czwartek, 20 października 2022


7 października Departament Handlu USA wprowadził nowy pakiet przepisów regulujących eksport określonych rodzajów procesorów i środków do ich produkcji do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Ma on wchodzić w życie stopniowo, do 21 października br. Rozszerzono w nim znacząco katalog zaawansowanych półprzewodników objętych licencjonowaniem, zarówno tych, których produkcja ma miejsce w USA, jak i wytwarzanych przez używające technologii amerykańskich firmy w państwach trzecich. W sposób kompleksowy uregulowano też kwestie eksportu narzędzi (maszyn i oprogramowania) na potrzeby produkcji zlokalizowanej w ChRL, a także współpracy z chińskimi podmiotami wytwarzającymi aparaturę tego typu. Prawo zawiera również nakaz uzyskania przez osoby posiadające status „U.S. persons” (m.in. obywateli i rezydentów) licencji, jeśli zamierzają one „wspierać rozwój lub produkować” w ChRL określone rodzaje procesorów. Restrykcje dotyczą m.in. zaawansowanych typów pamięci DRAM i NAND oraz półprzewodników o wielkości tranzystora poniżej 14–16 nanometrów, a więc używanych do projektowania sztucznej inteligencji, w superkomputerach, nowoczesnych systemach uzbrojenia, ale i w najnowocześniejszej elektronice użytkowej.

Wobec podmiotów chińskich wdrożona została zasada „domyślnej odmowy” przyznania licencji, a ponadto o 31 tamtejszych firm poszerzono listę „niezweryfikowanych podmiotów”, które – o ile nie podejmą współpracy z rządem USA – mogą zostać całkowicie odcięte od amerykańskich technologii. Wprowadzenie obostrzeń wywołało natychmiastową destabilizację działalności należących do podmiotów z ChRL fabryk procesorów, zależnych od dostawców sprzętu oraz pracowników ze Stanów Zjednoczonych.

Wedle nowego prawa rozpatrywane będą natomiast wnioski o licencje dla międzynarodowych firm wytwarzających procesory w ChRL, szczególnie z przeznaczeniem na rynki zagraniczne. W zamyśle amerykańskiego ustawodawcy ma to zapobiec znaczącej destabilizacji funkcjonowania globalnych łańcuchów dostaw. Czasowe licencje (zwykle na okres jednego roku) na dalsze wykorzystanie amerykańskiej aparatury w Chinach uzyskały m.in. tajwański potentat TSMC oraz koreańskie przedsiębiorstwo SK hynix, które nie zgłaszają istotnych zakłóceń swej działalności w ChRL. Według Departamentu Handlu USA Waszyngton koordynował wprowadzenie prawa z kluczowymi sojusznikami.

Komentarz

Przyjęty pakiet należy uznać za jeden z najmocniejszych ciosów wymierzonych w Chiny od początku chińsko-amerykańskiej wojny handlowej, od kilku lat coraz silniej skupiającej się na dziedzinie zaawansowanych technologii. USA w sposób systemowy odcinają chiński sektor półprzewodników od najbardziej zaawansowanych amerykańskich procesorów, narzędzi ich projektowania, niezbędnego know-how i oprogramowania, a także od dostępu do amerykańskich i kształconych w USA specjalistów. Prawo wprowadzone przez administrację Joego Bidena rozszerza i systematyzuje działania wymierzone w chiński sektor półprzewodników, podejmowane konsekwentnie przez Waszyngton od czasów rządów Donalda Trumpa, ale dotyczące wówczas najczęściej jedynie poszczególnych firm lub produktów.

Decyzja Stanów Zjednoczonych jest istotnym krokiem w ich polityce odłączenia (decoupling) chińskiego ekosystemu technologicznego od państw rozwiniętych. Na podobne efekty nakierowany jest m.in. wprowadzony w sierpniu amerykański program przebudowy globalnego sektora procesorów „CHIPS and Science Act of 2022”. Ma on na celu m.in. doprowadzenie do przeniesienia fabryk procesorów z Azji do USA, przy szczególnym osłabieniu pozycji chińskiej (m.in. korporacje wytwarzające półprzewodniki w Chinach nie będą miały dostępu do amerykańskich subsydiów).

Pierwsze efekty gospodarcze nowych restrykcji widoczne były niemal natychmiast po ich wdrożeniu, gdy działalność części chińskich firm została sparaliżowana. Obostrzenia spowodowały również spadki cen akcji czołowych spółek sektora półprzewodników na tamtejszych giełdach, a także azjatyckich dostawców eksportujących do ChRL. Współpracę z kontrahentami z Chin zawiesiło szereg specjalistycznych przedsiębiorstw wytwarzających i serwisujących narzędzia do wytwarzania półprzewodników, w tym amerykańskie Applied Materials, KLA Corporation i Lam Research czy ulokowane w USA oddziały holenderskiego ASML. W trybie natychmiastowym, „do czasu określenia wpływu sankcji”, wycofały one swoich techników z chińskich fabryk oraz wstrzymały dostawy maszyn oraz wszelkie kontakty z klientami z ChRL. Wedle doniesień chińskich portali branżowych restrykcje doprowadziły do fali zwolnień wśród menedżerów i badaczy posiadających obywatelstwo USA (najczęściej pochodzenia chińskiego lub tajwańskiego). Zaczęło się to przekładać na zaburzenia w funkcjonowaniu łańcuchów dostaw, m.in. amerykański Apple zawiesił plany wykorzystania półprzewodników NAND produkcji chińskiej firmy Yangtze Memory Technologies. Ostateczne efekty obostrzeń ujawniać się będą na przestrzeni kolejnych kilku miesięcy. Rysujący się konsensus ekspertów sektora mówi jednak o spodziewanym drastycznym załamaniu chińskiej branży produkcji półprzewodników najnowszej generacji, przynajmniej w krótkim okresie.

Odpowiedź ChRL na działania Waszyngtonu pozostaje jak dotąd bardzo ograniczona, niemniej należy się spodziewać ostrzejszej reakcji Pekinu. Nowe restrykcje ogłoszone zostały – być może z premedytacją – na kilka dni przed historycznym XX Zjazdem Komunistycznej Partii Chin, całkowicie skupiającym uwagę kierownictwa ChRL na polityce wewnętrznej. Chińskie stowarzyszenia produkcji półprzewodników oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych oskarżają w swoich komunikatach USA o „dyskryminację” i nadmierną „sekurytyzację” sektora oraz wzywają społeczność międzynarodową do potępienia protekcjonizmu i unilateralizmu Waszyngtonu. Pekin może się starać zachęcać lub przymuszać inne państwa i zagraniczne podmioty (m.in. koreańskie, japońskie, tajwańskie, europejskie) do omijania sankcji, a także do stworzenia niezależnego od Stanów Zjednoczonych łańcucha dostaw do Chin. Może również próbować odcinać podmioty z USA od dostępu do kluczowych dla przemysłu elektronicznego surowców lub szykanować amerykańskich inwestorów obecnych w ChRL.

Można się też spodziewać nasilenia wysiłków Pekinu na rzecz uzyskania autonomii technologicznej w branży procesorów. Nowe restrykcje znacznie jednak poszerzają katalog technologii, które Chiny muszą wypracować samodzielnie. Dotychczas przeznaczyły one na ten cel ok. 100 mld dolarów, a system subsydiów został znacznie rozbudowany po odcięciu w 2020 r. Huawei od amerykańskich technologii, które doprowadziło do drastycznego zachwiania działalności firmy. Wedle szacunków branżowych w 2020 r. w Chinach wytworzono jedynie 16% procesorów wykorzystywanych przez tamtejszą gospodarkę (przy czym za dwie trzecie produkcji odpowiadały ulokowane tam firmy spoza ChRL), podczas gdy zakładany w kluczowych dokumentach państwowych cel to 70% rodzimego udziału do 2025 r. Należy się spodziewać, że w krótkim okresie odsetek ten wręcz spadnie, a co za tym idzie, zależność ChRL od importu półprzewodników z USA i ich sojuszników w Azji Wschodniej zwiększy się. Sprawia to, że Chiny stają się jeszcze bardziej podatne na amerykańskie blokady zewnętrznych dostaw.

osw.waw.pl

Jak zwróciła uwagę prowadząca "Poranek Radia TOK FM Weekend", Pekin zmienił się teraz nie do poznania. Miasta pilnują służby, również ochotnicze. Organizowane są wyrywkowe kontrole. Wprowadzono liczne obostrzenia, w tym także COVID-owe. Ogłoszono, że tylko od końca czerwca władze aresztowały pond 1,4 mln podejrzanych o przestępstwa w całym kraju, po to, "by stworzyć bezpieczne i stabilne środowisko polityczne i społeczne dla zjazdu partii". 

Także zdaniem Adriana Brony, "Pekin zamienił się w ostatnich dniach w twierdzę". A stało się tak głównie z dwóch powodów. - Pierwszym jest obawa o to, że może dojść do incydentu, który by popsuł, co by nie powiedzieć, święto polityczne w Chinach. A tego partia nie chce. Bardzo nie lubi, jeśli się dzieje coś nieprzewidywanego. Musi przecież budować wizerunek sprawnie zarządzanego państwa, w którym wszystko kontroluje - mówił w TOK FM doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jak dodał, drugim powodem jest pokaz siły. - Wszystko jest po to, by przekazać społeczeństwu, że partia nadal trzyma się mocno i nie zamierza poluzowywać swojej polityki wobec społeczeństwa -  dodał w rozmowie z Anną Piekutowską.

Mimo to na jednym z wiaduktów pojawiły się banery nawołujące do obalenia Xi. Ekspert przyznał, że to duża niespodzianka; a to tym bardziej, że pięć lat temu takich sytuacji nie było. - Teraz jeden z protestujących wywiesił dwa banery, w których krytykował politykę przeciwcovidową i personalnie samego Xi - co jest już nie do pomyślenia w Chinach. Nazwał go dyktatorem i nawoływał do jego ustąpienia - opowiadał gość TOK FM, podkreślając jednak, że to jednostkowy przypadek. Na większości mostów widoczna są banery chwalące Xi i jego myśl ideologiczną.

Przywódca Chin podczas przemówienia zapowiedział m.in. dążenie do "rozwiązania kwestii Tajwanu". - Będziemy dążyć do "pokojowego zjednoczenia" z całkowitą szczerością i wysiłkiem, ale "nigdy nie obiecamy, że wyrzekniemy się użycia siły i zastrzegamy sobie możliwość użycia wszelkich koniecznych środków" - mówił Xi, zaznaczając, że "jest to wymierzone wyłącznie w ingerencje zewnętrznych sił i niewielką liczbę separatystów dążących do niepodległości Tajwanu".

- Nie było zaskoczenia. Nie pojawiła się żadna nowa myśl, idea, polityka. To powtórzenie sloganów, które w ostatnich latach - lub jak w przypadku Tajwanu od dekad - funkcjonują w dyskursie partyjnym -  skomentował Adrian Brona.

