wtorek, 22 listopada 2022


Niezależny portal Wiorstka, powołując się na źródła w rosyjskich władzach – na Kremlu i w Dumie Państwowej – twierdzi, że administracja prezydenta planuje drugą falę "częściowej mobilizacji".

Rozważana była także mobilizacja powszechna, ale ten scenariusz został jednak uznany za "nie do zrealizowania w obecnych warunkach", ze względu na duże koszty i problemy z wyposażeniem już zmobilizowanych rezerwistów - pisze Wiorstka.

"Rozmowy (na temat powszechnej mobilizacji – Wiorstka) miały miejsce, bo my rozumiemy, wszyscy rozumieją, że problemów z przygotowaniem (rezerwistów - Wiorstka) nie da się rozwiązać w ciągu paru miesięcy. Jest oczywiste, że obecne mobiki (zmobilizowani) się skończą, potrzeba będzie więcej ludzi, a według naszych szacunków – stanie się to jeszcze przed końcem zimy" – portal cytuje swojego rozmówcę z Dumy.

Z publikacji niezależnych mediów oraz doniesień z frontu wynika, że rezerwiści powołani w ramach tzw. "częściowej mobilizacji", ogłoszonej 21 września, są w większości źle przygotowani (niektórzy w ogóle nie przechodzą przeszkolenia) i słabo wyposażeni, a także – wbrew zapowiedziom władz - są wysyłani na front do "zatykania dziur".

Według ustaleń portalu zwolennikami powszechnej mobilizacji są "nastawieni radykalnie stronnicy wojny", m.in. czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow czy powiązany z tzw. Grupą Wagnera biznesmen Jewgienij Prigożyn.

O ile mobilizacja powszechna jest obecnie mało prawdopodobna, to władze nie rezygnują z planów drugiej fali "mobilizacji częściowej".

"Trwa pośpieszne +łatanie dziur+, związanych z produkcją i przygotowaniem przedmiotów pierwszej potrzeby dla żołnierzy, a także broni i sprzętu. Jednocześnie szybko, +w biegu+ odbywają się reformy funkcjonowania komend uzupełnień, które ze szczętem zawaliły pierwszą falę mobilizacji" – pisze Wiorstka, powołując się na swoich rozmówców.

Zmiany dotyczą m.in. systemu ewidencji, który umożliwi sprawniejsze tworzenie list rezerwistów. W regionach powstają nowe ośrodki szkolenia.

Według informatorów Wiorstki nowa fala mobilizacji mogłaby mieć miejsce po Nowym Roku.

Rosyjskie media niezależne informowały już niejednokrotnie o przypadkach wysyłania wezwań mobilizacyjnych na 2023 r.

I Kreml, i ministerstwo obrony "werbalnie" ogłosiły zakończenie "częściowej mobilizacji". Według oświadczeń władz zmobilizowano 318 tys. osób. Mobilizacja nie została jednak formalnie zakończona prezydenckim dekretem.

"Rozmówcy Wiorstki twierdzą, że decyzja o niewydawaniu dekretu była związana właśnie z możliwością nowych fal zaciągu" – pisze portal.

PAP

Kilkunastometrowych granitowych posągów żołnierzy radzieckich miało na cmentarzu na Antolkolu w Wilnie już nie być. Decyzja o demontażu zapadła na Radzie Miasta jeszcze w czerwcu, po tym jak pomnik został wykreślony z rejestru dóbr kultury. Rozbiórkę wyceniono na 48 tys. euro i znaleziono wykonawcę.

Ale posągi nadal stoją, a miasto zamiast w prace rozbiórkowe zainwestowało w kilkaset metrów czarnej tkaniny, która posłużyła do przykrycia pomników. Władze tłumaczą, że chciały w ten sposób uchronić figury przed wandalizmem, bo już wcześniej zdarzały się próby ich zniszczenia. Jak choćby w październiku, kiedy ktoś namalował na nich niecenzuralne słowo. – Zakryliśmy je też dlatego, żeby nie drażnić ludzi – przyznał mer Wilna Remigijus Simasius w mediach. 

Podobny los spotkał w ostatnich miesiącach wiele radzieckich pomników w regionie. Litwa, podobnie jak inne kraje bałtyckie, po inwazji Rosji na Ukrainę zaczęła aktywnie pozbywać się śladów sowieckiej przeszłości. Z ulic litewskich miast znikają więc radzieckie rzeźby, zmieniane są rosyjskie nazwy ulic, we wrześniu Wilno przemianowało Litewski Rosyjski Teatr Dramatyczny (lepiej znany Polakom jako Teatr na Pohulance) na Wileński Teatr Stary, stołeczne władze podjęły też decyzję o wyburzeniu Domu Moskwy. Z badań opinii publicznej wynika, że połowa obywateli Litwy opowiada się za usunięciem sowieckich pomników z przestrzeni publicznej, 35 proc. jest temu zdecydowanie lub raczej przeciwna. 

Tymczasem litewskie władze mówią, że rozbiórki są konieczne, bo radzieckie rzeźby niosą za sobą te same symbole, które dzisiaj wykorzystywane są przez armię rosyjską, która zaatakowała Ukrainę. A do tego boleśnie przypominają Litwinom o czasach sowieckiej okupacji.

Ale w odróżnieniu od np. Łotwy, Litwa nie niszczy pomników, tylko usuwa je z przestrzeni publicznej. Część zwożona jest do Parku Grutas nieopodal Druskiennik; trafiają tu radzieckie rzeźby z całego kraju. Władze miasta zapewniają, że pomników z cmentarza na Antokolu też nikt nigdy niszczyć nie zamierzał. – Nigdy nie pojawił się pomysł, ani nawet sugestia, dotycząca zniszczenia tych pomników – mówi DW wicemer Wilna Tomas Gulbinas. I zapewnia, że miały one zostać przeniesione w inne miejsce. Gdzie? – Prawdopodobnie do muzeum – mówi polityk. W tym kontekście mówi się o Litewskim Muzeum Narodowym.

Wygląda jednak na to, że inną wersję tej historii otrzymał Komitet Praw Człowieka przy ONZ. Do organizacji wpłynąć miała petycja od mieszkańców, przedstawiających się jako „etniczni Rosjanie”, skarżących decyzję miasta. Nieoficjalnie mówi się, że za skargę odpowiedzialni są litewscy działacze prorosyjscy. W piśmie do ONZ mieli oni zarzucić litewskim władzom łamanie praw człowieka oraz to, że chcą one usunąć posągi z grobów radzieckich żołnierzy. W odpowiedzi Komitet nałożył na pomnik środki ochrony tymczasowej i wstrzymał rozbiórkę. Litewskie władze kategorycznie zaprzeczają zarzutom.

– Decyzja ONZ zapadła w oparciu o błędne informacje – wskazuje litewskie ministerstwo sprawiedliwości, które prowadzi korespondencję z ONZ w tej sprawie.

– Informacja, że posągi rzekomo stoją na grobach poległych żołnierzy sowieckich jest nieprawdziwa. Prawda jest taka, że ani pod pomnikiem ani nawet zaraz obok niego nie ma żadnych mogił – mówi DW wicemer stolicy. 

Groby znajdują się na tarasach ciągnących się po obu stronach pomnika, pochowane są tu trzy tysiące żołnierzy radzieckich. Miasto powtarza, że ich mogił nikt nie będzie ruszał. Zniknie tylko pomnik. 

Jak nieoficjalnie dowiedziało się DW, w praktyce litewskie władze mogą zdemontować pomnik w każdej chwili. Nie robią tego z szacunku dla ONZ. – Decyzja Komitetu Praw Człowieka nie jest dla nas prawnie wiążąca – mówi jeden z litewskich polityków.

Paweł Ławrinec, kierownik Katedry Filologii Rosyjskiej na Uniwersytecie Wileńskim, z pochodzenia Rosjanin, przyznaje, że sprawa pomników może wzbudzać emocje. – Trzeba mieć świadomość, że każdy pomnik jest namacalnym świadectwem polityki. Armia Czerwona w 1944 r. owszem była wyzwolicielką, ale potem była armią okupanta i dla wielu Litwinów to są bardzo bolesne wspomnienia. Z drugiej strony, dla wielu Rosjan, nawet tych którzy urodzili się na Litwie, jednym z najważniejszych wydarzeń XX w. jest II wojna światowa i te miliony ofiar, które oddały życie w imię zwycięstwa nad nazizmem. Ten pomnik im o tym przypomina – tłumaczy. Pod pomnikiem na Antokolu co roku 9 maja odbywały się uroczystości z okazji zwycięstwa ZSRR w II wojnie światowej. 

Ławrinec dodaje, że nie rozumie jednak, dlaczego w sprawę wmieszało się akurat ONZ. – Przecież to organizacja, która w ostatnich latach pokazała jedynie swoją słabość i która potrafi jedynie „wyrażać głębokie zaniepokojenie” – mówi. 

Dzisiaj opakowane i oklejone taśmą posągi, wyglądają jakby były w pokrowcach. U ich podnóża ktoś postawił fotografię pokazującą, jak wyglądały w całej krasie, zanim zostały zakryte. Przed pomnikiem ktoś położył czerwone goździki, zapalił znicze. 1 listopada na cmentarzu doszło do incydentu – grupa osób ściągnęła z posągów czarny kir. Wideo z tego wydarzenia obiegło sieć, trafiło do rosyjskich mediów.

