niedziela, 9 października 2022


- Po ogłoszeniu przez Rosję mobilizacji coraz trudniej jest robić interesy w Rosji – mówi Bildowi Jose Campos Nave, partner zarządzający w firmie konsultingowej Roedl und Partner.

Każdy, kto nie przemyśli teraz swojego biznesu w Rosji, ryzykuje jeszcze większą stratą dla swojej reputacji, niż kilka miesięcy wcześniej - dodaje Nave.

Jak wskazuje "Welt" rosyjski atak na Ukrainę wpędził w duże kłopoty blisko 3,6 tys. niemieckich firm, obecnych wówczas w Rosji. Niektóre z nich, działające na tamtejszym rynku od dziesięcioleci, nagle zostały "rozdarte pomiędzy prawne zobowiązania wobec klientów i pracowników, a moralny imperatyw zerwania wszelkich więzi z ojczyzną podżegacza wojennego - Władimira Putina".

"Korporacje notowane na niemieckiej giełdzie, takie jak Siemens, Deutsche Bank i Deutsche Telekom, całkowicie wycofały się z imperium Putina, nie tylko ze względu na reputację. Wyjechały również firmy handlowe, takie jak Aldi czy Rewe" – wymienia "Welt". Ale w Rosji działa nadal m.in. sieć Metro, argumentując to "odpowiedzialnością za około 10 tys. pracowników" i podkreślając, że od początku wojny nie dokonywano "żadnych rozwojowych inwestycji".

Także wiele niemieckich firm średniej wielkości wciąż pozostaje Rosji. Bjoern Paulsen, partner w kancelarii Noerr, podkreśla, że obawy o dobrą reputację odgrywają dla nich niewielką rolę. - Im mniejsza firma i im bardziej wyspecjalizowana na rynku rosyjskim, tym trudniej jej całkowicie wycofać się z tego kraju - zauważa Paulsen.

Badania Jeffreya Sonnenfelda, profesora ekonomii na Uniwersytecie Yale, pokazują, że "dziesiątki niemieckich firm" nadal prowadzi biznes w Rosji. Na swojej liście, zwanej "Listą wstydu", Sonnenfeld wymienia zachodnie firmy, nadal obecne w Rosji. Nie wiadomo na razie, w jaki sposób zareagują one na dalszą eskalację konfliktu, bowiem starają się unikać jasnych deklaracji.

Presję na te firmy wywołuje nie tylko opinia publiczna, ale coraz częściej ich pracownicy. Przeciwko pozostawaniu swojej firmy na rosyjskim rynku buntowali się pracownicy firmy medycznej Fresenius. Jak wyjaśniał Stephan Sturm, były już szef firmy, "rozumiał impuls pracowników, którzy chcieli dać przykład w obliczu straszliwych zbrodni rosyjskiego reżimu", uznał jednak, że "nie wolno zawieść rosyjskich pacjentów grupy". Fresenius prowadzi w Rosji m.in. 100 stacji dializ dla pacjentów z ciężką chorobą nerek, których leczenie jest "etycznym obowiązkiem".

Sonnenfeld wymienia Fresenius, obok firmy farmaceutycznej Stada, jako przykłady korporacji, które wciąż prowadzą w Rosji "biznes jak zwykle". Stada argumentuje podobnie jak Fresenius, twierdząc, że celem firmy jest "utrzymanie podaży leków dla ludności, niezależnie od jej narodowości".

Jak zauważa "Welt", nie każdy z biznesów nadal działających w Rosji może tłumaczyć się względami etycznymi. Na "liście wstydu" Sonnenfelda znajduje się m.in. największa niemiecka firma zajmująca się utylizacją odpadów: Remondis. Są tam też firmy: ThyssenKrupp i dostawca części motoryzacyjnych Bosch.

ThyssenKrupp zamknął już fabrykę samochodów w podmoskiewskiej Kałudze, wyjaśniając, że ogranicza także ilość pracowników "w innych lokalizacjach w Rosji". Z kolei Bosch tłumaczy, że grupa "bada obecnie opcje dla każdego obszaru biznesowego i lokalizacji".

"Welt" podkreśla, że nie wszystkie firmy zapytane o swoją obecność w Rosji odpowiedziały otwarcie, część z nich udzieliło informacji dopiero po wielokrotnym zapytaniu. "Jedna z firm średniej wielkości podkreślała w piśmie, że wstrzymuje produkcję w Rosji. Dopiero po kolejnym zapytaniu przyznała, że będzie kontynuować sprzedaż w regionie" – dodaje "Welt".

Jak zauważa "Welt" obok opcji "hibernacji" lub wyjścia z rosyjskiego rynku, widoczny staje się nowy trend: niemieckie firmy coraz częściej przenoszą swoją działalność do krajów w bezpośrednim sąsiedztwie Rosji – szczególną popularnością cieszą się Uzbekistan i Kazachstan. "Popyt na te byłe kraje sowieckie wydaje się ogromny. W Kazachstanie na numer identyfikacji podatkowej trzeba teraz czekać kilka miesięcy, tak duże jest zapotrzebowanie" – podkreśla Jose Campos Nave.

money.pl/PAP

Rosyjska armia jak żadna inna w Europie opiera się na kolei, aby przewozić na front żołnierzy, ciężki sprzęt, amunicję, paliwo, części zamienne, żywność i wiele więcej, ponieważ po prostu nie ma wystarczającej liczby ciężarówek.

Rosja była w stanie zaopatrywać swoje wojska na południu jedynie koleją przez most Kerczeński, ponieważ — według Theinera — połączenie między Donieckiem a Melitopolem zostało przerwane w 2014 r., a pozostała część trasy biegnie na południe od Doniecka na obszar będący w zasięgu ukraińskich haubic artyleryjskich.

Jeśli linia kolejowa prowadząca na Krym ulegnie całkowitej awarii, Rosja będzie musiała zaopatrywać swój front drogą wodną z wieloma dodatkowymi stacjami przeładunkowymi między pociągami, statkami i ciężarówkami. Byłoby to bardzo czasochłonne i pracochłonne. Dodatkowo armia rosyjska jest tak zapóźniona, że ​​amunicję i zaopatrzenie wciąż trzeba ładować w dużej mierze ręcznie.

"Armia rosyjska nie używa środków zmechanizowanych do przemieszczania amunicji i zaopatrzenia. Nie ma palet, wózków widłowych ani kontenerów ISO" – pisze Trent Telenko, były ekspert ds. logistyki Departamentu Obrony USA, który na początku konfliktu zwrócił uwagę na przestarzałą logistykę w czasie wojny.

"Jedynym sposobem, w jaki Rosja może dostarczyć 70 tys. żołnierzy na front południowy, jest pociąg przez most Kerczeński" – zgadza się Theiner. "Rosja nie ma ani ciężarówek, ani kierowców, którzy mogliby zaopatrzyć jej południowy front drogą lądową. W końcu kilka milionów litrów paliwa, setki ton amunicji, części zamiennych i żywności musiałyby być przewożone codziennie, a zimą potrzebne byłyby setki ton dodatkowych materiałów grzewczych. Długoterminowa awaria mostu Kerczeńskiego zniszczyłaby zdolność Putina do kontynuowania wojny na południu Ukrainy" — twierdzi Theiner.

onet.pl/Die Welt

Ramzan Kadyrow w chwili śmierci ojca miał niespełna 28 lat. Władimir Putin podjął go na Kremlu trzy godziny po zamachu i złożył hołd jego ojcu. "Był naprawdę bohaterskim człowiekiem" - docenił Achmata Kadyrowa ówczesny prezydent Federacji Rosyjskiej i przyznał pośmiertnie tytuł Bohatera Rosji.

Młody Kadyrow kierował już wtedy czeczeńskimi siłami bezpieczeństwa. Po śmierci ojca został pierwszym zastępcą szefa czeczeńskiego rządu. Aby zostać prezydentem musiał skończyć 30 lat. Taki warunek stawiała ubiegającym się o prezydenturę konstytucja Czeczenii. Ramzan jednak najpierw był premierem Czeczenii (2006-2007) dopiero później przez cztery lata jej prezydentem. Od 5 marca 2011 r. Ramzan Kadyrow nosi tytuł Szefa Republiki Czeczeńskiej.

"Bez względu na to, jak szanowany i długo oczekiwany jest gość, jeśli wychodzi we właściwym czasie, jest jeszcze przyjemniej" - czy tymi słowami Kadyrow chciał pożegnać się z władzą po 15 latach rządzenia?

