środa, 2 listopada 2022


W kampanii wyborczej Demokraci – którzy nieznacznie kontrolują Izbę Reprezentantów – ostrzegają, że Republikanie ograniczą wsparcie dla Ukrainy. Takie słowa wypowiedział chociażby prezydent Joe Biden. Zwraca się uwagę, że podczas majowego głosowania nad wartym ponad 40 miliardów dolarów pakietem pomocy dla Ukrainy wszystkie 57 głosów przeciwnych w Izbie Reprezentantów pochodziło od Republikanów. To właśnie w tej izbie amerykańskiego Kongresu najwięcej jest przeciwników tak dużej pomocy dla naszego wschodniego sąsiada. Jako ciekawostkę można dodać, że według badań sondażowych Reuters/Ipsos z października poparcie dla pomocy Ukrainie wśród zwolenników Partii Demokratycznej wynosi 81%, podczas gdy wśród Republikanów 66%.

Kilka dni temu wątpliwości co do dalszej pomocy dla Ukrainy spotęgował Republikanin Kevin McCarthy. To czołowy polityk tej partii i lider jej mniejszości w Izbie Reprezentantów. Prawdopodobnie to on będzie nowym speakerem Izby Reprezentantów. Jak stwierdził, gdy Republikanie przejmą Izbę Reprezentantów to zakończą politykę "czeków in blanco" dla Ukrainy. Odniósł się jednocześnie do kryzysu gospodarczego i konieczności dbania o potrzeby Amerykanów. Z kolei inny kongresman z ramienia Partii Republikańskiej – Michael McCaul (członek Komitetu Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów) – stwierdził, że niektórzy w jego ugrupowaniu mają wątpliwości co do kosztów, jakie Amerykanie ponoszą na Ukrainie, ale nie co do samego celu. "Ukraina jest ważna" – stwierdził McCarthy – "ale nie może być jedynym tematem, którym się zajmujemy".

Amerykańscy eksperci, z którymi miałem okazję porozmawiać na potrzeby przygotowywania niniejszego artykułu, uważają, że nadchodzące wybory zwiększą liczbę Kongresmanów, którzy są "bardziej natywistyczni i sceptyczni co do dalszego wspierania Ukrainy w świetle narastających problemów wewnętrznych". Niemniej jednak panuje też przekonanie, że zwiększenie poparcia dla takich opinii nie wpłynie na kierunek polityki Kongresu. Innymi słowy, to zbyt mała grupa, by mogła coś zmienić.

Wsparcie (lub nie) dla Ukrainy jest zależne od szeregu czynników, w tym tego, który dla milionów Amerykanów – a więc także i polityków – jest najważniejszy, a więc gospodarki. Chociaż według sondażu Reuters/Ipsos 73% ankietowanych Amerykanów popiera wsparcie dla Ukrainy, to problemów gospodarczych nie sposób lekceważyć. W pierwszych dwóch kwartałach 2022 roku zanotowano spadek PKB (kolejno o 1,6% i 0,6%), gospodarka walczy z recesją. Pojawiły się niedobory towarów.

W wymiarze finansowym dostrzec można istotny argument – dalsze trwanie wojny oznacza narastanie problemów gospodarczych. Długoletnie koszty rosną, także w aspekcie energetycznym. "Im bardziej Europa i Stany Zjednoczone będą cierpieć z powodu recesji, tym mniejszy będzie entuzjazm do wysyłania Ukrainie pieniędzy" – stwierdził w rozmowie z Defence24 waszyngtoński ekspert, który z powodu braku zgody na rozmowy o polityce wewnętrznej poprosił o anonimowość – "wzrost ceny ropy naftowej i benzyny na stacjach sprawi, że wzrastać będzie też niezadowolenie zwykłych Amerykanów". 5 grudnia wchodzą w życie nowe ograniczenia na rosyjską ropę naftową, co oznacza "ponowny wzrost ceny benzyny i niezadowolenia wśród Amerykanów".

W tej sytuacji rośnie na Kapitolu przekonanie, że polityka musi zostać zmieniona. Narrację o konieczności ograniczenia pomocy (póki co to 66 miliardów dolarów) podsycają amerykańskie, konserwatywne media, podkreślające, że potrzeby Amerykanów muszą być na pierwszym miejscu. Republikanie, którzy chcą odbić Izbę Reprezentantów, muszą mówić głosem przeciętnego Amerykanina – niezadowolonego z polityki prezydenta Bidena oraz rosnących kosztów życia. Stąd też pojawienie się retoryki mówiącej o konieczności mądrzejszego wydawania pieniędzy podatników. W związanych z tą republikańską frakcją mediach wypomina się również "wspieranie Ukrainy i przekazywanie broni państwu, które znane jest z korupcji oraz podkreśla się ryzyko wojny z Rosją".

Tego rodzaju poglądy występowały już wcześniej, ale obecnie zyskują na popularności. Tłumaczy się to nie tylko niezadowoleniem z sytuacji gospodarczej kraju, ale także stanowiskiem Bidena i większości Partii Demokratycznej, którzy chcą zwiększyć pomoc dla Ukrainy. Chcąc wygrać wybory niektórzy Republikanie zdecydowali się więc przyjąć stanowisko całkowicie odwrotne. "Wśród Republikanów zawsze było skrzydło, które nazwać można wstrzemięźliwym" – dodał anonimowy ekspert z Waszyngtonu – "uważam, że coraz więcej osób dostrzega, że kontynuacja wojny zwiększa ryzyko eskalacji. Chcą więc zawrócić z tej ścieżki".

Podczas gdy niektórzy wieszczą realne zmiany w polityce Kongresu w razie zwycięstwa Republikanów, inni zwracają uwagę, że pomoc dla Ukrainy jest popierana przez główne nurty obu partii politycznej. "Ukraina to w dużym stopniu temat mający poparcie w obu partiach" – stwierdził jeden z ekspertów – "nie sądzę tym samym, by zwycięstwo Republikanów w Izbie Reprezentantów zrobiło jakąś różnicę. Wiele zależy jednak od tego, jak wojna będzie przebiegać. Jeśli Ukraińcy nadal będą odbijać swoje terytorium to utrzymają również wsparcie Stanów Zjednoczonych".

Zwraca się uwagę, że w samej Partii Republikańskiej poglądy McCarthy'ego napotykają na sprzeciw. Po jego słowach jednoznacznie wypowiedział się Mitch McConell – szef republikańskiej mniejszości w Senacie. Jak stwierdził, Partia Republikańska będzie kontynuować pomoc dla Ukrainy: "Rosja systematycznie eskaluje swoje ataki na ukraińskich cywilów i infrastrukturę energetyczną. To dla nas wyraźna lekcja. Administracja Bidena oraz przyjaciele Ukrainy na całym świecie muszą być szybsi i aktywniejsi w pomaganiu Ukrainie". Zdaniem McConnella pomoc Ukrainie służy amerykańskim interesom i wysyła jasny komunikat tak Rosji jak i Chinom, że "nie mogą tak po prostu pożreć swych mniejszych sąsiadów".

"Administracja Bidena i nasi sojusznicy muszą uczynić więcej, by wyposażyć Ukrainę w narzędzia niezbędne do zatrzymania rosyjskiej agresji. To oczywiste, że pomoc musi obejmować systemy ziemia-powietrze, systemy ogniowe dalekiego zasięgu, a także pomoc humanitarną i ekonomiczną" – dodał McConnell – "amerykański Kongres przyjął trwającą pomoc na bazie międzypartyjnego kompromisu".

Pod koniec października grupa 30 Demokratów z Izby Reprezentantów w liście otwartym wezwała prezydenta Bidena do zainicjowania wysiłku dyplomatycznego na rzecz rozmów pokojowych pomiędzy Rosją a Ukrainą. Stwierdzono, że o ile pomoc militarna dla Ukrainy jest usprawiedliwiona, o tyle niezbędne są bezpośrednie rozmowy z Kremlem i trzymanie Stanów Zjednoczonych poza konfliktem. Przestrzega się w nim przed niszczycielskimi konsekwencjami w razie dalszego trwania wojny.

Co ciekawe, raptem dzień później... z listu wycofano się. Sygnatariusze zostali skrytykowani za to, że za jego sprawą wzmacniają Republikanów. Pramila Jayapal z Izby Reprezentantów, która przewodniczy 30-osobowej, populistycznej, lewicowej frakcji Partii Demokratycznej, stwierdziła w wyjaśnieniu, że choć treść listu pozostaje aktualna, to problemem był moment jego ujawnienia – zbiegło się to w czasie ze słowami McCarthy'ego. "Każda wojna kończy się pracą dyplomatów, ta również tak się skończy po zwycięstwie Ukrainy" – stwierdziła.

defence24.pl

28 października zakończyły się 12-dniowe ćwiczenia wojsk lądowych Republiki Korei – Hoguk 22. Prowadzono je wspólnie z wojskami amerykańskimi, a ćwiczono taktyki ofensywne w tym przekraczanie rzek i desanty morskie. Korea Północna odebrała to jako groźbę i dowód na "wrogie zamiary" przeprowadzających ćwiczenia państw. W tym tygodniu rozpoczęto za to amerykańsko-koreańskie ćwiczenia wojsk lotniczych, w których ma wziąć udział 240 statków powietrznych. Mają one przeprowadzić 1600 lotów działając 24 godziny na dobę. Północ uznała to za niedopuszczalne i rozpoczęła kolejne demonstracje siły. Wskazuje też nazwę ćwiczeń – Vigilant Storm – jako agresywne nawiązanie do operacji Desert Storm, w której w 1991 roku Amerykanie i ich sojusznicy pokonali wojska irackie Saddama Husajna.

2 listopada 2022 odpalone zostały przynajmniej 23 północnokoreańskie pociski balistyczne. Jeden z nich upadł 57 km od wybrzeża Korei Południowej i miasta Sokcho. Inny spadł 167 km od wyspy Ulleung, ale gdyby leciał dalej, znalazłaby się ona na jego drodze. Z tego powodu ogłoszono na niej alarm przeciwlotniczy.

Lot dwóch, jako zagrażających własnym wyspom odnotowali Japończycy, którzy przekazali, że pierwszy z nich wycelowany był na wschód, przebył 150 km i osiągnął apogeum lotu na wysokości 150 km, a drugi wystrzelono na południowy-wschód, przebył 200 km i osiągnął apogeum 100 km.

Tego samego dnia Północ dokonała ostrzału artyleryjskiego strefy buforowej między obiema Koreami. Spadło na nią „ponad 100" pocisków i było to pogwałceniem porozumienia z roku 2018.

W odpowiedzi południowokoreańskie F-15K odpaliły w akwen morski na północ od linii rozgraniczenia trzy pociski AGM-84H/K SLAM-ER.

Kolejne zaostrzenie się sytuacji na Płw. Koreańskim miało związek z rosnącymi podejrzeniami co do przygotowywania kolejnej próby atomowej przez Koreę Północną. W związku z nimi Republika Korei porozumiała się z Japonią i Stanami Zjednoczonymi. Wszystkie strony zgodziły się, że takiej próby nie będzie można powstrzymać, ale jeżeli zostanie ona dokonana wówczas będzie potrzebna „bezprzykładna skala reakcji". Taka próba byłaby siódmą w historii w wykonaniu Korei Północnej i pierwszą od 2017 roku. Pjongjang może chcieć jej dokonać z wielu powodów, jednak najbardziej prawdopodobnym wydaje się zaostrzenie sytuacji międzynarodowej w związku z wojną w Ukrainie. Do takiego kroku Kim Dzong Una i jego ekipę może popychać chociażby Rosja, która poszukuje obecnie partnerów w prowadzonej przez siebie polityce.

Pozyskać udało się jej jak na razie Iran, który dostarczył do agresji bezzałogowce rozpoznawcze, bojowe i samobójcze, a wkrótce prawdopodobnie może dostarczyć także pociski manewrujące. Na temat możliwej „współpracy" Rosjanie rozmawiali także z Koreańczykami z Północy, jednak tak naprawdę nie jest do końca jasne jak ich pomoc dla Moskwy miałaby wyglądać. Doniesienia na ten temat mówiły o dostawach broni a nawet żołnierzy w charakterze mięsa armatniego. To drugie jak dotychczas się nie sprawdziło, natomiast co do dostaw broni trudno obecnie mieć pewność. Faktem jest jednak, ze KRLD posiada potężną artylerię i mogłaby dostarczyć nie tylko działa i systemy rakietowe ale choćby tak potrzebne elementy jak lufy czy amunicję do dział. Na to jak na razie także nie ma bezpośrednich dowodów.

defence24.pl

Siły rosyjskie zintensyfikowały działania ofensywne w obwodzie donieckim na południe i wschód od linii Wełyka Nowosiłka–Pawliwka–Marjinka, nie osiągnęły jednak znaczącego powodzenia. Ponawiają ataki na pozycje ukraińskie także na zachód od Doniecka, w rejonie Awdijiwki i Gorłówki oraz wzdłuż drogi do Kramatorska. Niepowodzeniem miały się ponadto zakończyć kolejne rosyjskie natarcia na Bachmut i miejscowości na północny wschód od niego oraz na wschód od Siewierska. W obwodzie ługańskim siły ukraińskie miały odeprzeć rosyjskie natarcie na linii rzeki Żerebeć oraz przy granicy z obwodem charkowskim na północny wschód od Swatowego. Rosjanie mieli bezskutecznie atakować także z terytorium Rosji na północ od Charkowa.