Litewskie władze są pewne, że do demontażu sowieckich pomników dojdzie lada chwila i że ONZ cofnie nałożone przez siebie środki tymczasowe. – Żadne prawa człowieka nie zostały złamane i udowodnimy to przed ONZ. Jestem pewien, że kiedy wyjaśnimy sytuację będziemy mogli kontynuować usuwanie posągów – komentuje Tomas Gulbinas.

dw.com

Alaksandr Papko: A jak rosyjska inwazja na Ukrainę wpłynęła na czeczeńskie społeczeństwo? Czy zintensyfikowała dążenia ku niepodległości? Kiedy Rosjanie zaatakowali Ukrainę i wybuchła tak duża wojna w naszym regionie, jak ludzie w Czeczenii to odebrali? Czy widzieli zbieżności z Czeczenią i tym uczuciem walki o niepodległość? Czy ta potrzeba walki o niepodległość wzmogła się w Czeczenii?

Anzor Maschadow: Tak, ponieważ przeszliśmy już przez dwie wojny rosyjsko-czeczeńskie. Teraz widzimy więc dokładnie te same zjawiska, które miały miejsce u nas, czyli metody armii rosyjskiej. To, co zrobili w naszym kraju i robią teraz na Ukrainie – to właściwie to samo. Mówiąc o tym, co działo się w Buczy, Hostomlu, Mariupolu, Irpieniu i innych miastach, możemy również przypomnieć nasze miasta – Grozny, Argun, Samaszki, Nowyje Ałdy, Mesker-Jurt i inne, w których dokonano tego samego.

– Ma pan ze sobą zdjęcia. Czy może pan je pokazać?

– Mam je zawsze ze sobą. Dzisiaj rosyjscy okupanci, politycy, generałowie lub nawet prezydent Rosji nazywają Ukraińców nazistami. Tak samo było już wcześniej w odniesieniu do wojny w Iczkerii. Mówili: wszyscy Czeczeni są terrorystami, faszystami i tak dalej… A teraz pokażę panu rosyjskich żołnierzy w Iczkerii.

– Tak, to rosyjscy żołnierze, najprawdopodobniej podczas pierwszej wojny w Czeczenii.

– Robili te zdjęcia, by wysłać je do swoich rodzin. Spalili całą czeczeńską wioskę tak samo, jak zrobili to np. w Buczy. Na następnym zdjęciu jest też napis na budynku: zniszczymy całą Czeczenię. Pokażę jeszcze to zdjęcie. Żywa tarcza. Pamięta pan, co mówił Putin? Że jeśli ludność cywilna pójdzie [przodem]…

– Tak, to wojsko będzie za nią.

– Tak. „Wtedy zobaczymy, czy oni będą strzelać”. Więc tacy byli Rosjanie w Iczkerii. Znałem tę rodzinę. To wszystko członkowie jednej rodziny. Na następnym zdjęciu są dzieci zabite dzieci w czasie jednego z bombardowań. Następne zdjęcie – wie pan, co na nim jest – oni kradli dosłownie wszystko. Na następnym to samo – ten okupant kradnie telewizor. A to zdjęcie zrobiono w Groznym: zabili całą rodzinę, to było w 1995. A to wygląda dosłownie jak Mariupol, ale to nasza stolica – Grozny. Nic się nie zmieniło w Rosji i nic się nie zmieniło w rosyjskiej armii.

belsat.eu

poniedziałek, 21 listopada 2022


Kreml pozwolił stale rosnącej nieformalnej społeczności milbloggerów zdobyć quasi-oficjalne, ale niezależne stanowisko, pomimo nasilających się wewnętrznych represji i cenzury. Kreml historycznie rozpowszechniał swoją narrację państwową za pośrednictwem rosyjskich placówek federalnych, telewizji i mediów drukowanych, ale pozwalał wysoce indywidualistycznej i często krytycznej społeczności milbloggerów przedstawiać własne narracje dotyczące tej wojny. Społeczność milbloggerów składa się z szerokiej gamy postaci, od tych, którzy wspierają Kreml, krytykując rosyjskie dowództwo wojskowe, po tych, którzy bezpośrednio obwiniają prezydenta Rosji Władimira Putina za konsekwentne niepowodzenia militarne Rosji na Ukrainie. To, że Kreml toleruje społeczność miblogerów, jest zdumiewające, biorąc pod uwagę cenzurę innych, bardziej tradycyjnych mediów, w tym mediów opozycyjnych i zagranicznych.

Rosyjscy blogerzy nie są jedynie cheerleaderkami na czas wojny – wyłaniają się jako grupa o wyraźnym głosie w Rosji. Milbloggerzy oferują wysoce nieformalną platformę, która radykalnie różni się od ustrukturyzowanej prezentacji wojny rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Milbloggerzy w większości publikują autorskie treści na rosyjskich platformach społecznościowych, takich jak Telegram, VK i RuTube, w swobodny i przystępny sposób. Większość wybitnych blogerów albo działa na pierwszej linii frontu, albo ma źródła w rosyjskich strukturach wojskowych, co pozwala im formułować oceny na podstawie relacji z pierwszej ręki, niezależnych od informacji MON i cenzury.

Milbloggerzy nie są jednak w pełni oddzieleni od rosyjskiego rządu. Na przykład rosyjski portal śledczy The Bell ujawnił, że twórca jednego z najbardziej wpływowych rosyjskich kanałów Telegram, Rybar, jest byłym pracownikiem służby prasowej rosyjskiego MON. Inni milbloggerzy to korespondenci rosyjskich mediów państwowych, takich jak  Komsomolskaja Prawda, Ria i RiaFan  gdzie podtrzymują swoje wysoce uparte relacje z wojny, a nawet oferują zalecenia dotyczące poprawy prowadzenia rosyjskiej kampanii wojskowej. Niektórzy pełnomocnicy z okupowanych obwodów donieckiego i ługańskiego działają również jako blogerzy, ponieważ wyrażają swoje opinie, dzielą się analizami innych blogerów i rozpowszechniają materiały z linii frontu niezależnych od Kremla i często sprzecznych z oficjalnymi liniami MON i Kremla.

Wybrani milbloggerzy zajmują teraz oficjalne stanowiska na Kremlu. Putin wypromował kilku wybitnych blogerów z dużą liczbą obserwujących, aby dotrzeć do nacjonalistycznego elektoratu, do którego przemawiają, a co najważniejsze, aby zapobiec zwróceniu się tej grupy przeciwko putinizmowi. Putin mianował 20 listopada wybitnego rosyjskiego blogera i korespondenta Komsomolskiej Prawdy Aleksandra (Saszę) Kotsa jako członka Rosyjskiej Rady Praw Człowieka (...). Putin spotkał się indywidualnie z kilkoma rosyjskimi blogerami i zaprosił ich na swoje przemówienie aneksyjne 30 września. Zaręczyny Putina z tymi blogerami nie złagodziły jednak ich komentarzy na temat wojny. Nadal krytykują rosyjski wysiłek wojenny, a zwłaszcza rosyjskie Ministerstwo Obrony, nawet gdy Putin ich broni i promuje.

Niektórzy rosyjscy blogerzy mają bliskie powiązania z wybitnymi ideologami nacjonalistycznymi. Nacjonalista i były członek rosyjskiej Dumy Państwowej Zachar Prilepin (znany z utworzenia batalionu ochotniczego w okupowanym obwodzie donieckim w 2017 r.) i założyciel współczesnej Partii Narodowo-Bolszewickiej Eduard Limonow podobno celebrowali sławnego blogera Siemiona Pegowa (znanego pod pseudonimem WarGonzo). Milbloggerzy udostępniają również podcasty z szeroko znanymi rosyjskimi neonacjonalistami, takimi jak Alexander Dugin i sowiecka osobowość telewizyjna z czasów pieriestrojki, Alexander Lyubimov. Przynależność i wzajemna promocja milbloggerów z tymi postaciami sprzyjają maksymalistycznemu celowi pełnej rosyjskiej supremacji na Ukrainie w przestrzeni informacyjnej. Dugin nawet bezpośrednio obwiniał Putina za niepowodzenia militarne Rosji po wycofaniu się Rosji z miasta Chersoniu, w rzeczywistości krytykując Putina za to, że nie przyjął w pełni rosyjskiej ideologii nacjonalistycznej.

Putin prawdopodobnie zablokował próby Ministerstwa Obrony mające na celu usunięcie lub kontrolowanie w inny sposób blogerów. ISW poinformowało 14 października, że ​​nieokreśleni rosyjscy wyżsi urzędnicy w rosyjskim Ministerstwie Obrony próbowali ścigać karnie najwybitniejszych blogerów. Rosyjscy milbloggerzy publicznie skrytykowali rosyjskie MON za próbę cenzury, kontynuowali normalne relacje z wojny i nie zgłosili otrzymania zarzutów karnych. Nieznani rosyjscy urzędnicy wcześniej atakowali rosyjskich blogerów, oskarżając ich o ujawnianie rosyjskich pozycji siłom ukraińskim. Jednak Putin najwyraźniej stanął po stronie milbloggerów, komentując ostatnio znaczenie przejrzystości i dokładności w relacjonowaniu wojen – komentarz, który mógł być skierowany jedynie do relacji milbloggerów.