Pekin uznaje demokratycznie rządzony Tajwan za część ChRL i dąży do przejęcia nad nim kontroli, ale większość mieszkańców wyspy nie popiera takiego rozwiązania. Co innego Chiny kontynentalne. 

- Fragment o Tajwanie był najdłużej oklaskiwanym ze wszystkich, co dużo mówi o nastrojach panujących w samych Chinach i o tym, jak dużą wagę partia przywiązuje do tego tematu - podkreślił ekspert. 

XX zjazd KPCh potrwa do 22 października i wyłoni też nowy skład najważniejszych organów partii. Oczekuje się, że numerem jeden w partii pozostanie Xi, który według obserwatorów skupił w swoich rękach najwięcej władzy od czasu Mao Zedonga.

W ocenie doktoranta (...), to bardzo prawdopodobny scenariusz. Choć, jak zastrzegł, kiedy Xi zaczynał przygodę na tym stanowisko, nie było to tak oczywiste jak dziś. - Konsensus był taki, że porządzi dziesięć lat. Ale teraz wszystko wskazuje na to, że dostanie i trzecią kadencję w roli sekretarza generalnego - prognozował. 

Czy będzie rządził dożywotnio? Eksperci nie są tutaj zgodni. Części mówi, że tak. Inni z kolei wskazują, że zrezygnuje po kilku latach - namaści na sekretarza generalnego swojego protegowanego, a sam będzie działał zakulisowo.  - Osobiście jestem zdania, że Xi będzie rządził tak długo, jak będzie chciał -  zastrzegł gość TOK FM. 

Według niego stanie się tak dlatego, że Xi skoncentrował już partię na sobie, a dodatkowo stworzył wiele mechanizmów, za pomocą których kontroluje KPCh.

- Czasami zwraca się uwagę, że ma 69 lat i nie może wiecznie rządzić, ale przecież po drugiej stronie oceanu jest Joe Biden o dekadę starszy. Skoro Biden może być prezydentem, to Xi może spokojnie być sekretarzem generalnym, kolejną dekadę - dopowiedział w rozmowie z Anną Piekutowską.

Zdaniem eksperta w najbliższych latach Xi nadal może dążyć do tego, by jeszcze bardziej umocnić swoją władzę. Jak wskazał, w grę mogłaby wchodzić np. likwidacja stałego komitetu - organu siedmioosobowego, ponad biurem politycznym. Gdyby tak się stało, to Xi podejmowałby już osobiście wszystkie decyzje. Ale, jak zastrzegł, jak na razie nie widać zapowiedzi takich zmian.

- Co to umacnianie jednowładzy oznacza dla przyszłości?  - dopytywała prowadząca.

- Usztywnienie polityki chińskiej - odpowiedział krótko ekspert UJ. Wskazał przy tym na rosnący od lat etatyzm, agresywną politykę wobec sąsiadów i innych państw, a także represyjnie traktowane mniejszości religijnych i etnicznych.  

- Jeśli Xi umocni władzę i będzie realizował swój program, możemy się spodziewać, że Chiny będą coraz szybciej szły w kierunku czystego, podręcznikowego totalitaryzmu - podsumował w TOK FM.

tokfm.pl

Administracja Joe Bidena nałożyła kolejne ograniczenia na sprzedaż niektórych zaawansowanych chipów komputerowych do Chin i Rosji. Ma to zahamować postępy rywali w zakresie obliczeń o wysokiej wydajności (HPC) i sztucznej inteligencji (AI).

Producenci chipów z Doliny Krzemowej Nvidia i AMD, których obejmie zarządzenie podkreślili, podał „New York Times”, że restrykcje dotyczą m.in wysokiej klasy procesorów graficznych wykorzystywanych w superkomputerach i operacjach opartych na sztucznej inteligencji. Produkty te w ostatniej dekadzie znalazły szerokie zastosowanie w największych superkomputerach wykorzystywanych przez naukowców i firmy internetowe np. do rozpoznawania mowy i identyfikacji twarzy na wideo.

Superkomputery służą np. potrzebom związanym z rozwojem broni i gromadzeniu danych wywiadowczych. Chiny stosują je też w inwigilacji mniejszości muzułmańskich.

– Jest to część zimnej wojny między Chinami a USA o prymat w zaawansowanych technologiach. Administracja Bidena, podobnie jak wcześniej Trumpa, stara się o ograniczenie dostępu firm, jak chiński Huawei, do zaawansowanych chipów i zagranicznej produkcji półprzewodników – podkreślił „NYT”. Jak dodał, Chiny zaprojektowały wiele chipów samodzielnie. W produkcji najbardziej zaawansowanych modeli polegają jednak na tajwańskich fabrykach.

Największy producent procesorów graficznych, Nvidia, przyznała, że będzie się musiała teraz ubiegać u władz federalnych o licencje eksportowe na sprzedaż dwóch wysokiej klasy chipów używanych w systemach serwerowych w centrach danych. Wymóg wiąże się z obawami Waszyngtonu że, Chinom i Rosji produkty te posłużą w realizacji celów militarnych. Nvidia ma wielu klientów tylko w pierwszym z tych krajów. Jak przyznała, ograniczenia wpłyną na biznes, który w ostatnim kwartale fiskalnym wygenerował ok. 400 mln dolarów przychodów. Według AMD restrykcje mogą zmniejszyć sprzedaż jednego z produktów wysokiej klasy firmy do Chin i Rosji. Nie sądzi jednak, że ograniczenia dotkną ją w dużej mierze. Jak komentował rzecznik chińskiego MSZ, działania Waszyngtonu są „typowe dla naukowego i technologicznego hegemonizmu”.

PAP

12 sierpnia Biuro ds. Przemysłu i Bezpieczeństwa Departamentu Handlu USA wydało rozporządzenie dotyczące zakazu eksportu czterech technologii umożliwiających produkcję półprzewodników i silników do turbin gazowych. Wśród tych technologii znajduje się oprogramowanie pomagające w projektowaniu m.in. chipów (ang. EDA - electronic design automation). Krok ten został uznany przez media w Chinach za „cios wymierzony w chiński sektor chipów”. Jednocześnie zakaz ten obejmuje oprogramowanie pozwalające projektować najnowocześniejsze chipy o wielkości 3 nm, których to firmy Państwa Środka nie mają jeszcze w swojej ofercie.

Globalny rynek oprogramowania EDA według danych Grand View Research wyniósł w 2021 r. 10,2 mld dolarów, a do 2030 r. spodziewany wzrost wyniesie ok. 9 proc. Ponad połowę rynku stanowi oprogramowanie do projektowania mikroprocesorów. Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez wyspecjalizowaną w badaniach rynku wysokich technologii tajwańską firmę TrendForce, wśród największych przedsiębiorstw z tej branży dwa pierwsze miejsca zajmują  firmy z USA, takie jak Synopsys i Cadence. Łącznie posiadają one ponad 60 proc. udziałów w rynku. Trzecie miejsce zajmuje niemiecki Siemens z 13 proc. udziałów.

Chińskie władze w założeniach Narodowego Głównego Projektu Nauki i Technologii w okresie od 2008 r. do 2020 r. uznały rozwój oprogramowania EDA za jeden z priorytetowych celów. Podobne zapisy znajdują się w wytycznych czternastego Planu Pięcioletniego na okres 2021-2025. Obecnie Chiny posiadają ok. 30 firm produkujących tego typu oprogramowanie. Do największych z nich należą Semitronix, Empyrean Technology czy Primarius Technologies. Jednak żadna z nich nie jest w stanie opracować oprogramowania umożliwiającego projektowanie chipów mniejszych niż 5 nm.

Dodatkowo udział lokalnych firm zajmujących się produkcją rozwiązań EDA na chińskim rynku stanowi jedynie 10 proc. jego wartości. Prof. Fu Wei z Uniwersytetu Tsinghua twierdzi, że „droga do pełnej niezależności Chin jest jeszcze bardzo długa i wymaga wspólnego wysiłku”. Potwierdzenie tych słów można znaleźć w danych ICWise, firmy zajmującej się analizą chińskiej branży elektroniki i półprzewodników, według których w całych Chinach oprogramowaniem EDA zajmuje się  grupa 3 tys. inżynierów, podczas gdy tylko w amerykańskim Synapsie pracuje 13 tys. specjalistów.
 
wnp.pl

Po tym jak południowokoreański sąd najwyższy zezwolił na zajmowanie własności japońskich firm na poczet wypłaty odszkodowań dla robotników przymusowych z okresu II wojny światowej, Tokio wprowadziło ograniczenia w eksporcie chemikaliów kluczowych dla produkcji półprzewodników, pamięci półprzewodnikowych i ekranów dotykowych. Japonia dostarcza ok. 90% światowej produkcji poliamidów i ok 70% fluorowodoru. Z kolei południowokoreańskie Samsung i SK Hynix pokrywają ponad 60% globalnego zapotrzebowania na wykorzystywane w telefonach pamięci DRAM i NAND flash, a także ponad 90% ekranów OLED. 

Potencjalnie zagrożony jest więc łańcuch dostaw surowców i części niezbędnych do produkcji elektroniki. Podzespoły południowokoreańskich firm są wykorzystywane przez globalne koncerny jak Apple czy Huawei. Opóźnienia w dostawach i wzrost kosztów produkcji odbiją się na klientach, którzy będą musieli zapłacić więcej za nowe smartfony. Pierwsze symptomy spowolnienia dostaw są już widoczne. Południowokoreański urząd celny poinformował, że w ciągu pierwszych 20 dni sierpnia eksport Republiki Korei zmalał o 13%, a sprzedaż półprzewodników zmalała aż o 30%. 

Pewnym rozwiązaniem jest reorganizacja łańcucha dostaw i znalezienie nowych dostawców. Korea prowadzi już rozmowy w tej sprawie z firmami chemicznymi z Chin, USA, Kanady i Belgii. Będzie to jednak niezwykle trudne, zważywszy na bliską monopolu pozycję japońskich producentów. Ostrożne szacunki mówią, że wdrożenie nowych dostawców i zastąpienie przez nich Japończyków zajmie od trzech do czterech lat. 

Koreańczycy usiłują podejmować środki odwetowe w postaci bojkotu konsumenckiego japońskich zabawek, czy kociej karmy. Z kolei rząd w Seulu ogranicza eksport “dóbr strategicznych”, takich jak produkty związane z branżą zbrojeniową i kluczowych maszyn. Jest to jednak trudne zważywszy na sięgający w ubiegłym roku 24 mld USD deficyt Korei Południowej w handlu z Japonią, spowodowany sprowadzaniem produktów niezbędnych dla przemysłu. Nakłada się na to jeszcze mocna pozycja japońskich firm na rynku lokalnym, będąca efektem dużych inwestycji bezpośrednich, pożyczek i pomocy rozwojowej. Od chwili normalizacji dwustronnych stosunków w roku 1965 Japonia wpompowała w południowokoreańską gospodarkę setki milionów dolarów, traktując to jako formę zadośćuczynienia za lata okupacji.