Z doniesień lokalnych wynika, że siły ukraińskie nie zaprzestają prób przerwania obrony rosyjskiej na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego na północny wschód od Kupiańska i na północ od Swatowego, na północny zachód od Kreminnej oraz na północ i zachód od Chersonia. Armia ukraińska przekazuje dwojakiego rodzaju informacje o ruchach wojsk rosyjskich na prawym brzegu Dniepru. Mają one wzmacniać zgrupowanie, przerzucając do miejscowości na południe od rejonów walk nowo zmobilizowanych żołnierzy, oraz przygotowywać ewakuację części pododdziałów, zabezpieczając środki przeprawowe. Rosjanie mieli też wycofać sprzęt wojskowy z lotniska Czornobajiwka na obrzeżach Chersonia.

31 października doszło do kolejnego zmasowanego ataku rakietowego na obiekty infrastruktury krytycznej Ukrainy. Po raz pierwszy celem były hydroelektrownie: Dniprowska w Zaporożu, Dnistrowska w obwodzie czerniowieckim oraz Krzemieńczucka w Switłowodśku w obwodzie kirowohradzkim. Ponadto ucierpiała infrastruktura energetyczna w okolicach Kijowa, w Charkowie, Dnieprze, Pawłohradzie, jak również w obwodach czerkaskim, połtawskim, winnickim. W poprzednich dniach celami rosyjskich rakiet były ponadto infrastruktura i obiekty przemysłowe w Kramatorsku, Krzywym Rogu, Mikołajowie, Połtawie i Zaporożu. Obie strony kontynuowały ostrzał i bombardowania pozycji i zaplecza wojsk przeciwnika wzdłuż linii styczności (Rosjanie także w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego).

31 października strona ukraińska poinformowała o największym z dotychczasowych sukcesie w zwalczaniu wrogiego ataku rakietowego. W pierwszym komunikacie Sztab Generalny poinformował o zestrzeleniu 45 z 55 rakiet, w kolejnym zaś o wykorzystaniu przez agresora 60 rakiet (nie podano, ile z nich zostało strąconych). Komunikaty innych resortów również podawały rozbieżne dane. Z kolei głównodowodzący Sił Zbrojnych gen. Wałeryj Załużny nie podał liczby zestrzelonych rakiet, przedstawił natomiast szczegółową informację o systemach uzbrojenia wykorzystanych przez Rosjan do ataku (55 pocisków manewrujących Ch-101 i jeden Ch-59 odpalonych z samolotów, 22 rakiety wystrzelone z systemów S-300, cztery irańskie drony Shahid-136 oraz jeden rosyjski dron kamikadze Lancet-3).

Szef wywiadu wojskowego generał Kyryło Budanow oraz rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych pułkownik Juryj Ihnat poinformowali, że Rosja w najbliższym czasie ma otrzymać z Iranu rakiety balistyczne Fateh-110 i Zolfagar o zasięgu odpowiednio 300 km i 700 km. Według Ihnata mają one zostać rozmieszczone „na północnej granicy Ukrainy”, co sugeruje wykorzystanie Białorusi. Ihnat podkreślił, że Ukraina nie dysponuje środkami zdolnymi do odparcia ataku irańskich rakiet i po raz kolejny zaapelował do Zachodu o przekazanie nowoczesnych systemów obrony powietrznej. Ukraiński wywiad wojskowy podał też, że na początku listopada Rosja ma otrzymać z Iranu kolejną partię ponad 200 dronów kamikadze Shahed-136, Mohajer-6 i – po raz pierwszy – Arash-2.

Słowenia przekazała Ukrainie 28 czołgów M-55S (zmodernizowana wersja sowieckich T-55 z armatą 105 mm), w zamian za które otrzymała od Niemiec 35 dużych ciężarówek oraz pięć cystern. Kanada rozpoczęła dostawy dla armii ukraińskiej 39 samochodów opancerzonych. Włochy mają dostarczyć od 20 do 30 haubic samobieżnych M-109L, potwierdziły także, że wcześniej nieoficjalnie przekazały sześć armatohaubic PzH 2000, dwie wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych i 10 transporterów gąsienicowych M-113. Litwa podjęła się remontu 12 armatohaubic PzH 2000 (wcześniej Litwini wyremontowali dwie Panzerhaubitze 2000). Pentagon potwierdził, że w listopadzie Ukraina otrzyma pierwsze dwa (z obiecanych ośmiu) systemy NASAMS. Instruktorzy z Norwegii mają obecnie finalizować szkolenie ok. 100 ukraińskich żołnierzy do obsługi tych systemów (szkolenie odbywa się w Niemczech).

Stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kysłycia przedstawił informację o pomocy wojskowej, jaką otrzymała armia ukraińska od stycznia br. Wartość wsparcia uzyskanego od 29 państw wyniosła 41,3 mld euro (ponad siedem razy więcej niż tegoroczny budżet ukraińskiego resortu obrony). Zaznaczył, że to zaledwie o 14% mniej niż budżet wojskowy Rosji. Z kolei według danych SIPRI pod względem wysokości wsparcia jako odsetka własnego budżetu obronnego na pierwszych trzech miejscach znalazły się państwa bałtyckie (Łotwa – 41%, Estonia – 37%, Litwa – 16,7%), a na czwartym Polska (15%). Z czołowych państw NATO najlepiej wypada Wielka Brytania (6,7%), USA są czternaste (3,6%), Niemcy szesnaste (2,4%), Francja dwudziesta druga (0,5%).

2 listopada pod przewodnictwem ministra obrony Rosji Siergiej Szojgu odbyło się kolegium resortów obrony Rosji i Białorusi. Omówiono na nim plany zagwarantowania bezpieczeństwa militarnego Państwa Związkowego na lata 2022–2024, zasady współdziałania organów dowodzenia sił zbrojnych obu krajów oraz plany przeciwdziałania „próbami fałszowania historii”. Zapowiedziano wspólne ćwiczenia „Tarcza Związku 2023”, które najprawdopodobniej odbędą się jesienią 2023 r. Szojgu powtórzył dezinformacyjne tezy o rzekomym rosnącym zagrożeniem bezpieczeństwa Białorusi ze strony NATO.

30 października Łukaszenka polecił resortowi obrony zawarcie umowy regulującej zasady funkcjonowania istniejących już rosyjsko-białoruskich ośrodków szkolenia wojskowego. Tego samego dnia Mińsk informował, że działają dwa takie ośrodki (informacje o ich utworzeniu Białorusini potwierdzili jeszcze w październiku 2021 r., zapowiadając wówczas, że docelowo planuje się otwarcie trzech ośrodków szkoleniowych). Pierwszy z nich znajduje się na Białorusi i zajmuje się kadrami lotnictwa i obrony powietrznej, wojsk rakietowych oraz artylerii. Drugi działa na terytorium Rosji i najprawdopodobniej szkoli załogi sprzętu pancernego.

Według informacji niezależnych mediów białoruskich na Białoruś są kierowane rosyjskie jednostki wojsk inżynieryjnych w celu budowy koszar i innych obiektów wojskowych. Prace prowadzone są w ramach tworzenia zaplecza logistycznego dla wspólnego zgrupowania regionalnego wojsk Federacji Rosyjskiej i Białorusi. Szacuje się, że docelowo na Białoruś przybędzie 20 tys. Rosjan. Większość koszar ma powstać w obwodzie brzeskim. Białoruskie bazy lotnicze w Lidzie i Baranowiczach już znajdują się pod kontrolą Sił Zbrojnych FR.

Generał Budanow stwierdził, że obecnie nie ma zagrożenia inwazją z Białorusi, gdzie stacjonować ma ok. 4,3 tys. rosyjskich żołnierzy. Dodał, że sytuacja może się zmienić, gdy Rosja utraci Chersoń. Wówczas należy się liczyć, że Rosjanie przerzucą większe siły na Białoruś, aby zagrozić zachodniej Ukrainie. 30 października Sztab Generalny Ukrainy poinformował, że rosyjscy żołnierze są rozlokowywani w rejonie Brześcia, a wśród nich znajdują się oddziały tzw. kadyrowców. Według sztabu Rosjanie szukają sposobów uzupełnienia wojsk także kosztem prywatnych firm wojskowych. Rosyjskie dowództwo miało podjąć decyzję o wycofaniu kontyngentu prywatnych kampanii wojskowych z Republiki Mali.

1 listopada, komentując zakończenie „częściowej mobilizacji”, minister Szojgu poinformował, że 87 tys. z 300 tys. zmobilizowanych zostało wysłanych na front. Sztab Generalny FR podkreślił, że ponad 15 tys. osób zgłosiło się dobrowolnie do udziału w walkach. Tego samego dnia w Rosji rozpoczął się, opóźniony o miesiąc ze względu na mobilizację, jesienny pobór do zasadniczej służby wojskowej. Planowane jest wcielenie 120 tys. ludzi, czyli o 7,5 tys. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Komentarz

Informacje Siergieja Szojgu o realizacji tzw. częściowej mobilizacji oraz doniesienia ukraińskie o przerzucaniu przez Rosjan do rejonów walk kolejnych grup nowo zmobilizowanych żołnierzy potwierdzają znaczące wzmocnienie liczebne sił agresora. Jeśli podawane przez szefa rosyjskiego resortu obrony dane są prawdziwe, w ciągu niespełna miesiąca ich liczba mogła się zwiększyć o połowę, do blisko 250 tys. żołnierzy (na początku października ukraińskie dowództwo szacowało łączną liczbę personelu wrogich wojsk na 162 tys.). Zwiększenie liczebności rosyjskich jednostek należy uznać za jeden z głównych powodów spowolnienia ukraińskiej ofensywy. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu pozostali zmobilizowani żołnierze (ponad 200 tys.) wykorzystani zostaną do uzupełniania stanów walczących jednostek, a w jakim posłużą jako kadra nowo formowanych pododdziałów. Zasilając nowymi żołnierzami jednostki na froncie Rosjanie wzmacniają obronę, nie są jednak w stanie pozbawić Ukraińców odzyskanej we wrześniu inicjatywy. Mogłoby do tego doprowadzić dopiero wprowadzenie do walki większej liczby nowych jednostek, co pozwoli na wznowienie przez agresora działań ofensywnych.

Ponawiane przez Rosję ataki na ukraińską infrastrukturę krytyczną skutkują – poza rosnącymi problemami z zaopatrzeniem w energię elektryczną i wodę – rosnącymi problemami dla polityki informacyjnej Kijowa. Próbując pogodzić potrzebę ciągłego podtrzymywania morale, czemu mają służyć informacje o sukcesach ukraińskiej obrony powietrznej, z działaniami na rzecz pozyskania z Zachodu nowoczesnych systemów obrony powietrznej, ukraiński przekaz bywa wewnętrznie sprzeczny. Widoczna jest niezgodność liczby wrogich rakiet z liczbą trafionych obiektów. Należy podkreślić, że w przekazie ukraińskim po atakach z 31 października nie podawano informacji o wykorzystaniu przez Rosjan najłatwiejszych do strącenia dronów kamikadze, co mogłoby tłumaczyć nadzwyczaj wysoką deklarowaną liczbę zestrzeleń.

Informacja ambasadora Kysłyci unaocznia znaczenie wsparcia wojskowego z Zachodu dla obrony Ukrainy, zaś dane SIPRI pokazują wielkie dysproporcje w zakresie zaangażowania poszczególnych darczyńców. Bez zachodniego wsparcia armia ukraińska nie tylko nie byłaby w stanie wyprzeć Rosjan z już odzyskanych terenów, lecz także nie dysponowałaby środkami umożliwiającymi prowadzenie działań stricte obronnych. Biorąc pod uwagę podane przez Kysłycię wartości, należałoby uznać, że przeniesienie środka ciężkości w zakresie zapewnienia armii ukraińskiej wyposażenia i innych materiałów wojennych z zasobów własnych na wsparcie zachodnie nastąpiło już wiosną i od tego czasu jest ona w pełni uzależniona wojskowo od pomocy Zachodu. Ujawnione w ostatnich dniach informacje o niejawnych dostawach ciężkiego uzbrojenia przez Włochy, jak również zapowiedź rozpoczęcia ich przez Szwecję pozwalają przyjąć, że dostawy nie tylko zostaną utrzymane, lecz także będą się stopniowo rozwijały.

osw.waw.pl

Holenderski resort spraw zagranicznych wystąpił do Chin o "pełne wyjaśnienie kwestii posterunków policji, które w imieniu rządu chińskiego wykonują zadania w Holandii" - poinformował na Twitterze szef dyplomacji Niderlandów Wopke Hoekstra.

"Ponieważ Chiny nie uzyskały zgody Holandii, MSZ poinformowało ambasadora Pekinu, że posterunki muszą zostać natychmiast zamknięte" - napisał Hoepke. Resort zwrócił się w tej sprawie do chińskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego we wtorek.

Władze Niderlandów prowadzą teraz postępowanie, które ma dostarczyć dokładnych informacji na temat charakteru działalności chińskich komisariatów w Holandii. 

Według holenderskich mediów w kraju działały nielegalne komisariaty chińskiej policji. Chińczycy mieszkający w Niderlandach korzystali z chińskich biur administracyjnych m.in., by przedłużyć ważność dokumentów - na przykład uprawniających do kierowania pojazdami mechanicznymi.

Śledztwo dziennikarzy RTL i "Follow the Money" doprowadziło do ujawnienia w ubiegłym tygodniu, że istnieją silne poszlaki, iż posterunki te zajmowały się kontrolą działalności obywateli Chińskiej Republiki Ludowej w Niderlandach.

Dziennikarze ustalili, że mogło także dochodzić do wywierania presji na tych osobach, które były krytyczne wobec władz w Pekinie.

W tej sprawie do holenderskiego MSZ był wezwany we wtorek ambasador Chin.

Szef MSZ wydał polecenie natychmiastowego zamknięcia "komisariatów" argumentując, że nie tylko nie udzielono oficjalnej zgody na ich funkcjonowanie, ale nawet nie doszło do złożenia prośby o taka zgodę.