Znaczenie społeczności milbloggerów jest prawdopodobnie bezpośrednim skutkiem niepowodzenia Kremla w ustanowieniu skutecznej obecności na Telegramie, co wynika z ogólnego niepowodzenia Putina w przygotowaniu swojego narodu do poważnej i przedłużającej się wojny. Centrum statystyk rosyjskich mediów Brand Analytics zauważyło, że między rozpoczęciem wojny 24 lutego a 1 października liczba rosyjskich blogerów na Telegramie wzrosła o 58%, podczas gdy korzystanie z zakazanych zachodnich platform mediów społecznościowych, takich jak Instagram i Twitter, znacznie spadło. Telegram odnotował również najwyższy procentowy wzrost codziennych publikowanych treści (23%) w porównaniu z innymi rosyjskimi mediami społecznościowymi w tym okresie. The Bell zauważył, że liczba zwolenników Rybara gwałtownie wzrosła we wrześniu i październiku do ponad miliona zwolenników w wyniku częściowej mobilizacji i rozpoczęcia ukraińskich kontrofensyw na wschodzie i południu. Rozwój Telegramu i przypadek Rybara podkreślają nieufność Rosjan do oficjalnych narracji Kremla i poszukiwania dokładniejszych relacji. Warto zauważyć, że ukraiński rząd przyjął odwrotne podejście. Zamiast próbować scentralizować raportowanie o wojnie, Kijów zlecił wszystkim urzędnikom regionalnym uruchomienie oficjalnych kanałów Telegramu w celu dostarczania informacji o wojnie w czasie rzeczywistym.

Kreml stara się naśladować sukcesy rosyjskich prowojennych siłowików w Internecie. Czeczeński przywódca i siłowik Ramzan Kadyrow jest najczęściej obserwowanym rosyjskim blogerem z ponad trzema milionami obserwujących na Telegramie. Telegramowy kanał Kadyrowa bardzo przypomina formatem innych milbloggerów i zawiera nagrania wideo Kadyrowa, materiały z walki i niefiltrowane opinie na temat przebiegu „specjalnej operacji wojskowej”. Kanał Kadyrowa ma jednak bardziej spójną narrację niż kanał indywidualny milbloggerów, biorąc pod uwagę jego osobiste interesy w promowaniu swoich żołnierzy. Milbloggerzy powiązani z Grupą Wagnera również promują siły najemników kosztem krytyki rosyjskiego Ministerstwa Obrony i sił tradycyjnych. Z drugiej strony, wybitni propagandyści kremlowskiej telewizji państwowej, Władimir Sołowjow i Margarita Simonyan, mają odpowiednio tylko 1,4 miliona i 500.000 obserwujących na Telegramie i zaczęli powtarzać krytykę niektórych rosyjskich milbloggerów na swoich kanałach Telegramu.

Putin nadal podwaja poparcie dla niezależności dziennikarstwa milbloggerów, nawet jeśli podwaja wysiłki na rzecz mobilizacji ludności rosyjskiej do wojny. Te dwa zjawiska są prawie na pewno ze sobą powiązane. Putin prawdopodobnie zdaje sobie sprawę, że Kreml, a zwłaszcza Ministerstwo Obrony, straciło zaufanie, jakie wielu Rosjan mogło mieć do prawdziwości ich twierdzeń, a także /rozumie/  potrzebę polegania na takich głosach, które prowojenni Rosjanie uważają za autentyczne, aby zachować poparcie dla rosnących poświęceń, które są wymagane. Obrona Putina przed krytyką, wybranych przez niego urzędników, milblogerów jest niezwykła. Sugeruje to, że postrzega utrzymanie poparcia przynajmniej pewnej znaczącej części rosyjskiej populacji jako środek ciężkości dla wysiłków wojennych, jeśli nie dla przetrwania jego reżimu, i że jest gotów znieść krytykę ze strony grupy, którą postrzega jako lojalną aby zabezpieczyć ten środek ciężkości. Czy milbloggerzy pozostaną lojalni wobec Putina i wysiłków wojennych, jeśli rosyjska armia będzie nadal walczyć i cierpieć z powodu niepowodzeń? Jak zareaguje Putin, jeśli tego nie zrobią? Te pytania mogą stać się istotne, gdy Putin zwiększy swoje żądania wobec swojej niechętnej wojnie społeczności, aby dostarczyła mięsa armatniego na niepowodzenia wojny.

understandingwar.org

Wicepremier i minister ds. reintegracji terytoriów czasowo okupowanych Iryna Wereszczuk poinformowała, że rozpoczyna się dobrowolna ewakuacja z odzyskanych południowych terytoriów Ukrainy. Władze uznały, że ze względu na dokonane zniszczenia infrastruktury krytycznej i możliwość kontynuowania przez Rosjan ostrzałów artyleryjskich niezbędne jest przesiedlenie ludności w bezpieczniejsze rejony.

Prezydent Wołodymyr Zełenski oświadczył, że rosyjskie ataki rakietowe pozbawiły czasowo prądu ok. 20 mln ludzi. 19 listopada szef największej prywatnej firmy energetycznej Ukrainy DTEK Maksym Timczenko stwierdził, że z uwagi na kolosalne uszkodzenia linii energetycznych Ukraińcy, którzy mają taką sposobność, powinni być gotowi do opuszczenia kraju przed nadejściem zimy. W jego opinii byłoby to bardzo korzystne dla odciążenia systemu energetycznego państwa i pomogłoby w zagwarantowaniu dostaw prądu na potrzeby prowadzenia wojny. Premier Denys Szmyhal zapewnił z kolei, że rząd przygotowuje się na wszystkie możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń związane z przerwami w dostawach energii elektrycznej. Uruchamiany jest import środków do wytwarzania energii, a każdy obywatel może sprowadzić generator prądotwórczy lub stację ładowania bez płacenia cła i VAT-u. Według Szmyhala dziennie importowanych jest ok. 8500 agregatów prądotwórczych.

Liczba rosyjskich ataków rakietowych na ukraińską infrastrukturę uległa znaczącemu zmniejszeniu (z dziesięciu 18 listopada do dwóch 20 listopada). Głównymi celami były Zaporoże, gdzie uszkodzony został obiekt infrastruktury przemysłowej, i Kramatorsk. Według informacji przedstawionej 20 listopada przez prezydenta Zełenskiego od 24 lutego Rosjanie użyli przeciwko Ukrainie łącznie ponad 4700 rakiet.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo nie zaprzestają ataków na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w obszarach przygranicznych. Pod coraz silniejszym ostrzałem mają znajdować się Chersoń i tamtejszy port rzeczny oraz sąsiednie Antoniwka (z ruinami mostów na Dnieprze) i Czornobajiwka (z lotniskiem). Obie strony ostrzeliwują wzajemnie swoje pozycje na południe od Mikołajowa. Siły ukraińskie ostrzeliwały i bombardowały także pozycje rosyjskie w głównych rejonach walk – trafione zostały m.in. cysterny z paliwem w okupowanej Makiejewce.

Jednostki rosyjskie kontynuują ataki na pozycje ukraińskie w Donbasie. Najcięższe walki trwają na południowych i wschodnich obrzeżach Bachmutu, na północny wschód od miasta i na zachód od drogi Bachmut–Gorłówka. Najeźdźcy po raz kolejny mieli też bezskutecznie nacierać na wschód od Siewierska oraz na zachód od Doniecka. Do wzajemnych ataków miało dochodzić na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Siły ukraińskie miały również kontratakować w zachodniej części obwodu donieckiego i podejmować kolejne próby przełamania pozycji rosyjskich na wschód od Kupiańska i na północny zachód od Kreminnej. Źródła ukraińskie donoszą o przerzucaniu do obwodu ługańskiego kolejnych rosyjskich pododdziałów wycofanych z prawego brzegu Dniepru.

Francuski resort obrony poinformował o przekazaniu Ukrainie dwóch systemów obrony powietrznej Crotale, a także o otrzymaniu przez nią dwóch wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych. Wielka Brytania zapowiedziała dostarczenie armii ukraińskiej 120 armat przeciwlotniczych, stacji radiolokacyjnych i wyposażenia zimowego. Doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak oświadczył, że na obecnym etapie konfliktu z Rosją siły ukraińskie potrzebują dodatkowo 150–200 czołgów, 100 systemów artyleryjskich, ok. 300 pojazdów opancerzonych, 50–70 systemów artylerii rakietowej i 10–15 systemów przeciwrakietowych.

(...)

19 listopada ukraińskie rządowe Centrum Narodowego Oporu poinformowało, że Federalna Służba Bezpieczeństwa stworzyła specjalne grupy operacyjne do poszukiwania członków ukraińskiego podziemia. Mimo nasilenia represji Rosjanie nie mogą skutecznie kontrolować sytuacji na okupowanych terytoriach. W skład grup wchodzą pracownicy kontrwywiadu FSB i innych służb. Zadaniem grup jest także kontrolowanie ruchu internetowego i identyfikowanie celów do przeprowadzania ataków rakietowych. Ukraiński Sztab Generalny ostrzegł, że w rejonach graniczących z obwodami briańskim i kurskim istnieje zagrożenie prowokacją zbrojną agresora. Strona ukraińska liczy się z możliwością wejścia rosyjskich grup dywersyjno-rozpoznawczych również z terytorium Białorusi. Tego samego dnia ukraiński wywiad wojskowy (HUR) poinformował, że służby specjalne FR planują prowokacje na białoruskich obiektach infrastruktury krytycznej, m.in. w elektrowni atomowej w Ostrowcu. Jako sprawcy takich „aktów terrorystycznych” zostaną wskazani obywatele państw NATO i Ukrainy przebrani w białoruskie mundury. Odnotowano, że w stan podwyższonej gotowości postawiono struktury białoruskiego KGB, MSW i wojsk granicznych.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ujawniła, że zneutralizowano grupę przestępczą, która organizowała przemyt mężczyzn chcących uniknąć służby wojskowej. Zainteresowanym proponowano załatwienie transportu na Kaukaz Południowy lub do krajów UE przez terytorium Federacji Rosyjskiej (trasy wiodły przez Krym lub obwód sumski). Koszt „usługi” wynosił od 2,5 tys. do 8 tys. dolarów. Członkowie grupy przemytniczej współpracowali z funkcjonariuszami służby granicznej FR.