- To jest takie wyjście z polityki, jak Muktada as-Sadr, który zapowiedział w Iraku odejście na emeryturę, po czym wybuchły protesty na ulicach Bagdadu. Tak naprawdę as-Sadr protestował przeciwko temu, że nie ma wpływu na rząd, a udział w koalicji mają partie proirańskie i w ten sposób podbijał stawkę. To wycofanie było grą va banque, która miała spowodować, że on wraca triumfalnie i kształtuje rząd. W takiej samej logice działa Kadyrow  - tłumaczy Parafianowicz. 

- Taki foch mówiący o odejściu na polityczną emeryturę jest niczym więcej, jak manifestacją niezadowolenia, bo przecież on nie może wprost powiedzieć, że nie uznaje zdolności przywódczych Putina, że kwestionuje to, w jakim kierunku idzie wojna w Ukrainie. Musi to robić naokoło. Tak samo, jak ta zapowiedź, że on przyjedzie do Moskwy, żeby wyjaśnić Putinowi, jak wygląda sytuacja na ziemi, bo on ma różne wątpliwości dotyczące stylu dowodzenia wojną w Ukrainie. To też jest sygnał niezadowolenia, zawoalowany, powiedziany w sposób pośredni. Wszystko po to, żeby w razie porażki wojny w Ukrainie nie można było przyklepać Kadyrowowi, że on nie zgłaszał zastrzeżeń w tej sytuacji - dodaje.

- Co do lojalności Kadyrowa nie należy mieć złudzeń. On jest osobą, która sprawuje władzę w Groznym z nadania Putina, po zamachu na swojego ojca. Jeśli dojdzie do jakichś ruchów na szczytach władzy w Rosji, to on będzie jednym z pierwszych, który się odezwie i który powie, że on zawsze kwestionował błędy, które pojawiły się w Ukrainie. Taka jest natura jego władzy. Władzy, która jest oparta i legitymizowana na czystej sile i przemocy w Czeczenii. To nie jest władza wynikająca z rzeczywistego poparcia młodzieży czy mas czeczeńskich. On sam nie reprezentuje głównego nurtu w islamie na Kaukazie - zwraca uwagę Parafianowicz. Kadyrow jest sufitą, więc nie jest akceptowany przez młodzież czeczeńską. 

- (...) On ma świadomość, że musi prowadzić grę w sposób odpowiedni i zawsze musi mieć patrona na Kremlu, żeby jego władza i fortuna były trwałe. I jeśli tym patronem w przyszłości nie będzie Putin, to musi być ktoś inny i stąd takie lawirowanie i dawanie sygnałów, że on w zasadzie jest świadomy błędów. W sytuacji, gdy błędy w wojnie będą napiętnowane, on będzie mógł pokazać się jako to skrzydło krytyczne - ocenia nagranie i nastawienie Kadyrowa reportażysta, z którym rozmawiamy.

(...)

Jaki cel ma Kadyrow w kwestionowaniu działań rosyjskiej armii? - To zabezpieczenie fortuny, która powstała na uwłaszczeniu się na Czeczenii. To jest klasyczny model dla całej Rosji i niektórych państw byłego ZSRR. W podobny sposób na państwie uwłaszczał się Janukowycz, podobnie próbował w Mołdawii uwłaszczyć się Plahotniuc. Kadyrow jest nie tylko przywódcą politycznym, ale też oligarchą lokalnym, który po prostu ukradł państwo, żeby zbudować fortunę. I ta zapowiedź wycofania się to są pozory, to jest gra, której stawką jest ochrona pieniędzy i wpływów czeczeńskich - nie ma wątpliwości Parafianowicz.

(...)

Zbigniew Parafianowicz zwraca uwagę, że wszystko, co mówi i pisze Kadyrow wynika z tego, że ma świadomość, że Putin oprócz frontu w Ukrainie otworzył drugi front - wewnętrzny. - To walka z generałami, którymi pogardza i pomiata, których porównuje do oddziałów wojsk separatystycznych republik, które są niskiej jakości. I Kadyrow najpewniej zdaje sobie sprawę z tego, że ten drugi front, front wewnętrzny w Rosji, może być bardziej niebezpieczny niż wojna w Ukrainie. Generałowie mogą w końcu powiedzieć "dość". Zdają sobie przecież sprawę z tego, że wojna jest zarządzana ręcznie przez Putina. Putin wojskowym nie jest, jest oficerem KGB, który nie wie, jak taką wojnę prowadzić. W związku z tym generałowie nie czują się odpowiedzialni za porażki i konflikt narasta - podkreśla rozmówca Gazeta.pl.

- Gdzieś w tym wszystkim jest ten nieszczęsny Kadyrow, który musi się do tego wszystkiego jakoś ustosunkować i ewentualnie ułożyć się pomiędzy Putinem a wojskowymi, z którymi Putin wchodzi w konflikt. Oczywiście, wojskowi rosyjscy nie wyjdą publicznie i nie powiedzą: "My się z panem nie zgadzamy, protestujemy. Proszę tę wojnę prowadzić inaczej". Pamiętam czasy Majdanu w Ukrainie w 2014 r., kiedy Janukowycz zwołał odprawę generałów i wojsk wewnętrznych, na której pytał, czy poprą krwawą i radykalną rozprawę z Majdanem. 100 proc. generalicji poparło wszystkie działania Janukowycza i całą politykę wobec Majdanu, a po 10 minutach i wyjściu z tego spotkania, każdy zaczął się pukać w głowę i mówić: "Co ten szaleniec chce zrobić?" I większość wypowiedziała mu posłuszeństwo - przypomina Parafianowicz. 

- Według tej samej logiki może działać spór generalicji rosyjskiej z Putinem. Oni w sposób otwarty nie wypowiedzą posłuszeństwa z uwagi na możliwe represje ze strony FSB czy innej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, ale mogą po prostu jego działania torpedować coraz bardziej i przyczyniać się w ten sposób do podważania pozycji Putina. A tym samym pozycji Kadyrowa, który jest sklejony od początku tej wojny z Putinem - podkreśla. 

(...)

(Parafianowicz) Przypomina, że pierwsza mobilizacja zasobów ludzkich do wojny w Ukrainie to była przede wszystkim rosyjska prowincja i Kaukaz, czyli tereny, które kontroluje Kadyrow. On z tego zadania nie wywiązał się w sposób satysfakcjonujący, jeśli chodzi o zbieranie ludzi na front. - W tej chwili Kadyrow wykonuje rolę piarowca putinowskiego do tego, żeby budować specyficznie pojęty spin wojenny. Wojna w Czeczenii jest niepopularna. Parafianowicz wyjaśnia, że sam Kadyrow jest popularny jedynie wśród sufickich duchownych i wszystkich klientów, którzy uwłaszczają się razem z nim na Czeczenii. - Jeśli chodzi o młodzież kaukaską, to nie ma wśród niej szerokiego poparcia. To nie jest człowiek, który pociągnie za sobą tłumy na Kaukazie. On furorę robi w Rosji, jako straszak na Zachód. Nie jest tak, że ludzie pójdą za nim w ogień - dodaje. 

Czy wśród wielu zdolności czeczeńskiego przywódcy jest ta, by ułożyć się z ewentualnym następcą Putina? - To jest postać sytuacyjna. Odnajdzie się w sojuszu z każdym na Kremlu, jeśli po stronie tej osoby będzie wola, żeby się ułożyć. Nie widzę powodów, żeby nowy gospodarz Kremla nagle chciał mieć w Kadyrowie przeciwnika. Kadyrow był efektem pewnej inżynierii społecznej, która miała służyć temu, żeby Czeczenia od Federacji Rosyjskiej nie odpadła. I w tym sensie on swoją rolę spełnił. Budując satrapię, spowodował, że Czeczenia w praktyce jest podmiotem niezależnym od Rosji, ale formalnie jest w składzie państwa - mówi nam były korespondent w Iraku i Afganistanie. 

- Kadyrow jest gwarantem względnej stabilności na północnym Kaukazie i Putin postąpiłby nieracjonalnie, gdyby się go pozbył i uczynił sobie z niego przeciwnika. To byłoby otwarcie kolejnego frontu i sporu z osobą umiejscowioną w dość istotnym punkcie Federacji Rosyjskiej - zauważa Parafianowicz.

gazeta.pl

sobota, 8 października 2022


– Pomimo tego, że Rosja dostarczyła Ukrainie tysiące sztuk pozostawionego sprzętu, ukraińscy frontowcy twierdzą, że żołnierzom krytycznie brakuje ciężkiej broni. Czy można powiedzieć, że przekazanie zachodnich czołgów, samolotów i kolejnych systemów ciężkiej artylerii jest tylko kwestią czasu?

