nie uderzamy w Waszyngton, nie grozimy Miami, nie robimy niczego, co zagrażałoby Amerykanom. Wysadzili nasze rurociągi, a my po prostu otarliśmy twarze. Oni dostarczają ciężkie czołgi, my wycieramy twarz. Przestańcie mówić o czerwonych liniach! To całkowicie puste zdania, które nic nie znaczą!”

Rozwścieczony Sołowjow krzyczał: „Berlin, Paryż, Madryt, Londyn, Waszyngton powinny płonąć! Stolice krajów nazistowskich, które zdecydowały się na wojnę z Rosją... Dlaczego Kijów nie został zmieciony z powierzchni ziemi po tym, jak nazistowska Ukraina przeprowadziła atak na naszą strategiczną bazę lotniczą? Przestańcie uciekać się do pustych, bezwartościowych słów!”

Gospodarz dalej twierdził: „Przeprowadzane są uderzenia przeciwko naszym miastom! Przeciwko naszej ziemi! Rosyjscy żołnierze giną! Rosjanie umierają! Naziści się cieszą! Jak planujemy zareagować? Wyjąc, że uniknięcie wojny nuklearnej jest najważniejsze? Więc po co, u licha, mamy zapasy taktycznej i strategicznej broni nuklearnej? Żeby bać się jej użyć? Aby wielcy, odznaczeni generałowie sapali: <<Chcecie wojny nuklearnej?>> Czy chcecie zniszczenia Rosji bronią konwencjonalną, której kraje NATO mają 3 i pół razy więcej niż my?”

Sołowjow krzyczał, że zniszczenie infrastruktury Ukrainy to za mało. Zażądał informacji: „Dlaczego Odessa, Charków, Dniepropietrowsk jeszcze istnieją?” Ze złością krzyczał: „Nie stacjonujemy już pod Kijowem! Czy był to cholerny gest dobrej woli? Gest dobrej woli? A Charków był gestem dobrej woli? Nikt nie został stracony przez rozstrzelanie za [poddanie się] Charkowa! Nikt nie został wysłany na emeryturę, przynajmniej nie publicznie. Społeczeństwo nie otrzymało odpowiedzi na swoje pytania. Pytam was, dlaczego przesunęliście linię frontu bliżej Biełgorodu? Nadal nie wróciliśmy na te pozycje! W odpowiedzi — cisza. Cisza."

Sołowjow domagał się zniszczenia wrogów „na ich ziemi”: „Obywatele krajów NATO nie powinni czuć się spokojni, podczas gdy Rosjanin cierpi... Obywatele! Wypowiedziano nam wojnę. Budzić się! Budzić się."

Gość Sołowjowa, korespondent wojskowy Aleksander Kots, ujawnił jedną z przyczyn bezradnej wściekłości gospodarza: rażącą niekompetencję i złe zarządzanie siłami najeźdźców przez ich dowódców wojskowych. Omawiając nowe pozycje, które mają zostać dostarczone na Ukrainę przez kraje NATO, Kots powiedział: „Chociaż mamy tę listę, na razie tylko na papierze, powinniśmy zacząć myśleć o tym, co zrobimy, kiedy lub jeśli całość dotrze na linię frontu. W jakiś sposób musimy przeciwdziałać ich systemom artyleryjskim i czołgom. Przez ostatni miesiąc, przez całe wakacje, jako członek Prezydenckiej Rady Praw Człowieka otrzymywałem wiadomości od bliskich [żołnierzy] oburzonych i zaniepokojonych. Wyszkoliliśmy – nie powiem ile, ale przyzwoitą ilość batalionów artylerii, ale wszystkie zostały wysłane do piechoty. To ogromna liczba ludzi, szkoliliśmy ich przez trzy miesiące, wydawaliśmy amunicję, wydawaliśmy pieniądze na ich zakwaterowanie, świetni instruktorzy z naszych uczelni wojskowych - w tym Wojskowej Akademii Artylerii Michajłowskiej - poświęcili swój czas i wiedzę, aby ich wyszkolić . Jeśli chodzi o naszą artylerię, to bardzo smutna historia... nie mamy już żadnych szkół artyleryjskich! Kiedyś mieliśmy jedenaście, a teraz została tylko Michajłowska”.

Sołowjow zauważył, że był świadomy tego problemu z powodu swoich wizyt na pierwszej linii. Kots dodał, że ten sam problem jest dzieje się z dywizjami przeciwpancernymi, opisując je jako „te same jednostki, które powinny były spotkać tę armadę czołgów, spalając czołgi Abrams i Leopard. Zamiast tego, z jakiegoś powodu, są również przenoszeni do piechoty. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak się dzieje... Specjalistów wyszkoliliśmy profesjonalnie, dobrze ich wyszkoliliśmy, ale siedzą bez odpowiednich zadań... Podczas gdy my stoimy w obliczu zagrożenia dostawami z Zachodu na front, na wiosnę, to ogromne marnotrawstwo z naszej strony”.

Sołowjow wtrącił się: „Rozumiem, że nie walczycie czołgami z czołgami, używacie innych środków. Nasza pięść przeciwpancerna powinna być gotowa. Kots poczęstował go kolejnymi złymi wieściami: „Pierwsza linia obrony, która spotka te czołgi, będzie często składała się z zmobilizowanych ludzi. Nasi zmobilizowani żołnierze na froncie są uzbrojeni wyłącznie w kałasznikowy. Niestety, na wielu odcinkach linii frontu nie ma broni przeciwpancernej”.

Sołowjow powrócił do swojego ulubionego tematu, twierdząc, że to tylko kwestia czasu, zanim NATO przekaże Ukraińcom taktyczną broń nuklearną. Powiedział: „Wierzę, że użycie taktycznej broni jądrowej jest nieuniknione. Pytanie brzmi, kto zrobi to pierwszy: my czy oni”. Bawiąc się, Kots zauważył: „Czołgi, które są dostarczane, zawierają zubożony uran”. Po tym, jak Sołowjow zauważył, że zubożony uran nie jest radioaktywny, Kots zasugerował: „Może to nadal służyć jako pretekst do użycia naszej taktycznej broni jądrowej”.

Ale nawet jego znak firmowy, polegający na grożeniu przeciwnikom Rosji nuklearnym chaosem, nie przyniósł zaciekłemu propagandziście nawet odrobiny zwyczajowej satysfakcji. Przedstawiając kolejnego gościa, Sołowjow gorzko narzekał: „Jestem smutny. To wszystko jest bardzo smutne”.

thedailybeast.com

Ukraiński pułkownik powiedział portalowi Polskiego Radia, że jeśli patrzeć na stronę rosyjską, trudno analizować jej posunięcia, gdyż nie kierują nimi tylko i wyłącznie kwestie wojskowe. Liczą się osobiste interesy i wybory nie tylko samego Władimira Putina, ale także np. szefa wagnerowców Jewgienija Prigożyna.

- Po raz pierwszy w historii rosyjskiego państwa mamy do czynienia z tego rodzaju zastosowaniem nieregularnych formacji wojskowych. Nawet gdy Armia Czerwona napadała na Polskę, była to formacja, owszem, terrorystyczna, ale i państwowa. Tu mamy nie do końca zrozumiałe zjawisko: armię prywatną, organizację, która wykonuje swoje zadanie w nie do końca określonym statusie. To ważna nowość - mówił pułkownik.