Komentarz

Postępujące zniszczenia infrastruktury energetycznej stawiają Ukrainę na progu klęski humanitarnej spowodowanej przerwaniem dostaw nie tylko prądu, lecz także wody i ciepła. Duża skala rosyjskich ataków rakietowych może doprowadzić do ogłoszenia decyzji o ewakuacji ludności z większych miast (np. 16 listopada mer Iwano-Frankiwska zaapelował do mieszkańców, aby z uwagi na ryzyko wystąpienia przerw w dostawach energii w miarę możliwości opuścili miasto na zimę) oraz do nasilenia się skali migracji poza granice Ukrainy. Ograniczenie lub brak dostaw energii radykalnie pogarsza kondycję przemysłu i utrudnia funkcjonowanie obiektów handlowych i firm świadczących usługi dla ludności.

Po wycofaniu jednostek rosyjskich z prawobrzeżnej Ukrainy linia frontu uległa względnemu ustabilizowaniu. Ze względu na niemożność uzyskania wyraźnego powodzenia (Rosjanie w obwodzie donieckim, zaś Ukraińcy na styku obwodów charkowskiego i ługańskiego) obie strony skupiają się na wzmacnianiu sił w rejonach walk poprzez przemieszczanie do nich wojsk operujących wcześniej w okolicy Chersonia. Najeźdźcy kontynuują również kierowanie tam żołnierzy z tzw. częściowej mobilizacji oraz rozbudowę linii obronnych, głównie w obwodzie zaporoskim. Nie oznacza to rezygnacji z działań ofensywnych, przy czym stroną bardziej pod tym względem aktywną jest w dalszym ciągu armia ukraińska. Konsekwentnie próbuje ona przełamać obronę rosyjską na kierunku Swatowego i Kreminnej, gromadzi także siły w obwodzie zaporoskim, gdzie naturalnym głównym celem jej ofensywy jest Melitopol. Kwestią otwartą pozostaje rozwinięcie nowego natarcia przez Rosjan, którzy na większości kierunków poza obwodem donieckim przeszli do obrony. Należy przyjąć, że dążą oni w pierwszej kolejności do wyczerpania potencjału ofensywnego strony ukraińskiej.

osw.waw.pl

W zeszłym tygodniu rosyjskie wojsko zaatakowało ukraińską sieć energetyczną, wystrzeliwując w nią pociski o wartości około miliarda euro. Ten kosztowny atak spowodował jednak tylko jednodniowe przerwy w dostawie prądu.

— Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani i nieszablonowo myślimy o koordynacji działań po atakach rakietowych — powiedział w wywiadzie z POLITICO Wołodymyr Kudrycki, szef Ukrenergo, ukraińskiej państwowej firmy energetycznej.

Inżynierowie przygotowują różne scenariusze mające zapewnić im elastyczność działania i przygotować na możliwość zniszczenia stacji przesyłowej lub — co gorsza — uszkodzenia elektrowni. — Nawet w przypadku katastrofalnych szkód jesteśmy w stanie ponownie połączyć się i dostarczyć energię. Oczywiście musimy ograniczyć jej zużycie, aby utrzymać stabilność systemu — powiedział Kudrycki.

Następnie dodał: — Możemy włączyć światła w ciągu jednego dnia od ataku dla 80 do 90 proc. Ukraińców — chociaż nie są to precyzyjne szacunki. Wiele zależy od charakteru uszkodzeń. Potrzeba jeszcze kilku dni po przywróceniu podstawowych dostaw, aby w pełni ustabilizować system.

To niezwykłe, biorąc pod uwagę fakt, że Ukraina straciła około 50 proc. swojej mocy elektrycznej z powodu szkód spowodowanych przez rosyjskie ataki. To część strategii Kremla, aby zaciągnąć "Generała Mroza" i z jego pomocą złamać ich ducha walki.

— Moim zdaniem radzimy sobie całkiem dobrze. Nigdzie we współczesnym świecie nie widziano ataku o takiej skali na sieć energetyczną. Z tego powodu musimy na bieżąco wymyślać rozwiązania. Nie mamy z kim się konsultować, bo po prostu nikt wcześniej nie doświadczył czegoś nawet zbliżonego do tego — powiedział Kudrycki.

Ukraińcy żartują, że od czasu inwazji Rosji poprawiła się jakość usług publicznych — zamiast czekać tygodniami na naprawę elektryczności czy wody, dzieje się to w ciągu kilku godzin. I choć atak rakietowy pogłębia ich gniew na Rosję, to jednocześnie są dumni z pomysłowości, która stoi za przywróceniem — po atakach rakietowych — zasilania i wznowieniem dostaw wody, które opierają się na energii Ukrenergo.

Mer Lwowa Andrij Sadowy w rozmowie z dziennikarzami POLITICO powiedział, że sekretem tak szybkiego przywrócenia dostaw energii po atakach jest improwizacja. — System energetyczny nie był budowany z myślą o tym, że będzie musiał wytrzymać atak — powiedział.

Stwierdził też, że Ukraińcy otrząsnęli się z wyniszczającej sowieckiej mentalności, która mówi, że gdy pojawia się problem, nic nie da się zrobić. — Odkryliśmy, że jesteśmy zakodowani do bycia pomysłowymi, do improwizacji, do wymyślania rozwiązań, do używania tego, co jest dostępne i pod ręką — powiedział.

Po zmasowanych atakach na infrastrukturę energetyczną Ukrainy, jakie miały miejsce w zeszłym tygodniu, elektrycy z tego kraju niezwłocznie przystąpili do działania, aby przeprogramować systemy komputerowe i przekierować energię z nieuszkodzonych stacji przesyłowych. Zwykle takie poprawki wymagają czasu, a naprawa fizycznych uszkodzeń — jeśli jest możliwa — trwa jeszcze dłużej.

Ukraińską zdolność do improwizacji doceniają także zagraniczni eksperci pracujący w tym kraju — i nie sprowadza się ona tylko do sektora energetycznego.

— Gdzie jest wola, tam jest i sposób. Oni robią niesamowite rzeczy — mówi Terry Taylor, 75-letni brytyjski inżynier, pracujący w Ukrainie. Taylor nadzoruje projekt dla duńskiej organizacji charytatywnej w Mikołajowie, mieście na południowym wybrzeżu, które przetrwało wielomiesięczne oblężenie przez Rosjan. W wyniku ich działań miasto od pół roku nie ma jednak wody pitnej.

— Istnieje tu jedność celu i pasji; to naprawdę niezwykłe. Ludzie się angażują: sprzątają gruz i naprawiają, jak tylko mogą — powiedział Taylor.

Jeśli chodzi o sieć energetyczną, Ukraińcy byli dobrze przygotowani na problemy z dostawami, jeszcze zanim doszło do inwazji Rosji. — Zgromadziliśmy znaczne zapasy materiałów i sprzętu, prawdopodobnie jedne z największych na świecie — powiedział Kudrycki z Ukrenergo.

Ogromne zapasy sprzętu i materiałów szybko się jednak wyczerpują. Mer Lwowa Sadowy powiedział, że jeśli ataki nie ustaną, a zima będzie ostra, improwizacja, która dotąd ratuje Ukraińców, przestanie wystarczać. — Dziś moje przesłanie musi być mocne. Musimy być gotowi przetrwać bez prądu i ogrzewania przez jeden, dwa, może trzy tygodnie — powiedział.

Stwierdził, że Lwów i Ukraina będą potrzebowały dziesiątek tysięcy agregatów prądotwórczych zasilanych olejem napędowym i energią cieplną.

Ile dokładnie? Nie wiadomo. Lwów kupił trzy ogromne generatory diesla na sześć miesięcy przed wojną i zostały one użyte trzy razy, aby utrzymać system ciepłej wody dla 50 proc. mieszkańców miasta — powiedział.

Jednym z największych zmartwień mera Lwowa jest to, jak utrzymać tamtejszy szpital przeznaczony do leczenia żołnierzy i cywilów oraz produkowania protez. Sadowy utrzymuje wprawdzie kontakt z innymi włodarzami miast, które w razie potrzeby oferują swoją pomoc, ale wkrótce może ona okazać się niewystarczająca.

Biorąc pod uwagę przerwy w dostawach energii oraz pierwsze mrozy, Sadowy nie ma wątpliwości, że jego miasto może wkrótce znaleźć się w niebezpiecznej sytuacji. Kudrycki powtarza to w odniesieniu do całej Ukrainy.

— Przygotowujemy się najlepiej, jak możemy, aby zbudować odporność. Musimy być gotowi na najgorsze scenariusze — powiedział. — Tak więc przerwy w dostawach mogą być dłuższe niż standardowe obecne pięć godzin. Robimy wszystko, by spróbować zapobiec takim sytuacjom, ale nasze zapasy są na wyczerpaniu — powiedział.

