wtorek, 20 grudnia 2022


Słabo wyszkoleni, niezdyscyplinowani rosyjscy artylerzyści postępują zgodnie ze starą doktryną, stosując podejście mechanistyczne i niwecząc wszelką przewagę ilościową, jaką rosyjska artyleria ma nad ukraińską — pisze publicysta wojskowy Forbes David Axe. Na początku wojny ukraiński arsenał był o połowę mniejszy — 2,9 tys. dział i systemów rakietowych wobec 6 rys. rosyjskich. Ale rosyjskie wojska często marnują pociski.

"Większość artylerzystów przed 24 lutego w ogóle nie miała pojęcia, jak walczyć w nowoczesnych warunkach" — napisał 19 listopada doniecki milicjant Maksym Fomin, który pod pseudonimem Wladlen Tatarski prowadzi popularny kanał na Telegramie o wojnie w Ukrainie.

"24 lutego większość artylerii ruszyła do boju z busolami oraz lornetkami. Obserwator musiał wejść na drzewo lub gdzieś indziej i kierować ogniem — było za mało ludzi, w większości przypadków nie było też UAV (bezzałogowych statków powietrznych). Nasza artyleria musiała produkować wagony z pociskami, których obecnie bardzo brakuje".

Nawet jeśli ataki są daremne, pociski są nadal wystrzeliwane — wskazują w najnowszym raporcie eksperci z Royal Joint Defence Studies Institute (RUSI). "Zatrzymanie podjętych działań jest praktycznie niemożliwe" — piszą, dodając: "otrzymawszy rozkaz, podległe jednostki kontynuują jego wykonanie bez względu na wszystko. Załogi artylerii po prostu nie myślą o tym, co robią i jak to się ma do sytuacji na polu walki".

Następnie autorzy dodają: "wszystkie otrzymane współrzędne uważają z automatu za prawidłowe. Wszystkie rozkazy strzelania mają jednakowy priorytet i są wykonywane w kolejności ich otrzymania".

Ze względu na kulturę panującą w siłach zbrojnych dowódcy nie tłumaczą żołnierzom kontekstu wydawanych rozkazów. Kwalifikacje i stopnie bojowe sprawiają, że rosyjskie siły zbrojne są podatne na bratobójstwo. Systemy radioelektroniczne i inne urządzenia rzadko pomagają w zapobieganiu incydentom, a metody odróżniania przyjaciela od wroga i ustalania środków kontroli są niewystarczające.

onet.pl/The Moscow Times

Aleksandra Klitina: Wróciłeś z Bachmutu. Co się tam dzieje? Czy Rosjanie posuwają się do przodu?

Petro Stone, ukraiński wolontariusz: Bachmut staje się teraz głównym teatrem działań wojennych w Donbasie i w ogóle w tej wojnie. Rosjanie ostrzeliwują go bez przerwy, 7 dni w tygodniu. Sam byłem tego świadkiem. Rakiety, artyleria — wszystko spada na budynki mieszkalne, szkoły, przedszkola. Ludzie nie mają gdzie się schować, mieszkają w piwnicach.

Ile osób tam zostało?

W tej chwili w Bachmucie pozostaje do 15 tys. osób. Przed wojną mieszkało tam 70 tys. Widziałem dzieci, ludzi młodych i w średnim wieku. To było dla mnie szokujące.

Ile dzieci widziałeś?

Około 300. Warunki życia są tam straszne. W domach nie ma okien ani drzwi.

Jest zimno.

Ludzie rozpalają ogniska w domach. Nie ma wystarczającej liczby pieców i grzejników. Palą też ogniska na zewnątrz i gotują na ulicach. Donbas ma surowy klimat, z ekstremalnymi wiatrami, więc kiedy jest —7 st. C, czuje się jakby było —20 st. C. Ogniska rozpalane na cegłach są gaszone przez wiatr.

Nasze wojsko odpiera ponad 10 rosyjskich ataków dziennie. Rosja rzuca w to miejsce właśnie zmobilizowanych i niewyszkolonych żołnierzy. Mają oni za zadanie pokonać nasze fortyfikacje.

Masakra w Bachmucie trwa od miesięcy. Panuje też dezinformacja. Ludzie są niedoinformowani. Nie mają dostępu do internetu, a telefony nie działają. Informacje otrzymują tylko od wojskowych. Gdy jeździliśmy po mieście, ludzie wybiegali z piwnic i pytali: "czy wojska rosyjskie weszły już na drugą stronę miasta? Co powinniśmy zrobić?"

Powiedziałem im: "Nie bójcie się. My jesteśmy tutaj".

Czy są jakieś ofiary cywilne?

Niestety tak. Ludzie giną z powodu ciągłego, chaotycznego ostrzału miasta.

Czy ludzie w Bachmucie mają wodę i leki?

Nie było wody ani leków, więc pomogliśmy wolontariuszom przywieźć przynajmniej jeden autobus z pomocą. Wymaga to dużo wysiłku i ryzyka. Kiedy weszliśmy do Bachmutu, wolontariusze wpadli w histerię, bo nie byli przygotowani.

Dlaczego?

Byli przerażeni. Ostrzegałem ich, że Bachmut nie przypomina obwodu chersońskiego czy charkowskiego. Sytuacja tu jest znacznie gorsza niż w Mariupolu. Rosjanie całkowicie zniszczyli miasto.

Pytałem ludzi, którzy tam zostali, dlaczego nie wyjechali. Ich odpowiedź brzmiała: "nikt nas nie potrzebuje, gdzie my pójdziemy?". Teraz robimy, co możemy, żeby jakoś im pomóc. Przede wszystkim potrzebują wody i zapałek — rzeczy niezbędnych do przeżycia.

Czy możemy ewakuować tych ludzi?

Oczywiście, grupy wojskowych, w tym Amerykanów, nieustannie pracują, aby ewakuować ludzi. Najpierw pytają: "chcecie wyjechać?". Na początku odpowiedź brzmi "nie". Po tym pytają ponownie, a niektórzy nie mogą już dłużej wytrzymać i mówią "jesteśmy gotowi".

Ludzie zazwyczaj jadą do swoich krewnych lub znajomych w Kramatorsku, Konstantynowie, Drużkowie lub Słowiańsku, bo tam jest spokojniej.

Jestem przekonany, że obronimy miasto. Prezydent i dowództwo wojskowe robią wszystko w tym kierunku. Wszyscy są zaangażowani. Oczywiście są straty, bo to jest wojna, ale wypchniemy Rosjan z Donbasu.

Widziałeś tamtejsze dzieci — w jakim są stanie?

Nie ma wody — wszyscy wyglądają na brudnych, ich ubrania są bardzo zniszczone, przenoszą różne choroby. Widziałem ludzi i dzieci z ranami, których ciała gniły. Trwa nieustany ostrzał, wszędzie widać latające szkło i odłamki. Ludzie są ranni, a nie ma lekarstw, które pomagałyby im zaleczyć rany.

Czy ktoś oprócz ciebie dostarcza pomoc humanitarną? Czy można jakoś pomóc tym ludziom?

Widziałem na portalach społecznościowych, że jeżdżą tam też inni wolontariusze, ale ta pomoc nie jest wystarczająca. Nie da się tam przewieźć ciężarówki, więc pomoc humanitarna może być dostarczana tylko w małych busach. Nawet z większymi autobusami jest tam ciężko z powodu ciągłego ostrzału. Zniszczone są również drogi.

Wolontariusze próbują dostać się do Bachmutu od strony Iziumu w obwodzie charkowskim albo od strony Kramatorska lub Słowiańska w obwodzie donieckim. Próbują się przebić, gdy wojsko daje na to pozwolenie.

Po raz kolejny jadę do Bachmutu, by pomóc tamtejszym ludziom. Zwykle wychodzimy codziennie o 8 rano i pracujemy do godziny 15-16, gdy zaczyna się robić ciemno. Nie chcemy włączać świateł samochodów, żeby uniknąć ostrzału.

Ostatnio pojawił się Pan w rosyjskich mediach. Jewgienij Prigożyn, szef Grupy Wagnera, skomentował wasz filmik, mówiąc, że w Ukrainie działa amerykańska Grupa Mozart — prywatna firma wojskowa. Czy to prawda?

Tak, to prawda. Amerykański pułkownik Sił Operacji Specjalnych Korpusu Piechoty Morskiej USA, który obecnie jest na emeryturze, założył w Ukrainie prywatną firmę wojskową o nazwie Mozart, która ma być niejako odpowiedzią na rosyjską Grupą Wagnera.

Poznałem ich, gdy byłem w Bachmucie. Są bardzo aktywni. Mozart ma dwa skrzydła — taktyczne wojskowe, które uczy rzemiosła wojskowego, gdzie amerykańscy komandosi szkolą naszych żołnierzy jak obchodzić się z bronią i umiejętnościami taktycznymi.

Drugie skrzydło jest humanitarne i zajmuje się ewakuacją ludzi. Amerykanie złożyli ofertę współpracy i się zaprzyjaźniliśmy. Kiedy wręczono mi szewron (naszywka na rękawie munduru wojskowego), wiadomość dotarła do rosyjskiej opinii publicznej i wywołała reakcję Prigożyna — bo Mozart, bo to przecież USA, a USA to siła.