Ekspert dodał, że Jewgienij Prigożyn próbuje udowodnić, że jest samodzielną siłą polityczną na terytorium Federacji Rosyjskiej.

- Wcześniej Grupa Wagnera wykonywała bardzo specyficzne zadania, jakimi, powiedzmy, nieco gardziły i zbrojne siły Rosji, i specjalne służby Federacji Rosyjskiej. Miało to miejsce poza granicami państwa, w Afryce, w Azji, w innych miejscach, gdzie tego wymagała sytuacja. Teraz Prigożyn, absolutnie nie licząc się ze stratami, robi wszystko, co możliwe, aby dowodzić, że ma osiągnięcia i pokazać swoją rosnącą siłę polityczną - powiedział ekspert.

Czemu właśnie Prigożyn przeprowadza atak i właśnie tam? - To pytanie o to, po co tworzona była organizacja, zwana Grupą Wagnera, firma. Chodzi o wzbogacenie się. Nieprzypadkowo Prigożyn fotografował się na tle kopalnianych szybów. Pokazuje w ten sposób, że działa jak złoczyńca, maruder, pirat za dawnych czasów, gdy tylko zajął jakieś dobro - powiedział nasz rozmówca.

Płk Hrabskij dodał, że straty wśród wagnerowców są relatywnie nieduże, ale za to znaczne są benefity finansowe. Podkreślił, że Grupa Wagnera otrzymuje lepsze uzbrojenie, pieniądze, których się nie kontroluje, z budżetu Federacji Rosyjskiej.

- Widać, że przebiegiem tych walk zainteresowany jest zarówno Putin, jako główny terrorysta, jak i Prigożyn. Rosyjska armia w tej operacji podporządkowania jest politycznym decyzjom Kremla. Nie ma szczególnego wyboru - zauważył wojskowy.

Jak ocenił płk Hrabskij, "atak na Sołedar nie przyniesie Rosji żadnych wojskowych korzyści" militarnych.

- Nawet jeśli wojska Ukrainy po długim okresie obrony, ostatecznie odstąpią od Sołedaru, to nie przyczyni się do osiągnięcia politycznego celu, jaki postawiono na początku, czyli zajęcia terenów do administracyjnych granic obwodu donieckiego. Tutaj widzimy, że w Rosji czasem nie ma potrzeby działania z punktu widzenia logiki wojskowej, a jednak używane są siły zbrojne. Działają nie wedle kryteriów celowości, a wedle tego, czego życzy sobie ich szef, główny terrorysta zasiadający na Kremlu - zauważył.

- Dlatego bardzo trudno ocenić i zrozumieć, kiedy to wszystko, ta operacja, może się skończyć. Może bowiem skończyć się w każdą sekundzie. Nie wiemy, jakie straty ponosi rosyjska armia, jaki jest jej próg bólu - zaznaczył pułkownik.

Pułkownik Serhij Hrabskij dodał, że Ukraina próbuje osłabić przeciwnika. To jest jej główny cel. 

- Dla ukraińskiej armii utrzymanie pozycji jest niezwykle ważne, ponieważ przy prowadzeniu operacji obronnej, jaka właśnie ma miejsce, jednym z zadań jest osłabienie przeciwnika do takiego stopnia, żeby zrezygnował z prowadzenia działań ofensywnych. Przykładem takiej operacji były swego czasu działania wojenne, które trwały w Siewierodoniecku i Lisiczańsku. Wówczas w konsekwencji szalonych szturmów przeciwnikowi udało się zająć Siewierdonieck i Lisiczańsk. Ale potem oni de facto stracili potencjał bojowy i linia frontu po 2 lipca pozostawała niezmieniona - przekazał nasz rozmówca.

- Prawdopodobne jest, że taka sytuacja będzie miała miejsce i na tej części frontu, i w wyniku dużych strat oraz wielkiego natężenia wysiłków, rosyjska armia po prostu nie będzie mogła przejść do ataku - zaznaczył.

- Bezsprzecznie, Rosjanie mogą obwieścić, że oto ich udziałem jest jakieś "wielkie zwycięstwo", ale proszę wybaczyć, zajęcie miejsca, które kiedyś było nie tak dużą miejscowością, z populacją do 10 tysięcy - to nie jest żadne strategiczne zwycięstwo - mówił pułkownik, nawiązując do zajmowania przez Rosjan Sołedaru.

- To wydarzenie może być przedstawione jako zwycięstwo wyłącznie na użytek wewnętrzny w Rosji - dodał.

- Tymczasem wojska ukraińskie, kierowane militarną celowością takiego działania, prowadzą obronę swoich pozycji. I opuszczają je dopiero, gdy obrona tych miejsc staje się po prostu niemożliwa - powiedział pułkownik rezerwy.

- Mieliśmy wcześniej podobną sytuację. Były takie miejscowości jak Nowotoszkiwskie, Popasna, Wołnowacha. Te miejscowości były po prostu starte z powierzchni ziemi i tam fizycznie nie było gdzie, czym i jak prowadzić operacji obronnej. Nie było możliwe utrzymanie się tam, gdyż na zwale gruzu, kamienia, nie jest możliwe prowadzenie walki obronnej. Tylko wówczas, po wykorzystaniu wszystkich zasobów, wszystkich możliwości, ukraińskie dowództwo podejmowało decyzję o wycofaniu oddziałów z pozycji - tłumaczył ukraiński pułkownik rezerwy Serhij Hrabskij.

Jak podkreślił, chodziło o wypełnienie zadań operacji obronnej. - Rozumiemy bowiem, że jeśli przeciwstawia się znacznie silniejszemu przeciwnikowi, pięć razy silniejszemu, inaczej postępować się nie da - dodał.

- Trzeba dodać, że, działając w ten sposób, osiągnęliśmy taki rezultat, że przeciwnik wykazuje objawy wydrenowania z zasobów, wyczerpania. I po prostu nie może prowadzić działań bojowych z taką siłą i taką częstotliwością, jak robił to kiedyś - podsumował nasz rozmówca płk Serhij Hrabskij.

polskieradio24.pl

piątek, 27 stycznia 2023


Wuhłedar jest położony tuż obok wsi Pawliwka, o którą toczyły się ciężkie boje na początku listopada. Wówczas Rosjanie za cenę ciężkich strat zdołali ją częściowo opanować. Nie byli jednak w stanie przebić się przez główną ukraińską obronę stworzoną w oparciu o położony kilometr dalej na wyższym terenie Wuhłedar. Teraz próbują kontynuować natarcie i odrzucić Ukraińców od strategicznej linii kolejowej, która bardzo by ułatwiła zaopatrywanie rosyjskich sił na południowych terenach okupowanych.

Atakować mają ponownie elementy dwóch brygad piechoty morskiej, 155 i 40. Teoretycznie jedne z bardziej elitarnych w rosyjskiej armii, ale to było przed wojną. W ciągu prawie roku walk obie poniosły ciężkie straty i teraz mają być w istotnej części złożone ze zmobilizowanych, ochotników i świeżych zawodowców. Pomimo tego mają się prezentować lepiej niż aktualny rosyjski standard. Do ataku ruszyły w połowie tygodnia po silnym przygotowaniu artyleryjskim. Wuhłedar już wcześniej był częściowo zrujnowany, teraz jest stopniowo równany z ziemią.

