środa, 28 września 2022


W północno-wschodniej części obwodu donieckiego utrzymuje się nietypowa dla działań wojennych sytuacja, w której na przyległym obszarze działania ofensywne podejmują równocześnie obie strony. Niepowodzenie frontalnego ataku Ukraińców na Łyman spowodowało, że dążą oni do okrążenia miasta od północy i wschodu. Z kolei Rosjanie skupiają gros sił w rejonie Bachmutu. Działania obu stron zbiegają się w okolicy Siewierska, przy czym Ukraińcy atakują na północny zachód, natomiast Rosjanie na południowy wschód od miasta, uderzając w przeciwnych kierunkach. Żadna ze stron nie jest w stanie uzyskać wyraźnej przewagi. Brak znaczących wzmocnień po stronie rosyjskiej pozwala jednak przyjąć, że bardziej prawdopodobny jest sukces działań ukraińskich.

Mobilizacja Kolei Białoruskich może świadczyć o rozpoczęciu przygotowań do przyjęcia transportów wojskowych z Rosji. Działania te mogą sygnalizować, że Moskwa zdecyduje się na odtworzenie rosyjskiego ugrupowania uderzeniowego zagrażającego Ukrainie od północy lub dostarczenie na Białoruś nowej partii systemów rakietowych, umożliwiających intensyfikację ostrzałów. Jednocześnie postawienie w podwyższony stan gotowości Kolei Białoruskich odbywa się w trakcie przedłużającej się już trzeci dzień wizyty Alaksandra Łukaszenki w Soczi. Tematyka i wyniki rozmów z Władimirem Putinem nie zostały upublicznione. Brak oficjalnych komunikatów może świadczyć o tym, że na Łukaszenkę wywierana jest presja mająca zmusić go do uznania aneksji okupowanych terytoriów Ukrainy i do większego zaangażowania Białorusi w konflikt. Przy wykorzystaniu obowiązującej doktryny wojennej Państwa Związkowego Mińsk może zostać zmuszony do uznania działań armii ukraińskiej za akt agresji na terytorium rosyjskie, jak w optyce Moskwy traktowane będą anektowane obszary.

osw.waw.pl

Okazuje się, że wezwanie dostał także rosyjski dziennikarz, a raczej propagandysta Władimir Sołowjow, który na antenie rodzimej stacji Rossija 1, nie krył z tego powodu oburzenia. - Jestem za stary. A wy, skoro jesteście tacy dzielni, dlaczego nie idziecie na front? Idźcie i umierajcie w Donbasie - skomentował.

Głos w studiu zabrała także caryca propagandy - redaktorka naczelna państwowego kanału informacyjnego Russia Today - Margarita Simonyan. Zapytała, ilu ma zostać zmobilizowanych. Jeden z gości w studiu odpowiedział jej, że milion osób. - To zbierzmy wszystkich pedofilów, zboczeńców, ulicznych muzyków, studentów sztuki i ich wyślijmy. Niech oni będą mięsem armatnim - zaproponowała Simonyan. 

gazeta.pl

Rosyjska agencja RIA Novosti opublikowała wyniki nielegalnych referendów na okupowanych terytoriach Ukrainy:

za wejściem samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej do Rosji głosowało 98,69 proc. wyborców;
za wejściem samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej do Rosji — 97,93 proc.;
za wejściem obwodu zaporoskiego do Rosji — 97,81 proc.;
za wejściem obwodu chersońskiego do Rosji — 96,75 proc.

onet.pl/RIA Novosti

wtorek, 27 września 2022


Władze rosyjskich regionów Zabajkale oraz Buriacji zapowiadają kontrole w sklepach z odzieżą i wyposażeniem wojskowym. Po ogłoszeniu mobilizacji znacznie wzrosły w nich ceny.

Wbrew zapewnieniom rosyjskich władz, powołani do wojska muszą kupić sobie część wyposażenia sami. W związku z tym wzrosły ceny na kominiarki, kalosze, bieliznę termiczną rękawiczki, czapki i buty zimowe.

– Gdy pojawią się informacje o podwyżkach cen specjalnego wyposażenia, od razu poinformujemy o tym Zabajkalski Oddział Federalnej Służby Antymonopolowej – zaznaczył wicepremier regionu Aleksandr Bardaliejew.

Wcześniej kierujący Buriacją Alieksiej Cydienow zażądał od właścicieli sklepów sprzedających rzeczy potrzebne do służby w wojsku o obniżkę cen.

– Jeśli któryś z was chce się wzbogacić w tym czasie, mieć super zyski, to lepiej niech obniży ceny do poprzedniego poziomu bo sam będzie musiał przygotowywać się do mobilizacji. Dojdziemy do każdego – powiedział.