Teraz wspólnie z Amerykanami pracujemy nad rozwojem naszego zespołu. Zamierzamy połączyć siły, by ewakuować ludzi z Bachmutu. Każdy wyjazd to specjalna operacja ratowania ludzi. Amerykanie pomagają i uczą nas umiejętności ewakuowania ludzi.

Więc tak, to prawda. Wagnerowcy się przestraszyli, bo mają poważnego konkurenta w Ukrainie. Stajemy się dla Rosjan groźną siłą, bo oni z każdym dniem ponoszą straty.

onet.pl/Kyiv Post

poniedziałek, 19 grudnia 2022


„Awaria 18 wozów bojowych Bundeswehry Puma jest kompromitująca” – pisze „Frankfurter Rundschau”. „Jest jeszcze jedna zła wiadomość dla minister obrony Christine Lambrecht, armii i tutejszego przemysłu zbrojeniowego. Przez problemy techniczne kosztowne Pumy od lat nie mogą zgodnie z planem zastąpić przestarzałych Marderów. W przypadku misji NATO jest wręcz odwrotnie: w oddziałach szybkiego reagowania armia musi od stycznia polegać na Marderach zamiast na wadliwych Pumach. Ministerstwo musi teraz wyjaśnić, dlaczego Puma – doposażona za duże pieniądze – odpadła już po pierwszym ćwiczeniu bojowym. Minister Lambrecht nie może również wciąż usprawiedliwiać się tym, że problemy z Bundeswehrą odziedziczyła, czy też że powstały w wyniku wojny Putina w Ukrainie tak niedawno, że nie da się ich szybko rozwiązać. Te wszystkie uwagi są wprawdzie słuszne. Ale musi wyjaśnić, jak chce postępować i jakie są jej priorytety. Zamiast tego powstaje wrażenie, że działa bez planu” – czytamy

„Lista braków wydaje się nie mieć końca, zakup nowego uzbrojenia regularnie kończy się katastrofą” – zauważa „Augsburger Allgemeine”. „Zrzucanie całej winy za ten marazm na minister Christine Lambrecht jest zbyt proste – winę za to położenie ponoszą też jej poprzedniczki i poprzednicy. To, że można inaczej, pokazuje Luftwaffe, która pod dowództwem gen. Ingo Gerhartz odzyskała siłę bojową. Nie istnieje prawo natury, że w Bundeswehrze wszystko musi pójść źle” – podsumowuje gazeta.

„Kolejna totalna porażka, kolejne spotkanie kryzysowe: minister obrony Lambrecht po prostu nie udaje się wyjść z tej defensywy” – oceniają „Westfaelische Nachrichten”. „Dopiero co było przyznanie, że amunicja wystarczyłaby tylko na dwa dni intensywnych walk – a teraz nowe hiobowe wiadomość. Usterka Pumy jest również niezręczna w stosunku do partnerów z NATO. W końcu ten wóz był planowany ściśle jako siła szybkiego reagowania. Teraz coraz bardziej mści się to, że minister zignorowała uwagi pełnomocniczki ds. wojskowych nt. niedostatecznej przydatności sprzętu. Biuro zaopatrzenia pozostaje piętą achillesową Bundeswehry.

Poprzedniczka Lambrecht – Kramp-Karrenbauer – po długim przymykaniu oka chciała ten leniwy urząd popchnąć znów do marszu. Ale Lambrecht w fatalny sposób odłożyła te plany ad acta. Musi sprowadzić Bundeswehrę na kurs reform tak szybko, jak to możliwe i zakończyć tę niekończącą się serię awarii”.

„To, co wydarzyło się podczas ćwiczeń, musi śmieszyć każdego obserwatora – a jednak śmiech grzęźnie w gardle. Bo chodzi o bezpieczeństwo naszego kraju i o możliwość wypełniania naszych zobowiązań wobec NATO” – zauważa „Badische Zeitung”. „Kanclerz Olaf Scholz odpowiedział na wojnę Rosji przeciw Ukrainie uruchamiając specjalny fundusz dla Bundeswehry o wartości 100 mld euro. Było to konieczne, ponieważ przez wiele lat za mało inwestowano wojska. Ale jedno jest również jasne: wkładanie większej ilości pieniędzy w system, który nie działa, tylko nas ogranicza. Bundeswehra powinna dostać to, czego naprawdę potrzebuje. Ale potem musi się postarać, by to naprawdę działało  A tu mamy ewidentnie wciąż spory plac budowy”.

dw.com

O spotkaniu Władimira Putina z Aleksandrem Łukaszenką w Mińsku mówiło się już od dłuższego czasu. Prezydenci mają omawiać "środki bezpieczeństwa oraz środki reagowania". Jak przekonuje płk rez. Piotr Lewandowski z Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Terytorialnej, były szef bazy tarczy antyrakietowej w Redzikowie i weteran wojny w Iraku i Afganistanie, taka rozmowa nie dziwi, bo Rosja po prostu bardzo potrzebuje wsparcia Białorusi.

– Sama Białoruś to są tysiące kilometrów potencjalnego frontu. Co prawda on w dużej mierze jest nieprzekraczalny dla zwartych oddziałów pancerno-zmechanizowanych, ale i tak poszerzy znacznie front, co wymusi na Ukrainie angażowanie sił do co najmniej monitorowania tego obszaru i pozostawiania naprawdę dużych sił w odwodzie na kierunku kijowskim – mówi ekspert.

– Te ruchy, które obserwujemy, zmuszają Ukraińców do tego, żeby te siły jeszcze wzmacniać. Czy Białoruś uderzy, czy nie, tego ciągle nie wiemy, ale działania Rosjan, nawet pozorujące, będą angażować znacznie siły ukraińskie z kierunku północnego – dodaje.

W kontekście rozmów Putina z Łukaszenką sporo mówi się o tym, że Rosja z Białorusią szykują wspólną próbę zdobycia Kijowa. Zdaniem naszego rozmówcy byłoby to tzw. uderzenie "dekapitujące".

– Co prawda czasy, kiedy zdobywało się stolicę kraju i wojna się kończyła, minęły, ale uderzenie na Kijów i zdobycie go, byłoby ciosem, który zmieniłby obraz wojny, zarówno strategicznie, jak i politycznie, bo jednak jest to ośrodek władzy. Byłaby to olbrzymia porażka Ukrainy – mówi wojskowy.

Jednocześnie płk Lewandowski zaznacza, że taka ofensywa ze strony Rosji wspieranej przez Białoruś, chociaż jest możliwa, to jednak szanse jej powodzenia są bardzo niewielkie.

– Ukraina bardzo rozbudowała pozycje na tym kierunku, nauczona doświadczeniem z pierwszych dni wojny, bo wtedy ta ich obrona wyglądała słabo. Wówczas Rosjanie nie rzucili tam swoich najlepszych sił, a mim to zaszli daleko i zrobili to szybko. Dlatego z informacji, które mamy, wiemy, że Ukraińcy prowadzili rozbudowę fortyfikacyjną, połączoną z polami minowymi. Utrzymują też znaczące odwody, których z oczywistych względów nie znamy. Do tego dochodzą bardzo duże zgrupowania wojsk obrony terytorialnej czy co najmniej jedna jednostka pancerna i brygady zmechanizowane – wylicza ekspert.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że ofensywa skuteczna czy nie, cały czas angażowałaby duże siły Ukraińców. – O to właśnie chodzi Rosjanom. Żeby Ukraińcy nie mieli odwodów. Nie sądzę, żeby Rosja zakładała, że uda jej się zdobyć Kijów jednym uderzeniem, ale do tego Ukraińcy będą potrzebowali znacznych sił, a tych sił może braknąć w innym miejscu – zauważa.

Nasz rozmówca przypomina, że cały czas intensywne walki trwają na wschodzie czy na południu Ukrainy. Ostatnio najcięższe w okolicach Bachmutu.

– Tam Rosjanie nie do końca są nieskuteczni. Jednak powodują duże zaangażowanie Ukraińskich sił. Cześć z nich nie wchodzi do walki, ale pozostaje w odwodzie, żeby likwidować możliwe włamania, jednocześnie nie może się dalej szkolić i uzupełniać. Taki właśnie jest cel, permanentne angażowanie tych sił, które maja się wyczerpywać, a rosyjskie zasoby ludzkie przecież są coraz większe – zaznacza i weteran wojny w Iraku i Afganistanie.

Czego możemy się więc spodziewać ze strony Rosjan? Zdaniem płk Lewandowskiego na pewno dalszych ataków dronami w tzw. infrastrukturę wrażliwą, która już jest zniszczona w kilkudziesięciu procentach.

