wtorek, 29 listopada 2022


Szczyt ASEAN, na którym spotykają się przywódcy państw Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej, odbył się w listopadzie w Kambodży. Obecny na nim przywódca chińskiego rządu Li Keqiang zwrócił uwagę na nieodpowiedzialność gróźb nuklearnych ze strony Rosji oraz potrzebę zapewnienia, że "broń nuklearna nie będzie używana w sposób, który sugerowali niektórzy" - przekazał wysokiej rangi amerykański urzędnik w rozmowie z Agencją Reutera.

Premier Li Keqiang uczestniczył w szczycie Azji Wschodniej razem z m.in. prezydentem USA Joe Bidenem 13 listopada. Chiński premier zasugerował, że Pekin nie czuje się komfortowo z retoryką nuklearną prowadzoną przez swojego strategicznego partnera, czyli Rosję. Wypowiadał się też na temat polityki Chin wobec Ukrainy - poinformował Agencję Reutera amerykański urzędnik wysokiego szczebla, prosząc o anonimowość. "Niezaprzeczalnie w Pekinie odczuwa się pewien dyskomfort z powodu lekkomyślnej retoryki i działań ze strony Rosji" - przekazał urzędnik. Retoryki Rosji nie pochwala też chiński prezydent Xi Jinping oraz prezydent USA Joe Biden. Gdy Zachód oskarżał Rosję o nieodpowiedzialne oświadczenia w sprawie broni jądrowe, Moskwa twierdziła, że to Zachód prowadzi "prowokacyjną" retorykę.

"Myślę, że niezaprzeczalne jest również to, że Chiny są prawdopodobnie zarówno zaskoczone, jak i trochę zawstydzone sposobem prowadzenia przez Rosję operacji wojskowych" - stwierdził informator Reutersa. Władimir Putin nie odniósł się od czasu szczytu w Kambodży do możliwości użycia broni jądrowej. Przypomnijmy, Chiny są obecnie jednym z największych sojuszników Rosji, a transport rosyjskich surowców do tego kraju wzrósł w ostatnich miesiącach o około 50 proc. Kreml jest więc zależny od Pekinu.

Prezydent Władimir Putin po raz ostatni wspominał o broni jądrowej po ogłoszeniu mobilizacji w Rosji 21 września - zauważa Agencja Reutera. - Jeśli integralność terytorialna naszego kraju jest zagrożona, bez wątpienia użyjemy wszystkich dostępnych środków, aby chronić Rosję i nasz naród, to nie jest blef - zapowiedział wtedy rosyjski prezydent. - W swojej agresywnej antyrosyjskiej polityce Zachód przekroczył każdą granicę. Ci, którzy próbują nas szantażować bronią jądrową, powinni wiedzieć, że wiatrowskaz może się obrócić i skierować w ich stronę" - zagroził wówczas Putin.

gazeta.pl

poniedziałek, 28 listopada 2022


Władimir Sołowjow, jeden z najpłodniejszych rosyjskich propagandystów, potępił w ostrych słowach protesty poborowych i ich rodzin oraz ucieczki przed armią za granicę. Padły oskarżenia o tchórzostwo „gdy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie”.

– Mamy tu wojnę! Jesteśmy zabijani! Jesteśmy w stanie wojny z NATO! Szukasz spokoju i chcesz siedzieć pod maminą spódnicą? Ojczyzna w niebezpieczeństwie! Ojczyzna! Nie ma dla człowieka większego męstwa i szczęścia niż oddać życie za ojczyznę i za towarzyszy – stwierdził.

Sołowjow pochwalił siebie samego, bo sam jak uważa, dokonał heroicznego wyboru. Nie opuścił Rosji i nie przeniósł się do swojej wilii we Włoszech i został, gdy jego kraj toczy wojnę.

– Uciekłeś z ojczyzny. I nie waż się wracać. Jesteście sługami nazistowskiego reżimu. Będą ci srali na głowę za to, że jesteś Rosjaninem. I będziesz udawał, że cię nie rozumieją, że jesteś solą rosyjskiej ziemi… Jesteś gównem rosyjskiej ziemi! Jesteś rzygami rosyjskiej ziemi. Rzygi! Nie masz co wracać do mojej ojczyzny, nie jesteś jej godzien. Możesz zarzygany umrzeć pod płotem w wymiocinach, w narkotycznym szaleństwie, w alkoholowym delirium. Nazywasz nas propagandzistami? Tak, jesteśmy patriotami. Nie waż się wracać! – dodał na antenie swojej internetowej audycji, polegającej na wygłaszaniu długich monologów i rozmowie z samym sobą.

(...)

W rosyjskich mediach odnalazł się szop pracz, wykradziony z chersońskiego ZOO przed pośpieszną ewakuacją Rosjan. Zwierzę stało się nowym bohaterem rosyjskiej propagandy i poświęcono mu nawet cały materiał w telewizyjnym dzienniku na kanale Rossija 1.

Oto szop trafił na front, gdzie „służy” w oddziale wojsk desantowo-szturmowych i nawet zdążył założyć swój kanał na Telegramie. Chersońskie zwierzę – a raczej jego opiekunowie – nazywają w nim żołnierzy noszących charakterystyczne podkoszulki w biało-niebieskie pasy mianem „pasiastych braci”. Szop na co dzień ma zajmować się „podnoszeniem bojowego ducha” żołnierzy. Ci zapowiadają, że go na pewno nie oddadzą i nie wymienią. Dla zwierzęcia w internetowym głosowaniu wybrano też imię – Chersoń.

– Chersoń nasz – mówią desantowcy, patrząc z góry na ukraińskich polityków, którzy chcą go wymienić na pomnik Katarzyny II z Odessy – poinformowano.

– Swoich nie zostawiamy. I dlatego szop zostanie u nas i będzie bronić Federacji Rosyjskiej – podkreślił jeden z nich.

(...)