Mobilizowany mieszkaniec Sachalina opublikował film, w którym pokazuje, co musiał kupić przed wyruszeniem na front. Wśród rzeczy, na które wydał 25 tysięcy rubli, czyli ponad 2100 złotych są: śpiwór, płaszcz, kalosze, apteczka z lekami i plecak. Jak przyznaje mężczyzna, ze względu na brak pieniędzy nie mógł kupić sobie butów.

belsat.eu/Kommersant/astv.ru

Równocześnie w zasadzie bez echa przeszła informacja o wynikach badań, jakie dzień przed ogłoszeniem przez Putina dekretu o mobilizacji ogłosiło Centrum Lewady - rosyjska niezależna, pozarządowa organizacja badawcza i socjologiczna. Przeprowadzone one zostały w domach respondentów w formie wywiadu osobistego w dniach 25-31 sierpnia 2022 r. (na reprezentatywnej próbie ludności miejskiej i wiejskiej - 1612 osób w wieku 18 lat i więcej w 137 miejscowościach). Wynika z nich, że odnotowano znaczny wzrost zaufania do wszystkich instytucji państwowych i publicznych w porównaniu do roku ubiegłego. Podobne gwałtowne zmiany nastrojów miały miejsce w 2014 roku, a więc w czasie aneksji Krymu i rozpoczęciu walk w Ługańsku i Doniecku. Wzrosło zaufanie do głównych instytucji politycznych: do prezydenta z 53 proc. (2021 r.) do 80 proc. (2022 r.), do rządu z 33 proc. (2021 r.) do 55 proc., do Dumy Państwowej i Rady Federacji z 25 proc. (2021 r.) do ponad 40 proc. (2022 r.). Po ubiegłorocznym spadku, gwałtownie wzrosło w tym roku również zaufanie do resortów siłowych: na przykład 77 proc. respondentów ufa armii (61 proc. w 2021 r.), 61 proc. ufa organom bezpieczeństwa państwa (45 proc. w 2021 r.), a 41 proc. ufa policji (29 proc. w 2021 r.). Biorąc pod uwagę fakt, że wobec Centrum Lewady są wysuwane zastrzeżenia co do metodologii badań, iż nie publikuje jaki procent respondentów odmówił udziału w ankietach z obawy przed negatywnymi konsekwencjami (m.in. Sam Greene, dyrektor programu Rosja w King's College London), to wyników tych nie należy lekceważyć, nawet jeśli przyjmiemy błąd badawczy w wysokości 10 proc.

Z tego powodu nie należy dziwić się, że protesty są bardziej wydarzeniami medialnymi, niż rzeczywistymi przejawami nastrojów społecznych, zważywszy nawet na grożące konsekwencję za udział w nich. Obecnie potencjał protestacyjny w rosyjskim społeczeństwie w zasadzie nie istnieje. Tak więc, na razie próba analogii historycznych z rokiem 1917 w Rosji, gdzie masy zrewoltowanych żołnierzy pochodzących ze wsi doprowadziły do upadku caratu, w obecnej sytuacji jest raczej swoistym "chciejstwem" i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jak zwrócił uwagę rosyjski politolog Vladimir Gelman,"w lutym 1917 r. jednostki wojskowe w Piotrogrodzie, obawiając się, że same zostaną wysłane na front, nie poszły w obronie rządu carskiego i ostatecznie on upadł", ale "tak głęboki spadek zdolności do tłumienia (aktywności obywatelskiej - przyp. red.) w Rosji nie został jeszcze zauważony. "Wręcz przeciwnie, można powiedzieć, że MSW i Gwardia Narodowa są nawet zainteresowane obecnością na miejscu w celu stłumienia protestów – a wtedy na pewno nie zostaną wysłane na front. Oznacza to, że sytuacja jest dokładnie odwrotna (...) a wyliczenia ludzi pokazują, że szanse na rozbicie »maszyny mobilizacyjnej«, która opiera się na represji, są niewielkie, dlatego naturalne jest, że racjonalne zachowanie to poszukiwanie indywidualnego wyjścia, a nie kolektywnego protestu" - ocenia.

Demonstrację przeciwko mobilizacji szczególnie ostry przebieg miały przede wszystkim w regionach określanych przez prof. Natalię Zubarewicz z moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, (specjalizujących się w zagadnieniach dotyczących sytuacji socjoekonomicznej Rosji) mianem tzw. czwartej Rosji, obejmującej zaledwie 6 proc. populacji. Występuje w nich szczególnie wysoki poziom strukturalnej biedy, korupcja i konflikty na tle etnicznym i religijnym. Zaliczane są do niej głównie republiki etniczne, takie jak m.in. Tuwa, Buriacja, Kałmucja, Dagestan, Osetia Północna i Inguszetia. Biorąc pod uwagę stosunek dochodu do kosztu koszyka dóbr i usług oraz proporcje ludności poniżej granicy ubóstwa, to Tuwa jest na pierwszym miejscu, a Kałmucja i Inguszetia są bardzo zbliżone. Jednocześnie Tuwa jest jedynym regionem, w którym stosunek dochodu do kosztu koszyka jest mniejszy niż jeden, to znaczy średni poziom dochodu nie wystarcza, aby zapewnić minimalny zestaw towarów i usług. Jedna trzecia ludności żyje poniżej granicy ubóstwa. Pomimo, że w Osetii Północnej i Dagestanie sytuacja jest nieco lepsza to wszystkie te republiki etniczne pod względem poziomu życia są poniżej rosyjskiej średniej. Z tych regionów ginie najwięcej żołnierzy w toczącej się wojnie z Ukrainą. Stąd tak gwałtowny protest w m.in. Dagestanie. Jednocześnie rosyjskie jednostki z przewagą żołnierzy z wspomnianych regionów oznaczają się szczególnym okrucieństwem.