– To jest ewidentnie taktyka długofalowa. Rosja zakłada, że przetrwa zimę i wiosną wprowadzi 200 tys. żołnierzy, których teraz szkoli – twierdzi ekspert. – Mówi się, że te oddziały nie osiągną wymaganych zdolności. Tylko czyich? Takich, jakich wymaga Ukraina od swoich brygad, oni na pewno nie osiągną, ale Rosja wymaga tylko tyle, by w sposób w miarę zorganizowany przytłoczyli swoją masą armię Ukraińską. Tę zdolność pewnie uda im się osiągnąć – dodaje.

onet.pl

Nocą z 18 na 19 grudnia Rosjanie przeprowadzili atak na Kijów z wykorzystaniem dronów kamikadze, w wyniku którego doszło do uszkodzeń infrastruktury energetycznej w dwóch rejonach miasta. Jego obrońcy poinformowali o zestrzeleniu 18 z 23 atakujących stolicę dronów Shahed-136/131. Zgodnie z danymi Dowództwa Sił Powietrznych Ukraińcy mieli łącznie unieszkodliwić 30 z 35 dronów, które poza Kijowem atakowały cele na południu kraju. Ponadto Ukraina nadal boryka się ze skutkami ataku rakietowego z 16 grudnia. Według operatora systemu elektroenergetycznego Ukrenerho awaryjne wyłączenia prądu mają miejsce w stolicy i dziesięciu obwodach.

Artyleria i lotnictwo agresora kontynuują ataki na pozycje i zaplecze sił ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz na obszarach graniczących z Rosją. Rakiety spadły też na Kramatorsk i Łyman. Pod permanentnym ostrzałem wciąż znajdują się Chersoń (miasto jest pozbawione prądu) oraz okolice Nikopola i Oczakowa. 18 grudnia miał miejsce siedmiogodzinny ostrzał Orichiwa w obwodzie zaporoskim. Celem artylerii ukraińskiej były pozycje i zaplecze wroga w głównych rejonach walk i w obwodzie zaporoskim. Najprawdopodobniej doszło także do kolejnego aktu dywersji w rosyjskim Biełgorodzie.

Trwają starcia o Bachmut, gdzie obrońcom udaje się powstrzymywać natarcie przeciwnika we wschodniej części miasta. Według nieoficjalnych źródeł mieli oni również odzyskać część utraconych pozycji. Ciężkie walki toczą się o Sołedar na północny wschód od Bachmutu oraz o leżące na jego północno-wschodnich i południowo-zachodnich obrzeżach Pidhorodne i Kliszczijiwkę. Areną zaciętych potyczek jest także Marjinka na zachód od Doniecka. Rosjanie mieli bezskutecznie atakować na północ, wschód i południe od Siewierska oraz na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Według lokalnych doniesień mają też wzmacniać pozycje obronne w okupowanej części obwodu zaporoskiego i zwiększać liczebność wojsk w rejonie Melitopola. Miasto ma być przygotowywane do obrony i potencjalnych walk ulicznych.

Rosja kontynuuje wzmacnianie zgrupowania na Białorusi w graniczących z Ukrainą obwodach brzeskim i homelskim. W ostatnich dniach miały tam trafić dodatkowe kolumny transportowe (co najmniej 50 ciężarówek) oraz 18 autobusów medycznych. Pododdziały walki radioelektronicznej armii białoruskiej otrzymały od sąsiada nowe wyposażenie (co najmniej sześć specjalistycznych pojazdów).

16 grudnia odbyło się spotkanie Alaksandra Łukaszenki z członkami rządu powiązane z planowaną na 19 grudnia wizytą Władimira Putina w Mińsku. Dotyczyło ono relacji białorusko-rosyjskich. Według słów Łukaszenki tematem rozmów z Putinem mają być przede wszystkim sprawy gospodarcze. Jednocześnie białoruskie MON oznajmiło, że w spotkaniu obu przywódców wezmą udział ministrowie obrony Wiktar Chrenin i Siergiej Szojgu. Kijów uważnie przygląda się współpracy wojskowej pomiędzy oboma krajami – zagadnieniu temu poświęcona była narada u prezydenta Wołodymyra Zełenskiego 18 grudnia. W kwestii możliwości wyprowadzenia ataku z obszaru Białorusi w najbliższym czasie przeważają wstrzemięźliwe oceny, jednak zagrożenia tego nie wyklucza się w dłuższej perspektywie.

Brytyjski resort obrony potwierdził dostarczenie Ukrainie rakiet Brimstone 2 do niszczenia celów opancerzonych. Rząd w Londynie wstępnie zapowiedział też przekazanie Kijowowi w przyszłym roku kilkuset tysięcy pocisków artyleryjskich o orientacyjnej wartości 250 mln funtów. Pentagon z kolei przyznał, że pozyskiwał i wysyłał na Ukrainę części zapasowe do systemów S-300.

Zastępca szefa Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy generał Wadym Skibicki potwierdził w wywiadzie dla dziennika „Bild”, że armia realizuje szeroki wachlarz operacji na terytorium wroga. Celem ataków są obiekty wojskowe – przede wszystkim miejsca, z których wyprowadza się uderzenia w kierunku Ukrainy, a także magazyny i bazy remontowe, punkty dowodzenia oraz koszary z większą ilością wojska.

Komentarz

Rosja kontynuuje doposażanie sił na Białorusi, lecz skala tego procederu jest w dalszym ciągu zbyt mała, by można było mówić o budowaniu nowego zgrupowania ofensywnego. Wzmocnienie logistyki, a zwłaszcza zabezpieczenia medycznego pozwalają jednak przyjąć, że najeźdźcy nie wykluczają przeprowadzenia działań na mniejszą skalę bądź chcą stworzyć pozory gotowości do podjęcia takich działań w celu wiązania części sił przeciwnika na północy kraju. Podobnie należy traktować podnoszenie gotowości bojowej armii białoruskiej, która – m.in. ze względu na niewielki potencjał i niski stopień motywacji żołnierzy – nie stanowiłaby znaczącego wzmocnienia sił agresora w przypadku nowej ofensywy od północy. Ewentualny udział Sił Zbrojnych Białorusi w działaniach na terytorium Ukrainy miałby przede wszystkim znaczenie polityczne i psychologiczne.

osw.waw.pl

niedziela, 18 grudnia 2022


Rosyjskie kierownictwo wojskowe jest zaangażowane w kampanię mającą na celu zaprezentowanie się jako część skutecznego aparatu wojennego w celu zajęcia się publicznym postrzeganiem rosyjskich niepowodzeń na Ukrainie. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) opublikowało 18 grudnia materiał filmowy przedstawiający ministra obrony Rosji Siergieja Szojgu podczas podróży roboczej do Południowego Okręgu Wojskowego (SMD) i inspekcji zgrupowania sił rosyjskich w strefie walk na Ukrainie. Szojgu podobno otrzymywał odprawy od dowódców polowych i rozmawiał bezpośrednio z personelem na linii frontu, zwracając „szczególną uwagę na organizację wszechstronnego wsparcia wojsk, warunki rozmieszczenia personelu w terenie, a także pracę personelu medycznego i zaplecza jednostki”. Rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało 17 grudnia materiał filmowy przedstawiający Szojgu biorącego udział w spotkaniu z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, szefem Sztabu Generalnego Walerijem Gierasimowem i dowódcą Połączonej Grupy Sił na Ukrainie Siergiejem Surowikinem w celu omówienia krótko- i średnioterminowych propozycji rosyjskich operacji na Ukrainie. Ostatnie zaangażowanie Szojgu sugeruje, że rosyjskie MON próbuje wzmocnić swoją reputację jako skutecznego organu wojskowego w obliczu konsekwentnej krytyki jego prowadzenia wojny przez środowisko prowojenne. Niedawne skoordynowane wysiłki rosyjskich wojskowych, aby zaprezentować się jako aktywnie zaangażowani w planowanie i kontrolowanie działań wojennych, zwłaszcza przy braku namacalnych zwycięstw militarnych na Ukrainie, mogą sugerować, że Rosja przygotowuje się do wznowienia ofensywy przeciwko Ukrainie w nadchodzących miesiącach. Wizyta Shoigu w SMD – z jej naciskiem na utrzymanie i wsparcie medyczne – jest prawdopodobnie częścią wysiłków mających na celu pokazanie, że dowództwo wojskowe naprawia niszczycielskie niepowodzenia rosyjskiej armii w tych obszarach, które były przedmiotem ciągłych gniewnych komentarzy blogerów i protestów przez żołnierzy i ich rodziny.

Planowane na 19 grudnia spotkanie Putina z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką jest prawdopodobnie częścią tych samych wysiłków na rzecz zaprezentowania proaktywności, jak i próby ustalenia warunków informacyjnych dla nowej fazy wojny.  Dowódca Połączonych Sił Ukraińskich Serhij Najew skomentował zbliżające się spotkanie Putin-Łukaszenko i zaznaczył, że odbywa się ono po spotkaniu Putina z rosyjskim dowództwem wojskowym 17 grudnia w celu omówienia zarówno doraźnych, jak i średnioterminowych celów wojny. Najew poinformował, że ukraińskie władze wierzą, że Putin będzie dyskutował o szerszym zaangażowaniu sił białoruskich w dalszą rosyjską agresję na Ukrainę, co jest zgodne z przewidywaniami ISW dotyczącymi spotkania. Wzięte w parze, spotkanie Putina z rosyjskim dowództwem, rzekoma wizyta Szojgu na froncie oraz spotkanie Putin-Łukaszenko sugerują nowy etap prezentacji, planowania i prowadzenia wojny i mogą zapowiadać wznowienie ofensywnych operacji przeciwko Ukrainie w nadchodzących miesiącach.