Konflikt handlowy przypada w fatalnym dla Samsunga momencie. Światowy lider produkcji smartfonów zaplanował na wrzesień wprowadzenie do sprzedaży modeli Galaxy Note 10 i Galaxy Fold, pierwszego telefonu ze zginającym się ekranem. Firma twierdzi, że przygotowała zapasy niezbędnych surowców produkcyjnych, a także stara się dostosować harmonogram produkcji do zmienionych warunków. Mimo tego nie wiadomo, w jaki sposób działania podejmowane przez stronę japońską odbiją się na dostawach obu modeli smartfonów.
 
wnp.pl

środa, 19 października 2022


Siły rosyjskie przesunęły się na północ od Awdijiwki i na południowy zachód od Bachmutu, ale kolejne natarcia agresora na południowych i wschodnich obrzeżach tego miasta, w rejonie Bachmutiwki, na północ i zachód od Gorłówki oraz w łuku na zachód od Doniecka zakończyły się niepowodzeniem. Wojska ukraińskie odparły też ataki na południowy wschód i północny wschód od Siewierska. Wzrosła intensywność rosyjskich działań zaczepnych na odzyskanych przez obrońców we wrześniu obszarach obwodu charkowskiego – do ataków doszło na południowy wschód i północ od Kupiańska, gdzie nacierający mieli uzyskać niewielkie powodzenie, i na zachód od leżącego przy granicy z Rosją Wołczańska. Fiaskiem miała się zakończyć ukraińska próba przełamania pozycji przeciwnika na południe od Dawidywego Bridu w obwodzie chersońskim.

Najeźdźcy mają gromadzić dodatkowe siły w obwodach ługańskim i chersońskim. W samym Chersoniu liczbę rosyjskich żołnierzy ocenia się na 20–25 tys., przy czym mają oni być zdemoralizowani i nie przejawiać gotowości do walki. Agresor zbudował improwizowaną przeprawę pod uszkodzonym mostem Antonowskim na Dnieprze (siły ukraińskie miały już przeprowadzać na nią ataki). Źródła rosyjskie oceniają wzmocnienie wojsk ukraińskich w obwodzie chersońskim na kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych żołnierzy. Ukraińcy zintensyfikowali także działania w obwodzie zaporoskim, dokąd przerzucono dużą liczbę dronów. Na linii frontu na południe od Zaporoża wzrosła aktywność ich grup dywersyjno-rozpoznawczych. Do wybuchów – najprawdopodobniej w wyniku ich działań – miało dojść na Krymie – w Dżankoju i Sewastopolu (w rejonie lotniska Belbek) – oraz w rosyjskim Biełgorodzie.

Najeźdźcy kontynuują ataki na infrastrukturę energetyczną w różnych częściach Ukrainy. Ich celami – często po raz kolejny – były Kijów, Charków, Dniepr, Kamieńskie, Krzywy Róg, Mikołajów, Odessa, Zaporoże, Żytomierz oraz obiekty w obwodach chmielnickim, winnickim i dniepropetrowskim. Ukraińcy informowali o zestrzeleniu części rakiet i większości atakujących dronów kamikadze. Artyleria i lotnictwo obu stron nadal przeprowadzały ataki na pozycje i zaplecze przeciwnika wzdłuż linii styczności. Rosjanie dodatkowo ostrzeliwali i bombardowali przygraniczne rejony obwodów sumskiego i – w mniejszym stopniu – czernihowskiego.

Według komunikatu szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Kyryła Budanowa pierwsza zamówiona przez Rosję partia irańskich dronów kamikadze liczyła 1750 sztuk. Ukraińskie systemy mają zestrzeliwać „blisko 70%” atakujących dronów (wcześniej Dowództwo Sił Powietrznych oceniało skuteczność obrony na 85%). Budanow stwierdził także, że zapas rakiet do systemów Iskander spadł do poziomu 13% przy bezpiecznym minimum wyznaczonym na 30%. Z kolei Dowództwo Sił Powietrznych podało, że pomiędzy 13 września, kiedy to odnotowano pierwsze zestrzelenie, a 19 października obrońcy unieszkodliwili 223 drony kamikadze Shahed-136 (oznaczane w Rosji jako Gerań-2). Wcześniej minister obrony Ołeksij Reznikow informował, że przeciwnikowi pozostało niespełna 300 irańskich dronów.

18 października sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapowiedział dostarczenie Ukrainie „w najbliższych dniach” systemów do zwalczania irańskich dronów w postaci „setki” stacji zagłuszających. Niemcy przekazały Kijowowi pięć wozów zabezpieczenia technicznego Bergepanzer 2 (łącznie od sierpnia dostarczyli ich dziesięć), 167 tys. nabojów do broni strzeleckiej, siedem niesprecyzowanych systemów pontonowych, umundurowanie zimowe i sprzęt grzewczy. 16 października rozpoczęło się przekazywanie Grecji niemieckich bojowych wozów piechoty Marder (wysłano 6 sztuk, do 21 października ma dotrzeć kolejnych 14, a w nieokreślonym późniejszym terminie – jeszcze 20), w zamian za które ma ona dostarczyć Ukrainie 40 posowieckich BMP-1.

19 października Władimir Putin podpisał dekret „O wprowadzeniu stanu wojennego na terytoriach Donieckiej Republiki Ludowej, Ługańskiej Republiki Ludowej, obwodów zaporoskiego i chersońskiego”. W uzasadnieniu powołano się na ustawę z 30 stycznia 2002 r. „O stanie wojennym”, pozwalającą wprowadzić go na części terytorium Rosji w celu odparcia agresji. Prezydent polecił premierowi utworzyć specjalną międzyresortową radę koordynacyjną mającą zająć się organizacją funkcjonowania terytoriów objętych stanem wojennym i zabezpieczeniem „specjalnej operacji wojskowej”. Wezwał też Ministerstwo Obrony i inne resorty siłowe do przedstawienia w ciągu trzech dni planu swoich działań na terenach objętych reżimem wojennym. Putin stwierdził, że decyzja o stanie wojennym to reakcja na ukraińskie „ataki terrorystyczne” na Most Krymski i inne obiekty infrastruktury krytycznej FR. Jednocześnie Kreml nie zdecydował się na wprowadzenie stanu wojennego w obwodach graniczących z Ukrainą i na okupowanym Krymie.

Dzień wcześniej, 18 października dowódca Połączonej Grupy Wojsk Sił Zbrojnych FR w strefie „specjalnej operacji wojskowej” Siergiej Surowikin udzielił wywiadu, w którym przyznał, że sytuacja na froncie jest napięta, a siły ukraińskie nie rezygnują z atakowania pozycji rosyjskich. Zapowiedział, że aby zminimalizować straty własne, tempo natarcia zostanie spowolnione oraz podejmowane są działania mające na celu zwiększenie siły bojowej i liczebnej jednostek, utworzenie dodatkowych rezerw i umocnienie pozycji obronnych na całej linii frontu. Surowikin, który wciąż pełni funkcję dowódcy Sił Powietrzno-Kosmicznych FR, podkreślił znaczenie kontynuowania ataków lotnictwa i dronów bojowych na obiekty wojskowe i infrastruktury krytycznej. Sytuację w rejonie Chersonia określił jako trudną. Przyznał, że w wyniku ukraińskich ostrzałów rakietowych niszczone są obiekty infrastrukturalne i szlaki komunikacyjne biegnące przez Dniepr. Oskarżył Kijów o rzekome przygotowywanie zmasowanego ataku rakietowego na tamę elektrowni wodnej w Kachowce oraz oświadczył, że priorytet stanowi sprawna ewakuacja ludności na lewy brzeg Dniepru, zaś plany utrzymania Chersonia będą zależeć od rozwoju sytuacji taktycznej. Władze okupacyjne szacują, że ewakuacja obejmie ok. 50–60 tys. ludzi. Surowikin wskazał ponadto, że celem politycznym Moskwy jest doprowadzenie do sytuacji, w której Ukraina „będzie niezależna od Zachodu i NATO” i stanie się państwem przyjaznym Rosji.

19 października białoruski resort obrony po raz kolejny zdementował informacje o rzekomej mobilizacji, ale przyznał, że komisje wojskowe prowadzą „rutynową” rejestrację osób zdolnych do służby wojskowej, a sprawdzanie zdolności mobilizacyjnych zakończy się do końca roku. W ocenie ukraińskiego Sztabu Generalnego na Białorusi trwa skryta mobilizacja pod pretekstem okresowych szkoleń rezerwistów na poligonach, a dużą wagę przywiązuje się do wyszkolenia dodatkowych załóg czołgów i operatorów rakietowych systemów przeciwlotniczych.

Komentarz

Z przekazu stron wynika, że zbliżająca się bitwa o Chersoń będzie należała do najcięższych i – pod względem politycznym – najważniejszych batalii od wybuchu wojny. Działania Rosjan świadczą o tym, że chcą oni utrudnić przeciwnikowi spodziewany atak za pomocą środków nie tylko militarnych. Masowa ewakuacja ludności z obwodu chersońskiego może – w przypadku podjęcia przez Kijów decyzji o rozpoczęciu ataku podczas jej trwania – doprowadzić do masakry cywilów. Sugestia Surowikina, że wojsko ukraińskie zniszczy tamę na Zbiorniku Kachowskim (zatopieniu uległby wówczas duży fragment okupowanego aktualnie przez Rosjan obszaru prawobrzeżnej części obwodu chersońskiego wraz z Chersoniem), pozwala przyjąć, że Moskwa sama nie wyklucza ewentualności jej wysadzenia, by oskarżyć o to Kijów. Po wycofaniu jednostek rosyjskich na lewy brzeg Dniepru i wejściu znaczących sił ukraińskich na okupowany obecnie teren te ostatnie znalazłyby się w pułapce.

Potencjalne problemy, z którymi armia ukraińska musiałaby się zmierzyć w przypadku decyzji o odbiciu Chersonia, w połączeniu z intensyfikacją działań rozpoznawczych i logistycznych oraz niszczeniem rosyjskiego zaplecza w obwodzie zaporoskim pozwalają przypuszczać, że Kijów nie wyklucza, iż to właśnie ten obwód stanie się głównym kierunkiem uderzenia. Mogłoby do tego dojść nie tylko w razie niepowodzenia w obwodzie chersońskim – działania podejmowane na przedpolach Chersonia mogą także służyć maskowaniu prawdziwego celu głównego ataku. Odbicie tego miasta miałoby duże znaczenie polityczne, lecz nie przyniosłoby Ukrainie żadnych istotnych profitów natury strategicznej, podczas gdy zajęcie węzłowego Melitopola ponownie odcięłoby Krym od lądowego połączenia z Rosją. Sukces ten – wraz z utrudnieniem przeprawy na półwysep po uszkodzeniu mostu nad Cieśniną Kerczeńską – znacząco ułatwiłby armii ukraińskiej dalsze posunięcia na rzecz odzyskania półwyspu, a obszar względnie skutecznej okupacji zostałby ograniczony do Donbasu.