Szef holenderskiego MSZ zasugerował, że Pekin może prowadzić podobne placówki w innych krajach. Polityk nie ujawnił jednak, w których.

"Inne kraje również mają do czynienia z identyczną lub podobną sytuacją. Wymaga to od sojuszników konsultowania się między sobą" - ostrzegł Hoekstra, pisze "NL Times".

Wynika to z faktu, że dziennikarskie śledztwo opiera się na raporcie pozarządowej hiszpańskiej organizacji Safeguard Defenders, która twierdzi, że Chiny mają 54 tego typu zagraniczne ośrodki policyjne.

Mają one funkcjonować oprócz Holandii m.in. w Wielkiej Brytanii, gdzie są trzy takie placówki i w Kanadzie, gdzie także funkcjonują trzy takie "biura" - pisze "The Voice of America".

Singapurski dziennik "The Straits Times" poinformował jednak, że Chiny stanowczo odrzuciły zarzuty holenderskich władz.

Resort dyplomacji w Pekinie miał poinformować, że biura w Holandii służą jedynie do celów administracyjnych i ułatwiają chińskim obywatelom m.in. odnawianie dokumentów. Chińskie MSZ dodało także, że z cała pewnością nie są to posterunki policji.

polsatnews.pl

wtorek, 1 listopada 2022


19 października na portalu Niezależny Dziennik Polityczny ukazał się artykuł „Hieny europejskie już zaczęły dzielić się padliną. Pomoc dla Ukrainy nie była bynajmniej bezinteresowna”, opublikowany przez nieistniejącego w rzeczywistości red. Marka Gałasia. Podobnie jest z twórcą tego agregatora, Adamem Kamińskim, który, jak wcześniej udowodniły polskie media, również nie istnieje.

Głównym wątkiem przewijającym się w materiale jest to, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski „sprzedał” Ukrainę, gdyż część „dawniej Ukrainy” ma zostać wcielona do Rosji, natomiast jej zachodnia część zostanie „sprzedana PiS”, które „szykuje się na wskrzeszenie Rzeczpospolitej w granicach historycznych”.

– Rozbiór Ukrainy wydaje się być załatwiony (…) Rosja odbierze południowo-wschodnie rosyjskojęzyczne regiony dawnej Ukrainy po osiągnięciu wszystkich celów specjalnej operacji wojskowe (…) Los pozostałych regionów mało kogo obchodzi, a Rosja nie będzie chciała iść dalej niż jej plan – tłumaczy nieistniejący redaktor.

Później, według fikcyjnego autora, Warszawa zamierza „wprowadzić Wojsko Polskie” na zachodnią Ukrainę i „przeprowadzić referenda w sprawie przyłączenia do Polski zachodnich regionów pozostałej Ukrainy”.

– Do tego czasu skończy się europejskie finansowanie AFU [ang. Armed Forces of Ukraine, Siły Zbrojne Ukrainy – tłumaczenie prawdopodobnie zapożyczone z nieudolnego tłumacza internetowego – belsat.eu] , armia ukraińska zostanie pokonana, a rząd ukraiński uda się na emigrację za granicę. U władzy w Kijowie pozostanie prorosyjski prezydent, który będzie przestrzegał neutralności wobec NATO i UE – głosi konkluzja artykułu.

Pomijając niektóre skróty myślowe użyte w artykule: jak np. SWO – czyli akronim od „specjalnej operacji wojskowej”, jak Rosja nazywa agresję na Ukrainę, czy nieudolne tłumaczenie automatyczne, z pewnością można dostrzec pewne paralele z rosyjską narracją stosowaną wobec Polski i innych sojuszników Ukrainy, która nasiliła się po rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

O rzekomych planach rozbioru Ukrainy przekonywał m.in. były rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew.

– Najwyraźniej Polska już podejmuje działania zmierzające do okupacji terytoriów ukraińskich. W tym przypadku suwerenność Ukrainy nie interesuje ani głowy państwa, ani USA i ich sojuszników. Są gotowi poświęcić interesy narodu ukraińskiego, aby osiągnąć swoje cele – mówił później Nikołaj Patruszew, szef Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.

Propaganda rosyjska z kolei przekonywała swoich widzów i czytelników, że we Lwowie przygotowywane jest już „referendum w sprawie przyłączenia Lwowa do Polski”. Opublikowano nawet sfingowane wydrukowane karty do głosowania, które miały posłużyć „rozbiorowi Ukrainy”.

belsat.eu

Kijów sceptycznie podchodzi do rosyjskich sugestii negocjacyjnych. W marcu, za pośrednictwem Turcji, doszło do negocjacji rosyjsko-ukraińskich w Stambule. Ukraina była wówczas gotowa na daleko idący kompromis i np. rozmowy o swoim statusie neutralnym. Rosja blokowała rozmowy absurdalnymi warunkami „denazyfikacji” i „demilitaryzacji”, w praktyce sprowadzającymi się do żądania poddania się Kijowa i dymisji tamtejszych władz. Rozmowy przerwało odkrycie rosyjskiego ludobójstwa w Buczy i Irpieniu oraz ofensywa Rosjan w Donbasie. Turcja wzmocniła się w roli pośrednika, a ówczesne rozmowy stworzyły grunt do późniejszego porozumienia zbożowego z czerwca (umożliwiającego ograniczony eksport ukraińskiego zboża przez Morze Czarne).

Tamte negocjacje były w oczywisty sposób podyktowane sytuacją frontową. Rosjanie stali pod Kijowem i zagrażali ukraińskiej stolicy. Ukraina chciała powstrzymać rosyjską ofensywę również środkami dyplomatycznymi. Dziś sytuacja na froncie jest inna. Rosjanie cofają się i to oni starają się zatrzymać lub przynajmniej opóźnić ukraińskie działania. Tyle że robią to, szantażując społeczność międzynarodową. Nie bez przyczyny Rosja od pewnego czasu przygotowywała się do odrzucenia umowy zbożowej z 22 lipca. Były sygnały, że Kreml do tego zmierza. Czteromiesięczny okres obowiązywania umowy kończy się 22 listopada, ale w Stambule przedstawiciele ONZ, Ukrainy i Turcji już negocjują jej przedłużenie. Tyle że Rosjanie wysyłali sygnały, że są przeciw. Jeszcze we wrześniu Putin groził zerwaniem umowy. Wołodymyr Zełenski mówił, że Moskwa gra na ponowne zablokowanie eksportu zboża. Tymczasem w październiku Ukraina wyeksportowała dzięki czarnomorskiej furtce tyle samo, co w analogicznym okresie przed wojną.

Ostatecznie po ataku na okręty floty czarnomorskiej w Sewastopolu 29 października Rosja zawiesiła udział w umowie zbożowej. Jeśli ukraiński eksport będzie kontynuowany, to za zgodą Turcji, ale przy zagrożeniu rosyjską blokadą morską.

I to jest kolejny element nacisków Moskwy. Wraz z nim należy się ponownie spodziewać wzmożenia kampanii gróźb, że z winy Kijowa świat (a zwłaszcza Afrykę) czeka głód. Wcześniej Rosjanie straszyli taktyczną bronią jądrową, brudną bombą, awarią w Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej czy wysadzeniem tamy na Dnieprze w Nowej Kachowce. Każda z tych gróźb miała w oczach zachodnich polityków i społeczeństw podnosić potencjalne koszty kontynuowania wojny. I skłonić do szybkich negocjacji z rosyjskimi warunkami na stole. Sugestie Ławrowa mają również związek z wyborami w USA. Już niebawem odbędą się wybory do Kongresu, tzw. wybory w połowie kadencji. Rosjanie starają się przynajmniej wrzucić temat potencjalnych negocjacji wokół sprawy Ukrainy do agendy kampanii wyborczej. Propozycje kremlowskiej dyplomacji, wbrew słowom Ławrowa o ich powadze, trudno jednak nazwać poważnymi. Póki nie będą zawierały choćby namiastki woli kompromisu i uwzględnienia stanowiska głównego zainteresowanego: Ukrainy.

belsat.eu

poniedziałek, 31 października 2022


Wszystko wskazywało na to, że pracujący w leningradzkim KGB koledzy Putina nie szukali sposobu zniszczenia nowej rzeczywistości politycznej, ale raczej starali się znaleźć w niej miejsce dla siebie. Wydawało się także, że tę drogę obrał również sam Putin; zamiast obrazić się i odejść ze służby, jedynie nieco się nadąsał, po czym szukał sobie nowych znajomych, mentorów i sposobów wpływania na sprawy zza kulis.

W stwierdzeniu, że szpiegiem zostaje się na całe życie, kryje się bardzo wiele prawdy. KGB nigdy nie spuszczało swoich pracowników ze smyczy. Gdzie zatem podziewali się wszyscy niepotrzebni już agenci? Służba bezpieczeństwa miała dobrze przygotowane zaplecze, pozwalające lokować tego rodzaju ludzi w społeczeństwie. Była to tak zwana aktywna rezerwa – niezliczona i najpewniej nigdy nierejestrowana rzesza pracowników bezpieki, rozsiana po wszystkich instytucjach Związku Radzieckiego.

Rok później liberalny Gorbaczow mianował przewodniczącym KGB Wadima Bakatina, stawiając przed nim zadanie rozwiązania służb specjalnych. Najbardziej kłopotliwe okazało się uporanie właśnie z aktywną rezerwą, ponieważ namierzenie jej członków było z wielu przyczyn praktycznie niemożliwe. Bakatin pisał potem: „Agenci ci byli oficjalnie zatrudnieni przez różne organizacje rządowe i instytucje cywilne. Zazwyczaj większość pracowników zakładów i urzędów miała świadomość, że dana osoba pracuje dla KGB. Członkowie aktywnej rezerwy pełnili różne funkcje – niektórzy zajmowali się sprawami bezpieczeństwa, inni kontrolowali nastroje pracowników, przysłuchiwali się ich rozmowom i podejmowali odpowiednie działania w stosunku do osób, które uznali za dysydentów. (...) Z pewnością wszędzie zdarzają się sytuacje, gdy służby muszą umieścić swoich informatorów w określonych kręgach, ale zazwyczaj oczekuje się, że ich rola będzie tajna. Jakie służby specjalne potrzebowałyby agenta, o którym wszyscy wiedzieliby, że jest agentem?”.

Bakatin sam udzielił odpowiedzi na to pytanie. „KGB, w takiej postaci, w jakiej istniało, nie mogło nigdy pełnić roli służb specjalnych. Powołano je wyłącznie w celu kontrolowania wszelkich przejawów sprzeciwu wobec władzy i tłumienia ich. Wydaje się, że głównym jego zadaniem miało być organizowanie spisków i przeprowadzanie zamachów stanu – dysponowało przygotowanymi specjalnie do tego siłami oraz zapleczem pozwalającym śledzić i kontrolować środki komunikacji: organizacja ta miała swoich funkcjonariuszy wszędzie i jako jedyna dysponowała monopolem na informacje”. KGB było potworem, którego macki sięgały w każdy zakamarek radzieckiego społeczeństwa. Władimir Putin zdecydował się przyjąć na siebie funkcję jednej z takich macek.

Putin zwierzył się kiedyś zaprzyjaźnionemu wiolonczeliście, że planuje przenieść się do Moskwy, by dołączyć do rozległej armii urzędników KGB w stolicy. Później jednak zdecydował się pozostać w Leningradzie i zapewne dlatego, że cenił sobie poczucie bezpieczeństwa, jakie dają znajomości, zwrócił się do jedynej poza KGB instytucji, z którą miał kiedykolwiek do czynienia – do leningradzkiego uniwersytetu. Został zatrudniony na stanowisku doradcy rektora do spraw współpracy z zagranicą. Uniwersytet w Leningradzie, wzorem innych instytucji państwowych, przekonywał się dopiero, że pojawiła się możliwość nawiązania kontaktów z innymi krajami. Wykładowcy i studenci zaczynali wyjeżdżać, by kształcić się w ramach wymiany międzynarodowej bądź uczestniczyć w konferencjach, mimo że napotykali liczne przeszkody natury biurokratycznej.

Możliwość wyjazdu za granicę, dotąd dostępna jedynie nielicznym, stała się nagle dobrem dla wszystkich. Przepływ ludzi występował oczywiście w obydwie strony; w Leningradzie zaczęli się pojawiać wykładowcy i studenci z innych krajów (do tej pory taką możliwość mieli wyłącznie obywatele krajów bloku wschodniego, czasem jakiś starannie wybrany student z Zachodu). Uniwersytet Leningradzki cierpiał wówczas na ciągły niedobór funduszy, jego władze liczyły więc, że kontakty ze światem – niezależnie od formy, jaką przybiorą – przyniosą także bardzo pożądany napływ twardej waluty. Kontrola nad tego rodzaju działalnością była wymarzonym zajęciem dla członka aktywnej rezerwy. Po pierwsze, takie stanowiska były zwyczajowo przeznaczone właśnie dla pracowników KGB, po drugie, wszyscy wierzyli, że agenci naprawdę radzą sobie lepiej w nawiązywaniu kontaktów z obcokrajowcami. Ostatecznie tylko oni mieli w przeszłości takie doświadczenia.

Putin planował napisać pracę doktorską, a być może nawet rozpocząć karierę naukową. Okazało się jednak, że jego zajęcie, jak wiele spraw w ówczesnym Związku Radzieckim, było przejściowe. Na uniwersytecie pracował niecałe trzy miesiące.

Opowieść o tym, jak zaczęła się współpraca Sobczaka i Putina, jest doskonale znana i jednocześnie całkowicie nieprawdziwa w większości powtarzanych dziesiątki razy szczegółów.