Jak podaje telegramowy kanał "Mongolski Węzeł", "według różnych szacunków na froncie znajdować ma się około 10 tys. Buriatów. Inne źródła podają 5 lub 6 tysięcy osób. W ujęciu procentowym na mieszkańca wśród wszystkich narodów Rosji prym wiodą Buriaci walczący na Ukrainie. Buriaci stanowią zaledwie 0,3 procent ludności Rosji, ale stanowią 2,8 proc. wśród oficjalnie zabitych na Ukrainie. Pod względem liczby zgonów w tej wojnie tylko Dagestan wyprzedza Buriację, ale jego populacja jest trzykrotnie większa. Największe straty w toczącej się wojnie ponoszą mniejszości etniczne: Buriaccy Mongołowie, Tuwuńcy, Mongołowie i Kałmuccy Mongołowie, którzy używani są jako "mięso armatnie". Były prezydent Mongolii Tsakhiagiin Elbegdorj wezwał wręcz do ucieczki z Rosji Tuwińców, Buriatów i Kałmuków, którzy nie chcą brać udziału w wojnie z Ukrainą. Jego wiadomość wideo została opublikowana na kanale YouTube Światowej Federacji Mongołów. "Okazuje się, że państwo zwane Rosją postanowiło zorganizować ludobójstwo Buriatów? Zniszczyć całą pulę genów, odbierając młodych, którzy będą żyć i żyć?" - to cytowana przez BBC wypowiedź Iriny Bułgutowej, będącej doktorem filologii buriackiej i profesorem nadzwyczajnym Katedry Literatury Rosyjskiej i Obcej Buriackiego Uniwersytetu Państwowego, na temat mobilizacji.

infosecurity24.pl

Głównym celem ofensywy jest oczywiście zniszczenie rosyjskiego zgrupowania operacyjnego na prawym brzegu Dniepru i zajęcie tego terenu, włącznie z miastem Chersoń. Na zachodniej flance natarcia wyprowadzane są wprost na Chersoń; w centralnej części frontu wprost na południe, z sforsowaniem rzeki Inhulec włącznie i z obszaru Andrijiwka-Łozowe-Dawidów Bród wyjściem na drogę Dawidów Bród-Nowa Kachowka; na wschodniej flance, atakuje się z grubsza wzdłuż Dniepru. Prawdopodobnie spodziewano się, że izolowane zgrupowanie operacyjne przeciwnika na prawym brzegu Dniepru, borykające się z problemami logistycznymi, zostanie rozbite, do czego miało przyczynić się wielotygodniowe, systematyczne degradowanie jego zdolności bojowych i zabezpieczenia logistycznego atakami artyleryjsko-rakietowymi, w tym systemami rakietowymi HIMARS/MLRS.

Teren w jakim zgrupowanie operacyjne SZU atakuje na południu jest niekorzystny, częściowo z rzeką Inhulec za plecami, w otwartym terenie, z niewielką ilością lasów, co utrudnia skryte podejście, z gęstą siecią kanałów irygacyjnych. Nasycenie wojsk w stosunku do przestrzeni jest relatywnie niewielkie, nawet na głównych kierunkach natarcia walki zazwyczaj prowadzone są w oparciu o atakujące kompanijne grupy taktyczne (KGT), rzadziej batalionowe (BGT).

Zebrano potężne siły SZU, w tym z bronią natowską, jednakże szybko okazało się, że brak odpowiednich rezerw operacyjnych. Zidentyfikowano w ofensywie elementy m.in. następujących brygad: 28. i 63. zmechanizowanych, 35. i 36. piechoty morskiej, 46. desantowo-szturmowej, 60. piechoty, 59. zmotoryzowanej, 128. górsko-szturmowej, 126. obrony terytorialnej i innych mniejszych jednostek szczebla batalionu (np. białoruski batalion "Teror"). W stosunku do ofensywy charkowskiej zwraca uwagę mniejszy udział w ofensywie sił specjalnych (73. Morskiego Centrum Operacji Specjalnych, jednostki specjalnej "Alfa" SBU), niewielkiego komponentu elitarnych wojsk desantowo-szturmowych oraz aktywność na froncie wyspecjalizowanej jednostki rozpoznania powietrznego (bezzałogowego) "Karlson", współpracującej standardowo z haubicami M777.

(...)

Siły użyte do operacji z perspektywy czasu należy uznać za zbyt szczupłe, żeby dokonać przełamania frontu i jego zwinięcia (załamania). Atakowano szerokim frontem, w zasadzie w kilku miejscach, relatywnie nikłymi siłami, w dodatku częściowo z rzeką Inhulec za plecami (po zniszczeniu tamy pod Krzywym Rogiem z nagle podniesionym poziomem wody), z przeprawami pontonowymi pod kontrolą ogniową nieprzyjaciela.

W ofensywie zastosowano, po raz pierwszy na dużą skalę, sprzęt pancerny z krajów NATO:
  • czołgi T-72M1/T-72M1R,
  • transportery opancerzone YPR-765/M113,
  • pojazdy kołowe Kirpi w jednostkach piechoty morskiej,
  • Husky TSV w jednostkach desantowo-szturmowych itd.
O tym, że z ofensywą chersońską wiązano od początku duże nadzieje świadczy również aktywny ukraiński komponent lotniczy, w tym bezzałogowce TB2 Bayraktar, wykonujące misje uderzeniowe, co ostatnio jest raczej rzadkością (odnotowano zastosowanie m.in. "litewskiego" TB2 "Jastrząb" (lit. "Vanagas"). Samoloty bojowe (głównie Su-25 i MiG-29 z pociskami HARM) tylko 2 września wykonały do 40 misji wsparcia wojsk własnych na całym froncie, jednakże przewagę w powietrzu utrzymuje oczywiście strona rosyjska.