Rosyjskie media uparcie powracają do szukania winnych temu, co stało się na Ukrainie. Według nich bezpośrednią przyczyną całego „zła”, czyli demonstracjom na Majdanie na przełomie lat 2013 i 2014, to efekt działania „amerykańskich sekt chrześcijańskich”.

Rosji wprawdzie daleko do wygrania wojny, jednak w programie Olgi Skabajewej na antenie Rossija 1 rozpoczęto dyskusję na temat tego, co Rosja powinna zrobić z ukraińskimi politykami, którzy w momencie klęski uciekną z kraju. Zaproszony do studia deputowany Andriej Ługowoj, dawniej czynny oficer FSB, a obecnie deputowany do Dumy jest znany z udziału w zabiciu Aleksandra Litwinienki, który zmarł zatruty promieniotwórczym polonem w 2006 r.

Rosyjski polityk kremlowskiej partii LDPR stwierdził, że Wołodymyr Zełenski oraz jego współpracownicy powinni być ścigani po całym świecie i truci. Polecił przeczytać im wspomnienia generała NKWD Pawła Sudopłatowa, który organizował – a czasem też wykonywał – zamachy na „wrogów ZSRR”, m.in. na Lwa Trockiego w Meksyku i szefa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów OUN Jewhena Konowalca. Jego zdaniem tam mogą znaleźć informacje co do swojego losu.

– Sprawiedliwości powinno stać się zadość. Na szafot po pierwsze powinni pójść Zełenski i jego współpracownicy. Trzeba ich ścigać po całym świecie. Oni oczywiście dostali gwarancje od brytyjskich i amerykańskich służb specjalnych. Jestem przekonany, że każdy z nich ma ukryty dom w Kalifornii, gdzie mają nadzieję spędzić resztę swojego życia. I nie sądzimy, że to życie będzie udane – powiedział.

belsat.eu/vot-tak.tv

Jacy byli Rosjanie? Są tacy jak w historiach z drugiej wojny światowej?

Rosjanie wyżywają się na cywilach ukraińskich i robią rzeczy, których nie da się opisać, a w dodatku to w niczym im nie służy.  Po prostu to robią. Za to, kiedy zobaczą, że mają do czynienia z żołnierzami od razu uciekają. To tchórze. Nigdy nie widziałem, żeby walczyli jak mężczyźni. Nigdy nie moglibyśmy zabrać tyle ich broni, pojazdów, zająć ich pozycji obronnych. Zwiewają od razu, a my zabieramy wszystkie ich klamoty i wprowadzamy je z powrotem do walki tylko już przeciwko nim. To dzieje się przez cały czas.

Czy tak było cały czas czy na początku wojny?

Na początku chyba byli bardzo pewni siebie i walczyli dobrze, ale myślę, że stracili rezon bardzo szybko. Ich morale podupadło, kiedy zdali sobie sprawę z tego, że biją ich także niedoświadczeni ukraińscy żołnierze-amatorzy. I po prostu przegrywają.

Oczywiście teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ci ukraińscy żołnierze są już zahartowani w boju, doświadczeni. I 10 razy bardziej wyrafinowani niż kiedy to się wszystko zaczęło. Każdego dnia Ukraińcy są coraz lepsi, podczas gdy Rosjanie są tacy sami, a nawet gorsi. Szczerze mówiąc najlepsi ich ludzie zginęli na liniach frontu na początku. A teraz wysyłają własnych amatorów.

Straty dzienne Rosjan, przynajmniej jeśli patrzeć na oficjalne doniesienia ukraińskie, ciągle rosną...

Myślę, że to jest stosunek około czterech do jednego. Myślę też, że Rosja zużyła duża część swojej amunicji na początku, bo myśleli, że po prostu anihilują przeciwnika. Kiedy dotarłem na Ukrainę ostrzeliwali nas siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. To był ogień non-stop.

W których miesiącach to było?

To był marzec, kwiecień, nawet maj. Do czasu kiedy dostaliśmy z USA haubice i HIMARSy. Teraz kiedy wróciłem ostatnio, byłem na obszarze, na którym ostrzeliwali nas wcześniej bez przerwy. Po miesiącu mojej nieobecności – wyjechałem w czerwcu i wróciłem w sierpniu – czułem się jakbym wrócił w zupełnie inne miejsce. Ludzie wrócili do domów, było o wiele więcej cywilów na ulicach. I bombardowania były bardzo rzadkie. Zwykle zdarzały się o 4,5 rano, jakby Ruscy chcieli powiedzieć: patrzcie, nadal tu jesteśmy. I zaraz po ich ostrzale słyszysz ukraińskie HIMARSY i haubice w ogniu kontrbateryjnym... Tego nie było.

Kolejną zmianą jest, że nie staliśmy już na przystanku autobusowym, gdzie nie było wody toalet, niczego. Teraz mamy dobre warunki, możemy dobrze zjeść, mamy centra i solidny łańcuch dowodzenia. Mamy systemy antydronowe i możemy umieścić rakietę w talerzu przeciwnikowi z odległości trzech mil.

A co z rosyjskimi siłami powietrznymi?

Jedna z rzeczy, których się bałem najbardziej to rosyjski odrzutowiec latający nad nami. Oni mogli po prostu zbombardować nas dywanowo, ale Ukraińcy zaczęli rozumieć zgodnie jakimi schematami Rosjanie latają i używać pocisków ziemia powietrze. Wtedy nawet te uderzenia powietrzne stały się mniej efektywne i rzadsze. Albo Rosjanie nie chcą tracić tych drogich maszyn, albo Ukraińcy zniszczyli ich tak wiele, że nie mają już czym latać. To też była wielka rzecz, pozbycie się samolotów z powietrza.

Miał Pan kontakt z Amerykanami, albo innymi ochotnikami z formacji zagranicznych?