W najbardziej wątpliwej wersji przedstawia się ją następująco: Sobczak, wykładowca prawa i znany polityk, spotkał Putina na korytarzu uczelni, porozmawiał z nim i zaprosił go do współpracy. Putin utrzymuje, że spotkanie zaaranżował jego dawny kolega z roku; miało się ono odbyć w gabinecie Sobczaka.

Putin miał jakoby uczęszczać w latach siedemdziesiątych na prowadzone przez Sobczaka wykłady, ale nie miał z nim osobistych kontaktów. „Doskonale pamiętam tamto spotkanie”, wyznał Putin biografom. „Wszedłem, przedstawiłem się i powiedziałem mu wszystko. Sobczak był człowiekiem działającym pod wpływem impulsu, więc natychmiast stwierdził: »Porozmawiam z rektorem. Zaczniesz pracę od poniedziałku. To wszystko. Formalności związane z transferem pozostaw mnie«”. W systemie komunistycznym takie przenoszenie pracowników pomiędzy instytucjami, zupełnie jakby byli chłopami pańszczyźnianymi, których właściciele dogadali się na nieosiągalnym dla pracownika szczeblu, było na porządku dziennym. „W zasadzie nie miałem wyjścia, musiałem odpowiedzieć: »Anatoliju Aleksandrowiczu, praca dla pana byłaby prawdziwą przyjemnością. Oczywiście, jak najbardziej jestem zainteresowany tą propozycją, więcej, chciałbym dostać tę posadę, ale jest pewien szczegół, który zapewne uzna pan za poważną przeszkodę«. Zapytał: »O co chodzi?«. Odparłem: »Musi pan wiedzieć, że moja rola tutaj nie ogranicza się do pełnienia funkcji doradcy rektora. Jestem też funkcjonariuszem KGB«. Zastanawiał się przez chwilę, bo rzeczywiście takiego obrotu spraw nie przewidział. W końcu rzucił: »Pie***yć to!«”.

Cała przytoczona powyżej rozmowa wygląda na kłamstwo, do tego bardzo mierne. Dlaczego Putin zachował w tajemnicy informacje o pracy w KGB, dopóki nie usłyszał oferty współpracy, skoro na wstępie zaznacza, że „powiedział mu wszystko”? Dlaczego przedstawia Sobczaka jako niezorientowanego głupca – wszyscy na uniwersytecie wiedzieli, że Putin pracuje dla KGB – a do tego osobę wulgarną? Prawdopodobnie nie przemyślał tej części swojej historii zbyt dobrze, zanim przedstawił ją biografom, gdyż spodziewał się, że pominą tę delikatną kwestię, choć pytanie nasuwało się samo – w jaki sposób oficer KGB dostał się do kręgu najbardziej zagorzałych w kraju zwolenników demokracji? Sobczak przedstawiał tę historię inaczej, ale równie mało prawdopodobnie. W wywiadzie udzielonym w tym samym tygodniu, w którym Putin rozmawiał ze swoimi biografami, oświadczył: „Putin zdecydowanie nie został nasłany przez KGB. Sam do niego dotarłem i zaprosiłem do współpracy. Pamiętałem go jeszcze z uczelni. Dlaczego został moim zastępcą? Spotkaliśmy się przypadkowo na korytarzu na wydziale. Rozpoznałem go i przywitałem się; zaczęliśmy rozmawiać, spytałem, co u niego słychać. Okazało się, że przez kilka lat pracował w Niemczech, teraz zaś został doradcą rektora. Pamiętam, że był dobrym studentem, chociaż nie lubił się wychylać. To jego cecha charakteru, moim zdaniem świadcząca, że jest człowiekiem wyzbytym wszelkiej próżności, pozbawionym niezdrowej ambicji, choć ma przecież charakter przywódcy”.

Anatolij Sobczak musiał wiedzieć, że Putin pracuje dla KGB, nie ma też wątpliwości, dlaczego wybrał takiego właśnie człowieka. Motywem przewodnim całej kariery politycznej Sobczaka były wprawdzie piękne wypowiedzi na temat demokratycznych idei, ale jednocześnie chciał on mieć solidną bazę, która pozwoliłaby mu wprowadzać w życie jego wizje. Dlatego na wicemera w radzie miejskiej wybrał sobie byłego komunistę i kontradmirała. W otoczeniu ludzi ze służb mundurowych Sobczak czuł się nie tylko bezpieczniej: stanowili oni również doskonałą przeciwwagę dla przeintelektualizowanych, skłonnych do ciągłych dyskusji postępowych miłośników demokracji, takich jak Salje i jej podobni. W otoczeniu starych towarzyszy Sobczak miał znacznie większy komfort rządzenia. Pamiętajmy, że przez całe życie wykładał prawo w szkole milicyjnej w Leningradzie, miał więc na co dzień do czynienia z ludźmi, jak sądził, pokroju Putina: pewnymi, ale nie nazbyt błyskotliwymi, pozbawionymi większych ambicji i mającymi wpojony szacunek dla hierarchii. Poza tym Putin był mu potrzebny z tych samych powodów, z których zatrudniono go na uniwersytecie: jako jeden z nielicznych w mieście pracował za granicą, a Leningrad potrzebował stamtąd pomocy i pieniędzy. Poza tym Sobczak, który przeszedł całą ścieżkę uniwersyteckiej kariery (był teraz profesorem zwyczajnym) i znał dobrze realia panujące w partii komunistycznej, wiedział doskonale, że lepiej samemu wybrać sobie wtyczkę z KGB, niż czekać na człowieka, którego mu przydzielą.

Nie można jednak stwierdzić z całą pewnością, że Sobczak faktycznie decydował o wyborze „oficera politycznego”. Dawny współpracownik Putina z czasów jego pracy w Niemczech Wschodnich wyznał mi, że w lutym 1990 roku, podczas wizyty w Berlinie, generał dywizji Jurij Drozdow, szef wydziału do spraw operacji specjalnych kontrolującego „nielegalnych”, spotkał się z Władimirem Władimirowiczem. Siergiej Biezrukow, który w 1991 roku wyemigrował do Niemiec, stwierdził, że „powodem takiego spotkania mogło być wyznaczenie Putinowi nowego zadania. Po cóż innego szef wydziału spotykałby się z agentem, który i tak miał lada dzień powrócić do domu? Takie spotkania po prostu się nie zdarzały”.

Biezrukow i pozostali agenci zastanawiali się, co takiego zlecono Putinowi, że polecenie przekazywał ktoś tak wysoko postawiony, i doszli do wniosku, że sprawa wyjaśniła się z chwilą, gdy Putin przyjął stanowisko zastępcy Sobczaka. Przyjaciel Biezrukowa najwyraźniej został wyznaczony do zinfiltrowania kręgu najbliższych współpracowników jednego z najważniejszych przywódców ruchu demokratycznego w kraju. Posada na uniwersytecie była jedynie odskocznią. Putin poinformował leningradzki oddział KGB, że planuje zmienić pracę. „Powiedziałem: »Anatolij Aleksandrowicz [Sobczak] zaproponował mi przejście z uniwersytetu do kręgu swoich współpracowników. Jeśli jest to niemożliwe, z chęcią złożę rezygnację«. Odpowiedzieli: »Nie ma takiej potrzeby. Proszę przyjąć nową pracę«”.

Przytoczona przez Putina wymiana zdań sprawia wrażenie kolejnej absurdalnej bajki, nawet jeśli się przyjmie, że to nie KGB poleciło mu nawiązać kontakt z Sobczakiem. Putin musiał wiedzieć, że możliwość umieszczenia go w otoczeniu najbardziej wpływowego w mieście demokraty spotka się w firmie z jak najlepszym przyjęciem.

W owym czasie rozwijający się ruch demokratyczny stał się jednym z głównych punktów zainteresowania KGB. Rok wcześniej Gorbaczow powołał do życia nowe ciało prawodawcze, tak zwany Komitet Nadzoru Konstytucyjnego, którego zadaniem było zmodyfikowanie metod działania radzieckich instytucji, tak by pozostawały w zgodzie z nowo powstałą konstytucją. W 1990 roku komitet podjął pierwszą próbę rozprawienia się z nielegalnymi operacjami KGB, zabraniając bezpiece prowadzenia jakichkolwiek działań na podstawie tajnych instrukcji wewnętrznych. Ta zignorowała zakaz, podjęła natomiast akcję dwudziestoczterogodzinnej inwigilacji Borysa Jelcyna oraz innych znaczących działaczy z obozu demokratów. W ich telefonach założono podsłuchy, podsłuchiwane były także rozmowy prowadzone z pokojów hotelowych. Kontrolowano również połączenia z domów ich znajomych, krewnych, fryzjerów i trenerów. Dlatego należy przyjąć, że wersja przedstawiona przez Putina biografom – jakoby nie składał w KGB raportów na temat współpracy z Sobczakiem – jest bardzo mało prawdopodobna. Trzeba przecież pamiętać, że przez cały czas sprawowania funkcji zastępcy przewodniczącego rady miejskiej Putin pobierał wynagrodzenie z KGB.

Co ciekawe, to, w jaki sposób, kiedy i czy w ogóle Putin zerwał stosunki z KGB, nie zostało nigdy ujawnione, zainteresowani nie podali też żadnej spójnej wersji oficjalnej. Putin utrzymuje wprawdzie, że kilka miesięcy po przyjęciu przez niego pracy u Sobczaka jeden z członków rady miasta posunął się do szantażu, grożąc, że wyjawi powiązania nowego pracownika z KGB. Putin zrozumiał wtedy, że musi odejść. „To była trudna decyzja. Wprawdzie praktycznie od prawie roku nie pracowałem dla tajnych służb, jednak poświęciłem tej organizacji całe życie. Był rok 1990; ZSRR istniał nadal, pucz sierpniowy miał dopiero nadejść, nikt więc nie wiedział, jaka będzie przyszłość kraju. Sobczak miał niewątpliwie niezwykłą osobowość, był też liczącym się politykiem, ale wiązanie własnej przyszłości z jego planami wydawało się wtedy ryzykowne. Przecież sytuacja mogła w każdej chwili ulec zmianie. Jednocześnie nie potrafiłem sobie wyobrazić, co by się stało, gdybym stracił pracę w ratuszu. Myślałem, żeby jednak wrócić na uniwersytet, napisać pracę doktorską i znaleźć jakąkolwiek pracę. Miałem stabilną pozycję w KGB, byłem dobrze traktowany. Odnosiłem sukcesy w tym systemie, ale zdecydowałem się odejść. Dlaczego? Po co? Naprawdę cierpiałem. Musiałem podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Bardzo długo analizowałem to wszystko, usiłowałem zebrać myśli, w końcu wziąłem się w garść, usiadłem przy biurku i napisałem rezygnację. Od ręki, bez żadnego brudnopisu”.

Wyznanie złożone dziesięć lat po wspomnianych wyżej wydarzeniach jest naprawdę niecodzienne. Jeśliby nawet założyć, że Putin rzeczywiście odszedł dobrowolnie z najbardziej przerażającej i znienawidzonej organizacji w Związku Radzieckim, trudno nie zauważyć, że nigdy – nawet po tylu latach – nie starał się powiązać swojej decyzji z jakąkolwiek ideologią czy ująć jej w aspekcie politycznym czy moralnym. Dekadę później, przygotowując się do objęcia władzy w nowej Rosji, otwarcie przyznawał, że był gotów służyć każdemu panu. Najlepiej zaś byłoby, gdyby mógł się zabezpieczyć na wszystkie strony i służyć każdemu.

I to właśnie zrobił. Pisemna rezygnacja zaginęła gdzieś w KGB; trudno powiedzieć, czy zostało to zaplanowane, czy też wynikało z faktu, że instytucja ta nie dawała rady przetworzyć napływających dokumentów. Tak czy inaczej, w sierpniu 1991 roku, gdy KGB wreszcie zdecydowało się przeprowadzić zamach stanu, do czego wydawało się być stworzone, Władimir Putin nadal pozostawał w jego szeregach.

Masha Gessen -  Putin. Człowiek bez twarzy/onet.pl

Z początkiem października, kiedy ukraińska kontrofensywa przedarła się przez rosyjskie linie nad Dnieprem, docierając pod m. Dudczany, wydawało się, że lada dzień nastąpi załamanie prawej flanki przeciwnika. Rzeczywiście w ciągu kilku dni zanotowano największy postęp ukraiński na południu kraju od początku inwazji wyzwalając m.in. Archanhelskie, Myrolubiwkę i leżące wzdłuż Dniepru Chreszczeniwkę, Zołotę Bałkę i Dudczany. Jednakże po skróceniu frontu siły agresora okrzepły, ryglując jak dotąd skutecznie kierunek berysławsko-kachowski.

Celem ofensywy znad Inhulca na południe i wzdłuż Dniepru na południowy-zachód jest Berysław i Nowa Kachowka, z ważną strategicznie zaporą wodną i jednocześnie przeprawą mostową przez Dniepr. Mimo początkowych sukcesów ataku wzdłuż Dniepru i podejścia do m. Dudczany nie zauważono oznak rozpadu prawej flanki sił rosyjskich na prawym brzegu Dniepru. Nagłą porażkę na wschodniej flance obrony źródła rosyjskie próbowały tłumaczyć m.in. wyczerpywaniem potencjału bojowego BGT 126. Brygady Obrony Wybrzeża, której od miesięcy nie rotowano z frontu (jakoby od marca). Podciągnięte odwody umożliwiły stabilizację tego odcinka frontu.

