piątek, 14 października 2022


Pod koniec września dyrektorka szkoły w Niekrasówce wezwała do placówki matkę dziesięcioletniej dziewczynki, aby ustalić, dlaczego jej córka wybrała żółto-niebieską kombinację kolorów na swojego awatara oraz dlaczego nie uczęszcza na "rozmowy o ważnych sprawach" — lekcje ideologiczne wprowadzone do rosyjskich szkół w tym roku szkolnym. Na rozmowie z matką się jednak nie skończyło.

29 września dyrektorka zgłosiła sprawę do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Federacji Rosyjskiej. Napisała, że dziewczynka dobrze radzi sobie w szkole, ale poprosiła policję o ustalenie przyczyn "zachowania dziecka i zbadanie jego obywatelskiej postawy" oraz o "wpłynięcie na postawę wychowawczą jego matki".

W odpowiedzi na to 5 października funkcjonariusze policji przyjechali po dziewczynkę do szkoły i zabrali ją na komisariat. Rozmawiali z nią pod nieobecność matki. Kiedy ta przyjechała, były przesłuchiwane wspólnie, przez trzy godziny — już nie przez pracowników powiatowej komendy policji, ale przez specjalistów z Centrum ds. Zwalczania Ekstremizmu MSW.

Nie był to pierwszy "ekstremista" w wieku szkolnym zidentyfikowany przez rosyjskie służby. "Nowa Gazieta" już w marcu informowała o podobnym przypadku w jednej z moskiewskich szkół: tam, po lekcji poświęconej celom i zadaniom "operacji specjalnej", szóstoklasista wykrzyknął na korytarzu "Chwała Ukrainie", co podchwyciły inne dzieci, wtórując mu okrzykiem: "Chwała bohaterom!"

Po tym wydarzeniu do matki chłopca zadzwonili policjanci, a gdy ta nie odebrała, przyjechali do domu. Ponieważ nikt nie otwierał, policjanci wyłączyli prąd w mieszkaniu i odeszli. Jednocześnie próbowali wyjaśnić sprawę z koleżanką szóstoklasisty — a raczej z jej rodzicami. Bo w końcu jeśli kilku uczniów wykazuje niewłaściwą postawę — czy nie nauczyli ich tego dorośli? Czy nie jest to dowód na działania konspiracyjne lub istnienie komórki ekstremistycznej z udziałem nieletnich?

W celu ustalenia tych faktów dzieci były wypytywane o to, kto nauczył ich takich zachowań i czy rodzice rozmawiają z nimi o polityce. Jeśli tak, w grę wchodzi odpowiedzialność karna: udział małoletniego w popełnieniu przestępstwa. W przypadku dziesięciolatki z Niekrasówki, w protokole jej zatrzymania policjanci powołali się na artykuł mówiący o "działaniach publicznych mających na celu dyskredytację Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej".

W szkołach rosyjskich nie jest dobrze: na klasowym czacie wysyłane są pacyfistyczne sondy, rodzice się skarżą, pojawia się jakiś "podejrzany" awatar, do tego nieoprawne wypowiedzi na lekcji... Co, zgodnie z wytycznymi władz, nauczyciele powinni robić w takich sytuacjach?

Po pierwsze: zadzwonić do rodziców i spróbować przekonać ich, że dziecko nie powinno zakłócać szkolnej harmonii i patriotycznych nastrojów. Władze szkolne z jednej strony szczerze wierzą, że są nauczycielami prawdy i jest to ich wielka misja. Z drugiej strony, jeśli rodzice, nie daj Boże, poskarżą się na "ekstremistycznego" piątoklasistę i bezczynność administracji szkolnej do władz, to nie będzie dobrze. Nauczyciele zostaną ukarani. Dlatego też muszą wcześniej podjąć odpowiednie środki. I dlatego dyrektorka szkoły w Niekrasówce wystosowała skargę na swojego ucznia na policję.

Społeczeństwo rosyjskie jest oburzone. W mediach społecznościowych rozeszła się informacja o tym, że dyrektorka szkoły została pobita. Nie ma jednak dowodów na to, że rzeczywiście do tego doszło.

Oburzone społeczeństwo ma niestety krótką pamięć. Nikt nie pamięta i nie rozumie, dlaczego nauczyciele, zamiast spokojnie rozmawiać z rodzinami i dziećmi, zaczynają pisać skargi na policję. Oburzonej opinii publicznej wydaje się, że to jakieś pojedyncze przypadki niemoralności nauczycieli, dno działalności pedagogicznej.

W rzeczywistości to dno zostało jednak osiągnięte kilka lat temu, kiedy rosyjskich szkołach pojawiły się "algorytmy działania nauczycieli", precyzujące sposób zachowania pedagogów w przypadku wykrycia u uczniów tendencji ekstremistycznych. A do nich zalicza się szereg różnych zachowań — od fascynacji kulturą przestępczą do osławionych "niebieskich wielorybów" czy narkomanii.

Różne warianty algorytmu oferują różne sposoby radzenia sobie z problemami. Wśród nich znajdują się m.in. rozmowy z uczniem i jego rodzicami czy próby angażowania dziecka w pozytywne działania (jedna z wersji algorytmu — o ironio — zaleca angażowanie osób zainteresowanych subkulturą przestępczą w ruchy militarno-patriotyczne).

Co do zasady algorytmy sugerują nauczycielom, jeśli nie monitorowanie mediów społecznościowych uczniów, to przynajmniej zwracanie uwagi na niepokojące sygnały podczas komunikacji z dziećmi w mediach społecznościowych. A przy wykryciu takich sygnałów nakazują uderzyć w dzwon: zrobić zrzut ekranu problematycznego posta, dołączyć informację o uczniu i napisać raport do dyrektora.

Ten w ciągu jednego powinien dnia przekazać tę informację władzom oświatowym i powiatowemu wydziałowi MSWiA. A MSW, w razie potrzeby — Centrum ds. Zwalczania Ekstremizmu MSW (co robi z przyjemnością, nawet jeśli mówimy o piątoklasistach).

Krótko mówiąc, wychowawcy, którzy donoszą na policję na swoich podopiecznych, stosują się do zalecanych sposobów postępowania. Prawda, że niektóre "algorytmy" sugerują najpierw rozmowę z dzieckiem i rodzicami. W praktyce jednak taka rozmowa jest zwykle krótka: starszym dzieciom mówi się, że są głupcami wykorzystywanymi do złych celów przez zachodnich najemników, a młodsze pyta się, kto je do tego zmusił.

Rodziców z kolei straszy się organami opiekuńczymi — niech te sprawdzą, czy warunki mieszkaniowe dziecka są schludne, czy w lodówce nie ma zaschniętej kiełbasy albo zgniłego pomidora i czy nie czas zabrać dziecka do domu dziecka i wychować go na moralnego obywatela.

Według ustalonych algorytmów działa też policja: dyskredytacja rosyjskich sił zbrojnych, niezadowolenie z istniejącego systemu — informujemy Centrum ds. Zwalczania Ekstremizmu. Matka nie przyjechała na czas — przesłuchujemy dziecko w obecności psychologa. Brak psychologa szkolnego — wzywamy dziecko do ośrodka rejonowego. A to, że dziecko widzi psychologa po raz pierwszy w życiu i boi się go nie mniej niż policji — nie ma znaczenia.

Wszystkie te dokumenty zostały przyjęte w latach 2017—2020. Podobne algorytmy stosowano jednak już wcześniej: w ten sam sposób w ubiegłym roku administracja szkolna w podmoskiewskim Bałaszowie wydała policji nastolatka, który zastąpił w klasie portret Putina portretem Nawalnego: 15-letni uczeń był przez cztery godziny przesłuchiwany przez policję.

"Algorytmy" stworzone przed wojną doskonale radzą sobie ze zwolennikami Nawalnego, ale nie mówią nic o tym, czy można przychodzić do szkoły z żółto-niebieskimi wstążkami we włosach, przeprowadzać pokojowe sondaże na klasowym czacie czy krzyczeć "Chwała Ukrainie" na szkolnym korytarzu.

Dlatego rozszerzono interpretację pojęcia "ekstremizm", a ekstremistami stały się nastoletnie dzieci. A wraz z nimi — ich matki i ojcowie: rodziców nastolatka trudno podejrzewać o zaangażowanie go w spisek mający na celu obalenie rządu. Ale rodziców piątoklasisty już można.

Co nas czeka w najbliższym czasie? Nic dobrego. Wiek ekstremistów obniża się tak szybko, że w przyszłym roku nieuchronnie będzie można ich znaleźć wśród uczniów szkół podstawowych. Mogą przecież złożyć papierowego gołębia lub napisać na rysunku "nie dla wojny".

Nauczyciele mają postępować zgodnie z algorytmem i tak właśnie robią. Działanie w ramach obowiązków służbowych, nic osobistego. Ale też nic pedagogicznego.