To nie ulega wątpliwości. Nawet sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg powiedział, że kiedy Rosja zaanektuje terytorium Ukrainy i oświadczy, że to NATO rzekomo ją atakuje, Sojusz odpowie zwiększeniem dostaw broni. Wezwał też innych członków aliansu do rozpoczęcia produkcji broni u siebie, by przekazywać ją Ukrainie.

Należy rozumieć, że mobilizacja jest eskalacją wojny ze strony Putina. On przenosi ją na wyższy poziom. Oczywiście nowa runda konfliktu wymaga nowej jakości i ilości zaopatrzenia. Generalnie Zachód nie uwierzył w blef Putina, który próbował zastraszyć go mobilizacją. Ważne jest to, że gdyby Rosja chciała przygotować siły bojowe – to już latem zaczęłaby przygotowywać infrastrukturę do mobilizacji, czego w zasadzie nie zrobiła. To jest bardzo duży blef.

Co do braku uzbrojenia. W wojnie o takiej skali zawsze brakuje broni. Jeśli jutro dadzą pięć HIMARSów, to będzie ich mało. Jak dadzą sto – to znowu będzie za mało. Bo nie wdrożysz ich jakościowo – do tego potrzeba więcej ludzi, szkoleń itp. Wojna na taką skalę to wojna gospodarek i przemysłów – kto będzie produkował bardziej zaawansowaną broń, która może niszczyć wrogów na odległość. Broń musi nieustannie napływać. Daj tysiąc pojazdów opancerzonych – świetnie, daj kolejne dwa tysiące. I tak dalej, aż do zakończenia wojny, aż wszystkie terytoria zostaną deokupowane.

(...)

– Rosyjskie wojska zaczęły ostatnio aktywnie wykorzystywać dostarczane przez Iran drony kamikadze Shahed-136. Co sobą reprezentują i jakie zagrożenie stanowią dla ukraińskiego wojska?

Irańskie drony Shahed-136, które Rosjanie nazwali Gierań-2 wykonywane są pół-chałupniczo, nawet nie na taśmociągach – z wykorzystaniem technologii podwójnego zastosowania. Pozwolę sobie przypomnieć, że Iran jest objęty sankcjami od dziesięcioleci. Ma dosłownie dwusuwowy silnik przypominający ten od skutera. Sam dron jest dość dużym celem, jest powolny (max. 200 km/h), bardzo głośny – naprawdę buczy jak skuter na niebie – i nie manewruje. W przypadku wykrycia celu, stosunkowo łatwo jest go zestrzelić.

Groźny jest dlatego, że jest tam 15-20 kilogramów materiałów wybuchowych. Jeśli taki dureń gdzieś poleci i wybuchnie, to będzie to kłopotliwe. Poza tym nie jest groźny – nie manewruje, łatwo go zauważyć po prostu patrząc, nie trafia w cele ruchome, tylko stacjonarne. Technologia jest tak naprawdę bardzo prymitywna. Iran szuka jednak rozwiązań militarnych, które będą prymitywne i tanie, ale skuteczne. Teheran zresztą nie przyznał się oficjalnie do przekazania Rosji dronów. Ale to jest zrozumiałe dla każdego.

W przypadku Shahedów trzeba zrozumieć jedną rzecz. Moskwa mogła dostać od 50 do maksymalnie 300 takich maszyn. Iran nie jest w stanie wytłuc ich tysiącami.

(...)

– Kilka dni temu prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że jest „zszokowany brakiem pomocy ze strony Izraela”. Tymczasem irańskie drony, według ukraińskiego wywiadu, zostały niedawno wystrzelone w kierunku chasydów w Umanie.

Są informacje, że antydronowe technologie izraelskie dostały się na Ukrainę przez USA i Polskę. Jerozolima była tego świadoma i nie sprzeciwiała się temu. Pojawiło się oficjalne oświadczenie, że Jerozolima nie uzna tzw. referendów i aneksji terytoriów ukraińskich. Stanowisko władz jest jednoznaczne – Izrael popiera integralność terytorialną Ukrainy. Do kraju na leczenie przybyli ostatnio ciężko ranni ukraińscy żołnierze, w większości kalecy. Izrael przyjął ich na ciężkie programy rehabilitacyjne i protetyczne. Oprócz publicznie ogłoszonych projektów, zachodzą różne zakulisowe procesy. Wiemy, że Izrael sprzedaje wszelkiego rodzaju nieśmiercionośne systemy: nawigacyjne, komunikacyjne, termowizory, optykę. Moje osobiste zdanie jest takie, że Izrael powinien bardziej wspierać Ukrainę. Mam nadzieję, że obecna pomoc na tym się nie skończy.

Wołodymyr Zełenski z kolei mówił o oficjalnym stanowisku Izraela. I tak właśnie jest – oczywiście Izrael nie zachowuje się jak władze Polski czy państw bałtyckich. Wynika to z wielu czynników – wyborów w Izraelu, wewnętrznej sytuacji politycznej, zmiany rządu, któremu zwyczajnie nie starcza czasu na Ukrainę, a także kwestii dotyczącej Rosji – która może grać kartą palestyńską, Hezbollahu i Iranu.

belsat.eu

"Dziś o godzinie 6:07 na odcinku drogowym mostu krymskiego od strony półwyspu Taman doszło do eksplozji ciężarówki, w wyniku której zapaliło się siedem zbiorników paliwa pociągu kolejowego jadącego w kierunku Półwyspu Krymskiego. Częściowo zawaliły się dwa przęsła drogowe mostu. Łuk nad żeglowną częścią mostu nie został uszkodzony" - informuje portal RBK (niezależny portal, który cytuje oficjalne komunikaty).

Samozwańcze władze okupowanego Krymu o zdarzenie oskarżyły Ukraińców - podał portal Meduza, powołując na słowa szefa krymskiego parlamentu Władimira Konstantinowa. Konstantinow stwierdził, że szkody spowodowali "ukraińscy wandale". 

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow poinformował, że Władimir Putin polecił powołanie rządowej komisji do zbadania okoliczności zdarzenia. Meduza podaje także, że śledztwo rozpoczął główny departament Komitetu Śledczego Rosji.

Tymczasem ukraiński Interfax i portal Pravda donoszą - powołując się na swoje źródła w organach ścigania - że wysadzenie mostu to wynik specjalnej operacji Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. 

gazeta.pl

piątek, 7 października 2022


Zachodnie i rosyjskie doniesienia o pęknięciach na Kremlu nabierają rozpędu w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, podważając pozory stabilności reżimu rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. The Washington Post doniósł, że amerykański wywiad uzyskał informacje, że członek wewnętrznego kręgu Putina bezpośrednio krytykował „rozległe niedociągnięcia wojskowe” Putina podczas wojny na Ukrainie, a inni zachodni i powiązani z Kremlem urzędnicy zauważyli rosnącą krytykę niewłaściwego prowadzenia wojny i mobilizacji przez Putina. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał, że na Kremlu toczą się debaty na temat mobilizacji w oświadczeniu dla The Washington Post, ale zaprzeczył wszelkim zarzutom, że członek Kremla konfrontuje się z Putinem. (...) Wieści o rozłamach w wewnętrznym kręgu Putina dotarły jednak do tłumu hiperpatriotycznych i nacjonalistycznych milblogerów, podważając jednak wrażenie siły i kontroli, które Putin starał się przedstawiać przez całe swoje rządy.

(...)