Ukraińcy piszą o ciężkich walkach i trudnej sytuacji, ale na razie względnie stabilnej. Po kilku dobach walk Rosjanie mieli się przesunąć o około dwa kilometry. Według rosyjskich źródeł miejscami czołówki mają docierać do pierwszych zabudowań właściwego Wuhłedaru, po przebiciu się przez ogródki działkowe i otwarte tereny na obrzeżach. Ukraińcy twierdzą, że pierwsze atakujące pododdziały Rosjan poniosły takie straty, że odmówiły dalszej walki, wobec czego ściągane są posiłki. Jako poparcie takich twierdzeń pokazują liczne nagrania z dronów, na których rzeczywiście widać wiele ciał rosyjskich żołnierzy oraz rozbijane czołgi oraz bojowe wozy piechoty.

Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie nadal nie mają sił albo kompetencji, żeby przeprowadzać operacje oparte o manewr. Nawet przy użyciu swoich najlepszych brygad. Ponownie rzucają się wprost na najsilniejsze ukraińskie punkty oporu, zamiast robić to, co zalecają podręczniki od II wojny światowej, czyli spróbować je ominąć. Czyli szukać słabych punktów w liniach obrony i skupiać na nich siły zapewniające obezwładniającą lokalną przewagę, dającą szansę na przebicie się bez długich i wyczerpujących walk. To, co teraz robią Rosjanie, gwarantuje im wysokie straty i powolne postępy, ale niekoniecznie sukces. Choć przy użyciu odpowiedniej masy ludzi i broni finalnie może zajmą ruiny Wuhłedaru, to raczej nie będą w stanie pójść dalej. Wyczerpani staną po odniesieniu kosztownego lokalnego sukcesu, niezmieniającego istotnie ogólnej sytuacji. Tak jak robią to już od miesięcy.

Wuhłedar jest ważny dla obu stron z powodu wspomnianej linii kolejowej, która biegnie około 19 kilometrów na wschód. Łączy Donieck z Mariupolem i Melitopolem. Od 2014 roku jest wyłączona z ruchu, bo najpierw przecinała ją linia zawieszenia broni, a teraz jest za blisko pozycji ukraińskiej artylerii, aby można było na niej bezpiecznie puszczać składy z bronią i zaopatrzeniem. Sprawa szczególnie ważna, od kiedy na początku października Ukraińcy uszkodzili most Krymski i drastycznie ograniczyli możliwości zaopatrywania południowych terenów okupowanych przez półwysep. Rosjanie muszą odrzucić Ukraińców w rejonie Wuhłedaru o 10-20 kilometrów na zachód, żeby otworzyć tę nową drogę zaopatrzeniową. Dlatego od miesięcy bez powodzenia próbują się przebić przez Marinkę dalej na północy, a wcześniej szturmowali Pawliwkę. Gdyby w obu punktach odnieśli większy sukces, to mogliby zmusić Ukraińców do opuszczenia całych rozległych terenów pomiędzy oboma miastami i faktycznie doprowadzić do ich odwrotu o te 10-20 kilometrów na zachód od linii kolejowej. Pytanie, jakie siły ma w tym rejonie ukraińskie wojsko i czy dysponuje odpowiednimi rezerwami gdzieś w okolicy.

gazeta.pl

Ihor Tymots: Czy można powiedzieć, że Polska w Europie jest liderem nieformalnej koalicji pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Piotr Lewandowski: Oczywiście ze względu na możliwości liderem są USA. Ale w Europie – tak. Staliśmy się największym partnerem organizującym taką pomoc, nie tylko wojskową, ale i dyplomatyczną.

Jakie, Pana zdaniem, są główne rezultaty spotkania w niemieckim Ramstein?

Po pierwsze – Ukraina otrzyma jeszcze więcej nowoczesnego zachodniego uzbrojenia. Mowa tu o uzbrojeniu wojsk lądowych – bo jeśli mowa o artylerii i systemach obrony przeciwlotniczej, to uzbrojenie napływało już wcześniej. Ale jeśli chodzi o zabezpieczenie potrzeb wojsk lądowych, nie jest to wszystko, co potrzebne. Przekazanie MRAP to oczywiście dobry krok, ale raczej dla operacji wojskowych  o mniejszej skali. Nie jest to zupełnie to, czego potrzebuje ukraińska armia. Oczywiście, lepiej mieć amerykańskiego MRAP-a, niż pickupa, lepiej amerykańskiego HMMWV niż pickupa, ale to nadal nie jest typ pojazdu, jaki współpracuje z czołgami. Wiadomo ze spotkania w Ramstein, że Ukraina otrzyma dziesiątki nowoczesnych amerykańskich bojowych wozów piechoty M2 Bradley, które zostały zaprojektowane w latach 60 i 70. XX wieku do walki z radzieckimi, a teraz rosyjskimi czołgami. Na Ukrainę trafią także dziesiątki niemieckich bwp Marder i CV 90, czyli bojowe wozy piechoty z prawdziwego zdarzenia. Jest to przekroczenie kolejnej bariery: faktycznie te bariery są przede wszystkim mentalne u wielu polityków, który muszą liczyć się z opinią publiczną. To oczywiście normalne w krajach demokratycznych. Te bariery trzeba pokonać wspólnymi siłami. Powoli sprzęt wojskowy jest dostarczany, przekraczamy te bariery, przekazując pojazdy, jakie będą mogły współdziałać z czołgami. Z wojskowego punktu widzenia to już wielka zmiana. Ukraina otrzyma także zestawy przeciwlotnicze Patriot. Jedna bateria to byłoby za mało dla tak dużego kraju, ale wiadomo, że będą co najmniej trzy. To wystarczy, przynajmniej dla obrony Kijowa. Jeszcze jeden wniosek: pomoc będzie się zwiększać, a nie zmniejszać. Tym samym, nie ziści się marzenie Rosjan o tym, że Zachód będzie zmęczony tym konfliktem, choć Rosja do tego dąży.

Czy można stwierdzić, że ta pomoc jest duża, ale niewystarczająca dla Ukrainy?

Tak, jest niewystarczająca. SZU ponoszą duże straty – o wielkości mniej więcej brygady w ciągu miesiąca na całym froncie. A to, co otrzymuje Ukraina, pozwala stworzyć 3-4 brygady zmechanizowane. Jeśli wziąć pod uwagę całość pomocy, to bardzo dużo. Ale jeśli spojrzymy na potrzeby i straty oraz sytuację na froncie wobec mobilizacji w Rosji, to będzie to za mało.

Ukraina otrzyma znaczne liczby sprzętu wojskowego z innych państw. Jak to wpłynie na sytuację na polu walki na Ukrainie?

Ukrainie chodzi nie tylko o budowę linii obrony, ale także o formowanie sił dla ofensywy. Wojny nie da się wygrać tylko broniąc się. Chcemy, aby Ukraina tą wojnę wygrała, a dla ofensywy jest potrzebny nowoczesny sprzęt: czołgi, artyleria i samoloty. Co do tej ostatniej kwestii nie było ostatnio dobrych wiadomości, ale niedawno zaczęły się rozmowy na temat F-16.