Walczyłem wspólnie z Ukraińcami, ale spotkałem wojowników z całego świata. Widziałem Kolumbijczyków, Łotyszy, Brytyjczyków, Gruzinów, właściwie każdego kogo można sobie wyobrazić. Ludzie zewsząd. Najbardziej zdziwiłem się widząc Kolumbijczyka, ale każdy chce się przyczynić do zwycięstwa. Tam są młodzi ludzie z demokratycznych krajów, cudowni. To świetna rzecz to widzieć.

Jest listopad. Jak Pana zdaniem będą wyglądały kolejne miesiące? Kiedy to się skończy?

Wszyscy wiedzą, że zima jest trudnym czasem na walkę, szczególnie w takich miejscach jak Ukraina. Nie jest przypadkiem, że oni wysadzili teraz most Kerczeński. Na zimę Ukraińscy próbują odciąć ich linie zaopatrzenia. W najgorszym czasie dla Rosjan. Oni będą się skupiali na przeżyciu na mrozie, a Ukraińcy – nadal na biciu Rosjan. Ukraińcy są po prostu o wiele lepiej zaopatrzeni. Np. moje fundacja - Ripley's Heros - skupia się na kupnie wyposażenia zimowego i w przyszłym tygodniu dostarczamy sprzęt na mrozy, w którym można efektywnie walczyć. Innym czynnikiem jest termowizja. Musisz mieć jej wystarczająco dużo zimą, kiedy jest ciemno. Jeśli zimą posiadasz takie rozwiązania to wygrasz wojnę.

defence24.pl

Jak powiedział Paweł Łatuszka w komentarzu dla Biełsatu, Uładzimir Makiej wiedział dużo o systemie władzy na Białorusi. Zanim objął stanowisko ministra spraw zagranicznych Białorusi na dziesięć lat, był on przez cztery lata szefem administracji Alaksandra Łukaszenki, a wcześniej przez osiem lat – głównym asystentem Łukaszenki.

– Kim jest główny asystent Łukaszenki? To osoba, która przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu ma bezpośredni kontakt z Łukaszenką. To osoba, która wie, z kim Łukaszenka się spotyka, jakie kobiety do niego przychodzą, z kim pije wódkę i tak dalej. To osoba, która „biega” załatwiając osobiste sprawy Łukaszenki – wyjaśnia Łatuszka.

(...)

Co do przyczyny śmierci Makieja, Łatuszka odmówił snucia przypuszczeń. Jego źródła w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Białorusi przekazały mu jednak, że Makiej „próbował w alkoholu znaleźć wyjście z trudnego stanu psychicznego”.

Zdaniem Łatuszki po 2020 roku Makiej przestał być osobą wpływową, a Łukaszenka przestał go słuchać. Członek Gabinetu Przejściowego twierdzi również, że gdy w ramach ogólnej redukcji stanowisk aparatu państwowego postanowiono zmniejszyć centralę białoruskiego MSZ o 5 proc. Makiej napisał do Łukaszenki pismo, w którym wyraził swój sprzeciw wobec takiego rozwiązania. Łukaszenka odpowiedział nowym rozporządzeniem: cięcia objęły 25 proc. stanowisk, a nie 5 proc., jak poprzednio ogłaszano.

Jak twierdzi Łatuszka, Makiej ciężko przyjął utratę wpływów. Za upokarzający uważał między innymi fakt, że Łukaszenka nie zabierał go na zagraniczne wizyty swoim samolotem i zmuszał do latania zwykłymi liniami lotniczymi. W ostatnią wizytę Makiej udał się do Erywania wojskowym samolotem transportowym, nieprzystosowanym do przewozu pasażerów.

Zdaniem Łatuszki Makiej „grał we własną grę”, ale w tej grze popierał Alaksandra Łukaszenkę, mimo że uważał, iż będzie miał szansę objąć nowe stanowisko. Jak mówi polityk, Makiej potrafił kiedyś zbudować swój wizerunek „pro-białoruskiego człowieka”, więc wielu zgodziłoby się, by to on stanął na czele państwa.

Łatuszka przypomina jednak, że „przez całe życie” Makiej był odpowiedzialny za represje wobec Białorusinów. W 2010 roku był on szefem administracji Łukaszenki – w tym czasie tłumiono masowe pokojowe protesty i, jak twierdzi Łatuszka, Makiej „kierował tymi działaniami”. Były minister spraw zagranicznych został umieszczony na liście „osób niepożądanych” Unii Europejskiej, a dyplomatom udało się go z niej usunąć dopiero po tym, jak został ministrem.

W 2020 roku Makiej był członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego w rządzie Łukaszenki – zajmował się kampanią propagandową przed pełnowymiarową wojną na Ukrainie i inwazją Rosji od strony Białorusi. Makiej popierał także”czystki” w organizacjach pozarządowych i osobiście podejmował decyzje o uwarunkowanych politycznie zwolnieniach w białoruskim MSZ. Według Łatuszki Makiej „w ramach zorganizowanej grupy przestępczej” zaaranżował sztuczny kryzys migracyjny na granicach Białorusi i krajów UE, co było przyczyną licznych ofiar śmiertelnych wśród migrantów.

– Pamiętam, jak kiedyś minister spraw zagranicznych [Siarhiej] Martynau powiedział mi, żebym nigdy nie wierzył Makiejowi, bo „on będzie kłamał” – mówi Łatuszka. – Powiem tak: to potwierdziło się niejednokrotnie.

Według źródeł Łatuszki od kilku miesięcy krążyły pogłoski, że po Makieju stanowisko może objąć jego zastępca i bliski przyjaciel Siarhiej Alejnik. Jest to człowiek „absolutnie prołukaszenkowski” i „absolutnie nie proeuropejski, który nie ma własnego stanowiska” – mówi Łatuszka. Jeśli zostanie powołany, będzie „szarym ministrem, wykonującym polecenia Łukaszenki”.