Przedstawianie fundamentalnych rozbieżności w wewnętrznym kręgu Putina i kwestionowanie jego decyzji, nawet jeśli ciche, w rosyjskiej przestrzeni nacjonalistycznej grozi przedstawieniem Putina jako słabego i nie w pełni sprawującego kontrolę nad swoim rządem. Prawda czy fałsz tej prezentacji jest mniej ważna niż jej wstrzyknięcie w publiczność, na której Putin najbardziej polega na dalszym wsparciu w swojej wojnie. Sam Putin mógł uzewnętrznić swoje obawy związane z tym zerwaniem fasady jego władzy i jednomyślnością zaufanych wyższych urzędników w dziwnej rozmowie z nauczycielem 5 października. Putin zapytał nauczyciela, jak nauczał swoich uczniów o przyczynach buntu Pugaczowa, który rzucił wyzwanie Katarzynie Wielkiej w połowie lat siedemdziesiątych. Nauczyciel z Iżewska, jednego z miast, które Pugaczow zdobył podczas swojego buntu, oferował odpowiedzi, które nie satysfakcjonowały Putina, w tym obserwację, że do buntu doszło z powodu pojawienia się „przywódcy, który mógł wykorzystać falę niezadowolenia” i że lekcja, jaką należy wyciągnąć z tego epizodu historii, była taka: jest konieczne, aby szanować poglądy innych członków społeczeństwa.” Putin sam odpowiedział: „Przywódca [Pugaczow] twierdził, że jest carem. A jak to się stało? Dlaczego było to możliwe?... Z powodu elementu osłabienia władzy centralnej”. Wymiana była dziwaczna i fascynująca, ponieważ nie ma powodu, dla którego bunt Pugaczowa miałby być w tym czasie zajmować myśli Putina, ani żadnego powodu by niepokoić się, że ktoś inny „poda się za cara” – chyba, że ​​sam Putin dostrzega osłabienie władzy centralnej, czyli samego siebie.

understandingwar.org

czwartek, 6 października 2022


Putin opiera się na kontrolowaniu przestrzeni informacyjnej w Rosji, aby chronić swój reżim znacznie bardziej niż na rodzaju masowego aparatu ucisku, którego używał Związek Radziecki, co sprawia, że chaos w przestrzeni informacyjnej jest potencjalnie bardziej niebezpieczny dla Putina niż dla Sowietów. Putin nigdy nie odbudował wewnętrznego aparatu represji, jaki Sowieci mieli w KGB, siłach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Armii Czerwonej na skalę niezbędną do zmiażdżenia siłą wewnętrznej opozycji. Putin do niedawna nie narzucił nawet tego rodzaju skrajnej cenzury, która charakteryzowała państwo sowieckie. Rosjanie od dawna mają prawie wolny dostęp do Internetu, mediów społecznościowych i wirtualnych sieci prywatnych (VPN), a Putin w szczególności powstrzymał się od zablokowania Telegrama, mimo że platforma odmówiła jego żądaniom cenzury treści, a nawet gdy zakłócił dostęp Rosjan do innych platform. Rosyjska przestrzeń informacyjna zamiast tego polegała na dziennikarzach i gościach telewizyjnych programów talk-show, aby wymusić przymusową autocenzurę, zwłaszcza po przyjęciu przez Kreml prawa, które grozi Rosjanom do 15 lat więzienia za „zdyskredytowanie armii”. Krytyka rosyjskich federalnych kanałów telewizyjnych o niepowodzeniach wojskowych i niepowodzeniach częściowej mobilizacji, zwłaszcza po klęsce pod Lymanem, jest więc śmiała i wysoce niezwykła w propagandowych programach Kremla. Po raz pierwszy za pośrednictwem oficjalnych kanałów Kremla wprowadził ton i wydźwięk niektórych krytyków milbloggerów, o postępach Rosji w wojnie, w domach przeciętnych Rosjan.

Przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow i finansista Prywatnej Kompanii Wojskowej Wagnera Jewgienij Prigozhin podważyli wrażliwe narracje Kremla podczas i po upadku Lymana. Kadyrow opublikował 1 października hiperboliczną tyradę, w której oskarżył rosyjskie dowództwo wojskowe o brak szybkiej reakcji na pogarszającą się sytuację wokół Lymana i stwierdził, że Rosja musi wyzwolić anektowane cztery obwody wszelkimi dostępnymi środkami, w tym bronią jądrową o niskiej wydajności. Prigozhin powtórzył krytykę Kadyrowa wobec rosyjskich przywódców wojskowych. Skupienie się Zachodu na nuklearnym zagrożeniu Kadyrowa przesłoniło prawdziwe znaczenie tych oświadczeń. 

Kadyrow i Prigożyn są bona fide członkami niewielkiej grupy przywódców, którą Rosjanie nazywają "siłowikami" – ludzi o znaczących podstawach władzy i członkostwie lub bezpośrednim dostępie do wewnętrznego kręgu Putina. Kadyrow ma za sobą historię nieodpowiedzialnych wypowiedzi i przechwałek, które nie zawsze trafiają na nagłówki gazet i nie kształtują narracji w Rosji. Prigozhin nie jest też normalnie dominującym głosem, chociaż jego znaczenie w ostatnich tygodniach wzrosło. Ale ich wypowiedzi z 1 października wywarły głęboki wpływ na rosyjską przestrzeń informacyjną. Razem złamali narrację Kremla, która próbowała złagodzić cios klęski wokół Lymana. Przedstawiciele władz federalnych w dużej mierze wyrażali nadzieję, że nowo zmobilizowani ludzie i rozlokowane posiłki mogą albo utrzymać linię, albo przeprowadzić kontrataki w najbliższej przyszłości. Jednak talk-showy na kanałach kontrolowanych przez władze federalne natychmiast podchwyciły wypowiedzi Kadyrowa-Prigożyna, co skłoniło komentatorów w telewizji na żywo do zwiększenia krytyki wyższego dowództwa wojskowego. Propagandyści Kremla musieli nawet zakłócić prezentację byłego zastępcy dowódcy południowego rosyjskiego okręgu wojskowego (SMD) Andrieja Gurulowa, kiedy zaczął obwiniać wyższe dowództwo wojskowe za klęskę w Lymanie podczas transmisji na żywo. 

Oświadczenie Kadyrowa i Prigożyna publicznie podważyło przywództwo Putina, prawdopodobnie nieumyślnie. Kadyrow zaatakował w szczególności dowódcę Centralnego Okręgu Wojskowego (CMD), generała pułkownika Aleksandra Łapina i oskarżył szefa Sztabu Generalnego, generała Walerija Gierasimowa o tuszowanie niepowodzeń Łapina w Lymanie. Putin publicznie wyraził zaufanie do Łapina, gdy 24 czerwca rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło zwycięstwo Łapina wokół Łysychańska. Zachodni urzędnicy wojskowi poinformowali również, że Putin podejmuje operacyjne decyzje wojskowe na Ukrainie i prowadzi mikro-zarządzanie swoim dowództwem wojskowym. Putin jest zatem prawdopodobnie odpowiedzialny za decyzje nie tylko o nie tylko wzmocnieniu Lymana, ale także o próbie utrzymania go – fakty, które są prawdopodobnie znane przynajmniej wielu osobom z jego najbliższego kręgu. Bezpośredni atak Kadyrowa na Łapina jest więc atakiem pośrednim na Putina, niezależnie od tego, czy Kadyrow zdaje sobie z tego sprawę, czy nie. Putin i jego rzecznicy byli niezwykle dyskretni, jeśli chodzi o występy dowódców wojskowych lub ich zastępców, co sprawia, że wypowiedź Kadyrowa i jej echo Prigożyna są szczególnie godne uwagi.

understandingwar.org

środa, 5 października 2022


Siły rosyjskie prowadzą ostrzał artyleryjski i rakietowy pozycji i zaplecza wojsk przeciwnika na całej długości linii frontu oraz poszczególnych miejscowości, w tym Dniepru, Charkowa, Kramatorska, Słowiańska, Zaporoża, Nikopolu, Mikołajowa i Białej Cerkwi. Zdolności ofensywne agresor utrzymuje jedynie na odcinku donieckim. Na wszystkich punktach rosyjskiego natarcia armia ukraińska miała prowadzić skuteczną obronę.

Ukraińcy kontynuują udaną kontrofensywę na południowym odcinku frontu z dwóch kierunków w stronę Chersonia – wzdłuż rzeki Dniepr, poruszając się drogami T0403 i T2207. Na pierwszym z nich przejęli kolejne miejscowości: Chreszczeniwka, Ukrajinka, Biljajiwka i Zołota Bałka. Intensywne walki toczą się we wsi Dudczany (według niepotwierdzonych informacji została już zajęta przez Ukraińców). Na drugim kierunku udało się im uzyskać kontrolę nad miejscowościami Wełyka i Mała Ołeksandriwka, a także Dawydiw Brid – kluczowym punktem węzłowym na drodze do Nowej Kachowki. Rosjanie mają formować linię obrony na wysokości Myłowe–Borozenśke. Jej celem będzie niedopuszczenie do otoczenia przez wojska przeciwnika Berysławia i Nowej Kachowki.