I nic ludzkiego.

onet.pl/Die Welt

Coraz gorsze morale, dyscyplina i zdolności bojowe wojsk rosyjskich w strefach walk na Ukrainie mogą prowadzić do czasowego zawieszenia działań ofensywnych na ograniczonych obszarach. Ukraiński Sztab Generalny poinformował, że szczególnie w obwodzie donieckim niektóre jednostki rosyjskie otrzymują od dowódców rozkazy czasowego wstrzymania działań ofensywnych z powodu skrajnie niskiego morale, warunków psychicznych, wysokich wskaźników dezercji i niewykonania rozkazów bojowych. Oświadczenie Sztabu Generalnego jest prawdopodobnie odzwierciedleniem faktu, że rosyjskie oddziały stają się coraz bardziej zdegradowane, wdzierają się na stosunkowo małe i nieistotne osady w całym obwodzie donieckim, zwłaszcza wokół Bachmutu i obszaru Doniecka. W miarę postępującej degradacji tych jednostek, prawdopodobnie są one odtwarzane ad hoc z odmiennymi elementami bojowymi, co prowadzi do dalszej demoralizacji i niespójności w prowadzeniu działań ofensywnych. Jednak pozorne zawieszenie działań ofensywnych na obszarach obwodu donieckiego, niemal jedynych na Ukrainie, gdzie wojska rosyjskie prowadzą operacje ofensywne, jeszcze bardziej skomplikuje rosyjskie starania o przejęcie dodatkowego terytorium i prawdopodobnie jeszcze bardziej przyczyni się do obniżenia morale i ogólnego wyczerpania możliwości sił bojowych.

(...)

Rosyjska niekompetencja nadal odbija się na zmobilizowanych pracownikach, zanim jeszcze dotrą oni na linię frontu, prawdopodobnie pogarszając już i tak niskie morale. Zmobilizowany personel nadal skarży się na złe warunki życia, wadliwy lub nieistniejący sprzęt oraz niewystarczające przeszkolenie. Rosyjskojęzyczny opozycyjny outlet Meduza poinformował, że 19 zmobilizowanych mężczyzn zmarło przed dotarciem na front, odkąd 21 września rozpoczęła się mobilizacja, z przyczyn takich jak samobójstwa, pobicia, wypadki, przedawkowanie i nieleczone nagłe przypadki medyczne. Ukraiński urzędnik udostępnił 13 października nagranie wideo przedstawiające rosyjski transporter opancerzony (APC) przejeżdżający nowo zmobilizowanego mężczyznę, gdy ten stał w szyku podczas szkolenia. Jeden z blogerów ostrzegł, że nie ma czegoś takiego jak „częściowa mobilizacja” i że nowe fale mobilizacji będą kontynuowane przez całą wojnę w celu uzupełnienia strat.

Nawet rosyjscy urzędnicy coraz częściej przyznają, że niektórzy zmobilizowani mężczyźni, tacy jak więźniowie, nie powinni wracać do Rosji. Wagnerowski finansista Jewgienij Prigożyn, który był zaangażowany w rosyjską kampanię mobilizacji więźniów w zamian za ułaskawienie, powiedział dziennikarzowi 13 października, że "po wojnie na Ukrainie więźniowie albo zginą w walce, albo się odkupią i nadal będą walczyć z terrorystami w innych krajach". Prigożyn powiedział, że „wielu z nas nie wróci z tej wojny” i sugerował, że brutalni więźniowie nigdy nie wrócą do Rosji, ale będą mieli okazję „umrzeć bohaterami”.

Rosyjscy urzędnicy prawdopodobnie coraz bardziej ograniczają swobodę przemieszczania się w Rosji, aby zachować dodatkowe zasoby populacji zdolne do mobilizacji i uniemożliwić im ucieczkę z kraju. Władze w Petersburgu zabroniły lekarzom podróżowania za granicę w podróżach służbowych z powodu nieokreślonych obaw o bezpieczeństwo. Według doniesień, lekarzom wolno opuszczać kraj jedynie w ramach prywatnych wizyt w państwach członkowskich Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP), zdominowanego przez Rosję następcy Związku Radzieckiego, składającego się z Rosji, Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Kazachstanu, Kirgistanu, Mołdawii, Tadżykistanu i Uzbekistanu. Niektórzy pracodawcy podobno zachęcali pracowników medycznych do podpisania dokumentu obiecującego nie opuszczać kraju. Rosyjscy urzędnicy informowali wcześniej, że około 3000 lekarzy i innych pracowników służby zdrowia może zostać zmobilizowanych w ramach „częściowej mobilizacji”. 

(...) Źródła rosyjskie twierdziły, że władze wykorzystują zintegrowane bazy danych do wyszukiwania osób uchylających się od zawiadomień o mobilizacji, które obejmują bazy danych policji, straży granicznej, organów podatkowych oraz rejestrów szpitali i hoteli. Rosyjskie źródła podały, że da to policji drogowej możliwość zatrzymania i wydania uchylających się osób. Policja podobno przeprowadza również naloty mobilizacyjne na hotele i hostele w Moskwie, aby dostarczyć mężczyzn do wojskowych biur rejestracji i rekrutacji. Mieszkańcy Peterburga dodatkowo poinformowali, że obywatele otrzymują wezwania w rachunkach za media, a władze mieszkaniowe są zmuszane w jakikolwiek sposób pomagać wojskowym urzędom meldunkowym i zaciągowym w wezwaniu do dystrybucji. W związku z tym szefowie przedsiębiorstw państwowych i prywatnych firm (...) konkurują z wojskowymi urzędami rejestracyjnymi i rekrutacyjnymi o zatrzymanie swoich pracowników, spośród których oficerowie wojskowi próbują pozyskać zdolnych do mobilizacji ludzi.

Anegdotyczne raporty sugerują, że rosyjscy urzędnicy mogą przygotowywać się do „drugiej fali” mobilizacji w niektórych regionach, pomimo oficjalnych zaprzeczeń. Urzędnicy komisariatu wojskowego podobno powiedzieli mężczyźnie z Moskwy przed 13 października, że "zostanie powołany w „drugiej fali mobilizacji po Nowym Roku”. Regularnego półrocznego cyklu poboru nie należy mylić z nową falą mobilizacji, chociaż poborowi mogą być rozmieszczani na linii frontu. ISW poinformowało 11 października, że rosyjscy poddani federalni ogłosili nowe fazy mobilizacji w wybranych regionach, ale określili je jako „nowe zadania mobilizacyjne”, a nie nowe fale. Wiceprzewodniczący Komitetu Obrony Dumy Państwowej Jurij Szwytkin powiedział dziennikarzom 11 października, że „to nie jest podzielone na etapy. [Mobilizacja] jest procesem ciągłym. Każdy region ma swój własny plan mobilizacji, a niektórzy już go ukończyli”. Komisarz wojskowy obwodu rostowskiego Igor Jegorow powiedział dziennikarzom 11 października, że „wszystkie działania mobilizacyjne są przeprowadzane w zaplanowanym czasie i w przepisanej liczbie”. 

understandingwar.org

„Umysłem Rosji nie zrozumiesz” – to cytat z najsłynniejszego bodaj wiersza o tym kraju, który kończy konstatacja: „Postać szczególną ona ma/ W Rosję można tylko wierzyć”. Ten dziewiętnastowieczny utwór Fiodora Tiutczewa pomagał przedstawiać kraj nad Wołgą jako tajemniczą krainę. W tę pułapkę wpadło wielu, od Winstona Churchilla („to zagadka owiana tajemnicą, ukryta we wnętrzu enigmy”) po Ryszarda Kapuścińskiego. Jednak Tiutczewowski wiersz jest cenny z innego powodu. Oddaje ważną cechę rosyjskości: przekonanie o własnej unikatowości, odrębności Rosji od Zachodu, zarówno jako narodu, w mistycznym wręcz ujęciu („dusza rosyjska”), jak i państwa, budowanego na własnych wzorcach („rosyjska idea”). W roszczeniu sobie prawa do bycia absolutnie wyjątkowymi Rosjanie nie są odosobnieni. Wiele kultur ma takie złudzenia – Chińczycy chociażby (i chyba mają w tym więcej racji) – lecz kluczowe jest tu silne natężenie emocji. Jak to ujął rosyjski publicysta Konstantin von Eggert, „wszyscy ludzie są wyjątkowi, ale Rosjanie uważają, że są bardziej wyjątkowi od innych”. 

Te złudzenia Rosjanie przekładają na swój kraj. Uznają go za szczególny typ, samoistny organizm, posiadający jakąś unikatową, nieokreśloną aurę, niepodobny do innych (szczególnie do Zachodu), absolutnie wyjątkowy. Federacja Rosyjska choć nie jest już imperium w tradycyjnym sensie, wciąż pozostaje w oczach wielu Rosjan czymś więcej niż tylko zwykłym państwem narodowym. Owa unikatowość ma Rosji dawać siłę, a jednocześnie wprowadzać w stan zagrożenia. Zły świat, szczególnie Zachód, wobec którego się zazwyczaj Rosjanie definiują jako lepsi moralnie, nie może zdzierżyć takiej Rosji. Nieustannie na nią dybie.