Zdolność armii rosyjskiej, nawet wzmocnionej elementami sił zbrojnych Białorusi, do przygotowania i przeprowadzenia skutecznych zmechanizowanych operacji ofensywnych na dużą skalę w ciągu najbliższych kilku miesięcy pozostaje wątpliwa, jak zauważają inni analitycy. Siła robocza, którą Rosja generuje ze zmobilizowanych rezerwistów oraz z corocznego jesiennego cyklu poborowego, nie będzie wystarczająco wyszkolona, aby tej jesieni przeprowadzić szybki i skuteczny manewr zmechanizowany. Problemy Rosji z utrzymaniem sił, które obecnie walczą na Ukrainie, wyposażonych w czołgi, artylerię, środki uderzenia dalekiego zasięgu i inny niezbędny sprzęt, jest bardzo mało prawdopodobne, aby zostały rozwiązane na czas, aby wyposażyć duże nowe siły do operacji ofensywnych tej zimy. Mimo to Putin może jeszcze tej zimy zarządzić wznowienie operacji ofensywnych na dużą skalę, ale ważne jest, aby nie przeceniać prawdopodobnych zdolności sił rosyjskich lub połączonych sił rosyjsko-białoruskich do ich pomyślnego przeprowadzenia. ISW w dalszym ciągu ocenia, że jest mało prawdopodobne, aby Łukaszenka skierował białoruskie wojsko (które również wymagałoby przezbrojenia) do inwazji na Ukrainę.

understandingwar.org

sobota, 17 grudnia 2022


ISW od dawna ocenia, że błędne rosyjskie założenia planistyczne, decyzje dotyczące planowania kampanii i rosyjskie naruszenia własnej doktryny wojskowej osłabiły rosyjskie operacje. New York Times pozyskał i opublikował dzienniki pokładowe, rozkłady jazdy, rozkazy i inne dokumenty elementów 76. Dywizji Powietrznodesantowej i 1. Armii Pancernej Gwardii, związane z początkami wojny. Z dokumentów wynika, że rosyjscy planiści wojskowi oczekiwali, że jednostki rosyjskie będą w stanie zająć znaczne terytorium Ukrainy przy niewielkim lub zerowym oporze wojskowym Ukrainy. Z dokumentów wynika, że elementy 76. Dywizji Powietrznodesantowej i Wschodniego Okręgu Wojskowego otrzymały rozkaz opuszczenia Białorusi i dotarcia do Kijowa w ciągu 18 godzin przy niewielkim oporze; Rosyjscy planiści umieścili jednostki policji specjalnej OMON i SOBR Rosgwardii (...) w pierwszej kolumnie elementu manewrowego 104 Pułku Powietrznodesantowego 76 Dywizji Powietrznodesantowej. Policja prewencyjna nie jest odpowiednim elementem prowadzącym dla dużej siły manewrowej w konwencjonalnej wojnie siłowej, ponieważ nie jest wyszkolona do używania broni kombinowanej lub prowadzenia wojny zmechanizowanej. Decyzja o umieszczeniu policji prewencyjnej w pierwszej kolumnie jest pogwałceniem rosyjskiej (lub jakiejkolwiek normalnej) doktryny i wskazuje, że rosyjscy planiści nie spodziewali się znaczącego zorganizowanego ukraińskiego oporu. Odrębny zestaw rozkazów wskazuje, że rosyjscy planiści przewidywali, że niewspierane elementy rosyjskiego 26. pułku czołgów 47. Dywizji Pancernej wykonają 24-godzinny przejazd z granicy Ukrainy z Rosją do oddalonego o około 400 kilometrów punktu po drugiej stronie Dniepru. Siły ukraińskie zniszczyły 17 marca elementy 26 Pułku Pancernego w obwodzie charkowskim, setki kilometrów przed planowanym celem.

Dochodzenie NYT potwierdza również ocenę ISW, że rosyjscy dowódcy strategiczni manipulowali decyzjami dowódców operacyjnych w sprawach taktycznych i że rosyjskie morale było bardzo niskie. Dochodzenie potwierdziło istniejące doniesienia, że rosyjscy żołnierze na Białorusi nie wiedzieli, że zamierzają zaatakować Ukrainę aż do 23 lutego – dzień przed inwazją – i że niektórzy żołnierze wiedzieli o inwazji dopiero na godzinę przed jej rozpoczęciem. Emerytowany rosyjski generał powiedział NYT, że brak zjednoczonego rosyjskiego dowództwa teatru oznaczał „brak jednolitego planowania działań i dowodzenia [i kontroli]”. Ukraiński pilot powiedział NYT, że był zdumiony, że siły rosyjskie nie przeprowadziły odpowiedniej kampanii powietrzno-rakietowej na początku wojny, aby wycelować w ukraińskie lotniska – zgodnie z zaleceniami rosyjskiej doktryny. NYT poinformował, że dowódca rosyjskiego czołgu celowo zniszczył punkt kontrolny Rosgwardii w obwodzie zaporoskim w wyniku kłótni i że wielu rosyjskich żołnierzy sabotowało własne pojazdy, aby uniknąć walki. 

(...)

Zachodnie źródła nadal potwierdzają, że jednostki rosyjskie, które przed lutowym rozszerzeniem wojny były powszechnie uważane za elitarne, poniosły na Ukrainie znaczne straty. Washington Post doniósł 16 grudnia, że ​​200. oddzielna brygada strzelców zmotoryzowanych (z 14. korpusu armii Połączonego Dowództwa Strategicznego Floty Północnej) poniosła druzgocące straty jako jedna z pierwszych rosyjskich jednostek, które zaatakowały miasto Charków we wczesnych fazach wojny. Washington Post zauważył, że „endemiczna korupcja, strategiczne błędne kalkulacje” i „niepowodzenie Kremla w zrozumieniu prawdziwych możliwości własnej armii lub przeciwnika” zmieniły 200. Oddzielną Brygadę Strzelców Zmotoryzowanych w słabą, zdemoralizowaną jednostkę, sztucznie napompowaną niedoświadczonymi poborowymi. Sytuacja ta przypomina uszczuplony stan szerszych sił rosyjskich i poważnie ogranicza rosyjskie zdolności bojowe, jak wcześniej informowało ISW.

understandingwar.org

piątek, 16 grudnia 2022


16 grudnia w godzinach porannych Rosja przeprowadziła kolejny atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Według wstępnych doniesień uszkodzone zostały obiekty na południu i wschodzie kraju oraz w Kijowie i Korosteniu. Do przerw w dostawach energii (ze względu na konieczność wyłączeń awaryjnych) doszło jednak na terytorium całego kraju. Z większych miast całkowicie odcięte od zasilania zostały Charków, Połtawa, Krzemieńczuk i Kropiwnicki. Poważne problemy odnotowano natomiast m.in. w Kijowie, Dnieprze i Mikołajowie, a zaatakowane zostały także Zaporoże i Krzywy Róg.

Według doniesień medialnych do godziny 9.00 czasu kijowskiego Rosjanie mieli odpalić przeciwko ukraińskiej infrastrukturze energetycznej łącznie 72 pociski. W późniejszej informacji Dowództwa Sił Powietrznych mowa jest o ponad 60 rakietach różnych typów oraz zastosowanej przez agresora nowej taktyce. Aby ściągnąć uwagę systemów obrony powietrznej na pociski manewrujące dalekiego zasięgu z bombowców strategicznych (Ch-555, Ch-101, Ch-22) i okrętów (Kalibr) oraz manewrujące w pobliżu ukraińskich granic myśliwce przechwytujące MiG-31 (z rakietami hipersonicznymi Kindżał), atakujący odpalili rakiety krótszego zasięgu: S-300 z wyrzutni naziemnych oraz Ch-59 z wielozadaniowych samolotów bojowych Su-35. Wczesnym popołudniem głównodowodzący armii ukraińskiej generał Wałerij Załużny powiadomił o zestrzeleniu 60 z 76 wrogich rakiet (72 z nich to pociski manewrujące).

14 grudnia Kijów był celem ataku z wykorzystaniem dronów kamikadze. Odnotowano nieliczne trafienia w mieście i jego okolicach, a strona ukraińska informowała o zestrzeleniu większości (10–11) bądź nawet wszystkich 13 atakujących stolicę irańskich dronów Shahed-136/131. Rosjanie kontynuują uderzenia na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności i w rejonach przygranicznych. W dniach 13–15 grudnia dwukrotnie wystrzelili rakiety S-300 na Kupiańsk, a także na Konstantynówkę, Kurachowe i Zaporoże. 12 grudnia rosyjska artyleria przeprowadziła zmasowany ostrzał Chersonia, a w kolejnych dniach ponawiała uderzenia na to miasto. Ze względu na zniszczenie infrastruktury zostało ono całkowicie pozbawione zasilania. Pod permanentnym ostrzałem pozostają Nikopol wraz z okolicznymi miejscowościami oraz rejon Oczakowa. 15 grudnia, po raz pierwszy po dłuższej przerwie, Rosjanie ostrzelali Charków. Tego samego dnia celem ukraińskiego ostrzału były obiekty rosyjskie w Doniecku. Głównym celem ukraińskiej dywersji pozostaje Melitopol i jego okolice.