Wprowadzenie stanu wojennego na terenach okupowanych przez Rosję (poza Krymem) jest konsekwencją wcześniejszej decyzji o ich aneksji w granicach administracyjnych. Wskutek tego część tych formalnie „rosyjskich” obszarów kontroluje Ukraina i toczą się na nich działania wojenne, co Putin uznał za bezpośredni akt agresji. Oznacza to, że przyszłe posunięcia wojsk rosyjskich skoncentrują się na przełamaniu pozycji sił przeciwnika na południu i wschodzie kraju. Niewykluczone jednak, że Rosja, chcąc uzyskać tam powodzenie, zdecyduje się też na działania na innych kierunkach.

Publiczne wystąpienie Surowikina może świadczyć o rewizji dotychczasowej polityki informacyjnej rosyjskiego resortu obrony opartej na codziennych zdawkowych komunikatach opisujących sytuację na froncie. Wypowiedź ta ma potwierdzić jego samodzielność w planowaniu i realizacji dalszych działań bojowych na Ukrainie. Przyznanie, że istnieją duże trudności w odpieraniu ataków przeciwnika, ma w zawoalowany sposób zasugerować możliwość oddania Chersonia. Z kolei podkreślenie znaczenia działań sił powietrznych może być zapowiedzią intensyfikacji ataków lotniczych na terytorium Ukrainy (w tym bombardowań).

osw.waw.pl

Maciej Szopa: Co skłoniło Pana do udziału w walkach w Ukrainie?

Na Ukrainę trafiłem jako ratownik medyczny-wolontariusz w ramach oddolnego projektu, którego celem była ewakuacja medyczna rannych na zachód. Początkowo transportowaliśmy ich do szpitali w Polsce, a następnie działania te przeobraziły się w ewakuacje do szpitali zagranicznych i rannych przewoziliśmy do samolotów medycznych lądujących w Rzeszowie-Jasionce. Na przełomie marca i kwietnia zacząłem pomagać poznanym na miejscu Ukraińcom szkolić ochotników i wojsko z zakresu ratownictwa taktycznego. Co mnie zachęciło żeby tam jechać? Chęć weryfikacji dotychczasowych umiejętności, zdobycie dodatkowej praktyki i przede wszystkim dołożenie od siebie pewnego wysiłku w walce ze wspólnym wrogiem. Niestety to właśnie wojna jest najlepszym miejscem żeby zdobywać nowe doświadczenia: zarówno medyczne jak i taktyczne.

Ale ostatecznie los rzucił Pana do artylerii. Jak to się stało?

To był trochę przypadek. Moim założeniem jadąc po raz drugi na Ukrainę było zaangażowanie się w ewakuację rannych na wschodzie. Ale wtedy, w miejscach gdzie miałem kontakty, było bardzo dużo wolontariuszy, a jednocześnie miałem cały czas aktywną propozycję działania jako medyk przy zabezpieczaniu obsługi artylerii. Zgodziłem się na to, choć w praktyce wyszło tak, że działałem jako zwykły artylerzysta.

Czyli był Pan ładowniczym?

Rotowałem się na kilku stanowiskach, chłopaki mnie rzucali na różne funkcje. Początkowo po prostu jeździłem z nimi na robotę. Zabezpieczałem, ich jako medyk jednocześnie obserwując co robią. Potem zaczęli mnie angażować na poszczególne stanowiska, może nie wszystkie, bo nie każdy np. wprowadzał nastawy.

Jak wyglądała Pana frontowa codzienność?

Bazę mieliśmy nieco dalej od linii frontu, w okolicach większych miast regionu. Woleliśmy angażować więcej czasu na dojazd kosztem zmniejszenia ryzyka wykrycia i porażenia miejsca składowania sprzętu i amunicji. To był duży plus, po zjechaniu z roboty mieliśmy szansę na to żeby odtworzyć zdolność bojową i odpocząć. Natomiast nadal to nie wykluczało zagrożenia. Miasto było regularnie ostrzeliwane czy to przez lotnictwo czy artylerię dalekiego zasięgu. Cele militarne zostały porażone już wcześniej więc Rosjanie ostrzeliwali generalnie osiedla cywilne.

Intensywność działań była zależna głównie od pogody. Jeśli była nielotna i drony nie mogły latać przez wiatr i deszcz to pracy było automatycznie mniej. Ale zdarzało się też, że były po dwa wyjazdy dziennie. Wtedy zaczynaliśmy wcześnie nad ranem, segregując amunicję nominałami, ładując ją na ciężarówkę, przygotowując wóz i jadąc dalej w rejon wyczekiwania. Tam czekaliśmy aż droniarze przekażą nam koordynaty.

Z rzeczy, które zapadły mi w pamięć, to na pewno startujące Toczki. Najpierw było je widać na horyzoncie, startowały jakieś pięć kilometrów od nas. Potem przeszły nad naszymi głowami i rozpędzając się poszły w kierunku rosyjskim. Widzieliśmy je między chmurami, później szedł dźwięk. To były dwie sztuki, szły gdzieś na północ od Siewierodoniecka. Zaraz potem walnęła niedaleko awiacja. No i jeżdżące Kraby – tu łezka się kręciła w oku.. Widzieliśmy też polskie hełmy, polski sprzęt na checkpointach i polskie oporządzenie, które z Polski trafiło na wschód.

Z kim Pan pracował, co to byli za ludzie?

Byłem jedynym Polakiem w ukraińskim pododdziale, a więc nie w jednostce stricte międzynarodowej. Byli ze mną Ukraińcy ze wschodu, południa i zachodu Ukrainy. Wiekowo byli to różni ludzie, od osób po dwudziestce, po ludzi w wielu około 60 lat. Więc niezły przekrój. Atmosfera była zdecydowanie na plus. To była jednostka ochotnicza, złożona niemal wyłącznie z ochotników poza 1-2 znanymi mi żołnierzami kontraktowymi. Ci ludzie mieli ogromną motywację i pracowali w artylerii od początku wojny. Z tego co wiem to był ich trzeci kierunek, na którym ten pododdział walczył. Widać było ich ogromną motywację i wolę walki.

A jeśli chodzi o kulturę pracy. Miał Pan poczucie, że pracuje z ludźmi z zachodu, czy jakieś klimaty postsowieckie jednak były?

Był element wschodniej „ułańskiej fantazji", ale jeśli chodzi o trzymanie się procedur i całokształt mentalności to był to bardziej zachód.

Jakie działo obsługiwaliście?

To była stara haubica holowana D-20 kalibru 152 mm. Nie wiem czy zdobyta od Rosjan czy pochodząca z magazynów Sił Zbrojnych Ukrainy. Z kolei, ciężarówka z tego co mi wiadomo była zakupiona ze zbiórki publicznej. Sama obsługa działa, haubicy holowanej nie jest bardzo trudna. Tam jest kilka pokręteł, kilka bezpieczników do składania i rozkładania podpór. Istotne bardziej było reagowanie na sytuacje awaryjne i zacięcia. Ważne było czyszczenie, konserwacja, rozkładanie zamka i wszystkich elementów iglicy. To ostatnie wymaga pewnej wiedzy i wprawy. Najbardziej skomplikowaną czynnością było obliczanie nastaw przy braku komputerów balistycznych. Łatwe jest za to samo ustawianie działa posiadając gotowe nastawy.

Praca przy takim dziale to ciężka praca fizyczna?

Pocisk do D-20 waży ponad 40 kilogramów.  W komplecie z łuską/ładunkiem miotającym i skrzynią to ponad 60 kg. To naprawdę było wyczerpujące. Siłownia się przydaje w tej specjalizacji i czuć to w plecach. Samo podanie z ciężarówki 20 pocisków 152 mm, szczególnie jeśli to dopiero pierwsza robota w danym dniu, to ciężki temat. Człowiek jest już po załadowaniu całych skrzynek na ciężarówkę. Potem dojeżdża w rejon i trzeba ściągnąć pakiet startowy w rejon haubicy i ewentualnie potem podawać dodatkowe pociski, jeśli jest potrzeba kontynuowania ognia.

Łuski zostawialiście czy braliście z powrotem?

Jeśli czas pozwalał zabieraliśmy z powrotem, bo istnieje szansa na ich ponowną elaborację. Jeśli nie było czasu to zostawialiśmy na miejscu. Zostawały po nas raczej skrzynie na amunicję a nie łuski.

Wspomniał Pan o droniarzach, czyli operatorach bezzałogowców. Oni jeździli razem z wami?

Drony były integralną częścią oddziału. Mieliśmy dzięki nim własne rozpoznanie i te dane nie pochodziły z zewnątrz. Byliśmy więc samodzielni. Natomiast sami pracowali gdzieś bliżej frontu, na kilka kilometrów od pozycji nieprzyjaciela. My podjeżdżaliśmy na tyle blisko, żeby strzelać w cel, który znajdował się mniej lub bardziej w głębi pozycji przeciwnika.

Jaki zasięg ma haubica D-20? Około 20 km?

Ok 17 km w zależności od zastosowanej amunicji. Czasem podjeżdżaliśmy na kilka kilometrów od linii frontu, czasem kilkanaście. Zależy jak głęboko znajdował się cel i jaka była koncepcja zadania.

Wiedzieliście w co strzelacie, czy po prostu droniarze wam podawali nastawy gdzie strzelać?

Dzięki łączności przez terminale Starlink, które były głównym źródłem łączności i komunikacji live, moglibyśmy wiedzieć, gdybyśmy te dane chcieli pozyskać. Na początku zadania otrzymywaliśmy gotowe wstępne nastawy. Wystarczyło tylko strzelać i wprowadzać na bieżąco korekty ognia. Komunikacja głosowa była non-stop, więc mieliśmy na bieżąco poprawki albo np. informacje, że amunicja nie wybucha i trzeba wkręcić inne zapalniki.

Mogliście długo być na pozycji po pierwszym strzale? Odliczaliście czas?

Nie było odliczania ze stoperem w ręku, ale staraliśmy się strzelać jak najmniejszą liczbą pocisków. Kilka strzałów i zmiana stanowiska ogniowego.

Sami podejmowaliście decyzję o zmianie?

Decyzja zapadała na podstawie informacji z rozpoznania z dronów. Zdarzało się, że zależało im na jakimś celu i wystrzelaliśmy prawie całą ciężarówkę, czyli ponad 20 pocisków z jednego stanowiska. Wtedy niestety byliśmy dłużej na stanowisku. Zwiększone ryzyko w takiej sytuacji było balansowane tym, że pracowaliśmy jako jedna haubica a nie cała bateria, więc mieliśmy niższy priorytet jeśli chodzi o ogień kontrbateryjny.

Czyli łączność była kluczowa, nie musieliście się martwić o wiele rzeczy...