Szef NATO, Jens Stoltenberg w Ramstein ogłosił, że rozmowy z Niemcami w sprawie czołgów Leopard 2 będą kontynuowane. Jaka będzie przyszłość tej kwestii i z jakich krajów można spodziewać się dostaw?

Obecnie kilka państw już powiedziało „tak” co do gotowości wysłania tych czołgów Ukrainie, jeśli zgodzą się na to Niemcy (Niemcy ogłosiły zamiar wysłania 14 czołgów w wersji A6 24 stycznia 2023 roku – przyp. polukr.net). Można byłoby na tej podstawie liczyć na co najmniej batalion, około 30 wozów. Aby liczba ta była istotną na polu bitwy, musi być to co najmniej brygada, ponad 90. Ale biorąc pod uwagę to, że są one na uzbrojeniu 13 krajów NATO, to nawet, jeśli zostałaby przekazana niewielka liczba przez niektóre kraje, taką brygadę będzie można szybko stworzyć. Myślę, że tak czy inaczej do tego dojdzie.

Zatem bez czołgów Ukraina będzie mogła się bronić, ale trudno będzie prowadzić ofensywę?

Nie demonizowałbym tematu czołgów Leopard. Zbytnio skoncentrowaliśmy się na rozmowach „Niemcy, Leopardy” i tak dalej. Potrzebne jest wywieranie presji na Berlin, ale te czołgi będą potrzebne w kolejnej fazie wojny. Aktualnie na Donbasie toczą się ciężkie i krwawe walki i będą trwały nadal. Należy się zastanowić, jak uzupełnić straty w ludziach i technice po tych walkach.

Wygląda na to, że Ukraina i Rosja szykują się do ofensyw wiosną.

Tak, wszystko na to wskazuje.

Jaki sprzęt jest obecnie najważniejszy z punktu widzenia potrzeb armii ukraińskiej?

Nie chodzi tylko o sprzęt. Przede wszystkim potrzebna jest amunicja, amunicja i jeszcze raz amunicja. Potrzeby są duże. Kwestia dodatkowej artylerii jest obecnie mniej nagląca. Problemem mogą być raczej kłopoty wynikające z dużej liczby różnych typów z różnych krajów. Ale game changerem byłyby nowoczesne samoloty. Jak na razie kwestia ta nie jest jeszcze na porządku dziennym. Jak na razie więc chodzi przede wszystkim o bojowe wozy piechoty i w dalszej kolejności czołgi.

Jakie są realne perspektywy otrzymania tej amunicji i o jakich wielkościach mowa?

Władze USA zamówiły w państwowych i prywatnych firmach amunicję, aby uzupełnić zapasy w Ameryce i mieć możliwość wysyłania ich do Ukrainy. Zamówienia te są bardzo duże. Inne kraje NATO także zwiększają produkcję. Kraje sojusznicze będą w stanie zapewnić Siłom Zbrojnym Ukrainy dostawy amunicji kalibru NATO, tj. 155mm. Dlatego tutaj nie widzę większego problemu. Trzeba czasu, aby zwiększyć skalę produkcji. Natomiast jest także kwestia zużycia sprzętu, remontu uszkodzonej artylerii i takiej, jaka wyczerpała resursy. Wiemy, że intensywność wykorzystania artylerii na polu walki w Ukrainie jest olbrzymia. Potrzebne są także części zamienne i szybkie remonty, a także regularne dostawy aby na bieżąco uzupełniać straty.

Wracając do uzbrojenia, jakie pomogłoby zyskać przewagę nad Rosją, obok czołgów i samolotów wielozadaniowych, czy możemy mówić także o pociskach ATACMS dla systemu HIMARS albo o jakimś innym uzbrojeniu?

O to chodzi – zdolność rażenia rosyjskich sił na odległość 300 km pozwoliłaby na uderzenia we wszystkie kluczowe cele w rejonie bezpośrednich działań bojowych i na tyłach wroga. Aby wygrać wojnę, trzeba zniszczyć wrogie tyły. Rozumiem obawy USA co do przekazania takich możliwości Ukrainie, ale bez tego ostatecznie zwycięstwo będzie dużo trudniejsze.

Ukraińscy eksperci wojskowi mówią, że gdy Ukrainie latem 2022 roku przekazano HIMARSy, mogły one atakować cele odległe o 70km, co spowodowało chaos w rosyjskiej logistyce i zmusiło Rosjan do odsunięcia centrów dowodzenia i składów amunicji o ponad 100 km. Teraz potrzebujemy rakiet o większym zasięgu, aby znowu spowodować podobne efekty, co byłoby doskonałym przygotowaniem do ofensywy.

Tak, zgadzam się. Logistykę można odsunąć o 100km i ona będzie w miarę efektywną. Ale nie da się odsunąć jej o 300km z zachowaniem takiego samego poziomu efektywności. Nie uda się wówczas dostarczać broni i amunicji wojskom na polu bitwy, wożąc wszystko ciężarówkami na taką odległość, biorąc pod uwagę ile amunicji jest zużywane. Teoretycznie można to zrobić, używając tysięcy pojazdów zmobilizowanych na potrzeby armii i budując nowe drogi.

W jakim punkcie wojny jesteśmy po 11 miesiącach walk?

Jeśli brać pod uwagę obecne możliwości, to ukraińską armię można maksymalnie rozwinąć do liczby 700 tysięcy żołnierzy. Nie z powodu braku ludzi, ale ze względu na możliwość zabezpieczenia szkolenia mobilizowanych. Taka liczba pozwala działać na froncie o długości 1000 km. Koncepcja tworzenia i szkolenia całych brygad pozwoliłaby na rozwiązanie tego problemu. Ukraińska armia jest już zmobilizowana, ale czeka na nowoczesne uzbrojenie i szkolenie. Żołnierze są, ale jest problem, aby zabezpieczyć ich technicznie i szkoleniowo. Rosyjska armia zakończyła pierwszą fazę pełnej, a nie częściowej mobilizacji, choć ona tak się nazywa – jest to jednak zakłamywanie rzeczywistości. Rosja już wprost nazywa wojnę – wojną, a nie specjalną operacją wojskową. Wyznaczenie Walerija Gierasimowa dowódcą siłami FR w Ukrainie – to przejście do bardziej pełnego konfliktu ze strony Moskwy. Będą miały miejsce jeszcze bardziej masowe walki niż w 2022 roku. Siły obu stron są znacznie większe. Obawiam się, że Rosjanie czegoś się nauczyli i będą walczyć znacznie lepiej, będą popełniać mniej błędów niż w ubiegłym roku.

Która ze stron jak na razie wygrywa, a jeśli nie da się wskazać, to kto ma przewagę?

Ogólną przewagę ma ukraińska armia. Otrzymała ją dzięki zwycięskim natarciom na dwóch kierunkach, w ramach faktycznie jednej ofensywy – na kierunku Charkowa we wrześniu i Chersonia w październiku i listopadzie. Dotąd Rosja jest pod naciskiem skutków tych udanych operacji. Natomiast jeśli mówimy o inicjatywie na niższym poziomie, to przewagę ma Rosja., która cały czas prowadzi natarcie w pobliżu Bachmutu, nie zważając przy tym na straty, co zmusza Siły Zbrojne Ukrainy do koncentrowania sił właśnie tam. Możliwe, że to nie odpowiada ukraińskim planom. Jeśli jedna strona narzuca coś drugiej – to ma w tym miejscu przewagę.