Dwustronne natarcie - wzdłuż Dniepru na Berysław (po osi Wysokopillia-Złota Banka-Hawryliwka-Dudczany) i jednocześnie znad Inhulca na południe, z przyczółków pod m. Andriiwka (Suchyj Stawok-Kostromka-Bezimenne) i m. Dawidów Brid, napotyka na mniejszy lub większy opór przeciwnika. Sukcesy są stałe, ale mają wymiar taktyczny - przerwanie frontu i dojście do m. Dudczany, o którym pisaliśmy wyżej, było więc pewnym fenomenem.

Narastają jednak rosyjskie problemy logistyczne na prawym brzegu rzeki Dniepr - jak wiadomo przeprawy mostowe przez Dniepr nie funkcjonują, pod stałym ostrzałem są również przeprawy improwizowane (promowe). Odnotowano przypadki przerzutu wojsk promami na lewy brzeg Dniepru, jednak nie można ocenić ich skali, ani charakteru - czy jest to operacyjne wycofanie wojsk, czy elementy np. rotacji grup bojowych.

Każda przeprawa przez Dniepr, czy to pod Chersoniem, czy Nową Kachowką, jest rozpoznawana z powietrza i regularnie atakowana ogniem systemów F142 HIMARS (ostatnio, jak 21 października , również amunicją odłamkową M30A1). Pod ukraińskim ogniem są również dwie przeprawy przez rzekę Inhulec, gdzie w m. Dariwka zniszczony jest most, co również utrudnia przerzut wojsk i logistykę.

Przeprawę promową zbudowano m.in. pod Mostem Antonowskim, wykorzystując podpory, jednak i ona została porażona ogniem HIMARS-ów, podobnie jak przeprawa w rejonie Bersyław-Nowa Kochowka. W ostatnich dniach wzrosła ilość środków przeprawowych (desantowo-promowych) wykorzystywanych dla przeprawy przez Dniepr, co świadczy o chęci zapewnienia w miarę stałego zaopatrzenia zgrupowaniu operacyjnemu na prawym brzegu Dniepru. A zgrupowanie to jest bardzo silne. Ukraiński analityk, Konstanty Maszowiec, szacuje, że ok. 26 października, po wzmocnieniu posiłkami, na kierunku chersońskim operuje nawet do 39 BGT przeciwnika, z tego 21-22 BGT rozwiniętych jest na prawym brzegu Dniepru.

Na rosyjskiej prawej flance chersońskiego frontu, właśnie na kierunku berysławskim, operują prawdopodobnie BGT m.in. z 126. BOW, 810. BPM, 11. i 83. BDes-Szt, 247. Pułk .7 DDes-Szt itd. Widać silną reprezentację wojsk powietrzno-desantowych i desantowo-szturmowych (WDW), co jest charakterystyczne dla całego frontu chersońskiego, gdzie rozwinięto, jako zmechanizowaną piechotę z artylerią, elementy trzech dywizji WDW (7., 76., 98.).

Problemem dla atakujących sił ukraińskich w obwodzie chersońskim, są m.in. pola minowe, otwarty teren poprzecinany rowami irygacyjnymi, stały ostrzał artylerii i aktywność lotnictwa npla (m.in. samoloty szturmowe Su-25 z npr lub Su-34 z klasycznymi bombami oraz śmigłowce, np. szturmowe Ka-52 z npr i ppk Wichr), a na wschodniej flance, na odcinku frontu nad Inhulcem, także przeprawy przez rzekę, pod stałym ogniem npla. Pod artyleryjsko-rakietowym ogniem wroga są nie tylko same inżynieryjne przeprawy mostowe (np. w m. Terniwka i Wełyke Artakowe), ale również drogowe podejścia do nich.

Nad Dnieprem, na lewej flance ukraińskiego kierunku berysławskiego, operują m.in. elementy (BGT) z 60. BPiech (bataliony 96. i 97.), 17. BPanc (bataliony pancerny i zmechanizowany), 128. BGór-Szt (m.in. 15. batalion), grupy bojowe 140. Pułku Sił Operacji Specjalnych (grupy rozpoznawczo-dywersyjne) i inne.

Z kolei na kierunku inhuleckim, z przyczółka pod Andriiwką i Dawidowym Brodem, operują elementy (BGT) obu brygad piechoty morskiej (35. i 36.) z MRAP-ami "Mastiff" i "Wolfhound", 46. BDes-Szt, 61. BPiech, 63. BZmech, 57. BZmot grupy bojowe 73. Centrum Operacji Specjalnych i inne. Na drugorzędnych odcinkach frontu operują elementy OT, np. z nowo formowanej 129. Brygady OT z Krzywego Rogu.

Wsparcie artylerii na wschodniej flance zapewniają dywizjony związków taktycznych, ale też pododdziały 406. Samodzielnej Brygady Artylerii (w tym haubice M777), natomiast osłonę przeciwlotniczą elementy 208. Chersońskiej Brygady OPL (S-300). W drugiej połowie października strona ukraińska zgłosiła zestrzelenie co najmniej kilku szturmowych Ka-52.

Ukraińskie KGT/BGT ponoszą straty, ale są często rotowane. Przykładowo, atak BGT na m. Nowa Kamienka z 15 X zakończył się porażką, podobnie atak z 19 X. W rejonie Nowa Kamienka operował m.in. 15. batalion 12. BGór-Szt, który - według rosyjskich analityków - miał zostać wycofany niedawno jakoby na poligon w Apostołowe.

Na otwartej przestrzeni, przemieszczające się kolumny pancerno-zmechanizowane, np. wielkości kompanii, wykrywane są przez drony, a następnie ostrzeliwane ogniem artyleryjsko-rakietowym. Po podejściu do linii frontu następuje walka, z użyciem m.in. ppk, i kiedy atak załamuje się, pododdział wycofuje się i ponosi straty (sprzęt zniszczony i porzucony). Oczywiście od celnego ognia artyleryjsko-rakietowego dotkliwe straty ponosi również strona rosyjska, zwłaszcza gdy wykorzystywane są systemy HIMARS, albo amunicja precyzyjna M982 Excalibur 155 mm, wystrzeliwana z haubic M777 i naprowadzana przez rozpoznawcze BSP (np. Lelek-100). Celami są punkty dowodzenia, składy amunicji, rejony koncentracji wojsk, ważny jest również codzienny ogień kontrbateryjny, również z użyciem radarów przeciwartyleryjskich, np. wg źródeł rosyjskich jeden lekki radar rozpoznania artyleryjskiego AN/TPQ-50 został rozwinięty pod koniec października w m. Nowa Kamienka.

Zakłada się, że w momencie wycofania własnych sił, lub niezależnie od tego, wysadzona może zostać zapora w Nowej Kachowce. Zapora jest podobno już przygotowana do wysadzenia, obecnie trwa medialne przygotowanie prowokacji: w RUNECIE pojawiają się m.in. analizy z zakresem lokalnej katastrofy (powódź i podtopienia). Ma powstać sugestia, że Ukraińcy celowo wysadzą zaporę, żeby doprowadzić do lokalnej katastrofy i strat wśród ludności cywilnej obwodu chersońskiego. Wg HUR hydroelektrownia została zaminowana jeszcze w kwietniu, teraz minowane są śluzy na samej zaporze.

Zajęcie obszaru Berysław-Nowa Kachowka podważyłoby sens utrzymywania zgrupowania operacyjnego na prawym brzegu Dniepru. W rejonie Bersyławia, w zasięgu ognia F142 HIMARS, znalazłoby się np. lotnisko w m. Czaplynka, wykorzystywane od dawna, a w tej fazie wojny, jako m.in. baza śmigłowcowa oraz bazy i składy, które znowu Rosjanie musieliby przesunąć dalej na południe, poza zasięg HIMARS-ów. Skomplikowałoby to jeszcze bardziej proces logistyczny, już teraz mocno przez Dniepr zdezorganizowany.

Wydaje się, że można przyjąć za prawdopodobny taki scenariusz wydarzeń, że pod naciskiem SZU prawy brzeg będzie utrzymywany jeszcze jakiś czas, ale ostatecznie, jeśli kontynuowana będzie ofensywa ukraińska, agresor się z przyczółka wycofa. Wówczas zalane mogą zostaną tereny nad Dnieprem, a wysadzeniem zapory zostanie przedstawione jako bezduszne, cyniczne działanie reżimu kijowskiego. Tak czy inaczej teren lewego brzegu Dniepru będzie broniony, a dalsza ofensywa SZU na południe, przez szeroki Dniepr i ewentualnie podtopione obszary, wobec eszelowanej obrony po drugiej stronie rzeki, będzie szalenie trudna, w zasadzie niemożliwa. W tym kontekście odbicie Berysławia czy Chersonia będzie miało znaczenie bardziej propagandowe niż stricte militarne. Końcowa ocena całej kontrofensywy chersońskiej może zależeć również od samej operacji ewentualnego wycofania się rosyjskiego zgrupowania operacyjnego za Dniepr - pod silną presją i ogniem artyleryjsko-rakietowym, taka trudna operacja wojskowa, może przekształcić się w katastrofę militarną - z licznymi jeńcami i masowo porzucanym sprzętem.

(...)

defence24.pl

niedziela, 30 października 2022


Jeśli ktoś zastanawia się, jak Władimirowi Putinowi udało się z jednej strony awansować z prostego oficera wywiadu na potężnego przywódcę państwa, a z drugiej przez tyle lat zwodzić Europę i Zachód, to odpowiedź tkwi właśnie w okresie, który nastąpił po upadku komunizmu. W czasie, kiedy powstał Intercommerz.

Prawie wszystkie dokumenty dotyczące firmy zostały zniszczone — istnieje podejrzenie, że zrobiono to celowo, żeby zatarzeć ślady. Zachowała się jednak nazwa: Intercommerz Handels— und Marketinggesellschaft mbH.

Kiedy gadatliwy dotąd Peter Maukel słyszy pytanie o nią, gwałtownie zmienia ton. — Intercommerz? Hm..., to skomplikowane — mówi. — Nie było tam żadnych nielegalnych rzeczy.

— Naprawdę? A co z anonimowymi fundacjami w Księstwie Liechtenstein? — dopytują dziennikarze. — Nic mi na ten temat nie wiadomo — słyszą w odpowiedzi.

Gdy reporterzy zaznaczają, że jego podpis widnieje na oficjalnym dokumencie z nazwami tych fundacji, Maukel reaguje nerwowo: — Nie mam ochoty na dalszą rozmowę.

Najwyraźniej nie chce ujawniać informacji na temat Intercommerzu. I nie wynika to z jego małomówności — przez pół godziny ochoczo odpowiadał na pytania dotyczące jego i znajomych. Później gorzko tego żałuje. Jest zirytowany tym, że zdradził tyle informacji na swój temat.

Nie powiedział wprawdzie nic szczególnie prywatnego. Mówił jednak o swoim życiu w Rosji i o spotkaniach z Putinem, o jego niemieckim powierniku. — To nie kto inny, tylko były agent Stasi i szef Nord Stream Matthias Warnig — stwierdził.

Matthias Warnig jest dziś w Niemczech uważany za jednego z najbardziej prominentnych przedstawicieli Gazpromu. Zbudował gazociągi Nord Stream 1 i Nord Stream 2. Przed inwazją Rosji na Ukrainę federalni i lokalni politycy wydzwaniali do Warniga, by dowiedzieć się od niego, co myśli Putin i na czym mu właściwie zależy.

Peter Maukel mówi o Warnigu, jak o starym, dobrym przyjacielu. Twierdzi, że poznał go jeszcze w czasach NRD, mniej więcej pod koniec lat siedemdziesiątych. Maukel upiera się jednak, że w przeciwieństwie do Warniga, nie miał nic wspólnego ze Stasi. Pytanie o to, kiedy zorientował się, że Warnig pracuje dla tajnych służb NRD i co myśli o takim zaangażowaniu, Maukel pozostawił bez odpowiedzi.

Obawia się, że swoją bezmyślną gadaniną mógł nieświadomie powiedzieć za dużo na temat Intercommerzu. Nie daje mu to spokoju. Nie odpowiada na maila z dodatkowymi pytaniami, o którego sam prosił, nie odpowiada też na SMS-y. Kilka miesięcy później niespodziewanie odbiera telefon.

Jest wyraźnie zdenerwowany. Być może w międzyczasie konsultował się z Warnigiem i jego byłą żoną. Mówi, że od tej pory zabrania dziennikarzom jakichkolwiek prób kontaktowania się z nim. Nigdy więcej mają nie wchodzić na jego posesję. To brzmi jak groźba.

Jaki to wszystko ma związek z Putinem? Maukel poznał go w burzliwych czasach. Epokowe wstrząsy związane z upadkiem ZSRR mocno zachwiały planami agenta KGB. Trafił on wówczas do nowego dla siebie świata — polityki. To etap, który miał się okazać kluczowy dla jego późniejszej kariery.

Ledwie zaczął się 1990 r., gdy tajne służby nakazały Putinowi powrót do ZSRR. Po upadku reżimu SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec) jego rodzina, mieszkająca dotąd w wygodnym dwuipółpokojowym mieszkaniu w prefabrykowanym budynku przy Radeberger Strasse 101 w Dreźnie, musiała w pośpiechu pakować dobytek.

Przez pięć poprzednich lat Putin pracował w rezydenturze KGB w saksońskiej metropolii. Była to prowincjonalna posada, ale oferująca przyjemne życie agenta. Putin awansował do stopnia podpułkownika, być może także dlatego, że objął sprzyjającą karierze funkcję sekretarza organizacji partyjnej.

W tym czasie obywatele NRD wychodzili na ulice, niosąc transparenty z hasłami wyśmiewającymi ówczesny porządek: "Naród potrzebuje SED, jak ryba potrzebuje roweru".

Putin najpierw był przerażony. Mając 37 lat, stanął wobec niepewnej przyszłości.