Na pewno wypłynie także kandydatura obecnego wiceministra spraw zagranicznych Juryja Ambraziewicza, który zdaniem Łatuszki jest „przedstawicielem russkiego miru”, owiany skandalami, w tym stwierdzeniem, że „zasady praw człowieka nie istnieją i należy je porzucić”. Jeśli Ambraziewicz zostanie nowym ministrem, „zrobi wszystko, aby polityka ukierunkowana na Rosję stała się priorytetem polityki zagranicznej Białorusi.

belsat.eu

Adam Leszczyński, OKO.press: Po nalotach 23 listopada prawie w całej Ukrainie nie było prądu. Czy może utrzymać milionową armię i dowieźć jej zaopatrzenie kraj, w którym nie ma prądu?

Piotr Żochowski, analityk OSW: Armia w ograniczonym stopniu jest uzależniona od dostaw energii elektrycznej, zwłaszcza jeśli mówimy o walkach na froncie. Oczywiście odcięcie prądu spowoduje podobne konsekwencje do tych odczuwanych przez ludność cywilną. Życie w koszarach czy funkcjonowanie zakładów produkujących dla wojska będzie utrudnione. Warto przypomnieć, że siły zbrojne powszechnie używają generatorów prądotwórczych.

Ukraina bez prądu, wody i ciepła. Rosja rakietami potwierdziła, że jest państwem terrorystycznym
A transport wojskowy?

Też sobie poradzi, jeśli mówimy o transporcie samochodowym. Dużym problemem jest zagwarantowanie transportów kolejowych. Zniszczenie sieci energetycznych wymusi użycie, a przede wszystkim konieczność pozyskania lokomotyw spalinowych. Ukraina ma problem wystąpienia klęski humanitarnej, ale nie wojskowej.

Co to znaczy „klęska humanitarna”? Jak nie ma prądu, to nie ma też wody i ogrzewania?

W wielkich miastach nie będzie wody, prądu i ogrzewania. Nie będzie w ogóle działał handel. Wiemy, ile duże miasto potrzebuje energii. Dlatego nie jest wykluczony scenariusz, kiedy władze Ukrainy wskażą, że konieczne jest opuszczenie dużych miast, również z tego względu, że trudno będzie przetrwać zimę w dużych blokowiskach.

Co ci ludzie mają ze sobą zrobić?

Władze Ukrainy sugerują, żeby ludność się rozproszyła poza wielkie miasta. Na przykład, jeżeli ktoś ma możliwość wyjazdu na wieś — gdzie można palić węglem lub innym opałem i gdzie są autonomiczne źródła dostępu do wody, takie jak studnie — to powinien wyjechać.

W miastach, jeżeli będą kontynuowane w takiej skali ataki rakietowe, będzie naprawdę ciężko.
Już od tygodni trwają wyłączenia prądu. Na razie są one okresowe — dla odciążenia sieci, ale także awaryjne, ponieważ sieć energetyczna jest cały czas niszczona.

Jak ponad 30 mln ludzi — bo tylu na Ukrainie zostało — ma przeżyć zimę bez prądu?

Trzeba pamiętać, że cały czas ataki rosyjskie nie osiągnęły ostatecznego celu, czyli zniszczenia całej sieci. Są coraz większe trudności, ale służby ukraińskie są w stanie przywracać drożność sieci energetycznej.

Władze Ukrainy, włącznie z prezydentem — przygotowują psychicznie mieszkańców do akceptacji scenariusza związanego z opuszczeniem dużych miast. A także, żeby jednak ci, którzy mogą, także wyjechali za granicę. Wiadomo, że to nie dotyczy mężczyzn. Na Ukrainie obowiązuje stan wojenny i trwa mobilizacja, nadal obowiązuje zakaz opuszczania kraju przez mężczyzn.

Warto podkreślić, że jak na razie nie odnotowuje się przejawów paniki wojennej.

To bardzo ciekawa sytuacja, np. osoby, które opuściły Chersoń, chcą tam natychmiast wracać, mimo apeli, że nie należy tego robić, miasto jest zdewastowane, nie ma prądu, bo Rosjanie, wycofując się, zniszczyli większość infrastruktury krytycznej.

Dlaczego więc wracają?

Są tak przywiązani do swojego miasta i do swojej ziemi, że chcą wracać mimo wszystko. Więc jeśli mnie pan pyta o morale społeczeństwa — to nie widać kryzysu czy załamania psychicznego wśród Ukraińców.

Na razie przynajmniej.

Wiadomo, nic nie jest dane na zawsze, a wojna wchodzi teraz w bardzo bolesny dla Ukrainy okres. Taktyka rosyjska się zmieniła — Rosjanie ograniczyli działania lądowe, na razie nie dążą do zajęcia większej części państwa. Próbują jednak przymusić Ukrainę do kapitulacji przez stworzenie warunków klęski humanitarnej. Rosjanie liczą, że kiedy warunki życia się gwałtownie pogorszą, wola walki osłabnie.

Czyli Ukraina czeka, aż Rosjanom skończy się amunicja? Czytam od początku wojny, że zaraz skończą się im rakiety, a oni cały czas je mają.

Ostrzał będzie trwał, dopóki Rosjanie mają rakiety, a nikt naprawdę nie wie, ile ich mają. Inaczej nie zrezygnują z tej taktyki.

To skąd te informacje, że już im się kończą?

To są w dużej mierze spekulacje oparte na szacunkach ilości zużytej broni. Nieznany jest jednak stan rosyjskich rezerw czy wydolności produkcyjnej kompleksu zbrojeniowego. Minister obrony Ukrainy oświadczył, że Rosja zużyła 87 proc. rakiet niektórych typów, ale przyznał, że posiada ona nadal wystarczające ilości rakiet S-300. Rosjanie nie chwalą się, ile mają rakiet.

Można się domyślać, że się kończą — kiedy np. Rosjanie korzystali z dronów, to mogło oznaczać, że jakaś partia rakiet się wyczerpała.