Jak ogólnie można ocenić działania armii ukraińskiej i rosyjskiej po 24 lutego 2022 roku?

Na początku wojny rosyjska armia uwierzyła we własną narrację o „drugiej armii świata” i w swoją niezwyciężoność. Jej dowództwo wierzyło, że wejdą na Ukrainę bez oporu, jak do siebie do domu. Drugi błąd – to niedocenienie zdolności sił ukraińskich. To nie tylko grzech Rosji, powszechnie nie doceniono ukraińskiej armi. Kiedy połączymy te dwa elementy, widzimy pierwszą fazę wojny, gdzie Rosjanie ponieśli wielkie straty wśród swoich najlepszych wojsk i musieli się wycofać z większości głównych kierunków natarcia. Jedyny sukces jaki uzyskali i utrzymali Rosjanie to „południowy korytarz” z Krymu do okupowanych części Donbasu i samej Rosji. Natomiast całkiem przestał istnieć plan zajęcia całej Ukrainy. Teraz nie da się go zrealizować. Rosjanie nie mają na to sił, przy takim oporze ze strony ukraińskiej armii i narodu i o tym wiedzą. Natomiast ze strony ukraińskiej, połączenie własnych możliwości i doświadczenia z tym, co Ukraina otrzymała od NATO, dało wspaniały rezultat. Tak samo jak niesamowita kreatywność ukraińskich wojskowych – stworzenie całkowicie nowych rozwiązań w odpowiedzi na wyzwania na polu bitwy. Na przykład sposób wykorzystania przez SZU dronów i artylerii stanie się nową normą. Ma miejsce tworzenie nowych standardów jakościowych działań wojsk.

Opór wzrósł po tym, jak Ukraińcy zobaczyli zbrodnie Rosjan w Buczy, Izjumie, Lymanie i na wszystkich terenach wyzwolonych spod okupacji.

Tak i zobaczymy, jak zmieni się nastawienie do języka rosyjskiego i „ruskiego miru” we wszystkich tradycyjnie prorosyjskich regionach, od Charkowa do Odessy. Te miasta w 2014 roku omal nie podzieliły losu Doniecka i Ługańska. Trwały tam walki, były prorosyjskie sympatie, teraz ich nie ma. Rosja długo tworzyła „piątą kolumnę” w tych regionach w swoim nacjonalistycznym przekonaniu o imperialnej wielkości i przekonaniu o rzekomym pragnieniu mieszkańców tych regionów dołączenia do FR. Stało się zupełnie inaczej. Teraz tam nienawidzą Rosjan, nie wiadomo czy nie bardziej, niż na zachodzie kraju. W takie wojnie wsparcie narodu dla armii jest kluczowe.

Bo ukraińska armia to jedyne, co broni Ukraińców przed niewolą, byciem zgwałconym czy zabitym.

Tak właśnie jest.

Jakie silne i słabe strony pokazały armie obu państw?

Nie chciałbym analizować słabszych stron armii ukraińskiej w czasie wojny, aby nie była to woda na młyn wroga. Natomiast co do słaby stron rosyjskiej armii, to ich radziecka mentalność. Przede wszystkim, kadry. Idealny oficer armii rosyjskiej jest pasywny i przeciętny: mierny i bierny. Ktoś taki na polu bitwy będzie gorszy, niż oficer, który jest przyzwyczajony do kreatywności, poszukiwania nowych rozwiązań, jest liderem i jest uznawany przez podwładnych za dowódcą ale i przywódcą. W ukraińskiej armii widzimy coś takiego. Rosja to w dużej mierze ignoruje – tam przygotowanie oficerów jest słabe, aż do generałów. Tam oficer nie jest przyzwyczajony do tego, by szybko reagować na zmiany na polu bitwy, do poszukiwania nowych i twórczych rozwiązań. Sztab rosyjski jest po prostu przestarzały. Natomiast przewagą Rosji jest to, że to duży kraj, ponad 140 mln ludzi, wielka ilość surowców. Nie sądzę, aby zachodnie sankcje tak silnie podkopały rosyjskie możliwości odtwarzania armii i zdolności produkcji uzbrojenia, nie nowoczesnego, ale odtworzenia starszych typów. Setki tysięcy ludzi pracują nad tym w rosyjskim kompleksie zbrojeniowym. Rosja ma także możliwości importu uzbrojenia, za wielkie pieniądze mogą znaleźć miejsca, gdzie mogą coś kupić. Kupują drony w Iranie, amunicję w Korei Północnej. Myślę, że o wielu takich transakcjach nie wiemy. Siłą Rosjan jest sam rozmiar ich kraju. Co do słabości Ukrainy w tym sensie można stwierdzić, że w ciągu lat niezależności, kraj stracił wiele możliwości produkcji uzbrojenia. Są możliwości realizowania remontów, ale są tu wielkie potrzeby. No i zasoby ludzkie: dla Rosjan nie jest problemem wcielenie kolejnych 300 tysięcy, docelowo nawet miliona ludzi. Ktoś powie, że logistyka rosyjska da rady. Armia rosyjska nie musi jej tworzyć od nowa, ale odtworzyć, to co już j było – radziecka logistyka wojskowa miała za zadanie zapewnić funkcjonowania armii liczącej ponad 1 mln żołnierzy. To znacznie łatwiejsze, niż budować wszystko od nowa.

Jakie są scenariusze dalszego rozwoju wojny, jakie są korzystne, a jakie szczególnie ryzykowne dla Ukrainy?

Są dwie możliwości. Albo ukraińska ofensywa wyprzedzi rosyjską, albo będą ciężkie walki obronne. Wówczas SZ Ukrainy przyjmą uderzenie, zadadzą Rosji wielkie straty i dopiero wówczas przejdą do własnej ofensywy. Obie rozwiązania mają swoje dobre i złe strony. Uderzenie wyprzedzające jest trudne. Dla tego trzeba zebrać siły przy tak intensywnych walkach, jakie trwają o Bachmut, gdzie Ukraina musi wytracać wiele potencjału, aby powstrzymać nacisk Rosjan. Minusem czekania na ofensywę jest to, że ta bitwa zacznie się wtedy, kiedy będą chcieli Rosjanie. Plusem dla SZ Ukrainy jest to, że łatwiej jest się bronić, niż atakować. Rosjanie też zbierają siły dla ofensywy. Natarcia z każdej ze stron możemy oczekiwać w marcu-kwietniu. Będą to ciężkie walki, masowość walk będzie większa niż w zeszłym roku, tak samo jak straty będą większe. Dlatego tak często mówię o konieczności dostaw zachodniego sprzętu dla ukraińskiej armii, jako że ratuje ona życie żołnierzy ukraińskich na polu bitwy. Czołgi, bwp – ratują życie żołnierzy tak samo jak medycy na polu walki.

polukr.net

Wydaje się, że prezydent Rosji Władimir Putin w końcu zauważył, że wojna na Ukrainie stworzyła groźnego konkurenta dla jego władzy: Jewgienija Prigożyna, założyciela prywatnej firmy wojskowej, grupy Wagnera, której wojska walczą u boku armii rosyjskiej.