Siły najeźdźcze podejmują kolejne próby natarcia na pozycje ukraińskie w Donbasie, lecz nie odniosły znaczących sukcesów. Głównymi rejonami walk są Bachmut, Awdijiwka, której grozi okrążenie od zachodu, oraz miejscowości na zachód do Doniecka, głównie Marjinka. Wzrosła też presja na pozycje ukraińskie na wschód od Siewierska, na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego (pomiędzy Kupiańskiem a Swatowem) oraz na północ i zachód od Kreminnej. Siły ukraińskie skupiły się na kontratakach i próbach odbicia utraconych pozycji – poza wymienionymi rejonami również w zachodniej części obwodu donieckiego.

Niemcy przekazały Ukrainie m.in. rakiety do systemów IRIS-T, dwa wozy zabezpieczenia technicznego i 5 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej 155 mm. Francja potwierdziła przekazanie w ostatnich miesiącach sześciu haubic ciągnionych 155 mm TRF1. Wraz z Włochami podjęła także decyzję o przekazaniu systemów obrony powietrznej średniego zasięgu Mamba (SAMP-T). Z kolei w nowym pakiecie brytyjskiego wsparcia o wartości 50 mln funtów znalazło się 125 zapowiedzianych wcześniej dział przeciwlotniczych, systemy do zwalczania dronów oraz środki rozpoznania i walki radioelektronicznej. Władze ukraińskie poinformowały o uruchomieniu i rozwijaniu własnych mocy produkcyjnych w zakresie amunicji artyleryjskiej 152 mm i 155 mm.

Dotychczas nie potwierdzono doniesień amerykańskich mediów o podjęciu przez USA decyzji o przekazaniu Ukrainie systemów obrony powietrznej Patriot. Ma ono być jednak przygotowane od strony wojskowej, a problemem pozostaje jego zatwierdzenie przez Departament Obrony i prezydenta Joego Bidena. Przysposobienie przyszłych ukraińskich załóg do obsługi systemów Patriot miałoby się odbywać w obiektach armii amerykańskiej w Niemczech (w zwykłych warunkach trwa ono co najmniej sześć miesięcy).

W 2023 r. Wielka Brytania zamierza przeszkolić na swoim terytorium 19 200 ukraińskich wojskowych, w większości żołnierzy piechoty i podoficerów. W ramach programu realizowanego z udziałem innych państw sojuszniczych do końca 2022 r. w Wielkiej Brytanii szkolenie ma odbyć łącznie blisko 10 tys. żołnierzy. Zwiększenie w przyszłym roku skali takich ćwiczeń dla ukraińskich żołnierzy w oparciu o bazę sił amerykańskich w Niemczech zapowiedział także Pentagon. Blisko 500 żołnierzy miesięcznie (wcześniej media mówiły o 600 do 800) w strukturze batalionu będzie się doskonaliło w działaniach manewrowych i ogólnowojskowych. Dotychczas Amerykanie szkolili ok. 300 ukraińskich wojskowych miesięcznie (do końca br. będzie to łącznie 3100 osób), głównie w zakresie obsługi przekazywanego uzbrojenia.

Ukraiński wywiad wojskowy poinformował 12 grudnia, że od początku pełnoskalowej agresji rosyjskie zakłady zbrojeniowe wyprodukowały 240 rakiet manewrujących Ch-101 i ok. 120 typu Kalibr. Pomimo zachodnich sankcji Rosja nadal utrzymuje produkcję pocisków manewrujących na poziomie ok. 40 sztuk miesięcznie.

13 grudnia na Białorusi ogłoszono kolejny niezapowiedziany sprawdzian gotowości bojowej sił zbrojnych z udziałem jednostek zmechanizowanych i specjalnych. Według sekretarza Rady Bezpieczeństwa Białorusi Alaksandra Walfowicza zadaniem jest przygotowanie obrony południowej granicy. Ćwiczenia odbyły się również w rejonie Grodna i w obwodzie mińskim, gdzie realizowano zadania związane z forsowaniem Niemna i Berezyny. Z kolei Kijów nie odnotował na granicy z Białorusią koncentracji sił gotowych do przeprowadzenia inwazji. 15 grudnia zastępca Szefa Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Ukrainy Ołeksij Hromow stwierdził, że prawdopodobieństwo ofensywnej operacji wroga z terytorium białoruskiego jest niskie. W obwodzie brzeskim poszukuje się ochotników do jednostek obrony terytorialnej, którzy mają zostać użyci do obrony miejscowości w przypadku wprowadzenia na Białorusi stanu wojennego.

Ukraińskie Siły Operacji Specjalnych potwierdziły, że rosyjska firma wojskowa Wagner zwerbowała 23 tys. więźniów. Formuje się z nich oddziały szturmowe wykorzystywane na froncie w Donbasie. Według ukraińskich wojskowych kierowanie do walki przestępców ogranicza konieczność poświęcania wykwalifikowanej kadry, a duże straty wśród „ochotników” nie spotykają się z negatywnymi reakcjami wśród Rosjan.

15 grudnia w wywiadzie dla tygodnika „The Economist” generał Załużny przyznał, że posiadane obecnie środki nie pozwalają na prowadzenie dużych operacji ofensywnych, problem stanowi niewystarczająca ilość amunicji artyleryjskiej i rakietowej. Podkreślił, że amerykańskie systemy Patriot byłyby ogromnym wzmocnieniem armii, ale szkolenie personelu do ich obsługi będzie czasochłonne. Zgodnie z oceną Załużnego Rosjanie przygotowują do walki 200 tys. żołnierzy i najprawdopodobniej wczesną wiosną rozpoczną dużą ofensywę na wszystkich kierunkach. Generał stwierdził, że warunkiem skutecznych działań sił ukraińskich jest dostawa 300 czołgów, 600–700 bojowych wozów piechoty i 500 haubic. Zasugerował, że priorytetem powinno być zajęcie Melitopola i przecięcie połączenia lądowego z Krymem. Tego samego dnia minister obrony Ołeksij Reznikow nie wykluczył, że wróg rozpocznie ofensywę jeszcze w lutym 2023 r.

Komentarz

Ataki Rosjan na infrastrukturę krytyczną potwierdzają, że ich główny cel to wyczerpanie Ukraińców i próba przekonania ich, że działania na rzecz ustabilizowania systemu energetycznego, a co za tym idzie – względnie normalnego funkcjonowania państwa, są skazane na porażkę. Po raz kolejny do uderzenia rakietowego dochodzi w momencie, w którym przeciwnik kończy prowizoryczne naprawy i rozpoczyna przechodzenie do tzw. planowych przerw w dostawach energii. Stopień zniszczenia infrastruktury energetycznej jest już bowiem tak duży, że do przywracania normalnego trybu jej funkcjonowania będzie można przystąpić najwcześniej wiosną i tylko pod warunkiem powstrzymania wrogich ataków. Podobnie należy postrzegać systematyczne niszczenie przez Rosjan Chersonia. Posunięcia agresora mają wykazać niezdolność strony ukraińskiej do zapewnienia bezpieczeństwa jego mieszkańcom, a także stanowić przestrogę dla innych miast pozostających pod okupacją i znajdujących się w obrębie aneksyjnych zainteresowań Rosji.

Skuteczność zastosowanej przez najeźdźców taktyki ataku mającej zmylić systemy obrony powietrznej przeciwnika pozostaje kwestią otwartą. Początkowy brak informacji o zestrzeleniach – zwłaszcza w komunikacie Dowództwa Sił Powietrznych, które dotychczas rozpoczynało od nich cały przekaz – pozwala przypuszczać, że efektywność ataku mogła być znacząco większa niż w poprzednich przypadkach. Przedstawione kilka godzin później przez generała Załużnego dane o zestrzeleniach nie odbiegają jednak od wcześniej podawanej średniej skuteczności obrony powietrznej. Świadczy to przede wszystkim o tym, że armia ukraińska postanowiła w zakresie omawianej kwestii utrzymać dotychczasowy przekaz, kierowany przede wszystkim do własnego społeczeństwa.

Wywiad dla tygodnika „The Economist” to kolejny przykład odchodzenia ukraińskiego dowództwa od dotychczasowej polityki informacyjnej, zbudowanej na euforii związanej z sukcesem kontrofensywy w obwodzie charkowskim i odzyskaniem Chersonia. Wojskowi jednoznacznie wskazują na niedobory po stronie ukraińskiej i systematycznie budowaną przez Rosjan przewagę, które w ostatnich tygodniach doprowadziły do wyhamowania działań zaczepnych, a w perspektywie najbliższych miesięcy grożą rozwinięciem przez wroga kolejnej ofensywy. Należy to traktować nie tylko jako trzeźwą ocenę stanu faktycznego i wytłumaczenie braku postępów na froncie – przede wszystkim to ponowny apel do Zachodu o zwiększenie wsparcia, a zwłaszcza o przekazanie znaczącej ilości nowoczesnego uzbrojenia ofensywnego.