Z poczuciem wyjątkowości idzie w parze mesjanizm. Przekonanie o szczególnej roli, wręcz misji dziejowej Rosji, prezentowane przez jej kolejne państwowe inkarnacje. Zaczęło się od „Świętej Rusi” i „Trzeciego Rzymu”, prawosławnego ekskluzywizmu Księstwa Moskiewskiego. Potem, wraz z dziewiętnastowiecznym imperializmem, Cesarstwo Rosyjskie ogłosiło się „obrońcą Słowiańszczyzny”, co z polskiej perspektywy brzmi absurdalnie, ale z serbskiej czy bułgarskiej już trochę mniej. Następnie tradycję misyjności kontynuował i rozwinął Związek Radziecki, który radykalnie zmienił ideologiczną nadbudowę, nazywając się pierwszym państwem socjalistycznym i głosząc komunistyczny mesjanizm. Internacjonalistyczne cele deklarował wprost: w planach miał ogarnięcie ludzkiego rodu w bratnim związku i skomunizowanie całego świata. Sowieci nawet w herbie mieli glob pod sierpem i młotem.

Tradycję grania na strunie wyjątkowości kontynuuje obecna Rosja ze swoim ruskim mirem, choć nie są to pretensje o takim natężeniu ideologicznym i emocjonalnym jak dawniej. Federacja Rosyjska jest znacznie słabsza niż Cesarstwo Rosyjskie czy Związek Radziecki, ideologiczną nadbudowę zredukowała więc do ambicji regionalnych, nie globalnych. Współczesny mesjanizm rosyjski ideologicznie jest raczej defensywny, jakkolwiek by to absurdalnie dla Ukrainy czy Gruzji brzmiało. Rosja czuje się oblężoną twierdzą tradycyjnych wartości, jest we własnym mniemaniu katechonem, siłą powstrzymującą zło. To jednak nie implikuje pacyfizmu, wręcz przeciwnie. Nawiązując do radzieckiej tradycji walki o pokój do ostatniej kropli krwi, Federacja Rosyjska wyzwala dziś Ukraińców od nich samych, ratując ich przed zachodnią zgnilizną moralną, co dobrze wybrzmiało w kazaniu patriarchy Cyryla, legitymizującego inwazję. Obrońcy oblężonej twierdzy też muszą czasami dokonywać wypadów, by zająć okolice i wzmocnić strategiczne linie obrony.

Michał Lubina - Niedźwiedź w objęciach smoka /fragment/

czwartek, 13 października 2022


12 października Władimir Putin wystąpił z przemówieniem w ramach Rosyjskiego Tygodnia Energetycznego (jedna z największych, dorocznych imprez branżowych w Rosji). Po raz kolejny obarczył on Zachód winą za obecny kryzys energetyczny w Europie, wskazując, że jego źródłem są m.in. błędy w polityce energetycznej Unii Europejskiej. Dużo uwagi poświęcił uszkodzeniom gazociągów Nord Stream 1 i 2. Zaistniałe zdarzenia uznał za akt międzynarodowego terroryzmu, sugerując, że stoją za nim te kraje, które najwięcej skorzystały na neutralizacji infrastruktury przesyłowej służącej do eksportu rosyjskiego gazu (m.in. USA).

Prezydent FR poddał ostrej krytyce plany wprowadzenia przez państwa zachodnie pułapu cenowego na rosyjską ropę, grożąc, że Moskwa wstrzyma dostawy surowców energetycznych do tych krajów, które będą wprowadzać limity cen na nie. Putin zapewnił, że Rosja ma alternatywę dla współpracy z Europą (głównie w Azji), ale zasugerował gotowość do współpracy energetycznej z Zachodem. Wskazał z jednej strony na możliwość uruchomienia dostaw gazu przez nieuszkodzoną nitkę gazociągu Nord Stream 2 oraz utworzenia w Turcji nowego hubu gazowego dla Europy, dzięki któremu można by przekierować wolumeny surowca transportowanego dotąd przez Morze Bałtyckie na Morze Czarne. W kuluarach Rosyjskiego Tygodnia Energetycznego wicepremier rosyjskiego rządu Aleksandr Nowak oświadczył z kolei, że Rosja byłaby gotowa rozbudować gazową infrastrukturę przesyłową przez Morze Czarne. Nie przedstawiono jednak na razie żadnych szczegółów dotyczących realizacji tego typu inwestycji (przepustowości, koszty etc.).

Komentarz

Wystąpienie prezydenta Rosji wskazuje z jednej strony na to, że Moskwa jest gotowa na dalsze kroki eskalacyjne w relacjach energetycznych z Zachodem. Świadczy o tym przede wszystkim groźba wstrzymania dostaw surowców do państw, które będą wprowadzać ograniczenia cenowe na rosyjską ropę czy gaz. W tę strategię wpisują się także wypowiedzi Putina oraz szefa Gazpromu Aleksieja Millera o pogłębiającym się kryzysie energetycznym w Europie, sugerujące, że sytuacja może się dalej pogarszać w kolejnych miesiącach. Co więcej, Miller oznajmił, że prace remontowe na uszkodzonych nitkach Nord Streamu 1 i 2 mogą potrwać lata. Elementem zwiększania presji na odbiorców europejskich jest także oświadczenie prezesa Gazpromu dotyczące inauguracji budowy łącznika między europejską a azjatycką siecią gazową Rosji, co w założeniu ma tworzyć możliwość przekierowywania eksportu gazowego z kierunku europejskiego na azjatycki. 

Z drugiej strony jednak ton przemówienia Putina i oferty wznowienia współpracy gazowej z partnerami zachodnimi mogą wskazywać na to, że Moskwa zaczyna zdawać sobie sprawę, iż rynki azjatyckie nie staną się w perspektywie długoterminowej realną alternatywą dla Europy. Ilustracją tego jest nie tylko gotowość uruchomienia dostaw gazu przez nieuszkodzoną nitkę Nord Streamu 2, lecz także sugestia dotycząca możliwości rozbudowy infrastruktury przesyłowej przez Morze Czarne.

Zaproponowane przez Moskwę plany rozbudowy rosyjskiej infrastruktury przesyłowej przez Morze Czarne i stworzenia hubu dla rosyjskiego gazu w Turcji wydają się jednak mało realistyczne. Po pierwsze, nie zawarto dotąd żadnych, nawet wstępnych porozumień w tej sprawie z Turcją. Co więcej, z pierwszych oświadczeń Ankary wynika, że rosyjska propozycja jest dla niej pewnym zaskoczeniem. Po drugie, budowa nowych podmorskich gazociągów wydaje się mało realna w warunkach sankcji nałożonych na Rosję w związku z jej agresją na Ukrainę. Moskwa nie mogłaby bowiem liczyć na możliwość zawierania kontraktów z firmami zachodnimi, które mają techniczne zdolności i doświadczenie w budowie tego typu infrastruktury (układaniem rur w ramach projektu TurkStream zajmowała się szwajcarska firma Allseas). Co prawda w 2021 r. Gazpromowi udało się ukończyć budowę gazociągu Nord Stream 2 za pomocą własnych jednostek, mimo restrykcji wprowadzonych w 2019 r. przez USA, to jednak uwarunkowania geograficzne na Morzu Czarnym są inne niż na Bałtyku i konieczne jest prowadzenie prac budowlanych na dużo większych głębokościach. Tym samym jest mało prawdopodobne, by Rosja mogła wykorzystać do układania rur flotę zaangażowaną w budowę Nord Streamu 2. Po trzecie wreszcie, wydaje się bardzo mało realistyczne, by Moskwie udało się znaleźć po stronie europejskiej kraje zainteresowane realizacją tego typu inwestycji. Wiąże się to przede wszystkim z obecną, napiętą sytuacją w stosunkach między Rosją a Zachodem, której elementem jest polityka eskalacji energetycznej stosowana przez Kreml (ograniczanie i wstrzymywanie dostaw gazu, akty dywersji wobec Nord Streamu 1 i 2). Co więcej, budowa nowych nitek gazociągów przez Morze Czarne nie miałaby uzasadnienia rynkowego. Istniejąca infrastruktura przesyłowa (TurkStream, którego jedna nitka służy do zaopatrywania w rosyjski gaz państw Europy Południowej i Środkowej) w pełni wystarcza do realizacji zobowiązań kontraktowych Gazpromu. Jednocześnie wydaje się całkowicie nierealne, by państwa Europy Północnej i Zachodniej mogły być zainteresowane pozyskiwaniem surowca z Rosji przez Morze Czarne (Putin zasugerował, że ograniczone możliwości przesyłowe na Bałtyku, związane z uszkodzeniem Nord Streamu 1 i 2, mogłyby być zrekompensowane przez nowe gazociągi czarnomorskie). 