Obrona npla mimo problemów logistycznych jest dobrze zorganizowana, głęboko urzutowana, oparta na jednostkach regularnych rosyjskiej armii, zmechanizowano-pancernych (np. BTG brygad 38., 64., 69.) i desantowo-szturmowych (np. BTG z 76. dywizji WDW, z organicznym batalionem czołgów), z silnym komponentem artyleryjskim (artyleria lufowa i rakietowa kładzie ogień na jednostki atakujące w pasie taktycznym, ale też na bezpośrednie tyły, w tym przeprawy przez Inhulec, oraz linie komunikacyjne). Jak dotąd nigdzie nie opuszczono pozycji, nie zanotowano paniki, zdobycze sprzętowe to po obu stronach pojedyncze wozy bojowe, przejmowane w bezpośrednich walkach, a nie porzucane w trakcie odwrotu/ucieczki.

Strona rosyjska na południu prowadzi aktywne rozpoznanie bezzałogowe (rozpoznawcze BSP typu "Kartograf", oraz wszechobecne "Orłan-10"). Przykładowo 2 września SG SZU szacował aktywność dronów rosyjskich na "ponad 30 wylotów", co oznacza relatywnie dużą aktywność bezzałogowców przeciwnika. Można więc założyć, że przeciwnik ma dość dobre rozeznanie w siłach i zamiarach ukraińskich, w efekcie podchodzące do linii frontu ukraińskie oddziały są nierzadko wykrywane, czasami nakrywane artylerią w marszu, lub na przeprawach.

Na froncie południowym aktywne są również samoloty bojowe Su-25 i Su-34 oraz śmigłowce, np. szturmowe Ka-52, w ostatnich dniach września zanotowano również, np. w rejonie Odessy, zastosowanie eks-irańskich bezzałogowców Mohajer-6 oraz dronów-kamikadze Shahed-136 (Gerań-2).

Siły rosyjskie zdolne są nie tylko do obrony, ale i kontrataków, dlatego front przesuwa się nieznacznie, w pierwszej fazie ofensywy najbardziej na kierunku Andrijiwka-Łozowe, gdzie SZU sforsowały Inhulec i utworzyły mały przyczółek, a następnie opanowały m. Suchyj Stawok i Kostromka, zajęte miejscowości były natychmiast ostrzeliwane i atakowane przez lotnictwo.

Również na innych odcinkach frontu np. pod m. Dawidów Bród czy Archanhelske siły SZU zostały zatrzymane, walki trwają w zasadzie o utrzymanie/poszerzenie przyczółków. W efekcie natarcie SZU ma niskie tempo, w niektórych miejscach Rosjanie skutecznie kontratakują, (np. 2 września w rejonie Wysokopillia-Potomkine), który to obszar zdobyto dopiero po wielu dniach ciężkich walk.

Oddanie Wysokopilli przez kompanię WDW spowodowane było zagrożeniem okrążeniem w wyniku dwustronnego ataku SZU (od Olhyne i Potomkine), wycofano się w porządku, front został utrzymany, 5 września siły rosyjskie miały nawet kontratakować. Kilkudniowe walki o obszar Wysokopillia-Olhyne-Potomkine pokazują jak trudne jest przełamanie dobrze przygotowanych pozycji obronnych npla. Na wspomnianym obszarze siły obrony poniosły pewne straty, utracono co najmniej kilka BMD-2 (zniszczone i porzucone). Nad samym Dnieprem, na wschodniej flance ofensywy, atakujące tu 60. i 128. brygady uzyskały jak dotąd największe sukcesy wyzwalając wiele miejscowości i zadając przeciwnikowi duże straty, jednakże same również mocno się wykrwawiając.

Na wielu odcinkach frontu ataki są ponawiane raz po raz, a SZU nie odnosi w nich sukcesu. Przykładowo tak dzieje się w ostatnich dniach, na północny-zachód od Chersonia, pod Prawdine.

Poprzedzone ostrzałem artylerii lokalne ataki, siłami kompanii, są odpierane przez broniącą się tutaj wzmocnioną rosyjską BGT. Potwierdzone wizualne straty atakującej KGT 28. BZmech pod Prawdine to co najmniej kilka BMP-2, 1 T-64, 1 BTR, 1 MRAP Nowator.

Oczywiście, straty odnotowuje również strona rosyjska - od ognia artyleryjsko-rakietowego, bezzałogowców, ppk, w kontakcie bezpośrednim itd. Z ciekawszych akcji można wspomnieć tę z 13 września, gdy specjalsi z Centrum Operacji Specjalnych "Alfa" SBU porazili z ppk Stugna-P wrogi BMP z odległości 4,7 km. Z innych nowinek można wspomnieć użycie min przeciwczołgowych AT2 DM1399, przenoszonych w pociskach AT2 SCATMIN (ładunek 28 min) odpalanych z systemów MARS/M270 oraz obecność na chersońskich stepach ciężkich wozów ewakuacyjnych M984A4 HEMTT.

Oczywiście kluczowym faktorem grającym na korzyść SZU jest dezorganizacja przepraw przez Dniepr i Inhulec, a zatem poważne problemy rosyjskiego zgrupowania na prawym brzegu Dniepru, w obszarze chersońsko-berysławskim.