Przeprowadzenie następnych niezapowiedzianych ćwiczeń na Białorusi ma zamanifestować gotowość państwa do obrony nie tyle przed Ukrainą, co przed państwami NATO. Aktywność ćwiczących odnotowano bowiem w rejonach odległych od południowej granicy, w tym w okolicach Grodna. Utrzymywanie w gotowości sił zbrojnych jest również gestem politycznym reżimu wobec Moskwy. 19 grudnia do Mińska ma przybyć Władimir Putin, a podczas rozmów mają być poruszane kwestie „zdolności bojowych” sił zbrojnych i współpracy przemysłów obronnych. Świadczy to o tym, że Rosji zależy w pierwszym rzędzie na maksymalnym wykorzystaniu białoruskiego zaplecza logistycznego do dalszego rozwijania i szkolenia własnych oddziałów. Równie ważnym wątkiem jest też dostosowanie produkcji miejscowego przemysłu zbrojeniowego do potrzeb armii rosyjskiej.

osw.waw.pl

Walki toczące się dotychczas na przedmieściach Bachmutu od kilku dni toczą się już wśród jego zabudowań. Na razie są to skrajne przedmieścia w postaci domów jednorodzinnych, ale jednak jest to już teren zabudowany, a nie pola, nieużytki i tereny przemysłowe. Postęp Rosjan jest ewidentny. Sytuacja ukraińskich obrońców tego strategicznego miasta w Donbasie jest bardzo ciężka.

Na razie nie ma jednak mowy o jego upadku czy ewakuacji. Kierunek rozwoju wydarzeń pozostaje jednak nieubłagany. Każdy kolejny tydzień to niewielkie i okupione wielkimi stratami, ale jednak postępy Rosjan. Aktualnie dotarli do zabudowań na wschodnim skraju miasta. Do centrum jeszcze daleko i po drodze jest dolina niewielkiej rzeki Bachmutki. W tempie dotychczasowych postępów to nawet miesiące walk.

Dodatkowo Rosjanie atakują na północ i południe od miasta, starając się je oskrzydlić i zapewne w dalszej perspektywie zablokować główne drogi zaopatrzeniowe Ukraińców dochodzące do Bachmutu od zachodu i północnego zachodu. Na północy zwiększyli presję na mniejsze miasto Sołedar, do którego skraju dotarli jeszcze wczesną jesienią, ale od tego czasu w ogóle nie ruszyli naprzód. Na razie dalej im się to nie udaje. Inaczej ma się sprawa kilka kilometrów dalej na północ, gdzie Rosjanom udało się wedrzeć do wsi Jakowliwka, którą w zależności od źródła kontrolują już w całości albo w znacznej części. Okrążenie Bachmutu od południa jak na razie idzie im gorzej, bo po dużych postępach na przełomie listopada i grudnia teraz znów utknęli i ponoszą duże straty. Głównie od ognia ukraińskiej artylerii.

Ukraińcy przeprowadzają lokalne kontrataki i miejscami udaje im się nawet zadać Rosjanom poważne straty oraz wyrzucić ich z zajętych pozycji. Tak się stało między innymi na samym południowo-wschodnim skrawku Bachmutu, gdzie napastnicy zdołali na krótko dotrzeć do zabudowań. Zostali jednak potem wybici, a ich pozycję zajęli żołnierze z ukraińskiego legionu międzynarodowego. Jednak ogólnie to Rosjanie postępują naprzód, nie zważając na straty. Ukraińskie źródła w ostatnich dniach zaczęły pisać, że choć sytuacja ciągle jest ciężka, to widać pewne oznaki stabilizacji.

Drugi punkt ciężkości rosyjskich ataków to również niezmiennie rejon Doniecka. Raz po razie są tam ponawiane uderzenia, zwłaszcza w rejonie Awdijiwki i Marinki. To drugie jest już zrujnowaną pustynią, której fragmenty przechodzą z rąk do rąk. Walki od tygodni toczą się w centrum miasta i ciągle nie mają zdecydowanego zwycięzcy. Rosjanie próbują obchodzić najsilniejsze punkty oporu Ukraińców i regularnie są informacje o atakach na kolejne niewielkie miejscowości na tym odcinku frontu, ale zazwyczaj bez większych efektów. Rosjanie ostatnio skupiają się szczególnie na terenach wprost na zachód od Doniecka. Być może ich celem jest odrzucić Ukraińców dalej od teraz nieużywanej linii kolejowej Donieck-Mariupol/Melitopol. Jej uruchomienie bardzo poprawiłoby sytuację logistyczną rosyjskich wojsk na Zaporożu i Krymie. Jednak front jest na długim odcinku tylko 10 kilometrów od niej, co czyniłoby pociągi narażonymi na ukraiński ostrzał.

Na północ od Bachmutu ku granicy z Rosją sytuacja pozostaje zasadniczo stabilna. Ukraińcy ciągle wywierają zwiększoną presję na silne rosyjskie pozycje obronne w rejonie miasta Kreminna. Wielkich postępów jednak nie widać. Informacje nie są jednoznaczne, ale być może są już w miejscowości Czerwonopopiwka, która osłania Kreminną od północy. Raczej nie ma jednak jeszcze mowy o pełnej ukraińskiej kontroli nad nią. Na reszcie tego odcinku frontu raz po razie mają miejsce ataki i kontrataki. Obie strony relatywnie niewielkimi siłami testują obronę przeciwnika i okładają się artylerią. Nie widać jednak żadnych działań na szeroką skalę.

Takowych nie widać na razie też na drugim krańcu frontu, na Zaporożu. Dzieje się tam mniej więcej to samo, choć mniej intensywnie. Lokalne potyczki, wymiana ognia artylerii. To, co jednak nietypowe, to wyraźne zwiększenie ukraińskich ataków na rosyjskie zaplecze w tym rejonie. Pisaliśmy już o wysadzeniu jednego z mostów w rejonie Melitopola i uderzeniach precyzyjnymi rakietami. Może to być wstęp do jakichś poważniejszych działań Ukraińców, co niedwuznacznie zasugerował w wywiadzie dla tygodnika "The Economist" generał Walerij Załużny, ukraiński Szef Sztabu Generalnego.

Według pierwszego żołnierza Ukrainy kolejna duża operacja ukraińskiego wojska już się rozpoczęła, ale na razie nie jest to oczywiste i nie jest powszechnie dostrzegana. Mówił też, że wojsko Ukrainy musi pokonać 85 kilometrów i dotrzeć do Melitopola, bo to uczyni Krym bardzo trudnym do utrzymania przez Rosjan. Nie mówił wprost, że to jest aktualnym celem, ale można to tak zrozumieć. Zintensyfikowane uderzenia na rosyjskie zaplecze na Zaporożu mogą być tą pierwszą fazą operacji, mającą na celu osłabienie przeciwnika przed ruszeniem naprzód wojsk lądowych.

Takie "zmiękczanie" Rosjan może jednak trwać tygodnie. W przypadku walk o Chersoń atakowanie ich zaplecza zaczęło się na dobre pod koniec lipca i trwało miesiąc, zanim ruszył atak lądowy. Finał operacji wyzwalania obwodu chersońskiego miał miejsce dopiero na początku listopada. Ponad trzy miesiące później od pierwszych poważnych uderzeń artyleryjskich.

Nie jest też wykluczone, że generał mówił o tym, co się dzieje w rejonie Kreminnej. Na razie są to działania na ograniczoną skalę, ale jeśli przyniosą powodzenie i pozwolą tam przebić główną rosyjską linię obrony, to sytuacja może się stać dynamiczna za sprawą rzucenia w tę wyrwę trzymanych w odwodzie oddziałów. Jak zwykle, czas pokaże.

Wywiad z generałem Załużnym jest ciekawy również z powodu tego, co mówił ogólnie o kierunku, w jakim zmierza wojna. Wyraźnie podkreślał, że jego priorytetem jest teraz szykowanie jak największych sił na początek następnego roku i kurczowa obrona terenu, bo łatwiej go bronić niż potem odbijać. W jego ocenie Rosjanie w sposób przemyślany budują obecnie nowe siły liczące około 200 tysięcy ludzi, składające się głównie ze zmobilizowanych, których zadaniem będzie przeprowadzić poważną ofensywę w pierwszych miesiącach przyszłego roku. Ich celem może być między innymi ponownie Kijów. I to szykowanie się na tę ewentualność ma być dla Załużnego obecnie kluczowe. Nawet za cenę nieudzielania dużego wsparcia obrońcom takich miejsc jak Bachmut.

Ostrożny ton wywiadu z generałem Załużnym powielał inny wywiad "The Economist" z kluczowym ukraińskim wojskowym, dowódcą Wojsk Lądowych generałem Ołeksandrem Syrskim. On również wypowiadał się raczej ostrożnie i bez żadnego hurraoptymizmu. - Rosjanie nie są idiotami. Nie są słabi. Każdy, kto ich nie docenia, może szykować się na porażkę - stwierdził.

gazeta.pl

Obecna sytuacja geopolityczna Gruzji i Armenii jest trudna, co jest głównym powodem lawirowania tych państw między Zachodem, a jego konkurentami, w tym Rosją. Gruzja odrzuciła możliwość udzielenia pomocy wojskowej Ukrainie, a premier tego kraju Irakli Garibaszwili zasugerował, że Ukraina chce wciągnąć Gruzję do wojny. Gruzini nie mają oczywiście powodów by darzyć Rosję sympatią, zważywszy na agresję rosyjską na ten kraj w 2008 r. i wspieranie przez Kreml separatyzmu abchaskiego oraz osetyjskiego. Wielu ochotników z tego kraju walczy zresztą na Ukrainie. Z drugiej jednak strony brak perspektyw przyjęcia do UE i NATO w dającej się przewidzieć przyszłości, wciśnięcie między Rosję i najbardziej problematyczne państwo NATO czyli Turcję, powodują uzasadnione obawy. Gruzja nie ma bowiem takiej siły jak Ukraina, by przeciwstawić się równie skutecznie rosyjskiej agresji, co widać było w 2008 r.