W zależności od punktu widzenia pana Prigożyna można uznać za osobę roku lub złoczyńcę roku. Putin jest, według wielu źródeł w Moskwie, przekonany, że może osłabić Prigożyna, który starł się ze sztabem generalnym armii. Jednak efekt może być odwrotny, ponieważ więcej osób postrzega Prigożyna jako najbardziej prawdopodobnego faworyta na następcę Putina.

Od samego początku wojny z Ukrainą pan Putin dbał o to, by nie pojawili się rywale do jego władzy i dokładał wszelkich starań, aby w konflikcie nie powstał popularny dowódca wojskowy, który mógłby stanowić zagrożenie. Zadziałało. Na przykład latem 2022 roku ambitny gen. Alexander Lapin był adresatem niewielkiej internetowej kampanii public relations, która go gloryfikowała. To natychmiast kosztowało go utratę pracy – a krótką, ale potężną wojnę medialną przeciwko niemu rozpoczął pan Prigozhin, który kontroluje szereg internetowych fabryk trolli.

Według moich źródeł bliskich rosyjskiej administracji, pan Putin postrzegał wówczas pana Prigożyna wyłącznie jako przeciwwagę dla generałów. Prezydent Rosji widział w Prigożynie swojego człowieka, posłuszne narzędzie i łatwe w użyciu.

Jednak w ostatnich latach pan Prigożyn zrobił bardzo nieoczekiwaną karierę. Początkowo znany był jako szef kuchni Putina, któremu udało się zostać państwowym wykonawcą obiadów szkolnych dla rosyjskich dzieci w całym kraju. Następnie stworzył fabrykę trolli, Internet Research Agency, i został wyróżniony w śledztwie Roberta Muellera w sprawie ingerencji w wybory w 2016 roku. Wreszcie pan Prigożyn zasłynął jako założyciel grupy Wagnera, której kontrahenci walczyli w Afryce, Syrii, a teraz na Ukrainie.

Same te osiągnięcia gwarantowały Prigożynowi odpowiedzialność za najbardziej delikatne zadania Putina. Ale w tym roku Prigożyn przeniósł się do innej ligi, wyprzedzając wszystkich pozostałych przyjaciół Putina u władzy. Należą do nich minister obrony Siergiej Szojgu; sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji Nikołaj Patruszew; Dyrektor Generalny. rosyjskiego państwowego giganta zbrojeniowego Rostec, Siergieja Czemezowa; oraz najbliższy przyjaciel Putina, Jurij Kowalczuk. Pan Prigożyn wyprzedził ich wszystkich i wydaje się być najważniejszym graczem w Rosji. Jest zarówno najpopularniejszym operatorem politycznym, jak i tym, którego obawiają się rosyjscy wysocy urzędnicy i biznesmeni.

Błyskawiczny wzrost polityczny Prigożyna rozpoczął się tego lata, kiedy zaczął objeżdżać rosyjskie więzienia i rekrutować więźniów do swojej prywatnej armii Wagnera, oferując ułaskawienie tym, którzy walczą na linii frontu na Ukrainie: sześć miesięcy służby, a potem wolność.

Aby to zrobić, Prigożyn musiał jednocześnie zająć się kilkoma kluczowymi rosyjskimi agencjami bezpieczeństwa: Federalną Służbą Więzienną, państwem w państwie w Rosji, FSB, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, Prokuraturą Generalną i Komitetem Śledczym. Wszystkie te grupy mają specjalny status, podlegają tylko prezydentowi Putinowi i nikt nie śmie się z nimi kłócić. Ale potem sytuacja się zmieniła — pojawił się joker, który może pokonać wszystkie asy jednocześnie. Jeśli pan Prigożyn może uwolnić dowolnego więźnia, jego uprawnienia są nieograniczone.

Kolejnym przejawem nowego statusu Prigożyna była jego otwarta konfrontacja z Ministerstwem Obrony i Sztabem Generalnym Armii Rosyjskiej.

Konflikt ten był nowym zjawiskiem dla rosyjskiego systemu politycznego. W przeszłości niektórzy podwładni pana Putina zazwyczaj nie pozwalali sobie na publiczne ataki na innych podwładnych. Ale w 2022 roku to się zmieniło. od kiedy rozpoczęła się inwazja, Putin ma obsesję na punkcie wojny. To jego jedyne zainteresowanie, twierdzą źródła. Tylko ci, którzy są na pierwszej linii frontu, mają bezpośredni dostęp do Putina, a byli członkowie wewnętrznego kręgu, którzy znaleźli się na tyłach, stracili na znaczeniu.

Pan Prigozhin zdołał stworzyć sobie wizerunek najskuteczniejszego wojownika. Nie podlega MON, nie jest objęty systemem biurokracji wojskowej, sam ustala zadania, cele i ramy czasowe. Według moich źródeł, panu Putinowi pasował ten układ. I pozwolił panu Prigożynowi niegrzecznie i publicznie krytykować innych generałów. Pan Putin ma o nich złą opinię, więc nie skarcił założyciela Wagnera.

Zeszłej jesieni Jewgienij Nużyn, były rosyjski więzień, który uciekł na Ukrainę po zwerbowaniu przez grupę Wagnera i wrócił do Rosji po wymianie więźniów, został zabity młotem kowalskim. Wideo z tej masakry pojawiło w listopadzie i najprawdopodobniej miało być ostrzeżeniem dla wszystkich przyszłych dezerterów.

Co zaskakujące, to barbarzyństwo ma wielu fanów. Sklepy w Rosji zaczęły sprzedawać „Wagner Sledgehammers”, a także pamiątki i naklejki samochodowe z symbolami Wagnera. Pan Prigożyn, który wydał oświadczenie popierające zabójstwo pana Nużyna, stał się swego rodzaju ludowym bohaterem.

Prigożyn przyciągał najbardziej radykalnych polityków i biznesmenów. Ci, z którymi rozmawiam, mówią mi, że przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow, który wcześniej miał bezpośrednie połączenie z panem Putinem, teraz podlega panu Prigożynowi. Chwalił Prigożyna także biznesmen Konstantin Małofiejew, właściciel ultrakonserwatywnego kanału Tsargrad TV, który w 2014 roku poparł rosyjski atak na Donbas, oraz ideolog współczesnego rosyjskiego faszyzmu, filozof Aleksandr Dugin. Ponadto w jego grupie wpływów znajdują się przywódcy tzw. republik donieckiej i ługańskiej. Ogólnie rzecz biorąc, jest to najbardziej wpływowy klan we współczesnej Rosji, ponieważ to ci, którzy są na froncie, mają największą wagę w oczach pana Putina.

Prigożyn stał się też bohaterem „patriotycznych” reporterów wojskowych (pracujących dla mediów propagandowych i otwarcie głoszących poglądy faszystowskie).

Ale pan Prigożyn już teraz wydaje się całkowicie niezależnym graczem politycznym. Zaczął walczyć z gubernatorem Petersburga Aleksandrem Biegłowem, wieloletnim współpracownikiem Putina. „Ludzie tacy jak Biegłow zostaną prędzej czy później zmiażdżeni przez nasze społeczeństwo jak robaki” — napisał niedawno.