W obwodzie charkowskim armia ukraińska prowadzi skuteczne natarcia. Sztab Generalny Ukrainy potwierdził oswobodzenie Borowej, Bohusławki i Boriwśkej Andrijiwki, jak również – według doniesień tamtejszych mediów – miejscowości Iziumśke i Olhiwka, co oznacza przerwanie linii obrony wojsk rosyjskich na linii rzeki Oskoł. Postępy sił ukraińskich są kontynuowane w kierunku miasta Swatowe, którego próba odbicia zostanie najprawdopodobniej zrealizowana natarciem z dwóch kierunków: od strony Kupiańska na zachodzie i Łymanu na południu. Rosjanie przygotowują obronę na linii Swatowe – Kreminna w celu zachowania kontroli nad trasą R-66, mającą kluczowe znaczenie dla zaopatrzenia ich oddziałów. Jej przejęcie umożliwi armii ukraińskiej podjęcie prób odbicia Siewierodoniecka i powstrzymania ofensywy wroga na donieckim odcinku frontu.

Prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił przyjęcie kolejnego pakietu pomocy wojskowej dla Ukrainy – o wartości 625 mln dolarów. W jego skład wejdą m.in.: cztery kolejne wyrzutnie HIMARS, 200 pojazdów opancerzonych MaxxPro, 16 haubic kalibru 155 mm, 1 tys. pocisków 155 mm do zdalnie sterowanych min przeciwpancernych, 30 tys. pocisków moździerzowych 120 mm, sprzęt do rozmieszczania przeszkód i amunicja przeciwpiechotna. Joe Biden powtórzył w rozmowie telefonicznej z Wołodymyrem Zełenskim, że USA będą wspierać Ukrainę „tak długo, jak trzeba”.

Narastają problemy finansowe rosyjskiego resortu obrony, który nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego wyposażenia dla zmobilizowanych żołnierzy. 4 października Moskwa zdecydowała o nałożeniu na władze lokalne i przedsiębiorstwa państwowe obowiązku nabycia towarów na wniosek Ministerstwa Obrony (MO). Zgodnie z dokumentem organy centralne resortu, okręgi wojskowe, wojskowe organy terytorialne (w tym komisariaty wojskowe) i instytucje podległe MO będą mogły kierować do nich wnioski o zakup m.in.: bezpilotowców, sprzętu łączności radiowej, elektroniki, noktowizorów, sprzętu do wykrywania dronów, pojazdów, mundurów, leków czy żywności.

Rosyjskie władze wojskowe starają się ograniczyć falę wyjazdów za granicę mężczyzn podlegających mobilizacji. Chcąc uniknąć gwałtownego wzrostu nastrojów antymobilizacyjnych, nie wprowadziły one całkowitego zakazu opuszczania kraju. Zdecydowano się jednak na zastosowanie środków prewencyjnych, tj. utworzenie na przejściach granicznych mobilnych komisji wojskowych. Ich personel wręcza wezwania mobilizacyjne nieposiadającym odpowiedniego zaświadczenia od komisji wojskowej potwierdzającego uregulowany stosunku do służby. Wprowadzenie kontroli wywołało wielokilometrowe kolejki na przejściach z Estonią i Łotwą w obwodzie pskowskim. Na podstawie szacunkowych danych przekazywanych przez służby państw przyjmujących Rosjan ogólna liczba osób, które opuściły kraj po 21 września, sięga ponad 300 tys.

5 października sekretarz Rady Bezpieczeństwa FR Nikołaj Patruszew na spotkaniu z władzami Sewastopola omówił kwestię zapewnienia bezpieczeństwa na Krymie. Podkreślił, że analiza sytuacji wskazuje na wzrost zagrożenia aktami dywersji ze strony ukraińskich służb specjalnych wymierzonymi w infrastrukturę transportową. Zwiększyło się też prawdopodobieństwo wykorzystania bezzałogowych statków powietrznych do niszczenia lub uszkadzania obiektów infrastruktury krytycznej. Patruszew wskazał, że zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa jest utrudniane przez powierzanie ochrony obiektów osobom nieposiadającym dostatecznych kwalifikacji.

Dzień wcześniej, 4 października Alaksandr Łukaszenka spotkał się z kadrą kierowniczą sił zbrojnych i resortów bezpieczeństwa. Potwierdził, że Białoruś bierze udział w „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie, ale podkreślił, że armia nie uczestniczy w walkach, a jej podwyższona aktywność ma zapobiec rozprzestrzenieniu się konfliktu na Białoruś, a także potencjalnemu uderzeniu na jej terytorium pod przykrywką specjalnej operacji wojskowej z udziałem Polski, Litwy i Łotwy. Łukaszenka stwierdził, że Ukraina kontynuuje prowokacyjną aktywność w pobliżu granicy, utrzymując tam zgrupowanie liczące 15 tys. żołnierzy. Po raz kolejny zaprzeczył informacjom, że w kraju zostanie ogłoszona mobilizacja. Wskazując na trudności, które napotyka ten proces w Rosji, polecił sprawdzenie zdolności mobilizacyjnych (m.in. weryfikację osób podlegających służbie wojskowej) i kontynuowanie szkoleń rezerwistów.

Komentarz

Postępy wojsk ukraińskich w obwodach charkowskim i chersońskim świadczą o pogłębiających się problemach kadrowych armii rosyjskiej. Porażki na południowym odcinku frontu to wynik wyczerpywania się potencjału bojowego 126. Brygady Obrony Wybrzeża (zmechanizowanej), której od marca nie rotowano. Obrona na odcinku charkowskim realizowana jest przede wszystkim pozostałymi jednostkami 1. Gwardyjskiej Brygady Pancernej oraz 144. Dywizji Zmechanizowanej 20. Armii Ogólnowojskowej Zachodniego Okręgu Wojskowego istotnie osłabionymi wrześniową kontrofensywą przeciwnika. Pospiesznie realizowana tzw. częściowa mobilizacja nie przyniesie spodziewanej przez Kreml zmiany – pierwsze jednostki zostały już przerzucone na Ukrainę (w tym do obrony miejscowości Swatowe) bez zapowiedzianych wcześniejszych przygotowań i szkoleń, co każe wątpić w ich potencjał bojowy i zdolność stawiania skutecznego oporu zdeterminowanej armii ukraińskiej. W sytuacji dalszego pogłębiania się złej sytuacji sił rosyjskich Moskwa będzie groziła użyciem broni jądrowej i zintensyfikuje ataki mające zakłócić dostawy energii elektrycznej i gazu.

Przebieg mobilizacji w Rosji pokazuje, że struktury wojskowe nie były do niej przygotowane nie tylko od strony organizacyjnej, lecz także finansowej. Decyzja Moskwy o realizowaniu doraźnych dostaw wyposażenia dla wojska przez władze lokalne i inne podmioty państwowe sygnalizuje, że siły zbrojne nie zgromadziły wcześniej wystarczających rezerw materiałowych. Dotyczy to zwłaszcza podstawowego wyposażenia żołnierzy w umundurowanie, środki łączności czy oporządzenie taktyczne. W efekcie na front wysyła się ludzi źle przygotowanych i wyekwipowanych, co będzie miało wpływ na rosyjskie zdolności bojowe.

Wydane przez Łukaszenkę polecenia sprawdzenia funkcjonowania systemu mobilizacyjnego i kontynuowania szkolenia rezerwistów świadczą o tym, że armia białoruska jest utrzymywana w stanie podwyższonej gotowości bojowej. Jej główne zadania to wiązanie ukraińskich sił wzdłuż granicy i zagwarantowanie przebywającym jednostkom rosyjskim możliwości kontynuowania ataków powietrznych na Ukrainę. Łukaszenka przyznaje otwarcie, że Białoruś jest uczestnikiem „operacji specjalnej”, i wykorzystuje to do dyscyplinowania społeczeństwa, strasząc rzekomym zagrożeniem wojskowym ze strony Ukrainy, Polski i państw bałtyckich.

osw.waw.pl

wtorek, 4 października 2022


Pekin będzie chciał zająć pozycję i przejąć autorytet Rosji w regionie?  

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś mógłby całkowicie zastąpić Rosję, sprawić, że ona zniknie z całym swoim dorobkiem. Bez wątpienia jednak rośnie znaczenie Chin w regionie. W czasie ostatniej wizyty Xi jinpinga w Astanie (stolica Kazachstanu - przyp. red) przekazał on, że ma swoją wizję porządku regionalnego, który niekoniecznie pokrywa się z rosyjską wizją. Zaznaczył również, że Pekin opowiada się za stabilnością, integralnością terytorialną i suwerennością tych państw. Nie oznacza to jednak, że zamierza się skonfrontować z Rosją na tym terenie, a raczej aktywniej uczestniczyć w pewnym procesie, który nie jest zero-jedynkowy.