Tak, no chyba, że ustawiliśmy antenę Starlinka za blisko działa i przy wystrzale się destabilizowała i zgubiła zasięg. Trzeba było wtedy czekać aż połączy się jeszcze raz. Zresztą, trzeba mieć świadomość, że strzelając w okolicy zabudowań kilkanaście metrów za haubicą potrafią wypadać szyby z pickupa.

To ochronniki słuchu były raczej obowiązkowe.

Większość osób używało aktywnych ochronników słuchu. Inni po prostu na komendę strzał zatykała uszy i kontynuowała robotę bez ochronników słuchu. Do tego dochodzi bród i kurz przy wystrzale. Ze stanowisk, wracaliśmy cali brudni i wypompowani z energii. Szczególnie jeśli był suchy i gorący dzień.

I wreszcie odpoczynek...

W nocy jeszcze czyszczenie haubicy, często „na latarkach". Pomimo zmęczenia trzeba było przygotować haubicę do pracy. Samo czyszczenie lufy i konserwacja bieżąca, więc tu nie było dużej filozofii.

Jak reagowali ludzie na was, tzn. kiedy rozstawialiście się niedaleko ich domów. Nie bali się ognia kontrbateryjnego, zemsty Rosjan?

W planowaniu trzeba było to uwzględniać i to było ważne. Były sytuacje, że lokalsi z dość bliskich zabudowań widząc, że rozstawiamy się przychodzili i prosili nas, nawet na kolanach, żebyśmy pojechali gdzie indziej. Czasem wręcz kładli się na drogach. I odjeżdżaliśmy, bo nie chcieliśmy i nie mogliśmy ich narażać. Często też po wjechaniu do miejscowości przyfrontowych i krótkim postoju pomiędzy zabudowaniami wyskakiwało kilku żołnierzy i mówili: „cześć chłopaki zdradzacie nasze stanowisko, odjeździe gdzieś dalej." I też odjeżdżaliśmy, nie wiedząc pierwotnie nawet o ich obecności.

Ludność cywilna w większych miastach z kolei była przyzwyczajona do wojska. Życie w miarę normalne się tam toczyło. A im bliżej frontu tym częściej pozostawali w domach tylko starsi ludzie. Ze względu na wiek i przywiązanie do domu nie chcieli go opuścić. Młodzi, bardziej obrotni pojechali na zachód, a starsi zostawali. I wiele wojska można było spotkać pochowanego po całej okolicy.

To było zaskoczenie dla Rosjan, że jeździcie pojedynczymi haubicami i stanowiliście, jak to się mówi, „niskowartościowy cel"?

Stosowaliśmy klasyczne rozproszenie sił i to miało sens. Mijaliśmy często wiele takich „niskowartościowych" celów – pojedynczych dział i wyrzutni rakiet z pojazdem towarzyszącym. Kiedyś obok nas przyjechała wyrzutnia Grad. Rozstawiła się - nawet nie widzieliśmy kiedy – strzeliła krótką salwę i zjechała ze stanowiska. To przynosiło efekty. Zwykle tego ognia kontrbateryjnego nie było. Kilka razy Grady spadły blisko nas i raz lotnictwo coś atakowało w okolicy.

W dużej odległości spadały te Grady?

Dwieście-trzysta metrów, ale uksztaltowanie terenu i nasze ukrycie powodowały, że odłamki nas nie raziły. Tu można pochwalić dowódców mojego poddziału. Oni dobrze planowali i dobierali stanowiska ogniowe. Maksymalnie wykorzystywali teren. Było to brane pod uwagę zarówno, jeżeli chodzi o ukrycie armaty jak i planowanie dróg odejścia w wypadku porażenia nas przez przeciwnika. To wszystko było przemyślane, nie było przypadków znajdowania przypadkowych stanowisk ogniowych, które nie zapewniałyby nam przynajmniej maskowania.

Maskowanie odgrywało dużą rolę?

Typowych siatek maskujących nie używaliśmy. Dlaczego? Nie wiem. Być może lenistwo, a może raczej chęć skrócenia czasu pozostawania na stanowisku. Rozwinięcie siatek to kilka minut. Zwinięcie - co najmniej minuta, a trzeba szybko zjechać. Coś za coś. To była decyzja wewnętrzna naszego pododdziału. Ale u nas bardziej chodziło o szybkie opuszczenie stanowiska ogniowego.

Czy krążyły nad wami drony nieprzyjaciela?

Nie widzieliśmy ich nigdy, na etapie rozstawiania się działa, kierowca był w pierwszej kolejności odpowiedzialny za trzymanie sektora „niebo". Natomiast kiedy byliśmy rozstawieni i czekaliśmy na informacje z bezzałogowców niebo patrzyła większa liczba par oczu.

Na takim wyjeździe było duże poczucie zagrożenia? Stres?

Generalnie praca przy armatach holowanych wymaga od nas dość dużego wysiłku fizycznego zarówno podczas obsługi jak i zajmowania się logistyką. Praca na stanowisku ogniowym i przemieszczanie się bez pancerza oznacza, że jakiekolwiek oddziaływanie ogniowe przeciwnika w rejonie wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem. Świadomość tego ryzyka była. Ważniejsze było jednak zaakceptowanie go na wczesnym etapie co pozwalało nam pracować z czystą głową skupiając się tylko na robocie. Cały czas słyszeliśmy nad głową przelatujące pociski artyleryjskie, także nasze. Żołnierz dość szybko może wyrobić sobie zdolność do oceny czy pocisk jest blisko, daleko, czy zbliża się czy oddala. I wie czy trzeba reagować i się kryć.

W czasie walk o Lisiczańsk mówiło się, że Rosjanie wystrzeliwują 10 razy tyle pocisków co Ukraińcy. Mieliście niedobory amunicji?

Mogę się wypowiadać z punktu widzenia pododdziału, w którym byłem. Nigdy nie było czegoś takiego, że amunicji zabrakło. Zawsze był jej zapas przynajmniej na jeden-dwa wyjazdy, czy kilka mniejszych robót. Amunicja przyjeżdżała do nas na bieżąco w tym zdobyczna amunicja rosyjska. W pewnym momencie sprzętu zrobiło się naprawdę dużo – było go więcej niż ludzi. Bardziej istotnym problemem niż brak amunicji były problemy techniczne, szczególnie z zapalnikami. Czasem nie odpalały. Ale mieliśmy informacje od droniarzy na bieżąco i reagowaliśmy poprzez wymianę na inną serię.

Jaka była jakość tej zdobycznej rosyjskiej amunicji w porównaniu z ukraińską i tą z Europy Środkowo-Wschodniej?

Za krótko tam byłem, żebym mógł to wiarygodnie ocenić. Ja akurat na własne oczy widziałem problemy ze 152 mm amunicją „zachodnią". Ta amunicja była leciwa. Dopiero pod sam koniec mojej obecności pojawiła się rosyjska. Problem był z niektórymi seriami produkcyjnymi polskich zapalników. W razie potrzeby przekręcaliśmy je na inną wersję. Chłopaki mówili, że wcześniej podobne problemy mieli z amunicją czeską.

Mieliście poczucie, że to Rosjanie dominują, że jesteście niemal w okrążeniu? Donbas był wtedy praktycznie workiem otoczonym przez siły rosyjskie...

Nie, nie było to odczuwalne. Wokół była masa ukraińskich jednostek, które na zapleczu jeździły, podobnie jak my. W okolicy Bachmutu, Siewierska... Nie mieliśmy wrażenia, że przeciwnik nas otacza.

Nie było grup przenikających przez front? Nie chroniliście się przed takim zagrożeniem?

Generalnie staraliśmy się wystawiać ubezpieczenia, na tyle na ile liczebność obsługi działa to umożliwiała. Do tego tak dobierać stanowiska, aby ograniczać drogi podejścia. Sami nigdy nie odnotowaliśmy takiego przypadku. Większym problemem byli cywile, którzy mogli przekazywać informację przeciwnikowi. Nasycenie wojskiem na zapleczu było jednak takie, że ciężko by było im prowadzić jakieś działania.

Jakie wnioski dla Polski możemy wyciągnąć z tego czego Pan doświadczył w Ukrainie?

W wielu miejscach widziałem albo słyszałem o różnych jednostkach ochotniczych. Od wolontariuszy na tyłach, którzy zajmują się kompletowaniem apteczek, dystrybucją pomocy humanitarnej, przez szkoleniowców - cywili szkolących ochotników których grupy działaniem przypominają nasze organizacje proobronne. Były też jednostki ochotników typowo działające na froncie. I nie chodzi tu tylko o legion międzynarodowy, tylko też o te jednostki ukraińskie, które oddolnie się tworzyły. Widać tam na każdym kroku, że przed agresją broni się całe państwo a nie tylko wojsko jako instytucja. Myślę, że trzeba zaakceptować fakt, że w przypadku wojny podobne jednostki będą się tworzyły także w Polsce. Będą ochotnicy, którzy będą chcieli walczyć i tacy, którzy będą chcieli pomagać na tyłach. Uważam, że wojsko powinno opracować pewne procedury i ramy takiej potencjalnej współpracy chociażby z ochotniczym personelem medycznym tak by maksymalnie wykorzystać ich potencjał na korzyść państwa.

Dziękuję za rozmowę.

defence24.pl

wtorek, 18 października 2022


O ile przed pomarańczową rewolucją Kreml zajmował się głównie osłabianiem tendencji "separatystycznych" w Ukrainie w sferze "wspólnej przeszłości", o tyle po fiasku z akcesją Wiktora Janukowycza w 2004 r. coraz bardziej widoczny stał się nowy dyskurs antagonistyczny.

Już podczas ukraińskich wyborów prezydenckich w 2004 r. rosyjscy technolodzy polityczni wymyślili i agresywnie rozpowszechniali ideę "ukraińskiego nazizmu" — wykorzystując między innymi fakt, że w otoczeniu Wiktora Juszczenki znaleźli się przedstawiciele radykalnie prawicowych partii i organizacji (na przykład partii Swoboda).

Wizerunek Juszczenki w nazistowskim mundurze na billboardach w Doniecku, określenia "Naszyści" (odnoszące się nie do prokremlowskiego rosyjskiego ruchu młodzieżowego "Nasi", lecz do partii "Nasza Ukraina"), "pomarańczowa zaraza" (podobna do "brunatnej zarazy") to pierwsze zewnętrzne oznaki nowej ukraińskiej tematyki inspirowanej przez Kreml.

Zadanie ułatwili im sami ukraińscy nacjonaliści. Kultywują wyidealizowany obraz ukraińskich organizacji nacjonalistycznych (z pierwszej połowy XX w.) i ich przywódców, a także relatywizują współpracę z nazistami podczas II wojny światowej i inne działania swoich idoli (w tym nawet współudział w Holokauście i masakrze polskiej ludności cywilnej na Wołyniu w 1943 r.).