— Potrzebujemy części zamiennych, przekaźników, okablowania, ale także niektórych dość dużych elementów takich jak transformatory i aparatura rozdzielcza. Nie mamy czasu czekać na ich produkcję — musimy je gdzieś szybko znaleźć — powiedział Kudrycki.

Szef Ukrenergo, ale i burmistrzowie ukraińskich miast, apelują, by Zachód dostarczył więcej systemów obrony przeciwlotniczej, zdolnych osłonić sieć energetyczną przed rosyjskimi rakietami i atakami lotniczymi.

— Walczymy na froncie energetycznym. Więcej systemów obrony powietrznej zwiększyłoby nasze szanse na uniknięcie masowych uszkodzeń sieci. Im więcej tych systemów, tym mniej szkód — powiedział.

Na potwierdzenie tych słów przywołał przykład ostatniego rosyjskiego ataku. — Wystarczy spojrzeć na ostatnie uderzenie — udało nam się zestrzelić wiele wystrzelonych w nas pocisków. To stwarza nam większe szanse na utrzymanie systemu i ewentualne naprawienie go, niż w innym przypadku, bez obrony przeciwpowietrznej — powiedział Kudrycki.

onet.pl/Politico

Rosyjska FSO /Federalna Służba Ochrony - red./ przygotowuje personel także na "masowy atak ideologiczny". Służby Władimira Putina obawiają się, że "wróg" wykorzysta wówczas media, sieci społecznościowe, organizacje religijne, a nawet hipnozę czy "techniki psychologiczne", by zachęcić wojskowych do przeprowadzenia zamachu stanu. 

Autorzy analizy FSO podkreślają, że wróg będzie dążył przede wszystkim do "zmniejszenia stabilności psychicznej personelu, jego moralnej dezorientacji i doprowadzenia do stanu niechęci do stawiania oporu". Głównymi zagrożeniami do wywołania takiego stanu wśród funkcjonariuszy są: telewizja, radio, prasa, portale społecznościowe, a także książki, broszury, ulotki i plakaty. "Ponadto agenci obcego wywiadu mogą angażować ruchy społeczne, organizacje pozarządowe i religijne oraz docierać do krewnych funkcjonariuszy FSO" - pisze Insider. FSO ostrzega przede wszystkim przed rzekomymi agentami, którzy mają być "przygotowani do psychicznego zarażenia personelu i posiadania zdolności hipnotycznych". W dokumencie nie wskazano jednak przykładów, które mogłyby być oznaką tego, że rzekomo ktoś używa hipnozy lub "technik psychologicznych".

Funkcjonariusze chroniący Kreml zostali ostrzeżeni także przed wirusami komputerowymi, które "mają wpływać na psychikę". "To zagrożenie raczej można wykluczyć z metod psychologicznego oddziaływania na personel. Ze względu na masowe wizyty kremlowskich agentów bezpieczeństwa na zagranicznych stronach pornograficznych, zwłaszcza w nocy, dostęp do internetu na Kremlu został ograniczony i to kilka lat temu. Korzystanie z telefonów komórkowych i tabletów podczas pełnienia służby na Kremlu jest surowo zabronione" - pisze Insider. W raporcie wspomniany jest także "generator czarnej materii" - urządzenie rzekomo skonstruowane w tajnych ośrodkach CIA, których istnienia nie potwierdzono. Mimo tego historia generatora trafiła do tabloidów i zyskała popularność wśród miłośników teorii spiskowych i pseudonaukowych. 

Takie przygotowanie nie dziwi, jeśli przyjrzymy się zastępcy szefa FSO. Generał Aleksandr Komow jest znany z zainteresowania astronomią i zjawiskami paranormalnymi, przez co wśród współpracowników nazywany jest "Generałem-Astrologiem". Jego przekonania znajdują odzwierciedlenie nawet w oficjalnych dokumentach planistycznych i szkoleniowych, a funkcjonariusze są zobowiązani przejść "nieproporcjonalnie wiele" szkoleń dotyczących "walki informacyjnej" i "oddziaływania psychologicznego". 

Co ciekawe, kroki dotyczące "zmasowanego ataku ideologicznego" są częściej trenowane, niż faktyczne działania operacyjne, które FSO musiałaby wdrożyć przy próbie obalenia Kremla. Jak czytamy, twórcy planu ostrzegają, że "w przypadku zamachu stanu niektórzy 'obrońcy Kremla' mogą doświadczyć: depresji, izolacji, niepewności, co do prawidłowości działań władz, poczucia strachu i troski o własne życie". W takich sytuacjach FSO zaleca stosowanie "kontrsugestii", "kontrperswazji" czy "przejęcia inicjatywy". W raporcie zwrócono uwagę zwłaszcza na młodych pracowników, którzy rzekomo są bardziej niestabilni psychicznie - takie osoby w ostateczności mają być kierowane do szpitali. 

gazeta.pl

niedziela, 20 listopada 2022


Szokującą relację z udziałem rezerwistów ujawnił niezależny rosyjski kanał TV Rain (Dożd), nadający obecnie m.in. z Łotwy. Opisano w niej jak pod koniec października setki zmobilizowanych mężczyzn z Woroneża wyruszyło do walki pod Makijewką. W ciągu kilku dni ponieśli bardzo duże straty w swoich szeregach. Według raportów, kiedy pojawili się na linii frontu, oficerowie powiedzieli im: "Jesteście mięsem, dlatego zostaliście tu przywiezieni". Mieli zostać porzuceni przez swoich dowódców, uzbrojeni tylko w granaty, zmuszeni kopać rowy gołymi rękami.

Około 50-osobowej grupie udało się wycofać w kierunku rosyjskiej granicy, gdzie zostali rozbrojeni i przewiezieni na poligon wojskowy w Walujkach w obwodzie biełgorodzkim w Rosji. Tam byli przetrzymywani przez kilka tygodni. Część z nich odmówiła powrotu na front. W odpowiedzi prokuratura wojskowa zaczęła grozić zmobilizowanym mężczyznom zarzutami karnymi. A 17 listopada zostali przewiezieni w kierunku Donbasu.

"Prawdopodobnie zostali zabrani do podziemi Domu Kultury w Zaitseve, gdzie obecnie ok. 300 mężczyzn jest przetrzymywanych przez rosyjskie wojsko jako jeńcy. Armia rosyjska wykorzystuje piwnice więzienne w kilku miejscach na okupowanych terytoriach Ukrainy do przetrzymywania żołnierzy, którzy odmawiają powrotu na linię frontu. Stosuje przy tym głód, groźby i bicie, aby zmusić ich do powrotu" – przekazuje niezależne medium TV Rain.

(...)

Z kolei według płk. Piotra Lewandowskiego, byłego weterana misji wojskowych w Iraku i Afganistanie, podział w rosyjskiej armii, który był widoczny na początku wojny, z pojawieniem się rezerwistów na froncie jeszcze bardziej się pogłębia.

– Wśród zawodowych żołnierzy na kontrakcie, ci, którzy mieli rzucić kwitami i odejść z frontu, już dawno odeszli. Oni byli jak "gotowana żaba". Reszta została, godząc się na warunki i walkę na froncie. Z rezerwistami jest zupełnie inna bajka. Mają swoje poczucie dumy, empatię i niekoniecznie są "drobnymi pijaczkami". Mimo wszystko nie uciekli z Rosji, nie schowali się w piwnicy, przyjęli kartę powołania i stawili do wojska. Wielu z nich ma patriotyczne przekonania i oczekuje, że kraj da im to, co im się należy. Chcą być przede wszystkim dobrze dowodzeni – ocenia płk Piotr Lewandowski.

I dodaje, że rosyjskie dowództwo nie zapewnia im dobrego nadzoru, szkolenia i zabezpieczenia materiałowego. - Rosyjski zmobilizowany żołnierz protestuje, że nie ma warunków, by walczyć na froncie. To nie jest protest przeciw wojnie, ale przeciw podejściu do rezerwisty – uważa wojskowy.

wp.pl

Nagranie krążące w rosyjskich mediach społecznościowych pokazało egzekucję z użyciem młota kowalskiego byłego rosyjskiego najemnika, który przeszedł na stronę Ukrainy.

Prorosyjscy blogerzy poinformowali, że egzekucja przeprowadzona na Jewgieniju Nużnym była zemstą za jego rzekomą zdradę.

"Jest dla mnie absolutnie oczywiste, że Jewgienij Nużyn został uprowadzony i brutalnie zamordowany przez członków amerykańskich służb specjalnych" - stwierdził Jewgienij Prigożyn, założyciel Grupy Wagnera.

Bliski współpracownik Władimira Putina przekazał, że Grupa Wagnera sprawdza wersję, że Nużyn "został zwerbowany przez CIA i był wcześniej więziony przez 27 lat, w związku z tym, że CIA z wyprzedzeniem wiedziała o przyszłym (tak zwanym) zamachu stanu na Ukrainie w 2014 roku, a także o możliwych walkach na terytorium Ukrainy, został członkiem Grupy Wagnera i stworzył warunki do swojej egzekucji."

W opublikowanym oświadczeniu przekazano, że Nużyn był "ochotnikiem" w Grupie Wagnera i brał udział w operacjach wojskowych. Zaprzeczono, że został za uprowadzony i zabity przez swoich byłych towarzyszy.

Zauważył, że w nagraniu nie padają przekleństwa w języku rosyjskim, co jest "typowe dla takich filmów z udziałem Rosjan", a kolor cegły, na której leżała głowa Nużyna, nie odpowiadał temu, który jest używany w Rosji. Twierdzi też, że kolorystyka kamuflażu mundurów osób występujących na filmiku odpowiada projektowi amerykańskiej firmy.