Rosyjskie groźby eskalacji energetycznej połączone z sygnałami o gotowości rozbudowy infrastruktury gazowej na Morzu Czarnym czy uruchomienia dostaw przez Nord Stream 2 są przede wszystkim próbą wywarcia presji politycznej na państwa europejskie. Jej celem jest skłonienie partnerów w Europie nie tylko do rewizji podejścia w zakresie współpracy energetycznej z Rosją, w szczególności znoszenia lub ograniczania wprowadzonych przeciwko niej sankcji oraz rezygnacji z wprowadzania kolejnych (pułapy cenowe na rosyjskie surowce), lecz także do zmniejszenia wsparcia politycznego i militarnego dla Ukrainy.

osw.waw.pl

środa, 12 października 2022


Rosja od poniedziałku ostrzeliwuje największe ukraińskie miasta. W okolicach Kijowa rakiety zostały zestrzelone, ale Moskwa skutecznie uderzyła np. w obwodach lwowskim i winnickim.

Zdaniem dra Marka Kozubela ataki rakietowe to nowa taktyka agresora. - Rosja niemal od początku inwazji ostrzeliwała duże miasta, z wykorzystaniem rakiet balistycznych, manewrujących. Ale te ataki różnią od poprzednich - zastosowano w nich dużą liczbę irańskich dronów-kamikadze. Dodatkowo większą uwagę poświęcono ukraińskiej infrastrukturze krytycznej, czyli np. elektrowniom i wodociągom - mówił (...) historyk dziejów Europy Wschodniej.

Dopytywany, czy to strategia Moskwy na dłużej, potwierdził. - Należy tego oczekiwać; zwłaszcza że wchodzimy w głęboką jesień. A i sami Ukraińcy jeszcze wczesnym latem zastanawiali się, czy jeśli wojna się przeciągnie do zimy, to Rosjanie nie zaczną uderzać na masową skalę w ukraińską infrastrukturę krytyczną - dodał w rozmowie z Adamem Ozgą.

W ocenie gościa TOK FM ostatnie ataki mają jednak znikomą wartość militarną. Inna rzecz, jak dodał, że Rosjanie sięgnęli po zapasy rakiet, które do tej pory były oszczędzane na krytyczny moment walk. - Rosjanie poszli teraz szlakiem Adolfa Hitlera, który w odpowiedzi na zbombardowanie Berlina, jesienią 1940 roku, wydał rozkaz dla Luftwaffe, by podczas bitwy o Anglię skupiła się na bombardowaniu miast i osiedli mieszkalnych. Odpuściła z kolei przemysł rozbrojeniowy i brytyjskie lotniska - zwrócił uwagę.

Innymi słowy, jak podkreślił, Luftwaffe się przebranżowiła - z atakowania celów o charakterze militarnych na cele o charakterze cywilnym. - Tutaj, podczas wojny na Ukrainie, mamy do czynienia z podobną taktyką - zastrzegł.

O nowej taktyce Rosji, (...), świadczyć może także mianowanie na początku października generała Siergieja Surowikina nowym dowódcą rosyjskich wojsk inwazyjnych w Ukrainie.

- To długoletni oficer wojsk lądowych Federacji Rosyjskiej, któremu w 2017 r. dano, w ramach awansu, mundur nowego rodzaju broni - wojsko lotnicze, a dokładnie powietrzno-kosmiczne - mówił dr Marek Kozubel. 

Przypomniał, że Surowikin dał się też poznać jako dowódca oddziałów, które walczyły w Syrii. Na jego koncie były liczne naloty na obiekty cywilne; ataki, które - jak mówił ekspert - były bardzo często nieuzasadnione militarnie.

- Prawdopodobnie on myśli, że teraz spróbuje zastosować taktykę syryjską w odniesieniu do cywili i miast, tyle że na gruncie ukraińskim - podkreślił historyk dziejów Europy Wschodniej. Zastrzegł też, że to element typowego dla Rosjan myślenia: jak będziemy mocniej uderzać w ludność cywilną, to uda się złamać przeciwnika, co przybliży nas do zwycięstwa.  

- Hitler też pod koniec kazał strzelać z rakiet V-1 i V2 na miasta brytyjskie. W żaden sposób nie zmieniło to jednak tego, co się działo na froncie - podsumował rozmówca Adama Ozgi.

tokfm.pl

wtorek, 11 października 2022


W lipcu dolar był najmocniejszy wobec złotego od denominacji z lat 90. Obecnie wciąż znajduje się na wysokich poziomach. Nie tylko polska waluta ma problem z "zielonym". Ten problem dotyczy zarówno jena, euro, jak i np. randa z RPA. Nie mówiąc już o walutach takich krajów jak Pakistan, Czad, Etiopia, Peru, czy Zambia. Słowem, im mocniejszy dolar, tym gospodarki krajów wschodzących muszą liczyć się z większym zadłużeniem w amerykańskiej walucie oraz droższym importem surowców. Dla niektórych państw oznacza to lawinę kłopotów.

Dolar zyskiwał na wartości w ostatnim czasie. Złożyło się na to kilka czynników. "Nastroje inwestycyjne pozostają pod negatywnym wpływem obaw związanych ze zdecydowanymi podwyżkami stóp procentowych przez Fed (amerykański bank centralny - przyp.red.) oraz kryzysem energetycznym w Europie. Awersja do ryzyka na świecie była dodatkowo podsycana przez kolejny lockdown w Chinach, tym razem w rejonie Chengdu. W takich warunkach zyskiwał dolar" - piszą w piątek ekonomiści PKO BP, największego polskiego banku.

Rezerwa Federalna jest zdeterminowana, żeby sprowadzić inflację w USA do celu. W tym celu Fed będzie podwyższał stopy procentowe, co automatycznie umacnia amerykańską walutę. I wygląda na to, że nic nie jest w stanie zaburzyć póki co tej polityki.

- W czerwcu i w lipcu rynek rozgrywał możliwą zmianę postawy ze strony bankierów centralnych w USA, ale ostatnie dane i wypowiedzi utwierdziły nas, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Co więcej, przy najbliższym posiedzeniu jest szansa na podwyższenie prognoz dla podwyżek. Na ten rok bardzo prawdopodobne jest 4 proc., choć jeszcze niedawno mówiono o maksymalnym poziomie 3,5 proc. Co więcej, prognozy powinny pokazać, że w przyszłym roku nie ma szans na obniżki stóp ze strony Fed, choć taki scenariusz perswadował jeszcze niedawno James Bullard, jeden z najbardziej jastrzębich członków amerykańskiego banku centralnego - komentuje położenie dolara z kolei Michał Stajniak, analityk XTB.

Jego zdaniem dopiero pod koniec roku, kiedy okaże się, że kryzys gazowy jednak nie rzucił Europy na kolana i pomimo szantażu Putina dajemy sobie radę, dolar może nieco zejść z piedestału, a euro zacznie się umacniać.

Powyższe argumenty, sprzyjają więc nabieraniu mocy przez dolara. Według Banku Rozrachunków Międzynarodowych kurs wymiany dolara wobec szerokiego koszyka walut, w tym zarówno gospodarek rozwiniętych, jak i wschodzących, znajduje się obecnie na jednym z najwyższych poziomów od czasu opublikowania danych w 1994 roku.

Co ciekawe, porównanie z walutami z samych tylko gospodarek rozwiniętych wskazuje, że dolar jest na dobrej drodze, by stać się najmocniejszy od 1985 r. - czasu, kiedy najbogatsze kraje na globie podpisały porozumienie z hotelu Plaza, w wyniku którego dolar został osłabiony względem jena i marki niemieckiej poprzez kontrolowane wywieranie wpływu na rynki walutowe.

Ekonomiści tym samym ostrzegają, że umacniający się dolar może uderzyć w gospodarkę światową, zwłaszcza w kraje, które borykają się z rosnącym zadłużeniem denominowanym w amerykańskiej walucie. Według Instytutu Finansów Międzynarodowych na koniec marca tego roku zadłużenie sektora publicznego i prywatnego w krajach rozwijających się wzrosło w ciągu roku o około 10 proc. do 98,6 bilionów dolarów.

Z kolei jak wynika z wyliczeń Banku Światowego, dług w krajach wschodzących i rozwijających się wyniósł w 2020 r. już 207 proc. PKB. To oznacza drastyczny wzrost, ponieważ jeszcze w 1970 r. ten dług wynosił 56 proc., a w 2010 r. 119 proc.

Koronawirus tylko zaostrzył ten trend. Jak pisze japoński serwis branżowy Nikkei Asian, po tym, jak banki centralne na całym świecie złagodziły politykę pieniężną, tnąc stopy procentowe do zera, inwestorzy zaczęli szukać wyższych stóp zwrotu w krajach wschodzących. W 2020 r. już jedna czwarta długu publicznego w kluczowych krajach wschodzących była denominowana w walutach obcych. W 2009 r. było to dla porównania zaledwie 15 proc.

Historycznie silny dolar oznaczał kłopoty dla gospodarek wschodzących. Kiedy Stany Zjednoczone stanęły w obliczu gwałtownej inflacji w latach 80., ówczesny przewodniczący Fed Paul Volcker zareagował agresywnym zaostrzeniem polityki monetarnej, która spowodowała gwałtowny wzrost stóp procentowych i dolara. Wywołało to poważne wstrząsy m.in. w Ameryce Południowej.