W latach 2007—2009 wybuchła wojna o pamięć. Rosyjska klasa rządząca, jej słudzy propagandowi i kliki kulturalne aktywnie walczyły przeciwko międzynarodowemu uznaniu Hołodomoru za ludobójstwo, rozpoczęły dyplomatyczne eskapady przeciwko "gloryfikacji OUN i UPA" (co rzeczywiście stało się częścią polityki pamięci państwowej w Ukrainie za czasów Juszczenki) i coraz bardziej kultywowały medialny obraz Ukrainy jako terytorium jaskiniowych nacjonalistów.

W 2008 r. Putin złożył oświadczenie, które można uznać za programowe. Nie wiemy, co wyczytał z klasyków imperialnej historiografii, ale jego retoryka na szczycie NATO w Bukareszcie po raz pierwszy zaznaczyła dość wyraźnie rewizję "wspólnej przeszłości" w duchu "łączenia ziem".

Po pierwsze, zwrócił uwagę na fakt, że we współczesnej Ukrainie jedna trzecia ludności to Rosjanie, a na Krymie jeszcze więcej. Po drugie, poinformował, że Ukraina jest państwem złożonym, powstałym w czasach sowieckich, czyli bardzo niedawno.

Po trzecie, słuchacze dowiedzieli się, że państwo to otrzymało pewne terytoria od sąsiadów i "ogromne terytoria" od Rosji. Po czwarte wreszcie, że wprowadzenie "kwestii NATO" do dyskusji o perspektywach Ukrainy może postawić ten kraj "na krawędzi istnienia samej państwowości".

Łatwo zauważyć, że tezy te stanowią podstawę wyobrażeń Putina o Ukrainie jako podmiocie historycznym. Ukraina to "fałszywe" państwo zmontowane ze skrawków obcych terytoriów. Jako taka staje się ofiarą złego NATO, zamiast żyć w zgodzie z Rosją.

Za prezydentury Janukowycza (który doszedł do władzy w 2010 r.) antagonizmy dotyczące "wspólnej przeszłości" nieco zelżały. Ale we wrześniu 2013 r. Putin ponownie postanowił podzielić się swoimi poglądami na temat historii Ukrainy. Tak jak pięć lat wcześniej, nieujawnioną przyczyną był ruch Ukrainy w kierunku Zachodu, tak tym razem chodziło o umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską.

W rozmowie z Associated Press rosyjski prezydent powiedział, że Rosjanie i Ukraińcy to "jeden naród", ochrzczony w jednej historycznej chrzcielnicy. Dodał też, że podziwia ukraińską kulturę, muzykę i taniec oraz szanuje pragnienie Ukraińców do życia osobno — ale wspomniał ponownie o terytoriach przekazanych Ukrainie przez Rosję i zaznaczył, że dopiero w zjednoczonym (z Rosją) kraju, przy zjednoczeniu "obu części Rosji", Ukraina stała się dużym państwem europejskim.

Ogłaszając, że szanuje dążenie Ukraińców do integracji z Europą, Putin jednocześnie rozpoczął wojnę celną z Ukrainą, a następnie doprowadził do rezygnacji przez Kijów podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Doprowadziło to do protestów społecznych w Ukrainie, które zimą 2014 r. przerodziły się w powstanie na dużą skalę przeciwko Janukowyczowi ("Euromajdan").

Korzystając z rewolucyjnego chaosu, Putin zaanektował Krym i sprowokował konflikt zbrojny na Donbasie, który przerodził się w hybrydową wojnę Rosji z Ukrainą.

Historia i pamięć stały się częścią tej wojny. W Rosji kult "wielkiego Zwycięstwa" (w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, jak Rosjanie nazywają II wojnę światową) coraz bardziej przekształcał się w kult militaryzmu, wyrażony w najbardziej radykalnej formie w haśle "możemy to powtórzyć" (odwrócenie antyfaszystowskiego hasła "Nigdy Więcej") — w tej formie stał się uzasadnieniem wojny hybrydowej przeciwko Ukrainie.

Na Donbasie kult ten został skutecznie przekształcony w ideę kontynuacji dzieła 9 maja: "my" nie skończyliśmy wojny w 1945 r. i kończymy teraz, walcząc z faszystami, kunktatorami i "banderowcami". Jak widzimy, przerodziło się to następnie w ideologię wojny z Ukrainą na pełną skalę.

Równocześnie rozwijał się temat "krain historycznych". W marcu 2014 r., uzasadniając akt aneksji Krymu, Putin stwierdził, że, podobnie jak ziemie "południowej Rosji", został on przekazany Ukrainie bezprawnie, jak "worek kartofli", najwyraźniej zapominając, że działo się to na obszarze, na którym żył ten sam "jeden naród". Jeśli Ukraińcy i Rosjanie to jeden naród, to co ma do tego "worek kartofli"?

W kwietniu 2014 r. Putin ogłosił kolejne historyczne odkrycie, ogłaszając Donieck, Ługańsk, Charków, Mykołajów, Chersoń i Odessę jako "Noworosję" i ponownie wyraził zdziwienie z powodu "przekazania" tych ziem przez bolszewików Ukrainie.

W październiku tego samego roku powtórzył tę ukochaną lekcję geografii historycznej na posiedzeniu Klubu Wałdajskiego, wspierając ją rytualnymi zapewnieniami o poszanowaniu suwerenności Ukrainy.

W konsekwencji tych ćwiczeń pojawił się projekt polityczny stworzenia "Noworosji" — na razie w ramach separatystycznych republik ługańskiej i donieckiej. Zwołano nawet swoisty parlament "Noworosji". Projekt został jednak odłożony, gdyż w Syrii pojawiły się inne pilne sprawy.

W końcu czytelnik historycznych ksiąg postanowił spróbować swoich sił jako pisarz. Latem 2021 r. Putin zachwycił opinię publiczną długim artykułem "O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców", który stał się swoistym kompendium wszystkich jego wcześniejszych wypowiedzi i argumentów: o jednym narodzie, o wspólnej historii, o szczególnych prawach Rosjan w Ukrainie, o ukraińskich "nacjonalistach—nazistach", o podarowanych przez dobrą Rosję terytoriach.

Artykuł, opublikowany w języku rosyjskim i ukraińskim, wywołał rozgłos w mediach. W ogólnym potoku komentarzy (od entuzjastycznych po szyderczo ironiczne) pojawiła się informacja, że rosyjskie Ministerstwo Obrony zaleciło wpisanie artykułu Naczelnego Wodza na listę literatury obowiązkowej w uczelniach wojskowych. Wielu uważało te wiadomości za żołniersko-biurokratyczną egzotykę. Teraz nie wygląda to już tak komicznie.

Naczelny Wódz sumiennie powtórzył główne tezy swojego artykułu w nie mniej długim przemówieniu z 21 lutego 2022 r., poprzedzającym wybuch krwawej tragedii, która w jego wykonaniu szybko przeradza się w upiorną farsę: świeżo upieczony pisarz-historyk już próbuje swoich sił w roli rekonstruktora historii.

Porównuje się do Piotra Wielkiego i udaje, że jednoczy "stare" ziemie. A jego ideologiczny sztab generuje propagandowe klisze, które mają potwierdzać jedyny prawdziwy obraz "specjalnej operacji wojskowej".

Zamiłowanie do historii, prowokujące do gry w "czołgi" na wyimaginowanych rekonstrukcjach historycznych i na rzeczywistym polu walki, to nie jest tylko rozrywka znudzonego prezydenta Rosji. Trajektoria, po jakiej ewoluował Putin historyk od czytelnika do pisarza, a następnie do animatora jest w istocie zgodna z tym, co myśli znaczna część jego poddanych.

Jak wynika z badań opinii publicznej, większość Rosjan nie jest wcale najbardziej dumna z osiągnięć nauki, kultury czy nawet armii (tu zresztą możemy się zgodzić: armia, która była w Buczy, jest warta wstydu). Przede wszystkim są dumni z historii, z przeszłości.

Od 1994 do 2020 r. to właśnie historia zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce w łańcuchu skojarzeniowym Rosjan, gdy są pytani o swój naród. A zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej stale zajmuje najważniejsze miejsce w świadomości historycznej.

onet.pl/meduza.io

Głównym zadaniem Regionalnego Zgrupowania Wojsk (RZW), w którego skład wchodzą siły zbrojne (SZ) Białorusi i Rosji, jest ochrona Państwa Związkowego. Formowanie RZW następuje na wniosek jednego z państw, które informuje o zagrożeniach. Działania podejmowane w latach ubiegłych wskazywały, że w skład RZW wchodzą SZ Białorusi oraz część jednostek Zachodniego Okręgu Wojskowego (OW) Rosji. Jednostki tworzące RZW ćwiczyły regularnie, a największymi sprawdzianami stanu ich zdolności były realizowane naprzemiennie w dwuletnich odstępach manewry Zapad oraz Tarcza Związku. Na lutowe manewry Sojusznicze Zdecydowanie Rosja zdecydowała się jednak wysłać jednostki Wschodniego OW, co świadczyło o możliwości dowolnego kształtowania składu i wielkości RZW.

Anonsując decyzję o rozpoczęciu formowania RZW, Alaksandr Łukaszenka wskazał na zagrożenie płynące z państw NATO, w tym z Polski, która modernizuje swoje jednostki stacjonujące na wschodzie państwa. W odpowiedzi na białoruską prośbę Rosja wyśle do 9 tys. żołnierzy wraz ze sprzętem (m.in. 170 czołgów, 200 samochodów opancerzonych). Pierwsze komponenty rosyjskich sił lądowych dotarły na centralną i północną Białoruś 15 października. 16 października Rosja rozpoczęła z kolei przerzucanie komponentu lotniczego, którego oficjalnym zadaniem ma być wsparcie SZ Białorusi w ochronie granicy z NATO.

W dniach 11–12 października przeprowadzono na Białorusi kompleksowy sprawdzian stanu gotowości bojowej dwóch samodzielnych brygad zmechanizowanych i jednej desantowo-szturmowej. 14 października białoruskie władze przyznały ponadto, że w związku z napiętą sytuacją na zachodniej granicy wprowadzony został stan „zwiększonego zagrożenia terrorystycznego”. Oznacza to, że – niezależnie od formowania RZW – białoruskie służby, głównie KGB, otrzymały dodatkowe możliwości prowadzenia działań przy granicy z państwami NATO. Wcześniej, 10 października, Łukaszenka podpisał dekret, który podporządkował organy bezpieczeństwa, w tym KGB, jedynie prezydentowi państwa (dotąd podlegały one również rządowi i Radzie Bezpieczeństwa Państwa). Na Białorusi trwa też jesienny pobór do wojska. Wedle nieoficjalnych informacji prowadzona jest ponadto mobilizacja rezerwistów odpowiadających głównie za kwestie logistyczne i aprowizacyjne. Może to świadczyć o tym, że Białoruś będzie wspierała zaplecze tyłowe Rosji w jeszcze szerszym zakresie niż dotąd.