Jewgienij Nużyn odbywał wyrok w obwodzie riazańskim i został zwerbowany do walki na Ukrainie. Poddał się we wrześniu. W wywiadzie powiedział, że pierwotnie planował poddać się i walczyć po stronie Ukrainy, gdzie - jak twierdzi - miał mieszkających tam krewnych. 12 listopada w internecie pojawiło się nagranie z brutalnego morderstwa Nużyna. Zdarzenie to określono jako "karę dla zdrajcy".

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że to "nie ich sprawa", że obywatel Rosji został brutalnie stracony bez procesu.

rp.pl

Ale gdy w 2014 r. Rosja zaanektowała Krym, tego sprzeciwu społecznego wobec działań Kremla nie było widać. Odzywały się raczej te duchy przeszłości i wspomniany kult pabiedy.

2014 r. był dla nas wszystkich szokiem i wiedzieliśmy, że aneksja Krymu to była taka tykająca bomba, która może wybuchnąć. Jednocześnie chcieliśmy wierzyć w happy end, a szczęśliwe zakończenie to koncept hollywoodzki, a nie rosyjski. Mam wrażenie, że teraz, od tych ośmiu miesięcy od wybuchu wojny w Ukrainie bardzo mocno dosładzamy i afirmujemy pewien rodzaj rzeczywistości, który chcemy osiągnąć, ale to jest myślenie życzeniowe.

Co ma pani na myśli?

Słyszymy ciągle o schorowanym Putinie, który ma nowotwory w całym ciele i za moment się położy do grobu. Myślimy, że Rosjanie uduszą się pod wpływem sankcji, padną z głodu, albo bezrobotni wyjdą na ulice jak podczas rewolucji październikowej. Cały czas żyjemy w przekonaniu, że nasze działania, działania szeroko rozumianego Zachodu, spowodują daleko idące zmiany w Rosji.

W październiku pojechała pani do Rosji zobaczyć je na własne oczy.

Wyruszyłam do Rosji między innymi dlatego, że przeczuwałam, że — wbrew temu, co sądzimy — niewiele się zmieniło.

A przeczuwała pani, że może nie być tam mile widzianą? Polska jest nie tylko członkiem NATO, ale także jednym z największych sojuszników Ukrainy, co — oczywiście w oczach Rosjan — nie stawia nas w dobrym świetle.

Zawsze wyjazdy do Rosji i spotkania z "dobrymi Rosjanami" to była dla mnie ogromna przyjemność. Zwłaszcza na północy, poza dużymi miastami Polak był witany z otwartymi ramionami, ponieważ wciąż silna jest tam pamięć o zesłańcach, którzy nieśli kaganek oświaty i zrobili dużo dobrego dla tamtej społeczności. Przodek Polak na Syberii był powodem do dumy. Niestety to się radykalnie zmieniło. Nie chcę demonizować, mówiąc, że wszyscy Rosjanie są podli i przewrotni, bo nadal mam dobre kontakty z osobami, które nie widzą we mnie natowskiego szpiega. Prawda jest jednak taka, że dziś lepiej nie przyznawać się w Rosji do polskiego paszportu.

To, w jaki sposób przemierzyła pani ten kraj?

Podróżowałam z belgijskim paszportem, ponieważ mój mąż jest Belgiem i mam podwójne obywatelstwo. Dzięki temu łatwiej było mi wyjechać, bo polski MSZ podróży do Rosji nie tylko odradzał, ale informował, że podróżni nie mogą liczyć na pomoc konsularną. Gdy ktoś obcy pytał mnie, skąd jestem, odpowiadałam, że z Belgii, która wprawdzie kojarzy się z eurosajuzem, ale jest raczej krajem anonimowym. Kilka razy przyznałam się, że jestem z Polski i później tego gorzko żałowałam.

Dlaczego?

W propagandzie rosyjskiej Polska jest przedstawiana jako kraj wrogi, zdradziecki, w którym panuje wielka nienawiść do Rosjan. Gdy przyznawałam się, że jestem Polką, słyszałam docinki, nieprzyjemne komentarze, a nawet złośliwe pogróżki. Rosjanie powtarzali wtedy, że zamarzniemy zimą, że jesteśmy głupi, że stoimy po niewłaściwej stronie i że zdradzamy brać słowiańską. Złorzeczyli, że zabraknie nam węgla i cukru. "My was wyzwoliliśmy, a wy spółkujecie z nazistami" — takie komentarze też słyszałam.

Doszło też do tego, że współpasażerowie z pociągu "donieśli" na mnie do konduktorki i wlepiła mi mandat z jakiegoś absurdalnego powodu. Moi przyjaciele Rosjanie potem pukali się w głowę, gdy tego słuchali i poradzili, bym następnym razem mówiła, że jestem z Białorusi.

Te wtrącenia o braku cukru czy pustych składach opału w wypowiedziach przypadkowo spotkanych osób pokazują, że rosyjska propaganda jest całkiem dobrze rozeznana w tym, co się dzieje w Polsce.

Na pewno autorzy tej machiny propagandowej mają zdolność do bardzo szybkiego wyszukiwania tego typu informacji i ich rozpowszechniania. Często w telewizji pokazuje się jakieś zachodnioeuropejskie miasto, przed kamerą stoi osoba, którą przedstawia się jako na przykład francuskiego dziennikarza i on opowiada, jak to w Europie źle się dzieje.

Ktoś, kto to ogląda, ma poczucie, że śledzi obiektywną relację. Po niej jednak propagandysta reżimu Putina dokręca śrubę i przez 15 minut w programie, który ma się jawić jako publicystyczny, opowiada — niczym Kaszpirowski — jedną słuszną "prawdę". Polsce może nie poświęca się osobnego czasu antenowego, ale to też zabieg propagandowy, polegający na umniejszaniu naszego kraju.

Bardzo szokujące było dla mnie także to — a poza programami publicystycznymi słyszałam to także w rozmowach z wykładowcami uczelni wyższych — jak dużo mówi się o polskich ambicjach imperialistycznych wobec Ukrainy.

Że pomoc Ukrainie to nasza przygrywka do rozbioru tego kraju?

Zadawano mi konkretne pytania, jak daleko zamierzamy przesunąć naszą wschodnią granicę! W każdy możliwy sposób próbowałam te "rewelacje" zanegować, ale raczej patrzono na mnie jako na słabo poinformowaną albo jak na szpiega NATO. To było okropne uczucie, gdy to propagandowe zakłamanie wykluczało szansę na merytoryczną rozmowę.

Wspomniała pani wcześniej, że my w Polsce też żyjemy swoimi ułudami co do tego, jak wygląda kondycja Rosji Putina. Pani przyjechała tam, gdy trwała mobilizacja, którą w zachodnich mediach raczej przedstawiano przez pryzmat uciekających przed wojskiem poborowych albo żołnierzy zmierzających na front chwiejnym krokiem.

Rzeczywiście trafiłam do Rosji po tygodniu od ogłoszenia mobilizacji, czyli w okresie ogromnego chaosu. Tak jak pani wspomniała, w relacjach zachodnich mediów było to ilustrowane kolejkami Rosjan na granicach i nam tu, siedzącym przed telewizorami wydawało się, że jesteśmy o krok od wielkiego przewrotu. Nawet belgijski konsulat nie był pewny, czy dostanę wizę, "bo ogłoszono mobilizację". Ale, gdy ją otrzymałam, to była zarazem dobra i zła wiadomość. Z jednej strony ucieszyłam się, że wyjadę, ale z drugiej to był sygnał, że to znów nie jest tak, jak nam się wydaje. Przykładamy zachodnią miarę do tego, co w Rosji jest normalne.

Co pani zobaczyła na miejscu?

Oczywiście dla części mężczyzn, którzy mieli inne, może intelektualne, ambicje, pójście na front było dramatem, ale reszta się tego spodziewała. I owszem kolejki na przejściach granicznych były, ale w Rosji, w propagandowym pierwszym kanale telewizji publicznej, ci uciekający byli przedstawiani jako tchórze, mięczaki, ale też pewien margines. Kreml przekazywał wtedy, że dobrze się stało, że takie osoby z Rosji wyjechały, bo w przyszłości mogła to być opozycja, jacyś wichrzyciele, którzy będą stosować dywersję. Prasa z nich szydziła.

Gdy dotarłam do Rosji, nie było żadnych protestów, żadnych rewolucyjnych nastrojów. W Petersburgu zastałam na głucho zamknięte drzwi organizacji pozarządowej Soldiers' Mothers, która zawsze zajmowała się prawami rekrutów. Po ulicach pędziły na sygnale samochody wojenkomatu, które zgarniały poborowych.

To, co dało się zauważyć to lęk, który zawsze był w Rosjanach, a który wtedy urósł do gigantycznych rozmiarów. Poziom zastraszenia był tak ogromny, że gdy rozmawiałam z 30-latką, której chłopak uciekł przed mobilizacją do Gruzji, właściwie nie była w stanie wydusić z siebie słowa na ten temat. Jej życie prywatne legło w gruzach, ale jej strach był zbyt duży, by o tym mówić. Cały czas płakała i podejrzliwie rozglądała się, czy przypadkiem ktoś nas nie obserwuje. Inna kobieta powiedziała mi, że jest na skraju załamania psychicznego i zamierza ze sobą skończyć.

Tych przykładów na to, jak wojna Putina niszczy także zdrowie psychiczne Rosjan, widziała pani więcej?