Kolejny duży gracz - Turcja, też nie ogląda się już na rosyjskie interesy.

Turcję z Rosją łączą skomplikowane relacje. Z jednej strony to strategiczna współpraca i oglądanie się na siebie, a z drugiej strategiczna rywalizacja, która trwa od bardzo wielu lat. Obserwujemy proces wzmacniania się Turcji, jej wchodzenia w region. Akcentowanie swoich interesów i sprawczości np. w Azerbejdżanie jest widoczne od lat, lecz teraz te działania przyspieszyły. Turcja pokazuje, że jest gotowa wspierać sytuację, w której Armenia, sojusznik rosyjski, jest bezkarnie atakowana przez Azerbejdżan. Nie oznacza jednak, że może ona zastąpić Rosję w skali całego regionu. Może natomiast znacząco osłabić jej pozycję.

Zarówno Turcja jak i Chiny stopniowo osłabiają pozycję rosyjską, łamią jej dotychczasowy monopol na obszarze postsowieckim. Jest to skomplikowana relacja, w której Chiny i Turcja rywalizują z Rosją, a jednocześnie z nią współpracują. Dostosowują się do nowych realiów, kanalizują pewne procesy, które Moskwa wywołała. Oba kraje chciałyby kontrolować te procesy i minimalizować straty, a jednocześnie zwiększać pole dla swoich zysków. Rosja tego procesu nie jest w stanie zatrzymać, a tym bardziej odwrócić w wyobrażalnej perspektywie czasowej.

Jakie kluczowe zmiany możemy zaobserwować w najbliższych miesiącach w tym regionie? 

Możemy spodziewać się napięć i zmian. Od wielu miesięcy dojrzewa proces porozumienia politycznego między Armenią i Azerbejdżanem - niezależnie od tych ostrych starć. Jeśli do ugody dojdzie, to będzie to kolejny efekt słabości rosyjskiej. Armenia, która jest sojusznikiem Moskwy, ostatecznie zrezygnowałaby wtedy z rosyjskiego parasola. Byłaby to fundamentalna zmiana dla regionu, ale też międzynarodowej pozycji Rosji.

Oczywiście, że jesteśmy w stanie sobie wyobrazić wiele konfliktów dużo bardziej niebezpiecznych, ale to wszystko zależy od tego, jak rozwinie się wojna w Ukrainie i co stanie z samą Rosją.

Jak Kazachstan poradzi sobie z napływem Rosjan, którzy uciekają obecnie przed mobilizacją?

Obserwujemy, że zauważalnie wzrosły ceny wynajmu mieszkań, zauważamy przewóz pieniędzy, przenoszenie interesów. To doraźna korzyść ekonomiczna, ale też element rozstroju całego systemu postsowieckiego. To postawienie dużego znaku zapytania pod całą siecią powiązań między gospodarką, społeczeństwem, armią, w których Rosja odgrywała główną rolę. Siłą rzeczy zmiana tego systemu będzie powodowała tarcia, a może nawet duże problemy.

Pozostaje pytanie co zrobi z tą przemianą świat zewnętrzny. Do jakiego stopnia Chiny, Turcja, UE czy Amerykanie będą gotowi uczestniczyć w tych procesach. Ponad wszelką wątpliwość mógłbym powiedzieć, że dokonuje się istotny demontaż systemu postsowieckiego, w którym Rosja pełniła istotną rolę. Cokolwiek by się nie wydarzyło, nie ma mowy do powrotu do automatycznego stanu rzeczy sprzed roku, czy kilku lat.

Jak państwa regionu Kaukazu i Azji Centralnej postrzegają groźby nuklearne?

Nie ma wiążących reakcji Kaukazu i Państw Azji Centralnej wobec gróźb nuklearnych. Może za wyjątkiem Kazachstanu, który wyraźnie podniósł ten temat. Kasym-Żomart Tokajew (prezydent kraju - przyp.red) był mocno zaangażowany w rozwiązywanie nuklearnych problemów Kazachstanu jak i tych międzynarodowych.

Cały ten region poważnie traktuje zagrożenia, które generuje Rosja. Także w kwestiach nuklearnych poważnie biorą to pod uwagę i się tego obawiają, choć głośno o tym nie debatują, wiedząc, że nie wpłynie to na decyzje Putina. Wielokrotnie w swojej historii przekonali się, że Rosja jest zdolna do robienia rzeczy, które w głowach się nie mieściły. Z niepokojem patrzą na groźby Rosji i ewentualne konsekwencje.

gazeta.pl

poniedziałek, 3 października 2022


W ostatnich dniach września siły ukraińskie oskrzydliły pozycje rosyjskie w północno-wschodnim rejonie obwodu donieckiego, doprowadzając do pospiesznego wycofania jednostek wroga z okolicznych miejscowości, a następnie z Łymanu (1 października). W końcowym okresie walk tego przed wojną 20-tysięcznego miasta miało bronić do 5,5 tys. żołnierzy z 2. Korpusu Armijnego (tzw. Ługańskiej Milicji Ludowej) i batalionów ochotniczych rezerwy armii rosyjskiej – BARS – wraz ze szczątkowymi pododdziałami z jednostek Zachodniego i Centralnego Okręgów Wojskowych. Siły ukraińskie kontynuują działania na wschód – w kierunku Kreminnej w obwodzie ługańskim. Według nadal niepotwierdzonych informacji miały podejść pod miasto od południa oraz zająć lokalny węzeł drogowy i przeprawę przez rzekę Żerebeć (m. Torśke i Zariczne). W pozostałej części Donbasu sytuacja nie uległa znaczącej zmianie – siły rosyjskie ponawiały próby natarcia na Bachmut i atakowały bez powodzenia na południe od Siewierska, północny zachód od Gorłówki oraz północny i południowy zachód od Doniecka.

1 października jednostki ukraińskie wznowiły działania zaczepne w obwodzie chersońskim i uzyskały powodzenie w jego części graniczącej z obwodem dniepropetrowskim. Potwierdzono zajęcie dwóch miejscowości (Archanhelśke i Myrolubiwka). Na dotychczasowej linii styczności w dalszym ciągu trwają walki, jednakże wojska rosyjskie mają się wycofywać i tworzyć nową linię obrony kilkanaście kilometrów na południe wzdłuż zachodniego brzegu Dniepru. Siły ukraińskie miały atakować także na pograniczu obwodów mikołajowskiego i chersońskiego, w tym na kierunku Chersonia. Do szczególnie zaciętych walk miało dojść w rejonie węzłowej wsi Dawydiw Brid, gdzie niepowodzeniem zakończyły się zarówno natarcie ukraińskie, jak i podjęte pod koniec września przez Rosjan kolejne próby likwidacji pozycji obrońców na wschód od rzeki Ingulec.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo nieprzerwanie atakują pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych obszarach obwodów czernihowskiego i sumskiego, a – od niedawna – również charkowskiego. Środek ciężkości uderzeń na głębokie zaplecze ukraińskie przesunął się jednak na południe, gdzie wzrosło natężenie ataków na Zaporoże, Krzywy Róg, Mikołajów i Odessę. Miasta te – a także Dniepr – były ponadto celami ataków rakietowych. Do względnego uspokojenia doszło w Charkowie (atakowane były miejscowości na jego obrzeżach). Rosjanie nie zaprzestawali też ataków na Nikopol, Oczaków, Kramatorsk i Słowiańsk. Siły ukraińskie ostrzeliwały i bombardowały agresora w obwodach chersońskim i zaporoskim oraz w Donbasie. Głównymi ich celami pozostają Chersoń i Nowa Kachowka (w tym rejon mostu Kachowskiego) oraz zaplecze rosyjskie w obwodzie ługańskim.

Ukraiński Sztab Generalny informuje o trwającym wzmacnianiu sił rosyjskich na południu. Do Berdiańska i Melitopola miały przybyć dodatkowe pododdziały Rosgwardii. W rejonie drugiego z wymienionych miast mieli się także pojawić pierwsi żołnierze z nowego zaciągu w ramach tzw. częściowej mobilizacji. Rosjanie mieli ponadto sprowadzić kolejne pododdziały z systemami S-300, wykorzystywanymi – wbrew pierwotnemu przeznaczeniu – głównie do ostrzeliwania celów naziemnych. 30 września w stan pełnej gotowości miały zostać postawione jednostki wojskowe na Krymie.