Musiał wrócić do rodzinnego miasta, wtedy jeszcze nazywanego Leningradem. Panował tam wówczas ogromny chaos i przestępczość, Dziki Zachód na głębokim wschodzie. Putin, który widział siebie jako przedstawiciela światowego mocarstwa w Dreźnie, odbierał tę sytuację jako hańbę. Los okazał się jednak dla niego łaskawy.

Pomocną dłoń wyciągnął do niego stary znajomy, dawny profesor Anatolij Sobczak, rektor Uniwersytetu Leningradzkiego. Zatrudnił swojego byłego ucznia jako osobistego asystenta. Niedługo potem Sobczak został pierwszym demokratycznie wybranym burmistrzem miasta. Nie zapomniał o swoim asystencie. Dał Putinowi posadę w swojej administracji. Przyszły prezydent był szefem komisji do spraw stosunków międzynarodowych.

Było to kluczowe stanowisko. Inwestorzy z Zachodu, chcący zdobyć przyczółek na rosyjskim rynku, przyjeżdżali właśnie do Leningradu i byli uzależnieni od Putina. Bez jego pieczątki obcokrajowcy nie mogli otworzyć nawet budki z kiełbaskami.

Putin zdawał sobie sprawę z tego, jakie ma wpływy i jak wykorzystać je na swoją korzyść. A Sobczak mu na to pozwalał. Putin działał sprawnie, na drugim planie, i nie angażował się publicznie. To ktoś, kto "nie lubi się wyróżniać", osoba "bez próżności, ale z osobowością lidera" — tak wówczas oceniali go jego przełożeni.

Prawdopodobnie Sobczak pomylił się w ocenie Putina —albo nie docenił jego możliwości. Jego rzekomo lojalna prawa ręka nie dbała o niego, a o siebie. Władimirowi zależało przede wszystkim na własnym rozwoju. W tym celu gromadził wokół siebie krąg powierników — ludzi, na których może polegać do dziś. W kwestiach politycznych, gospodarczych, społecznych. "Klika Petersburska".

Należy do niej m.in. były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, niegdyś uchodzący za liberalnego reformatora, obecnie jeden z większych zwolenników wojny w Ukrainie. Ale nie tylko on. Świtę Putina zasilają też takie osoby, jak m.in. szef Gazpromu Aleksiej Miller, multimiliarder Arkadij Rotenberg, potentat naftowy Giennadij Timczenko czy kolega z czasów działalności agenturalnej Siergiej Czemezow, stojący na czele Rostecu, potężnego państwowego holdingu działającego w przemyśle zbrojeniowym.

Amerykański politolog i znawca Rosji William Taubman zauważa, że Putin już w dzieciństwie był zadziornym bandytą. Jeśli tylko czuł się niesprawiedliwie potraktowany lub zdradzony, działał impulsywnie, nie dało się go zatrzymać. KGB przeniosło te młodzieńcze instynkty w świat dorosłych. To sprawia, że dla Putina polityka jest "walką na śmierć i życie". Wszyscy kłamią, oszukują i kradną. Wszyscy są podejrzani. Zawsze trzeba być na straży, gotowym do zwalczania ognia ogniem.

Droga Putina do władzy nie była jednak wyłącznie usłana różami. Jak powiedziała w jednym z wywiadów Catherine Belton, dawna moskiewska korespondentka "Financial Times", w czasie urzędowania Putina w Petersburgu toczyły się gwałtowne walki o tereny najlepszych przychodów w mieście, zwłaszcza o port. Putinowi nie raz grożono i to do tego stopnia, że pewnego dnia musiał nawet wywieźć swoje córki w bezpieczne miejsce w Niemczech.

Znalazł jednak wyjście z tej sytuacji. Połączył siły z gangiem z Tambowa, lokalną odnogą rosyjskiej mafii. Razem objęli kontrolę nad całym handlem ropą w mieście.

Założenie firmy Intercommerz przypada właśnie na ten okres. W tym czasie Putin i Matthias Warnig byli już najlepszymi przyjaciółmi. Na krótko przed upadkiem NRD Warnig dostał pracę w Dresdner Banku. W pewnym momencie bank postanowił otworzyć placówkę w Rosji. A że Warning ceniony był za znajomość socjalistycznego systemu gospodarczego, postanowiono jemu powierzyć to zadanie.

Udał się na spotkanie z Putinem. Spotkanie Stasi i KGB. Mistrzowie podstępu, oszustwa i kamuflażu od razu dostrzegli, jakie korzyści może im przynieść założenie oddziału Dresdner Banku w Petersburgu. Spotkanie z 1991 r. zdecydowanie zmieniło życie Warniga. Przy Putinie jego kariera potoczyła się błyskawicznie.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ani Warnig, ani i Putin nie znajdowali się jeszcze w centrum uwagi opinii publicznej. Dlatego założenie Intercommerzu w 1994 r. nie zwróciło niczyjej uwagi. Celem miał być oficjalnie import i eksport towarów i surowców oraz pośrednictwo w transakcjach handlowych. Nie można jednak z całą pewnością stwierdzić, w jakie transakcje zaangażowana była spółka. Te informacje wspólnicy zachowali dla siebie.

Tajemnicza spółka od dawna budziła zainteresowanie rozmaitych dociekliwych. Jednym z nich był wróg Rosji numer jeden: Aleksiej Nawalny, opozycjonista uparcie demaskujący i piętnujący różne machinacje kliki Putina. Nawalny już od dawna próbował zwrócić uwagę społeczeństwa na enigmatyczną firmę.

W styczniu 2021 r., kiedy Nawalny po raz kolejny przebywał w areszcie śledczym, jego "Fundacja Walki z Korupcją" wypuściła film dokumentalny "Pałac dla Putina" . Opublikowany w sieci materiał obejrzano ponad 100 mln razy. Nawalny opowiada w nim o nielegalnych źródłach majątku prezydenta Rosji oraz o jego pilnie strzeżonej, ociekającej przepychem posiadłości nad Morzem Czarnym.

W materiale pojawił się również list, datowany na 13 grudnia 1996 r. i napisany odręcznie w języku niemieckim. Jego autorką jest ówczesna żona Putina, Ludmiła. Napisała w nim znajomemu w Niemczech, "że wszystko jest w porządku" i że obecnie przebywa w Petersburgu. List ma przy tym ciekawe oznaczenie: "Od: Intercommerz Warnig".

W filmie Nawalny tak wyjaśnił nazwisko w kodzie faksu: — To Matthias Warnig, bankier i były pracownik Stasi. Do Petersburga przyjechał w latach dziewięćdziesiątych "jako szef Dresdner Banku". Zaraz potem widać na filmie kolejny dokument, który ma dowodzić, że Warnig przejął w tym czasie "koszty i organizację rodzinnego urlopu Putina".

W dokumencie mowa jest o zimowych wakacjach, które rodziny Putina i Warniga spędziły razem w kilka tygodni po wysłaniu listu. Na przełomie lat 1996/1997 przebywali w zacnym szwajcarskim kurorcie Davos. — To się nazywa łapówka w naturze — mówi Nawalny. — Putin pracuje w administracji prezydenckiej, a niemiecki bankier i były oficer wywiadu opłaca jego prywatne wydatki.

(...)

Nawalny nie może kontynuować swoich badań nad Intercommerzem. Ale jest przecież ówczesna niemiecka przyjaciółka Ludmiły Putin, która otrzymała faks z Petersburga z adresem zwrotnym "Intercommerz Warnig". Czy wie coś więcej o podejrzanej firmie?

Hamburg, słoneczny, kwietniowy dzień. Irene Pietsch siedzi w salonie luksusowego hotelu Grand Elysée. Elegancko ubrana 77-latka jest żoną emerytowanego bankiera. Putinów poznała w 1995 r. w rosyjskim konsulacie generalnym, szybko zaprzyjaźniła się z jego żoną.

Kobieta nie jest pewna, czy w obliczu obecnych wydarzeń politycznych chce się ujawnić. Boi się, że jej bliskość z rodziną Putina może zostać wykorzystana przeciwko niej. Po chwili zgadza się jednak na rozmowę. Przyznaje, że razem z mężem złożyła raz Putinowi wizytę. Miło wspomina ten pobyt.

— Putin był bardzo zainteresowany wszystkim, co działo się w Niemczech i Hamburgu. Odebrałam go jako raczej powściągliwego. Był bardzo czarujący. Wielokrotnie powoływał się na wspólnotę Rosji i Europy. Inaczej wypowiadał się o USA, oddalonymi od Rosji nie tylko terytorialnie, ale i kulturowo.

Irene Pietsch mówi, że bliższe relacje łączyły ją z Ludmiłą, byłą żoną Putina. — Dużo rozmawiałyśmy o polityce, gospodarce. Zwierzałyśmy się sobie z wielu sekretów. Była szczęśliwa, że ma męża, który jej nie bije i nie jest pijakiem. Denerwowało ją jednak, że musi prosić męża, gdy potrzebuje pieniędzy — opowiada Pietsch.

Latem 1998 r. Irene odebrała telefon od podekscytowanej Ludmiły. Jej mąż został mianowany szefem FSB, Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Na tym stanowisku obowiązywały ścisłe przepisy bezpieczeństwa. Oznaczało to dla niej wiele zmian. "Spotkamy się w Wiedniu! Zapytam Wołodię." Ale do spotkania nie doszło. To była jej ostatnia rozmowa z żoną Putina.

Pietsch pokazała dziennikarzom "Welta" korespondencję z rosyjską przyjaciółką. Był tam faks z "Intercommerz Warnig". Pietsch mówi, że nie zna tej firmy. Inaczej z nazwiskiem Warnig. Pietsch wyjaśnia, że nigdy nie spotkała Warnigów osobiście, ale jej rosyjska przyjaciółka zawsze opowiadała o nich w samych superlatywach.

Wiosną 1991 r. Baerbel Warnig pojawia się w urzędzie meldunkowym, gdzie informuje urzędników o swoim nowym adresie: domek jednorodzinny przy Finkenstrasse w Roedermark, koło Frankfurtu. Uiszcza należną opłatę i legitymuje się dowodem osobistym z NRD. Dokument jest nadal ważny ze względu na okres przejściowy, choć państwo, które go wydało, już nie istnieje. Baerbel Warnig wyjaśnia, że jej zameldowanie dotyczy również syna i córki.

To już druga jej przeprowadzka ze Wschodu na Zachód. Kiedy Niemcy były jeszcze podzielone, Baerbel Warnig wraz z rodziną przeniosła się do Duesseldorfu. Jej mąż został wówczas wysłany przez Stasi do "obszaru operacyjnego", aby przechwytywać wrażliwe dane z kapitalistycznych firm. Podczas tego zadania szpiegował również swojego późniejszego pracodawcę — Dresdner Bank.

Matthias Warnig, kryptonim "Arthur", wszedł w posiadanie 37-stronicowego opracowania, w którym ekonomiści banku analizowali rozwój przemysłu. Dokument dotarł do siedziby Stasi w Berlinie Wschodnim w połowie stycznia 1989 r.

Jakieś pół roku później agent został sprowadzony do NRD. Po powrocie Warnig awansował na zastępcę szefa jednostki, a po upadku muru berlińskiego został usunięty ze Stasi. Ze względu na znajomość ekonomii kapitalistycznej i stosunków niemiecko-rosyjskich najpierw dostał pracę w Ministerstwie Gospodarki NRD, potem zatrudnił go Dresdner Bank.

Dalszy rozwój wydarzeń jest dobrze znany: Warnig spotyka się z Putinem w Petersburgu, co prowadzi do tego, że w grudniu 1991 r. bank jako pierwsza w historii niemiecka instytucja finansowa otrzymuje zgodę na otwarcie przedstawicielstwa w mieście nad Newą. Ten wspaniały sukces to także początek przyjaźni między rodzinami Warnigów i Putinów. Ale i współpracy.

Wkrótce po tym dochodzi do narodzin Intercommerzu. Umowa spółki zostaje podpisana 23 marca 1994 r., sześć miesięcy później firma zostaje wpisana do rejestru handlowego sądu okręgowego w Langen pod numerem 3388. Kapitał zakładowy wynosił 50 tys. marek niemieckich. Jako dyrektor zarządzający figuruje Baerbel Warnig.

To otwiera pole do spekulacji. Czy Baerbel Warnig była "słupem"? Skąd wzięła środki kapitał? Jaką rolę odegrał jej mąż i bliskość z rodziną Putina? W jaki sposób firma zaczęła działać w Rosji? Podobnie jak Peter Maukel, Baerbel Warnig nie odpowiada na żadne pytania. Obowiązuje omerta.

Między czerwcem a sierpniem 1997 r. w Księstwie Lichtenstein powstały trzy fundacje: Fundacja Ospray, Fundacja Rubinstar oraz Fundacja Riverdale. Nie wiadomo, kto stał za ich powołaniem, wiadomo jednak, że miały jedną wspólną cechę: wkrótce stały się udziałowcami Intercommerzu. Kapitał zakładowy niemieckiej firmy został podwyższony z 50 tys. do 130 tys. marek niemieckich.

Start-upy z Liechtensteinu miały bardzo szczególną formę prawną. Były to tak zwane "fundacje niezarejestrowane". Oznacza to, że przez wiele lat możliwe było utrzymanie w tajemnicy przed osobami trzecimi faktu ich istnienia. Były one wpisane do rejestru handlowego, ale bez prawa do ich kontroli.

Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy Księstwu Liechtenstein zaczął grozić międzynarodowy ostracyzm za bycie rajem dla ludzi piorących pieniądze i uchylających się od płacenia podatków. Od tego czasu Liechtenstein wdraża nowe przepisy i próbuje dogonić standardy przyjęte w państwach demokratycznych i dbać o przejrzystość.