Do końca 2022 roku wielu moskiewskich biznesmenów i urzędników mocno uwierzyło, że Prigożyn stanowi realne zagrożenie. „Młot to wiadomość dla nas wszystkich” – powiedział mi jeden z oligarchów. Przez kilka miesięcy ubiegłego roku krążyły pytania o to, dlaczego Putin nie ustawił Prigożyna na swoim miejscu, tak jak zrobił to wielu innym.

10 stycznia Prigożyn poinformował na należącym do jego firmy kanale Telegram, że bojownicy Wagnera zajęli ukraińskie miasto Soledar. Było to jego najpotężniejsze zwycięstwo propagandowe i przekonujący dowód na to, że Wagner jest jedną z najbardziej gotowych do walki jednostek rosyjskich. Moje źródła w Moskwie mówią, że niektórzy wysocy rangą urzędnicy zaczęli dyskutować – rzekomo pół żartem – czy nadszedł właściwy czas, aby złożyć przysięgę wierności panu Prigożynowi, zanim będzie za późno.

Ministerstwo Obrony stwierdziło, że zajęcie Soledaru było jego osiągnięciem, czemu natychmiast zaprzeczył Prigożyn i liczni korespondenci wojskowi. Dla propagandzistów tak nieznaczne zwycięstwo wywołało absolutny zachwyt. Oto jeden z charakterystycznych komentarzy: „Wagner PMC szturmował rosyjskie miasto Soledar i wymordował wszystkich okupantów. Nie brał jeńców, zabił. Jak wściekłe psy. Dlatego Jewgienij Wiktorowicz Prigożyn jest prawdziwym rosyjskim politykiem. Mówi to, co dobrzy Rosjanie chcą usłyszeć i robi to, czego oczekują od swojej armii”.

Przypuszczalnie w tym momencie Putin zdał sobie sprawę, że Prigożyn może być trochę zbyt popularny. Wywyższył więc głównych wrogów Prigożyna, generałów Łapina i Walerego Gierasimowa, i mianował Gierasimowa dowódcą operacji na Ukrainie. To tradycyjna biurokratyczna gra Putina, która okazała się skuteczna, ale może nie zadziałać tym razem.

Wielu Rosjan, zdominowanych przez propagandę, jest sfrustrowanych tym, że armia nie wygrywa. Kijów nie został zdobyty w ciągu kilku dni, jak obiecano. Mianując generała Gierasimowa na najwyższego dowódcę, Putin bierze na siebie odpowiedzialność za wszystkie kolejne porażki. I to nie osłabia Prigożyna, który nie krytykował tej nominacji.

Oznacza to, że w niedalekiej przyszłości Prigożyn może rzucić wyzwanie prezydentowi, a Putin może nie być już w stanie przeciwstawić się swojemu byłemu szefowi kuchni.

nytimes.com

czwartek, 26 stycznia 2023


W pobliżu Kronsztadu, morskiej fortecy, którą Rosjanie słusznie się chlubią, Zatoka Fińska ożywia się nagle, imponujące statki marynarki cesarskiej krzyżują się w niej bezustannie: jest to flota cesarza. Ponad sześć miesięcy rocznie pozostaje zamarznięta w porcie, a przez trzy letnie miesiące kadeci marynarki manewrują na statkach między Sankt-Petersburgiem a Morzem Bałtyckim. Tak wykorzystuje się dla kształcenia młodzieży krótki okres, jaki słońce użycza nawigacji pod tą szerokością geograficzną.

... Morze Bałtyckie ze swymi niezbyt żywymi barwami, ze swymi mało uczęszczanymi wodami zapowiada sąsiedztwo lądu skąpo zaludnionego z powodu srogiego klimatu. To jałowe wybrzeże harmonizuje z zimnym i pustym morzem, a smutek gleby, nieba, zimny odcień wód mrozi serce podróżnego.

Ledwo człowiek znajdzie się blisko tego niepociągającego wybrzeża, a już chciałby się stąd oddalić i przypomina sobie z westchnieniem słowa jednego z faworytów Katarzyny, kiedy narzekała na fatalny wpływ klimatu Petersburga na swoje zdrowie: "To nie wina Pana Boga, o Pani, jeśli ludzie uparli się zbudować stolicę wielkiego imperium na ziemi przeznaczonej przez naturę na siedlisko wilków i niedźwiedzi".

Moi towarzysze objaśnili mi z dumą ostatnie postępy rosyjskiej marynarki. Podziwiam ten cud, lecz nie cenię go tak jak oni. Jest to kreacja lub raczej rekreacja cesarza Mikołaja. Ten władca zabawia się urzeczywistnianiem naczelnej idei Piotra I, ale bez względu na całą swoją potęgę człowiek jest wcześniej czy później zmuszony do przyznania, że natura jest silniejsza od wszystkich ludzi. Dopóki Rosja nie wyjdzie poza swe naturalne granice, rosyjska marynarka będzie zabawką cesarzy, niczym więcej!... Cesarz utrzymałby swoje wpływy na Morzu Bałtyckim z jedną czwartą sił morskich zgromadzonych w Kronsztadzie i rozsądna polityka niczego więcej nie wymaga.

Wytłumaczono mi, że w okresie ćwiczeń nawigacyjnych najmłodsi elewowie czynią swe ewolucje w okolicach Kronsztadu, podczas gdy doświadczeńsi posuwają się w swych odkrywczych podróżach do Rygi, a czasem nawet aż do Kopenhagi. Ach, przepraszam! Dwa statki rosyjskie, których manewrami kierują zapewne cudzoziemcy, już odbyły albo zamierzają odbyć podróż dookoła świata!

Mimo dworskiej dumy, z jaką Rosjanie chwalili przede mną cuda woli władcy, który chce mieć – i ma – cesarską marynarkę, kiedy się dowiedziałem, że oglądane przez nas statki znajdują się tu dla kształcenia elewów, wydało mi się, że jestem w szkole, i widok tej zatoki, ożywionej wyłącznie szkolną niemal nauką, robił już na mnie tylko nieopisanie smutne wrażenie. Te manewry, nie uzasadnione faktami, nie będące ani rezultatem wojny, ani handlu, wydały mi się paradą. Otóż Bóg wie, i wiedzą Rosjanie, czy parada jest przyjemnością!... Zamiłowanie do rewii jest w Rosji po prostu maniackie: oto jeszcze przed wejściem do tego królestwa militarnych ewolucji muszę asystować przy rewii na wodzie!... Nie, nie śmieję się z tego: dziecinada wielkiego kalibru wydaje mi się czymś okropnym, ta potworność jest możliwa tylko pod rządami tyranii, której jest może najstraszniejszym objawem. Gdzie indziej niż pod rządami absolutnego despotyzmu ludzie czynią wielkie wysiłki dla osiągnięcia wielkiego celu; tylko wśród ludów ślepo posłusznych władca może nakazać ogromne ofiary dla osiągnięcia niewielkiego rezultatu. Widok sił morskich Rosji zrobił więc na mnie ponure wrażenie. Wyczułem w tych uczniowskich ćwiczeniach żelazną wolę na opak, wolę gnębiącą ludzi z zemsty za to, że nie może pokonać przyrody.