Naprawdę jednak nie wiemy, jaka jest wydolność przemysłu obronnego Rosji i czy oni są w stanie długo jeszcze produkować nową broń.

Nie wiemy, jak długo ich przemysł potrafi funkcjonować w warunkach sankcji. Od czasu do czasu słyszymy kłopotach z procesorami albo informacje, że się skupuje do Rosji przez inne kraje sprzęt AGD, żeby pozyskać procesory. To świadczy, że mają kłopoty, ale też oznacza też, że zakłady zbrojeniowe nadal realizują zamówienia dla armii.

Czyli pan nie ufa komunikatom, że Rosjanom się skończą zaraz rakiety?

Można to tylko zgadywać, np. analizując, jaki rodzaj rakiet jest wykorzystywany. Ostatnio pojawiły się komunikaty, że używają głównie pociski manewrujące, wyprodukowane w tym roku. Z tego niektórzy analitycy wysnuwają wniosek, że zużywają ostatnie rezerwy.

Ja byłbym ostrożny. Przypomnijmy, że Rosja nadal uwzględnia możliwość konfliktu z NATO, a to wymaga zagwarantowania zaopatrzenia dla sił, które nie biorą udziału w agresji na Ukrainie. Otwarte pozostaje pytanie, czy sięgną do tych rezerw?

Jak dziś wygląda pozytywny scenariusz dla Ukrainy?

Ukraina wytrzymuje do wiosny, armia się nie rozpada, ludzie nie umierają na masową skalę. Na razie nie ma negatywnego fermentu społecznego w Ukrainie.

To społeczeństwo jest przyzwyczajone do wojny. Ukraińcy bardzo sprawnie sobie radzą z różnymi trudnościami.

Łatają sieć energetyczną, ludzie wykazują się dużą zapobiegliwością i potrafią przetrwać wojenne niedogodności. Nie ma przejawów paniki czy buntu.

Władze ukraińskie — przy pomocy Zachodu — organizują na przykład masową operację ściągania generatorów prądu. Na Ukrainie robi się zamknięte „strefy przeżycia”, czy raczej przetrwania, gdzie można się dogrzać, doładować komórkę. Władze więc nie stoją bezczynnie i uczciwie informują społeczeństwo, że będzie źle.

To nie brzmi jak bardzo pozytywny scenariusz! Raczej „mamy nadzieję, że Ukraina przetrwa”.

Oczywiście scenariusz pozytywny zakładałby zaprzestanie ostrzału przez Rosjan i ograniczenie zniszczeń sieci energetycznej. Trudno przewidzieć, czy to się skończy i czy nastąpi ograniczenie ostrzału, ponieważ Rosjanie będą w końcu musieli szanować swój zasób amunicji. Z drugiej strony jest jednak rosyjska desperacja — Rosjanie wierzą, że złamią morale społeczeństwa ukraińskiego, że władze w Kijowie się ugną, że pójdą na ugodę, oczywiście na warunkach rosyjskich.

Na Kremlu zakładają, że w Ukrainie sytuacja się pogorszy tak bardzo, iż pojawi się krytyka władzy i wezwania do przerwania wojny. Uważam jednak, że na razie nie jest to możliwe.

Czy widać wzmożony ruch ludzi wyjeżdżających z kraju?

Sprawdzam komunikaty naszej Straży Granicznej i w nich tego nie widać. Ci, którzy mieli wyjechać, już wyjechali. Możliwa jest oczywiście fala migracji przy totalnym załamaniu się państwa i gospodarki ukraińskiej. To rzeczywiście może się wydarzyć, ale na razie tego nie widać. Ludzie, dopóki jeszcze mogą tam żyć, to nie chcą wyjeżdżać. Będzie to jednak dotyczyć ludności większych miast — zwłaszcza największych. Mer Kijowa Kliczko już parę tygodni sugerował, że może dojść do ewakuacji Kijowa, jeżeli będzie zupełny blackout.

W Kijowie mieszka ponad 2,5 mln ludzi!

Tak się szacuje, ponad 2,5 mln mieszkańców i ponad 300 tys. tych, którzy przyjechali z terenów okupowanych. Władze ukraińskie mówią o tym wprost. Uważam, że to rozsądna polityka informacyjna. Nie widzę też, żeby ona zwiększała panikę.

Rosja mało co może ugrać — co pokazała nieudana okupacja Chersonia. Mimo wielomiesięcznej pracy Rosjanie nie zdobyli tam poparcia wśród ludności. Ukraińcy raczej nie są skłonni do kolaboracji.

oko.press

Uładzimir Makiej został w sobotę znaleziony w swoim domu w Mińsku. O nagłej śmierci 64-letniego białoruskiego ministra powiadomił państwową agencję BiełTA rzecznik MSZ Anatol Hłaz. W jednej z wypowiedzi Hłaz wskazał, że "jeszcze wczoraj Uładzimir Makiej omawiał robocze plany na tydzień", a jego śmierci nic nie zapowiadało. Media przypominają, że w piątek Makiej spotkał się z nuncjuszem apostolskim w Mińsku, a w tygodniu był w Armenii, gdzie uczestniczył w sesji poradzieckiej Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym.

Oficjalnych informacji na temat przyczyn śmierci Makieja, który od dziesięciu lat pełnił funkcję szefa białoruskiego MSZ, jak dotąd nie podano. Według portalu Nasza Niwa prawdopodobną przyczyną był zawał. Mnożą się jednak podejrzenia. 

- Wszyscy się zastanawiamy, co się stało - mówiła w Niedzielnym Magazynie Radia TOK FM Anna Maria Dyner, ekspertka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. - Możemy założyć, że ktoś, kto żyje w nieustannym napięciu, kto ma bardzo dużo spotkań, wiele stresów związanych z wykonywaniem swoich obowiązków, może mieć zawał, udar. Tego nie wykluczam. Natomiast jest to co najmniej dziwne - wskazała w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem. I dodała, że Makiej miał przyjechać w przyszłym tygodniu na szczyt OBWE do Łodzi. Jak wskazała, spodziewano się jednak, że będzie tam prezentował prorosyjskie stanowisko. Na szczyt Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, który rozpoczyna się w środę, nie został bowiem zaproszony przedstawiciel Kremla Sergiej Ławrow.