Wydaje się, że zakładano, iż po wielu tygodniach zgrupowanie rosyjskie będzie miało problemy z zaopatrzeniem (amunicją, paliwem, żywnością/wodą), co może przełożyć się na degradację jego zdolności bojowych, a zatem na jego dekompozycję.

defence24.pl

Oświadczenie Prigożyna zostało opublikowane przez służby prasowe Concord, firmy z nim związanej, w odpowiedzi na zapytanie redakcji rosyjskiego serwisu Błoknot. Dziennikarze pytali, dlaczego biznesmen przestał ostatnio zaprzeczać swojemu zaangażowaniu w Grupę Wagnera. W odpowiedzi Prigożyn powiedział, że w 2014 roku "jak wielu innych biznesmenów" udał się na poligon, gdzie zebrali się "Kozacy", i "próbował wydać pieniądze", by "zwerbować grupę, która pójdzie bronić Rosjan". Kiedy zrozumiał, że ci "kozacy" nie są dla niego odpowiedni, postanowił stworzyć grupę na własną rękę.

"Poleciałem więc na jeden z poligonów i zrobiłem to sam. Sam wyczyściłem starą broń, sam uporządkowałem uzbrojenie i znalazłem specjalistów, którzy mogli mi w tym pomóc. Od tego momentu, 1 maja 2014 r., narodziła się grupa patriotów, która później przyjęła nazwę Grupa Wagnera. To ich odwaga i męstwo umożliwiły wyzwolenie lotniska w Ługańsku i wielu innych terenów oraz radykalnie zmieniły losy republik w Donbasie" — pisze dalej Prigożyn.

Według biznesmena, bojownicy Wagnera zawsze "chronią pokrzywdzonych", a mimo to w ciągu ostatnich ośmiu lat "każdy pies próbował opluć Grupę", zaś "wścibscy dziennikarze szukali negatywów" i czepiali się Wagnera".

Prigożyn nazywa członków grupy "bohaterami", którzy bronili "narodu syryjskiego, innych narodów krajów arabskich", a także "zubożałych Afrykanów i Latynosów" i "stali się jednym z filarów naszego kraju".

Jewgienij Prigożyn zaprzeczał wcześniej, że jest związany z Grupą Wagnera i pozywał dziennikarzy, którzy łączyli go z najemnikami. W sierpniu 2022 r. sąd w Moskwie orzekł, że dziennikarz określający Prigożyna jako "właściciela Wagnera", kłamał.

W lipcu 2022 r., po tym, jak Meduza opublikowała śledztwo dotyczące rosyjskich najemników w Ukrainie, Prigożyn zażądał wszczęcia postępowania karnego przeciwko autorce śledztwa, Lili Japparowej, oraz redaktorce Meduzy Tatianie Jerszowej. Powodem tego była prośba skierowana do Prigożyna podczas przygotowywania materiału. Biznesmen zażądał również, aby Meduza została uznana za organizację niepożądaną w Rosji.

onet.pl/meduza.io

poniedziałek, 26 września 2022


BiznesAlert.pl: Jakie są przyczyny obecnego kryzysu gospodarczego w Chinach?

Michał Bogusz: Moim zdaniem są to przyczyny zakorzenione w strukturze obecnego chińskiego systemu gospodarczego. Sięgają one bardzo głęboko i wiążą się ze schematem wzrostu ChRL co najmniej od 2008 roku. Należy cofnąć się do pamiętnego kryzysu światowego, który Chiny postanowiły przejść stymulując swoją gospodarkę na potęgę. Odbiło się to ogromnym przyrostem mocy produkcyjnych w wielu sektorach, ale przede wszystkim w sektorze budowlanym. Ten wzrost mocy produkcyjnych nastąpił poprzez zwiększenie zadłużenia. I właśnie wzrost zadłużenia gospodarki jako całości, nie tylko budżetu centralnego, przekroczył już 300 procent PKB. Jest to poziom, który mogą wytrzymać duże, wysoko rozwinięte gospodarki, jednak ChRL jest gospodarką hybrydową. Tak naprawdę jedna trzecia kraju jest na poziomie wysoko czy średnio rozwiniętego państwa, a dwie trzecie wciąż pozostają  na pułapie państw rozwijających się. Są  regiony ChRL, które jeśli chodzi o kondycję gospodarczą czy poziom rozwoju, nie przerastają Bangladeszu. Hybrydowa gospodarka nie radzi sobie z tak masywnym obciążeniem zadłużenia. Tak naprawdę ucieczka Chin do przodu wynikała ze strachu przed przeprowadzenia reform strukturalnych, które wpłynęłyby negatywnie na władze Partii Komunistycznej.

Czy obecna sytuacja międzynarodowa dodatkowo wzmaga kryzys gospodarczy w Chinach?

Owszem, wzmaga, ale nie jest przyczyną tego kryzysu. Obecna sytuacja międzynarodowa kreowana przez wojnę na Ukrainie, zmiany klimatyczne czy pandemię Covid-19, działa na ten kryzys jak akcelerator. Należy jednak pamiętać, że nie jest jego źródłem. Jak już mówiłem, problemy ChRL mają charakter strukturalny. Państwo to zbudowało gospodarkę  polegającą na eksporcie, a później na inwestycjach wewnętrznych i infrastrukturalnych, przede wszystkim na ogromnej bańce budowlanej. Ktoś szacunkowo policzył, choć można się z tym nie zgadzać, że w Chinach wybudowano przestrzeń mieszkaniową wystarczającą do pomieszczenia 2 miliardów ludzi. Ile jeszcze można wybudować? Tym bardziej, że nie można zasiedlić tego, co już powstało? A branża budowlana wciąż jest jedną z podstaw rozwoju gospodarki ChRL od kryzysu w 2008 roku. To pokazuje, że nie ma przestrzeni dla dalszego wzrostu przy aktualnym modelu gospodarczym.