To jest pewien paradoks, który pewnie jest dobrze przez psychologię opisany, że najlepiej — w sensie kondycji psychicznej — w Rosji czują się ci, którzy wyzbyli się dysonansu poznawczego i całkowicie popierają politykę Putina. Takie osoby mają się świetnie, śmieją się, bawią. Według nich ich porządek świata jest niezachwiany i wszystko dzieje się tak, jak powinno. Natomiast ci, którzy się reżimowi sprzeciwiają, którzy czują, że to, co się wokół nich dzieje jest złe, są w fatalnej kondycji psychicznej.

Rozmawiałam ze studentami z Nowosybirska, z młodymi ludźmi z Petersburga i Moskwy, czyli z ośrodków, gdzie informacji dociera więcej i widziałam, w jak okropnym są stanie. Mówili mi, że utworzyli pewien kod, którym posługują się w mediach społecznościowych, by pokazać swój sprzeciw wobec reżimu. Polega to na tym, że piszą na przykład, że słabo się czują, że mają zły dzień, ale ani słowa o polityce, o świecie, o wojnie. Przyznanie się do fatalnego stanu psychicznego jest dla nich pewną formą oporu. Formą niezauważalnego dla cenzora sprzeciwu.

Zapytała ich pani, dlaczego pogrzebanie marzeń o wspólnym życiu, problemy finansowe, poczucie beznadziei nie jest w stanie przezwyciężyć strachu i uruchomić fali protestów?

To, o czym wspomniałam, ma na tyle jednostkowy w skali całego kraju wymiar, że nie ma szans, by się skonsolidowało i przekuło w milionową manifestację na ulicach Moskwy. To się nie stanie, bo poziom lęku i rozbicia jest zbyt duży i nie ma takiej możliwości, jak w Polsce, by zrobić wydarzenie na Facebooku i szybko się skrzyknąć w jakiejś sprawie.

Pewna profesorka z uniwersytetu w Moskwie powiedziała mi tak: "Wiesz, my to nie jesteśmy tacy jak Polacy, że gdy nas coś boli, od razu ruszymy na ulice i będziemy się czegoś domagać. My jak mamy jakiś problem i poczucie wielkiej niesprawiedliwości, to wyjdziemy do kuchni, cicho sobie popłaczemy i po chwili znów koncentrujemy się na tym, co tu i teraz".

To przerażające, bo — jak mi to tłumaczyli Rosjanie — źródeł lęku trzeba poszukać kilka metrów pod zamarzniętą ziemią gułagu. Od stu lat ten naród nie tylko żyje świadomy tej historii, ale także świadomy tego, co się dzieje z każdym, kto się wychylił jako opozycjonista.

Że nie jest spisany czy w najgorszym razie wyniesiony z protestu przez kilku funkcjonariuszy, jak to się dzieje w Polsce, ale trafia do miejsca bardziej przypominającego łagier niż więzienie.

Konsekwencje naszego sprzeciwu są zwyczajnie śmieszne w porównaniu z tym, co grozi Rosjanom. Poza tym my Polacy mamy też pewne tradycje protestów, a także — w niedalekiej przeszłości — dowody na to, że wychodzenie na ulice może zmienić rzeczywistość polityczną. W Rosji, gdy spojrzeć na karty historii, sprzeciw i bunt zawsze prowadził do okrutnej śmierci lub tortur.

Wróćmy jeszcze na moment złudnych wrażeń na temat skuteczności zachodnich sankcji. Czy widziała pani puste sklepowe półki i Rosjan skarżących się na biedę?

Zachód widzi skutki sankcji nakładanych na Rosję, tak jak chce je widzieć. Oczywiście część marek luksusowych się wycofało z tego kraju, ale Paul Smith czy Yves Rocher, które się wyłamały, całkiem dobrze prosperują. W supermarketach nie tylko półki są pełne, ale z łatwością kupimy w nich francuskie sery, włoskie makarony i słodycze z Polski. Te produkty dostają się tam głównie za pośrednictwem państw, z którymi Rosja jest w unii celnej. Ceny nie wzrosły znacząco, poza kosztami inflacji, z którą mierzy się wiele państw.

Jeżeli któregoś produktu nie ma, Rosjanie nie mają problemu z tym, by wyrobić kartę płatniczą w innym kraju i kupić, co potrzebują przez internet. Zamknięcie sklepów Ikea czy restauracji McDonald pozbawiło wielu Rosjan pracy, ale po kilku tygodniach bezrobocia, znaleźli nową. Właściwie klasa średnia sankcji w ogóle nie odczuła, bo ona nigdy z dóbr luksusowych nie korzystała, nie wyruszała na zagraniczne wakacje. Gdyby nie słyszeli o tym w mediach, nie wiedzieliby, że Zachód wprowadził sankcje. Najbiedniejsi Rosjanie zawsze walczyli o kawałek chleba i to też się nie zmieniło.

Natomiast sankcje są w Rosji przedstawiane jako dowód na to, że to Zachód wywołał wojnę, a NATO zamierza zniszczyć Rosję. Propaganda rosyjska odpowiada zaś na to znanym gestem Kozakiewicza. Straszy, że Europa zamarznie i chlubi się tym, że Rosjanie nadal będą zajadać włoski makaron z francuskim serem.

I dodaje: "Skoro nie spotkała nas wielka tragedia za to, że zaatakowaliśmy Ukrainę, to czemu nie spróbować zawalczyć o dalsze, sporne tereny"?

Dokładnie tak, a do tego trzeba wziąć pod uwagę, że nic nie wskazuje na to, że Putin traci poparcie. Nawet rozmawiając z młodymi ludźmi, słyszałam, że wcześniej był dla nich starym dziadem, który należy do przeszłości. Teraz w tym świecie zglobalizowanym, zagubionym jest postrzegany jako jedyny, który rozumie zasady toczącej się gry.

Stał się dla nich przewodnikiem?

Zdecydowanie, dlatego po raz kolejny to, co nam się wydaje, czyli na przykład porażki Putina na froncie są dla Rosjan tylko kolejnym sygnałem, że trzeba się skonsolidować i wojnę z NATO i USA wygrać. A Putin, "człowiek Boga" do tego zwycięstwa poprowadzi.

Rozmawiałam z byłym agentem FSB, który po tym, jak spalono most Krymski, stwierdził, że teraz Ukraińcy już "zasłużyli sobie na bombeczkę". Widać, że przyzwolenie na użycie broni jądrowej jest w społeczeństwie rosyjskim duże. Rosjanie są przyzwyczajeni do rządów twardej ręki, a im twardszy uścisk, tym lepszy. Niestety przejawy tej ucieczki od wolności i zastępowanie wolności własnej, indywidualnej, liberalnej schronieniem się w żelaznym uścisku autorytaryzmu jest widoczne na każdym kroku i powinno to być przestrogą dla wszystkich rządów, które przeżywają fascynację twardą ręką mającą prowadzić ku zbiorowemu bezpieczeństwu.

onet.pl

Po inwazji Rosji na Ukrainę państwa zachodnie nałożyły na Kreml bezprecedensowe sankcje. Wiele powiedziano o wpływie konfiskat aktywów, zakazach lotów i ograniczeniach finansowych, ale to kontrola eksportu jest nieopowiedzianą historią ostatniej próby Zachodu powstrzymania Rosji. W wysoce skoordynowany sposób Stany Zjednoczone i 37 innych krajów narzuciły Rosji nowy i złożony system kontroli eksportu. Te kontrole poważnie ograniczają eksport strategicznych technologii, w tym półprzewodników, mikroelektroniki, sprzętu nawigacyjnego i komponentów samolotów do Rosji - nawiązując do bardzo udanych zachodnich ograniczeń eksportowych, które pomogły odizolować, powstrzymać i ostatecznie pokonać Związek Radziecki.

Mając czas na pracę, kontrole eksportu odegrają kluczową rolę w osłabianiu rosyjskiego przemysłu obronnego i zmniejszaniu jego zdolności wojskowych do prowadzenia wojny. Uzależnienie rosyjskich firm produkcyjnych od zagranicznych komponentów i maszyn utrzymuje się na wysokim poziomie, pomimo podejmowanych przez Moskwę prób zwiększenia samowystarczalności wewnętrznej, takich jak uruchomiony w 2015 r. program substytucji importu. Przy ograniczonej krajowej produkcji kluczowych technologii w Rosji, jest ostatnią deską ratunku na polu walki pozyskiwać te krytyczne elementy z innych źródeł. Kontrola eksportu jest zatem potężnym narzędziem utrudniającym Rosji uzupełnianie jej wyczerpujących się zapasów broni i amunicji.

Sankcje i kontrola eksportu, zwykle łączone razem przez osoby niebędące specjalistami, mają zupełnie inną logikę działania. W przeciwieństwie do sankcji, które mogą niemal natychmiast zatrzymać stosunki handlowe i bankowe, kontrola eksportu jest łagodniejszym narzędziem ukierunkowanym na ograniczanie dostępu do towarów i technologii. Kontrole eksportu prawie nigdy nie są skuteczne w całkowitym powstrzymaniu transferu technologii i nie uniemożliwiają celowi nadrobienia zaległości w inny sposób – poprzez produkcję krajową, unikanie kontroli za pośrednictwem krajów trzecich lub uzyskanie pomocy od łamiących kontrole zachodnich firm. Sukces kontroli eksportu zależy zatem od szczelności ograniczeń, unikalności każdej technologii oraz koncentracji łańcuchów dostaw. Dopóki istnieją alternatywni dostawcy w krajach nieobjętych sankcjami, takich jak Chiny i Indie, wpływ kontroli eksportu będzie osłabiony. Jednostronne kontrole eksportu rzadko są skuteczne, więc międzynarodowa koordynacja ma kluczowe znaczenie.