I dodała, że Makiej to "bardzo specyficzna postać z najbliższego kręgu Aleksandra Łukaszenki". - Oni byli dość blisko przez lata. I Makiej był uznawany, nazwijmy to bardzo umownie, za człowieka, który odpowiadał za dialog z państwami zachodnimi. To on był autorem "ocieplenia stosunków" po roku 2015-2016 - wskazała Dyner. - Był osobą bardzo często mówiącą dobrze o państwach zachodnich. To on nawiązywał kontakty ze Stanami Zjednoczonymi. To w ogóle ciekawa sprawa, bo dwa lata temu zmarł jego zastępca, jeszcze młodszy od niego, który był już nominowany na nowego ambasadora Białorusi w Stanach Zjednoczonych. I też był takim prozachodnim urzędnikiem państwowym - relacjonowała.

tokfm.pl

niedziela, 27 listopada 2022


Odpowiadając na jedno z pytań matki, która straciła syna na wojnie, Putin przedstawił swoje osobliwe przemyślenia. - W naszym kraju około 30 tys. osób ginie w wypadkach drogowych, tyle samo od alkoholu. Tak czasem jest, niestety, życie się tak układa. Życie jest skomplikowane i różnorodne. Jest bardziej skomplikowane, niż to opisują. Ostatecznie wszyscy jesteśmy w rękach Boga, Allaha czy Chrystusa, jeśli mówimy o tych, którzy wierzą w siły wyższe. Nieważne, jaką religię wyznajemy. Istotne jest to, że wszyscy jesteśmy śmiertelnikami, wszyscy jesteśmy w rękach Boga. I pewnego dnia wszyscy umrzemy, to jest nieuniknione - stwierdził.

- Pozostaje pytanie, jak żyjemy? Z niektórymi nie wiadomo, czy żyją, czy nie. Nie wiadomo, od czego umierają - od wódki czy czegoś innego. Kiedy ich już nie ma, trudno powiedzieć, czy żyli, czy nie - ich życie minęło bez ostrzeżenia. Ale pani syn żył - rozumie mnie pani? Osiągnął cel. Nie stracił życia po nic. Rozumie pani? Jego życie było ważne. Żył, osiągnął to, czego chciał - mówił Putin.

Nie wszystkie matki i rodziny żołnierzy są traktowane przez władze Rosji z taką estymą i wysłuchiwane z uwagą. Rosyjski reżim zablokował strony internetowe "Rady Matek i Żon". Organizacja protestowała przeciwko wojnie w Ukrainie i żądała wstrzymania mobilizacji.

Zablokowania profilu "Rady Matek i Żon" na popularnym w Rosji portalu społecznościowym zażądała Prokuratura Generalna. Wcześniej działaczki tej organizacji zgromadziły się w Petersburgu przed siedzibą sztabu Zachodniego Okręgu Wojskowego, gdzie odczytały petycję skierowaną do władz Rosji. Kobiety zażądały rozpoczęcia rokowań z Kijowem, rezygnacji z wykorzystania broni jądrowej oraz wycofania rekrutów wcielonych do armii z rejonów graniczących z Ukrainą. 

gazeta.pl

Spotkanie w Erywaniu można nazwać "chwilą prawdy" dla organizacji zrzeszającej Armenię, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Rosję i Tadżykistan. Oczekiwania wobec szczytu były niemal apokaliptyczne, aż do zapowiedzi rozwiązania Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) włącznie — struktury, która nie spełniła oczekiwań co najmniej połowy jej członków: Armenii, Kazachstanu i Kirgistanu.

Tak się jednak nie stało. Walizka bez rączki, jak czasem nazywano OUBZ — niewygodna w noszeniu, ale jednocześnie nienadająca się jeszcze do wyrzucenia — przetrwała. Choć sam na marginesie spotkania premier Armenii Nikol Paszynian jego wynik skwitował jednym słowem: fiasko!

Dlaczego? Wszyscy przywódcy, w tym Putin, zostali zaproszeni do Erywania osobiście, a nie online, co jest, szczerze mówiąc, prawdziwym sukcesem. Nie każdy szczyt prezydent Rosji jest gotów zaszczycić swoją obecnością.

Być może dlatego premier Armenii przemawiał tak teatralnie. Trudno byłoby w obecności samego prezydenta Rosji Putina powiedzieć przed całym narodem, że OUBZ nie jest mu już dłużej potrzebna. O ile jednak wcześniej Armenia choć w jakimś stopniu mogła liczyć na pomoc lub choćby sympatię tej organizacji w przeciwstawianiu się agresji Azerbejdżanu, teraz nie można mieć co do tego złudzeń.

Dlatego pomysł Paszyniana, który kończył rok przewodniczenia w OUBZ, aby zorganizować szczyt w Erywaniu, by tak głośno zatrzasnąć drzwi, był z pewnością udany.

Od samego początku szczytu dla wszystkich jego uczestników, przede wszystkim jednak dla samego Paszyniana, było oczywiste, że nie uda się skłonić OUBZ do zajęcia "pryncypialnego stanowiska w sprawie agresji Azerbejdżanu na Armenię". Jak cynicznie, ale obraźliwie trafnie zauważył w przeddzień spotkania w Erywaniu prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew — "Azerbejdżan ma więcej przyjaciół w OUBZ niż Armenia".

W odpowiedzi na to Erywań stwierdził, że Armenia w ogóle nie ma w nim przyjaciół. A potem przypomniał sobie, jak Aleksander Łukaszenko, dotychczasowy ormiański sojusznik OUBZ, tłumaczył, że "Ilham Alijew to nasz człowiek".