Choć model ten uległ wyczerpaniu, to wprowadzenie nowego wymagałoby ogromnych reform nie tylko gospodarczych, ale także politycznych. Przede wszystkim wiąże się to z przesunięciem strumienia pieniędzy, z którego czerpią regionalne władze wraz z lokalnym biznesem. Korytem tego strumienia są projekty infrastrukturalne, dzięki którym miejscowe elity partyjne, niekiedy powiązane z organizacjami przestępczymi, wyraźnie się bogacą. W momencie zmiany aktualnego  modelu gospodarczego, ten strumień pieniędzy przestałby do nich płynąć. To z kolei oznacza poważne konsekwencje i tarcia wewnątrz Partii Komunistycznej. Jasne jest, że nie da się już dłużej utrzymać takiego modelu gospodarczego. Może jeszcze parę lat, na siłę pompując środki w stymulowanie gospodarki tu i ówdzie. Ale na dłuższą metę to nie ma sensu. Jeżeli wybuduje Pan jedną autostradę między dwoma wielkimi ośrodkami miejskimi, to wyraźnie przełoży się na wzrost wymiany gospodarczej, myśli i ludzi między tymi miastami. Jeśli pan wybuduje obok drugą autostradę, to realny wzrost już nie będzie tak znaczący, bo nie dojdzie do uwolnienia tak dużych zasobów jak za pierwszym razem. A w Chinach mamy teraz taką sytuację, że często buduje się już trzecią i czwartą autostradę między takimi dwoma ośrodkami. To nie ma kompletnie sensu i nie przekłada się na wzrost realnej gospodarki, choć znajduje odzwierciedlenie w PKB. Były takie lata, że prawie połowa produktu krajowego brutto szła na inwestycje mające wygenerować go więcej. Ostatecznie dochodziło do sytuacji, gdzie powielane PKB zjadało samo siebie. Wskaźnik ten nie przekładał się tym samym na rzeczywistość, tylko był bezsensownie namnażany.

Czy w związku z sygnałem, który wysłał swoją notatką założyciel Huawei, w Chinach mogą zacząć się jakieś strukturalne zmiany w celu zwalczenia kryzysu?

Jeszcze za czasów Hu Jintao mówiło się, że Chiny muszą zmienić swój model gospodarczy. Oznaczało to potrzebę przestawienia się na konsumpcję wewnętrzną, zwiększenie możliwości konsumenckich społeczeństwa, żeby to sami Chińczycy napędzali własną gospodarkę. Ale to oznacza konieczność wprowadzenia poważnych programów socjalnych. W sytuacji w której obywatele muszą odkładać jedną trzecią, a czasami nawet połowę swoich dochodów, ponieważ nie mają żadnej siatki zabezpieczenia społecznego i nie ufają państwu, nie sprzyja rozwojowi państwowej konsumpcji dóbr. Jeżeli obywatele oszczędzają, to nie wydają pieniędzy, co z kolei nie nakręca gospodarki. Oczywiście istnieją wyspy bogactwa w Chinach, takie jak Szanghaj, Pekin czy Kanton, na których wielu ludzi się koncentruje. Ludzie ci zachwycają się, jakie tam są wspaniałe sklepy i ewidentna, żywa konsumpcja dóbr. Ale zapomina się, że te największe miasta stanowią zaledwie ułamek całego państwa i populacji ChRL.

biznesalert.pl

Japońscy sinolodzy ze szkoły Kioto uważali, że azjatycka nowoczesność zaczęła się we wczesnym okresie dynastii Song (960–1279); dla Chińskiej Partii Komunistycznej (KPCh) nowoczesne Chiny zaczynają się od wojny opiumowej (1839–1842), wraz z przybyciem zachodnich imperialistycznych kanonierek. Sam Fairbank przyjął podobną periodyzację w swojej pracy z 1986 roku, The Great Chinese Revolution, 1800–1985. Wiele kursów historii „współczesnych Chin” poszło w jego ślady, choć periodyzacja od XIX w. przedkłada kontakty europejskie nad rozwój lokalny i otwiera historię w momencie upadku imperium Qing – ignorując jego ekonomiczny rozkwit i ogromną ekspansję w XVII i XVIII w.

Najbardziej niepokoi jednak to, że podręczniki do nauki o „nowoczesnych Chinach” – jak większość historii Chin skierowanych do szerokiego grona czytelników – zawierają również niezbadaną i problematyczną koncepcję samych „Chin”. Historia polityczna kontynentalnej Azji Wschodniej obejmuje wiele królestw; niektóre z nich, ale nie wszystkie, są obecnie uznawane za część historii „Chin”. Ich władcy pochodzili z różnych grup etnicznych i mówili różnymi językami. Ich państwa zajmowały wiele różnych obszarów na terenie dzisiejszej Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL), często równolegle z innymi państwami. Dramat ten nie różni się zbytnio od tego, który rozgrywał się przez ostatnie 2500 lat istnienia monarchii i imperiów w Europie.

wszystkoconajwazniejsze.pl

Ale cała ostrość, z jaką chińscy przywódcy obchodzą się z koronawirusem, ma też komponent polityczny. Sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin Xi Jinping uczynił strategię "zero COVID" oficjalną polityką rządu. Jej założeniem jest, że wirusa powodującego COVID-19 można wyeliminować całkowicie do czasu, aż przyjmie zupełnie niegroźną formę. Stąd ciągłe lockdowny, które mają tłumić rozwój pandemii. W Europie raczej pogodziliśmy się z tym, że wirus z nami zostanie, ale my zbudowaliśmy odporność za pomocą szczepionek oraz ekspozycji na wirusa.