Natomiast Armenia przez lata była traktowana przez Rosję jak zakładnik. Zagrożenie ze strony Azerbejdżanu i nierealność udzielenia pomocy ze strony Zachodu w przypadku agresji, spowodowały, że Armenia dla Rosji nie była partnerem, lecz kartą w grze z Azerbejdżanem. Ormianie widzieli to już w 2016 r. gdy Azerbejdżan atakował ich bronią otrzymaną od Rosjan. Po wojnie 44-dniowej (2020 r.) znaczna część Ormian zrozumiała, że była ona ukartowana przez Moskwę i Baku, co wzmocniło nastroje antyrosyjskie. Rosja zdołała wprawdzie zmobilizować swoich stronników ale przepadli oni w wyborach. Armeński premier Nikol Paszynian musiał jednak lawirować, gdyż Rosja od czasu do czasu dawała Erewaniowi ostrzeżenia dając zielone światło na ataki azerbejdżańskie.

W pierwszych dniach wojny na Ukrainie lider Azerbejdżanu Ilham Alijew odwiedził Moskwę by podpisać umowę o sojuszu. Niemniej od czasu zmiany na stanowisku prezydenta USA polityka USA wobec Kaukazu Płd uległa zmianie na korzyść Armenii, jednakże nie do takiego stopnia, by mogła ona być pewna gwarancji bezpieczeństwa ze strony Zachodu, zwłaszcza, że w tym samym czasie UE zaczęła starać się o zastąpienie rosyjskiego gazu dostawami z Azerbejdżanu. Później jednak okazało się, że Azerbejdżan nie ma dostatecznej ilości gazu i zamierza sprowadzać gaz z Rosji by go reeksportować do Europy, umożliwiając Rosji obchodzenie sankcji i jednocześnie na tym zarabiając. W listopadzie ujawniono, że Gazprom ma dostarczyć Azerbejdżanowi 1 mld m3 gazu do marca 2023 r.

Azerbejdżan prowadzi przy tym politykę wobec Rosji i wojny na Ukrainie podobną do tej jaką prowadzi Turcja. Nie jest to, oczywiście, zaskoczenie zważywszy na więzi łączące Baku i Ankarę, sformalizowane w ramach formatu Organizacji Państw Turkijskich. Polityka ta, w wielkim skrócie, polega na lawirowaniu oraz usiłowaniu wyciągnięcia jak największych korzyści zarówno z samej wojny jak i z osłabienia Rosji oraz dość skutecznej propagandy prezentującej Azerbejdżan jako potencjalnego i atrakcyjnego sojusznika Zachodu. Azerbejdżan postanowił m.in. skorzystać z sytuacji i zaatakować strategiczną prowincję Armenii Sjunik, co jednak sprowokowało dość wyraźne sygnały o nie akceptowalności takiego posunięcia ze strony USA oraz Iranu (w obu przypadkach z odmiennych powodów).

Fakt, że ODKB odmówiła pomocy Armenii pod pretekstem „nieuregulowania granicy" doprowadził do antyrosyjskiego wrzenia w Armenii. Ponadto Rosja stara się zmusić Armenię do zaakceptowania eksterytorialnego korytarza przez Sjunik, gdyż zależy jej na dalszej życzliwości ze strony Turcji i Azerbejdżanu w kontekście wojny na Ukrainie. Wizyta Nancy Pelosi w Erewaniu oraz wsparcie ze strony tak wpływowych postaci jak szef senackiej komisji spraw zagranicznych Bob Menendez wzmocniły asertywność Armenii i doprowadziły do otwartego zdystansowania się od Rosji na ostatnim szczycie ODKB, gdzie Paszynian odmówił podpisania dokumentów końcowych ku zdumieniu Putina i Łukaszenki.

(...)

Jeżeli chodzi o republiki środkowoazjatyckie to ogromne znaczenie mają spory terytorialne między tymi republikami. Zostały one wywołane celowo przez twórców ZSRR, by umożliwić Moskwie realizację polityki „dziel i rządź". Obecnie jednak sytuacja wymyka się Moskwie spod kontroli, co powinno zostać wykorzystane przez Zachód. Chodzi w szczególności o relacje między Tadżykistanem, Uzbekistanem i Kirgizją i ich eksklawy oraz enklawy. Między Tadżykistanem a Kirgizją regularnie dochodzi do coraz krwawszych starć granicznych, a ponieważ oba państwa są członkami ODKB to jest to czynnik rozsadzający tę organizację od środka. Dlatego też, dotąd mocno prorosyjski prezydent Kirgizji Sadyr Dżaparow, odmówił przyjazdu na październikowy szczyt WNP (połączony ze świętowaniem urodzin Putina), a na kolejnym spotkaniu (w ramach szczytu CICA w Astanie) odmówił podania ręki prezydentowi Tadżykistanu Rahmonowi. Na tym samym szczycie Rahmon domagał się z kolei od Rosji „szacunku". Warto przy tym dodać, że Tadżykistan i Kirgizja to najbiedniejsze republiki postsowieckie i oba państwa mają też porachunki z Uzbekistanem, który, dla odmiany, nie jest członkiem ODKB, ale Rosji zależy na stworzeniu trójkąta gazowego Moskwa-Taszkient-Astana.

Kirgizja jest natomiast członkiem Organizacji Państw Turkijskich, podobnie zresztą jak Uzbekistan. Natomiast Tadżykistan ma ścisłe związki etniczno-kulturowe z Iranem, choć do niedawna nie przekładały się one na dobre relacje polityczne. Zaczęło to się zmieniać w ub. r., gdy do Duszanbe z pierwszą swoją zagraniczną wizytą przybył nowy prezydent Iranu Ebrahim Raisi. W maju br. w Tadżykistanie rozpoczęto produkcję irańskich dronów Ababil-2, a w czerwcu do Teheranu przybył Rahmon. Na współpracę między obydwoma krajami wpływa również obawa przed zagrożeniem ze strony talibów po wycofaniu się USA z Afganistanu. Iran nie ma jednak zamiaru pozwolić Turcji na wypełnianie próżni po cofającej się Rosji. Dotyczy to zresztą zarówno obszaru postsowieckiego, gdzie poza Tadżykistanem znaczące interesy i wpływy Iran ma również w Armenii, jak i w innych regionach (np. Bliski Wschód).

Jednym z głównym powodów konfliktu między Tadżykistanem i Kirgizją z jednej strony a Uzbekistanem z drugiej jest kwestia budowy zapór w górnym biegu dorzecza Amu-Darii i Syr-Darii. Chodzi o projekt Kambarata-1 w Kirgizji oraz Rogun w Tadżykistanie.  Uzbekistan od dawna twierdzi, że realizacja tych projektów stanowi zagrożenie dla jego bezpieczeństwa wodnego i za czasów poprzedniego prezydenta Islama Karimowa groził wojną obu swoim sąsiadom (obecnie panuje stan deeskalacji w odniesieniu do tego problemu ale potencjał sporu pozostaje). Projekty te w znacznie mniejszym stopniu naruszają zresztą również interesy Kazachstanu, który podobnie jak Uzbekistan i Kirgizja należy do Organizacji Państw Turkijskich. Łącznie do tej stworzonej przez Turcję organizacji należą aż 4 (plus Turkmenistan – piąty, jako obserwator) z 8 pozaeuropejskich republik postsowieckich, co daje Turcji duży potencjał działań w tej przestrzeni. Warto jednak podkreślić, że aktywność Turcji nie tylko nie prowadzi do wzmacniania wpływów Zachodu, ale wręcz przeciwnie, jej celem jest ich eliminacja.

Dopełnieniem układanki są oczywiście Chiny i to one, a nie Turcja, stanowią główne oparcie dla Kazachstanu w jego dążeniach emancypacyjnych od Rosji. Wynika to z nieporównywalnie większej potęgi Chin. Ponadto Chiny są najważniejszym partnerem handlowym zarówno Kazachstanu jak i Uzbekistanu, podczas gdy wymiana handlowa z Turcją w przypadku tych dwóch państw jest mniejsza niż z Europą. W przypadku Kazachstanu Chiny odpowiadają za 19 % handlu zagranicznego, Rosja – 10,5 %, a tylko 2 państwa UE (Włochy i Holandia) za łącznie 21 %. W przypadku Uzbekistanu obroty handlowe z Chinami wynosiły w 2020 r. 6,2 mld USD, podczas gdy z Rosją 6 mld USD, a z Turcją – 2,2 mld USD. W przypadku pozostałych środkowoazjatyckich państw postsowieckich wygląda to podobnie. Dla Tadżykistanu Chiny są głównym źródłem importu (1 mld USD) i przez to również głównym partnerem handlowym, a obroty tego kraju z Rosją czy Turcją są znacznie mniejsze, natomiast z Iranem – marginalne. Chiny odpowiadają też za ponad 20% handlu zagranicznego Kirgizji (2,7 mld USD), podczas gdy obroty tego kraju z Rosją wynoszą 1,8 mld USD, a z Turcją 0,5 mld USD. Chiny są też głównym partnerem handlowym Turkmenistanu z obrotami o wartości prawie 6 mld USD, podczas gdy obroty z Rosją i Turcją wynoszą po ok. 1 mld USD.