Ponieważ nikt w gronie sojuszników nie zamierzał z tym polemizować, lekkomyślnością było oczekiwanie, że dwa główne dokumenty końcowe szczytu w Erywaniu, "Deklaracja" i "Wspólne środki pomocy dla Republiki Armenii", będą odzwierciedlać życzenia gościnnych ormiańskich gospodarzy.

Dlatego Nikol Paszynian publicznie odmówił ich podpisania i skierowano je do rewizji. Kiedy i jak zostaną "sfinalizowane"— nie wiadomo. Wydaje się jednak, że dla opinii publicznej nie będzie to już miało większego znaczenia — fiasko to fiasko, trup to trup.

Oczywiście pojawiło się pytanie: co Ormianie mieli zrobić z tą "walizką" — czy ją trzymać, czy wyrzucić. Ludzie zgromadzeni na ulicach głośno domagali się tego drugiego — opuszczenia OUBZ, tym bardziej że sam premier twierdzi, że nie ma z tego sojuszu większego pożytku.

Tu jednak w grę wchodzi zmysł polityczny przywódcy, który z jednej strony wykazał się jednością z ludem, z drugiej jednak umiejętnie zdystansował się od jego chwilowych frustracji i rozczarowań. Erywań postawił sprawę jasno: przesłanki do opuszczenia OUBZ istnieją, ale na razie kraj się z tym wstrzymuje.

Jakby przypadkowo premier Armenii zwrócił się jednak do aliantów z osobliwym przekazem — nie obwiniajcie mnie, jeśli zwrócimy się o pomoc do innych ważnych światowych ośrodków władzy, powiedzmy na Zachodzie.

Moskwa nie załamała na to rąk i nie wykrzyknęła: "Och, jak możesz!". Zamiast tego Dmitrij Pieskow skomentował pokornie: "to dobrze, nie może być mowy o wystąpieniu Armenii z OUBZ".

onet.pl/The Moscow Times

sobota, 26 listopada 2022


Ostatnie dni to narastający strumień nagrań z ukraińskich dronów, które bombardują wyraźnie apatycznych rosyjskich żołnierzy i najmeników. Tkwiący całymi grupami w jakichś dołach czy okopach, prawie niereagujący na spadające im pod nogi granaty. Nieliczni podejmują próbę ucieczki. Hipotermia, szok i rany po wcześniejszym ostrzale? Trudno powiedzieć, ale wysyp makabrycznych nagrań pokazuje, w jaki sposób bezsensownie giną tysiące Rosjan.

gazeta.pl

Merkel w rozmowie z gazetą stwierdziła, że porozumienie mińskie, które miało zapobiec dalszej eskalacji wojny między Rosją a Ukrainą w 2014 r., miało się "wyczerpać" do 2021 r. Jak zaznaczyła, latem 2021 r. bezskutecznie próbowała wraz z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem zorganizować spotkanie krajów UE z Putinem. W kwestii polityki zagranicznej "nie posunęłaby się wówczas ani o milimetr" – nie tylko jeśli chodzi o Ukrainę, ale też o regiony Naddniestrza, Mołdawii, Gruzji i Abchazji, Syrii oraz Libii.

Merkel uważa, że "podczas negocjacji w Mińsku kupiła czas, który Ukraina mogła wykorzystać do lepszego odparcia rosyjskiego ataku. Teraz jest ona silniejszym, bardziej odpornym krajem". Jest pewna, że gdyby nie to, już wtedy zostałaby opanowana przez wojska Putina – pisze "Spiegel".

Jak podkreśliła Merkel, w swojej ocenie Putina była zgodna z ówczesnym prezydentem USA Barackiem Obamą. "Po aneksji Krymu przez Rosję (w 2014 r.) próbowaliśmy wszystkiego, aby zapobiec dalszym rosyjskim atakom na Ukrainę i szczegółowo skoordynowaliśmy nasze sankcje" – podkreśliła Merkel.

Zdaniem Merkel, rosyjski atak na Ukrainę w lutym 2022 roku zakończył "fazę euforii" w historii. "Dzisiaj mamy do czynienia ze światem, który znów jest pełen komplikacji. Historia się nie powtarza, ale obawiam się, że pewne wzorce powracają. Znika również duch pojednania" – dodała.

Merkel pochwaliła opór Ukraińców, ale przekonywała jednocześnie, że "Niemcy nie powinny być pierwszym krajem, który wysyła najnowocześniejsze czołgi", ponieważ w Rosji "nadal można z Niemcami stworzyć dobrą atmosferę". Jak zaznaczyła, "druzgocące jest to, że niewiele rozwiązań dyplomatycznych się sprawdza, a mimo to nie widać dla nich żadnej realnej alternatywy".

Wyraziła także uznanie dla prezydenta Kazachstanu Kasyma-Żomarta Tokajewa, który jawnie odmówił poparcia wojnie Putina. "Wydaje mi się, że ten człowiek ma niesamowitą siłę, by przeciwstawić się Rosji" – stwierdziła.

PAP

Rosyjskie media, milbloggerzy i urzędnicy kontynuują próby kształtowania narracji wokół prawdopodobnej drugiej częściowej mobilizacji, jednocześnie zaprzeczając możliwości powszechnej mobilizacji. Rosyjskie media opozycyjne twierdziły, że niezidentyfikowany rosyjski deputowany wysokiej rangi stwierdził, że zmobilizowane siły „wyczerpią się” do końca zimy i pozostawią dziury do załatania przez przyszłą mobilizację. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) poinformowało, że prezydent Rosji Władimir Putin nakazał utworzenie państwowego zasobu informacyjnego zawierającego aktualne informacje o obywatelach Rosji zarejestrowanych w wojsku. Rozwój ten stwarza odpowiednie warunki dla ułatwienia przyszłej fali mobilizacji.