Dzięki tym reformom dowiadujemy się, że te trzy fundacje miały powiązania z firmą Syndikus Treuhandanstalt. W 2006 r. spór prawny o nią toczył rosyjski biznesmen mający powiązania z przestępczością zorganizowaną i bliski powiernik Putina w Londynie.

Dokumenty dotyczące tego sporu dostarczają ciekawych spostrzeżeń. Ujawniają sieć, jaką biznesmeni z najbliższego otoczenia Putina stworzyli z zagranicznymi firmami fasadowymi i fundacjami.

Dwie z trzech fundacji, które miały udziały w Intercommerzie, zostały zlikwidowane — jedna w 2015 r., druga w 2019 r. Zniszczono też wszystkie dotyczące ich dokumenty. Ostatnia z nich — Fundacja Riverdale — pozostaje wciąż aktywna. Cel jej działania jest sformułowany niezwykle ogólnikowo — ma ona nabywać aktywa m.in. "w celu pokrycia wydatków na edukację".

Kto stoi za Fundacją Riverdale? Od kilku lat władze Liechtensteinu udzielają informacji o spółkach, ale tylko wtedy, gdy istnieje podejrzenie finansowania terroryzmu i prania pieniędzy. Musi być ono przy tym wystarczająco uzasadnione. Dziennikarze "Welta" przedstawili swoje podejrzenia i poprosili o informację, do kogo należy fundacja. Otrzymali jednak odpowiedź odmowną.

Jest oczywiste, że ujawnienie nazwisk faktycznych właścicieli Fundacji Riverdale oznaczałoby dla nich poważne konsekwencje — tym bardziej, że dochodzenie miało na celu przygotowanie publikacji dotyczącej podejrzeń o popełnienie przestępstw przez prezydenta Putina w związku z jego działalnością , gdy pełnił funkcję w Petersburgu.

Dawna cesarska ambasada niemiecka na Placu Isakijewskim w samym centrum Petersburga jest masywnym reprezentacyjnym budynkiem wykonanym w stylu epoki wilhelmińskiej. Po upadku żelaznej kurtyny, dzięki osobistej przyjaźni Warniga i Putina, Dresdner Bank otworzył tam swoje przedstawicielstwo.

Jeśli zajrzymy do rosyjskiego rejestru handlowego, znajdziemy jednak również inną niemiecką firmę, która miała siedzibę w budynku przy Placu Isakijewskim. Uwagę przyciąga nazwisko jej właściciela — МАУКЕЛЬ ПЕТЕР. To nazwisko Petera Maukela, zapisane cyrylicą.

Jak odkryły "Welt" i rosyjskojęzyczna stacja "Radio Swoboda", na ten adres 3 sierpnia 1993 r. została zarejestrowana przez putinowski Komitet Stosunków Zagranicznych firma o nazwie "Petro Clean Service". Oprócz Petera Maukela jako założyciel firmy figuruje Matthias Warnig.

Podczas rozmowy z dziennikarzami Maukel nieopatrznie zdradził tajemnicę znajomości z Warnigiem. Stwierdził, że poznał go przez swoją żonę. Na początku lat 90., Warnig, który pracował już w Dresdner Banku, pomógł mu zdobyć intratną posadę w Petersburgu.

W roku zjednoczenia Niemiec Maukel założył w Schwerinie firmę sprzątającą. Warnig zaproponował mu wówczas korzystne zlecenie — gruntowne oczyszczenie budynku Dresdner Banku w Petersburgu. Nie zastanawiając się długo Maukel, przystał na propozycję.

W tym czasie nie był jeszcze związany z Intercommerzem. Zmieniło się to w 1997 r. kiedy rodzina Warnigów wyjechała się z Roedermark i przeniosła do Moskwy. Warnig objął tam stanowisko wicedyrektora, a potem dyrektora Dresdner Banku w Rosji. Przeprowadzka miała swoje konsekwencje dla Intercommerzu. Baerbel Warnig wycofała się z firmy, a jej miejsce zajął Maukel.

— Nie musiałem płacić żadnych pieniędzy, zupełnie nic, przejąłem to — mówi. Po tym przeniósł siedzibę spółki do Schwerina. O fundacjach z Lichtenstainu rzekomo nic nie wie. — W Moskwie miałem tylko 45 proc. Resztę kontrolowali Rosjanie. Tam też nie byłem już dyrektorem zarządzającym.

Jednak w rejestrze handlowym sądu okręgowego w Schwerinie Maukel figuruje jako jedyny dyrektor zarządzający. Gdyby rzeczywiście zrezygnował z tej funkcji i przekazał ją innym osobom, musiałby poinformować o tym sąd okręgowy.

Jak mówi artykuł kodeksu o spółkach: "Każda zmiana w składzie osobowym członków zarządu, jak również wygaśnięcie pełnomocnictwa do reprezentowania spółki przez członka zarządu muszą zostać zgłoszone w celu dokonania wpisu do rejestru handlowego". Naruszenie tego wymogu jest karalne zgodnie z kodeksem karnym.

W grudniu 2002 r. zwołano w Schwerinie zebranie akcjonariuszy Intercommerzu. Podjęli wówczas decyzję o rozwiązaniu spółki do końca roku. Na spotkaniu zabrakło przedstawicieli fundacji z Liechtensteinu, posiadających większość udziałów. Maukel podpisał w ich imieniu uchwałę, w której stwierdził również, że bierze na siebie obowiązek likwidacji firmy.

Co jednak dziwne, przez pięć lat nic takiego się nie wydarzyło. Dopiero w czerwcu 2007 r. Maukel zlecił poświadczenie uchwały o rozwiązaniu przez notariusza. Stwierdzono w niej między innymi: "Księgi i pisma spółki po zakończeniu likwidacji będą przechowywane w bezpiecznym miejscu przez Petera Maukela". W grudniu 2008 r. pojawił się ostateczny wpis: "Zakończono likwidację. Firma jest skreślona z rejestru".

Peter Maukel jest dziś ceniony w Meklemburgii-Pomorzu Przednim za swoją wiedzę na temat Rosji. W latach 2012-2014 pracował jako freelancer w porcie Sassnitz. Na konferencji w Moskwie wystąpił jako "przedstawiciel moskiewskiego biura" spółki portowej.

Port promowy w Sassnitz pojawiał się wielokrotnie na pierwszych stronach gazet w związku z budową kontrowersyjnego rurociągu Nord Stream 2, za którym stoi stary znajomy Maukela — Warnig. Krąg się zacieśnia.

Pewne światło na tajemnice Intercommerzu mogą rzucić akta sądowe. Niestety, kluczowych dokumentów już nie ma. Dziennikarze "Welta" po raz pierwszy natrafili na ślad firmy latem 2014 r. podczas śledztwa w sprawie Matthiasa Warniga.

W tym czasie jeden z dziennikarzy pobrał kilka dokumentów z elektronicznego rejestru sądu okręgowego w Schwerinie. Wśród nich znalazła się m.in. uchwała o rozwiązaniu spółki Intercommerz z nazwami fundacji z Liechtensteinu. To jedyny dokument wskazujący na ich powiązania z firmą.

W ostatnim czasie podejrzanie zniknął on jednak z elektronicznych archiwów. Dyrektor sądu okręgowego nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Powiedział, że papierowe akta dotyczące Intercommerzu zostały całkowicie zniszczone podczas procesu digitalizacji. Nie utworzono żadnych kopii. Słowem — ślad o uchwale rozwiązującej firmę zaginął.

Czy to zagubienie wynikało jedynie z powodów technicznych? Dyrektor sądu okręgowego, mimo najlepszych chęci, nie jest w stanie wyobrazić sobie takiej sytuacji. To pozostawia tylko jedną możliwość: plik elektroniczny został usunięty celowo, być może po to, by ukryć ślady. To sprawia, że Intercommerz wciąż pozostaje tajemnicą.

onet.pl/Die Welt

W Czeczenii, ten ogolony weteran o posturze zapaśnika i ponurym wyrazie twarzy, przyrzekł "zabić trzech czeczeńskich bojowników za każdego poległego rosyjskiego żołnierza". W północnej Syrii jest gorzko wspominany za obrócenie w ruinę dużej części Aleppo.

56-letni generał sił powietrznych nadzorował również strzelanie rakietami w kliniki, szpitale i infrastrukturę cywilną w znajdującym się w rękach rebeliantów syryjskim mieście Idlib w 2019 r. Działał w ten sposób, chcąc złamać wolę przeciwników i wywołać falę uchodźców do Europy.

Jego 11-miesięczna kampania "wykazała bezduszne lekceważenie życia około trzech milionów cywilów na tym obszarze", napisała organizacja Human Rights Watch w skrupulatnym raporcie.

Teraz generał powtarza swój syryjski scenariusz w Ukrainie.

Dwa tygodnie temu Władimir Putin mianował Surowikina generalnym dowódcą "specjalnej operacji wojskowej" Rosji, ku uciesze moskiewskich jastrzębi. Czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow chwalił Surowikina jako "prawdziwego generała i wojownika". On "poprawi sytuację", pisał Kadyrow w poście w mediach społecznościowych.

Ale odwrócenie serii oszałamiających zwycięstw Ukrainy i zmiana kierunku wojny może być poza zasięgiem nawet bezwzględnego Surowikina. Ukraińcy przez cały rok pokazywali, że są twardzi i nie dadzą się zastraszyć zbrodniami wojennymi. Już wcześniej znosili bombardowania ze strony równie pozbawionych skrupułów rosyjskich generałów.

Jednak zachodni wojskowi i analitycy zauważają, że już teraz widać oznaki większej spójności taktycznej, niż za czasów jego poprzednika, generała Aleksandra Dwornikowa. — Jego taktyka wojenna całkowicie narusza zasady wojny, ale niestety okazała się skuteczna w Syrii — powiedział POLITICO wysoki rangą oficer brytyjskiego wywiadu wojskowego. — Jako strateg wojenny jest skuteczny — dodał oficer.

Surowikin obrał za cel infrastrukturę energetyczną Ukrainy i w ciągu ostatnich tygodni już dokonał zmasowanych ataków. Uderzenia rakiet w weekend spowodowały przerwy w dostawach prądu w całym kraju, pozostawiając ponad milion gospodarstw domowych bez energii — informował w minioną sobotę Kyryło Tymoszenko, wiceszef kancelarii prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

— To nikczemne uderzenia w obiekty infrastruktury krytycznej — mówił sam Zełenski w swoim nocnym przemówieniu. — Świat może i musi powstrzymać ten terror. Zasięg tego ostatniego masowego uderzenia jest bardzo szeroki. Oczywiście nie mamy możliwości technicznych, aby strącić 100 proc. rosyjskich rakiet i dronów uderzeniowych. Jestem jednak pewien, że stopniowo, z pomocą naszych partnerów, uda nam się to. Już teraz strącamy większość pocisków rakietowych, większość dronów.

Przechwycenie większości rosyjskich pocisków wystrzeliwanych w kierunku infrastruktury energetycznej Ukrainy nie wystarczy do powstrzymania zakłóceń, które Surowikin powoduje tymi atakami. Skala szkód wyrządzonych w systemie energetycznym Ukrainy w weekend przekroczyła wielkość zniszczeń z pierwszego uderzenia, które miało miejsce 10 października, podał państwowy operator sieci energetycznej Ukrenergo.

Jak twierdzą władze ukraińskie, od początku ataków zniszczono około jednej trzeciej elektrowni w kraju.

Dla Rosji koszt ataku z powietrza jest niewielki, ponieważ polega na irańskich bezzałogowych statkach powietrznych Shahed-136. Są to w zasadzie latające bomby nazywane "dronami kamikadze", ponieważ ulegają one zniszczeniu po uderzeniu w cel.

Drony, których zasięg lotu wynosi 2,5 tys. km, krążą nad celem, dopóki nie otrzymają rozkazu do ataku. Z rozpiętością skrzydeł 2,5 m mogą być trudne do zidentyfikowania przez radar i kosztują tylko około 20 tys. euro za sztukę. To bardzo niewiele w porównaniu do rakiet manewrujących, których koszt może sięgać nawet 2 mln euro.

W zeszłym tygodniu Biały Dom przekazał, że irańscy eksperci od dronów — szkoleniowcy i pracownicy wsparcia technicznego — zostali rozmieszczeni na przyłączonym do Rosji Krymie, aby pomóc w przeprowadzaniu ataków na Ukrainę. — Teheran jest teraz bezpośrednio zaangażowany w wojnę na ziemi oraz poprzez dostarczanie broni, która wpływa na cywilów i infrastrukturę cywilną na Ukrainie — powiedział rzecznik Pentagonu John Kirby.

Ale zwrócenie się o pomoc do Iranu świadczy też o słabości Rosji. Fakt, że używają irańskich dronów, sugeruje, że naprawdę kończą im się pociski — powiedział POLITICO pracownik Pentagonu. — Nie sądzę, że możliwości Rosjan są tak duże, jak twierdzi Kreml. Zawsze uważałem, że Rosjanie to trochę pusta siła. Nie mają wielkich możliwości i nie mogą ich skutecznie zastosować. Fakt, że idą do Irańczyków po technologię dronów, jest dość smutnym obrazkiem w kontekście wychwalanego niegdyś rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego.

I chociaż drony pomagają wyrządzić znaczne szkody, ich lekki ładunek wybuchowy o wadze 36 kg stanowi dla Rosjan problem, bo nie są one wystarczająco silne, aby wyrządzić poważne szkody w dużych elektrowniach.

Zamiast tego maszyny kierowane są na mniejsze podstacje. W końcu jednak zachodni i ukraińscy eksperci znajdą sposób na zakłócenie systemu GPS, od którego zależą drony, aby uniemożliwić im skuteczne celowanie. Drony mogą zatem już niedługo zostać całkowicie wyeliminowane z pola bitwy.