Poprzez wskazanie rosnącego zagrożenia ze strony państw NATO białoruskie władze mogą dążyć do uniknięcia bezpośredniego zaangażowania swoich SZ w działania zbrojne na Ukrainie. Rozwinięcie RZW i ogłoszenie stanu podwyższonego zagrożenia terrorystycznego ma dodatkowo wzmocnić przekaz o niebezpieczeństwie grożącym ze strony państw wschodniej flanki. Działania władz Białorusi powodują jednak zwiększenie rosyjskiej obecności wojskowej w tym państwie, a tym samym wzrost napięcia zarówno w stosunkach z Ukrainą, jak i z państwami NATO. Choć ponowne otwarcie frontu kijowskiego z użyciem sił Białorusi jest obecnie mało prawdopodobne, strona ukraińska stale podkreśla istotne zagrożenie związane z białoruskim terytorium i udostępnianiem Rosji przestrzeni powietrznej Białorusi w celu prowadzenia ataków na Ukrainę. Konieczność uwzględniania możliwości ataku z Białorusi ogranicza też siły i środki, które mogłyby zostać przerzucone na wschód i południe Ukrainy.

Od początku aktywnej fazy wojny Białoruś wspiera Rosję, udostępniając swoje terytorium rosyjskim SZ dla prowadzenia działań przeciwko Ukrainie. Po wycofaniu się Rosjan z północnej części Ukrainy na Białorusi pozostała niewielka część rosyjskich jednostek (ok. 1 tys. żołnierzy), co wymusza na Ukrainie utrzymywanie przy granicy z tym państwem wzmocnionej obrony. Z Białorusi prowadzone są ostrzały rakietowe oraz ataki dronów na cele cywilne i infrastrukturę energetyczną Ukrainy. Białoruś wspiera też Rosję, umożliwiając leczenie rannych, dostarcza także paliwo i smary na potrzeby rosyjskich jednostek walczących na Ukrainie. W ostatnich tygodniach białoruskie władze zdecydowały się również na przekazanie Rosji co najmniej 67 czołgów T-72A ze swoich zapasów, niezbędnej amunicji i innego uzbrojenia. Na rosyjskie potrzeby pracują też białoruskie zakłady remontowe, naprawiając sprzęt wojskowy. Najprawdopodobniej na Białoruś trafi też część zmobilizowanych w ostatnich tygodniach Rosjan. Po przeszkoleniu przez białoruskich instruktorów mogą oni zostać wysłani na Ukrainę.

(...)

pism.pl

poniedziałek, 17 października 2022


Najcięższe walki toczą się w rejonie Bachmutu i położonego na północny wschód od niego Sołedaru. Według części źródeł siły ukraińskie rozpoczęły ściąganie do miasta rezerw w celu wzmocnienia obrony. Wojska rosyjskie miały kontynuować presję na linii rzeki Żerebeć w północno-wschodniej części obwodu donieckiego, powstrzymując próby sforsowania jej przez obrońców. Jednostki ukraińskie miały odeprzeć natarcia na południowy wschód od Siewierska, na północno-zachodnich obrzeżach Gorłówki oraz w łuku na zachód od Doniecka. W obwodzie chersońskim (według źródeł nieoficjalnych) Ukraińcy podejmowali nieskuteczne próby natarcia na rosyjską linię obrony pomiędzy Dawydiwym Bridem a Dudczanami.

Rosjanie nadal prowadzą uderzenia z wykorzystaniem rakiet i dronów, a ich celem jest głównie infrastruktura energetyczna. Rankiem 17 października w Kijów trafiło pięć dronów kamikadze. Atakowane były również Dmytriwka w obwodzie kijowskim, Charków, Mikołajów, Odessa i Zaporoże. W obiekty infrastruktury energetycznej uderzano także w obwodach dniepropetrowskim i sumskim. Większość dronów i część rakiet zestrzelono.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo kontynuują uderzenia na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności i w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. Permanentnie atakowane są Nikopol wraz z okolicami, a na linii frontu – Orichiw w obwodzie zaporoskim i Bachmut. Celami uderzeń były także Konstantynówka w obwodzie donieckim i infrastruktura portowa Oczakowa. Strona ukraińska atakowała głównie pozycje i zaplecze sił rosyjskich w obwodach chersońskim i ługańskim, a w ostatnich dniach zwiększyła też intensywność ostrzału i bombardowań w obwodzie zaporoskim. Siły obrońców ostrzelały również budynki administracji rosyjskiej w Doniecku. Ukraińskie akty dywersji po raz kolejny odnotowano w rejonie lotniska w Melitopolu oraz w okolicach Berdiańska.

17 października ministrowie spraw zagranicznych państw Unii Europejskiej oficjalnie podjęli decyzję o uruchomieniu misji wsparcia wojskowego (EU Military Assistance Mission), której koszty określono na 100 mln euro w ciągu dwóch lat. Zajmie się ona szkoleniem blisko 15 tys. żołnierzy ukraińskich (12 tys. w ramach kursu podstawowego oraz 2,8 tys. specjalistów). Niemcy zadeklarowały, że na ich terytorium naukę otrzyma 5 tys. wojskowych (pozostałe 10 tys. – najprawdopodobniej w Polsce). Dwa dni wcześniej prezydent Emmanuel Macron zatwierdził plan przeszkolenia we Francji 2 tys. żołnierzy ukraińskich. Szef francuskiego resortu obrony Sébastien Lecornu potwierdził ponadto przekazanie systemów przeciwlotniczych Crotale. Ich pierwsza bateria może zostać wysłana na Ukrainę w ciągu dwóch miesięcy, po zakończeniu procesu szkolenia.

W nowym (23. od sierpnia 2021 r.) pakiecie amerykańskiej pomocy wojskowej o wartości 725 mln dolarów znajdą się m.in.: pociski do wyrzutni HIMARS (w tym rakiety naprowadzane GMLRS); 23 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej 155 mm; 500 sztuk amunicji precyzyjnej 155 mm (najprawdopodobniej М982 Excalibur); 5 tys. pocisków kasetowych 155 mm do minowania narzutowego z ładunkiem przeciwpancernym Remote Anti-Armor Mine (RAAM); 5 tys. sztuk broni przeciwpancernej; rakiety przeciwradiolokacyjne AGM-88 HARM; ponad 200 samochodów terenowych HMMWV. Niemcy przekazały Ukrainie 16 mostów czołgowych Biber (na podwoziu czołgu Leopard 1), zaś Norwegia zamierza zakupić 17 tys. sztuk posowieckiej amunicji artyleryjskiej kalibrów 122 mm i 152 mm (nie wskazano źródła jej pochodzenia).

Według ukraińskiego ministra obrony Ołeksija Reznikowa Rosja wykorzystała na Ukrainie ponad dwie trzecie posiadanych rakiet balistycznych i manewrujących. 24 lutego miała dysponować łącznie 1844 rakietami (900 systemu Iskander bazowania naziemnego, 500 typu Kalibr bazowania morskiego oraz 444 typów Ch-101 i Ch-555 bazowania powietrznego). Z kolei 12 października w ich arsenale miało się znajdować 609 rakiet (124 systemu Iskander, 272 typu Kalibr oraz 213 Ch-101 i Ch-555). Rosjanom miało pozostać jeszcze także blisko 300 irańskich dronów kamikadze. W zestawieniu przygotowanym przez ukraiński resort obrony nie uwzględniono innych typów użytkowanych przez armię rosyjską rakiet, głównie manewrujących (łącznie kilkanaście typów), oraz ewentualnej produkcji po 24 lutego.

16 października Sztab Generalny Ukrainy potwierdził, że aktywność sił ukraińskich na południu kraju spowodowała, że Rosjanie rozpoczęli ewakuację pracowników i mienia administracji z Chersonia na Krym. 13 października kolaboranccy przedstawiciele anektowanej części obwodu chersońskiego poinformowali, że Siły Zbrojne Ukrainy rozpoczęły ofensywę na Chersoń, i zwrócili się do Moskwy o pomoc w zorganizowaniu ewakuacji ludności. Z kolei według przedstawiciela tzw. Ługańskiej Milicji Ludowej wojska ukraińskie przygotowują natarcie w kierunku Kreminnej i Swatowego, które ma nastąpić w dniach 18–20 października.

Na Białoruś przewożone są pierwsze oddziały rosyjskie wchodzące w skład rozwijanego od 9 października Regionalnego Zgrupowania Wojsk Federacji Rosyjskiej i Republiki Białorusi (RZW). Białoruski resort obrony poinformował, że rosyjski komponent będzie liczył ok. 9 tys. żołnierzy wyposażonych w ok. 170 czołgów, do 200 bojowych wozów piechoty oraz do 100 dział i moździerzy. Nie ujawniono, jakiego rodzaju jednostki zostaną rozmieszczone, ale na podstawie podanej liczby wojskowych można przyjąć, że dojdzie do rozwinięcia zgrupowania stanowiącego ekwiwalent co najmniej dwóch brygad lub – zależnie od potencjału pododdziałów zabezpieczenia – pułków wojsk lądowych oraz że zostaną wzmocnione siły powietrzne (w tym oddziały wyposażone w bezpilotowce bojowe). Wojska rosyjskie nadal korzystają ze wsparcia materiałowego Białorusi. Od 11 października z tamtejszych magazynów wywieziono do Rosji co najmniej 67 czołgów T-72A.

15 października wiceszef rosyjskiej delegacji przy ONZ Konstantin Woroncow poinformował, że Rosja zamierza przekazać Białorusi kompleksy rakietowe Iskander-M z podwójnymi wyrzutniami i rozważa dostosowanie białoruskich samolotów typu Su-25 do przenoszenia broni jądrowej. Decyzję uzasadnił możliwym wysunięciem infrastruktury nuklearnej NATO na wschód oraz zamiarami Polski, która „od kilku lat deklaruje chęć pełnego włączenia się do misji jądrowych”. Dodał, że obecnie „nie planuje się ani wyposażania białoruskich systemów w głowice nuklearne, ani przemieszczania takich głowic na Białoruś”.

14 października Alaksandr Łukaszenka potwierdził ogłoszenie na Białorusi „operacji antyterrorystycznej”. Jednym z jej efektów jest militaryzacja kadr Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Część personelu otrzymała broń palną, przeprowadzane są szkolenia na wypadek rozpoczęcia działań wojennych oraz przygotowywane są plany ewakuacji ludności z obszarów zagrożonych walkami. W ocenie ukraińskiej służby granicznej sytuacja na granicy z Białorusią pozostaje napięta, nie odnotowano jednak zmian w charakterze poczynań jednostek sąsiada rozmieszczonych wzdłuż niej.

15 października Władimir Putin zapowiedział, że częściowa mobilizacja na terenie kraju zakończy się do końca października, a od 21 września udało się zarejestrować 222 tys. osób z zakładanych 300 tys. Około 33 tys. zmobilizowanych przebywa już w jednostkach wojskowych, a 16 tys. skierowano na front. Prezydent Rosji odrzucił możliwość ogłoszenia powszechnej mobilizacji i skrytykował „głupotę” władz wojskowych, które nieumiejętnie przystąpiły do wykonania planowanych w tym zakresie działań, posłużywszy się w tym celu zdezaktualizowanymi bazami danych.