Generalna rosyjska mobilizacja pozostaje niezwykle mało prawdopodobna. Rosyjskie media opozycyjne powołały się na niezidentyfikowane źródło w rosyjskiej administracji prezydenckiej, że Kreml porzucił pomysł powszechnej mobilizacji pod koniec października i zamiast tego przeprowadzi drugą falę mobilizacji. Finansista Grupy Wagnera i szef Republiki Czeczeńskiej Ramzan Kadyrow podobno opowiadał się za stanem wojennym i powszechną mobilizacją, chociaż większość przedstawicieli Kremla była temu przeciwna.

Kreml unika publicznych narracji sugerujących dalszą mobilizację i nieformalnie (ale nie prawnie) zadeklarował zakończenie częściowej mobilizacji w odpowiedzi na niepopularność i nieskuteczną realizację tej polityki, o czym informował wcześniej ISW. Kremlowski sekretarz prasowy Dmitrij Pieskow oświadczył 25 listopada, że ​​zbliżające się orędzie prezydenta Rosji Władimira Putina do Zgromadzenia Federalnego Rosji nie będzie zawierało zapowiedzi mobilizacji. Potajemna mobilizacja i medialne prognozy dotyczące przyszłej mobilizacji są kontynuowane, jak wcześniej donosiło ISW.

Rosyjski rząd stara się zdefiniować odpowiednie kroki eskalacyjne i wymagania dotyczące generowania sił, biorąc pod uwagę status niedawno anektowanych terytoriów. Członek Komitetu Obrony Dumy Rosyjskiej, Wikor Sobolew, stwierdził w wywiadzie opublikowanym 11 listopada, że ​​częściowa mobilizacja spełni wymagania rosyjskie tak długo, jak długo walki będą trwały na terytorium Ukrainy, podczas gdy eskalacja przeciwko terytorium Rosji może wymagać powszechnej mobilizacji. To rozróżnienie jest sprzeczne z oficjalną aneksją przez Rosję okupowanych terytoriów ukraińskich i polityką, że nawet terytorium, które się poddało lub nigdy nie zostało osiągnięte przez siły rosyjskie, jest częścią Rosji.

(...)

Zmobilizowane siły rosyjskie nadal wykazują nieudolność i skrajny nieład. Rosyjskie źródło podało 23 listopada, że ​​zmobilizowani żołnierze na poligonie w centrum Fedoseevki w obwodzie biełgorodzkim przypadkowo zastrzelili siedmioletniego chłopca idącego ze szkoły do ​​domu. Prawdopodobnie oznacza to porażkę Rosji zarówno w zlokalizowaniu poligonu w centrum miejskim, jak i w dzikim strzelaniu poza oczekiwanymi ścieżkami i kierunkami. Rosyjskie źródło poinformowało 24 listopada, że ​​niedawno zmobilizowany sierżant wywiadu przypadkowo zastrzelił innego żołnierza w Tolpino w obwodzie kurskim. Rosyjskie źródło poinformowało 24 listopada, że ​​rosyjski szeregowiec czterokrotnie dźgnął młodszego oficera podczas kłótni na nieokreślony temat.

Skutki mobilizacji nadal powodują krótkoterminowe wyzwania dla rosyjskiego społeczeństwa, a także stwarzają destabilizujące warunki dla rosyjskiego społeczeństwa w perspektywie długoterminowej. Rosyjskie siły zbrojne i prywatne firmy wojskowe (PMC) mobilizują personel medyczny, obiecując wynagrodzenie nawet dziesięciokrotnie wyższe niż przeciętne pensje szpitalne lekarzom, którzy zgodzą się służyć w strefach działań wojennych, a także przeprowadzają wśród żołnierzy szkolenia z podstawowych procedur medycznych. Takie działania sugerują, że rosyjskie siły zbrojne straciły zakontraktowanych lekarzy i/lub poniosły ofiary w stopniu znacznie większym niż oczekiwano lub przewidywano. Ranni rosyjscy żołnierze prawdopodobnie otrzymują gorszą opiekę. Szersze społeczeństwo rosyjskie prawdopodobnie stanie w obliczu niedoboru personelu medycznego w przyszłości, który prawdopodobnie zostanie zaostrzony przez żniwo pandemii COVID-19. Rosyjskie władze mają również trudności z zajęciem się warunkami ekonomicznymi i finansowymi otaczającymi zmobilizowanych. (...) Rosyjskie służby rekrutacyjne stwierdziły, że rekruterzy mają trudności z zatrudnieniem mężczyzn i zauważyły, że co najmniej 300.000 osób poszukujących pracy w wieku produkcyjnym opuściło Rosję od początku mobilizacji.

Rosjanie nadal używają wszelkich środków, aby uniknąć mobilizacji. Sibir Realii doniósł 25 listopada, że ​​mężczyźni na Syberii od początku mobilizacji ustalają ojcostwo w znacznie wyższym stopniu niż zwykle. Rosyjski Sztab Generalny zarządził 4 października, że ​​ojcowie z trojgiem lub więcej dzieci poniżej 16 roku życia nie podlegają mobilizacji. Rosyjskie źródło poinformowało 24 listopada, że ​​zmobilizowani żołnierze na poligonie w Yelan w obwodzie swierdłowskim zawarli porozumienie z lokalnym szpitalem, aby szpital usunął im wyrostki robaczkowe, a następnie zalecił miesięczny okres rekonwalescencji, w którym aktywność fizyczna jest zabroniona. Szpital (...) zidentyfikował do tej pory około 30 przypadków „ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego” u zmobilizowanych żołnierzy.

Rosyjskie morale pozostaje bardzo niskie. Rosyjski portal opozycyjny twierdził, że 250 rosyjskich żołnierzy w Zajcewie odmówiło walki na linii frontu i ukrywa się teraz w piwnicach. Podobno rosyjscy oficerowie weszli do piwnic 21 listopada i wypchnęli 100 żołnierzy na muszce.

understandingwar.org