Jako że polityka "zero COVID" jest uświęcona przez przywódcę, odstępstwo czy krytyka byłaby w Chinach odebrany jako atak na cały rząd.

- Dlatego działacze partyjni na każdym szczeblu muszą wykazywać się w zwalczaniu COVID - wyjaśnia dr Michał Bogusz, starszy specjalista w programie chińskim Ośrodka Studiów Wschodnich. - Oto walczymy, zgodnie ze wskazaniami najwyższego przywódcy, ze śmiertelnym zagrożeniem.

Ale ma to też wymiar praktyczny. Monitorowanie zakażeń jest przykrywką dla rozszerzania rządowej kontroli nad obywatelami.

Dr Bogusz wyjaśnia to tak: - Zdarzało się, że gdy zaplanowany był protest w niezwiązanej z pandemią sprawie, np. przeciwko niewypłacalności banków, to ci z mieszkańców, którzy w mediach społecznościowych deklarowali, że się na niego wybierają, mieli zmieniany w aplikacji COVID-owej status z zielonego na żółty, czyli że muszą iść się przetestować, a potem czekać w kwarantannie.

W ten sposób, posługując się rozwiązaniami mającymi przeciwdziałać rozpowszechnianiu pandemii, chiński rząd zyskał kolejne narzędzie monitoringu i kontroli.

Zdaniem Bogusza w polityce "zero COVID" chodzi też o to, że walka z koronawirusem to w Chinach biznes, do którego można bardzo wygodnie wyprowadzać publiczne środki.

- Na wymazach ktoś zarabia - wyjaśnia. - Kiedy nie wystarcza ludzi, to znane są przypadki, że wymazy robiło się rybom albo kaczkom. Jest też zdjęcie suszy, która spadła na Chiny w jednym z miast, w tle w górach widać szalejące pożary, a na pierwszym planie kolejki do wymazu, choć w budynkach obok nie ma prądu. Kadry partyjne są „zblatowane" z biznesem, który zarabia na wymazach. Podobnie dzieje się w przypadku innych inwestycji publicznych: buduje się szkoły, które w czasie trzęsienia ziemi się rozpadają, bo oszczędzono na stali, albo kolejne autostrady, po których nikt nie jeździ.

Obecny przywódca Chin Xi Jinping rósł w siłę m.in. na hasłach walki z korupcją. Ale niekoniecznie oznacza to, że miał zamiar faktycznie ją ograniczać.

- Walka z korupcją w Chinach nie służy walce z korupcją - wskazuje Bogusz - ale eliminowaniu przeciwników politycznych. Ścigać za faktyczną korupcję w Chinach to tak, jakby w Polsce ścigać za przeklinanie. Ona jest wbudowana w chiński system.

Model rozwojowy Chin przez lata opierał się na produkcji przemysłowej na potrzeby zagranicznych koncernów. Ale najpierw pandemia zachwiała łańcuchami dostaw, a teraz chiński rząd, wcielając w życie zasadę "zero COVID", utrudnia zagranicznym podróżnym wjazd do kraju uciążliwymi kwarantannami, testami i obostrzeniami. Na dodatek lockdowny powodują przerwy w pracy w biurach czy fabrykach.

 Zdaniem Bogusza to wszystko może przyspieszyć proces zmiany modelu rozwojowego Chin, który jednak obserwować już można od dłuższego czasu.

 - Model rozwojowy Chin i tak jest w kryzysie - wyjaśnia. - Polityka "zero COVID" może tylko przyspieszyć jego zmianę. Firmy nie wyjdą zupełnie z Chin, ale zdywersyfikują łańcuchy dostaw. Przykładem jest Honda, która dzisiaj buduje osobno łańcuch dostaw na potrzeby produkcji na rynek w Chinach, a osobno na rynki w innych państwach.

wyborcza.pl

niedziela, 25 września 2022


Wedle oficjalnych danych w 2016 urodziło się w Chinach 17,86 mln dzieci, dwa lata później już tylko 15,2 mln. W 2020 pierwszym roku pandemii na świat przyszło 11,97 mln dzieci, a w ubiegłym roku już tylko 10,6 mln. Prognozy dla tego roku zakładają, że liczba narodzin spadnie poniżej 10 mln. Już widać wyraźne tego zapowiedzi.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku liczba narodzin w Hunan, jednej z najludniejszych prowincji kraju, spadła o 9,5 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Jeszcze wyraźniejsze są wskaźniki z poszczególnych miast. W Jiazhou w prowincji Shandong liczony rok do roku spadek wyniósł 26 proc., a w Hukou w prowincji Jiangxi 42 proc.

Yi Fuxian, chiński demograf pracujący obecnie w Stanach Zjednoczonych, przytacza przykład niewymienionego z nazwy miasta w prowincji Heilongjiang, gdzie w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy bieżącego roku nie urodziło się ani jedno dziecko, a do pierwszych klas w tamtejszych szkołach podstawowych zapisano jedynie troje dzieci.

Położona w Mandżurii prowincja Heilongjiang to jednak szczególny przypadek. Północny wschód to chiński „pas rdzy”, zainicjowane pod koniec lat 70. reformy gospodarcze uderzyły w tamtejsze kopalnie i przemysł ciężki, „wielkie budowy socjalizmu” z czasów Mao, które w nowych warunkach okazały się nierentowne. Region pogrążył się w ekonomicznej zapaści i zaczął się wyludniać. Wskaźnik dzietności w Heilongjiang jest jednym z najniższych w Chinach i wynosi 0,6, dla całego kraju to 1,16. Innym wskaźnikiem są spadające obroty firm produkujących mleko w proszku, pieluszki, łóżeczka i wózki dziecięce.