Odnosząc się do słów Putina o przebiegu mobilizacji, dowódca Połączonych Sił Zbrojnych Ukrainy Serhij Najew oświadczył, że powstaną nowe jednostki, przy pomocy których może zostać dokonane przegrupowanie i przygotowanie do operacji ofensywnej. Ocenił, że dostępny zasób mobilizacyjny Rosjan to ok. 2 mln osób – są to ludzie, którzy niedawno zostali zwolnieni ze służby wojskowej i uczestniczyli w okresowych szkoleniach. Z kolei całość rosyjskich rezerw mobilizacyjnych oszacował na ok. 29 mln ludzi.

Z Rosji napływają kolejne informacje o problemach ze zrealizowaniem planu mobilizacji. W Saratowie część zmobilizowanych jest wysyłana na front bez wcześniejszego przeszkolenia. Powołanych przetrzymuje się po kilka dni pod strażą w składach kolejowych. Sygnalizowane są niedobory w podstawowym wyposażeniu żołnierzy – brakuje hełmów i kamizelek kuloodpornych. Za własne pieniądze mają oni kupować śpiwory i elementy odzieży zimowej. 15 października na jednym z poligonów Zachodniego Okręgu Wojskowego doszło do strzelaniny, w której 11 osób zginęło, a 15 zostało rannych. Okoliczności incydentu świadczą o niedostatecznej weryfikacji powoływanych do służby, ich niezadawalającej kondycji psychicznej oraz złym stanie dyscypliny w obozach szkoleniowych (np. pojawianie się konfliktów narodowościowych czy oznak buntu przeciwko wysłaniu na front).

Komentarz

W przekazach obu stron pojawia się coraz więcej informacji o mających się w najbliższym czasie rozpocząć lub zintensyfikować kolejnych działaniach ofensywnych Sił Zbrojnych Ukrainy. Najważniejszym z nich ma być odzyskanie Chersonia i wyparcie wojsk agresora z prawego brzegu Dniepru. O przygotowywaniu się obu stron do takiego rozwiązania ma świadczyć rozpoczęta przez Rosjan ewakuacja. Podjęte przez okupanta działania nie przesądzają jednak o planowanym opuszczeniu prawobrzeżnej części Ukrainy. Należy przyjąć, że Rosjanie chcą do minimum ograniczyć cywilne wykorzystanie miejsc i środków przeprawowych przez Dniepr, których utrzymanie będzie miało decydujące znaczenie dla zachowania łączności z zapleczem w przypadku bitwy o Chersoń. Za rychłym atakiem wojsk ukraińskich przemawiają postępujące zwiększanie potencjału zgrupowania agresora (nawet przy uwzględnieniu słabego przygotowania kierowanych do obwodu chersońskiego nowo zmobilizowanych żołnierzy) oraz zbliżająca się pora jesienno-zimowa, która będzie faworyzować siły najeźdźcy.

Dotychczasowe postępy w rozwijaniu białorusko-rosyjskiego zgrupowania wojskowego wskazują, że jest to demonstracja siły mająca utrzymać stan napięcia na granicy nie tylko z Ukrainą, lecz także z Polską, Litwą i Łotwą. Białoruscy wojskowi podkreślają, że wejście wojsk rosyjskich wynika rzekomo z rosnącego zagrożenia ze strony NATO dla bezpieczeństwa militarnego Republiki Białorusi i Państwa Związkowego, w związku z czym potencjał obrony granicy musi zostać zwiększony „w celu ograniczenia działalności wojskowej na terenach państw sąsiadujących z Białorusią”. Deklarowana liczebność wojsk rosyjskich na Białorusi jest obecnie zbyt mała, aby – bez wsparcia sił białoruskich – mogły one posłużyć do realizacji nowej pełnoskalowej ofensywy na północ Ukrainy. Należy oczekiwać, że Rosjanie będą kontynuować ataki powietrzne z terytorium Białorusi na większą skalę.

Istnieje prawdopodobieństwo, że Rosjanie przy wsparciu białoruskim zdecydują się na sprowokowanie incydentów w rejonie granicy, zmuszając w ten sposób Kijów do zwiększania potencjału obronnego na północnym jej odcinku. Zgrupowanie może też zostać użyte do działań na Ukrainie w razie niekorzystnego dla agresora przebiegu bitwy o Chersoń. W takim przypadku jego celem nie byłoby zajęcie określonego fragmentu terytorium na północy kraju, lecz zaangażowanie jednostek armii ukraińskiej, by nie mogły służyć wsparciem na południu.

Informację Woroncowa o rozważanym przystosowaniu samolotów szturmowych Su-25 lotnictwa białoruskiego do przenoszenia taktycznej broni jądrowej należy uznać wyłącznie za kolejny element rosyjskiej wojny psychologicznej. Su-25 są jednymi z niewielu typów maszyn bojowych w lotnictwie państw posowieckich nieprzystosowanym do przenoszenia taktycznej broni jądrowej z racji charakteru realizowanych przez lotnictwo szturmowe zadań. Jeżeli Moskwa podejmie decyzję o przekazaniu Białorusi taktycznych ładunków jądrowych, to do ich przenoszenia – bez konieczności wprowadzania zmian konstrukcyjnych – mogłyby służyć wprowadzane w ostatnich latach do służby w lotnictwie białoruskim wielozadaniowe samoloty bojowe Su-30SM.

Oświadczenie Putina o bliskim zakończeniu częściowej mobilizacji nie przesądza o jej faktycznej skali. Napływające z Rosji informacje o kłopotach organizacyjnych związanych ze złym przygotowaniem zmobilizowanych lub nawet odstąpieniem od ich przeszkolenia przed wysłaniem na front świadczą o dużym pośpiechu w uzupełnianiu poniesionych strat. Powtarzające się sygnały o brakach w podstawowym wyposażeniu żołnierzy, złych warunkach w miejscach skoszarowania, a także o incydentach świadczących o niskiej dyscyplinie wskazują, że większość uzupełnień nie będzie miała dużych zdolności bojowych. Wysyłanie na front źle przygotowanych żołnierzy wywoła wzrost rosyjskich strat i utrudni przeprowadzenie skutecznej operacji ofensywnej na dużą skalę.

osw.waw.pl

niedziela, 16 października 2022


Do sobotniej strzelaniny na poligonie wojskowym w Rosji, w której, według oficjalnych informacji, zginęło 11 osób, a 15 zostało reannych, doszło po wypowiedzeniu przez jednego z dowódców obraźliwych słów pod adresem Allaha - informuje w niedzielę niezależny portal Meduza.

Projekt dziennikarski Astra, który cytuje Meduza, podał, że do strzelaniny mogło dojść na tle religijnym. Astra powołuje się na jednego z wojskowych, który twierdzi, że był świadkiem zdarzenia.

Rozmówca projektu utrzymuje, że konflikt zaczął się od tego, że trzech żołnierzy - Dagestańczyk, Azer i Adygejczyk - chcieli "napisać raporty w sprawie tego, że nie chcą już służyć, bo to nie ich wojna". Jeden z dowódców - według rozmówcy serwisu to podpułkownik Andriej Łapin - "zebrał wszystkich" i powiedział, że "to święta wojna".

Po tym - twierdzi świadek - wojskowi pochodzący z Tadżykistanu oświadczyli, że święta wojna, to wojna muzułmanów przeciwko niewiernym. W odpowiedzi Łapin miał wtedy nazwać Allaha "słabeuszem" albo "tchórzem". Dowódca miał powiedzieć: "czyli Allah to tchórz, jeśli nie pozwala walczyć za ten kraj, przed którym złożyłeś przysięgę". Ta wymiana - jak relacjonuje źródło - "zszokowała" wielu obecnych na miejscu.

Wkrótce podczas ćwiczeń ze strzelania trzy osoby pochodzące z Tadżykistanu, służące na podstawie kontraktu, powiedziało innym muzułmanom, by odeszli na bok, a następnie zabili Łapina, po czym zaczęli strzelać w kogo popadnie. Zdaniem źródła mieli oni zabić jeszcze 29 osób.

Jeden z wojskowych po usłyszeniu strzelaniny rzekomo zabił dwóch napastników i ranił trzeciego, któremu jednak udało się uciec.

Astra zaznacza, że nie zdołała potwierdzić tożsamości osób, które miały brać udział w konflikcie.

(...)

Na południu Ukrainy stosunek strat ukraińskich do rosyjskich wynosi 1 do 6,5 - poinformowała w niedzielę wiceminister obrony Ukrainy Hanna Malar.

Malar podkreśliła, że takie dane przekazał dowódca zgrupowania Południe ukraińskich sił zbrojnych generał Andrij Kowalczuk.

Obecnie stosunek strat sił ukraińskich do rosyjskich wynosi w przybliżeniu 1 do 6,5. Jak wskazał generał, "krytyczny punkt" stosunku strat to 1 do 8; później armia przeciwnika będzie "rozsypywać się" pod względem psychologicznym.

Dowódca zaznaczył, że siły rosyjskie są w "dosyć trudnej sytuacji na południu, ale to nie czas, by się rozluźniać". "Wręcz przeciwnie - trzeba zgromadzić całą naszą siłę i moc i wypchnąć rosyjską armię z naszej ziemi" - oznajmił generał.

(...)

Siły okupacyjne rozpoczęły ewakuację tzw. państwowych instytucji z zajętej przez nie części obwodu chersońskiego na południu Ukrainy - przekazuje w niedzielę sztab generalny sił zbrojnych Ukrainy.

"Okupanci wzmacniają działania filtracyjne w obwodzie chersońskim i zaczęli proces ewakuacji tzw. państwowych instytucji" - czytamy w wieczornym komunikacie sztabu.

Z informacji, jakie posiada sztab, wynika, że z Chersonia na anektowany Krym wywożeni są pracownicy i majątek banków oraz zakładów emerytalnych.

Nie ma paniki, jest zamieszanie przed "gestem dobrej woli".

(...)

Sztab Generalny: Rosja nasila ataki na mieszkańców w okupowanej części obwodu chersońskiego, kradnie mienie. Rosjanie nasilają ataki na Ukraińców mieszkających w okupowanych częściach obwodu chersońskiego, które mogą obejmować sprawdzanie ich rzeczy osobistych i włamania do domów.

(...)

Rosyjskie dowództwo wysyła na linię frontu nie odpowiednio przeszkolonych zmobilizowanych. "Szkolenia dla zmobilizowanych praktycznie nie ma: w Rosji trwa ono jeden dzień, na granicy z Ukrainą ogranicza się do niecałego tygodnia...", powiedział jeden ze zmobilizowanych.

"To tylko nieprzygotowane "mięso" na razie pójdzie tutaj". Wojskowi Federacji Rosyjskiej omawiają mobilizację w Federacji Rosyjskiej i narzekają na żałosne wyposażenie armii rosyjskiej w porównaniu z Siłami Zbrojnymi Ukrainy.

onet.pl