Wycofanie żołnierzy rosyjskich z Iziumu stało się przedmiotem otwartej krytyki formułowanej przez m.in. Ramzana Kadyrowa (z Czeczeni pochodzi znaczna część ochotników biorących udział w walkach) oraz byłego dowódcę 58. Armii Ogólnowojskowej, obecnie deputowanego do Dumy, gen. rez. Andrieja Gurulowa. Za winnego porażki w północno-wschodniej części obwodu donieckiego uznano kierującego przebiegiem operacji w tym rejonie dowódcę Centralnego Okręgu Wojskowego – gen. Aleksandra Łapina, a za odpowiedzialnego za niepowodzenie całości operacji – szefa Sztabu Generalnego gen. Walerija Gierasimowa.

W ramach kolejnego pakietu amerykańskiego wsparcia wojskowego o wartości 1,1 mld dolarów Ukraina ma otrzymać 18 wyrzutni HIMARS, 12 systemów do zwalczania dronów Titan, 300 samochodów, kilkadziesiąt ciężarówek z przyczepami, środki radiolokacyjne, łączności, rozpoznawcze i wykrywania materiałów wybuchowych oraz części zamienne. W odróżnieniu od poprzednich pakietów zadeklarowane uzbrojenie i sprzęt wojskowy w większości nie pochodzą z zapasów armii amerykańskiej i będą dopiero wyprodukowane, a państwo ukraińskie otrzyma je nie wcześniej niż za rok do dwóch lat. Dania, Norwegia i Niemcy podpisały kontrakt o wartości 92 mln euro (w części źródeł – 93), w ramach którego Słowacja wyprodukuje dla Ukrainy 16 armatohaubic samobieżnych Zuzana 2. Według francuskich mediów armia ukraińska ma także otrzymać od 6 do 12 armatohaubic CAESAR zamówionych wcześniej dla armii duńskiej. Z kolei resort obrony Litwy zawarł z polskim WB Electronics kontrakt na dostawę dla Ukrainy dwóch kompletów amunicji krążącej Warmate (wyrzutnia i 37 tzw. dronów kamikadze w każdym). 2 października w Turcji wodowano korwetę „Hetman Iwan Mazepa” (typu Ada) – pierwszy duży, nieodziedziczony po Związku Sowieckim okręt dla Marynarki Wojennej Ukrainy.

Według Sztabu Generalnego Ukrainy na położonym 50 km od granicy białoruskim lotnisku Łuniniec (obwód brzeski) trwają intensywne prace budowlane, remontowane są koszary i magazyny amunicyjne. W pobliżu linii granicznej zaobserwowano rosyjskie dywizjony rakietowe uzbrojone w systemy S-400 i nowe stacje radiolokacyjne. W wyniku działań wywiadowczych potwierdzono, że armia białoruska nadal utrzymuje w gotowości niedaleko terytorium Ukrainy do siedmiu batalionowych grup taktycznych (łącznie 4–6 tys. ludzi). Od pół roku na Białorusi trwają systematyczne ćwiczenia wojskowe z udziałem przedstawicieli resortów bezpieczeństwa.

Po ogłoszeniu aneksji na okupowanych terytoriach obwodów zaporoskiego i chersońskiego rozpoczęła się przymusowa mobilizacja do armii rosyjskiej. Mężczyźni są zatrzymywani na ulicach i kierowani do komisji wojskowych. Od poboru nie zwalnia brak rosyjskiego paszportu, a władze okupacyjne uznają wszystkich zamieszkałych na anektowanych terytoriach za obywateli FR. Aby udaremnić próby ucieczki na stronę kontrolowaną przez wojska ukraińskie, zablokowano wszystkie drogi wyjazdowe.

Komentarz

Zajęcie Łymanu, ostatniego znaczącego punktu rosyjskiej obrony w północno-wschodniej części obwodu donieckiego, stanowi niewątpliwy ukraiński sukces taktyczny oraz odgrywa znaczącą rolę w wymiarze politycznym. Łyman stanowi lokalny węzeł komunikacyjny, a jego zdobycie zabezpiecza stronie ukraińskiej główną w tym rejonie przeprawę przez Doniec w kierunku Słowiańska, a także odblokowuje połączenie z Siewierskiem od strony obwodu charkowskiego, nie ma jednak większego znaczenia natury operacyjnej. Zajęcie miasta i przekroczenie przez wojska ukraińskie granic obwodu ługańskiego potwierdzają, że odzyskana na początku września inicjatywa na froncie nieprzerwanie pozostaje po stronie Ukraińców. W tym kontekście należy także postrzegać wznowienie działań zaczepnych w obwodzie chersońskim. Armia ukraińska konsekwentnie wypiera wrogie jednostki z terenów, które według Kremla mają obecnie wchodzić w skład Rosji. Należy przyjąć, że Kijów będzie konsekwentnie dążył do odzyskania jak największego obszaru przede wszystkim w obwodzie ługańskim, natomiast działania na innych kierunkach należy obecnie postrzegać raczej jako mające na celu wiązanie sił rosyjskich, a także wykorzystanie na froncie euforii związanej z odnoszonymi sukcesami.

Poprzez oddanie Łymanu armia rosyjska po raz trzeci od 24 lutego udowodniła, że – w odróżnieniu od praktyki czasów sowieckich – potrafi podjąć decyzję o wycofaniu, aby zminimalizować straty w ludziach. Ostatnie tygodnie obrony miasta wskazują jednak, że poza tym jej modus operandi całkowicie wpisuje się w tradycję sowiecką, tj. przywiązanie do założonego schematu operacji, oszukiwanie w kwestii sytuacji na froncie i brak elastyczności. Głównym argumentem na rzecz tego ostatniego jest sytuacja w pozostałej części Donbasu, w której Rosjanie nieprzerwanie podejmują działania zaczepne. Kwestią otwartą pozostaje, dlaczego nie zdecydowali się na ich wstrzymanie, przejście do obrony i przerzucenie części sił w celu wzmocnienia obrony Łymanu. Należy przy tym założyć, że w dalszym ciągu lokalne zgrupowanie agresora nie dysponuje odpowiednimi rezerwami, które mogłyby zostać zaangażowane w walki bez uszczuplania innych odcinków. Z informacji z regionu wynika, że wszelkie nowe wzmocnienia konsekwentnie kierowane są na południe – do obwodów chersońskiego i zaporoskiego. O ile utrata Łymanu nie zmienia znacząco sytuacji militarnej, o tyle w pozostałych wymiarach stanowi ona dla najeźdźców istotny problem. Dopuszczono bowiem do oddania terenu, który w optyce Rosji stanowi część jej terytorium. W tym kontekście należy postrzegać otwartą krytykę działań nie tylko lokalnego, lecz także najwyższego dowództwa Sił Zbrojnych FR. Sytuacja ta stanowi kolejny czynnik negatywnie oddziałujący na motywację żołnierzy rosyjskich, zwłaszcza że sukcesywnie coraz większą ich część będą stanowili nowo zmobilizowani.

Decyzja o przeprowadzeniu przymusowej mobilizacji na terenach „anektowanych” ma zdecydowanie represyjny charakter. Osoby wcielane do wojska nie mają motywacji do walki, a ich umiejętności wojskowe są niskie. Oznacza to, że nawet wykonanie planów mobilizacyjnych nie zagwarantuje wzmocnienia potencjału bojowego formowanych lub uzupełnianych jednostek. Z kolei trwająca w Rosji mobilizacja nadal napotyka przeszkody organizacyjne. Mający charakter „branki” chaotyczny pobór obejmuje czasami osoby niezdolne do służby wojskowej lub nieposiadające niezbędnych kwalifikacji. Wzrost nastrojów antymobilizacyjnych wywołał reakcję administracji lokalnych, które zmusiły władze wojskowe do weryfikacji zasadności powołań, co spowodowało zwolnienie części już wcielonych do armii osób. Nie wpłynęło to jednak na usprawnienie procesu mobilizacyjnego – komisje wojskowe nadal działają pod presją wykonania planu i nie rezygnują z wręczania wezwań na ulicach czy przy wyjeździe z miejscowości.

osw.waw.pl

Grzegorz Sroczyński: Co będzie z wojną?

Jarosław Wolski: Rosjanie w wakacje stracili tak dużo sprzętu i tak dużo zużyli amunicji, że nie będą w stanie wygrać jej konwencjonalnie. 

Powszechna mobilizacja tego nie zmieni?