Zachodni sojusznicy mieli spore doświadczenie w blokowaniu Związkowi Sowieckiemu dostępu do wrażliwych technologii. Na początku zimnej wojny Zachód stosował wielostronne kontrole eksportu, aby powstrzymać przepływ strategicznych materiałów i technologii do bloku komunistycznego, aby uniemożliwić mu uzyskanie przewagi militarnej. Chociaż światowy krajobraz technologiczny przeszedł od tego czasu głębokie zmiany, podstawowe kwestie kontroli eksportu pozostają takie same: jak zrównoważyć bezpieczeństwo narodowe i interesy gospodarcze, jak zapewnić, aby wszystkie uczestniczące strony podzielały uzasadnienie kontroli, jak odpowiednio dobrać wielkość zakresu kontroli, aby nie był ani zbyt wąski, ani zbyt szeroki, oraz jak upewnić się, że kontrole są skutecznie zarządzane. (...)

Nowe restrykcje Zachodu wobec Rosji są najbardziej wszechstronną kontrolą stosowaną wobec jednego kraju od czasów zimnej wojny. Przed rosyjską inwazją istniejące kontrole eksportu obejmowały głównie niewielki zestaw zaawansowanego sprzętu wojskowego i technologii podwójnego zastosowania i nie zawsze były ściśle egzekwowane. Teraz, po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny, kraje zachodnie zgodziły się rozszerzyć zakres kontroli daleko poza obecne wielostronne reżimy kontroli eksportu – Porozumienie z Wassenaar, Grupa Australijska, Reżim Kontroli Technologii Rakietowych i Grupa Dostawców Jądrowych, z których wszystkie są wąsko skoncentrowane na broni masowego rażenia, nierozprzestrzenianiu lub określonych embargach na broń.

Nowe kontrole eksportu do Rosji obejmują cztery rodzaje ograniczeń. Po pierwsze, zakazują eksportu, reeksportu i transferu wszelkich towarów, oprogramowania lub technologii niezbędnych dla rosyjskiego sektora obronnego, lotniczego i morskiego. Aby zwiększyć ich skuteczność, kontrole te dotyczą również bliskiego sojusznika Rosji, Białorusi. Po drugie, w porozumieniu z sojusznikami i partnerami, Stany Zjednoczone zastosowały tzw. regułę bezpośredniego produktu zagranicznego, która znacznie ogranicza dostęp Rosji do produktów wytwarzanych za granicą przy użyciu amerykańskiego oprogramowania i technologii. Do tej pory ta surowa zasada była nakładana tylko na chińskiego giganta telekomunikacyjnego Huawei, nigdy na cały kraj.

Po trzecie, wprowadzono niemal całkowite embargo, aby zakazać eksportu towarów pochodzących z USA dla rosyjskiej armii. Po czwarte, na dokładkę, do Listy Podmiotów sporządzonej przez Biuro Przemysłu i Bezpieczeństwa Departamentu Handlu Stanów Zjednoczonych dodano ponad 100 podmiotów, w tym Rostec i Sukhoi Aviation. Firmy znajdujące się na liście podlegają szerokim sankcjom, "ograniczając dostęp Rosji do produktów, których potrzebuje do projekcji siły i realizacji swoich strategicznych ambicji”.

Kreml ma jednak wieloletnie doświadczenie w przeciwdziałaniu i obchodzeniu sankcji. Niedawny raport Royal United Services Institute (RUSI) przyjrzał się 27 najnowocześniejszym rosyjskim systemom wojskowym – w tym systemom łączności, pociskom manewrującym i elektronicznemu sprzętowi bojowemu – i stwierdził, że zawierają one co najmniej 80 różnych typów komponentów podlega kontroli eksportu USA. Ustalenia zawarte w raporcie mają kilka implikacji dla skuteczności kontroli wywozu.

Po pierwsze, rosyjska fuzja wojskowo-cywilna jest równie niepokojąca jak chińska. „Fuzja wojskowo-cywilna” to termin używany przez amerykańskich analityków ds. obrony w odniesieniu do narodowej strategii Chin polegającej na wzmacnianiu zdolności wojskowych poprzez systematyczne eliminowanie barier między przemysłem obronnym a pozornie cywilnymi instytucjami badawczymi. Zacieranie się granic między sektorem wojskowym a cywilnym jest także zjawiskiem rosyjskim.

Rosja ma długą historię szpiegostwa naukowego i technologicznego. W czasach sowieckich moskiewskie służby wywiadowcze atakowały wiodące zachodnie firmy komputerowe i półprzewodnikowe, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Japonii, w ramach nielegalnej kampanii zakupowej. Niedawno rosyjskie instytuty badawcze były aktywnie zaangażowane w szpiegostwo przemysłowe, przekierowując krytyczne elementy do sektora obronnego. Na przykład w kwietniu rosyjski naukowiec pracujący na Uniwersytecie w Augsburgu w Niemczech został skazany za szpiegostwo — przekazał rosyjskiemu wywiadowi informacje o europejskiej technologii napędu rakietowego. Dlatego w ostatniej serii sankcji Stany Zjednoczone celowały w szereg nominalnie cywilnych podmiotów zajmujących się zaawansowanymi technologiami, w tym Moskiewski Instytut Fizyki i Technologii oraz Fundacja Skolkovo. Instytuty badawcze aktywnie współpracowały z wieloma rosyjskimi podmiotami obronnymi, takimi jak Uralvagonzawod, największy rosyjski producent czołgów; Ałmaz-Antej, największy w kraju producent broni; oraz United Aircraft Corporation, korporacja lotnicza i obronna.

Po drugie, zwolnienie produktów konsumpcyjnych jest uważane za sposób na oszczędzenie zwykłych obywateli, ale może przynieść odwrotny skutek i osłabić kontrolę. Rosyjskie i białoruskie firmy znajdujące się na Liście Podmiotów kwalifikują się do zwolnień w zakresie technologii konsumenckich, w tym komputerów, urządzeń pamięci, aparatów cyfrowych, kontrolerów dostępu do sieci i oprogramowania. Teoria głosi, że rozprzestrzenianie się tej technologii w Rosji „utrudni rosyjskiemu rządowi kontrolowanie wiadomości docierającej do narodu rosyjskiego”.

Podczas gdy łagodzenie szkód ubocznych dla zwykłych Rosjan jest ważne w wojnie informacyjnej, wyjątki te mogą być wykorzystywane przez rosyjski sektor obronny. Raport RUSI pokazał przypadki, w których półprzewodniki przeznaczone do użytku cywilnego trafiały do ​​rosyjskiej broni. W maju sekretarz handlu USA Gina Raimondo poinformowała, że ​​Rosja najwyraźniej ucieka się do mikroprocesorów w zmywarkach do naczyń i lodówkach, aby uzupełnić kurczące się zapasy chipów dla sprzętu wojskowego. Ponowne wykorzystanie półprzewodników klasy konsumenckiej do celów wojskowych może nie zapewnić najlepszej jakości broni, ale nadal służy rosyjskiej armii do siania maksymalnego spustoszenia na polu bitwy. Poprzez zmianę przeznaczenia programowalnych układów scalonych, wykorzystanie przez Rosję technologii konsumenckiej skutecznie łagodzi skutki kontroli eksportu.

Wreszcie, trudno jest całkowicie zamknąć dostawy krytycznych artykułów, ponieważ trudniej jest kontrolować przeładunki od dostawców zewnętrznych. Jeśli określonej technologii nie można zlokalizować i kontrolować pod względem geograficznym, pozyskanie jej za pośrednictwem tajnych sieci w jurysdykcjach stron trzecich jest tylko kwestią czasu. Podobno Rosja wykorzystywała spółki offshore w takich jurysdykcjach, jak Hongkong i Wietnam, aby ukryć ostatecznych użytkowników końcowych. Kolejnym słabym punktem jest reeksport towarów niekontrolowanych. RUSI zebrało długą listę towarów konsumpcyjnych o niskim poziomie technologicznym, które zostały ponownie wykorzystane w rosyjskiej broni. Przedmioty te mogą być wysyłane do Rosji i Białorusi, o ile nie są specjalnie przeznaczone do celów wojskowych. Są szczególnie trudne do kontrolowania, ponieważ nie są one wymienione na Commerce Control List i wymagają dokładnego śledzenia, aby upewnić się, że nie są używane niewłaściwie. Wykorzystywanie pośredników do przekierowania komponentów do wojskowych użytkowników końcowych jest powszechną taktyką wśród osób łamiących sankcje – a kiedy dotyczy to technologii, która nie jest ściśle ograniczona, staje się jeszcze łatwiejsza.

Dotychczasowy sukces kontroli eksportu pokazuje, że dobrze nadają się one do przeszkadzania docelowym celom zdobycia dowolnej technologii. Nawet jeśli działają powoli, mogą być jednym z najpotężniejszych narzędzi w zestawie narzędzi gospodarczo-państwowych Zachodu. Ale wpływ na zdolność Rosji do prowadzenia wojny nie będzie automatyczny – wymaga stałego monitorowania, rygorystycznego egzekwowania i dostosowywania się do ewoluujących taktyk adaptacyjnych Moskwy.

foreignpolicy.com