Później znaczne podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 90. za ówczesnego przewodniczącego Fed Alana Greenspana utorowały drogę do kryzysu walutowego w Meksyku. Z kolei azjatycki kryzys finansowy nastąpił m.in. po tym, jak inwestorzy zaczęli szybko sprzedawać tajlandzkiego bahta i inne waluty powiązane z dolarem, które uważali za mocno przecenione. Tajlandia znalazła się na skraju bankructwa, co spowodowało w tamtej części świata efekt domina.

(...)

Jak czytamy na łamach "Obserwatora Finansowego", od początku pandemii do końca zeszłego roku restrukturyzacja długu, która objęła zobowiązania krajów najuboższych, wyniosła 13 mld dolarów. Niewiele, ale obecnie renegocjacjom w ramach grupy G-20 podlega spłata zadłużenia Czadu, Etiopii i Zambii. Znaczącym krajem, który podpisał niedawno z MFW umowę dotyczącą płatności 45 mld dolarów była Argentyna. Ale lista wrażliwych krajów, które to prawdopodobnie czeka jest o wiele dłuższa. Obejmuje ona m.in. Egipt, Tunezję, Kenię, Etiopię, Laos, Liban, Ekwador oraz Peru.

"Konferencja ONZ ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) zidentyfikowała aż 69 krajów ( 25 w Afryce i Azji, 19 w Ameryce Łacińskiej i obszarze Pacyfiku), które dotknięte zostały jednocześnie wzrostem cen żywności i energii oraz ograniczeniami finansowymi. Przyznać jednak trzeba, że międzynarodowe instytucje finansowe lepiej są obecnie przygotowane do zapobiegania kryzysowi zadłużenia niż miało to miejsce w latach 80-tych ubiegłego wieku, kiedy ograniczyły się raczej do reagowania kiedy już się on pojawił" - pisze w "OF" Mirosław Ciesielski, wieloletni menedżer sektora bankowego.

Według niego występują jednak nowe czynniki, które utrudniają restrukturyzację zadłużenia. "Wierzycielem wielu państw są Chiny, które nie chcą brać udziału w renegocjacjach zadłużenia wobec państw zachodnich i ich instytucji finansowych, a rządy Zachodu zajmują podobną postawę wobec zadłużenia względem Chin. To przedłuża negocjacje i zwiększa koszty restrukturyzacji. Problemem jest też postawa prywatnych wierzycieli, których udział w finansowaniu krajów trzeciego świata rośnie od wielu lat, znacznie przekraczając zaangażowanie rządów" - tłumaczy.

money.pl

USA weszły w 2022 r. ze wzrostem PKB w 2021 r. w wysokości 5,7 proc. (aż 6,9 proc w IV kwartale 2021 r.!), a więc rozpędzoną gospodarką, która właśnie zachłysnęła się wolnością po zduszeniu pandemii COVID-19. Podobnie też inne wysoko rozwinięte kraje Europy Zachodniej odnotowały szybką dynamikę wzrostu. Już wtedy znacznie rosły ceny ropy, gazu i węgla wraz z odradzającym się popytem, ale też z ograniczaniem podaży ze względu na wieloletnie niedofinansowanie sektora wydobywczego węglowodorów. O kryzysie energetycznym możemy jednak mówić za sprawą Rosji Putina dopiero po zakończeniu budowy Nord Stream 2, gdy rosyjski Gazprom drastycznie ogranicza dostawy gazu ziemnego do krajów UE stosując szantaż energetyczny,  gdy 24 lutego 2022 r. rosyjska armia bestialsko zaatakowała suwerenną Ukrainę rozpoczynając wojnę w Europie na niespotykaną od drugiej wojny światowej skalę…

W ciągu niespełna pół roku wojsko rosyjskie traci 80–90 tysięcy zabitych i rannych żołnierzy, a samą Rosję poddano bezprecedensowym sankcjom gospodarczym, łącznie z wyeliminowaniem lokalnych banków z systemu rozliczeń międzynarodowych SWIFT. Dochodzi do nadwyrężenia lub zerwania łańcuchów dostaw wielu surowców i produktów, takich jak ropa i jej pochodne, gaz, nawozy sztuczne, pszenica oraz inne zboża czy też nikiel i pallad, a walczące strony pogrążają się szybko w depresji gospodarczej. Do tego rośnie napięcie między USA a Chinami o niezależny od CHRL Tajwan. Państwo Środka zmaga się zaś z lockdownami w największych ośrodkach przemysłowych, które hamują międzynarodową wymianę handlową, a także głęboką zapaścią na rynku nieruchomości. Można by rzec, że wszystko razem składa się na scenariusz światowego gospodarczego Armagedonu czytaj: globalną stagflację. A jednak Rezerwa Federalna zdaje się dawać radę na polu walki z inflacją, utrzymując jednocześnie niemal pełne zatrudnienie w gospodarce!

Media zachłystują się informacją o spadku inflacji (większym niż oczekiwano) w USA z poziomu 9,1 proc. w czerwcu do 8,5 proc. (rok do roku) w lipcu. Co ważniejsze jednak przedstawiony wykres pokazuje, że inflacja bazowa znajduje się w trendzie spadkowym już od kwietnia 2022 r. Słowem wysokie ceny energii „przelały się” już do innych grup produktów, takich jak między innymi żywność w takim stopniu, że bieżące spadki cen paliw (diesel i benzyna) pomogą jeszcze bardziej zbić dynamikę wzrostu cen w nadchodzących miesiącach. Czy FED może już ogłosić zwycięstwo w walce z inflacją? Nie – w żadnym wypadku!

Inflacja bazowa 5,9 proc. znajduje się dziś prawie na 3-krotnie wyższym poziomie niż cel inflacyjny…, a miesięczne dane mogą okazać się zwodnicze w dłuższym okresie, biorąc pod uwagę gorący rynek pracy i potencjalnie groźną spiralę podwyżek płac. Stąd też comiesięczny cykl znacznych (0,5 do 0, 75 proc.) podwyżek stóp procentowych dalej pozostanie w mocy zwiększając siłę nabywczą dolara amerykańskiego w stosunku do innych walut, a w szczególności w stosunku do euro, jena i juana. Z końcem roku euro do dolara amerykańskiego może znaleźć się na poziomie 0,8 do 0,9 zamiast obecnego kursu bliskiego parytetowi – wg mojej opinii. I to w sytuacji, gdy Europa podoła z zaopatrzeniem w gaz ziemny i energię elektryczną w okresie jesienno-zimowym… Sile dolara amerykańskiego sprzyja ponadto rozwój sytuacji w wojnie Ukrainy z Rosją, jej długotrwały charakter, a jednocześnie osłabienie Rosji Putina oraz szala zwycięstwa przechylająca się powoli na stronę Ukrainy.

Europejski Bank Centralny znalazł się w potrzasku, a polityka monetarna złożona została na ołtarzu zachowania status quo, gdy zamożna Północ (głównie Niemcy) drenuje kieszenie zadłużonego Południa (Włochy, Grecja, Hiszpania). Należności RFN tj. Bundesbanku (Niemiecki Bank Centralny) w systemie rozliczeń Target2 banków centralnych strefy euro sięgają już astronomicznej kwoty 1,2 biliona euro, a dłużnikami pozostają oczywiście Włochy, Hiszpania, Grecja i Portugalia. To swoisty „kaganiec”, który każe politykom Południa „siedzieć cicho”, gdyż rzeczywiste długi ich państw są wiele wyższe niż te oficjalne, choć pilnie skrywane w wadliwie działającym systemie banków centralnych strefy euro.

W tej sytuacji EBC podwyższył w lipcu stopy procentowe o 50 punktów bazowych, tak że stopa depozytowa z minus 0,5 proc. znalazła się na poziomie… 0 proc. i zamierza dokonać kolejnej podwyżek o 0,5 proc. we wrześniu. Trzecia, kolejna z nich, miałaby jednak nastąpić dopiero w marcu 2023 r. i tylko o 0,25 proc. wg zapowiedzi Banku (forward quidance)! Nietrudno oszacować, że główna stopa proc. obowiązująca w strefie euro może być niższa nawet o 300 punktów bazowych niż stopa funduszy Fed w USA na koniec 2022 r. A przecież szantaż gazowy Rosji i zagrożenia związane z wojną w Ukrainie dotyczą w znacznie większym stopniu UE niż USA. O ile zatem USA nie grozi stagflacja, to odpowiedź na tak zadane pytanie w przypadku strefy Euro i UE nie będzie w żadnym przypadku tak prosta i jednoznaczna.

Przeciwnie, strefa euro pozostaje zagrożona zarówno perspektywą recesji gospodarczej jak i wysokiej inflacji ze względu na złą sytuację na rynku energetycznym (rosnące ceny gazu i energii elektrycznej) oraz zagrożenie przerw w dostawach energii (ograniczenie dostaw gazu z Rosji) w okresie jesienno-zimowym, a także po części ze względu na słabość wspólnej waluty oraz związane ręce EBC. Przytoczony wyżej jakże realny scenariusz pozwala zrozumieć, jak dalece EBC znalazł się w potrzasku własnej niemocy i braku siły sprawczej.