Spóźnili się z nią o 390 dni. Zgodnie z własną doktryną wojenną powinni rozpocząć powszechną mobilizację późną wiosną zeszłego roku, powołać półtoramilionową armię i dopiero uderzać na Ukrainę. Nie zrobili tego z przyczyn politycznych, społecznych, a przede wszystkim dlatego, że całkowicie błędnie oszacowali gotowość ukraińskiej armii do obrony państwa. Teraz próbują przeprowadzić coś w rodzaju spóźnionej mobilizacji, ale jej celem nie jest wygranie tej wojny. 

Nie?

Chodzi o to, żeby załatać najgorsze dziury i w ogóle móc kontynuować działania wojskowe bez kompromitacji. Siły i środki, które Rosjanie zgromadzili obecnie nie pozwalają nawet na uzupełnianie strat i rotowanie jednostek. Powszechna mobilizacja poprawi tę sytuację, ale nie można się spodziewać cudów, bo jej logika jest całkowicie zaburzona. 

W jakim sensie zaburzona?

Jest totalnie niespójna z zasadami działania rosyjskiej armii. Istnieje w niej kilka rodzajów „jednostek mobilizacyjnych", czyli takich, które w czasie pokoju nie są gotowe do działań i trzeba je dopiero „rozwinąć mobilizacyjnie" - to pojęcie ze slangu wojskowego. Niektóre jednostki mają 70 procent etatów obsadzonych i gotowy sprzęt, w innych poziom obsadzenia wynosi 20-30 procent, są też tzw. jednostki szkieletowe w ogóle nie obsadzone, czyli w zasadzie bazy sprzętu, które dopiero trzeba uzupełnić żołnierzami, a to wymaga czasu. Rosjanie w najczarniejszych snach nie mogli przypuszczać, że będą musieli „rozwijać się mobilizacyjnie" w czasie wojny prowadzonej od pół roku. 

Ale co to zmienia?

Słowo bałagan to za mało. Część kadry instruktorskiej została już ranna, zabita lub zaginęła na Ukrainie. Cześć jednostek, które mają być w trakcie powszechnej mobilizacji kompletowane, ogołocono ze sprzętu. I jak teraz „rozwinąć mobilizacyjnie" jednostkę, która po pół roku wojny pozbawiona jest kadry dowódczej i wyposażenia?

Bo w jednej jednostce nie ma połowy czołgów, w innej ciężarówek, a w jeszcze innej dowódców posłali na front?

Tak. Proces mobilizacji będzie niesamowicie zakłócony. Tak trudnej sytuacji Rosjanie nie mieli nawet w 1941 roku, bo wtedy zaczęli mobilizację wcześniej i Niemcy uderzyli mniej więcej w jednej trzeciej zrealizowanego harmonogramu. Obecna sytuacja - przy ich strukturze armii - jest chyba najgorsza z możliwych, bo ludzie, sprzęt i jednostki, które mają zapoczątkować mobilizację, zostały wykorzystane na Ukrainie. Jednostki „drugiej kategorii mobilizacyjnej" - czyli teoretycznie te lepsze z nowszym sprzętem - wcale go nie mają. 

Na papierze sprzęt jest, w realu nie ma?

Inaczej. On jest na papierze i zwykle jest też w realu. Stoją czołgi w hangarze, ale z tych czołgów wymontowano podzespoły. 

Po co?

Bo ktoś tam czegoś potrzebował. Pojazdy wojskowe - nawet jeśli nie są używane - powinny co jakiś czas trafiać do remontu. Rosjanie remontowali 280 czołgów rocznie. Tyle że te najnowsze czołgi z zerowym przebiegiem remontowano z wykorzystaniem czołgów przeznaczonych do mobilizacji. Ktoś wziął pieniądze za nowe części, a dostarczył stare wymontowane z sprzętu czekającego na wypadek wojny. Teraz okazuje się, że w czołgach przypisanych do jednostek mobilizacyjnych nie ma tak mało ważnych rzeczy jak silniki, przekładnie boczne, stabilizatory armat, celowniki, radiostacje. 

I co oni z tym fantem zrobią?

Będą mieli chaos. Zamiast przydzielać zmobilizowanych rezerwistów do ich jednostek, wyślą ich od razu na front. Mobilizacja przeprowadzona na czas jest w rosyjskim systemie ważna z jeszcze jednego powodu. Ich system zakłada, że zbierania zepsutego sprzętu z frontu i naprawianie go opiera się na zmobilizowanych rezerwistach. Ponieważ nie było dotąd mobilizacji, więc oni tych jednostek do napraw polowych w ogóle nie rozwinęli. Zignorowali to. I jest to jedna z głównych przyczyn, dlaczego tak słabo idzie im w Ukrainie. Stąd też te góry porzuconych czołgów, haubic, ciężarówek na trasach rajdów rosyjskich czołówek pancernych.

Bo skoro Ukraina nie jest prawdziwym państwem, to po co wysyłać tam porządnie rozwiniętą armię?

Zlekceważyli Ukraińców i zapłacili za to porażką operacji kijowskiej - niesamowitą, jeśli chodzi o historię wojskowości. 

No dobrze, ale jesteśmy teraz wiele miesięcy później. Nic z tym nie zrobili?

Zrobili. Ogołocili szeregi rezerwistów z techników, elektromonterów, spawaczy - zachęcali ich różnymi sposobami - i podczas walk na łuku Dońca Siewierskiego próbowali odtworzyć zdolności do ewakuacji i napraw sprzętu. W niewielkim stopniu to się udało, ale co z tego, skoro całkowicie posypała im się logistyka. Ukraińcy rozsmarowali ją na marmoladę dzięki wyrzutniom HIMARS. 

Logistykę? Czyli?

Krwioobieg każdej wojny, bo chodzi o dostawy amunicji, paliwa, części zamiennych, racji żywnościowych. Rosjanie bazowali na sieci dużych magazynów i na transporcie samochodowym, który wykorzystuje głównie siłę rąk ludzkich. To co w armiach NATO robi ciężarówka z HDS-em, który ładuje i rozładowuje kontener albo palety, potem jadą wózki widłowe, w Rosji robi stado pół-niewolników w mundurach, którzy muszą nosić wszystko z paki pojazdu. Wymaga to kilka razy więcej czasu i dziesięć razy więcej ludzi. Ukraińcy -  jak już dostali HIMARS-y - zniszczyli te duże magazyny za linią frontu, co spowodowało, że Rosjanie musieli magazyny odsunąć dalej i w dodatku zamiast jednego dużego zrobić piętnaście małych. To z kolei wymaga jeszcze więcej ludzi i więcej ciężarówek, których nie mają. Efekt jest taki, że system dostaw zaczął im się kompletnie sypać. Nie w takim stopniu, żeby przegrali wojnę, ale dość szybko tracili przez to możliwość prowadzenia jakichkolwiek działań. Powtórzę: ogłoszona przez Putina mobilizacja nie jest po to, żeby tę wojnę militarnie wygrać środkami konwencjonalnymi, ale żeby załatać najgorsze dziury i do końca się nie skompromitować. 

Czyli teraz Ukraińcy mogliby ich całkiem wypchnąć?

Nie tak szybko. W Charkowie Ukraińcy odnieśli oszałamiający sukces strategiczny, polityczny, to była wspaniała operacja, która kiedyś trafi do podręczników wojskowości. Ale Ukraińcy przeprowadzili też ofensywę w Chersoniu - nieudaną, o której milczą wszyscy wstydliwie. Propagandowo ta klęska została ubrana w opowieść, że chodziło tylko o zmylenie Rosjan, że ta ofensywa była udawana itp. Nie była udawana. Prawda jest taka, że działania prowadzono nawet większymi siłami niż ofensywę w Charkowie i skończyło się to horrendalnymi stratami ukraińskimi. Były brygady, które straciły ponad połowę stanu - głównie rannych, bo zabitych było na szczęście niewielu. To pokazuje, jak trudne może być prowadzenie działań ofensywnych. Jeżeli przeniesiemy to doświadczenie na następny etap wojny - na przykład wyobrazimy sobie próbę przerwania rosyjskiego korytarza z Krymu do Rostowa nad Donem - to tam problemy będą o rząd wielkości większe. Czy Ukraińcy mają teraz dość sił, żeby przeprowadzić kolejne tego typu operacje? Tak, ale jest to obarczone dużym ryzykiem.

Więc co dalej?

Niestety, wojna będzie trwać. I jeszcze będzie bardzo krwawo. A potem ruszą jakieś negocjacje. 

gazeta.pl