To właśnie relacje z Chinami generują rosnącą pewność siebie Kazachstanu, który okazuje dystans wobec rosyjskiej wojny w Ukrainie oraz otwarcie odmówił wypełniania swoich sojuszniczych zobowiązań wobec Armenii (w ramach ODKB) przeciwko Azerbejdżanowi. Warto przy tym zwrócić uwagę, że towarzyszy temu znacznie większy entuzjazm ze strony wielu komentatorów, niż w odniesieniu do Armenii, choć ta dystansuje się znacznie wyraźniej i ma znacznie więcej do stracenia. Szczególnie rynsztokowe groźby padające z ust rosyjskich polityków, publicystów i dziennikarzy w telewizyjnych talk-showach (dotyczące rzekomej konieczności denazyfikacji Kazachstanu) prowokują spekulacje, że Kazachstan może być celem kolejnej rosyjskiej agresji, co miałoby go skłaniać do zawierania alternatywnych sojuszu przeciwko Rosji.

Choć niedawno na podobną wypowiedź pozwolił sobie też ambasador Rosji w Kazachstanie, to nie wydaje się by miały one jakikolwiek realny wymiar, gdyż Rosja nie jest w stanie przeprowadzić drugiej „operacji specjalnej", a wojna, którą prowadzi na Ukrainie powinna skłonić ją do refleksji (nawet uwzględniając wyjątkową toporność rosyjskich zdolności percepcyjnych), że agresja na Kazachstan nie byłaby nauczką dla innych, lecz wręcz przeciwnie – gwoździem do trumny wszelkich rosyjskich wpływów w Azji Centralnej (w tym oczywiście w Kazachstanie). Pohukiwania ze strony rosyjskich propagandystów miały po prostu „zdyscyplinować" Kazachów, tyle, że odniosły skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Niemniej, na poziomie międzyrządowym relacje te nie są aż tak złe (czyli z naszego punktu widzenia – obiecujące), a po niedawnej, kolejnej porcji pogróżek w rosyjskiej propagandzie doszło do spotkania Tokajewa z Putinem, podczas którego Kazachstan zadeklarował gotowość do zgody na rosyjską propozycję trójstronnej rosyjsko-kazachsko-uzbeckiej unii gazowej. Uzbekistan do tej propozycji odniósł się jednak sceptycznie.

defence24.pl

- Trajektoria rozwoju wydarzeń jest niepokojąca i to już od dawna - mówi Gazeta.pl Konrad Muzyka, właściciel firmy analitycznej Rochan Consulting. Jego zdaniem na Białorusi faktyczne trwa gromadzenie i tworzenie sił, które mogą posłużyć do drugiej próby inwazji na Ukrainę z północy. - To nie są pozorowane ruchy, mające tylko wiązać siły ukraińskie. Jednak do osiągnięcia poziomu koniecznego do przeprowadzenia operacji mającej jakieś perspektywy powodzenia jest jeszcze daleko. Nie wiem, dlaczego akurat teraz jest kolejna fala internetowych spekulacji na temat nieuchronnej inwazji z Białorusi. Bo jakiś jeden batalion przerzucono w pobliże granicy? Przecież to ułamek koniecznych sił - mówi analityk.

Niezależnie od tego Muzyka jest przekonany, że groźba ponownego uderzenia z terytorium Białorusi na Ukrainę jest realna. Tak samo, jak bezpośrednie przystąpienie państwa białoruskiego do wojny, którą na razie tylko pośrednio wspiera. Muzyka swoją ocenę opiera na obserwacji działań wojsk Białorusi i Rosji na białoruskim terytorium, które już od dawna uznaje za niepokojące. - Prawdopodobieństwo ataku na Ukrainę z północy moim zdaniem tylko wzrasta. To, co się dzieje na Białorusi, zdecydowanie wykracza poza zakres tego, co by było konieczne do wyłącznie pozorowania przygotowań do ofensywy - uważa.

Pozorowanie mogłoby mieć na celu zmuszenie Ukraińców do trzymania na zachodzie kraju pewnych sił, gotowych do zareagowania na potencjalny atak. Sił, które nie mogłyby zostać użyte na głównym froncie na wschodzie i południu kraju. Coś takiego właściwie dzieje się już od pół roku, kiedy Rosjanie wycofali się z rejonu Kijowa i północno-wschodniej Ukrainy. Ukraińcy nie mogą całkowicie zignorować potencjalnego zagrożenia ponownego ataku na tych kierunkach, więc trzymają pewne siły w rezerwie do jego odparcia. - Jednak po prostu podtrzymać ten stan rzeczy można by znacznie mniejszym wysiłkiem ze strony Białorusi i Rosji - mówi Muzyka.

Tymczasem Białorusini już od wielu miesięcy prowadzą bezprecedensowe ćwiczenia, podnoszą gotowość swoich oddziałów do nigdy niewidzianych poziomów i testują oraz usprawniają system przeprowadzania mobilizacji. Generalnie robią wszystko to, co konieczne do realnego wystawienia sił do wojny. Widać realne efekty. - Choćby w ostatnich dniach białoruska 11 Brygada Zmechanizowana przeprowadziła ćwiczenia, do których wystawiła trzy bataliony. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie udało się osiągnąć. To właściwie maksymalne możliwości tej brygady - opisuje Muzyka. Jego zdaniem widać, że Białorusini wyciągnęli lekcje z rosyjskiej mobilizacji i przygotowań do wojny. - Ich proces zwiększania gotowości wygląda inaczej, jest lepiej zaplanowany i zorganizowany - dodaje.

Pomimo tego białoruskie wojsko w aktualnym kształcie, nawet doprowadzone do swojej szczytowej formy forsownymi przygotowaniami, nie ma wystarczających sił do realnego zagrożenia Ukrainie. - Mówimy o maksymalnie 15 tysiącach ludzi. Rosjanie na początku wojny rzucili do ataku z terytorium Białorusi na rejon Kijowa około 50-60 tysięcy ze znanym efektem - mówi Muzyka. Jego zdaniem należy więc przyjąć, że gdyby Białoruś i Rosja chciały przeprowadzić teraz atak na zachodnią Ukrainę mający jakieś realne szanse powodzenia, to musiałyby zgromadzić porównywalne siły. Zakładając uwiązanie zdecydowanej większości najlepszych ukraińskich oddziałów na wschodzie i południu kraju.

- Częściowo lukę mogą wypełnić zmobilizowani Rosjanie, którzy są aktualnie szkoleni na białoruskich poligonach. Jest ich około 10 tysięcy - mówi Muzyka. Podkreśla przy tym, że nie są to kiepsko wyposażeni i zdemoralizowani zmobilizowani, których regularnie można oglądać na nagraniach w internecie. Tamci to w większości pierwszy rzut, który bez najmniejszej troski o życie został pchnięty na front jesienią w celu jego ustabilizowania za wszelką cenę. - Ci na Białorusi są naprawdę przyzwoicie wyposażeni jak na obecne standardy i mają ze sobą odpowiednie ilości ciężkiego sprzętu. Wydaje się, że w większości są podporządkowani traktowanej jako elitarna 1 Armii Pancernej - opisuje analityk.

Nadal daje to jednak tylko około 25 tysięcy ludzi, czyli może połowę koniecznych sił. - Z tego powodu uważam, że przynajmniej na razie siły białorusko-rosyjskie nie są gotowe do zaatakowania Ukrainy - mówi Muzyka. Bardzo poważnie będzie można się niepokoić, kiedy te siły będą dwa razy liczniejsze. Może to zostać osiągnięte za sprawą dosyłania kolejnych zmobilizowanych z Rosji i, co najważniejsze, białoruską mobilizacją. - W obecnych realiach wydaje się ona czynnikiem właściwie koniecznym. Gdyby Mińsk rozpoczął realną mobilizację, moglibyśmy zacząć na poważnie mówić o ataku na zachodnią Ukrainę. Przy czym byłby to stosunkowo powolny proces. Nie mówimy o dniach, ale raczej o tygodniach koniecznych na powołanie, wyekwipowanie i przeszkolenie zmobilizowanych - opisuje analityk.

Muzyka zaznacza, że istnieje jeszcze jedna możliwość. Bezpośrednie przyłączenie się Białorusi do wojny nie musi mieć formy ofensywy na zachodnią Ukrainę. - Zawsze jest możliwość, że z oddziałów białoruskich i rosyjskich, bez dodatkowej mobilizacji, zostaną stworzone połączone siły związkowe i wysłane gdzieś na przykład do Donbasu - mówi.

gazeta.pl