Jaką więc prowadzić politykę monetarną? Czy tę odpowiadającą Krajom Bałtyckim ze stopami inflacji powyżej 20 proc.? Czy może taką, która podtrzyma gospodarkę Republiki Włoskiej z poziomem długu publicznego sięgającego 150 proc. PKB? A może punktem odniesienia winno być wysokie bezrobocie w Hiszpanii, które w czerwcu 2022 r. wynosiło wciąż 12,5 proc.?

Odpowiedź jest niezwykle prosta. EBC zrobi wszystko, by nie dopuścić do rozpadu strefy euro i podtrzymać obecny status quo, a takie decyzje ograniczą możliwość walki z inflacją poprzez znaczące podwyżki stóp procentowych. A to może doprowadzić do dalszego niepohamowanego wzrostu cen (jak w Turcji, lecz w tym przypadku przez zaniechanie) i represji finansowej, ale też dotkliwego obniżenia poziomu życia obywateli w krajach Południa i Europy Środkowej, które znalazły się pod reżimem EBC i posługują się wspólną walutą.

obserwatorfinansowy.pl

Mocno zliberalizowany rynek energetyczny Unii Europejskiej stał się łatwym celem dla tak potężnego nagromadzenia kryzysów. Duża swoboda działających na nim podmiotów stała się ciężarem – z handlu energią usunięto bowiem wiele bezpieczników, które pomogłyby wyhamować kryzys. 

Widać to dokładnie na przykładzie mechanizmu tzw. obliga giełdowego, z którym związany jest system merit order. Obligo to kwintesencja liberalizmu: stanowi, że wytworzona przez producentów energia elektryczna musi być sprzedawana na giełdzie, by stworzyć jak największą konkurencyjność. Jednakże na rynku tym panuje swoisty porządek oddawania mocy (czyli właśnie merit order) zależny od ceny generacji energii elektrycznej. Jako pierwsze do sprzedaży przystępują te elektrownie, które generują najtańszy prąd. Obecnie w Unii Europejskiej są to źródła odnawialne. Następne w kolejce są elektrownie węglowe, a na końcu – gazowe. Co ważne, cenę dla całego rynku kształtuje najdroższa jednostka, która sprzedaje wytwarzany przez siebie prąd. I tu tworzy się problem – ze względu na astronomiczne ceny niektórych nośników energii, rynkowa cena prądu w UE może być szalenie wysoka. Będzie to dotkliwe zwłaszcza w czasie zimy. 

W lato, kiedy dni są długie i słoneczne, a wiatr często wieje, moce zainstalowane w źródłach odnawialnych są w stanie zaspokoić sporą część zapotrzebowania na energię. Ewentualne braki są w stanie wypełnić kosztowniejsze, ale stabilne elektrownie węglowe – dzięki temu posiadacze OZE mogą sprzedawać energię drożej niż ją produkują, zarabiając na tym. Tymczasem kupujący prąd nie borykają się ze zbyt wysokimi cenami ze względu na stosunkowo przystępne koszty generacji z węgla.

Jednakże w sezonie zimowym, czyli okresie, w którym zapotrzebowanie na moc jest największe, a produkcja energii z OZE relatywnie niska, do systemu muszą wkraczać (poza węglowymi) również jednostki gazowe – i to one kształtują cenę, bo paliwo do nich jest obecnie ekstremalnie drogie. W ten sposób cała giełda staje się niejako „zakładnikiem" ceny gazu. To odbija się negatywnie na kontraktach.

Na polskiej gospodarce ciążą też unijne uprawnienia do emisji (czyli tzw. EUA), a raczej: ich wysoka cena, która w ostatnich miesiącach stała się tematem wielu kontrowersji. Szereg ekspertów wskazuje, że gwałtowny wzrost notowań tych papierów wartościowych to efekt spekulacji wynikającej z dopuszczenia do kupna uprawnień podmiotów, które nie muszą ich umarzać. 

W założeniu, system ETS miał pełnić rolę stymulującą i wspomagającą transformację energetyczną. Z jednej strony był bodźcem finansowym napędzającym redukcję emisji: spółki działające w określonych sektorach (np. w energetyce) były zobligowane do wykupienia i umorzenia tylu uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ile faktycznie emitowały – opłacało się zatem inwestować w bezemisyjne technologie produkcji energii. Z drugiej strony, ETS wspomagał wysiłki transformacyjne państw zasilając ich budżety środkami pochodzącymi ze sprzedaży uprawnień do emisji. Pieniądze te – zgodnie z unijną dyrektywą ETS – miały iść w co najmniej 50% na cele związane z transformacją energetyczną. 

Jednakże w praktyce system stał się dość dużym obciążeniem ze względu na niekontrolowany wzrost cen uprawnień. Od stycznia do grudnia 2021 roku notowania EUA skoczyły z ok. 30 euro za tonę dwutlenku węgla do poziomu ok. 90 euro za tonę. Uprawnienia utrzymywały się na tym poziomie do lutego 2022 roku, kiedy Rosja rozpoczęła inwazję na Ukrainę. Następnie spadły na pewien czas, by już w wakacje wrócić na poprzednie pułapy. 

Wielu ekspertów uznało te fluktuacje za efekt spekulacji. Do zamkniętego pierwotnie obrotu uprawnieniami dopuszczono bowiem podmioty finansowe, pozbawione obowiązku umarzania EUA. Uprawnienia stały się zatem dość atrakcyjnym aktywem – wystarczyło ściągnąć z rynku dostatecznie dużą ich ilość, poczekać, aż ceny wzrosną, a następnie sprzedać je z zyskiem spółkom, które musiały je wykupić.

energetyka24.com

poniedziałek, 10 października 2022


9 i 10 października siły ukraińskie kontynuowały działania ofensywne w zachodnim obwodzie ługańskim na wschód od rzeki Oskila w kierunku Swatove i Kreminna, i prawdopodobnie 10 października wyzwoliły ponad 200 kilometrów kwadratowych terytorium w zachodnim obwodzie ługańskim, 9 października zdobyły Stelmachiwkę (17 km na zachód od Svatowe), a szef administracji obwodu Ługańskiego Serhij Haidai potwierdził, że siły ukraińskie wyzwoliły kilka osad na linii rzeki Oskil-Kreminna, w tym Nowolubiwka, Newske, Hrekiwka, Nowojehorówka, Nadiia i Andriiwka. Geolokalizowany materiał bojowy opublikowany 9 października pokazuje ukraińskie siły niszczące rosyjski czołg w Nowoseliwsku 15 km na północny zachód od Swatowe na autostradzie Swatove-Kupyansk. Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że 10 października siły ukraińskie bezskutecznie próbowały przebić się przez rzekę Żerebet w pobliżu Makiejewki i Raihorodki (około 12 km na południowy zachód od Swatowe). chociaż ISW nie może zweryfikować tego twierdzenia. Ocena ISW dotycząca linii frontu sił ukraińskich umieszcza siły ukraińskie w promieniu 20 km od zachodniej strony Swatowe.

Siły rosyjskie prawdopodobnie przygotowują obronę w Starobielsku i Swatowe w odpowiedzi na północną kontrofensywę Ukrainy. Rosyjski milblogger poinformował, że Grupa Wagnera wysłała około 1000 pracowników do rosyjskiego zgrupowania sił w Łysychańsku w celu wzmocnienia sektora Ługańska i ustanowienia linii obronnej, która będzie biegła od Łysychańska wzdłuż rzeki Seversky Doniec z powrotem do uznanych na arenie międzynarodowej granic Rosji. Wideo w mediach społecznościowych podobno pokazuje rosyjskie siły w Starobielsku zmuszające studentów do kopania okopów 9 października. Haidai poinformował, że 10 października rosyjskie siły wysadziły przejazdy kolejowe i mostowe w pobliżu Swatove, układają miny i kontynuują przygotowywanie obrony.

understandingwar.org

W godzinach rannych 10 października armia rosyjska rozpoczęła zmasowany atak na obiekty infrastruktury krytycznej (głównie energetycznej) na całym terytorium Ukrainy, z wykorzystaniem różnego typu rakiet oraz tzw. dronów kamikadze dalekiego zasięgu. Celami były: Kijów (zaatakowane zostały obiekty w czterech dzielnicach), Charków, Chmielnicki, Dniepr, Iwano-Frankiwsk, Kropywnycki, Krzemieńczuk, Krzywy Róg, Lwów, Mikołajów, Odessa, Połtawa, Tarnopol, Winnica i Zaporoże oraz mniejsze miejscowości w obwodach charkowskim, chmielnickim, iwanofrankiwskim, kijowskim, kirowohradzkim, połtawskim, sumskim, zaporoskim i żytomierskim. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez premiera Denysa Szmyhala do godziny 11.00 czasu kijowskiego zostało uszkodzonych 11 ważnych obiektów w ośmiu regionach i mieście Kijowie. Według lokalnych doniesień w niektórych dzielnicach Lwowa i Tarnopola wystąpił brak energii elektrycznej, w Charkowie nie ma prądu w całym mieście, w niektórych jego częściach – także bieżącej wody. Mer stolicy Witalij Kliczko zapowiedział tymczasowe wyłączenia prądu w Kijowie i obwodzie kijowskim.

Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych podało, że do godziny 11.40 Rosjanie wystrzelili 80 rakiet, z których 45 miało zostać zestrzelonych. Z 12 dronów Shahed-136 siły ukraińskie miały strącić dziewięć. Siły rosyjskie wykorzystały pociski manewrujące bazowania lądowego, morskiego i przenoszonego drogą powietrzną. W atakach wzięło udział m.in. 11 bombowców strategicznych Tu-95 i Tu-160.

Rankiem 8 października doszło do pożaru i zawalenia się dwóch przęseł jednej z nitek Mostu Krymskiego nad Cieśniną Kerczeńską. Miała do tego doprowadzić eksplozja ciężarówki, w wyniku której zapaliły się także zbiorniki z paliwem przewożone w tym samym czasie sąsiednim mostem kolejowym. Ruch samochodowy wznowiono po kilku godzinach (z wyłączeniem przejazdu prywatnych ciężarówek i autobusów, skierowanego do przeprawy promowej), natomiast ruch kolejowy przywrócono tego samego dnia wieczorem. Przez kilka godzin wstrzymany był również ruch statków przechodzących pomiędzy Morzem Azowskim i Morzem Czarnym. Początkowo sugestie odnośnie do bycia autorem i wykonawcą ataku przekazywała Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, jednak w oficjalnym komunikacie jej przedstawiciel udzielił odpowiedzi wymijającej. Doradca szefa Biura Prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak obarczył odpowiedzialnością stronę rosyjską, a atak przedstawił jako przejaw wewnętrznej rywalizacji pomiędzy cywilnymi i wojskowymi służbami specjalnymi FR.

Począwszy od 5 października głównym celem rosyjskiego ostrzału i bombardowań jest Zaporoże. Miasto atakowane jest kilka razy na dobę, a w okresie do 9 października włącznie śmierć poniosło co najmniej 60 cywili. Nieprzyjacielskie artyleria i lotnictwo kontynuowały także uderzenia na Charków, Mikołajów, Nikopol i Słowiańsk, na mniejsze miejscowości wzdłuż linii styczności i na bezpośrednim zapleczu wojsk ukraińskich oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. Ostrzał i bombardowania prowadzone przez obrońców obejmowały głównie pozycje i zaplecze rosyjskie w obwodach chersońskim i ługańskim.

Siły ukraińskie poczyniły postępy na wschodzie, zajmując kolejne miejscowości na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Również w obwodzie chersońskim trwało przywracanie przez obrońców kontroli nad miejscowościami w jego północno-zachodniej części, z których wycofały się wojska najeźdźcy. Jednostki rosyjskie zintensyfikowały parcie na Bachmut, dzięki czemu wyszły na jego południowe i północne obrzeża. Niepowodzeniem miały się z kolei zakończyć kolejne próby wrogiego natarcia w rejonie Gorłówki, Awdijiwki, na zachód od Doniecka.

10 października na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa FR Władimir Putin ponownie oskarżył władze w Kijowie o prowadzenie działań o charakterze terrorystycznym. Jako przykłady podał, oprócz uszkodzenia Mostu Krymskiego, trzykrotne ataki na infrastrukturę elektrowni atomowej w Kursku oraz próbę uszkodzenia rurociągu TurkStream. Podkreślił, że dzisiejszy ostrzał Ukrainy jest odpowiedzią na akty terroru, i zapewnił, że ataki będą kontynuowane w przypadku dalszej ukraińskiej aktywności.

8 października pierwszym oficjalnie mianowanym dowódcą sił rosyjskich operujących na Ukrainie został 55-letni Siergiej Surowikin. Jest on doświadczonym wojskowym, jednym z dowódców rosyjskich wojsk w Syrii, zaś od 2017 r. – dowódcą Sił Powietrzno-Kosmicznych. W czerwcu 2022 r. rosyjski resort obrony poinformował, że został on okresowo oddelegowany do dowodzenia siłami rosyjskimi w obwodzie ługańskim. Surowikin jest znany z brutalności w prowadzeniu działań bojowych i nieliczenia się ze stratami ludności cywilnej.

10 października Alaksandr Łukaszenka podczas spotkania z wojskowymi i aparatem bezpieczeństwa stwierdził, że w związku z zaostrzeniem się sytuacji na zachodnich granicach Państwa Związkowego porozumiał się z Rosją w sprawie rozmieszczenia w kraju regionalnego ugrupowania wojsk Federacji Rosyjskiej i Republiki Białorusi. Jego rozwinięcie ma trwać już od dwóch dni, a na terytorium Białorusi zostaną rozmieszczone jednostki rosyjskie.

Minister obrony Wiktar Chrenin stwierdził 6 października, że armia białoruska jest gotowa odpowiedzieć na ewentualne prowokacje na granicy państwowej. Podkreślił, że regionalne zgrupowanie wojsk sił zbrojnych Białorusi i Rosji jest gotowe do realizacji zadań związanych z obroną Państwa Związkowego. Dodał, że „przewidywane są działania mające na celu ukrócenie prowokacji wojskowych na pograniczu”. Według Chrenina nie można wykluczyć pojawienia się realnej groźby wywołania konfliktu wewnętrznego na Białorusi w wyniku wrogich działań prowadzonych z terytorium Polski, Litwy, Łotwy i Ukrainy.

Władze białoruskie dementują pojawiające się informacje o możliwości ogłoszenia mobilizacji. Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Białorusi Alaksandr Walfowicz przyznał jednak 6 października, że w ramach przeglądu zdolności mobilizacyjnych są powoływani rezerwiści w celu odbycia ćwiczeń trwających od 25 do 30 dni. Według oceny ukraińskiego wywiadu wojskowego Kreml wywiera presję na Łukaszenkę, chcąc go zmusić do aktywnego udziału w agresji: w pobliżu granicy z Ukrainą skoncentrowanych jest sześć batalionowych grup taktycznych armii białoruskiej, a w ich skład wchodzą oddziały zmechanizowane i powietrznodesantowe Sił Operacji Specjalnych. Ukraiński wywiad podkreśla, że wojska rosyjskie wywożą z białoruskich magazynów składowaną tam amunicję artyleryjską (13 transportów kolejowych).

Media niemieckie podały informację o uzgodnieniu pomiędzy krajami UE szczegółów powstania unijnej misji wojskowej wsparcia Ukrainy. Formalna decyzja o powstaniu misji zostanie podjęta przez ministrów spraw zagranicznych w połowie października. UE ma również zwiększyć środki na finansowanie zakupów broni dla Ukrainy z Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju (EPF, obecnie wydatkowano z niego 2,6 mld euro). W ramach misji w państwach unijnych w najbliższych miesiącach ma zostać przeszkolonych 15 tys. żołnierzy ukraińskich. Mają działać dwa wielonarodowe dowództwa w Polsce i w Niemczech. W Polsce ma funkcjonować grupa instruktorów na poziomie operacyjnym, a szkolenie obejmie: ochronę przed bronią masowego rażenia i cyberatakami, wsparcie medyczne, zabezpieczenie logistyczne, remont uzbrojenia, walki uliczne, artylerię i obronę powietrzną. W Niemczech ma się odbywać szkolenie m.in. w zakresie rozminowania i działań taktycznych. Planowane jest prowadzenie szkoleń także w innych krajach Unii Europejskiej. Niewielkie grupy żołnierzy ukraińskich szkolą się obecnie w zakresie użytkowania systemów obrony przeciwlotniczej IRIS-T oraz Spada Aspide, odpowiednio w Niemczech i Hiszpanii. Pierwsze wyrzutnie armia ukraińska ma otrzymać jeszcze tej jesieni. Ponadto Słowacja przekazała Ukrainie dwie armatohaubice samobieżne 155 mm Zuzana 2, Niemcy – dwa wozy zabezpieczenia technicznego Bergepanzer 2 (na podwoziu czołgu Leopard 1), a Hiszpania – osiem samochodów terenowych, dwa ambulanse i pięć ton środków medycznych.

7 października dowódca połączonych sił armii ukraińskiej gen. Serhij Najew przedstawił informację o obserwowanym wzroście rosyjskiego zaangażowania militarnego na Ukrainie. Łączna liczebność zgrupowania oceniana jest na 162 tys. żołnierzy, a jego trzon stanowi blisko 120 batalionowych grup taktycznych (BGT). Dla porównania na początku agresji liczyło ono niespełna 140 tys. wojskowych i 90 BGT. Według Najewa Rosjanie mają odczuwać braki rakiet do systemów Iskander, Toczka, Smiercz i Uragan (do dwóch ostatnich mają być pozyskiwane z Białorusi; po 24 lutego Rosjanie mieli wywieść z tego kraju 250 wagonów z ponad 10 tys. ton amunicji). Ogólne zmniejszenie zużycia amunicji wiąże się jednak ze skróceniem linii frontu. Dowódca połączonych sił nie wykluczył ponownego uderzenia rosyjskiego na Kijów, jednak ocenia, że przygotowanie do niego zajęłoby obecnie Rosjanom od dwóch do trzech miesięcy. Zaznaczył, że Kijów jest obecnie przygotowany do obrony lepiej niż 24 lutego.