Przypuszczalnie rząd liczył na zwiększenie dzietności w rezultacie izolacji spowodowanej pandemią Covid-19, jednak kalkulacje okazały się błędne. Polityka "zera zachorowań" przyniosła odwrotne skutki – Chinki są jednymi z najmniej chętnych do posiadania dzieci kobiet na świecie. Spadek przyrostu naturalnego tłumaczono zwykle zbyt niskimi zarobkami, by podołać wysokim kosztom utrzymania i wychowania potomstwa oraz długimi godzinami pracy. Inne wskazywane przyczyny to duża nierówność płci - Chiny są pod tym względem na 102. na 146 miejsc w indeksie Światowego Forum Gospodarczego. Wreszcie - bardzo wysokie wymagania stawiane przez społeczeństwo matkom.

Pandemia i drakońskie działania podjęte przez władze to nowe przyczyny. W rozmowie z agencją Reutersa Claire Jiang, mieszkanka Szanghaju, stwierdziła, że trwający ponad dwa miesiące lockdown kompletnie zmienił jej plany życiowe. Zupełnie zrezygnowała z posiadania dzieci, nie chce, by musiały żyć w niepewnych warunkach w kraju, gdzie władze mogą przyjść do domu i robić co im się żywnie podoba. Społecznym bilansem dotychczasowej polityki pandemicznej są utrata pracy, dostępu do opieki medycznej, a nawet żywności, sobiepaństwo urzędników egzekwujących przepisy, a także rozbijanie rodzin. Znane są przypadki dzieci pozostawionych samym sobie, po tym jak ich rodzice zostali poddani przymusowej kwarantannie w miejscu pracy.

Jiang nie jest odosobniona w swoich opiniach. W czasie lockdownu Szanghaju przez chwilę w mediach społecznościowych furorę robił hashtag „jesteśmy ostatnim pokoleniem”. Szybka interwencja cenzury zamknęła sprawę. Skąd wzięła się tak radykalna reakcja internautów? „Jesteśmy ostatnim pokoleniem” miał odpowiedzieć mężczyzna, któremu urzędnicy w kombinezonach ochronnych grozili ukaraniem jego rodziny na trzy pokolenia, jeśli nie podporządkuje się przepisom pandemicznym.

Zdaniem Justine Coulson, przedstawicielki Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych w Chinach, z powodu COVID i związanych z tym działań władz, pary, które myślały o posiadaniu dziecka w ciągu najbliższego roku, odłożyły takie plany na później. Zaś pary, które nie były pewne, odłożyły decyzję na czas nieokreślony.

Dodatkowo zaburzenia gospodarcze spowodowane przez pandemię doprowadziły do najwyższego od lat bezrobocia wśród młodzieży sięgającego 20 proc. Kiepskie warunki ekonomiczne i słabe perspektywy jeszcze bardziej utrudniają założenie rodziny.

Władze od lat są świadome spadającego przyrostu naturalnego i przyszłych tego konsekwencji dla funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Pierwszym krokiem było zniesienia polityki jednego dziecka. Nastąpiło to jednak zbyt późno, by zachęcić zwykłych Chińczyków do zakładania liczniejszych rodzin. Na nic zdały się także przyzwolenie na posiadanie trójki dzieci i wezwania, by członkowie Komunistycznej Partii Chin świecili osobistym przykładem.

W ciągu ostatnich kilku lat władze usiłowały zaradzić spadkowi liczby urodzin wprowadzając ekonomiczne zachęty, takie jak ulgi podatkowe, dłuższy urlop macierzyński, szersze ubezpieczenie medyczne, dopłaty do mieszkań, dodatkowe pieniądze na trzecie dziecko. Oficjalnie temu celowi miała także służyć rozprawa z branżą korepetytorską, będącą de facto równoległym, prywatnym systemem edukacji, o wartości szacowanej w 2019 r. na 96 mld dolarów.

Nie obeszło się także bez chińskiej wersji 500+. Projekt nie zdążył nawet nabrać rozpędu z powodu problemów strukturalnych. Rząd centralny obarczył finansowaniem wypłat władze lokalne, równolegle systematycznie pozbawiając je dochodów. W wielu regionach zamiast pieniędzy na dzieci nastały cięcia wypłat w budżetówce, często nawet o 25 proc.

Spadający przyrost naturalny ma wpływa na inną istotną kwestię, jaką są perspektywy demograficzne Chin. Według ONZ chińska populacja osiągnęła swój szczyt i w przyszłym roku może zacząć spadać. Chiny ustąpią wówczas tytuł najludniejszego kraju świata Indiom. Osobna kwestią pozostaje tempo dalszego spadku. Zdaniem ekspertów ONZ do 2050 r. populacja Chin zmniejszy się o 109 mln, a to trzy razy więcej niż prognozowano w roku 2019.

Yi Fuxian maluje dużo gorszy obraz sytuacji. Według jego obliczeń liczba urodzeń zaczęła spadać w r. 1991, zaś populacja osiągnęła szczyt gdzieś między 2004 a 2011 i zaczęła kurczyć się w 2018 r. Obecna liczba ludności ma wynosić nie 1,41 mld, jak podają oficjalne dane, a poniżej 1,28 mld. Yi popiera swoje wyliczenia danymi, które ostatnio miały wyciec z chińskich urzędów demograficznych.

wnp.pl