Brak wystarczających możliwości w zakresie uzbrojenia nie jest jedynym problemem, z jakim borykają się rosyjscy generałowie. Armię Putina osłabia brak skutecznego dowodzenia małymi jednostkami i kompetentnego nadzoru na polu walki.

Ukraińcy od 2014 r. są przesiąknięci amerykańską doktryną wojskową i szkoleniami, które koncentrują się na budowaniu profesjonalnego korpusu kaprali i sierżantów, którzy rozumieją duży obraz sytuacji i otrzymują uprawnienia do podejmowania decyzji na polu bitwy, gdy prowadzą swoje jednostki, mówi John Barranco, analityk w Atlantic Council, który nadzorował początkowe operacje amerykańskich marines w Afganistanie po atakach terrorystycznych z 11 września i służył też w Iraku.

Niepowodzenie Rosjan w budowaniu takich kadr nęka ich w Ukrainie i nie jest to niedociągnięcie, które Surowikin ma czas naprawiać. W rzeczywistości sytuacja może się pogorszyć, gdy Kreml rzuca teraz do walki niedostatecznie wyszkolonych poborowych z rozkazu Putina o częściowej mobilizacji.

Po zaledwie kilkudniowym szkoleniu poborowi już giną. A wysyła się ich na kluczowy na tym etapie wojny front — portowe miasto Chersoń — gdzie rosyjskie władze nakazały wszystkim mieszkańcom ewakuację, zanim Ukraińcy zamkną okrążenie.

Chersoń jest jedyną stolicą regionu, którą Rosja zdołała zająć od początku inwazji. Było ono kluczowe w tworzeniu mostu lądowego między Krymem a południem Ukrainy. Miasto otwierało drogę do potencjalnego ataku na główny port Morza Czarnego w Odessie.

Jednak ukraińska kontrofensywa, która rozpoczęła się w lecie, zmierza obecnie w kierunku Chersonia. Pozycja taktyczna Rosji w tym rejonie jest bardzo zagrożona, a jednostki spadochroniarzy okopały się na zachodnim brzegu Dniepru, gdzie są bardzo podatne na ataki.

— Z punktu widzenia geometrii pola walki jest to fatalna pozycja dla Rosjan — powiedział POLITICO Jack Watling, ekspert ds. wojny lądowej w brytyjskim Royal United Services Institute.

Watling, który przeprowadził analizę operacyjną ze sztabem generalnym Ukrainy, mówi, że Rosjanie na zachodnim brzegu należą do najlepszych oddziałów, ale nie mogą być zaopatrywani "w skali potrzebnej do uczynienia ich konkurencyjnymi" i nie będą w stanie kontratakować.

— Ukraińcy mają inicjatywę i mogą dyktować tempo — powiedział Watling. — Z czysto wojskowego punktu widzenia, Rosjanie byliby w o wiele lepszej sytuacji, gdyby wycofali się z Chersonia i skupili na utrzymaniu wschodniego brzegu rzeki, a następnie umieścili większość swoich sił na Zaporożu. Jednak z powodów politycznych działają powoli.

Wydaje się to zgodne z tym, co w weekend podał sztab generalny Ukrainy. Rosyjskie ruchy wojsk miały miejsce w regionie Chersonia, gdzie niektóre jednostki przygotowywały się do walki miejskiej, podczas gdy inne wycofywały się.

Krótko mówiąc, Surowikin jest zmuszony do podjęcia próby przeprowadzenia jednego z najtrudniejszych manewrów wojskowych — uporządkowanego odwrotu w celu zmiany pozycji sił, w tym poborowych o niskim poziomie wyszkolenia i jednostek, które nie są spójnie dowodzone. Gdy w zeszłym miesiącu bardziej doświadczone oddziały rosyjskie próbowały wykonać ten sam manewr w pobliżu Charkowa w północno-wschodniej Ukrainie, poniosły klęskę.

Sam bandytyzm nie uchroni rosyjskich poborowych przed zmotywowanymi i sprawnymi siłami ukraińskimi. Liczy się to, czy Surowikin będzie miał na tyle umiejętności taktycznych, by przeprowadzić ten niebezpieczny odwrót.

onet.pl/Politico

W innym wywiadzie prasowym pytany o zbrodnie najemników na cywilach mówił pan, że w grupie Wagnera były osoby dojrzałe, zrównoważone psychicznie. Ale jednocześnie przyznaje pan, że np. przeszłość kryminalna nie jest przeszkodą, by do grupy dołączyć. Co niby miało gwarantować, że przy rekrutacji faktycznie wybierano ludzi zrównoważonych, bez sadystycznych skłonności?

Nie ma żadnych takich gwarancji. Znam kryteria rekrutacji grupy Wagnera. A teraz dodatkowo odbywa się ona masowo. Wielu członków różnych grup, które walczą obecnie w Ukrainie, to ludzie kompletnie nieprzygotowani. To często proste chłopaki, którzy naoglądali się filmików w internecie o groźnych najemnikach. Ich psychika jest niegotowa do tego, by szybko adaptować się do warunków wojennych.

Tak, sama przeszłość kryminalna nie była przeszkodą, by dołączyć do grupy Wagnera. Ja także należę do tej kategorii, siedziałem w więzieniu. Ale większość osób to profesjonalni wojskowi, weterani, oni stanowili początkowo trzon grupy. Jeśli ktoś z nich miał kryminalną przeszłość – to był to incydent w życiorysie, epizod, a nie "droga życiowa", nie to było ich doświadczeniem formacyjnym [sam Gabidullin jest absolwentem Riazańskiej Wyższej Szkoły Dowódczej Wojsk Powietrznodesantowych, służył w wojskach powietrznodesantowych – red.]. Do nich się odnosiłem, gdy mówiłem o doświadczonych, zrównoważonych najemnikach.

Ale jeśli mowa o tych, którzy dziś działają w Ukrainie, to trafiają tam prawdziwi bandyci.

Najbardziej problematyczni na wojnie są ludzie, którzy są na froncie po raz pierwszy. A jeśli mają jeszcze rozchwianą psychikę, to nie są w stanie kontrolować tych demonów, które każdy z nas ma w sobie. Wówczas wszystko się może zdarzyć. Jeśli taki człowiek trafia na wojnę, wszystkie patologie od razu wychodzą na wierzch.

(...)

Prigożyn w końcu przyznał publicznie, że to on założył grupę Wagnera, chociaż wcześniej pozywał dziennikarzy za takie twierdzenia. To by oznaczało koniec rutynowego odcinania się Kremla od związków z "firmą". Jak pan myśli, dlaczego teraz?

Myślę, że to jedna z odsłon walki wokół tronu. Prigożyn i Kadyrow zawarli sojusz, absolutnie tymczasowy, bo jest im zupełnie nie po drodze, by odsunąć od tronu konkurentów do eksploatowania dla własnej korzyści zasobów państwowych.

Jest też wojna w strukturach siłowych. Prigożyn ma tam wielu wrogów, ma złe stosunki z ministrem obrony Szojgu. Oni nigdy się nie dogadywali, to są zupełnie różne podejścia, antypody. I w tej walce Prigożyn zagrał va banque, by się zabezpieczyć, zdobyć poparcie społeczne. Dlatego podkreśla publicznie swoje zasługi.

Mówi się, że trwa walka nie tylko o pozycję wokół Putina, ale też o to, kto będzie jego następcą. Jak pan ocenia szanse Prigożyna w walce o schedę po Putinie?

Nie ma żadnych. Myślę, że Prigożyn też nie ma takich ambicji.

Pan zna Prigożyna osobiście.

Tak, cztery miesiące pracowałem jako jego asystent.

Jaki to jest człowiek?

Chodzi o krótką charakterystykę? Szorstki, na granicy grubiaństwa. Pewny siebie. Zdeterminowany. Jest też całkowicie przekonany, że tylko jego wizja patriotyzmu jest prawidłowa. Cała Rosja, jak już mówiłem wcześniej, jest w rękach takich właśnie "zawodowych pseudopatriotów", którzy dorabiają się na tej idei.

Ma pewne dobre cechy. To prawda, że on swoich ludzi nie zostawia. Ale też może z zimną krwią wysłać kogoś na śmierć, tak jak w lutym 2018 r. w Syrii, gdy oddziały Wagnera trafiły pod amerykański nalot [w nocy z 7 na 8 lutego Amerykanie zbombardowali pod Dajr az-Zaur kolumny sił proasadowskich, w tym kilkuset żołnierzy z grupy Wagnera, którzy zostali wysłani z misją zajęcia pola naftowego Conoco, kontrolowanego przez Syryjskie Siły Demokratyczne. Najemnicy zostali zdziesiątkowani. Kreml starał się zignorować, a następnie zbagatelizować sytuację, mówiąc o zabitych jako "ludziach z rosyjskim paszportem", bez związku z armią rosyjską, oraz zaniżając liczbę zabitych – red.].

Ja wówczas ledwo przeżyłem. To była źle przemyślana decyzja, na zasadzie: a nuż się uda. Po prostu wysłano nas na rzeź.

To jak w takim razie ocenia pan "rzeźnika z Syrii", Siergieja Surowikina, który objął dowództwo nad wojskami rosyjskimi w Ukrainie?

Oceniam go tak, jak większość rosyjskich generałów. Jest tak jak oni skorumpowany i niekompetentny. Surowikin odegrał swoją niechlubną rolę w nieudanej akcji ataku na zakład Conoco. Grupa Wagnera nie działała wówczas sama, szła w szyku z regularnym wojskiem. I to była jego odpowiedzialność, jego decyzja o ataku. Poza tym wszystkie zwycięstwa, jakimi chwalił się w Syrii, były tak naprawdę zwycięstwami najemników.

Jest to natomiast bardzo wygodna nominacja dla Prigożyna. Oni współpracowali wtedy i będą współpracować teraz. Prigożyn będzie mu doradzał, zabezpieczał go, konsultował decyzje, jednocześnie utrzymując iluzję, że to Surowikin jest dowódcą.

Czyli uważa pan, że de facto dowódcą wojsk rosyjskich w Ukrainie jest Prigożyn?

Po tej nominacji, tak, tak uważam.

Prigożyn mówi teraz, że to on założył grupę Wagnera, podkreśla też, że ją finansuje. Wzywa rosyjskich polityków, by robili to samo, czyli zakładali prywatne firmy wojskowe. Jaka była rola w tworzeniu grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, a jaka – Dmitrija Utkina?

W tym tandemie zdecydowanie to Prigożyn kieruje, Utkin jest jego podwładnym. Trzeba podkreślić, że tam nie ma żadnych prywatnych pieniędzy Prigożyna. Ta struktura powstała za pieniądze państwowe, płynące z Ministerstwa Obrony.

To szczegółowo opisuję w trzeciej książce, która ogólnie dotyczy fenomenu grupy Wagnera, opisuje strukturę grupy. Na razie nie mam jeszcze wydawcy. Wydawnictwa jakoś nie są nią zainteresowane. Widzę, że wolą współpracować z tzw. ekspertami w tej tematyce. Muszę stwierdzić z całym przekonaniem, że ludzie, którzy wypowiadają się jako "eksperci od rosyjskich prywatnych firm wojskowych", nie wiedzą, o czym mówią.

Są doniesienia, że Prigożyn rekrutuje w więzieniach, obiecując amnestię po pół roku walki.

To potwierdzona informacja. Prigożyn robi wszystko, żeby chronić swoich weteranów, nie chce ich tracić w Ukrainie. Są pewne informacje, że niektóre oddziały, niektóre osoby są przerzucane z Afryki. Ale jemu zależy na tym, by nie tracić pozycji w Afryce i tego, co udało się wywalczyć.

Prigożyn mówi, że buduje w obwodzie ługańskim Linię Wagnera – na wzór Linii Maginota z II wojny światowej. Czy budowanie tego rodzaju umocnień ma sens? Czy może to czysta propaganda, ruch obliczony na to, by Prigożyn mógł pokazać swoją sprawczość?

To dwa w jednym: propaganda i sposób na kradzież budżetowych pieniędzy. Ale sensu w tym absolutnie nie ma. Czytałem o tej linii, oglądałem dostępne w sieci zdjęcia satelitarne. To nie ma nic wspólnego z Linią Maginota.

Linia Maginota to sieć wzmocnionych bunkrów ze stanowiskami artyleryjskimi. Już będąc we Francji odwiedziłem jeden z nich – tam można przetrwać atak nuklearny. To, co buduje Prigożyn, może służyć jedynie spowolnieniu przemieszczania się wojsk ukraińskich, na pewno nie są to stanowiska obronne. Już w czasie II wojny światowej czołgi pokonywały takie zapory. Żeby miało to sens, musiałyby być one co najmniej trzy razy wyższe.

Ostatnio w obwodzie ługańskim członek grupy Wagnera miał zastrzelić podpułkownika armii rosyjskiej, ponoć to nie pierwszy taki incydent. Najemnicy Prigożyna czują się bezkarni?

Najemnicy już dawno przestali czuć jakikolwiek respekt wobec przedstawicieli regularnej armii. To zaczęło się już w Syrii. To nawet nie tyle, że nie mieliśmy szacunku do syryjskich generałów. My nie mieliśmy szacunku do rosyjskich generałów. Owszem, dotrzymywaliśmy zasad wojskowej etykiety, udawaliśmy, że jest jakaś hierarchia, ale to były tylko pozory. To poczucie szacunku do gwiazd i lampasów wagnerowcy stracili dawno temu. Dlatego myślę, że takie sytuacje są jak najbardziej możliwe.

onet.pl