Komentarz

Prowadzone od rana 10 października ataki na obiekty infrastruktury energetycznej na całym terytorium Ukrainy należy traktować jako formę zemsty za uszkodzenie Mostu Krymskiego i sukcesy wojsk ukraińskich. Ataki mają charakter terrorystyczny – niszczone są nie obiekty wojskowe czy miejsca dyslokowania sił ukraińskich, a cele infrastruktury energetycznej, transportowej i obiekty cywilne. W zamyśle Kremla przyjęta taktyka ma wywołać panikę wśród społeczeństwa i zachwiać zaufanie do władz w Kijowie zapewniających o możliwości odniesienia zwycięstwa nad Rosją.

Nie należy wykluczać, że ataki stanowią początek kolejnej fazy operacji, w której Moskwa postanowiła wziąć za zbiorowego zakładnika społeczeństwo ukraińskie. Niszczenie infrastruktury energetycznej niesie negatywne konsekwencje przede wszystkim dla ludności (pogorszenie dostępu do energii elektrycznej i wody), w sposób znikomy zaś wpływa na zdolności militarne Ukrainy. Próba sparaliżowania funkcjonowania państwa może stanowić przygotowanie do zintensyfikowania rosyjskich działań militarnych. Z obserwacji ruchów wojsk wynika jednak, że przynajmniej w najbliższych tygodniach Rosja nie będzie jeszcze gotowa do nowej ofensywy.

Atak na Most Krymski stanowi dla Rosji kolejny znaczący problem wizerunkowy – unaocznia, że Moskwa nie jest w stanie utrzymać stabilnego połączenia z półwyspem (połączenie lądowe jest permanentnie narażone na ukraińskie ataki dywersyjne, zwłaszcza w okolicy Melitopola). Jest także blamażem Rosgwardii, odpowiedzialnej za zabezpieczenie antydywersyjne przeprawy. Za ukraińskim autorstwem ataku, a równocześnie za nieprzygotowaniem strony rosyjskiej do ochrony mostu pod względem innym niż militarny (systemy obrony powietrznej, obserwacji podwodnej etc.), przemawia decyzja o wstrzymaniu ruchu dużych pojazdów prywatnych przez przeprawę. Świadczy ona, że Rosjanie poważnie obawiają się możliwości powtórzenia ataku, w którym mogłaby zostać zniszczona druga nitka mostu.

Mianowanie Siergieja Surowikina na stanowisko dowódcy sił rosyjskich na Ukrainie oznacza, że Kreml postawił na wojskowego niemającego skrupułów do mnożenia ofiar wśród cywili podczas operacji militarnej. Docenione zostało także jego doświadczenie w kierowaniu komponentem sił powietrznych i kosmicznych – Surowikin był odpowiedzialny m.in. za działania lotnictwa strategicznego, w tym samolotów uzbrojonych w broń jądrową. Jego nominacja to też część rosyjskiej operacji psychologicznej wspierającej tezę o możliwości użycia przez Rosję broni nuklearnej.

Rosyjska presja na Białoruś, aby aktywnie włączyła się w agresję na Ukrainie i podejmowała wrogie działania wobec państw NATO, spowodowała, że Łukaszenka został zmuszony do wyrażenia zgody na rozmieszczenie wojsk rosyjskich na terytorium państwa białoruskiego (najprawdopodobniej do kilkunastu tysięcy żołnierzy) pod szyldem wspólnego zgrupowania sił zbrojnych. Jego głównym komponentem będzie armia białoruska, nieznana jest liczba kontyngentu rosyjskiego. Można przyjąć, że zadaniem ugrupowania będzie nie tylko udział w działaniach bojowych na Ukrainie, lecz także zwiększenie sił, które mogłyby zostać potencjalnie użyte przeciwko wschodniej flance NATO.

osw.waw.pl

niedziela, 9 października 2022


- Po ogłoszeniu przez Rosję mobilizacji coraz trudniej jest robić interesy w Rosji – mówi Bildowi Jose Campos Nave, partner zarządzający w firmie konsultingowej Roedl und Partner.

Każdy, kto nie przemyśli teraz swojego biznesu w Rosji, ryzykuje jeszcze większą stratą dla swojej reputacji, niż kilka miesięcy wcześniej - dodaje Nave.

Jak wskazuje "Welt" rosyjski atak na Ukrainę wpędził w duże kłopoty blisko 3,6 tys. niemieckich firm, obecnych wówczas w Rosji. Niektóre z nich, działające na tamtejszym rynku od dziesięcioleci, nagle zostały "rozdarte pomiędzy prawne zobowiązania wobec klientów i pracowników, a moralny imperatyw zerwania wszelkich więzi z ojczyzną podżegacza wojennego - Władimira Putina".

"Korporacje notowane na niemieckiej giełdzie, takie jak Siemens, Deutsche Bank i Deutsche Telekom, całkowicie wycofały się z imperium Putina, nie tylko ze względu na reputację. Wyjechały również firmy handlowe, takie jak Aldi czy Rewe" – wymienia "Welt". Ale w Rosji działa nadal m.in. sieć Metro, argumentując to "odpowiedzialnością za około 10 tys. pracowników" i podkreślając, że od początku wojny nie dokonywano "żadnych rozwojowych inwestycji".

Także wiele niemieckich firm średniej wielkości wciąż pozostaje Rosji. Bjoern Paulsen, partner w kancelarii Noerr, podkreśla, że obawy o dobrą reputację odgrywają dla nich niewielką rolę. - Im mniejsza firma i im bardziej wyspecjalizowana na rynku rosyjskim, tym trudniej jej całkowicie wycofać się z tego kraju - zauważa Paulsen.

Badania Jeffreya Sonnenfelda, profesora ekonomii na Uniwersytecie Yale, pokazują, że "dziesiątki niemieckich firm" nadal prowadzi biznes w Rosji. Na swojej liście, zwanej "Listą wstydu", Sonnenfeld wymienia zachodnie firmy, nadal obecne w Rosji. Nie wiadomo na razie, w jaki sposób zareagują one na dalszą eskalację konfliktu, bowiem starają się unikać jasnych deklaracji.

Presję na te firmy wywołuje nie tylko opinia publiczna, ale coraz częściej ich pracownicy. Przeciwko pozostawaniu swojej firmy na rosyjskim rynku buntowali się pracownicy firmy medycznej Fresenius. Jak wyjaśniał Stephan Sturm, były już szef firmy, "rozumiał impuls pracowników, którzy chcieli dać przykład w obliczu straszliwych zbrodni rosyjskiego reżimu", uznał jednak, że "nie wolno zawieść rosyjskich pacjentów grupy". Fresenius prowadzi w Rosji m.in. 100 stacji dializ dla pacjentów z ciężką chorobą nerek, których leczenie jest "etycznym obowiązkiem".

Sonnenfeld wymienia Fresenius, obok firmy farmaceutycznej Stada, jako przykłady korporacji, które wciąż prowadzą w Rosji "biznes jak zwykle". Stada argumentuje podobnie jak Fresenius, twierdząc, że celem firmy jest "utrzymanie podaży leków dla ludności, niezależnie od jej narodowości".

Jak zauważa "Welt", nie każdy z biznesów nadal działających w Rosji może tłumaczyć się względami etycznymi. Na "liście wstydu" Sonnenfelda znajduje się m.in. największa niemiecka firma zajmująca się utylizacją odpadów: Remondis. Są tam też firmy: ThyssenKrupp i dostawca części motoryzacyjnych Bosch.

ThyssenKrupp zamknął już fabrykę samochodów w podmoskiewskiej Kałudze, wyjaśniając, że ogranicza także ilość pracowników "w innych lokalizacjach w Rosji". Z kolei Bosch tłumaczy, że grupa "bada obecnie opcje dla każdego obszaru biznesowego i lokalizacji".

"Welt" podkreśla, że nie wszystkie firmy zapytane o swoją obecność w Rosji odpowiedziały otwarcie, część z nich udzieliło informacji dopiero po wielokrotnym zapytaniu. "Jedna z firm średniej wielkości podkreślała w piśmie, że wstrzymuje produkcję w Rosji. Dopiero po kolejnym zapytaniu przyznała, że będzie kontynuować sprzedaż w regionie" – dodaje "Welt".

Jak zauważa "Welt" obok opcji "hibernacji" lub wyjścia z rosyjskiego rynku, widoczny staje się nowy trend: niemieckie firmy coraz częściej przenoszą swoją działalność do krajów w bezpośrednim sąsiedztwie Rosji – szczególną popularnością cieszą się Uzbekistan i Kazachstan. "Popyt na te byłe kraje sowieckie wydaje się ogromny. W Kazachstanie na numer identyfikacji podatkowej trzeba teraz czekać kilka miesięcy, tak duże jest zapotrzebowanie" – podkreśla Jose Campos Nave.

money.pl/PAP