... Zamiast budzić podziw, którego oczekują tu po mnie, ta despotyczna improwizacja wywołuje we mnie coś jakby strach – nie strach przed wojną, lecz przed tyranią. Zbędna marynarka Mikołaja I przypomina mi nieludzkość Piotra Wielkiego, prototypu wszystkich władców rosyjskich dawnych i nowych... i mówię sobie w duchu: gdzie ja zmierzam? Co to jest Rosja? Rosja to kraj, gdzie można robić największe rzeczy dla najmniejszego rezultatu... Nie trzeba tam jechać.

Astolphe de Custine - Listy z Rosji

23 stycznia prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan stwierdził, że Szwecja nie może oczekiwać od Ankary wsparcia dla członkostwa w NATO. Była to reakcja na antyturecką demonstrację w Sztokholmie dwa dni wcześniej i spalenie Koranu w pobliżu ambasady Turcji. Ankara w akcie protestu odwołała planowaną na 27 stycznia wizytę szwedzkiego ministra obrony Pala Jonsona. MSZ Turcji w oficjalnym komunikacie 21 stycznia uznało, że pod pozorem „wolności słowa” w Sztokholmie dokonano aktu islamofobii, którego celem są muzułmanie i obraza uczuć religijnych. Tego samego dnia również opublikowało pisemny protest przeciw odbywającym się w stolicy Szwecji demonstracjom ugrupowań powiązanych – w przekonaniu Ankary – z terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), w ramach których ponownie powieszono kukłę prezydenta Turcji. Do podobnego incydentu doszło 12 stycznia podczas manifestacji środowisk kurdyjskich w Sztokholmie. Rzecznik prezydenta Turcji 21 stycznia krytycznie odniósł się do szwedzkiej zgody na obie demonstracje i uzależnił ratyfikację członkostwa Szwecji w NATO od powzięcia przez ten kraj kroków w celu przeciwdziałania antytureckim prowokacjom oraz od dalszego zwalczania wrogich Turcji organizacji terrorystycznych funkcjonujących na jego terenie. Lider tureckiej ultranacjonalistycznej Partii Ruchu Nacjonalistycznego (MHP), która jest koalicjantem rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), stwierdził, że w takich warunkach parlament Turcji nie ratyfikuje członkostwa Szwecji w NATO.

Komentarz

Formalnie Ankara uzależnia zgodę na akcesję Szwecji i Finlandii do NATO od wypełnienia przez rządy obu państw postanowień zawartych w trójstronnym memorandum z czerwca 2022 r., w ramach którego Sztokholm i Helsinki zgodziły się m.in. na przeciwdziałanie aktywności w Szwecji i Finlandii ugrupowań siostrzanych PKK (tj. PYD/YPG), dokonanie zmian w kodeksach karnych w celu zwalczania terroryzmu na swoich terytoriach, zniesienie embarga na eksport broni do Turcji, rozpatrzenie wniosków Ankary o deportację osób podejrzanych o terroryzm, walkę z dezinformacją i finasowaniem organizacji uznawanych przez Turcję za terrorystyczne (obok PKK, m.in. ruch Gülena, DHKPC). W ocenie władz tureckich sposób wdrażania – przede wszystkim przez Szwecję – postanowień memorandum nie jest satysfakcjonujący. Ponadto Ankara stale rozszerza listę osób, wobec których domaga się deportacji – według Erdogana zawiera ona obecnie ok. 130 nazwisk.

Obecna eskalacja napięć przez Turcję wpisuje się w kampanię przedwyborczą w tym kraju – przyspieszone wybory prezydenckie i parlamentarne zaplanowano na 14 maja. Nacisk na Szwecję jest dobrze przyjmowany przez dominujący elektorat nacjonalistyczny oraz odpowiada na silne antyzachodnie resentymenty. Równie nośny jest postulat walki z islamofobią na Zachodzie. Wszystkie te zarzuty mobilizują zaplecze wyborcze rządu i dają szansę na przyciągnięcie niezdecydowanych wyborców. Manifestowana przy okazji obecnego rozszerzenia NATO pryncypialna postawa Ankary wobec terroryzmu radykalnych ugrupowań kurdyjskich (PKK i siostrzanych ugrupowań YPK/PYD operujących w Syrii) oraz ruchu Gülena (organizacji posądzonej o przeprowadzenie w 2016 r. nieudanego puczu w Turcji) jest próbą wywarcia presji na państwa Sojuszu, które do tej pory – w jej ocenie – lekceważą problem. Strategia ta tworzy też szanse dla Ankary na szukanie rozwiązań konkretnych problemów w relacjach międzysojuszniczych. Należy do niej m.in. uzyskanie zgody USA na sprzedaż myśliwców wielozadaniowych F-16. Turcja chce je nabyć w związku z wykluczeniem jej przez USA z programu F-35 w wyniku zakupienia przez nią systemu obrony powietrznej S-400 od Rosji.

Szwecja zmieniła krajowe ustawodawstwo antyterrorystyczne, dzięki czemu niemożliwe będzie działanie na jej terytorium grup powiązanych z organizacjami terrorystycznymi lub wspierających je. Zmiany pozwalają też na szerszą kryminalizację udziału w tych organizacjach. Szwecja odmawia jednak ekstradycji kolejnych osób do Turcji. Latem 2022 r. szwedzki Sąd Najwyższy orzekł, że istnieje cały szereg przeszkód do jej przeprowadzenia: m.in. niektóre przestępstwa, za które Ankara żąda ekstradycji, nie są przestępstwami w rozumieniu prawa szwedzkiego. Nie penalizuje ono bowiem obrazy uczuć religijnych, zaś antytureckie demonstracje były legalne i wcześniej zgłoszone. Premier Ulf Kristersson określił je jako prowokacyjne przy zastrzeżeniu, że wolność słowa i swobodny sposób jej wyrażania stanowią podstawę szwedzkiej demokracji. Sam fakt krytyki incydentów podczas protestów (powieszenie kukły i spalenie Koranu) ze strony przedstawicieli rządu wywołał oburzenie w Szwecji wśród obrońców wolności słowa. Obecnie pojawiają się w tamtejszych mediach informacje, że za akcją spalenia Koranu mogą stać powiązani z Rosją szwedzcy dziennikarze. Rząd odpowiedział na stawiane przez Turcję zarzuty 24 stycznia na specjalnej konferencji prasowej. Premier Kristersson zapewnił, że uzyskanie wraz z Finlandią członkostwa w NATO jest priorytetem Sztokholmu, a stanowisko Ankary w kwestii ratyfikacji protokołu akcesyjnego Szwecji wiąże się przede wszystkim z turecką polityką wewnętrzną.

Finlandia pozostaje na uboczu szwedzko-tureckiego sporu – Ankara nie formułuje dodatkowych żądań względem Helsinek. W szeroko komentowanym wywiadzie z 24 stycznia minister spraw zagranicznych Finlandii Pekka Haavisto podkreślił, że jednoczesne dołączenie obu państw do Sojuszu pozostaje priorytetem Helsinek, choć obecne wydarzenie opóźniają cały proces o co najmniej tygodnie. Z drugiej strony minister zasygnalizował możliwość samodzielnego wejścia Finlandii do NATO w przypadku przedłużającego się impasu na linii Szwecja–Turcja. Jeśli nie dojdzie do przełomu w tych relacjach do 2024 r., niewykluczone, że strategia Helsinek – mająca na celu jednoczesną ratyfikację przez Turcję członkostwa Finlandii i Szwecji w NATO – może się zmienić.

osw.waw.pl